Winnetou - Karol May - ebook

Winnetou ebook

Karol May

4,5

Opis

Głównymi bohaterami tej trzytomowej powieści są Winnetou – młody, szlachetny wódz indiańskiego plemienia Apaczów, i jego biały przyjaciel, Old Shatterhand.

Młodzi wojownicy zawierają braterstwo krwi, poprzez które – zgodnie z indiańskimi wierzeniami – „ich dusze wchodzą w siebie nawzajem i tworzą jedną jedyną”. Niezwykła przyjaźń sprawdza się podczas licznych przygód, jakie przeżywają Winnetou i Old Shatterhand, stając oko w oko z niebezpiecznymi plemionami Siuksów i Komanczów czy przeciwstawiając się podstępnym osadnikom lub stawiając czoła groźnym przestępcom przybywającym na Dzikim Zachodzie. Pasjonująca fabuła, rozbudzające wyobraźnię sceny, pozytywne cechy głównych bohaterów i głębokie przesłanie chrześcijańskie przyczyniły się do trwającej już ponad wiek popularności Winnetou wśród czytelników na całym świecie.

Lektura dla klasy V

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1129

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału niemieckiego:

Winnetou

Przekład polski na podstawie wydania z 1910 roku

(Wyd. „Przez Lądy i Morza”)

Redakcja:

Joanna Rodziewicz

Na okładce:

Kadr z filmu Winnetou: Złoto Apaczów (niem. Winnetou 1. Teil), reż. Harald Reinl, 1963

© Flash Press Media

LEKTURA DLA KLASY V

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-739-8

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2017

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

TOM PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZYGREENHORN

Czy wiesz, Szanowny Czytelniku, co to jest greenhorn, określenie wysoce złośliwe i uchybiające?

„Green” znaczy: „zielony”, a „horn” – „róg, rożek”. Greenhorn to „zielony”, a więc niedojrzały, niedoświadczony człowiek, który musi ostrożnie wysuwać naprzód różki, jeśli się nie chce narazić na niebezpieczeństwo kpin, słowem – żółtodziób.

Greenhorn to człowiek, który nie wstaje z krzesła, gdy chce na nim usiąść lady, i pozdrawia pana domu, zanim się ukłoni paniom. Przy nabijaniu strzelby greenhorn wsuwa odwrotnie nabój do lufy albo wpycha najpierw pakuły, potem kulę, a dopiero na końcu proch. Greenhorn uważa szopa za oposa, a średnio ładną Mulatkę za kwarteronkę1. Greenhorn, otrzymawszy policzek od Paddy’ego2, leci ze skargą do sędziego pokoju, zamiast, jak prawdziwy jankes3, ukarać napastnika na miejscu. Greenhorn bierze ślady dzikiego indyka za trop niedźwiedzi, a lekki sportowy jacht za parowiec z rzeki Missisipi. Greenhorn wstydzi się położyć swoje brudne buty na kolanach towarzysza podróży, a gdy pije rosół, to nie chlipie jak konający bawół. Greenhorn wlecze ze sobą na prerię gąbkę do mycia wielkości dyni i dziesięć funtów mydła, zabiera w dodatku kompas, który już na trzeci dzień wskazuje wszystkie możliwe kierunki z wyjątkiem północy. Greenhorn zapisuje sobie osiemset indiańskich wyrazów, a spotkawszy się z pierwszym czerwonoskórym, przekonuje się, że zapiski te wysłał w ostatnim liście do domu. Greenhorn kupuje proch, a kiedy ma wystrzelić, spostrzega, że sprzedano mu mielony węgiel. Greenhorn uczył się przez dziesięć lat astronomii, ale choćby równie długo patrzył w niebo, nie poznałby, która godzina. Greenhorn wtyka nóż za pas w ten sposób, że kaleczy się w udo, gdy się pochyli. Greenhorn roznieca na Dzikim Zachodzie tak duże ognisko, że płomień bucha na wysokość drzewa, a gdy go znajdą Indianie, dziwi się. Greenhorn to właśnie greenhorn. Ja sam byłem greenhornem.

Nie należy jednak sądzić, że przyznawałem się wówczas, iż to przykre określenie pasuje do mnie. Najwybitniejszą cechą greenhorna jest właśnie to, że uważa za „zielonych” raczej wszystkich innych, ale nigdy samego siebie.

Przeciwnie, zdawało mi się, że jestem rozsądnym i doświadczonym człowiekiem; wszak otrzymałem wyższe wykształcenie i nigdy się nie bałem egzaminu! Będąc młody, nie zastanawiałem się wówczas nad tym, że dopiero życie jest właściwym i prawdziwym uniwersytetem, w którym uczniowie są pytani co dzień i co godzina. Wrodzona żądza czynu i pragnienie zapewnienia sobie dobrobytu zapędziły mnie za ocean do Stanów Zjednoczonych, gdzie warunki życia były wówczas dla młodego i zapobiegliwego człowieka daleko lepsze niż teraz.

Los zawiódł mnie do St. Louis, do pewnej rodziny, u której znalazłem chwilowe schronienie jako nauczyciel domowy. Bywał tam Mr. Henry, oryginał i rusznikarz, który oddawał się swemu rzemiosłu z zamiłowaniem prawdziwego artysty, a siebie z dumą nazywał „zbrojmistrzem”.

Był to człowiek odznaczający się życzliwością dla bliźnich, mimo że na to nie wyglądał, gdyż prócz wspomnianej rodziny nie utrzymywał z nikim stosunków, a ze swoimi klientami obchodził się tak szorstko, że nie omijali oni sklepu tylko dla wysokiej wartości towaru.

Mr. Henry stracił żonę i dzieci wskutek jakiegoś okropnego wypadku. Nie mówił o tym nigdy, ale domyśliłem się z niektórych wzmianek, że wymordowano ich podczas jakiegoś napadu. Ten straszny cios spowodował zapewne szorstkość jego obejścia.

Nie mogłem długi czas zrozumieć, dlaczego ten stary człowiek właśnie mnie, młodemu i obcemu, okazywał tyle przychylności, aż raz sam mi to powiedział. Przychodził do mnie często, przysłuchiwał się lekcjom, a potem zabierał mnie ze sobą na miasto. Raz zaprosił mnie do siebie w gościnę. Tego rodzaju wyróżnienie nikogo jeszcze nie spotkało, dlatego wahałem się, czy mam skorzystać z zaproszenia. Ale moje ociąganie nie podobało mu się widocznie. Dziś jeszcze przypominam sobie wściekłą minę, jaką zrobił, gdy wreszcie przyszedłem do niego.

– Gdzieżeście to siedzieli wczoraj, sir?

– W domu.

– A przedwczoraj?

– Także w domu.

– Nie zawracajcie mi głowy!

– Mówię prawdę, Mr. Henry!

– Pshaw! Takie żółtodzioby, jak wy, nie siedzą w gnieździe, ale wciskają się wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinny.

– Powiedzcież łaskawie, gdzież to powinienem być.

– Tu, u mnie. Zrozumiano? Już dawno chciałem was o coś zapytać.

– A więc pytajcie śmiało – wezwałem go, siadając wysoko na warsztacie, przy którym pracował.

Spojrzał mi w twarz zdziwiony, potrząsnął karcąco głową i zawołał:

– Śmiało! Jak gdybym takiego greenhorna, jak wy, miał dopiero pytać o pozwolenie, czy mogę z nim mówić!

– Greenhorna? – odrzekłem marszcząc czoło, gdyż poczułem się dotknięty. – Przypuszczam, Mr. Henry, że wam się to słowo wyrwało mimo woli.

– Nie wyobrażajcie sobie za wiele! Powiedziałem to z pełnym rozmysłem. Jesteście greenhorn, i to jaki jeszcze! Treść przeczytanych książek dobrze wam siedzi w głowie; to prawda. To zdumiewające, ile tam u was musicie się uczyć! Ale nie wyobrażajcie sobie, że jesteście mędrcem. Wsadźcie nos w życie, wówczas dowiecie się może, na czym polega właściwa mądrość! Wasze dotychczasowe wiadomości są niczym, wprost zerem, a to, co potraficie, ma jeszcze mniejszą wartość. Wy z pewnością nie umiecie nawet strzelać!

Powiedział to z wielką pogardą i tak stanowczo, jak gdyby był tego pewny.

– Dajcie mi dobrą strzelbę do ręki, a dostaniecie odpowiedź.

Na te słowa odłożył lufę, którą gwintował, wstał, utkwił we mnie zdziwione oczy i zawołał:

– Strzelbę do ręki, sir? Tego się po mnie nie spodziewajcie! Moje strzelby dostają się tylko w takie ręce, którym razem z nimi mogę powierzyć mój honor!

– Ja mam właśnie takie ręce.

Spojrzał na mnie, usiadł, zaczął znowu pracować nad lufą, mrucząc pod nosem:

– Taki greenhorn! Gotów mnie naprawdę rozzłościć swoim zuchwalstwem!

Nie przejmowałem się tym, ponieważ go znałem. Wyjąłem cygaro i zapaliłem. Mój gospodarz milczał może kwadrans, ale dłużej nie wytrzymał. Podniósł lufę pod światło, popatrzył przez nią i zauważył:

– Strzelać to nie to samo, co patrzeć na gwiazdy lub odczytywać napisy ze starych cegieł Nabuchodonozora. Czy mieliście kiedy strzelbę w ręku?

– Miałem.

– A czyście mierzyli i wypalili kiedykolwiek?

– Tak.

– I trafiliście?

– Oczywiście.

Na to on opuścił prędko trzymaną w ręku lufę, spojrzał znów na mnie i rzekł:

– Tak, trafiliście, naturalnie, ale w co?

– W cel, to się samo przez się rozumie.

– Co? Tego we mnie nie wmawiajcie! Jestem pewien, że chybiliście, nawet jeśli to był mur na dwadzieścia łokci wysoki i pięćdziesiąt długi, a robicie minę tak poważną i pewną siebie, że żółć człowieka zalewa. Ja nie jestem chłopakiem, któremu udzielacie lekcji! Taki greenhorn i mól książkowy, jak wy, chce umieć strzelać! Zdejmijcie tę starą flintę z gwoździa i złóżcie się jak do strzału. To rusznica na niedźwiedzie, najlepsza ze wszystkich, jakie miałem w rękach!

Poszedłem za jego wezwaniem.

– Halo! – zawołał zrywając się. – A to co? Obchodzicie się z tą strzelbą jak z laseczką, a to najcięższa rusznica, jaką znam. Tacy jesteście silni, sir?

Zamiast odpowiedzi chwyciłem go z dołu za kamizelkę i sprzączkę od spodni i podniosłem prawą ręką do góry.

– Do pioruna! – krzyknął. – Puśćcie! Jesteście o wiele silniejsi od mego Billa.

– Waszego Billa? Kto to?

– To był mój syn, który… ale dajmy temu spokój! Nie żyje, tak jak i reszta. Rósł na dzielnego chłopa, ale sprzątnięto go razem z innymi w czasie mojej nieobecności. Podobni jesteście do niego z postaci, macie prawie takie same oczy, ten sam układ ust i dlatego was… ale to was przecież nic nie obchodzi!

Twarz jego nabrała wyrazu głębokiego smutku; przesunął po niej ręką i rzekł weselej:

– Wielka szkoda, że mając tak silne muskuły, pogrążyliście się w książkach. Powinniście byli ćwiczyć się fizycznie!

– Robiłem to.

– Boksujecie się?

– Tam u nas nie jest to w zwyczaju. Ale gimnastykuję się i mocuję.

– Jeździcie konno?

– Tak.

– A w szermierce?

– Udzielałem lekcji.

– Człowiecze, nie blaguj!

– Może spróbujemy?

– Dziekuję, mam dość tego, co było! Muszę zresztą pracować.

Wrócił do warsztatu, a ja za nim. Rozmowa stała się skąpa, Henry zajęty był widocznie jakimiś myślami. Naraz podniósł oczy znad roboty i zapytał:

– Czy zajmowaliście się matematyką? Arytmetyką, geometrią?

– Oczywiście.

– I miernictwem?

– Nawet z wielkim upodobaniem. Uganiałem się często bez potrzeby z teodolitem po polach.

– Potraficie robić pomiary naprawdę?

– Tak, brałem udział w pomiarach poziomych i pomiarach wysokości, chociaż wcale nie uważam się za geodetę.

– Well4, dobrze, bardzo dobrze!

– Czemu o to pan pyta?

– Mam widocznie powód. Zrozumiano? Jaki, to się jeszcze kiedyś okaże. Muszę najpierw wiedzieć, hm, tak, muszę najpierw wiedzieć, czy umiecie strzelać.

– Proszę wystawić mnie na próbę!

– Zrobię to, tak, zrobię, bądźcie tego pewni. Wstąpcie do mnie jutro o szóstej. Pójdziemy na strzelnicę, gdzie wypróbowuję moje strzelby.

Uporał się widocznie z lufą, bo wyjął z szafy wieloboczny kawałek żelaza i zaczął opiłowywać jego rogi. Zauważyłem na powierzchni każdego rogu otwór.

Henry pracował nad tym z taką uwagą, że zapomniał prawie zupełnie o mojej obecności. Oczy mu się iskrzyły, gdy od czasu do czasu przypatrywał się swojemu dziełu; biła z nich, rzekłbym, miłość. Ten kawałek żelaza miał widocznie dla niego wielką wartość. Ponieważ zaciekawiło mnie to, zapytałem:

– Czy to będzie część strzelby?

– Tak – odrzekł, jak gdyby sobie przypomniał, że jeszcze jestem.

– Nie znam systemu broni z tego rodzaju częścią składową.

– Wierzę. Taki ma dopiero powstać. Będzie to system Henry’ego.

– W takim razie proszę wybaczyć, że zapytałem! Ten wynalazek to oczywiście tajemnica.

Zaglądał do wszystkich dziurek przez dłuższy czas, obracał żelazo w różnych kierunkach, przykładał je kilka razy do tylnego wylotu lufy, na koniec odezwał się:

– Tak, to tajemnica; wiem jednak, że umiecie milczeć, chociaż z was skończony i prawdziwy greenhorn; dlatego powiem, co z tego będzie: sztucer wielostrzałowy na dwadzieścia pięć strzałów.

– Niemożliwe!

– Co wy tam wiecie! Nie jestem tak głupi, żebym się porywał na rzeczy niemożliwe.

– W takim razie musielibyście mieć komory na amunicję dla dwudziestu pięciu strzałów!

– Będzie tylko jedna komora, bardzo wygodna. To żelazo jest komorą. Będzie ona obracającym się walcem, a dwadzieścia pięć otworów zmieści tyleż nabojów. Przy każdym strzale walec posunie następny nabój ku lufie. Długie lata nosiłem się z tym pomysłem, długo nic mi się nie udawało; teraz jest nadzieja, że się to jakoś sklei. Już obecnie jako rusznikarz mam dobre imię, ale wkrótce stanę się sławny, bardzo sławny i zarobię dużo pieniędzy.

– A w dodatku obciążycie swoje sumienie!

– Sumienie? Jak to?

– Sądzicie, że morderca może mieć czyste sumienie?

– Rany boskie! Czy chcecie powiedzieć, że zostanę mordercą?

– Tak, gdyż pomoc w morderstwie jest taką samą zbrodnią jak morderstwo.

– Niech was diabli porwą! Nie będę pomagał w żadnym morderstwie! Co wy wygadujecie?

– Jeżeli sporządzicie strzelbę na dwadzieścia pięć strzałów i oddacie ją w ręce pierwszego lepszego łotra, to na preriach, w puszczach i w górskich wąwozach rozpocznie się okropna rzeź. Do biednych Indian strzelać będą jak do kujotów5 i za kilka lat nie ostanie się ani jeden czerwonoskóry. Gotowi jesteście wziąć to na swoje sumienie?

Patrzył na mnie w milczeniu.

– Jeżeli każdy będzie mógł za pieniądze nabyć taką strzelbę – mówiłem dalej – to zbierze pan wprawdzie po kilku latach tysiące, ale mustangi i bizony będą doszczętnie wytępione, a wraz z nimi wszelkiego rodzaju zwierzyna, której mięso potrzebne jest czerwonoskórym do życia. Setki i tysiące zabijaków uzbroją się w wasze sztucery i pójdą na Zachód. Krew ludzi i zwierząt popłynie strumieniami i niebawem okolice z tej i z tamtej strony Gór Skalistych opustoszeją z wszelkich żywych istot.

– Przekleństwo! – zawołał. – Czy rzeczywiście przybyliście tu niedawno z Europy?

– Tak.

– A zatem zupełny greenhorn. Mimo to gada tak, jak gdyby był pradziadkiem wszystkich Indian i żył już tutaj od stu lat! Człowieku, nie wyobrażaj sobie, że napędzisz mi stracha! Wcale nie zamierzam zakładać fabryki broni. Jestem samotny i chcę samotny pozostać. Nie mam ochoty ujadać się ze stu lub więcej robotnikami.

– Moglibyście uzyskać patent na swój wynalazek, sprzedać go i dużo na tym zarobić.

– O to się nie troszczcie, sir! Dotychczas miałem dość na swoje potrzeby; spodziewam się, że i nadal biedy nie zaznam. Teraz zabierajcie się do domu!

Nie obraziłem się za te szorstkie słowa. Taka była jego natura, nie wątpiłem ani na chwilę, że mnie polubił i chciał z pewnością pomagać mi, jak mógł, pod każdym względem.

Nie przeczuwałem, jak ważny miał się stać dla mnie ów wieczór, a tym mniej, że ciężka rusznica, którą Henry nazwał „starą flintą”, oraz niegotowy jeszcze sztucer odegrają w mym przyszłym życiu tak wielką rolę. Cieszyłem się jednak myślą o następnym poranku, gdyż strzelałem już rzeczywiście dużo i dobrze i byłem pewien, że popiszę się przed moim osobliwym starym przyjacielem.

Stawiłem się u niego punktualnie o godzinie szóstej rano. Czekał już na mnie, wyciągnął rękę na powitanie, a po jego surowej, lecz uczciwej twarzy przebiegł lekki, jakby drwiący uśmiech.

– Witam, sir! – rzekł. – Macie minę zwycięzcy. Well, zaraz spróbujemy, czy traficie w mur dwudziestołokciowy. Ja wezmę lżejszą strzelbę, a wy rusznicę, bo nie chce mi się taszczyć takiego ciężaru.

Gdyśmy przybyli na strzelnicę, nabił obydwie strzelby i oddał najpierw dwa strzały ze swojej. Potem przyszła kolej na mnie. Nie znałem jeszcze tej rusznicy, trafiłem mimo to pierwszy raz w samą krawędź czarnego koła na tarczy. Drugi raz powiodło mi się jeszcze lepiej, trzeci strzał padł już dokładnie w sam środek, a wszystkie następne kule przeleciały przez dziurę wybitą za trzecim razem.

Zdumienie Henry’ego wzmagało się za każdym strzałem; musiałem wypróbować i jego dwururkę, a gdy i tym razem osiągnąłem równie pomyślny wynik, zawołał:

– Albo macie diabła w sobie, sir, albo jesteście wprost urodzeni na westmana6. Nie widziałem jeszcze tak strzelającego greenhorna!

– Diabła nie mam, Mr. Henry – zaśmiałem się. – I nie chcę nic wiedzieć o takim przymierzu.

– W takim razie waszym zadaniem, a nawet powinnością, jest zostać westmanem. Czy nie czujecie do tego ochoty?

– Owszem!

– Well, zobaczymy, co się da zrobić z greenhorna. A konno umiecie także jeździć?

– Pshaw! Jeździć konno to żadna sztuka! Najtrudniej dosiąść konia. Gdy się już znajdę w siodle, zrzucić się nie dam.

Spojrzał na mnie badawczo, czy mówię poważnie.

– Tak rzeczywiście sądzicie? Zobaczymy! Dopiero siódma, mamy jeszcze dość czasu. Pójdziemy do Jima Cornera, który odnajmuje konie. Ma on deresza, który się już postara, aby was zrzucić.

Wróciliśmy do miasta, odszukaliśmy handlarza koni, który posiadał dużą ujeżdżalnię, otoczoną stajniami. Corner wyszedł sam i zapytał, czego żądamy.

– Ten młodzieniec twierdzi, że żaden koń nie zrzuci go z siodła – odpowiedział Henry. – Cóż wy na to, Mr. Corner? Pozwolicie mu się wdrapać na waszego deresza?

Handlarz zmierzył mnie badawczym wzrokiem.

– Kościec, zdaje się, dobry i giętki; zresztą młodzi ludzie nie łamią karku tak łatwo jak starsi. Jeżeli ten dżentelmen chce spróbować deresza, to nie mam nic przeciwko temu.

Wydał odpowiednie rozkazy i niebawem dwaj stajenni wyprowadzili ze stajni osiodłanego konia. Kazałem sobie podać bicz i przypiąć ostrogi i po kilku daremnych próbach, przeciwko którym koń bronił się jak mógł, znalazłem się w siodle.

W tym samym momencie stajenni odskoczyli czym prędzej, a deresz zrobił skok wszystkimi czterema nogami w górę, a potem drugi w bok. Utrzymałem się w siodle, chociaż nie miałem jeszcze nóg w strzemionach. Spieszyłem się, by je prędko założyć. Zaledwie się to stało, koń zaczął wierzgać, a gdy nic tym nie wskórał, przycisnął się do ściany, aby mnie o nią zsunąć, ale mój bicz odpędził go wkrótce od niej. Nastąpiła ciężka i niebezpieczna dla jeźdźca walka z koniem. Wytężyłem całą zręczność i niedostateczną wówczas jeszcze wprawę oraz całą siłę nóg; to wszystko razem przyniosło mi w końcu zwycięstwo. Gdy zsiadłem, nogi mi drżały ze zmęczenia, ale koń ociekał potem i bryzgał dużymi, ciężkimi płatami piany. Był teraz posłuszny na każde poruszenie ostrogi lub cugli.

Handlarz zląkł się o konia, kazał owinąć go kocem i przeprowadzać z wolna po dziedzińcu. Potem zwrócił się do mnie:

– Nigdy bym tego nie przypuścił, młodzieńcze; sądziłem, że będziecie leżeli po pierwszym skoku. Nie zapłacicie oczywiście nic, a jeżeli chcecie mi sprawić przyjemność, to przyjdźcie jeszcze i nauczcie tę bestię rozumu. To nie jest koń tani, gdy więc się stanie posłuszny, wtedy ja na tym dużo zyskam.

– Jeśli sobie życzycie, to jestem gotów wyświadczyć wam tę grzeczność.

Henry nie odezwał się ani słowem od czasu, kiedy zsiadłem z konia; przypatrywał mi się tylko, kiwając głową. Naraz klasnął w ręce i zawołał:

– Ten greenhorn to istotnie niezwykły greenhorn! Mało nie zdusił na śmierć tego deresza, zamiast dać się rzucić na piasek. Kto was tego nauczył, sir?

– Przypadek. Swojego czasu dostał się w moje ręce półdziki ogier z puszty7 węgierskiej, który nie pozwalał nikomu wsiąść na siebie. Powoli i dzięki wytrwałości opanowałem go, choć z narażeniem życia.

Poszliśmy do domu; on do siebie, a ja do swojego mieszkania. Henry nie pokazał się tego dnia ani w ciągu dwóch następnych. Ale na trzeci dzień zajrzał do mnie po południu, wiedząc, że jestem wolny.

– Czy macie ochotę przejść się ze mną? – zapytał.

– A dokąd?

– Do pewnego dżentelmena, który chciałby was poznać, bo nie widział jeszcze nigdy greenhorna.

Henry miał dziś tak filuterną i przedsiębiorczą minę jak jeszcze nigdy. Jego zachowanie kazało mi się domyślać, że przygotowuje jakąś niespodziankę. Przeszliśmy przez kilka ulic i wstąpiliśmy do jakiegoś biura z szerokimi, szklanymi drzwiami od ulicy. Henry wpadł tam tak prędko, że ledwie zdążyłem przeczytać złote litery na szybach:  „O f f i c e”8  i  „s u r v e y i n g”9.

Na stołach leżały mapy i plany, a wśród nich rozmaite przyrządy miernicze. Byliśmy w biurze geodezyjnym. Henry nie przyszedł ani z zamówieniem, ani po informację, tylko jakby na przyjacielską pogawędkę, która się też bardzo szybko nawiązała i zeszła na leżące na stołach przedmioty. Ucieszyłem się nawet, gdyż mogłem wziąć udział w rozmowie.

Henry interesował się widocznie bardzo miernictwem. Chciał wiedzieć wszystko i tak mnie powoli wciągnął w rozmowę, że w końcu sam odpowiadałem na rozmaite jego pytania, objaśniałem zastosowanie różnych przyrządów; pokazywałem, jak się rysuje mapy i plany. Był ze mnie istotnie tęgi greenhorn, gdyż nie odgadłem jego zamiaru. Uderzyło mnie coś dopiero, gdy zauważyłem, że urzędnicy dają rusznikarzowi tajemne znaki. Wstałem z krzesła, chcąc niejako zwrócić uwagę Henry’emu, że życzę sobie już wyjść. Wyszliśmy pożegnani jeszcze przyjaźniej niż byliśmy przyjęci.

Gdy znaleźliśmy się w takiej odległości od biura, że nie można nas już było stamtąd dojrzeć, Henry zatrzymał się, położył mi rękę na ramieniu i rzekł promieniejąc zadowoleniem:

– Sir, człowieku, młodzieńcze, greenhornie, ależ zrobiliście mi przyjemność! Jestem wprost z was dumny! Przewyższyliście nawet moją rekomendację i oczekiwania tych panów!

– Rekomendację, oczekiwania? Nie rozumiem.

– Sprawa jest bardzo prosta. Twierdziliście niedawno, że znacie się na miernictwie. Aby się przekonać, czy to nie blaga, zaprowadziłem was do tych dżentelmenów, a moich dobrych znajomych, aby was wypróbowali. Okazało się, że wszystko w porządku, i wyszliście z honorem.

Może w trzy tygodnie po naszej osobliwej wizycie w owym biurze moja chlebodawczyni poprosiła, żebym wieczorem nie wychodził, lecz został na kolacji wraz z jej rodziną, podając za powód tę okoliczność, że przybędzie Henry oraz dwu dżentelmenów, z których jeden, niejaki Sam Hawkens, jest słynnym westmanem. Jako greenhorn, nie słyszałem oczywiście nic o tym nazwisku, ale ucieszyłem się ze sposobności poznania prawdziwego i tak znakomitego westmana.

Jako domownik, nie czekałem, aż wybije oznaczona godzina, lecz stawiłem się o kilka minut wcześniej w sali jadalnej. Ku memu zdziwieniu ujrzałem nie zwyczajne, lecz wspaniałe nakrycie jak do jakiejś uczty. Mała, pięcioletnia Emmy była sama w pokoju i wsadziła właśnie palec do kompotu. Wyjęła go, skoro tylko wszedłem, i otarła szybko w swoją jasną czuprynkę. Gdy jej pogroziłem palcem, przyskoczyła do mnie i szepnęła kilka słów do ucha. Aby naprawić swój błąd, zdradziła mi tajemnicę ostatnich dni, która wprost rozsadzała jej serduszko: „To uczta pożegnalna dla pana”.

Moja uczta pożegnalna! Czy to było możliwe? Nie. Z pewnością dziecko tak sobie uroiło. Toteż uśmiechnąłem się tylko. W chwilę potem usłyszałem głosy w pierwszym pokoju: nadchodzili goście, wyszedłem więc naprzeciw, by ich powitać.

Henry przedstawił mi trochę tępo i niezgrabnie wyglądającego młodzieńca, Mr. Blacka, a następnie westmana Sama Hawkensa.

Westmana! Takiej postaci nie widziałem nigdy przedtem; później oczywiście poznałem jeszcze dziwniejsze. Ten człowiek i tak już osobliwy potęgował jeszcze to wrażenie tym, że stał tu, w wytwornym salonie, zupełnie tak, jakby przybył prosto z puszczy – z kapeluszem na głowie i strzelbą w ręku! Jego wygląd przedstawiał się tak:

Spod smętnie obwisłych brzegów pilśniowego kapelusza, z plątaniny czarnego zarostu wyzierał nos tak straszliwych rozmiarów, że mógł na każdym słonecznym zegarze służyć za przyrząd do rzucania cienia. Z powodu potężnego zarostu widać było z całej twarzy, oprócz organu powonienia, tylko małe, rozumne oczka, nadzwyczaj ruchliwe i utkwione we mnie z szelmowską jakąś chytrością.

Tułów Sama Hawkensa tkwił aż po kolana w starej bluzie myśliwskiej z koźlej skóry, uszytej najwidoczniej dla jakiejś znacznie grubszej osoby. Wyglądał w niej jak dziecko, które dla zabawy ubrało się w surdut dziadka. Z tego, więcej niż obfitego, okrycia wyzierała para chudych, krzywych jak sierpy nóg, ubranych w wystrzępione spodnie, których wiek wyraźnie świadczył, że człowieczek ten wyrósł z nich przed dwoma zapewne dziesiątkami lat. Nie mniejszą uwagę zwracały na siebie jego indiańskie buty, w których z biedą mogła się zmieścić cała osoba ich właściciela.

W ręku słynny westman trzymał strzelbę, podobniejszą raczej do kija niż do broni palnej. Tylko z największą ostrożnością odważyłbym się jej dotknąć. Lepszą karykaturę myśliwca z prerii trudno było sobie wyobrazić.

Jednak w krótkim czasie poznałem wartość tego oryginała.

Obejrzawszy mnie od stóp do głów, westman rzekł cienkim głosem do rusznikarza:

– Czy to jest ten młody greenhorn, o którym opowiadaliście, Mr. Henry?

– Tak – potwierdził zapytany.

– Well! On mi się nawet dosyć podoba. Spodziewam się, że Sam Hawkens także mu się spodobał, hi! hi! hi!

Z tym piskliwym, dziwnym nieco śmiechem zwrócił się w stronę drzwi, w których ukazali się właśnie pan i pani domu. Potem poproszono nas do jadalni.

Poszliśmy za tym wezwaniem, przy czym Hawkens ku memu zdziwieniu nie odłożył strzelby ani kapelusza. Dopiero gdy wyznaczono nam miejsca przy stole, rzekł wskazując na swą starą pukawkę:

– Prawdziwy westman nie spuszcza nigdy z oka swej strzelby, a tym bardziej nie czynię tego ja z moją zacną Liddy. Zawieszę ją koło firanek.

A więc strzelbę swoją nazywał Liddy! Później oczywiście dowiedziałem się, że wielu myśliwców, uganiających po Zachodzie, obchodzi się ze swoimi strzelbami jak z żywymi stworzeniami i nadaje im imiona. Westman powiesił strzelbę koło firanek i chciał to samo zrobić z kapeluszem, ale gdy go zdjął, została w nim cała jego czupryna. Można się było naprawdę przestraszyć widokiem jego nagiej, czerwonej czaszki. Lady krzyknęła głośno, dzieci zaczęły wrzeszczeć, on zaś zwrócił się do nas chcąc nas uspokoić:

– Nie lękajcie się, moje panie i panowie, to nic! Nosiłem własne włosy uczciwie od dzieciństwa. Żaden adwokat nie poważył się zaprzeczyć mi prawa do tego. Dopiero jeden czy dwa tuziny Indian wpadły na mnie i zdarły mi moje włosy z głowy razem ze skórą. Było to diabelnie przykre uczucie, ale przebyłem to szczęśliwie, hi! hi! hi! Potem udałem się do Tekamy i kupiłem nowy skalp, jeśli się nie mylę. Nazywa się to peruka i kosztowało trzy grube wiązki skórek bobrowych. Ale to nic nie szkodzi, gdyż nowa skóra jest o wiele praktyczniejsza, zwłaszcza w lecie; mogę ją zdjąć, kiedy się spocę, hi! hi! hi!

Zawiesił kapelusz na strzelbie i założył perukę na głowę, po czym zdjął bluzę i przewiesił ją przez krzesło. Była wielokrotnie łatana, jeden kawał skóry przyszyty był na drugim, co nadało jej taką sztywność i grubość, że strzała Indianina nie przebiłaby jej z łatwością.

Gdy powrócił do krzesła przy stole, spojrzał chytrze najpierw na mnie, a potem na panią domu i zapytał:

– Może milady powie przed jedzeniem temu greenhornowi, o co chodzi, jeśli się nie mylę?

Zwrot „jeśli się nie mylę” był jego stałym przyzwyczajeniem. Lady skinęła głową, zwróciła się do mnie, wskazała na najmłodszego z gości i rzekła:

– Nie wiecie zapewne, że Mr. Black jest waszym następcą, sir!

– Moim… na…stępcą! – wybuchnąłem zmieszany.

– Ponieważ żegnamy was dzisiaj, musieliśmy się rozejrzeć za nowym nauczycielem.

– Że… gna…my?

– Tak, żegnamy was, sir – rzekła z uśmiechem, który mi się wydał niestosowny, gdyż ja bynajmniej nie miałem ochoty do wesołości. – Polubiliśmy pana bardzo, nie chcieliśmy przeto przeszkadzać w tym, by jak najprędzej zdobył pan szczęście. Bardzo nam przykro, ale rozstajemy się przecież w pełni wielkiej życzliwości. Jedźcie jutro w imię Boże!

– Odjeżdżać? Jutro? Dokąd? – wykrztusiłem.

Na to Sam Hawkens uderzył mnie po ramieniu i odrzekł z uśmiechem:

– Dokąd? Na Dziki Zachód ze mną. Zdaliście znakomicie egzamin, hi! hi! hi! Inni surwejorzy10 odjeżdżają jutro i nie mogą dłużej czekać. Mnie, Dicka Stone’a i Willa Parkera przyjęto na przewodników przy budowie linii kolejowej wzdłuż Canadianu do Nowego Meksyku. Myślę, że nie zechcecie tutaj nadal pozostać greenhornem!

Teraz spadła mi łuska z oczu. A więc to wszystko było z góry ukartowane! Surwejorzy, pomiary dla jednej z wielkich kolei, które zamierzano budować. Co za radość! Dalej nie było o co pytać, gdyż mój stary, kochany Henry sam podszedł do mnie, ujął mnie za rękę i rzekł:

– Powiedziałem wam już, dlaczego was lubię. Jesteście tu u zacnych ludzi, ale stanowisko nauczyciela domowego nie jest dla was odpowiednie. Musicie się udać na Zachód. Zwróciłem się w tym celu do Atlantic i Pacific Company i kazałem wybadać wasze wiadomości tak, abyście się tego nie domyślili. Zdaliście dobrze egzaminy i macie tu waszą nominację.

Podał mi dokument. Gdy rzuciwszy nań okiem, przeczytałem przewidywaną wysokość wynagrodzenia, ciemno mi się w oczach zrobiło.

Stary przyjaciel mówił dalej:

– Pojedziecie konno, potrzebujecie więc dobrego konia. Kupiłem dla was deresza, którego ujeździliście. Bez broni nie możecie się ruszyć, dostaniecie więc tę starą flintę, która na nic mi się nie przyda, a z której wy tak dobrze trafiacie. I cóż wy na to, sir, hę?

Z początku milczałem, a gdy wreszcie odzyskałem mowę, próbowałem nie przyjąć darów, ale bez skutku. Ci zacni ludzie postanowili mnie uszczęśliwić, zrobiłbym im wielką przykrość, gdybym odmówił.

Aby na razie przynajmniej zapobiec dalszemu wałkowaniu tej sprawy, lady usiadła przy stole, a my musieliśmy pójść za jej przykładem. Zaczęła się uczta.

Po kolacji udzielono mi potrzebnych wiadomości. Miano budować linię kolejową z St. Louis przez Indian Territory11, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię do wybrzeża Pacyfiku i postanowiono tę długą trasę zbadać i odmierzyć sektorami. Sektor, który przypadł w udziale mnie i trzem innym surwejorom pod kierunkiem starszego inżyniera, leżał między źródłami rzek Rio Pecos i południowego Canadianu. Trzej wytrawni przewodnicy: Sam Hawkens, Dick Stone i Will Parker, mieli nam towarzyszyć aż na miejsce, gdzie oczekiwała nas gromada dzielnych westmanów, dodanych nam dla bezpieczeństwa. Oczywiście mogliśmy także liczyć na pomoc wszystkich załóg wojskowych w sąsiednich fortach. Aby mi zrobić niespodziankę, powiedziano mi o tym wszystkim dopiero dzisiaj, co prawda, trochę za późno. Uspokoiła mnie jednak wiadomość, że postarano się o wszystko, co było konieczne do podróży, aż do najdrobniejszych szczegółów. Nie pozostawało mi nic innego, jak przedstawić się kolegom, którzy czekali na mnie w mieszkaniu starszego inżyniera.

Pożegnawszy się nazajutrz z mymi gospodarzami, udałem się do Henry’ego. Zacząłem mu dziękować, ale on potrząsnąwszy mnie silnie za ręce, przerwał mi tymi słowy:

– Nie ma o czym mówić, sir! Wysyłam was tylko dlatego, żeby moja stara flinta mogła się jeszcze na coś przydać. Gdy wrócicie, odszukacie mnie i opowiecie, coście przeżyli i czego doświadczyliście.

To rzekłszy, wypchnął mnie za drzwi. Obróciłem się jeszcze raz i zobaczyłem łzy w jego oczach.

ROZDZIAŁ DRUGI KLEKI-PETRA

Zbliżał się koniec wspaniałej, północnoamerykańskiej jesieni. Pracowaliśmy od trzech miesięcy, ale nie wypełniliśmy jeszcze naszego zadania, gdy tymczasem inne sektory wróciły już dawno do domu. Złożyły się na to dwa powody.

Pierwszy ten, że przeznaczono nam do opracowania bardzo trudną okolicę. Linia kolejowa miała iść przez prerię wzdłuż południowego Canadianu, kierunek był więc wskazany tylko do źródeł tej rzeki; od Nowego Meksyku zaś wyznaczało go położenie dolin i wąwozów. Nasz sektor leżał pomiędzy Canadianem a Nowym Meksykiem. Utrudniało nam pracę jeszcze i to, że znajdowaliśmy się w okolicy niebezpiecznej. Tamtejsi bowiem Indianie – Kiowa, Komancze i Apacze – nie chcieli pozwolić na budowę kolei poprzez kraje, które uznawali za swoją własność. Musieliśmy się bardzo strzec i ciągle być w pogotowiu, przez co oczywiście nasza robota znacznie się opóźniała. Ze względu na Indian nie mogliśmy zdobywać środków żywności polując, ponieważ wówczas Indianie odkryliby łatwo nasze ślady. Sprowadzaliśmy wszystko, czego nam było potrzeba, z Santa Fe na zaprzężonych wołami wozach. Niestety, dowóz ten był także bardzo niepewny i kilkakrotnie nie mogliśmy posunąć się naprzód z naszymi pomiarami, ponieważ wozy z żywnością nie przybywały na czas.

Drugą przyczyną był skład naszego towarzystwa. W St. Louis przywitał mnie starszy inżynier i inni surwejorzy bardzo przychylnie. To przyjęcie, jakiego doznałem, pozwalało się spodziewać dobrej i skutecznej współpracy. Jednak pod tym względem spotkało mnie przykre rozczarowanie.

Moi koledzy, prawdziwi jankesi, widzieli we mnie niedoświadczonego greenhorna. Chcieli zarobić pieniądze, nie dbając o to, czy wypełnią sumiennie swoje zadanie. Ja zawadzałem im przy tym, toteż niebawem zniknęła okazywana mi z początku przychylność. Nie dałem się tym zbić z tropu i robiłem, co do mnie należało. Wkrótce też zorientowałem się, że moi koledzy posiadali niezbyt duży zasób wiedzy. Zwalali na mnie najtrudniejszą robotę, a sami szukali okazji do uprzyjemniania sobie życia.

Starszy inżynier, Mr. Bancroft, był z nich najbardziej wykształcony, ale okazało się, niestety, że lubi wódkę. Przywieziono z Santa Fe kilka baryłek tego zgubnego napoju, a od tego czasu nasz przełożony zajmował się więcej brandy12 niż przyrządami mierniczymi. Nieraz potrafił przeleżeć pół dnia na ziemi zupełnie pijany. Trzej surwejorzy, Riggs, Marcy i Wheeler, musieli, jak zresztą i ja, płacić za dostawy, aby więc nie ponieść straty, pili z nim na wyścigi. Ponieważ ja nie próbowałem nawet wódki, przeto obowiązek pracy spoczywał oczywiście wyłącznie na mnie.

Reszta towarzystwa pozostawiała również wiele do życzenia. Przybywszy na sektor, zastaliśmy w nim dwunastu westmanów. Jako nowicjusz, szanowałem ich z początku ogromnie, lecz wnet przekonałem się, że mam do czynienia z ludźmi o bardzo niskim poziomie moralnym. Mogę śmiało powiedzieć, że zeszło się tu niczym na schadzkę dwunastu największych próżniaków w Stanach Zjednoczonych.

Jak smutnie musiała w takich warunkach wyglądać u nas karność!

Inżynier Bancroft, komendant z tytułu i z urzędu, udawał, że jest kierownikiem, ale nikt go nie słuchał. Wyśmiewano jego rozkazy, a on klął strasznie, tak jak chyba nikt na świecie, a w końcu szedł do baryłki, aby wódką wynagrodzić sobie swoje wysiłki. Inni postępowali nie inaczej. Miałem więc wszelki powód do tego, by wziąć cugle w ręce. Uczyniłem to, ale tak, żeby tego nie zauważyli. Takiego młodego i niedoświadczonego człowieka nie mogli darzyć pełnym szacunkiem. Gdybym był dość głupi, żeby przemówić tonem rozkazującym, byłbym się tylko naraził na powszechny śmiech. Musiałem więc postępować cicho i ostrożnie jak rozumna żona, która umie tak kierować opornym mężem, że on nie ma o tym pojęcia.

Ci na pół dzicy, nieokiełznani ludzie nazywali mnie dziesięć razy dziennie greenhornem, a mimo to stosowali się bezwiednie do mnie. Przy tym zdawało im się zawsze, że właściwie czynią wszystko zgodnie z własną wolą.

Pod tym względem ogromnie byli mi pomocni Sam Hawkens i jego dwaj towarzysze, Dick Stone i Will Parker. Wszyscy trzej byli to na wskroś uczciwi, a przy tym – choć nie poznałem się na tym od razu – doświadczeni, mądrzy i śmiali westmani, których imiona słynęły daleko i szeroko. Trzymali się przeważnie mnie i stronili od reszty towarzyszy, ale tak oględnie, że nie mogło to tamtych obrazić. Szczególnie Sam Hawkens umiał, pomimo różnych swych śmiesznych właściwości, zdobyć u niechętnego mi towarzystwa znaczne poważanie. Cokolwiek zaś przeprowadzał swoim na poły poważmym, a na poły zabawnym sposobem, to zawsze po to, aby mi dopomóc w zrealizowaniu moich zamiarów.

Wytworzył się między nami w cichości stosunek, który dałby się najlepiej porównać ze stosunkiem feudalnego pana do swojego lennika. Hawkens wziął mnie w opiekę, nie pytając wcale, czy się z tym zgadzam. Ja byłem greenhornem, on zaś wytrawnym westmanem, którego słowa i czyny miały być dla mnie czymś nieomylnym. W wolnym czasie i przy sposobności udzielał mi teoretycznych i praktycznych lekcji ze wszystkiego, co należy wiedzieć i czemu trzeba umieć podołać na Dzikim Zachodzie. Jeżeli dziś zgodnie z prawdą muszę powiedzieć, że wyższą szkołę odbyłem dopiero później u boku Winnetou, to poczucie sprawiedliwości każe mi przyznać, że Samowi Hawkensowi zawdzięczam nauki elementarne. Sporządził mi nawet własnoręcznie lasso i pozwalał ćwiczyć się nim na sobie i swoim koniu. Gdy potem doszedłem do tego, że pętla chwytała już cel niechybnie za każdym rzutem, ucieszył się serdecznie i zawołał radośnie:

– To pięknie, mój młody sir, to dobrze! Ale niech wam moja pochwała nie przewróci w głowie! Bakałarz musi pochwalić od czasu do czasu nawet najgłupszgo ucznia, jeżeli chce, by ten robił postępy. Jeżeli jednak nadal tak się będziecie ćwiczyć, to może po sześciu lub ośmiu latach nikt nie nazwie was już greenhornem.

Wygłaszał te słowa pozornie z największą powagą i ja tak samo je przyjmowałem, ale wiedziałem, że on wcale tak nie myślał.

Najbardziej pożądane były dla mnie jego praktyczne pouczenia, gdyż praca zawodowa zabierała mi tyle czasu, że gdyby nie Hawkens, nie znalazłbym ani chwili na ćwiczenie tych umiejętności, które musi opanować każdy myśliwiec na prerii. Zresztą trzymaliśmy w tajemnicy nasze ćwiczenia i urządzaliśmy je tak daleko od obozu, że nie można było nas podglądnąć.

Mimo wszystkich wspomnianych poprzednio przeszkód doszliśmy przecież w końcu tak daleko, że w ciągu tygodnia mogliśmy się już połączyć z następnym sektorem. Należało pchnąć posłańca, aby zanieść tam tę wiadomość. Bancroft oświadczył, że pojedzie sam pod przewodnictwem jednego z westmanów. Nie czyniliśmy tego po raz pierwszy, gdyż ciągle musieliśmy się porozumiewać zarówno z sektorem pracującym za nami, jak i tym, który pracował przed nami.

Bancroft przed wyjazdem uważał za stosowne wypić strzemiennego, w czym mieli wziąć udział wszyscy. Popijanie, co zresztą przewidywałem, ustało dopiero wtedy, kiedy Bancroft nie mógł już nawet bełkotać. Towarzysze zabawy dotrzymywali mu kroku i upili się nie mniej od niego. O zamierzonej jeździe nie mogło już teraz być mowy. Hultaje zrobili to, co czynili zawsze w tym stanie: wleźli w krzaki, aby się tam wyspać.

Cóż można było począć? Posłaniec musiał odejść, tymczasem należało się spodziewać, że pijani będą spać do późnego popołudnia. Wypadało wobec tego, żebym ja pojechał. Ale czy mogłem? Byłem pewien, że aż do mojego powrotu przez cztery dni nikt nie weźmie się do pracy. Gdy się naradzałem nad tym z Samem Hawkensem, wskazał ręką na zachód i rzekł:

– Nie trzeba będzie jechać, sir. Możecie przekazać wiadomość tym dwóm, którzy oto się zbliżają.

Byli to biali, a w jednym z nich poznałem starego przewodnika, który już kilka razy był u nas z wieściami z sąsiedniego sektora. Obok niego jechał młody mężczyzna, ubrany inaczej, niż to jest przyjęte na dalekim Zachodzie. Stanąwszy przed nami, nieznajomy zapytał mnie o nazwisko. Gdy je wymieniłem, obrzucił mnie przyjaźnie badawczym spojrzeniem i rzekł:

– A więc to wy jesteście tym młodym dżentelmenem, który robi tu wszystko, gdy tymczasem inni leniuchują.

Był to kierownik najbliższego zachodniego sektora, pan White. Jego przybycie musiało mieć oczywiście jakiś powód. Zsiadł z konia, podał mi rękę i powiódł wzrokiem po naszym obozie. Ujrzawszy śpiących w zaroślach, a obok baryłkę po wódce, uśmiechnął się domyślnie, ale nieprzyjaźnie.

– Pijani? – spytał.

Skinąłem głową.

– Tak. Mr. Bancroft chciał udać się do was i wypito strzemiennego. Zbudzę go i…

– Stać! – przerwał. – Muszę z wami pomówić tak, żeby oni tego nie słyszeli. Chodźmy na bok i nie budźmy ich! Kto są ci trzej ludzie, którzy stali z wami?

– To Sam Hawkens, Dick Stone i Will Parker, nasi trzej przewodnicy, ludzie godni zaufania.

– Ach, Hawkens, ten mały, osobliwy myśliwiec. To dzielny chłop, słyszałem o nim. Niechaj wszyscy trzej pójdą z nami.

Uczyniłem zadość jego wezwaniu, a następnie spytałem:

– Przybywacie z własnej inicjatywy, Mr. White? Czy sprowadza was coś ważnego?

– Bynajmniej. Chciałem się tylko przekonać, czy wszystko tu w porządku, no i pomówić z wami. Myśmy już skończyli nasz sektor, a wy swojego jeszcze nie.

– Winne temu trudności terenu. Zamierzam…

– Wiem, wiem! – przerwał mi. – Wiem, niestety, o wszystkim. Gdyby pan nie pracował w trójnasób, Bancroft byłby dziś tam, gdzie rozpoczął.

– Tak nie jest, Mr. White. Nie wiem wprawdzie, skąd macie to błędne mniemanie, że tylko ja byłem pilny, ale moim obowiązkiem…

– Cicho, sir, cicho! Chodzili posłańcy od nas do was i z powrotem, a ja ich o wszystko wypytywałem. To bardzo szlachetne z waszej strony, że bierzecie w obronę tych pijaków, ale ja chciałbym usłyszeć prawdę.

Poszliśmy do namiotu. White usiadł przed nim na trawie i skinął na nas, żebyśmy zrobili to samo, po czym zaczął wypytywać Hawkensa, Stone’a i Parkera, którzy przedstawili mu całą prawdę, nie dodając ani jednego zbytecznego słowa. Mimo to wtrąciłem tu i ówdzie jakieś słówko, aby złagodzić niektóre, słuszne skądinąd zarzuty i bronić kolegów.

Gdy się już o wszystkim dowiedział, zażądał, żebym mu pokazał nasze rysunki i mój dziennik. Mogłem nie spełnić tego życzenia, nie uczyniłem tego jednak z obawy, żeby go nie obrazić. Czułem zresztą, że żywi w stosunku do mnie dobre zamiary. Przejrzał wszystko uważnie i nie zaprzeczyłem, kiedy mnie o to spytał, że sam byłem rysownikiem i autorem, gdyż istotnie żaden z tamtych nie zrobił ani jednej kreski i nie napisał ani jednej litery.

– Ale z tego dziennika nie widać – rzekł – ile pracy przypada na każdego z osobna. Posunęliście się za daleko w swoim chwalebnym koleżeństwie.

– Sięgnijcie mu do kieszeni, Mr. White! Tam tkwi coś blaszanego, w czym dawniej były sardynki. Sardynek teraz już nie ma, ale jest za to dziennik prywatny, jeśli się nie mylę. Tam zapewne wszystko opisał inaczej niż w urzędowym sprawozdaniu, gdzie tuszuje lenistwo kolegów – zauważył chytrze Sam.

Hawkens wiedział, że prowadziłem prywatne zapiski. White poprosił, żebym mu pokazał swoje notatki. Cóż miałem zrobić? Czy moi koledzy zasłużyli na to, żebym się dla nich męczył bez żadnej wdzięczności z ich strony i żebym to jeszcze zatajał? Szkodzić im nie chciałem w żaden sposób, ale nie mogłem być niegrzeczny wobec White’a. Podałem mu więc dziennik, ale pod warunkiem, że nikomu nie wspomni o tym, co zawiera. Przeczytał, zwrócił mi go i rzekł:

– Powinienem właściwie zabrać ze sobą te kartki i przedłożyć je, gdzie należy. Wasi koledzy to nicponie, którzy nie są warci ani jednego dolara. Wam zaś powinno się zapłacić w trójnasób. Dobrze zrobicie, jeśli zachowacie te prywatne zapiski, gdyż mogą się wam one później bardzo przydać. A teraz zbudźmy tych sławetnych dżentelmenów.

Wstał i wszczął alarm. „Dżentelmeni” powyłazili z zarośli z błędnymi oczyma i zmienionymi twarzami. Bancroft gotów był uciec się do grubiaństw ze złości, że go zbudzono, okazał się jednak uprzejmy, gdy usłyszał, że przybył Mr. White z najbliższego sektora. Widzieli się po raz pierwszy. Bancroft podał mu przede wszystkim kieliszek wódki, ale źle się z tym wybrał, bo White wygłosił umoralniające kazanie, jakiego Bancroft chyba jeszcze w życiu nie słyszał. Zdumiony pijak milczał przez chwilę, ale potem rzucił się na White’a, chwycił go za ramię i krzyknął:

– Panie, kim jesteście?

– Starszym inżynierem sąsiedniego sektora.

– Czy tam może wam kto rozkazywać?

– Sądzę, że nie.

– A więc! Ja jestem Bancroft, starszy inżynier tego sektora, i nikt nie ma prawa mi tu rozkazywać!

– To prawda, że jesteśmy sobie równi – rzekł napadnięty spokojnie. – Żaden z nas nie jest obowiązany przyjmować od drugiego rozkazów. Ale skoro jeden widzi, że drugi szkodzi przedsiębiorstwu, jego powinnością jest zwrócić uwagę na jego błędy. Wszyscy, szesnastu ludzi, których tu zastałem przyjechawszy przed dwoma godzinami, byli pijani. Przypatrzyłem się już zdjęciom i dowiedziałem się, kto je robił. Najmłodszy z was dźwigał cały ogrom pracy.

Na to Bancroft zwrócił się do mnie i syknął:

– To wy powiedzieliście o tym, nikt inny! Nie wypierajcie się, nikczemny kłamco i podstępny zdrajco!

– Nie – odparł Mr. White. – Wasz młody kolega postąpił jak dżentelmen; wyrażał się o was tylko dobrze i brał was w obronę. Radzę wam przeto prosić go o przebaczenie za to, że nazwaliście go kłamcą i zdrajcą.

– Ani myślę! – zaśmiał się Bancroft szyderczo! – Ten greenhorn nie umie odróżnić trójkąta od czworoboku i wyobraża sobie, że jest surwejorem. Spóźniliśmy się z pracą, ponieważ on wszystko robił nie tak, jak trzeba.

Nie dokończył. Miesiące całe cierpiałem i pozwalałem tym ludziom myśleć i mówić o mnie, co chcieli. Teraz nadeszła chwila pokazania im, jak dalece pomylili się w ocenie mojej osoby. Pochwyciłem Bancrofta za ramię i ścisnąłem tak silnie, że aż krzyknął z bólu.

– Mr. Bancroft – rzekłem – wypiliście za dużo wódki i nie odespaliście jeszcze waszego pijaństwa. Zapewne jesteście jeszcze pijani, przyjmuję więc, żeście tego nie powiedzieli. Czy macie teraz odwagę zaprzeczyć temu, żeście się upili?

Trzymałem go jeszcze za ramię. Nie był słabeuszem, ale wyraz mojej twarzy zdawał się go przerażać. Zwrócił się więc do dowódcy dwunastu westmanów:

– Mr. Rattler, czy ścierpicie, żeby ten człowiek porywał się na mnie?

Rattler, wysoki i tęgo zbudowany mężczyzna, posiadał, jak się zdawało, siłę trzech, a może czterech ludzi. Z radością skorzystał ze sposobności, aby dać ujście złości, jaką czuł do mnie. Przyskoczył prędko, pochwycił mnie za ramię, jak ja Bancrofta, i odpowiedział:

– Nie, ja na to nie pozwolę, Mr. Bancroft. Ten smarkacz ośmiela się grozić dorosłym mężczyznom. Nie podnoś ręki na Mr. Bancrofta, smarkaczu, bo ci pokażę, jaki z ciebie greenhorn!

Wyrwałem mu ramię i odrzekłem:

– Ja smarkacz, greenhorn? Odwołajcie to natychmiast, Mr. Rattler, bo grzmotnę wami o ziemię!

Zaśmiał się.

– Taki greenhorn jest naprawdę na tyle głupi, że…

Nie skończył, gdyż uderzyłem go pięścią w skroń tak, że runął ciężko na ziemię jak wór. Dłuższą chwilę trwała głęboka cisza.

Cała banda Rattlera miała wielką ochotę pomścić na mnie klęskę towarzysza. Jeden spozierał na drugiego, lecz ich przestrzegłem:

– Słuchajcie, ludzie! Kto zbliży się o krok lub chwyci za broń, dostanie kulkę w łeb! Ja wam dowiodę, że jeden taki greenhorn jak ja da sobie radę z dwunastu takimi westmanami jak wy!

Wtem stanął przy mnie Sam Hawkens i rzekł:

– A ja, Sam Hawkens, także was ostrzegam, jeśli się nie mylę. Ten młody greenhorn jest pod moją szczególną opieką. Kto by się poważył strącić mu włos z głowy, temu natychmiast wystrzelę dziurę w jego własnej osobie. Ja nie żartuję. Zapamiętajcie to sobie, hi! hi! hi!

Dick Stone i Will Parker stanęli obok mnie, aby zaznaczyć, że są tego samego zdania, co Hawkens. To zaimponowało przeciwnikom. Odwrócili się, mrucząc pod nosem przekleństwa.

White patrzył na mnie szeroko rozwartymi ze zdziwienia oczyma. Potrząsnął głową i rzekł tonem niekłamanego zdumienia:

– Ależ, sir, to jest przerażające! Nie chciałbym dostać się w wasze ręce. Należałoby was naprawdę nazwać Shatterhand13 za to, że tego wielkiego i silnego jak dąb człowieka rozciągnęliście na ziemi jednym uderzeniem pięści.

Ten projekt podobał się widocznie Samowi Hawkensowi, gdyż zaczął prychać wesoło.

– Shatterhand, hi! hi! hi! Greenhorn – i już – wojenny przydomek, i to jaki! Old Shatterhand! Całkiem tak jak Old Firehand14, także westman i silny jak niedźwiedź.

– Czy odprowadzicie mnie kawałek drogi? – zapytał White.

– Chcecie zaraz wracać, Mr. White?

– Tak. Zastałem tu takie stosunki, że nie mogę bawić dłużej niż potrzeba.

– Przybyliście, aby pomówić z inżynierem.

– Zapewne, ale mogę to także powiedzieć wam. Otóż przede wszystkim przybyłem tu, aby ostrzec was przed czerwonoskórymi.

– Czy widzieliście ich?

– Widziałem ich ślady. W tym czasie ciągną na południe dzikie mustangi i bizony, a czerwonoskórzy opuszczają swoje wsie, aby na nie polować. Przed Kiowami nie ma obawy, gdyż dogadaliśmy się z nimi co do budowy kolei, ale Komancze i Apacze nic o tym nie wiedzą i dlatego nie możemy się im pokazywać. Osiodłajcie teraz konia i spytajcie, czy Sam Hawkens ma ochotę udać się z nami.

Oczywiście Sam miał ochotę.

Poszedłem więc do namiotu Bancrofta i oświadczyłem, że dziś pracować nie będę, lecz razem z Samem Hawkensem odprowadzę White’a.

– Idźcie do diabła i skręćcie karki! – odrzekł, a ja nie przeczuwałem, że to ordynarne życzenie mogło się niebawem spełnić.

Od kilku dni nie wyjeżdżałem nigdzie, toteż deresz mój zarżał radośnie, gdy zacząłem go siodłać. Okazał się koniem wyśmienitym, cieszyłem się więc, że będę mógł oznajmić to memu staremu „zbrojmistrzowi” Henry’emu.

Jadąc w blasku pięknego jesiennego dnia, rozmawialiśmy o zamierzonych wielkich budowach kolejowych i o wszystkim, co nam leżało na sercu. Około południa zatrzymaliśmy się nad strumieniem, żeby coś przegryźć. Potem White pojechał dalej ze swym przewodnikiem, a my poleżeliśmy jeszcze chwilę.

Przed wyruszeniem w drogę powrotną pochyliłem się nad strumieniem, by zaczerpnąć wody. Czysta była jak kryształ, ujrzałem więc na dnie odciski, jak mi się zdawało, stopy ludzkiej. Oczywiście zwróciłem na to uwagę Sama. On przypatrzył się uważnie, po czym rzekł:

– White miał zupełną słuszność, ostrzegając nas przed Indianami. To ślad indiańskiego mokasyna. Jakież wrażenie robi to na was, sir?

– Żadnego.

– Bo nie znacie czerwonoskórych!

– Ale spodziewam się, że ich poznam. Są chyba tacy sami jak inni ludzie: wrogowie swoich wrogów i przyjaciele swoich przyjaciół. Ponieważ zaś nie zamierzam występować przeciwko nim wrogo, więc przypuszczam, że nie potrzebuję się ich obawiać. Kiedy ten czerwonoskóry mógł być tutaj?

– Mniej więcej przed dwoma dniami. Wyszedł na zwiady za bizonim mięsem. Teraz panuje pokój między tutejszymi szczepami, więc nie mógł to być szpieg wojenny.

Mogliśmy wrócić tą samą drogą, którą przybyliśmy tutaj, ale zadaniem moim jako surwejora było zbadać całą naszą trasę, dlatego skręciliśmy trochę i pojechaliśmy po równoległej linii.

W ten sposób wydostaliśmy się na dość szeroką dolinę, porosłą bujną trawą. Zaledwie ujechaliśmy kilka kroków, gdy nagle Sam wstrzymał konia i popatrzył uważnie przed siebie.

– Dobra nasza! – krzyknął. – Otóż są. Pierwsze w tym roku!

– Co? – zapytałem.

Ujrzałem daleko przed sobą osiemnaście, a może dwadzieścia z wolna poruszających się punktów.

– Nie wstydzicie się pytać? Ach, prawda, wszak jesteście greenhorn. Bądźcie łaskawi zgadnąć, najszanowniejszy sir, co to za istoty kręcą się tam, gdzie spoczęły wasze piękne oczy!

– Zgadnąć? Hm! Wziąłbym je za sarny.

– Sarny, hi! hi! hi! – Śmiał się. – Sarny tu, w górze, nad źródłami Canadianu! To się wam znakomicie udało!

– Ach, kochany Samie! To chyba nie bizony?

– Oczywiście, że bizony. To bizony, prawdziwe bizony, znajdujące się w drodze, pierwsze, które widzę w tym roku. Cóż wy na to, jeśli się nie mylę, hę?

– Musimy podjechać bliżej! I przypatrzyć się im!

– Obejrzeć, tylko obejrzeć? O greenhornie, co ja z wami przeżywam! Ja nie będę im się przypatrywał ani ich oglądał, lecz będę na nie polował!

– Dzisiaj, w niedzielę?

Wyrwało mi się to niebacznie. Sam Hawkens rozgniewał się naprawdę i krzyknął na mnie:

– Zamknijcie się z łaski swojej, sir! Czy prawdziwy westman pyta, czy to niedziela, widząc przed sobą pierwsze bizony? One dają mięso! Rozumiecie? Mięso, i to jakie, jeśli się nie mylę! Kawał polędwicy z bizona jest rzeczą wspaniałą. Wiatr wieje ku nam, to dobrze. Tu na lewym północnym zboczu doliny świeci słońce, ale tam na prawo leży cień. Jeśli się tam zaczaimy, bizony nie spostrzegą nas przedwcześnie. Jedźmy!

Spojrzał na swoją Liddy, czy obie lufy są w porządku, i popędził konia na wskazane miejsce. Ja także zbadałem za jego przykładem swoją rusznicę. Ujrzawszy to, Sam od razu zatrzymał konia i zapytał:

– Macie ochotę wziąć udział w polowaniu?

– Oczywiście!

– Dajcie temu pokój, jeżeli nie chcecie być za dziesięć minut rozdeptani na miazgę! Ja waszego życia na swoje sumienie nie wezmę. Kiedy indziej róbcie sobie, co się wam podoba, ale teraz nie zniosę oporu!

Umilkłem i pojechałem za nim z wolna pasem cienia, rzucanym przez las.

– Jest ich, jak widzę, ze dwadzieścia – mówił już łagodniej – ale wyobraźcie sobie, że pędzi ich przez sawanny ponad tysiąc! Widywałem dawniej trzody liczące po dziesięć tysięcy i więcej sztuk. Był to chleb Indian, a biali im go odebrali. Czerwonoskóry oszczędzał zwierzynę, gdyż dawała mu pożywienie, zabijał tylko w miarę potrzeby, biały natomiast grasował wśród tych niezliczonych trzód jak dzikie drapieżne zwierzę. Niedługo zniknie tutaj ostatni bizon, a wkrótce po nim Indianin.

Tymczasem zbliżyliśmy się niespostrzeżenie do bizonów na jakieś czterysta kroków. Hawkens zatrzymał konia. Zwierzęta, pasąc się, z wolna posuwały się w górę doliny. Na samym przedzie szedł stary byk, którego olbrzymie cielsko wprawiło mnie w zdumienie. Był pewnie ze dwa metry wysoki, a ze trzy długi, mógł ważyć ze trzydzieści cetnarów: olbrzymia masa mięsa i kości. Natrafiwszy na błotnistą kałużę, zaczął się w niej tarzać z widocznym zadowoleniem.

– To przewodnik – szepnął Sam – najniebezpieczniejszy z całego stada. Kto się z nim spotka, powinien mieć przy sobie podpisany testament. Biorę na cel młodą krowę na prawo za nim. Uważajcie, gdzie jej wpakuję kulę! Za łopatką skośnie w serce, to najlepszy i najpewniejszy strzał oprócz strzału w oko. Ale chyba wariat celowałby w bizona z przodu, aby go trafić w oko! Stańcie tutaj i wciśnijcie się z koniem w zarośla! Skoro mnie spostrzegą, rzucą się do ucieczki i cała ta dzika gonitwa przejdzie tędy.

Odjechał z wolna, dopiero gdy wykonałem jego rozkaz, zajmując stanowisko między dwoma krzakami. Dziwne uczucia mną owładnęły. Powinienem, stosownie do rozkazu Sama, wstrzymać się od udziału w polowaniu, tymczasem stało się zupełnie inaczej.

Koń zaczął się bardzo niepokoić i przebierać kopytami. Z wielką trudnością utrzymywałem go na miejscu. Czy nie byłoby lepiej zmusić go do wyjścia naprzeciw buhaja? Spokojnie rozważałem, co zrobić. Decyzja nastąpiła w jednej chwili.

Sam zbliżył się do bizonów na trzysta kroków, po czym dał koniowi ostrogi, pocwałował ku trzodzie i przemknął obok byka, aby się dostać do upatrzonej krowy. Zwierzę stropiło się i zapomniało o ucieczce, a on dobiegł do niego i w przelocie wystrzelił. Czy krowa padła, tego nie widziałem, gdyż inny widok zajął moją uwagę.

Olbrzymi buhaj zerwał się i łypnął oczyma za Samem Hawkensem. Co za potężne zwierzę! To była niebezpieczna bestia, ale widok jej podsycał pragnienie, by się z nią zmierzyć.

Nie wiem, czy ja popędziłem deresza, czy też on sam mnie uniósł. Wypadł z zarośli i skierował się w lewo; szarpnąłem go jednak i pognałem prosto na byka, który posłyszał, że się zbliżam, odwrócił się, a ujrzawszy mnie, pochylił głowę, aby konia i jeźdźca przyjąć rogami. Sam Hawkens krzyczał z całych sił, ale ja nie miałem czasu spojrzeć w jego stronę. Nie mogłem poczęstować bizona kulą, bo nie stał mi dobrze na strzał, a po wtóre, koń opierał mi się i leciał ze strachu wprost na groźnego olbrzyma. Byk rozstawił tylne nogi, a głowę podniósł w górę, aby wziąć konia na rogi. Wytężając wszystkie siły, udało mi się pchnąć deresza w bok o tyle, że wyciągniętym skokiem przeleciał nad zadem byka. Skok niósł konia wprost w kałużę, w której przedtem tarzał się byk. Spostrzegłem to na szczęście w porę i wyjąłem nogi ze strzemion, gdyż koń się pośliznął, padając razem ze mną w błoto. Jednak już w następnej chwili stałem, trzymając mocno strzelbę w ręku. Bizon obrócił się ku nam i puścił się w niezgrabnych susach ku koniowi, który się tymczasem zerwał do ucieczki. Gdy byk stanął ku mnie bokiem, złożyłem się do strzału. Wypaliłem. Olbrzymie zwierzę zatrzymało się w biegu, nie wiadomo, czy ze strachu przed hukiem, czy dlatego, że dobrze trafiłem. Posłałem mu natychmiast drugą kulę. Bizon podniósł z wolna głowę, wydał ryk tak straszny, że ciarki po mnie przeszły, zachwiał się kilka razy i runął na miejscu.

Byłbym krzyknął z radości po tym ciężkim zwycięstwie, ale koń mój pędził bez jeźdźca, a Sam Hawkens cwałował po drugiej stronie doliny, ścigany przez byka, niewiele mniejszego od tego, którego zabiłem.

Trzeba wiedzieć, że bizon, raz podrażniony, nie wypuszcza już przeciwnika, a dorównuje przy tym w szybkości koniowi.

Byk doganiał już Hawkensa, który, uciekając przed nim, wykonywał niebezpieczne zwroty, nużące konia. Pomoc była konieczna, gdyż koń nie jest tak wytrzymały jak bizon. Nabiłem czym prędzej obie lufy i pobiegłem przez dolinę. Hawkens to zobaczył, chciał wyjechać na spotkanie odsieczy i zwrócił konia ku mnie, lecz przez to popełnił straszny błąd, gdyż byk, który pędził tuż za nim, miał teraz konia z boku. Ujrzałem, jak schylił głowę i jednym pchnięciem podrzucił w górę konia i jeźdźca, a kiedy potem obaj upadli na ziemię, zaczął ich wściekle obrabiać szarpiąc bezustannie rogami. Hawkens wołał o pomoc. Choć dzieliło mnie od niego jeszcze jakich sto pięćdziesiąt kroków, nie mogłem się wahać ani chwili. Stanąłem, wymierzyłem w lewą łopatkę i wystrzeliłem. Bizon podniósł głowę. Ujrzawszy mnie, rzucił się w moją stronę, ale gnał już z mniejszą szybkością, dzięki czemu udało mi się, choć z gorączkowym pośpiechem, nabić powtórnie. Ukląkłem i wymierzyłem. Ten mój ruch sprawił, że bizon na chwilę stanął i podniósł nieco głowę do góry. Przez to podsunął swoje oczy pod moje lufy. Skorzystałem z tego i wpakowałem mu jedną kulę w prawe, a drugą w lewe oko. Krótkie drżenie przebiegło przez jego cielsko i bestia runęła na ziemię. Zerwałem się, by pospieszyć do Sama, ale okazało się to zbyteczne, gdyż on sam był już koło mnie.

– Halo! – zawołałem. – Żyjecie? Nie jesteście ranni?

– Wcale nie! – odpowiedział. – Boli mnie tylko prawe biodro albo lewe.

– A koń?

– Już po nim. Dycha jeszcze, ale bizon rozdarł mu cały brzuch. Aby mu skrócić cierpienia, musimy go zastrzelić; biedne zwierzę!

– Jakże ta bestia wpadła na głupi pomysł, żeby was zaczepić?

– Zastrzeliłem krowę, ale zatrzymałem cwałującego konia dopiero w chwili, kiedy wpadł już na byka. Ten wziął mi to za złe i zabrał się do mnie na całego. Biedna szkapa robiła, co mogła, ale na nic się to nie zdało.

– A skąd weźmiecie innego konia?

– O to się najmniej troszczę. Schwytam go sobie, jeśli się nie mylę. Bizony już są. Zaczęły wędrówkę na południe, wkrótce więc pokażą się także i mustangi.

– Czy będę mógł wam towarzyszyć?

– Oczywiście. I to musicie poznać. Lecz teraz chodźcie obejrzeć starego stadnika. Takie matuzalemy15 miewają nadzwyczaj twarde życie.

Poszliśmy. Zwierzę leżało martwe i teraz dopiero można było należycie ocenić olbrzymie kształty jego cielska.

Sam spozierał to na mnie, to na bizona, robił miny i potrząsał głową.

– To niepojęte, wręcz niepojęte! – odezwał się w końcu. – Czy wiecie, że jesteście najlekkomyślniejszym człowiekiem na świecie? – A teraz – rzekł Sam po chwili milczenia – sprowadźcie swego konia. On sam poniesie mięso, które zabierzemy ze sobą.

Kiedy przyprowadziłem konia, Sam klęczał już nad zabitą krową, zdjął zręcznie skórę z tylnych nóg i wykroił polędwicę.

– Tak – rzekł – to będzie pieczeń na dziś wieczór. Ułożymy to mięso razem z siodłem i uzdą na waszym koniu. Przeznaczam to tylko dla siebie, dla was, dla Dicka i Willa. Jeżeli tamci też zechcą, to niech sobie przyjdą tutaj i zabiorą resztę.

Wyciąłem kilka grubych gałęzi z pobliskich krzaków i naznosiłem ciężkich kamieni. Nakryliśmy nimi krowę. Potem obładowaliśmy konia.

Przybyliśmy do obozu w pół godziny, jakkolwiek musieliśmy iść piechotą, w takiej bowiem odległości znajdowała się dolina, w której położyłem trupem mojego pierwszego, a raczej moje dwa pierwsze bizony.

Nasz powrót piechotą i brak Samowego konia wywołały ogólne zdziwienie. Pytano o przyczynę.

– Polowaliśmy na bizony, przy czym buhaj rozpruł mi konia – odrzekł Sam Hawkens.

– Polowali na bizony, bizony, bizony! – zabrzmiało z ust wszystkich. – Gdzież to, gdzie?

– O małe pół godzinki stąd. Przynieśliśmy sobie polędwicę, a wy możecie zabrać resztę.

– Owszem, zaraz! – zawołał Rattler zachowując się tak, jakby pomiędzy mną a nim nic nie zaszło. – Gdzie jest to miejsce?

– Jedźcie naszym śladem, a znajdziecie. Macie oczy, jeśli się nie mylę.

Kiedy się oddalili, zdjęliśmy polędwicę i siodło z mojego konia, potem odprowadziłem go na bok, by go przywiązać do pala. Przez ten czas Sam Hawkens przedstawił dzieje naszej przygody Parkerowi i Stone’owi. Między nimi a mną stał namiot, nie widzieli mnie więc, kiedy się do nich zbliżałem. Będąc już prawie koło namiotu, usłyszałem głos Sama:

– Wierzcie mi, że tak jest, jak mówię. Ten chłopak bierze największego i najsilniejszego byka na cel i kładzie go jak stary strzelec. Udałem oczywiście, że uważam to za lekkomyślność, wyłajałem go nawet, jak się należy, ale wiem, co o nim myśleć.

– Ja także – potwierdził Stone. – Będzie z niego tęgi westman.

– I to wnet – doleciał mnie głos Parkera.

– To urodzony westman – rzekł Hawkens. A przy tym ta jego siła fizyczna! Czy nie pociągnął wczoraj ciężkiego wozu sam, bez cudzej pomocy? Gdzie on przejdzie, tam nieprędko trawa wyrośnie. Ale przyrzeknijcie mi jedno. Nie okazujcie mu tego, co o nim sądzimy.

– Czemu?

– Bo przewróciłoby mu się w głowie. Tak! To skromny chłopak, bez odrobiny pychy, ale zawsze to źle chwalić człowieka; łatwo przez to popsuć najlepszy nawet charakter. Nazywajcie go więc śmiało greenhornem, bo choć posiada on wszystkie zalety potrzebne dzielnemu westmanowi, nie są one dostatecznie wykształcone. Musi jeszcze wiele ćwiczyć i wiele doświadczyć!

– Czy podziękowałeś mu za ocalenie życia?

– Ani mi przez myśl nie przeszło! Chcę, żeby został taki, jaki jest, i nie wynosił się nad innych. Byłbym go chętnie uściskał i ucałował!

– Fi! – zawołał Stone. – Ciebie całować! Na uścisk można by się jeszcze odważyć, ale całować, nie!

– Co? Nie? Dlaczego? – zapytał Sam.

– Dlaczego? Cóż to, czy nie widziałeś nigdy jeszcze lusterka albo swojej uroczej podobizny w czystej wodzie?

– Tak! Ach! Hm! Wcale przyjemnie wyrażasz się o mnie! Jestem więc poczwarą! A za cóż ty siebie uważasz? Może za piękność? Nie bądź zarozumiały! Daję słowo, że na konkursie piękności ja otrzymałbym pierwszą nagrodę, a ciebie by odpalono, hi! hi! hi! Ale wróćmy do naszego greenhorna. Nie podziękowałem mu i nie uczynię tego, ale gdy polędwica się upiecze, dostanie najlepszy i najsoczystszy kawałek; sam mu go ukroję, bo na to zasłużył. Wiecie, co jutro zrobię? Dam mu sposobność schwytania mustanga.

Rozniecono ognisko, obok którego wbito w ziemię dwie widlaste gałęzie. Tworzyły one podporę dla rożna sporządzonego z prostego konara. Wsadzono nań całą polędwicę, po czym Hawkens zaczął obracać rożen powoli i z całym kunsztem. W duchu bawiłem się jego pełnymi upojenia minami, jakie przy tym stroił.

Kiedy tamci wrócili z mięsem, wszyscy rozniecili sobie także za naszym przykładem kilka ognisk. Oczywiście, nie zachowywali się tak spokojnie jak my. Każdy chciał piec dla siebie, tymczasem zabrakło miejsca i wskutek tego musieli spożyć swoje porcje w stanie na pół surowym.

Ja dostałem rzeczywiście najlepszy kawałek, może trzyfuntowy, i zjadłem go. To nie powinno wywołać zarzutu, że jestem żarłok. Kto sam tego nie przeżył i nie doświadczył, nie uwierzy, jakie masy mięsa potrafi i musi spożywać westman, jeśli chce się utrzymać przy zdrowiu i siłach.

Nazajutrz rano udałem, że się zabieram do pracy, gdy wtem pojawił się Sam Hawkens.

– Zostawcie te instrumenty, sir! Czeka was robota bardziej zajmująca.

– Jaka? Ja mam tu obowiązki.

– Pshaw! Namęczyliście się chyba dość. Zresztą przypuszczam, że wrócimy już w południe. Potem będziecie sobie mierzyli i liczyli, ile wam się spodoba.

Zawiadomiwszy o tym Bancrofta, odjechaliśmy z Samem. Hawkens robił po drodze tajemnicze miny, a ja nie okazywałem wcale, że znam już jego zamiary. Jechaliśmy po zmierzonej już przez nas trasie aż do prerii, o której Sam wczoraj mówił.

Była może na dwie mile angielskie szeroka, a dwa razy dłuższa, otaczały ją lesiste wzgórza. Środkiem płynął szeroki potok, było więc dość wilgoci, by mogła rosnąć tam bujna trawa. Od północy można się było dostać na tę prerię między dwiema górami, a ku południowi kończyła się rozległą doliną. Kiedyśmy tam przybyli, Hawkens przebiegł równinę badawczym spojrzeniem, po czym puściliśmy się dalej na północ wzdłuż brzegu strumienia. Nagle Hawkens wydał okrzyk, zsiadł z konia, przeskoczył przez potok i popędził tam, gdzie było widać stratowaną trawę. Zbadawszy to miejsce dokładnie, znów dosiadł konia i skręcił ku zachodowi, tak że wkrótce znaleźliśmy się na zachodniej krawędzi prerii. Tu puścił konia na paszę, spętawszy go przedtem starannie. Od chwili zbadania śladów nie wyrzekł ani słowa, ale na jego brodatym obliczu rozlewał się wyraz zadowolenia. Uroczyście zwrócił się do mnie z wezwaniem:

– Zsiądźcie także z konia, sir, i zechciejcie go porządnie spętać! Tu zaczekamy.

– Dlaczego mam go spętać? – spytałem, mimo że wiedziałem dobrze, o co chodzi.

– Bo moglibyście go łatwo utracić.

– Mustangi?

– A wy skąd o tym wiecie? – rzekł zdziwiony, rzucając na mnie szybkie spojrzenie.

– Czytałem o tym, że konie swojskie, nie spętane należycie, uciekają chętnie z dzikimi mustangami.

– Niech was diabeł porwie! O wszystkim czytaliście i niełatwo wam zrobić niespodziankę. Wobec tego wolę ludzi, którzy nie umieją czytać. Słuchajcie, mustangi już tu były. Przeszły tędy wczoraj. Była to straż przednia, coś tak jakby zwiadowcy. Trzeba wam wiedzieć, że to zwierzęta ogromnie mądre. Wysyłają zawsze małe oddziały naprzód i na boki, mają swoich oficerów zupełnie jak wojsko, a dowódcą jest stary doświadczony ogier. Pokazywałem wam już nieraz, jak chwytać lassem mustanga. Czy macie ochotę złapać sobie jednego?

– Dziękuję, ale ja nie potrzebuję konia.

– Ależ westman, gdy spotka mustangi, nie ogląda się na to, czy mu potrzeba konia, czy nie!

– Wyobrażałem sobie inaczej prawego westmana.

– Jakiż ma on być?

– Mówiliście wczoraj o białych myśliwych, którzy zabijają masami bizony, chociaż mięso ich na nic im się nie przyda. Uważam to za krzywdę wyrządzaną zwierzętom i czerwonoskórym, których przez to pozbawia się pożywienia. Wy chyba jesteście tego samego zdania?

– Oczywiście.

– Zupełnie tak samo ma się rzecz z końmi. Nie chcę żadnemu z tych wspaniałych mustangów zabierać wolności, nie mogąc tego usprawiedliwić koniecznością zdobycia konia.

– Uczciwie myślicie, tak samo jak wy powinien myśleć, mówić i działać każdy człowiek…

Chciał mówić dalej, lecz nagle przerwał i podniósł rękę ku dwom górom na północnym krańcu prerii. Ukazał się tam jeden samotny koń. Szedł powoli, nie pasąc się, rzucał głową to w jedną, to w drugą stronę i wciągał w nozdrza powietrze.

– Widzicie go? – szepnął Sam cicho, choć koń nie mógł nas usłyszeć. – To zwiadowca, który wyskoczył naprzód, by zbadać, czy okolica bezpieczna.

Teraz mustang puścił się kłusem najpierw w prawo, potem w lewo, a w końcu zawrócił i umknął tam, skąd przybył.

– Przypatrzyliście się temu koniowi? – spytał Sam. – Teraz wrócił, aby swemu czworonożnemu generałowi donieść, że droga wolna. Ale się pomylą, hi! hi! hi! Założę się, że najpóźniej za dziesięć minut będą już tutaj. Wiecie, jak zrobimy?

– No jak?

– Pojedziecie czym prędzej aż do wyjścia z prerii i tam zaczekacie, ja zaś udam się ku wejściu i ukryję w lesie. Gdy stado nadbiegnie, przepuszczę je i popędzę za nim. Stado będzie umykać ku wam, a skoro się pokażecie, cofnie się. Tak będziemy je sobie nawzajem odsyłać, dopóki nie upatrzymy dwu najlepszych koni. Wtedy postaramy się je schwytać, po czym wybiorę sobie lepszego, a gorszego puścimy wolno. Zgoda?

– Wy jesteście mistrzem w chwytaniu koni, będę się trzymał waszych wskazówek.

– A więc teraz zabierajcie się, bo nie zdążymy zająć naszych stanowisk.

Dosiadłszy znowu koni, rozjechaliśmy się, on na północ, ja na południe, na najdalsze krańce prerii.

Z podnieceniem czekałem na konie. Zatrzymałem się na skraju lasu, przywiązałem jeden koniec lassa do kuli u siodła i położyłem je zwinięte w pętlę przed sobą tak, że można je było w stosownej chwili uchwycić.

Drugi kraniec prerii był tak daleko ode mnie, że nie dojrzałbym mustangów, gdyby się tam pojawiły. Nie minął jednak kwadrans, kiedy ujrzałem w dali mnóstwo ciemnych punktów, zwiększających się szybko, w miarę jak się do mnie zbliżały.

Co za wspaniały widok przedstawiały te zwierzęta! Grzywy owiewały im szyje, a ogony chwiały się jak pióropusze. Było ich wszystkich ze trzysta sztuk, a jednak zdawało się, że ziemia drży pod ich kopytami. Pochód prowadził siwy ogier, godny tego, żeby go schwytać i oswoić, gdyby nie to, że żadnemu myśliwemu na preriach nigdy przez myśl nie przejdzie jeździć na koniu jasnej maści, gdyż zdradziłoby go to przed każdym nieprzyjacielem.