Więzy krwi - Hanna Greń - ebook

Więzy krwi ebook

Hanna Greń

4,1

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Kiedy tracisz rodzinę, tracisz wszystko… W Świercznicy znalezione zostaje ciało Wioletty Kamińskiej. Dziewczyna została zgwałcona i uduszona, a pomimo śladów biologicznych pozyskanych z jej ciała nie zdołano ustalić sprawcy. Nie wiadomo też, w jakim celu Kamińska przyjechała z drugiego końca Polski do tej małej górskiej wsi.Mieszkańcy Świercznicy są mało rozmowni, co od razu wzbudza podejrzenia miejscowego policjanta, a ten postanawia do całej sprawy zaangażować Dionizę Remańską.

Była policjantka już wkrótce przekonuje się, że miejscowi kłamią, gdy tylko rozmowa schodzi na osobę Kamińskiej. Typuje więc podejrzanych i rozpoczyna śledztwo, które wstrząśnie całą okolicą i sprawi, że życie mieszkańców spokojnej dotąd miejscowości już nigdy nie będzie takie samo.

Czy Dionizie uda się rozwiązać zagadkę zanim będzie za późno? Kontynuacja bestsellerowej serii autorstwa Hanny Greń!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Hanna Greń, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Ewelina Chodakowska

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Pola i Daniel Rusiłowiczowie

 

Fotografie na okładce:

aboikis, Ervin-Edward, Anselm Baugart / Shutterstock

Robert Thiemann / Unsplash

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66553-18-7

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

Biegła przez las, nie tracąc czasu na odgarnianie na bok gałęzi zagradzających jej drogę. Smagały ją po twarzy, kaleczyły skórę i hamowały ruchy, lecz to wszystko nie miało znaczenia. Byle tylko mogła uciec, znaleźć się jak najdalej od swojego prześladowcy, którego głos jeszcze niedawno słyszała tuż za sobą. „Ty głupia kurwo, i tak nikt ci nie uwierzy. Wszyscy widzieli, że na mnie lecisz”. Starała się wyrzucić z pamięci te słowa, ale one ciągle wracały, odbierając tę resztkę pewności siebie, jaka jej jeszcze została, w głębi duszy bowiem przeczuwała, że napastnik ma rację.

Rzeczywiście fakt, że sama szukała towarzystwa tego mężczyzny, wypytywała o niego i przyjmowała z uśmiechem jego niewybredne zaloty, mógł być postrzegany przez mieszkańców wioski dosyć jednoznacznie. Czy miała wędrować od drzwi do drzwi i tłumaczyć każdemu, że chodziło jej o coś zupełnie innego? Przecież to bez sensu. Zatem szanse, że policjanci jej uwierzą, były raczej mizerne.

Usiłując przesadzić stertę zwleczonych tam przez kogoś gałęzi, zahaczyła stopą o jakiś wystający patyk i z głuchym łomotem runęła na ziemię, a pęd poniósł ją w dół zbocza. Wyhamowała, dopiero gdy na drodze niekontrolowanego ślizgu pojawił się wielki wykrot po zwalonym świerku. Wpadła do niego głową naprzód i później dość długo ścierała z twarzy gliniastą ziemię zmieszaną z igliwiem. Gdy wreszcie wydostała się z dziury, weszła w kępę krzaków i zza tej osłony rozglądała się wokół, lecz mimo wytężania wzroku nikogo nie dostrzegła. Czyżby napastnik wcale jej nie ścigał?

Starając się uspokoić spazmatyczny oddech, Wioletta czujnie nadstawiła uszu, chcąc zorientować się, skąd dobiegną odgłosy pogoni, lecz w lesie panowała zadziwiająca cisza. Szalejący przez ostatnie trzy dni halny niespodziewanie ustał i teraz najmniejszy nawet powiew nie poruszał gałęziami drzew. Żaden zwierz nie przemykał w zaroślach, ptaki nie śpiewały, nie słychać było łopotu skrzydeł, jakby las zamarł w bezruchu, przerażony tym, co stało się w jego wnętrzu.

Stała długo, niepewna, czy może zaufać swoim zmysłom. Mijały minuty, lecz nadal nie słyszała niczego poza własnym, teraz już spokojniejszym, oddechem. Wreszcie zdecydowała się opuścić kryjówkę. Nie mogła przecież stać tam w nieskończoność.

Powinna jak najszybciej dostać się do wioski i poprosić kogoś o wezwanie policji, ale niespodziewanie wyłonił się problem – nie miała pojęcia, w którą stronę powinna iść. Biegnąc przed siebie w panicznym strachu, zgubiła się w tym górskim lesie, pełnym zwalonych drzew i gałęzi zagradzających drogę. Meandrując między nimi, nie myślała o zapamiętaniu przebytej trasy, zresztą strach owładnął nią tak bardzo, że utraciła zdolność logicznego myślenia. Ale i tak musiała się stąd ruszyć. Niebo zasnuły chmury, pochłaniając słońce i niosąc z sobą późnojesienny chłód, więc pozostawanie w lesie nie było najlepszym pomysłem. Już teraz czuła, że jeszcze niedawno rozgrzanym biegiem ciałem zaczynają wstrząsać zimne dreszcze, zauważyła też, że po każdym oddechu w powietrzu pojawia się biały obłoczek.

– Chyba nadciąga przymrozek – szepnęła, opuszczając kryjówkę w kępie krzaków.

Doszła do wniosku, że i tak miała szczęście. W końcu był już koniec listopada, zatem równie dobrze mógł nagle spaść śnieg, którego jak na razie natura oszczędziła tej górskiej krainie. Wtedy nie miałaby zbyt wielkich szans na ocalenie.

Znów się rozejrzała, usiłując przypomnieć sobie wydarzenia poprzedzające lądowanie w wykrocie. Spadła stamtąd – uświadomiła sobie, spoglądając na mocno pochyłe zbocze, na którym dopiero teraz dojrzała ewidentne znaki świadczące o tym, że ktoś się tamtędy sturlał. A przedtem? Biegła w dół czy do góry? A może w poprzek zbocza?

Po namyśle uznała, że wróci po swoich śladach i że musi to zrobić natychmiast, dopóki nie nadciągnął jeszcze zmierzch, w ciemnościach bowiem nigdy nie odnajdzie drogi powrotnej. Westchnęła ciężko i ruszyła pod górę, starając się ignorować ból podbrzusza i krocza, z każdym krokiem mocniejszy.

Na wspomnienie tego, co ją spotkało, z jej gardła wydobył się szloch. Wioletta natychmiast go zdławiła, przyciskając dłoń do ust, drugą zaś przetarła oczy, pozbywając się wilgoci przesłaniającej wzrok. Nie mogła teraz pozwolić sobie na słabość. Płacz i użalania się nad swoim losem musiały poczekać, ważniejsze było dotarcie do wioski. Wtedy otrzyma pomoc, a ten…

Myśl się urwała, gdyż dziewczyna nie potrafiła znaleźć słowa w pełni oddającego podłość i okrucieństwo człowieka, który odarł ją z godności, sponiewierał i upokorzył, a na koniec omal nie pozbawił życia.

Poczuła wypełzający na spuchnięte policzki rumieniec wstydu na wspomnienie żartów, które jeszcze niedawno ją śmieszyły. „Tej to dobrze. Ma męża, kochanka, i jeszcze ją zgwałcili”. Pamiętała, jak zaśmiewały się z koleżankami z tego kawału. Teraz wiedziała doskonale, co czuje ofiara gwałtu, i wcale nie było jej do śmiechu.

Rozmyślając o traumatycznym doświadczeniu, nie zauważyła, kiedy weszła na szczyt wzniesienia. Przystanęła, usiłując zorientować się w terenie, lecz krajobraz wydawał się kompletnie nieznany. Czyżby zagubiła się w tym obcym, ponurym lesie? Szybkie bicie serca i dławienie w gardle zwiastowały atak paniki i Wioletta zaczęła oddychać głęboko i równomiernie, wiedząc, że musi zwalczyć strach. Oddanie mu się we władanie było najgorszym, co mogło ją spotkać.

– Spokój i rozsądek – powiedziała tak cicho, że jej głos zabrzmiał niewiele głośniej od szeptu. – To jedyny ratunek. Nie spieprz tego.

Jeszcze raz odetchnęła głęboko i postąpiła kilka kroków naprzód, zmierzając do dość wysokiego pniaka po ściętym drzewie. Stanęła na nim, ponownie zlustrowała uważnie okolicę i naraz wydała okrzyk, który natychmiast stłumiła dłonią przyciśniętą do ust. Spojrzała raz jeszcze. Wzrok jej nie mylił – w oddali między drzewami widziała wysoką, zrudziałą trawę porastającą leśną polanę. Ten widok spowodował przypływ energii i dziewczyna ruszyła biegiem, chcąc jak najprędzej przekonać się, czy jest to właśnie ta polana, na którą podstępem zwabił ją mężczyzna udający przyjaznego i pomocnego, a który okazał się bestią.

Im bardziej się zbliżała, tym bardziej rosła w niej nadzieja, że się nie myli, a wkrótce zyskała całkowitą pewność. Rozpoznała starą ambonę na jodle i prowadzącą do niej spróchniałą drabinę zbitą z żerdzi, dojrzała też paśnik i dużą szopę na przeciwległym skraju polany. To właśnie tam zorientowała się, iż mężczyzna ją oszukał, twierdząc, że zmierzają do domu człowieka, który zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Gdy dostrzegła zapuszczoną polanę, zażądała wyjaśnień, a wówczas on zaatakował bez ostrzeżenia.

Rozejrzała się czujnie w obawie, że napastnik nie opuścił tego miejsca, lecz natychmiast skarciła się za zbędną ostrożność. Ile mogło minąć czasu od chwili, gdy mu uciekła? Godzina? Może półtorej? Raczej to drugie. Niemożliwe, by dalej się tu czaił, nie mógł wszakże wiedzieć, że postanowiła właśnie tędy wracać.

Wioletta wyperswadowała samej sobie zbędną ostrożność i poszła dalej, stawiając pokraczne kroki. Przy najmniejszym ruchu odczuwała ból w podbrzuszu, tak ostry, że najchętniej położyłaby się na leśnej ściółce i zwinęła w kłębek. Ale uparcie parła naprzód, przecinając polanę na skos, i wkrótce znalazła się na stromej ścieżce wiodącej ku drodze do wioski. Dziewczyna nie nawykła do górskich wędrówek, toteż odczuwała coraz większe zmęczenie. Zwłaszcza nogi odmawiały jej posłuszeństwa, a nieustanne napinanie mięśni podczas schodzenia po ścieżce sprawiało, że co jakiś czas Wioletta jęczała cicho, nie potrafiąc zapanować nad bólem.

Gdy wreszcie stanęła na pokrytej popękanym asfaltem drodze, była tak zmęczona i obolała, że nie miała siły nawet się ucieszyć. Ostatkiem sił dowlokła się do złożonej na poboczu sterty równo pociętego drewna i z cichym jękiem usiadła na jednej z belek.

– Muszę odpocząć – powiedziała głośno i wzdrygnęła się, słysząc w głosie płaczliwy ton.

To nie wróżyło dobrze. Jeszcze trochę i całkiem się rozklei, a na to nie mogła sobie pozwolić. Najpierw musiała dostać się do wioski, a o ile nie popełniła błędu w obliczeniach, musiała w tym celu przejść jakieś cztery kilometry.

– Dam radę – wysyczała przez zęby. – Dam radę, a potem zadzwonię na policję, żeby aresztowali tego skurwysyna – dokończyła mściwie, bezwiednie używając słowa, które jeszcze kilka godzin temu za nic nie przeszłoby jej przez gardło. Zawsze czuła awersję do przekleństw, zwłaszcza w ustach kobiet, i nie wyobrażała sobie, by mogła kiedyś ich użyć. Ale tego człowieka nie potrafiła nazwać inaczej, wszystkie przyzwoite określenia wydawały się za słabe wobec ogromu krzywdy, którą jej wyrządził.

Z trudem dźwignęła się z belki, zauważając przy tym, że w miejscu, gdzie siedziała, pozostał krwawy ślad. Porozrywał mnie. Ciekawe, czy po tym będę jeszcze mogła mieć dzieci? – pomyślała dziwnie obojętnie. Nie sądziła, by jeszcze kiedyś poczuła ochotę na poddanie się czynnościom niezbędnym do zajścia w ciążę. Nie po tym, czego dzisiaj doświadczyła.

Szła wolno, powłócząc nogami, i choć wiedziała, że powinna przyspieszyć kroku, nie potrafiła wykrzesać z siebie ani odrobiny energii. Mrok, przedtem skradający się powoli, nagle zaatakował z całą mocą, spowijając świat w ciemny kokon, a wraz z nim nadeszło zimno, przenikające na wylot umęczone ciało. Dopiero teraz zorientowała się, że ma na sobie tylko cienką bluzkę, porozrywaną w kilku miejscach. Napastnik zdarł z niej kurtkę, a gdy wracała, nie sprawdziła, czy okrycie nadal leży na leśnej polanie. Pewnie już wcześniej było zimno, ale nie czułam tego, bo biegłam, stwierdziła w przypływie rozsądku. Muszę iść szybciej, inaczej padnę tu i zamarznę.

Mimo tego wniosku nie przyspieszyła ani o jotę. Po prostu nie miała już sił. Naraz dobiegł ją odgłos silnika samochodu, a chwilę później świat pojaśniał, rozświetlony mocnymi długimi światłami pojazdu wyłaniającego się zza zakrętu. Wioletta uskoczyła na pobocze, zasłaniając oczy brudnymi dłońmi, oblepionymi ziemią i igliwiem. To był błąd. Już wcześniej podrażnione kontaktem z gałęziami oczy zareagowały natychmiast, wypełniając się łzami. Całkowicie oślepiona dziewczyna stała bezradna, zastanawiając się w panice, jak teraz trafi do domu.

Samochód zbliżał się szybko, aż wreszcie zrównał się z nią. Silnik ucichł, szczęknęły otwierane drzwi. Potem Wioletta usłyszała zbliżające się kroki.

– Panna ciekawska – usłyszała tuż obok wypowiedziane jadowitym tonem słowa. – Myślałaś, że możesz sobie ze mną pogrywać?

Rozpoznała ten głos i nagle zrozumiała z całą jasnością, że to, co ją spotkało, było tylko niewinnym prologiem.

– Ale ja nie… – zaczęła nieporadnie, lecz nie dane jej było dokończyć.

– Co: nie? Nie wściubiałaś nosa w nie swoje sprawy? Nie chciałaś wywlec na światło dzienne tego, co powinno na zawsze zostać w ukryciu? Nie zamierzałaś zadzwonić na policję i donieść na mnie?

– Ja nie chciałam…

Nie miała pojęcia, co powinna powiedzieć. Nie spodziewała się konfrontacji, toteż nie przygotowała żadnego planu awaryjnego. Rozpaczliwie mrugając powiekami, usiłowała dojrzeć coś przez zasłonę łez i ciemności, znaleźć drogę ucieczki. Pamiętała, że pobocze kończyło się na skraju drzew, i w tym widziała swój ratunek. Jeśli zdoła dostać się między te drzewa, jej szanse wzrosną.

Spięła się w sobie i naraz skoczyła w stronę pni, lecz plan nie wypalił. Silna ręka chwyciła ją za ramię i pociągnęła z powrotem, a w następnej chwili Wioletta poczuła dłonie zaciskające się na szyi.

– Myślałaś, że mi uciekniesz? – usłyszała tuż przy uchu.

Szamotała się rozpaczliwie, ale osłabienie spowodowane wcześniejszą napaścią i paniczną ucieczką sprawiło, że nie miała sił się bronić. Rzęziła, usiłując złapać bodaj odrobinę powietrza, chwytała duszące ją dłonie, wierzgała w nadziei, że zdoła kopnąć przeciwnika. Wszystko na próżno. Przed oczami wirowały czerwone plamy, które wnet zamieniły się w czerń, a później nie było już nic.

 

 

 

 

 

Rozdział 1

Nowe śledztwo Diony

 

 

Dioniza Remańska śledziła czujnym wzrokiem mężczyznę przechadzającego się po pokoju. Dopiero co wróciła z pracy, zmęczona użeraniem się z odpornymi na wiedzę kursantami, i marzyła o krótkiej drzemce, ale ojczym przydybał ją, gdy zmierzała do swojego pokoju, i poprosił o chwilę rozmowy. Z jego miny oraz tonu wywnioskowała, że sprawa, którą zamierzał poruszyć, jest poważna, lecz na razie pozostawała w sferze domysłów, Imielski bowiem wcale nie podjął tematu, tylko rozpoczął wędrówkę donikąd.

Takie zachowanie zupełnie nie przystawało do jego charakteru, więc Diona poczuła się tak samo niepewnie, jak w latach szkolnych, gdy została przyłapana na paleniu papierosów lub gdy wydała się sprawa wagarów. Ale lata szkolne pozostawiła za sobą już dawno temu, a żadnych innych przewin nie mogła sobie przypomnieć.

Otworzyła usta, by spytać o powody tego wezwania „na dywanik”, lecz Grzegorz Imielski ją uprzedził. Zatrzymał się nagle na środku pokoju, zwrócił głowę w stronę pasierbicy i przyjrzał się jej uważnie.

– Jak ci się pracuje na strzelnicy? Odpowiada ci to zajęcie czy masz zamiar szukać dalej?

Diona wpatrzyła się w niego, zaskoczona pytaniem, na które przecież doskonale znał odpowiedź, gdyż niemal codziennie po powrocie do domu opowiadała o pracy i o kursantach, z których tylko nieliczni naprawdę chcieli się czegoś nauczyć.

– Praca jest fajna, chociaż adepci nie rokują zbyt dobrze. Każdy chciałby strzelać jak, nie przymierzając, Billy the Kid, ale przyłożyć się do ćwiczeń to już nie bardzo.

Imielski skinął głową, lecz nie miała pewności, czy w ogóle słyszał odpowiedź, gdyż wzrok miał nieobecny, a na twarzy wyraz zadumy.

– Wyglądasz na wykończoną albo chorą – stwierdził naraz, dowodząc, że jednak nie przeniósł się myślami do innego uniwersum. – Jesteś blada, oczy masz podkrążone i jeszcze bardziej schudłaś.

– Dzięki bardzo – prychnęła, nieco urażona tak otwartym wytknięciem mankamentów jej urody. – Prawdziwy z ciebie dżentelmen.

– Od komplementów masz Lipskiego – odciął się natychmiast. – Ja jestem szczery.

– Coraz lepiej. – Demonstracyjnie westchnęła, po czym spojrzała ojczymowi prosto w oczy. – Tatek, przestań kombinować i powiedz wprost, o co ci chodzi, zamiast krążyć wokół tematu niczym szerszeń wokół latarni.

– Wokół latarni to najczęściej krążą panienki lekkiej jazdy – zauważył, uśmiechając się półgębkiem. – Ale dobrze, wystarczy tych podchodów. Mam pewien plan, tylko nie wiem, czy jest wykonalny. Wszystko zależy od tego, czy masz dość sił, by podjąć się dodatkowego zajęcia. Nie udawaj niezniszczalnej i powiedz szczerze.

Dziewczyna opanowała zaskoczenie i zamyśliła się, usiłując zdiagnozować swoją kondycję, tak fizyczną, jak psychiczną. Nie zamierzała oszukiwać ojczyma. Skoro zapytał, ta kwestia musiała mieć istotne znaczenie, a w takim przypadku odpowiedź musiała być szczera. Lata pracy w policji nauczyły Dionę, jak ważne w sytuacji zagrożenia jest pełne zaufanie do partnera.

– Czuję się dobrze i nic mi nie dolega. Praca nie jest wcale męcząca. Po prostu jestem ostatnio trochę nie w sosie, bo kiepsko sypiam – odparła po dłuższym czasie. Zamierzała na tym poprzestać, lecz uważny, pełny troski wzrok ojczyma sprawił, że dalsze słowa same popłynęły z ust. – Spotkałam Beatę Kicek. Wpadłam na nią na ulicy i nie było możliwości udać, że jej nie widzę. Złapała mnie za rękę i zbluzgała przy ludziach, a ja musiałam stać i wysłuchiwać jej oskarżeń.

– Jak to: musiałaś? Nie mogłaś po prostu odejść? – dopytywał Imielski.

– Miałam się z nią szarpać? – odpowiedziała pytaniem. – Gdyby to był facet, to co innego, ale jak się uwolnić od starszej kobiety?

Wzdrygnęła się na wspomnienie momentu, gdy była teściowa trzymała jej rękę w stalowym uścisku. Aż nie do wiary, że w tej chudej dłoni drzemało tyle mocy! Diona wprawdzie mogłaby uwolnić się bez trudu, stosując chwyt obezwładniający, ale nie chciała posuwać się do użycia siły, wiedząc, że sympatia przechodniów jest po stronie teściowej. Kto nie współczułby starszej, nieszczęśliwej kobiecie, która z płaczem oskarża byłą synową o okrucieństwo wobec eksmęża i jego nowej rodziny? „Przez ciebie Kamil nie może zadbać o Sabinę, a ona bardzo źle znosi ciążę. A co będzie, gdy dziecko przyjdzie na świat? Kto się nimi zaopiekuje? To twoja wina, że mały będzie się chował bez taty. Trzeba sumienia nie mieć, żeby odbierać dziecku ojca”.

Po wysłuchaniu tej relacji Imielski nie mógł znaleźć słów, by wyrazić cały ogrom swojego oburzenia. Nigdy nie lubił teściowej swojej pasierbicy i uważał, że to Beata Kicek w dużej mierze przyczyniła się do rozpadu małżeństwa Diony, ale nie podejrzewał, że jest aż tak bezkrytyczna wobec syna.

– Co za jędza! Wredne babsko! Myślałby kto, że rozbiłaś mu rodzinę. Ale zaraz! To przez nią nie możesz spać? Przejmujesz się gadaniem głupiej baby? – Przyjrzał się dziewczynie i pokręcił głową z niedowierzaniem. – Myślałem, że jesteś mądrzejsza. Nie rozumiesz, że ona specjalnie zagrała na twoich emocjach, żeby cię zranić? Nie może pogodzić się z tym, że jej ukochany synuś siedzi w pierdlu, a nielubiana synowa miewa się dobrze i ośmiela się być szczęśliwa.

– Wiem o tym, ale to wcale nie pomaga – szepnęła Diona. – Ciągle widzę te oczy, takie złe, pełne nienawiści. I słyszę te słowa, którymi chciała mnie przebić jak nożem. W dodatku mówiła tak głośno, jakby chciała sprowokować gapiów do ataku na mnie. I właśnie coś takiego mi się śni. Że oni się na mnie rzucają, a ja nie mogę uciec.

Imielski podszedł i pogładził pasierbicę po ciemnych włosach zaplecionych w luźny warkocz. Chwyciła jego dłoń i przytuliła do niej rozgrzany emocjami policzek. Trwali tak w milczeniu, nie chcąc profanować chwili zbędnymi słowami. Diona pierwsza się poruszyła, a wówczas Imielski cofnął dłoń i z westchnieniem usiadł w fotelu.

– Pozwoliłaś, żeby wzbudziła w tobie poczucie winy, a to bardzo źle. W tej sprawie jest tylko jeden winny i jest nim Kamil Kicek – powiedział twardo. – Cokolwiek by się działo między wami, nie ma to znaczenia przy jego kryminalnych wyczynach. Sprzeniewierzył się nie tylko przysiędze małżeńskiej, ale i mundurowi. Przysięgał bronić prawa, po czym sam je łamał. Dostał to, na co zasłużył.

– To też wiem – odparła niecierpliwie. – Co nie znaczy, że łatwiej mi znieść oskarżenia Beaty. Lepiej zmieńmy temat. Wspomniałeś o jakimś planie. Mógłbyś powiedzieć coś więcej?

Wysłuchała ojczyma z uwagą, poprosiła o czas do namysłu, a później długo rozważała jego propozycję.

Imielski znudził się już bezczynnym życiem emeryta i zapragnął zająć umysł czymś konstruktywnym. Nie widział się w roli domowego majsterkowicza czy zapalonego ogrodnika, zajęcia oferowane przez uniwersytet trzeciego wieku także go nie zainteresowały. On chciał czegoś, co choć trochę przypominałoby pracę w policji, i po długich rozważaniach postanowił otworzyć agencję detektywistyczną.

Naturalną koleją rzeczy pomyślał zaraz o pasierbicy jako o wspólniczce, wiedział bowiem doskonale, że dziewczyna także wspomina z sentymentem okres, kiedy służyła w jednym z komisariatów. Obserwował ją bacznie, gdy opowiadała o niedawnych wydarzeniach w Strzygomiu i swojej roli w ujęciu zabójcy, i nie uszedł jego uwadze błysk podekscytowania w oczach oraz malujący się na twarzy wyraz radości i dumy.

Zdziwił się, gdy usłyszał, że odpowiedziała odmową na propozycję powrotu w policyjne szeregi. W pierwszej chwili pomyślał nawet, że postąpiła bezmyślnie i głupio, unosząc się honorem i pozwalając, by poczucie krzywdy przesłoniło zdrowy rozsądek. Jednak po pierwszym szoku, gdy już na spokojnie ponownie rozważył sprawę, nie mógł nie przyznać Dionie racji. Co z tego, że wdrożone postępowanie wewnętrzne zakończyło się jej pełnym uniewinnieniem? Zawsze znajdą się tacy, co wiedzą lepiej, a z szeptaną na ucho plotką nie sposób walczyć. Diona musiałaby więc na każdym kroku udowadniać, że jest uczciwa i że można jej w pełni zaufać.

Imielski dojrzał też jeszcze jeden aspekt, którego przedtem w ogóle nie brał pod uwagę. Pasierbica jako dziecko była osóbką dosyć samowolną i niezbyt dobrze reagowała na nakazy i zakazy. Później nauczyła się panować nad swoim temperamentem, ale nieraz narzekała na hierarchiczne stosunki w policji, zżymając się na idiotyczne polecenia zastępcy komendanta, i zdarzało się, że nie potrafiła utrzymać języka za zębami, co nie przysparzało jej sympatii u przekonanego o swojej racji mężczyzny.

Teraz, od dwóch lat poza strukturami policji, Diona odwykła od pilnowania swoich słów i Imielski nie wyobrażał sobie, że potrafiłaby powstrzymać się od nazwania po imieniu niektórych działań policyjnych dostojników. Doszedł więc do wniosku, że postąpiła słusznie, przeczuwał jednak, że tak jak i jemu, brakuje jej nieraz adrenaliny, będącej nieodłączną towarzyszką policjanta.

Zgodnie z przewidywaniem ojczyma Diona nie odrzuciła propozycji, którą uznała za świetny pomysł. Wyproszony czas do namysłu był jej potrzebny wyłącznie do zastanowienia się, jak zorganizować rozkład dnia, by móc godzić pracę prywatnego detektywa z obowiązkami instruktora na strzelnicy. Z tych ostatnich nie zamierzała bowiem rezygnować. Lubiła swojego szefa i nie chciała zachować się wobec niego nielojalnie, prócz tego odpowiadała jej rola instruktorki strzelania. Względy materialne także nie były bez znaczenia. Nawet w książkach detektywi cierpią na permanentny niedobór gotówki, a co dopiero w prawdziwym życiu. Na śledzeniu niewiernych żon czy pracowników podejrzewanych o kradzież nie zarobi się kroci.

Przemyślała dogłębnie sprawę i doszła do wniosku, że w najbliższym czasie nie powinna przejmować się kolizją czasową tych dwóch zajęć. Zanim załatwią wszystkie formalności związane z otwarciem agencji detektywistycznej, upłyną z pewnością co najmniej ze trzy miesiące.

Przede wszystkim oboje musieli otrzymać licencję, co wiązało się z koniecznością ukończenia kursu obejmującego pięćdziesiąt godzin dydaktycznych. Przepisy mówiły wyraźnie, że kandydat musi mieć też nienaganną przeszłość, bez żadnych prawomocnych wyroków czy toczących się spraw, a predyspozycje powinny zostać potwierdzone opinią lekarską o zdolności psychicznej do wykonywania zawodu detektywa oraz pozytywną opinią komendanta powiatowego (rejonowego, miejskiego) policji właściwego ze względu na miejsce zamieszkania, sporządzoną na podstawie aktualnie posiadanych informacji. Na zakończenie procedury należało przejść szkolenie z zakresu ochrony danych osobowych, ochrony informacji niejawnych oraz przepisów regulujących pracę detektywów. Dopiero wtedy można było otrzymać licencję, wydawaną przez komendanta wojewódzkiego policji, a po jej uzyskaniu podjąć działalność gospodarczą w zakresie świadczenia usług.

Diona zastanowiła się jeszcze nad opłacalnością tego przedsięwzięcia, lecz i tutaj nie znalazła słabych stron. Zapotrzebowanie na usługi detektywistyczne wzrastało z roku na rok, a osób wykonujących ten zawód nie było zbyt wiele, prócz tego nie wszystkie cieszyły się dobrą opinią.

Poświęciła też chwilę na rozważenie kwestii współpracy z ojczymem, ale prawie natychmiast stwierdziła, że jest to całkowicie zbędne. Przecież wstąpiła do policji właśnie dlatego, że chciała być taka jak on. To Imielski uczył ją, jak być dobrym policjantem, doradzał i rozwiewał wątpliwości. Komu, jak nie jemu, mogła zaufać?

 

*

 

W piątkowe popołudnie pod koniec lutego Diona wybrała się do Strzygomia. Mirosława Belka, zwana przez wszystkich Mirabelką, zapraszała ją do siebie już kilkakrotnie, lecz zawsze coś stawało na przeszkodzie i dziewczyna musiała przekładać odwiedziny. Teraz wreszcie wszystko ułożyło się pomyślnie i nie najmłodszy, lecz będący w doskonałym stanie technicznym subaru forester chciwie łykał kilometry zaśnieżonej drogi. Pojazd ten Diona odziedziczyła po swoim biologicznym ojcu, podobnie jak przestronne, słoneczne mieszkanie w bloku w Jodłowcu, miejscowości graniczącej ze Strzygomiem.

Początkowo nie chciała korzystać z samochodu przed oficjalnym nabyciem spadku, ale namówiona przez matkę i ojczyma, zdecydowała się przetestować auto. I przepadła do tego stopnia, że oddała swoje prawie nowe renault captur do komisu, sama zaś na stałe przesiadła się do forestera.

Teraz błogosławiła tę decyzję. Marznąca mżawka już dawno przeistoczyła się w mokry, ciężki śnieg, niechętnie poddający się naporowi wycieraczek. Rozwałkowany kołami setek samochodów, zamienił drogę w składowisko szarej brei, stwarzające wielu pojazdom wyraźne problemy, o czym świadczyły liczne kolizje oraz stojące na poboczach auta, rozpaczliwie mrugające światłami awaryjnymi. Diona podejrzewała, że właścicielami wielu z nich są tak zwani mistrzowie letnich opon. Łagodna do tej pory zima rozpieściła użytkowników dróg, pozbawiła ich czujności, a nagły atak niepogody sprawił, że zamiast wzmożoną ostrożnością zareagowali złością na cały świat.

No i zima znowu zaskoczyła drogowców, pomyślała dziewczyna nie bez złośliwości. Jakby nie można było tego przewidzieć. Na naszej szerokości geograficznej śnieg w zimie nie powinien być chyba żadnym ewenementem.

Śniegu przybywało, w miarę jak droga się wznosiła, i Diona podejrzewała, że w gminie Jodłowiec będzie go naprawdę sporo, tym bardziej więc utwierdziła się w przekonaniu o słuszności zamiany samochodu. Forester z pewnością da sobie radę tam, gdzie captur mógłby mieć problemy.

Do Jodłowca dotarła po blisko dwóch godzinach, choć normalnie przejazd powinien zająć najwyżej trzy kwadranse. Zmęczona, wściekła i przede wszystkim spragniona, podjechała na parking przed komisariatem policji, licząc, że starszy aspirant Marcin Lipski, którego poznała jesienią, poczęstuje ją kawą. W dużej mierze to właśnie Marcinowi Diona zawdzięczała to, że zabójca jej ojca znalazł się za kratami.

Dzięki tej akcji Marcin dostał propozycję przeniesienia się do wydziału dochodzeniowego w komendzie powiatowej, lecz na razie transfer został odroczony. W związku z niespodziewaną koniecznością obsadzenia stołka komendanta komisariatu w Jodłowcu Lipskiego poproszono, by pełnił te obowiązki do czasu nominowania kogoś na to stanowisko. Prośba była nieoficjalna, lecz Marcin nie chciał robić sobie wroga z komendanta powiatowego, wyraził więc zgodę, choć obawiał się, że nim znajdą odpowiednią osobę, jego przejście do żywieckiej dochodzeniówki przestanie być aktualne.

Złotowłosa dyżurna, pamiętająca Dionę z jesiennych zdarzeń, bez pytania o powody wizyty zwolniła blokadę drzwi, wpuszczając dziewczynę do pomieszczeń niedostępnych osobom nieupoważnionym.

– Diona! – wykrzyknął Marcin z radością i poderwał się zza biurka.

– Cześć, komendancie.

Nie zdołała powiedzieć nic więcej, niemal zaduszona uściskiem rozradowanego policjanta. Po kilku chwilach Lipski uwolnił ją i cofnął się o krok, obrzucając dziewczynę uważnym spojrzeniem.

– Jak już, to p.o. komendanta. – Błysnął zębami w uśmiechu. – Nareszcie jesteś. Już myślałem, że całkiem o nas zapomniałaś.

Diona usiadła na krześle naprzeciwko biurka i tęsknie popatrzyła w róg pokoju, gdzie na niskiej szafce pysznił się ekspres do kawy – spadek po poprzedniku.

– Jakoś się nie składało – mruknęła i szybko zmieniła temat: – Jak dobrze, że Gerbilak nie zdążył go zabrać. Ten ekspres to chyba jedyny plus jego komendantowania.

Lipski parsknął śmiechem.

– Jesteś pewna, że jest takie słowo?

W odpowiedzi dziewczyna pokazała mu język.

– A ty co, służysz teraz w policji językowej? Jakoś musiałam określić jego pobyt w tym budynku, a dowodzeniem nie ośmieliłabym się tego nazwać.

– Tu masz rację – przyznał, podchodząc do ekspresu. – Jego rządy to chyba najgorszy okres w dziejach tego komisariatu. Czemu się nie składało?

Pytanie padło tak nagle, że Diona odpowiedziała automatycznie, nie starając się nawet szukać wykrętów.

– Wiesz, że od nowego roku zaczęłam pracować jako instruktor na strzelnicy. Przedtem siedziałam w domu, szukałam pracy i użalałam się nad sobą. A szczerze mówiąc, najczęściej leżałam i czytałam. Przestałam chodzić na treningi i dbać o kondycję, bo ciągle mi się wydawało, że jestem w dobrej formie. A tu dupa blada.

Marcin stłumił uśmiech, widząc zażenowanie dziewczyny, i na wszelki wypadek znów odwrócił się w stronę ekspresu.

– Naprawdę było aż tak źle? – spytał, biorąc filiżanki z szafki. – Mnie wydawałaś się nieźle wysportowana.

– To dlatego, że jestem szczupła. Ale kondycję miałam do kitu, o czym przekonałam się na strzelnicy. Po pracy byłam tak zmęczona, że nawet jeść mi się nie chciało.

Policjant nie wytrzymał i wybuchnął tak serdecznym śmiechem, że cały się zatrząsł, a na podłogę chlusnęły czarne krople kawy. Diona czym prędzej podskoczyła do niego i przejęła z jego rąk nie całkiem już pełnefiliżanki.

– Zapomniałam, że tobie nie można powierzać przenoszenia naczyń zawierających płyn. Zawsze odnoszę wrażenie, że cały dzień obsługiwałeś młot pneumatyczny.

Wyciągnęła przed siebie ręce i złączywszy je, wprawiła w drganie, jakby przytrzymywała coś usiłującego za wszelką cenę się wymknąć. Marcin obserwował ją z uśmiechem. Bardzo mu jej brakowało, gdy opuściła Strzygom, i kilka razy nawet był gotów pojechać do niej, lecz za każdym razem rozsądek zwyciężał. Gdyby pragnęła tej wizyty, zaprosiłaby go. A skoro milczała… Westchnął cicho i zmusił się do niezobowiązującego, koleżeńskiego tonu, który już dawno przestał mu wystarczać.

– Jeśli straciłaś ochotę na jedzenie, to naprawdę musiało być z tobą źle – nawiązał do jej nieokiełznanego apetytu, zaskakującego u tak szczupłej osoby.

Diona usiłowała przybrać oburzoną minę, lecz zdradził ją błysk wesołości w oczach, a i kąciki ust zaczęły wznosić się w górę w zapowiedzi uśmiechu, który na próżno starała się stłumić. Zaraz też przegrała tę nierówną walkę z własnymi reakcjami i zachichotała.

– To samo stwierdziła mama. Powiedziała, że musi umówić mnie do lekarza, a tata jeszcze dowalił, mówiąc, że wnosząc z mojego stanu, powinien to być lekarz ostatniego kontaktu. Wszyscy jesteście pozbawieni serca i empatii.

Lipski rzucił jej wiele mówiące spojrzenie.

– Co do mojego serca, to mógłbym ci dużo opowiedzieć.

– Zakładamy z tatkiem biuro detektywistyczne – wypaliła, udając, że nie dosłyszała jego wypowiedzi.

Stłumił uśmiech, rozbawiony tym jakże czytelnym unikiem, a następnie popatrzył z nagłym zainteresowaniem, gdyż w głowie zaczęła mu kiełkować pewna myśl. Pociągnął łyk kawy, dając sobie tym czas na krótkie zastanowienie.

– Uważam, że to dobry pomysł. Ludzie często boją się zwracać ze swoimi kłopotami do policji, poza tym dużo problemów leży poza sferą naszych działań. Ale wielu detektywów stosuje metody niedopuszczalne, a inni to zwykli oszuści, którzy prędzej czy później staną się naszymi klientami, jeśli nie zaprzestaną tego procederu. Uczciwi, znający się na prowadzeniu śledztwa detektywi są potrzebni, więc kto, jak nie wy?

– Dzięki za komplement – uśmiechnęła się Diona. – Na razie załatwiamy formalności. Na początku pewnie będzie krucho z klientami, ale jesteśmy dobrej myśli.

– Moim zdaniem szybko wyrobicie sobie markę – oświadczył, a dziewczyna znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że naprawdę tak uważał. – Twój ojczym był dochodzeniowcem, więc potrafi wyciągać wnioski z ustaleń, a ty z kolei masz doświadczenie w robocie w terenie. Idealny duet. Kiedy zaczynacie? Bo chętnie zleciłbym wam małą robótkę.

Diona wpatrzyła się w niego zdumionym wzrokiem. Była tak zaskoczona, że dobrą chwilę siedziała z otwartymi ustami i dopiero słowa: „Zaraz ci mucha wleci” wyrwały ją z tego stanu. Zamknęła usta, po czym otworzyła je ponownie.

– Mucha w zimie? Gorzej ci? – Spojrzała z niesmakiem. – Naprawdę chciałbyś zlecić jakąś sprawę detektywowi?

Skinął głową, a skupiony, poważny wyraz twarzy świadczył, że o żartach nie może tym razem być mowy.

– W zasadzie mogłabyś zająć się tym już teraz, bo do obserwowania i zadawania niewinnych pytań licencja nie jest potrzebna. Szkoda, że nie możesz wziąć urlopu.

Słowa policjanta coraz bardziej ją intrygowały i bezwiednie zaczęła rozważać, jak mogłaby załatwić kilka dni wolnego.

– Wiesz, właścicielem strzelnicy jest mój dobry kumpel. Mogę z nim pogadać. Myślę, że zgodziłby się na kilka dni bezpłatnego urlopu.

Marcinowi rozbłysły oczy; widać było, że zapalił się do swojego pomysłu i pragnął jak najszybciej wprowadzić go w czyn.

– Naprawdę byś mogła?

Popatrzył z nadzieją. Diona wolno skinęła głową, ale zaraz zgłosiła pewne zastrzeżenia. Nie zamierzała rzucać się na głęboką wodę bez rozpoznania.

– Zanim zadzwonię do Garretta i poproszę go o urlop, chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o tym zadaniu.

– Garrett? – Lipski uniósł brwi. – Nawet pasuje.

– Nazywa się Patryk Gartowski, a że zawsze fascynował się bronią, to sam rozumiesz. Wiesz, najpierw jego lokal miał całkiem zwyczajny szyld. „Strzelnica”, i tyle. Namówiłam go, żeby zmienił na „Strzelnica u Pata Garretta”. – Diona uśmiechnęła się z zadowoleniem. – To był strzał w dziesiątkę, bo od razu przybyło mu klientów. Ale nie zagaduj mnie Garrettem, tylko opowiedz, co to za sprawa. No, dawaj! – ponagliła go niecierpliwie, czując tak dobrze znany dreszczyk emocji.

Marcin nie odpowiedział od razu. Sięgnął do biurka po paczkę papierosów, poczęstował Dionę i podał jej ognia, po czym sam również zapalił. Wszystkie te czynności wykonywał w milczeniu, a dziewczyna go nie ponaglała, rozumiejąc, że mężczyzna potrzebuje tej chwili namysłu, by móc ubrać problem w słowa.

– Wiesz, gdzie leży Świercznica? – zagaił w końcu.

Diona skinęła głową.

– Graniczy ze Strzygomiem. Byłam tam, kiedy oglądałam nowe budynki chlewni Nowosielskiego. No i zapamiętałam, że mieszkają tam Kowalczykowie. – Uśmiechnęła się na wspomnienie jego opowiadania o rodzinie będącej zmorą jodłowieckich policjantów. – Czy to z nimi masz problemy?

Policjant również się uśmiechnął, usłyszawszy nazwisko ludzi dostarczających policjantom tak zajęcia, jak i rozrywki, lecz zaraz spoważniał.

– Niestety nie ma tak dobrze. Z nimi byłaby krótka piłka, a w tej sprawie nie ma nawet o co się zaczepić.

Dziewczyna uważnie wsłuchała się w opowieść, by móc wyrobić sobie wstępną opinię. Dla niej zawsze najważniejsze było pierwsze wrażenie, tym bardziej że najczęściej okazywało się słuszne. Nie przerywała pytaniami, nie próbowała robić notatek. Na to przyjdzie czas później, teraz chciała jedynie chłonąć informacje.

Tych zaś nie było zbyt wiele. Trzy miesiące temu w Świercznicy znaleziono ciało Wioletty Kamińskiej. Dziewczyna została zgwałcona i uduszona. Mimo śladów biologicznych pozyskanych z jej ciała nie zdołano ustalić sprawcy, nie wiadomo było też, w jakim celu Kamińska przyjechała z drugiego końca Polski do małej górskiej wsi. Mieszkańcy Świercznicy w kontaktach z policją okazali się dziwnie mało rozmowni i właśnie to wzbudziło podejrzenia Lipskiego.

– Dlaczego uważasz, że to podejrzane? – spytała, gdy umilkł.

Mężczyzna sięgnął po filiżankę i upił łyk zimnej już kawy. Skrzywił się z niesmakiem, a później zastygł ze wzrokiem wbitym w blat biurka.

– Pamiętasz, jak to było, gdy przyjechałaś do Strzygomia? – odpowiedział pytaniem. – Ile czasu zajęło mieszkańcom poznanie powodów twojej wizyty?

– To co innego – żachnęła się Diona. – Nie robiłam z tego jakieś wielkiej tajemnicy.

– Sęk w tym, że nic mi nie wiadomo, by Kamińska ją robiła – skontrował natychmiast. – Nikt z mieszkańców nawet się nie zająknął o tym, jakoby dziewczyna nie chciała zdradzić powodów swojego przyjazdu. Zresztą byłoby to bardziej wiarygodne od wykrętnego: „Nie mam pojęcia”.

Nie mogła się z tym nie zgodzić. Po namyśle doszła do wniosku, że Marcin ma całkowitą rację. Coś było nie tak. W połowie listopada mieszkanka miasteczka leżącego na drugim końcu Polski przyjechała do górskiej wioski. Po co? Ani to dobra pora na urlop, ani miejsce atrakcyjne. Musiała mieć jakiś konkretny cel, a skoro przebywała w wiosce blisko dwa tygodnie, niemożliwe było, by nikt nie wiedział lub przynajmniej się nie domyślał, dlaczego się tam pojawiła.

– Została zgwałcona i uduszona, czyli można uznać za pewnik, że sprawcą jest mężczyzna – rozważała głośno Diona. – W takim razie część mieszkańców można od razu wykluczyć.

– Nie bardzo – przyznał Lipski. – Kobieta miała liczne obrażenia, powstałe prawdopodobnie podczas przedzierania się przez las, ale zwłoki leżały przy drodze…

– Co to ma do rzeczy? Uciekała, ale ją dopadł. To chyba logiczne.

Uśmiechnął się, słysząc zaangażowanie w głosie Diony. Mogła sobie twierdzić, że musi się zastanowić, ale oczywiste było, że już połknęła haczyk, a znał ją na tyle, by wiedzieć, że teraz nie odpuści, dopóki nie rozwikła zagadki.

– Jak zwykle popędliwa – mruknął, tłumiąc starannie nutkę czułości. – Gdybyś pozwoliła mi dokończyć, dowiedziałabyś się, że lekarz przeprowadzający oględziny zwłok miał co do tego wątpliwości. Jego zdaniem te obrażenia powstały już po gwałcie. My też tak uważamy, bo kiedy ją znaleziono, była kompletnie ubrana. Gdyby nie krew na spodniach, w ogóle nie podejrzewalibyśmy napaści na tle seksualnym.

Diona wysłuchała go w milczeniu, ale nie zamierzała się poddać i gdy skończył, nadal broniła swojego zdania.

– Nie wiem, w czym widzisz problem. Zgwałcił ją, potem ona wykorzystała moment nieuwagi i uciekła w las, a on ją gonił. Pewnie zatoczyła koło i znów dobiegła do drogi, i tam ponownie ją dopadł. I udusił, żeby nie złożyła zawiadomienia.

– Możliwe – odpowiedział bez przekonania. – Ale brałem pod uwagę także inną wersję wydarzeń. Być może napastników było dwóch.

Zaskoczona, podniosła na niego oczy. Błyszczące ekscytacją, teraz wydały mu się piwne, choć jeszcze przed chwilą przysiągłby, że są brązowe. A przy powitaniu złote. Chyba zaczyna mi odbijać,pomyślał z irytacją. Za chwilę zobaczę, jak tryskają z nich płomienie! Zakochany debil.

Nieświadoma jego przemyśleń dziewczyna skrzywiła się i zdecydowanie pokręciła głową.

– Moim zdaniem zabił ten, który zgwałcił. Przecież mieszkała tam blisko dwa tygodnie, więc na pewno wiedziała, kto ją napadł. A jeśli nawet nie znałaby nazwiska, z pewnością wskazałaby faceta na okazaniu. Musiałby być całkiem pozbawiony instynktu samozachowawczego, żeby pozwolić jej odejść.

– Ale…

– Poczekaj! – Powstrzymała go ruchem dłoni. – Weź jeszcze pod uwagę, że to musiałby być jakiś wyjątkowy zbieg okoliczności, żeby tego samego dnia i w tej samej okolicy napotkała na swojej drodze dwie wrogo nastawione do niej osoby. No i pozostaje kwestia motywu. Sprawa z gwałcicielem nie pozostawia żadnych wątpliwości, ale może mi powiesz, jaki powód zabójstwa mógłby mieć ten drugi człowiek?

Marcin uśmiechnął się zniewalająco.

– Może ten, dla którego przyjechała do Świercznicy?

 

*

 

Jadąc do Strzygomia, Diona w dalszym ciągu rozmyślała nad propozycją Lipskiego. Fakt, że omal się nie pokłócili przy tworzeniu hipotez, świadczył, że sprawa nie jest łatwa. Na szczęście Marcin absolutnie nie żądał od niej, by ustaliła, kto jest sprawcą zabójstwa. Jego interesowało, w jakim celu Wioletta Kamińska ni stąd, ni zowąd przyjechała do wioski, w której nie znała ani jednej osoby, chciał także poznać przyczyny niespotykanej powściągliwości mieszkańców w wyrażaniu opinii o dziewczynie.

I to właśnie zadanie zlecił Dionie, choć przy ostatecznych uzgodnieniach znów doszło do ostrej wymiany zdań. Policjant chciał jej zapłacić za pracę, ona zaś stanowczo odmówiła. Nie zamierzała brać od niego pieniędzy, które musiałby wyjąć z własnej kieszeni, budżet policji bowiem nie przewidywał takich wydatków. Postanowiła potraktować to zadanie jako wprawkę przed podjęciem obowiązków detektywa, którym jeszcze nie była, nie mogła więc pobierać wynagrodzenia. Lipski nie chciał nawet słyszeć, by miała wykonywać pracę za darmo, i tym sposobem doszło do impasu, z którego pomógł im wybrnąć dopiero ojciec Marcina.

Po zmianach w jodłowieckim komisariacie starszy aspirant Dariusz Lipski łatwo uległ namowom komendanta powiatowego i wycofał swój raport o przejściu na emeryturę. Decyzję o zakończeniu służby podjął tylko dlatego, że nie mógł się dogadać z podinspektorem Gerbilakiem, gdy zaś ten zniknął, Lipski przystał na propozycję pozostania w szeregach policji więcej niż chętnie.

Po wejściu do komisariatu Dariusz Lipski trafił w sam środek ostrej dyskusji. Po wysłuchaniu racji obu stron bez namysłu znalazł kompromisowe wyjście, które jak zwykle w takich przypadkach nie usatysfakcjonowało nikogo, ale pozwoliło obojgu zachować twarz. Stanęło więc na tym, że Marcin zwróci Dionie koszty poniesione w związku z realizacją zlecenia i na tym zakończą się rozliczenia finansowe.

Czas na zawarcie porozumienia był zaiste najwyższy, gdyż dziewczyna zdążyła już odebrać kilka ponaglających SMS-ów od Mirosławy Belki, która wraz z rodziną niecierpliwie czekała na przyjazd gościa.

Zmrok zapadł już całkowicie, gdy Diona wjechała na parking pod domem Mirabelki. Ustawiła samochód na wprost przeszklonej sali jadalnej, konstatując z zadowoleniem, że w lokalu jak zwykle niemal wszystkie stoliki są zajęte. Nic się zatem nie zmieniło.

Wysiadła z auta i otworzyła bagażnik, by wyjąć torbę podróżną, gdy nagle usłyszała tuż obok męski głos.

– Czekałem na panią.

Drgnęła, przestraszona nagłym objawieniem się tego człowieka, gdyż gotowa była przysiąc, że kiedy opuszczała pojazd, na parkingu nie było nikogo. Wprawdzie znajdowała się w „wiosce oddanej strzygom”, jak – jeśli wierzyć starej legendzie – niegdyś zwano tę miejscowość, ale w czary czy teleportację nie wierzyła. Cofnęła się trochę, wytężając wzrok, chcąc dojrzeć w ciemnościach jego twarz.

– Na mnie? Czy my się znamy?

Na wszelki wypadek wolała się upewnić, zanim oznajmi dobitnie, że nie życzy sobie żadnej konfidencji z nieznajomymi mężczyznami. W odpowiedzi stojący w ciemnościach człowiek zaśmiał się cicho.

– Jest pani ostrożna. To dobrze, nie powinno się ufać obcym. Ale my się znamy, chociaż wyłącznie pośrednio.

– Jak można znać się pośrednio?

W chwili, gdy wypowiedziała te słowa, nagle doznała olśnienia. Już wiedziała, kim jest obcy. Równocześnie mężczyzna spokojnie odpowiedział na zadane poirytowanym głosem pytanie:

– Opowiadano mi o pani, a pani z kolei opowiadano o mnie. Stąd ta nasza pośrednia znajomość, dzięki której mogę tu teraz stać i oddychać strzygomskim powietrzem. Pani Diono, dziękuję z całego serca.

Z uśmiechem podała mu rękę. Mariusz Drawicz, zięć właścicielki lokalu „U Mirabelki”, wziął jej torbę i odczekał, aż Remańska zamknie auto, a później ruszył w stronę oświetlonego lokalu. Miał za co być wdzięczny. Gdyby nie Diona, nadal odsiadywałby w więzieniu wyrok za czyn, którego nie popełnił. Co nie zmieniało faktu, że dziewczyna przyjęła jego słowa z zawstydzeniem. Nie przywykła do pochwał i wyrazów wdzięczności; służąc w policji, najczęściej słyszała wyzwiska.

Po długim i serdecznym powitaniu z Mirabelką i resztą jej rodziny poświęciła się całkowicie rozmowie i degustacji potraw oraz trunków, choć dobrze wiedziała, że za to ostatnie przyjdzie jej na drugi dzień zapłacić wysoką cenę. Jak często powtarzała, miała słabą wolę i jeszcze słabszą głowę.

Nazajutrz przespała porę śniadania, co chyba jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło. Ale widocznie tak długi sen był jej niezbędny do regeneracji nadwątlonych nadmiernym spożyciem sił, gdyż oprócz lekkiego ćmienia z tyłu głowy nie odczuwała żadnych skutków wczorajszego alkoholowego szaleństwa.

Po szybkim prysznicu i dość przypadkowym doborze garderoby zeszła do sali jadalnej, by zjeść jakiś gorący posiłek. Wiedziała, że do prawidłowego funkcjonowania niezbędne jest solidne podładowanie akumulatorów, a lokal „U Mirabelki” serwował wyjątkowo smaczne potrawy.

Już od drzwi zobaczyła siedzącego pod oknem Leszka Hardego. Na jej widok poznany jesienią mężczyzna poderwał się od stolika, robiąc dłonią zapraszający gest. Nie miała nic przeciwko towarzystwu, a Leszka bardzo polubiła, toteż skierowała się ku niemu, przywołując na twarz powitalny uśmiech.

– Cześć. Jak samopoczucie? – spytał, ściskając jej dłoń.

– Nawet nieźle – odparła z zadowoleniem. – Myślałam, że będzie dużo gorzej.

– Masz szczęście – stwierdził, popatrując na nią z zazdrością. – Ja mam wrażenie, że nawet włosy mnie bolą.

Parsknęła śmiechem, narażając się tym na spojrzenie pełne wyrzutu, lecz zamiast się przejąć, spokojnie zamówiła porcję pierogów, a chwilę później z zapałem zabrała się do konsumpcji. Hardy obserwował ją, lecz milczał, jakby w obawie, że w ramach kary za przeszkadzanie w przyjmowaniu posiłku wygłodniała Diona wydłubie mu oczy widelcem. Jej sława osoby ceniącej rozkosze stołu zdążyła się już w Strzygomiu ugruntować.

Po skończonym posiłku dziewczyna odniosła talerz, a w drodze powrotnej zatrzymała się przy stole, na którym – tak jak jesienią – ustawiono termosy z wrzątkiem, tace z kubkami i filiżankami oraz pudełka z herbatą ekspresową w kilku gatunkach i pojemniki z kawą. Zaparzyła herbatę dla Leszka i kawę dla siebie, ustawiła pełne filiżanki na tacy i wróciła do stolika. Mężczyzna obdarzył ją uśmiechem takiej wdzięczności, że nie wytrzymała i roześmiała się w głos.

– Bałeś się, że możesz umrzeć w drodze do wodopoju?

– A żebyś wiedziała. Na ogół unikam alkoholu – tłumaczył się nieporadnie. – Ostatni raz spiłem się tak, kiedy wypuścili mnie z aresztu.

– Nie z aresztu, tylko z pomieszczenia dla osób zatrzymanych – poprawiła go całkiem niepotrzebnie, gdyż użycie prawidłowej nomenklatury nie miało tu żadnego znaczenia. – Jak sobie radzisz?

Przez przystojną, smagłą twarz mężczyzny przebiegł cień.

– Nie bardzo – przyznał uczciwie. – Sąsiadki mi pomagają, ale na dłuższą metę to żadne rozwiązanie. Są dni, kiedy prawie nie widuję córki.

Diona ze zrozumieniem pokiwała głową. Hardy był właścicielem niedawno otwartej, lecz świetnie prosperującej pizzerii, w związku z czym o sprawy finansowe raczej nie musiał się kłopotać. Niestety godziny pracy nie sprzyjały życiu rodzinnemu, nic więc dziwnego, że młody wdowiec nie tryskał entuzjazmem. Jego córka Janinka ciężko przeżyła nagłą śmierć matki, a ciągła nieobecność ojca z pewnością nie pomagała otrząsnąć się z tragedii i wrócić do normalności.

– Niedobrze. Ona cię teraz bardzo potrzebuje. Co planujesz?

Hardy popatrzył na nią, w oczach rozpalił mu się płomień determinacji.

– Długo nad tym rozmyślałem i nie mogłem znaleźć rozwiązania. Rozważałem zatrudnienie kierownika, żeby nie musieć samemu wszystkiego doglądać, ale przegadałem sprawę z księgową i wyszło na to, że na razie mnie nie stać na takie posunięcie. Chyba że obniżyłbym pracownikom pensje, ale wtedy…

– Wtedy poszukaliby sobie innego pracodawcy – dokończyła za niego. – A swoich dochodów nie możesz obniżyć, bo musisz spłacić kredyt. Czyli impas.

– Nie do końca – zaprzeczył z dosyć niewyraźnym uśmiechem. – Pogodziłem się teściami. Wiem, wiem! – Zamachał rękami, chcąc uprzedzić atak. – Powiesz, że przyszła koza do woza…

Ku jego zdumieniu dziewczyna wcale nie okazała dezaprobaty.

– Dobrze zrobiłeś – pochwaliła, znów wchodząc mu w słowo. – Przecież stracili córkę, a Janinka to ich jedyna wnuczka. Powinni mieć z nią kontakt.

– Obiecali pomóc. Będą jej doglądać, a teść dwa razy w tygodniu zastąpi mnie popołudniami w pizzerii. Tylko… – Hardy urwał i popatrzył niepewnie na Dionę.

– Tylko co? Nie patrz na mnie, jakbym była sędzią oceniającym cię jako ojca, i wreszcie wyduś to z siebie – nakazała z lekkim zniecierpliwieniem.

Leszek Hardy mógł sobie być niesamowicie przystojnym mężczyzną, ale jego brak zdecydowania i woli walki doprowadzał ją do szału. Po raz kolejny doszła do wniosku, że los postawił go jej na drodze, żeby mogła ćwiczyć swoją cierpliwość, której nigdy nie miała w nadmiarze. Podejrzewała, że gdyby Hardy był jej mężem, już dawno rozszarpałaby go na kawałki.

Mężczyzna, którego nazwisko stało w rażącej sprzeczności z cechami charakteru, uśmiechnął się niemal przepraszająco.

– Nie możemy mieszkać tak daleko od siebie, więc postanowiłem sprzedać dom i przenieść się do Żywca. W bloku teściów jest mieszkanie na sprzedaż i uznaliśmy to za dar od losu. Znak, że nasz plan jest dobry.

Diona pomyślała, że sama raczej uznałaby to za karę, ale nie powiedziała tego głośno, nie chcąc psuć Leszkowi humoru. Ona za nic nie zamieniłaby ślicznego, otoczonego zielenią domu na mieszkanie w betonowej klatce, rozumiała jednak, że Leszek nie ma zbyt wielkiego pola manewru. Człowiek robi to, co musi.

– Tak chyba będzie najlepiej – mruknęła bez przekonania.

Była pewna, że to koniec rewelacji na dziś, lecz Hardy ją zaskoczył. Zaczął niewinnie pytaniem o mieszkanie, które odziedziczyła po ojcu, i zauważyła, że zmartwił się, gdy odparła, iż sprawy spadkowe nie zostały jeszcze załatwione.

– Długo to jeszcze potrwa?

Leszek nie słynął z wścibstwa, przeciwnie, charakteryzowała go przesadna wręcz delikatność. Zawsze zważał, by kogoś nie urazić, nie wdzierał się z butami w cudze życie, nie był nachalny czy nawet ciekawski. Skąd więc naraz pytanie o całkowicie prywatne sprawy, w dodatku zadane ze sporą dozą niecierpliwości?

– Myślę, że w marcu powinnam załatwić wszystko do końca.

Chciała zapytać o przyczynę zainteresowania, lecz Hardy uprzedził ją, wyjaśniając:

– Pamiętam, co mówiłaś o tym mieszkaniu. Że nie chcesz tam mieszkać, bo wolałabyś przenieść się do Strzygomia zamiast do Jodłowca. I