Opis

Jedna z najsłynniejszych powieści science fiction o zgubnych skutkach niebezpiecznych naukowych eksperymentów

Do wiejskiej gospody przybywa mężczyzna w wielkim pilśniowym kapeluszu, od stóp do głów ubrany tak, że nie widać ani centymetra ciała. Nieznajomy jest zziębnięty i pragnie jedynie wynająć ciepły pokój. Prosi też, aby mu nie przeszkadzano, gdyż prowadzi bardzo ważne badania. Zaintrygowana tajemniczym gościem gospodyni usiłuje dowiedzieć się, kim on jest, skąd przybywa i dlaczego z jego pokoju wydobywają się dziwne dźwięki.

Niedługo potem wychodzi na jaw, że mężczyzna to naukowiec, który wynalazł sposób na... niewidzialność, przy okazji sam stając się niedostrzegalnym dla ludzkiego oka. Chciwość i chęć zdobycia profitów przejmują władzę nad jego umysłem do tego stopnia, że nie zawaha się nawet zabić, aby osiągnąć cel...

Niewidzialny człowiek to jedna z najpopularniejszych książek prekursora nowoczesnej fantastyki Herberta George’a Wellsa, należąca do kanonu powieści fantastycznej i będąca źródłem inspiracji dla wielu współczesnych autorów i filmowych twórców.

Film inspirowany powieścią w reżyserii Leigh Whannella z Elisabeth Moss, gwiazdą Opowieści podręcznej w roli głównej, w kinach w marcu 2020!

KLASYKA LITERATURY SCIENCE FICTION

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział I. Przybycie dziwnego człowieka

Rozdział I

Przybycie dziwnego człowieka

NA POCZĄTKU LUTEGO, w dzień wietrzny i śnieżny, zjawił się jakiś nieznajomy człowiek. Przyszedł pieszo ze stacji Bramblehurst, niosąc niewielki kuferek. Był okutany od stóp do głów, miał bardzo ciepłe rękawiczki, a duży pilśniowy kapelusz osłaniał mu twarz tak szczelnie, że widać było jedynie koniec błyszczącego nosa. Śnieg osiadł grubą warstwą na jego ramionach i piersi, osłaniając białym pokrowcem także i kuferek.

Na wpół żywy dowlókł się do gospody „Pod Dyliżansem” i rzucił walizkę przed ladą.

— Pokój i ognia! — zawołał. — Dajcie ogrzany pokój, prędzej, na miłość boską!

Otrząsnął śnieg i udał się za gospodynią, panią Hall, do bawialni, aby omówić szczegóły związane z mieszkaniem. Dzięki paru suwerenom1 rzuconym na stół porozumienie było szybkie. Zakwaterował się od razu w gospodzie.

Pani Hall rozpaliła ogień w kominku i pozostawiła go samego na chwilę, odchodząc w celu przygotowania własnoręcznie wieczerzy.

Gość przybywający w porze zimowej na stałe do Iping był niesłychaną gratką dla oberżystki, pani Hall; postanowiła więc dowieść, że zasługuje na tak wyjątkowe szczęście.

Skoro tylko słonina zaczęła skwierczeć na patelni, a ślamazarna posługaczka, Millie, została zagrzana do pośpiechu paroma dosadnymi zachętami, pani Hall zaniosła obrus, talerze i szklanki do bawialni i nakryła do stołu z wielkim smakiem.

Choć ogień palił się jasno w kominie, ku swemu zdziwieniu zobaczyła, że gość stoi w kapeluszu na głowie i w płaszczu, i odwrócony do niej plecami patrzy przez okno na zasypane śniegiem podwórze.

Ręce trzymał skrzyżowane z tyłu. Zauważyła, że nie zdjął rękawiczek. Spostrzegła również, że śnieg, niedostatecznie strzepnięty z płaszcza, topniejąc w ciepłym pokoju, spływa strugami na posadzkę.

— Czy mogę zabrać pański płaszcz i kapelusz i wysuszyć je w kuchni? — spytała.

— Nie — mruknął pod nosem.

Sądząc, że nie dosłyszał jej pytania, zamierzała je powtórzyć.

Odwrócił się i spojrzał na nią przez ramię.

— Wolę zatrzymać i jedno, i drugie — rzekł z naciskiem.

Spostrzegła, że ma szafirowe okulary, a pod kołnierzem płaszcza bujne faworyty, które zasłaniają mu zupełnie policzki.

— Jak pan sobie życzy — rzekła z niezadowoleniem. — Za chwilę będzie już ciepło w pokoju — dodała.

Nic na to nie powiedział i znowu zwrócił się twarzą ku oknu. Pani Hall, czując, że nie wciągnie go w rozmowę, postawiła resztę naczyń na stole, czyniąc to w tempie staccatowym, po czym wysunęła się z bawialni.

Gdy powróciła za chwilę, stał jeszcze przy oknie, jak gdyby skamieniał, w płaszczu z podniesionym kołnierzem i w kapeluszu ze spuszczonym rondem.

Postawiła jaja i słoninę zamaszyście, z hałasem i zawołała na całe gardło:

— Śniadanie podane!

— Dziękuję — odparł i ani drgnął, dopóki nie zamknęła za sobą drzwi. Wtedy odwrócił się i przystąpił do stołu z widocznym pośpiechem.

Idąc do kuchni, zacna matrona słyszała szczęk łyżki obracanej w rondelku.

— Nieznośna dziewucha! — mruknęła. — Ona się z tym do jutra nie upora.

Wzięła z rąk posługaczki musztardę, w mgnieniu oka zaprawiła nią sos, nie omieszkając wyłajać Millie za jej powolność. Wszak ona, pani Hall, zdążyła usmażyć jaja ze słoniną, nakryć stół, podać śniadanie, a ta guzdrze się jeszcze z głupią musztardą. I to dla nowego gościa, takiego, co chce zamieszkać na dłużej! Istne utrapienie z tą służbą!

Napełniła sosjerkę i postawiwszy uroczyście na złoto–czarnej tacy, zaniosła do bawialni. Gdy otwierała drzwi, gość szybko się poruszył; zdążyła jednak dostrzec, że jakiś biały przedmiot zniknął pod stołem.

Wyglądało na to, że gość nachyla się, aby coś podnieść z ziemi. Postawiła sosjerkę na stole i teraz dopiero zauważyła, że płaszcz i kapelusz leżą na krześle przed ogniem. Para mokrych, ociekających wodą butów groziła rdzą lśniącej blasze przed kominkiem.

Śmiało podeszła do krzesła.

— Mogę chyba wziąć i te rzeczy do wysuszenia? — spytała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

— Proszę zostawić kapelusz — rzekł gość cicho i niewyraźnie, przy czym podniósł głowę i bystro na nią spojrzał.

Przez chwilę stała wpatrzona w niego i tak zdziwiona, że słowa zamarły jej na ustach.

Dolną część twarzy gościa osłaniała serweta — jego własna — usta i szczęki zaś były zupełnie zakryte. Dlatego też mówił głosem przytłumionym.

Ale nie zdziwiło to pani Hall, natomiast wprawił ją w zdumienie fakt, że całe czoło nad szafirowymi okularami było osłonięte białym bandażem, że drugi bandaż zakrywał oczy, pozostawiając odkryty tylko spiczasty i bardzo czerwony nos, ani trochę nie pobladły od ciepła, błyszczący tak jak przedtem.

Gość miał na sobie aksamitną kurtkę brunatnego koloru z wysokim, czarnym, zakrywającym szyję kołnierzem. Czarne szczeciniaste włosy przezierały kępkami spod bandaży, nadając mu tym bardziej cudaczny wygląd, zaś głowa owinięta była czymś tak niezwykłym, że pani Hall stanęła jak wryta.

Gość nie odejmował serwety, podtrzymując ją ręką ubraną w ciemnobrązową rękawiczkę, i wpatrywał się w panią Hall przez nieprzeniknione ciemne okulary.

— Proszę zostawić kapelusz… — powtórzył niewyraźnie przez serwetę.

Pani Hall zaczęła właśnie powracać do siebie, ochłonąwszy z wrażenia. Położyła kapelusz na krześle przy ogniu.

— Nie wiedziałam… nie sądziłam… — tłumaczyła się lękliwie i urwała zafrasowana.

— Dziękuję — rzekł chłodno, przenosząc wzrok z jej twarzy na drzwi, a potem z drzwi na nią.

— Wysuszę należycie… — rzekła, zabierając ubranie i wynosząc je z pokoju.

W drzwiach spojrzała raz jeszcze na jego twarz osłoniętą bandażami i serwetą. Dreszcz ją przebiegł mimo woli, gdy zamykała za sobą drzwi, a na twarzy jej malowało się zdumienie.

— W życiu moim… nigdy jeszcze… — mruczała, idąc cichym krokiem do kuchni, a była tak zajęta swoimi myślami, że zapomniała nawet spytać Millie, czy długo będzie się jeszcze grzebała przy kominie.

Gość siedział i nasłuchiwał, dopóki odgłos jej kroków nie umilkł, po czym spojrzał w okno i dopiero wtedy zdjął serwetę i zabrał się do jedzenia.

Wziął do ust jeden kęs, spojrzał podejrzliwie w okno, wziął drugi kęs, następnie wstał i z serwetą w ręku przeszedł się po pokoju, wreszcie zasunął w oknie firankę, pogrążając pokój w półcieniu.

Spokojniejszym już krokiem powrócił do stołu i do swego śniadania.

„Biedak, miał jakiś wypadek, operację czy coś podobnego…” — myślała pani Hall, dokładając węgla pod płytę. Przystawiła krzesło i rozpięła na nim ubranie swego gościa. „Podobniejszy do upiora niż do żywego człowieka… A jeszcze zakrywa się tą serwetą… Może usta ma skaleczone?”

Odwróciła się nagle, bo przypomniała sobie ważniejsze sprawy.

— Cóż u licha! — zawołała grzmiącym głosem na Millie. — Długo będziesz tak stała jak gapa? Roboty huk, a ona się nie ruszy do niczego!

A kiedy poszła sprzątnąć po śniadaniu, utwierdziła się jeszcze w swoich domysłach, że gość ma usta zranione albo że został oszpecony w jakimś wypadku; dolną część twarzy osłonił bowiem fularem2, który mu zakrywał całe usta. Siedział w rogu, tyłem do okna; najedzony i rozgrzany przemawiał teraz uprzejmie i był skłonniejszy do rozmowy. Odbłysk ognia na kominku dodawał jego okularom blasku i jakby wyrazu.

— Mam trochę pakunków — powiedział. — Zostawiłem je na stacji Bramblehurst. Kiedy mógłbym je tu sprowadzić?

Odpowiedziała mu, że nie prędzej niż jutro.

— Jutro? — podchwycił. — Czy nie można by wcześniej?

— Nie.

— Czy za dobre pieniądze nie poszedłby ktoś z taczkami na kolej?

Pani Hall, rada ze sposobności, zaczęła się rozgadywać.

— Droga górzysta… — mówiła. — Mieliśmy tutaj taczki, ale służba połamała. Już to zdać się na ich ręce! Nie ma dla nich nic świętego! W zeszłym roku na tej drodze wywrócił się powóz… stangret i pan zabici na miejscu… Tak, tak, proszę pana, o wypadek łatwo w każdej chwili…

Ale gość nie dał się zbić z tropu.

— Zapewne… — odparł, spoglądając na nią przez swoje nieprzeniknione szkła.

— Łatwiej nabić guza, niż się z niego wyleczyć… — perorowała dalej wymowna jejmość. — Syn mojej siostry, Tom, kosząc trawę, zranił sobie rękę kosą. Stało się to w jednej chwili, a potem trzy miesiące nosił rękę na temblaku. Nie mógł nic robić, a co się przy tym nacierpiał! Boże, odpuść! Pan nie uwierzy, ale od tego czasu nie mogę patrzeć na kosę.

— Rozumiem to — przyznał gość.

— Baliśmy się, że trzeba będzie robić operację… tak z nim było źle.

Gość zaśmiał się nagle, a śmiech ten był podobny do szczekania, i urwał.

— Tak z nim było źle? — powtórzył.

— Tak. To nie były żarty. Musiałam go opatrywać własnymi rękoma, bo siostra zajęta małymi. Trzeba było owijać i odwijać bandaże… Toteż mogę śmiało powiedzieć, że nabrałam wprawy. Umiem się obchodzić z ranami jak cyrulik… i gdybym tak śmiała spytać…

— Proszę przynieść zapałki. Zgasła mi fajeczka… — przerwał jej nagle nieznajomy.

Stropiło to panią Hall. Ale brutal… Za jej dobre chęci, za jej serce… Jestże tu sprawiedliwość na świecie?

Spojrzała na niego, pragnąc mu wyrazić swoją pogardę, ale nagle przypomniała sobie dwa suwereny i poszła po zapałki.

— Dziękuję — rzekł chłodno. Odwrócił się do niej plecami i wyjrzał przez okno.

Pewnie nie lubił słuchać o operacjach i bandażach. Trudno. Każdy człowiek ma swoją słabą stronę.

Nie śmiała już o nic pytać, jednak mrukliwość i niegrzeczność gościa rozdrażniły panią Hall w najwyższym stopniu, więc biedna Millie miała się z tego dnia z pyszna.

Nieznajomy pozostał w bawialni do czwartej, nie dając pani Hall najmniejszego pretekstu do wejścia. Siedział i palił fajkę przy kominku… a może po prostu drzemał.

Kilka razy ciekawe ucho przyłożone do dziurki od klucza słyszeć mogło jakieś mruczenie, to znowu odgłos kroków. Nieznajomy widocznie lubił mówić głośno do siebie, choć niechętnie rozmawiał z ludźmi.

Suweren — tu: złota moneta angielska bita w latach 1489–1917 (przyp. tłum.). [wróć]

Fular — tkanina jedwabna odznaczająca się szczególną miękkością; chustka na szyję z takiej tkaniny (przyp. tłum.). [wróć]

Rozdział II. Pierwsze wrażenia pana Teddy’ego Henfreya

Rozdział II

Pierwsze wrażenia pana Teddy’ego Henfreya

O CZWARTEJ PO POŁUDNIU, gdy zapadał już mrok, a pani Hall wybierała się do bawialni, aby zapytać gościa, czy nie napije się herbaty, do gospody wkroczył zegarmistrz Teddy Henfrey.

— Psi czas! — zawołał od progu, przytupując nogami.

Na dworze śnieg padał coraz obficiej.

Pani Hall przyznała, że pogoda okropna, i zauważyła, że Teddy ma ze sobą skrzyneczkę z narzędziami.

— Skoro pan tu przyszedłeś — rzekła — może byś rzucił okiem na zegar w bawialni. Co prawda idzie i dobrze bije, ale wskazówka pokazująca godziny nie chce się poruszać i stoi wciąż na szóstej.

Zaprowadziła go przed drzwi bawialni, zapukała i weszła.

Otwierając drzwi, spostrzegła, że gość siedzi w fotelu przed kominkiem i najpewniej drzemie, bo zabandażowana głowa zwieszała się w jedną stronę.

Pokój oświetlały jedynie czerwone odblaski głowni. Kąty były ciemne, niewyraźne, a ciemności wydawały się pani Hall jeszcze większe, bo przed chwilą zapaliła lampę w izbie szynkowej i została oślepiona światłem.

Zdało jej się, że gość ma usta szeroko otwarte i tak ogromne, że sięgają uszu.

Było to wrażenie chwilowe, ale straszne, a ta obwiązana głowa i otwarta paszcza mogły się przyśnić i dręczyć jak zmora. Nieznajomy odwrócił się, wstał i podniósł rękę do twarzy.

Pani Hall otworzyła drzwi na oścież, aby wpuścić jak najwięcej światła, i zobaczyła gościa wyraźniej: trzymał przy ustach fular, zasłaniając się nim tak, jak poprzednio serwetą. Gospodyni pomyślała, że jej się przywidziało.

— Czy pan pozwoli? Przyszedł tu zegarmistrz. Chce obejrzeć zegar… — rzekła, opanowując chwilowy przestrach.

— Obejrzeć zegar? — powtórzył nieznajomy, rozglądając się dokoła jak człowiek zbudzony ze snu. — Niech ogląda — mówił z zasłoniętymi ustami.

Pani Hall wyszła po lampę. Gość wstał i przeciągnął się leniwie. Wniesiono światło. Teddy Henfrey przeszedł przez próg pokoju i znalazł się naprzeciw obandażowanej postaci. Potem opowiadał, jak ciarki go przeszły na ten widok.

— Dobry wieczór! — rzekł nieznajomy, patrząc na niego przez ciemne okulary, które, wedle słów pani Hall, czyniły go podobnym do kraba.

— Sądzę, że panu nie przeszkadzam? — spytał pan Henfrey.

— Bynajmniej — odparł nieznajomy — choć myślałem — tu zwrócił się do pani Hall — że pokój ten jest oddany mi do wyłącznego użytku.

— Zdawało mi się, że pan będzie wolał mieć zegar naprawiony — bąknęła pani Hall.

— Zapewne… zapewne… — mruknął gość — ale ja przede wszystkim lubię być sam i nie znoszę, kiedy mi się przeszkadza.

Odwrócił się plecami do kominka i wsunął rękę do kieszeni.

— Jak uporacie się z tym zegarem, poproszę o herbatę, ale nie pierwej, aż się skończy reperacja.

Pani Hall zamierzała właśnie wyjść z pokoju — tym razem nie wszczynała rozmowy, nie chcąc w obecności Henfreya narażać się na impertynencje gościa. Gdy ten zapytał ją, czy posłała już po jego pakunki na dworzec Bramblehurst, odpowiedziała krótko, że poczciarz obiecał je wziąć na swój wózek i że przywiezie je nazajutrz.

— Czy nie można by wcześniej? — zapytał nieznajomy.

Z wielką godnością i spokojem zapewniła go, że to niemożliwe.

— Muszę wyjaśnić — dodał — że zajmuję się badaniami przyrody. Nie mogłem zrobić tego wcześniej, bo byłem głodny i zziębnięty.

— Tak? — zawołała pani Hall ze zdziwieniem, choć niezupełnie rozumiała, co to znaczy.

— W moich kufrach są rozmaite przyrządy naukowe.

— Są one zapewne panu potrzebne?

— Dlatego też chciałbym je mieć jak najprędzej, żeby rozpocząć dalsze badania.

— Ma się rozumieć.

— Przyjechałem tutaj do Iping po to tylko, żeby mieć spokój i pracować w samotności — mówił, kładąc nacisk na te słowa. — Nie lubię, kiedy mi się przeszkadza w pracy. Przy tym miałem wypadek…

„Byłam tego pewna…” — pomyślała pani Hall.

— Zmusza mnie to także do trzymania się z dala od ludzi. Mam słaby wzrok, a chwilami tak mnie oczy bolą, że muszę siedzieć po ciemku i zamykać się w pokoju. Zdarza się to od czasu do czasu… Nie teraz, na szczęście. Wtedy byle szelest, wejście obcej osoby do pokoju drażni mnie okropnie. Chcę, żeby o tym pamiętano.

— Dobrze — odpowiedziała pani Hall. — Jeśli wolno zapytać…

— Sądzę, że nie ma już nic więcej do powiedzenia — odrzekł nieznajomy z właściwą sobie stanowczością.

Pani Hall zachowała swoje pytania i dowody współczucia na inną okazję.

Po jej wyjściu nieznajomy stanął przy kominku, przyglądając się, jak twierdził potem pan Henfrey, naprawie zegara.

Pan Henfrey pracował pod samą lampą; blask jej oświecał jego ręce, kółka i sprężyny, pozostawiając w cieniu resztę pokoju, a kiedy spojrzał przed siebie, w oczach migały mu różnokolorowe plamy.

Ponieważ był z natury ciekawy, rozebrał więc maszynerię zegara tylko dlatego, żeby dłużej zabawić i nawiązać rozmowę z nieznajomym. Ale ten stał milczący i chłodny, tak chłodny, że to aż drażniło pana Henfreya.

Miał on chwilami takie uczucie, jak gdyby był sam w pokoju; spoglądał przed siebie i widział w gęstwinie zielonych plamek obandażowaną głowę i ciemne okulary. Raz spojrzał ciekawie: para oczu i para okularów skrzyżowały się ze sobą; Henfrey nie mógł wytrzymać „spojrzenia” tych szkieł i spuścił oczy.

Było mu nieraźno. Chciałby pogadać… Od czego tu zacząć? Powie, że zima niezwykle ostra w tym roku. Miał to być próbny strzał. Wycelował.

— Pogoda… — bąknął.

— Czemu pan nie skończy i nie odejdzie sobie? — zagadnął go nieznajomy ze źle tłumioną wściekłością. — Ma pan nastawić wskazówkę. Chwilka roboty, a pan się z tym guzdrze i udaje zajętego. To po prostu szarlataneria!

— Zaraz skończę… za minutkę. Zdawało mi się…

Pan Henfrey zaraz też skończył robotę i wyszedł, ale był bardzo niezadowolony.

„Tam do licha. Trzeba czasem przecież naprawić zegar! To nie człowiek, ale jakieś licho! Nie pozwala patrzeć na siebie… A jest też na co! — myślał, brodząc po śniegu. — Gdyby cię poszukiwała policja, to i wtedy nie mógłbyś się szczelniej owinąć i zabandażować…”

Na rogu spotkał Halla, który ożenił się niedawno z właścicielką gospody „Pod Dyliżansem”. Trudnił się więc teraz dostawą towarów z Iping do stacji węzłowej w Sidderbridge. Stamtąd też właśnie powracał, zabawiwszy trochę w drodze.

— Jak się masz, Teddy? — rzekł do pana Henfreya.

— Zastaniesz ładną niespodziankę w domu! — odparł Teddy.

— Cóż tam nowego? — spytał Hall zaciekawiony.

— Nowy gość do was zawitał. Winszuję!

Tu począł opisywać nieznajomego w wymownych słowach.

— Wygląda, jak gdyby się przebrał albo jakby chciał się ukrywać. Ja, co prawda, na waszym miejscu chciałbym zobaczyć twarz człowieka, którego przyjmuję pod swój dach, ale kobiety nie zastanawiają się nad niczym, zwłaszcza jeśli chodzi o nieznajomych. Rozgościł się już u was, a nie powiedział nawet swojego nazwiska.

— Co też ty mówisz? — zawołał Hall, który niezwykle powoli pojmował, o co chodzi.

— Mówię szczerą prawdę — ciągnął dalej Teddy. — Wziął pokój na tydzień. Nie będziesz mógł pozbyć się go przed tygodniem, choćby to był nawet diabeł we własnej osobie. A jutro nadejdą jego pakunki. Ma ich podobno sporo. Daj Boże, żeby w pakach było coś więcej oprócz kamieni. Życzę ci tego, Hall.

Opowiedział przy tej sposobności, jak jego ciotkę w Hastings jakiś nieznajomy oszukał za pomocą pustych kuferków.

Hall był zaniepokojony i pełen podejrzeń.

— Do widzenia! — rzekł. — Muszę ja w to wniknąć.

Teddy poszedł dalej; było mu znacznie lżej na sercu.

Zamiast jednak w to wniknąć, Hall został porządnie złajany przez żonę, że za długo bawił w Sidderbridge; na jego nieśmiałe pytania o gościa odburkiwała niechętnie i wymijająco.

Ale ziarno podejrzenia, które Teddy zasiał w umyśle pana Halla, kiełkowało w cichości mimo strachu przed żoną.

Toteż gdy nieznajomy poszedł spać, co nastąpiło o wpół do dziesiątej, pan Hall śmiało wszedł do bawialni, obejrzał meble żony, ażeby pokazać, że on jest tu panem, nie zaś ów nieznajomy, i ze szczerą pogardą popatrzył na jakieś równanie matematyczne skreślone na kartce papieru. Idąc na spoczynek, zalecił pani Hall, aby się dobrze przyjrzała pakunkom gościa, gdy nazajutrz przyjadą ze stacji.

— Pilnuj własnego nosa, a do mnie się nie wtrącaj! — odpowiedziała mu na te rady pani Hall.

Była tym opryskliwsza dla męża, iż w głębi duszy czuła, że ten obcy człowiek jest jednak bardzo dziwny, i sama po trosze się go bała.

W nocy obudziła się nagle. Śniły jej się duże białe głowy w kształcie rzepy lub brukwi, osadzone na patykach i błyskające czarnymi jak węgiel oczami. Te głowy goniły ją i ziały siarką. Ale że pani Hall była osobą rozsądną, więc opanowała strach, przewróciła się na drugi bok i zasnęła w najlepsze.

Rozdział III. Tysiąc i jedna flaszka

Rozdział III

Tysiąc i jedna flaszka

W TAKI SPOSÓB dwudziestego dziewiątego lutego, z pierwszą odwilżą, dziwna ta osobistość spłynęła z mgieł nieskończoności do Iping.

Nazajutrz przywieziono pakunki nieznajomego, a były to niezwykłe pakunki: para kuferków, jakie mógłby mieć każdy rozsądny człowiek, potem paczka z ogromnymi grubymi książkami, były też między innymi pisane dziwnym pismem manuskrypty, dalej skrzynki, paczki i walizek co niemiara, a we wszystkich jakieś przedmioty owinięte w słomę. Hall dowodził, że to nic innego, tylko butelki.

Nieznajomy wyszedł przed dom w płaszczu, kapeluszu i rękawiczkach, aby powitać swoje bagaże, które Fearenside przywiózł z kolei.

— Nareszcie przyszły! Tak długo czekałem — rzekł, podchodząc do wózka.

Zdjął najmniejszą skrzynkę. Wtem pies Fearenside’a zaczął ujadać i w chwili, gdy nieznajomy ze swoim pakunkiem wstępował na schody, rzucił się na niego z wyszczerzonymi zębami.

Hall, który stał także w drzwiach, gawędząc z Fearenside’em, odskoczył na bok przestraszony.

— Do nogi! — krzyknął Fearenside i podniósł batog.

Widzieli obaj, że zęby psa chwyciły rękawiczkę, widzieli, że pies podskoczył i złapał za spodnie; ale w tej chwili bicz Fearenside’a powstrzymał jego złowrogie zamiary. Pies podwinął ogon pod siebie i schował się między koła wózka.

Stało się to w mgnieniu oka. Nieznajomy spojrzał na swoje rękawiczki i spodnie, po czym wszedł do gospody. Słyszeli, że od razu udał się do swego sypialnego pokoju na górę.

— Ty gałganie, bestio przeklęta! — mruczał Fearenside, gramoląc się na wózek z biczem w ręku. Pies ukrył się jeszcze głębiej między koła. — Chodź no tu, chodź, sprawię ci lanie.

Hall przypatrywał się temu.

— Ugryzł go — rzekł wreszcie. — Trzeba by pójść zobaczyć.

I podążył za nieznajomym. W sieni spotkał żonę.

— Pies Fearenside’a rzucił się na gościa — nie omieszkał jej oznajmić.

Poszedł wprost na górę, a ponieważ drzwi od pokoju nieznajomego były otwarte, wszedł bez ceremonii, będąc z natury skłonnym do serdecznych stosunków z ludźmi.

Zasłony były spuszczone i w pokoju panował półmrok. Hall zobaczył coś jakby rękaw bez ręki i twarz z trzema niewyraźnymi plamami na białym tle, twarz przypominającą biały kwiat bratka.

Potem otrzymał silne uderzenie w piersi, krzyknął, upadł, drzwi zatrzasnęły się za nim i zostały zamknięte na klucz. Stało się to tak nagle, że nie miał czasu zmiarkować, jak do tego doszło. Przed oczami mignęły mu jakieś niewyraźne kształty, następnie poczuł ból i pchnięcie. I oto teraz stał na schodach, zastanawiając się, co też to mogło być, i co on takiego widział…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki