Wiersze wybrane - Stanisław Grochowiak - ebook

Wiersze wybrane ebook

Stanisław Grochowiak

0,0
13,65 zł

lub
Opis

Obszerny wybór wierszy Stanisława Grochowiaka obejmujący utwory od jego debiutanckiego tomu „Ballada rycerska” z 1956 roku do „Bilardu”, wydanego w roku 1975. Zbiór ten zawiera wszystkie najlepsze i najbardziej znane wiersze poety w tym na przykład takie jak „Płonąca żyrafa”, „Tramwaj Wszystkich Świętych” czy „Do S...” („bunt nie przemija, bunt się ustatecznia”).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 171




Ballada rycerska

Modlitwa

Don Kiszot

Pieśń o Marchołcie

Wiersz metafizyczny

Święty Szymon Słupnik

Na zdobycie Mount Everestu

Król zabity

Wdowiec

Verlaine

Chmura

Tramwaj Wszystkich Świętych

Płacz Żyda

Modlitwa

Matko Boska od AniołówMatko Boska od pająkówŚnieżnych żagli smagła PaniSygnaturko z kolczykamiMatko Boska z żółtą twarząMatko Boska z orlim pióremMatko Boska kolonialnaŁzo astralna i kopalnaWędrująca na pirodzeFruwająca na korwecieNa Holendrze latającymW dumnej pozie na lawecieDługoręka długoszyjaZłotopalca krągłogłowaPysznooka wąskostopaŻyzna w ludzi jak EuropaO kopalnio naszych natchnieńO fabryko naszych pogódO kościele naszych cierpieńNa księżyca wąskim sierpieMatko Boska mądra takaŻeś jak ogród z plonem łaskRzuć najmniejszy choćby blaskW ciemne wiersze Grochowiaka

Don Kiszot

Antoniemu Podsiadowi

Kiedy Don Kiszot wędrował przez świat...Akacja — jabłoń — czarne wąsy w winie —Wciąż świszczał za nim okrutny bat,Mszczący się srogo na chudej oślinie.Don Kiszot przebył wiele, wiele dróg...Kobiety, dzbany, rude włosy nocą —A Sanczo osła tłukł, tak jak mógł,Osioł zaniemógł. A Pansa szedł boso.I wtedy rycerz napotkał Ją —Biodra-księżyce. Oczy — ostre piki...Sanczo żarł kiszkę z bydlęcą krwią,Oczyszczał gnaty zagiętym nożykiem.I wreszcie rycerz obumarł. Klap!...Trumna i wieńce. Świece do nieba,A Pansa spłodził szesnaście bab,Pięciu chłopaków do tego, co trzeba.I ten, co domy — i ten, co cię wiezie,I ta, co idąc, nie idzie, a tańczy —I nawet w sklepie obwiną ci śledzieW moje liryki — wnuka Sanczo Pansy.

Pieśń o Marchołcie

Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło —Wiatr przynosi to, co wiatr...Ziemia w kamień szczodrobliwa.Tak więc ziemię łzą się kwasi,Korzeń zębem się wyrywa —Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło.Dziad nasz był piersiasty chłop,Łeb miał kuty sztyletami,Nos na bakier, uszy z głowy,Stukilowy krzepki brzuch.Zwał się Marchołt, w śliskich portkach —A gitara w nim jak owoc.Ledwo smyk! paluchem w strunę,Już dymiły w trony króle.Czule śpiewał, gniewnie śmiał się,Na dzban wody bidnym dał się,Starym matkom synem stał się,

Taki chłop.Pieroński chłop.Wy, co ledwo że kwilicie,Smarujecie coś w poszycie,Posłuchajcie — rąbie dzwon,Marchołt bidę w bary klepie.Hej, niedźwiedzie na jarmarkach,Tańcujące małpy różne,Senatorom dyga brzuch,W który Marchołt godzi nożem.Nic nie spadło prosto z nieba,Marchołt gdyby spadł, to dziura —Wyrósł z krwawych kolan matki,Mógł się mścić i nieba żądać.Bo widzicie: Bóg gdy kleił,Skleił takich, co panują,Ale kiedy ci kantują,Bóg ulepia wielkie łby.I bum! rąbie prosto z ziemiMarchołt gruby a wnikliwy,A gitara w nim jak owoc,W giętką strunę smyk! i brzdęk!Kocioł smoły przetaczają,Ładne panny sprowadzają,

Tuż przy ogniu je sadzają,Marchołtowych słów słuchają.Blask po łbie Marchołta łazi,Bąble plaszczą w czarnej mazi,Ktoś piosenkę płaczem skazi,Dym rozłazi się po mazi.Nędza rośnie przypomnieniem,Gniew przywala brwi kamieniem,Ostre palce ryją ziemię,A ten: brzdąk!I tili-tąk!Planko, kanko, pili-planko,Tiuli, tiuli-tali tan.W garściach noże kiełkiem wschodzą,Wargi psom się marszczą w trąbki.A ten brzdąk! i tili-tąk!Złotą rybką w strunach pluska,Chłopy idą przez cmentarze,Pochodniami wloką dym.Rosną ognie nad pałace,Magnat kopie się w pierzynach,Pierze leci z rżących okien.W wielki ogień mały śnieg.

Nic nie spadło prosto z nieba,Nic się z chmurki nie wykluło,Ziemia w kamień szczodrobliwa,Korzeń zębem się wyrywa.

Wiersz metafizyczny

Oto ostatni salut. Schodzi,W głąb morza głębokiego schodziTa trumna flagą okutanaJak zbir — okryty po sam nos.Morze pochłonie ją i piasek —Ten nieodkryty nigdy piasek,Wełnisty może, może czarny,Może brzemienny w tuzin farb.I tam dopiero — umarłego,Oczy zapadłe umarłegoUjrzą wspaniałość nowych światów:Roślin, planktonu, świateł, małż.Och, jakże cudne, fosforyczne,Sfery świetliste, fosforyczne!Och, jakże piękne dżungle nocne,Och, jakże wielki cudny grób!Płacze na mokrym oceanie,Żona na zimnym oceanie,Kapitan patrzy w sine niebo:Ciężko od czarnych ostrych chmur.

A dziecko? Dziecko śpi w kajucie —Szarej jak woda z górnej warstwy,Muchy wędrują mu po nosieI gryzie w oczy z działa dym.

Święty Szymon Słupnik

Powołał go PanNa słup.Na słupie miał domI grób.A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.Powołał go Pan na stryk.Powołał go Pan,By trwał.By śpiewał mu pieśńI piał.A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałciliI włosy jej ścięli, i ręce spalili.Powołał ją PanNa gnój.Powołał go PanNa słup.Na słupie miał domI grób.

A ludzie mych wierszy słuchając powstająI wilki wychodzą żerującą zgrają...Powołał mnie PanNa bunt.

Na zdobycie Mount Everestu

Zofii Krall

Szli gwiżdżąc i nie doszli,Dochodząc, stąd odeszli —Śpiewajmy wciąż donośniejOdeszłe przeszłe pieśni.A dziś przekłuty krzyżemTen szczyt się w chmury wgniata —Nie tutaj, ale wyżejNastąpił koniec świata.Więc bierzmy się za szpadle —Niepokój nas ocali:Wzniesiemy prostopadleTę samą drogę dalej.By znowu szli — i padli,Dochodząc — znów odeszli —Śpiewajmy wciąż zajadlejZwycięskie nasze pieśni.

Król zabity

W trawie wilgotnej leżał. W mokrej,W koszuli tylko z drobnym szlaczkiem.Lecz szyję nagą i okrągłąProstował ciągle, dźwigał. Zawisł.Wargi wypukłe, brwi napięte,Chrapy czerwone miał, nadęteJak trąby. Trąbił bez hałasuW zielone zwały rannych zórz.Leżał tak, nogi krzywiąc chude,Obrosłe włoskiem cieniuteńkim,Palce skurczone i żałosne,A pięty białe i łagodne.Klon nad nimi w gong czerwony walił,Ostrą łodygą węszył mlecz.A tam się puchar w bok odtoczył,A tam różaniec żmijką zastygł,A tam królestwo w gruzach padło,A tam zaskrzypiał złoty tron.Lecz że zabity król, poznaliDworzanie po tym, że piwonię,

Którą mu wpięła w brodę córkaZ uciechy może, może w psocie —Porwał i uniósł chudy pies,I pod śmietnikiem w dół zakopał.

Wdowiec

Wziąłem twój ślubny welon,W pomiętą zwinąłem gazetę —I było to takie brutalneJak ból.A potem pantofle najczulsze,Łódeczki najmilsze, najdroższe,I w puszce od maggi schowałem kolczyki,Dwie krople rosy.Nocą podzwaniam tą puszką,Płaczę nad paczką z welonem,Kopię w rozpaczy w krzesłoPuste,Zimne,Niedobre.Mam jeszcze mydło po tobie,Którym mydliłaś piersi —Włosy mydliłaś gorące,I nos mydliłaś — i nos.

Całuję ten śliski kamyczek,Pożeram ten śliski kamyczek —Na jutro mi już nie starczy,Mój Boże, i zacznie się głód.

Verlaine

Tiko-tako, tiko-tak,W dyliżansie przez MontmartreJedzie dama karo z kart,Na jej rączce siedzi ptak.Puku-stuku, kili-klak,Kółka kręcą się na bruku,Ptaszek śpiewa: kuku-kuku,Dziobie damę w złoty kark.Dama wiezie porcelanę,Porcelana cienko dzwoni,Świszczą loki w grzywach koni,A koniki całe szklane.Tiko-tako, tiko-tak,Już i dyliżans wjeżdża w ganek,Dama rączką zza firanekDaje znak.Verlaine chciałby do niej wybiec,Podać rękę jej pod stopę,Lecz spostrzega świecy kopećI rozbite pudło skrzypiec.

Szklankę z rysą, nad kieliszkiemSwej kochanki tłusty biust —A kochanka pcha do ustRozwaloną czarną kiszkę.

Chmura

Stasiowi Chacińskiemu w dowód przyjaźni

Leciała chmura przez zielone łąki,Puszysta chmura przez pagórki biegła,Wczujcie się w obraz — biel i zieleń łąki.Ogromna czystość porannego nieba.Wiatrak ją w skrzydła pochwycił i chmuraNa czterech skrzydłach dała cztery kroki,Potem jak łabędź pośliniwszy pióraPłynęła stawem kolorowookim.A pod kasztanem spał przeziębły Wilon,Czapka na oczach, butla z mętnym winem —Uchwycił chmurę, chmurą się owinął,Służyła chmura za ciepłą pierzynę.Potem ją Wilon obwiązał sznurami,Na grzbiet zarzucił i niósł w dalszą drogę,Aż za lasami, siedmioma góramiPrzed swej kochanki zatrzymał się progiem.I chmurę w kącie porzucił, do MiłejNajsłodsze słowa śpiewając jak anioł...Kwiaty w wazonach ze wstydu się kryły,Pies patrzył głucho spode łba na panią.

I odszedł Wilon, i zostawił chmurę.Noc nadciągnęła, mąż wrócił do domu —Milczały ciężko komody ponureW strasznym, mieszczańskim, niewesołym domu.Więc chmura cicho podeszła do wierzej.Dziurką od klucza wydostać się chciała.I coraz dłużej, i bez przerwy szerzejNitka się snuła cieniutka i biała.Ludzie krzyczeli, dzwony biły trwogę.Konie stawały rwąc postronki — dęba.A pod latarnią, ukryty za rogiem,Chichotał Wilon z nożem w białych zębach.

Tramwaj Wszystkich Świętych

Oto jest tramwaj Wszystkich ŚwiętychCiężki od plonu jak stodołaSunie żałobny i brzemiennyW ten złoty dzień dla NieboszczykówWieńce szeleszczą pachną płaszczeWoń świec i duszny zapach kwiatówA płaszcze pachną naftalinąA kwiaty pachną katafalkiemDla Bródna świeczki dla PowązekWiezie poduszki z obrazkamiTwarze umarłych w porcelanieBardzo uprzejme i słoneczneOto dziewczynka w okularachOto chłopaczek krzywonosyOto kobieta z podbródkamiOto łagodny profil starcaJadą tramwajem Wszystkich ŚwiętychZ trąbkami płaczu z ubogimiWstążkami czerni z tą taniochąŻywi umarłym w odwiedziny

Tramwajarz dzwoni ludzie płacząPięćdziesiąt groszy od osobyUmarli leżą sztywno w grobachZ drzwi od Niebiosów zdjęto łańcuchBo jedzie tramwaj Wszystkich Świętych

Płacz Żyda

Gwiazdo gwiazdo gwiazdo gwiazdoŻółta gwiazdo sześciokątnaDom zburzono nam do szczętuTrzy córeczki czarnowłoseSypcie dołek niemaluśkiAch ułóżcie kostki w dołekW papier córki zawiniemyGeszeft z ziemią uczynimyJa się pytam czemu JahweRachel pyta się po czemuWpierw Judasza powiesiłeśCórki gwałcić psom oddałeśA ta mniejsza MagdaleneA ta większa EgipcjankaA największa najroślejszaZąbek miała szczerozłotyGwiazdo gwiazdo serca raniszPójdę ślepy i o kijuI napotkam psa jakiegoTo ustąpię jemu drogi

Ludziom ręce będę lizałWszy otoczę służebnościąWszę głaskając patrzę gwiazdoKto cię głaszcze gwiazdo gwiazdo

Menuet z pogrzebaczem

Rozmowa o poezji

Płonąca żyrafa

Burns

Fryzjer

Menuet

Portretowanie umarłej

Pejzaż

Rzeszowszczyzna

Nie zabierzecie księżyca

Listopad

Franz Kafka

Bajeczka

Zabijanie ryby

Czytelnicy

Oda — plecy

Uroda pokory

Całowanie

Do pani

Portret z mnichami

Względność

Mikroliryka

Astrolabium

Lew

Majorka

Dom Szaniawskiego

Madonna obrażona

Tęsknota za świeżością

Midas

Rozmowa o poezji

Od — do Lieberta...

Dziewczyna:Czy pan ją widzi? Czy ona się śni?Czy też nadbiega — nagła jak z pagórka?Poeta:Ona wynika z brodawek ogórka...Dziewczyna:Pan kpi.Pan ją jedwabnie — pan ją jak motylaPo takich złotych i okrągłych lasach...To jest jak z Dafnis bardzo czuła chwila...Poeta:Owszem. Jak ostroCałowany tasak.Dziewczyna:Rozumiem pana. Z wierzchu ta ironia,A spodem czułość podpełza ku sercu...Poeta:Dlaczego z pani jest taka piwonia,Co chce zawzięcie być butelką perfum?...

Płonąca żyrafa

TakTo jest cośBiedna konstrukcja człowieczego lękuŻyrafa kopcąca się tak pomaleńkuTakTo jest cośCoś z tamtej ściany z aspiryny i potuTa mordka podobna do roztrzaskanego kulomiotuTakTo jest cośCzemu próchniejecie od brody do skroniJaki wam ząbek w pustej czaszce dzwoniTakTo jest cośCoś co nas czekaUżyteczne i groźneJak nogaJak serceJak brzuch i pogrzebaczCiemna mogiła człowieczego nieba

TakTo jest cośO wiersz ja ten piszęSobie a osłomDwom zreumatyzowanymJednemu z bólem zębaOni go pojmąTakTo jest cośBo życieZnaczy:Kupować mięso Ćwiartować mięsoZabijać mięso Uwielbiać mięsoZapładniać mięso Przeklinać mięsoNauczać mięso i grzebać mięsoI robić z mięsa I myśleć z mięsemI w imię mięsa Na przekór mięsuDla jutra mięsa Dla zguby mięsaSzczególnie szczególnie w obronie mięsaA ONO SIĘ PALINie trwaNie stygnieNie przetrwa i w soliOpada

I gnijeOdpadaI boliTakTo jest coś

Burns

Stefanowi Czarneckiemu

Idzie gruby BurnsStuka koci brukLeci Muza w skokDźwiga z winem sakŚpiewa gruby BurnsŚpiewa gruby BurnsŚpiewa gruby BurnsŚpiewa gruby tak:»Każdy ma ten kątA w tym kącie piecKażdy pewien jestMiłościJestem gruby BurnsNie mam w życiu nicZa to pełen wórSwych kościPierwszą pożre piesDrugą pożre kotTrzecią weźmie czortDo kotła

Tak na świecie tymNawet biedna kośćNawet każda kośćSamotna”Idzie gruby BurnsStuka koci brukLeci Muza w skosDźwiga z winem sakTańczy gruby BurnsPląsa gruby BurnsSkacze gruby BurnsJak pijany ptak

Fryzjer

Leszkowi Terleckiemu

Na chmurze W potop W upałOn stoi pędzel gryzieOn stoi Brzytwę ostrzyZielony całkiem fryzjerA kitel na nim brudnyA wszystko na nim zwisłeOn stoi Brzytwę ostrzyI to z potwornym świstemSpadają włosy z chmuryKępkami deszczu graduZbielałe włosy zgrozyStruchlałe brody drabówKlijentów w trumny kładąKlijenci bardzo grzeczniWymyci ogoleniI w ondulacji wiecznejA mówią o nim BożeA on po prostu fryzjerNa chmurze gładzi ostrzeI krzywy pędzel gryzie

Menuet

Krysi Nepomuckiej

Podaj mi rączkę, trumienko. KonikWędzidło gryzie, chrapami świszcze.Już stangret wciska czaszkę na piszczel,Dziurawą trąbkę bierze do dłoni.A więc ruszymy na jednym kole,Pod poszarpanym w nic baldachimem,Ale wesoło! Mam mandolinę,Z której wygnamy oślepłe mole.He, he, trumienko, gdzieś jest cmentarzyk,Gdzie przykucniemy z wielką ochotą,Żeby przykryci spierzchłą kapotąBardzo intymnie sobie pogwarzyć.Mysz nas nawiedzi, przyfrunie sowa,Szakal przyczłapie z obwisłą szczęką,Kornik zacyka do drzwi tak cienko,Jakby żałował czegoś, trumienko,Jakby żałował...

Portretowanie umarłej

Ileż się pani musiała nacierpieć, żeMa pani taką białą twarz...Że kiedy pani leży, włosy jej są jak druty,A smutek wisi na uszach i brwiach.Ileż się pani musiała nachodzić, żeMa pani taką białą twarz...Że kiedy pani tak leży z podeszwami na wprost,Sinieje gwasz.A ja tu sterczę — kukła — a ja tu sterczę — kukła,I utrwalam to wszystko dla sławy.Och, jakże strasznie ta żyła jest wypukła,Ta gruba, gruba żyła nad skrzywionymi brwiami!Ileż się pani musiała nakrzyczeć, żeUmarła pani tak cicho. Tak słabo jak kura,Że nie błysnął ani jeden — ani najdalszy — grzmot,I rozpłynęła się w kałużach chmura.

Pejzaż

Więc oto ziemia moja OjczyznaWszystko we mnie co wieczne — z tych oto ogórkówZ tych bladych kwiatów szarpanych żarłoczniePrzez chude jak szkielety wróbleWszystko co we mnie otwiera ten pejzażKoniem sterczącym w niebo kopytamiRóżą znienacka ogromną jak krowaWiatrakiem zeschłymI wreszcie człowiek — z flaszki pionowejOstatnią kroplę chciwie wypijaPłaczeMaryjaJezusMaryjaJezusMaryjaJezusMaryja

Rzeszowszczyzna

Tu z kiepskiej drogi, z lichej stronyChrystus zielony nagle skoczy,Spojrzy spode łba prosto w oczy,Nie ogolony.To on pod daszkiem — zgięty, czujny,Z kolczykiem w uchu, lufą błyskaI strąca z konia prosto w pył,W dymiący popiół kartofliska.A potem tylko szczątki rzuciNa krzak narosły szpikulcami.Ziemia się nadmie pagórkami,Nawet kartofel się zasmuci.

Z wierszy antyastronautycznych (II)

Nie zabierzecie księżyca

Nad dymiącym krajobrazem — po ostrzach paprociOn kulą niepokojącą na blade niebo wschodzi.Pełznie — i mówią, że trupek... że świecący nieboszczyk,A mówią i niedowidzą szumiących jego gąszczy.A mówią i niedowidzą zielonych jezior gęstych,Ujętych w skalne paszczęki i mlaskające rzęsy.I cóż że dotrą do skóry — że roztopią się w bladej,Że zostawią tam śmieszne mikroskopijne ślady.Że będą dreptać gorliwie, przesypywać mu sole —On niewzruszony iść będzie po cichym niebokole.I jak dawniej pod księżycem — tak teraz pod księżycemBędą łazić równinami męczące okolice.

Listopad

Czeluście tych nocy — podłużne jak wnętrza trąb —A tu się pali światełko,A tam się maże światełko,W czeluściach tych nocy głowa twoja blada jak lampionDo moich ciemnozłotych rąkKładzie sięMiałko.I drżymy. Dygot —Wiatru łopot,Łoskot kanonad,Chlupot łopat —Wszystko w czeluściach tej ogromnej trąby,Którą rozdyma krzyczący listopad.Więc tamci milczący, wiszący na moście,I ci, co roznoszą pociski tak płasko,I ci, zamknięci kluczami jak miasto,I tamci, rozwarci bagnetem na ościeżMają nas —W szczycie widowni

Dwie świece,Dwie kukły wbite na jeden patyk,Parę kochanków, co korzysta spiesznieZ przyćmionych świateł.

Franz Kafka

„Umarł ze strachu”Tak napisanoA wszędzie tylko blachy i mury —I sztywne dymy jak wzdęte fryzuryNad przerażeniem dachów.Pisał o ludziach przemienionych w szczury,O krzywych chmurach jak cienie odwachu,Deklinował kaźnie,Koniugował tortury —Gramatyk strachu.Gdzie się narodził?A narodził się czule —I jak innych — go smoczkiem wytrwale karmiono,Ale ujrzał nad globem czarownicę zielonąI jej piersi szczerbate półkule.I szewiectwo, co wbija ćwieczki w środek mózgu,I mularstwo, co gipsuje usta i powieki —I nierzadko zachodził pod rzeźnickie ścieki,By długo słuchać plusku.„Umarł ze strachu”Tak napisano —

Pisano gwizdem za węglami nocy...Miarą epoki są tacy prorocyNad przerażeniem dachów.(Listopad)

Bajeczka

Kto idą tacy — jak my — krasnoludki?Ucieszne żarty rozbawionej wody,Ognia i wojny? My — komiczne cyfry,Niezbędne masło wszelkich filozofii?A kto to idzie? — To my, krasnoludki,Tęczowa dziatwa wielu panówbogów,Na wszystko zgodne te osoby trzecie,Które się bardzo przyjemnie zabija.To my idziemy — parami, ze śpiewem —Jedni z wycieczek niedzielnych lub z więzień,Inni ze stryczków, tamci od kochanek,A jeszcze owi z prześwietlenia zęba.A dokąd idą — jak my — krasnoludki?Ucieszne żarty rozbawionej wody,Ognia i wojny? — Do słodko nieznanej.Do obiecanej krainy statystyk...

(Listopad)

Zabijanie ryby

O czym płacze ta stara — ta pogryziona przez sole,Ta biedna chorująca z petunią — w kapeluszu?I czemu tak się miota ta ryba na tym stole,Pośród łamliwych szminek, rozsypanego różu?I czemu tak wpatrzona ta stara w ową rybę,Dlaczego tak pyszczkami chłeptają mdłe powietrze?Dlaczego stare szminki są zeschłe i łamliwe,A pudry coraz bledsze?

Czytelnicy

Niedojedzeni Niedośpieni NiedokochaniMają zazwyczaj czerwone nosy i dłonieI wpadają w stronice jak ćmyI wymachują wielkimi głowamiZapadli w studnię czasu w korytarzeElsynoru Katakumb Pałacu hrabiego RogeraBłądzą i mówią do Hioba „ty”I jeżdżą samotrzeć na tłustych ogierachZ Antygoną nad zwłokami Z Odysem na masztachZ Dawidem Copperfieldem nad nędzą i śledziemOooo umierają z Werterem i szaleją z VillonemNa przedzieA życie im umyka ucieka z bibliotecznej ciszyI tylko wszechświat dymi molami molamiNiedojedzeni Niedośpiewani NiedokochaniJeźdźcy bez głowy w galopadzie myszy

Oda — plecy

Jedna miała głowę, zasługujące jajo,A druga była w dłoniach wyśpiewana do końca,Tamta niesie gorycz podzwrotnikowych krajów,I jest też taneczna, kosteczkami dzwoniąca;Ciebie piszę w zimie, w ogromniejącej świecyZa plecyOne są dwie — dwie krainy osobne,Zamknięte w horyzontach jak określone koła;Spływając w wąski trójkąt, w najbardziej czułą połać,Wznoszą się i opadają wyżynom dwom podobne.Lecz można także znaleźć w nich kształty płaskich mieczy:Wówczas to są twarde, niemiłosierne plecy.A tu — pośrodku — kanał. Muzyczna złota rura,W niej przepływa słońce, gdy szczypiesz mnie wargami,Lecz tędy też przemyka złowrogość twa pochmurna,Gdy krzyczysz ponad nami.A kocham je w ciemności i wtedy ożywają:Jest rzek podskórnych szelest, jest lądów powstawanie —I wówczas następuje zbiegnięcie obu krainW nieboskłon wszystkich planet na oszronionej ścianie.Maleńki, ogłupiały — z ogarkiem drżącej świecyPrzekradam się przez plecy.

Uroda pokory

Tobie by kniaź wąsiasty — zakutany w lisy —Tobie by trójka z trąbką, strzelba — suto zając,Albo tobie by combry paluchami z misy,I wargi — złote wargi, co głośno mlaskają.Tobie by to potrzeba zalotnych niedźwiedzi,Że z niedźwiedzich kożuchów wyjdziesz Venus z fluktów,A tu taki małżonek jak piątkowy śledzikObsypany liryką i popiołem smutku.I przeto lampy gaszę, gdy w biel twoją wchodzę,I wielkie szczęście ściskam chciwymi łapkami,A potem — cicho, cicho — śpię przy twojej nodzeBardzo potulnymi cnotliwymi snami.

Całowanie

Ta czarna kobieta — wąska — na niebotycznych obcasach,Ta podnosząca ręce jak dwa srebrne narzędzia,To ta właśnie kobieta w zamierzchłych bardzo czasachKochała moją głowę — ostrożnie (!)... jak łabędzia.O, była wtedy brudna... I mogła mówić: miłość,I nawet chodzić w deszczu też jej wypadało —A teraz ta kobieta to Jej kłopotliwość,Która nosi sobą eleganckie ciało.I tylko, gdy śnieg spadnie — och, szczypiący śnieżek —I tylko kiedy deszcze, kiedy deszcze w krąg,Ta kobieta wraca do moich atramentowych rąkI wysuwa języka waniliowy brzeżek.

Do pani

Lubię z blachy twego kubkaPić herbatę gorzką, pani —Lubię głaskać twego szczura,Gdy się do mych nóg przyczołga —Albo gadam z pogrzebaczem,Albo łajam karbidówkę:Ordynarna to jest dama,Nie zdobiąca twego dworu.A wszak piękne masz niechlujstwoZ astronomią złych pająków,Z ciemną kaźnią twej piwnicy,Kędy boczki mrą na hakach.O feudalna moja pani,Chwalę sobie twe domostwoWieczny lennik na twych włosach,Trwały wasal twego żebra...

Portret z mnichami

Piękno tej kobiety zupełne jak kula