Wielka Ryba. Droga do odpowiedzialności. Lekcje Sary i Tobiasza - Adam Szustak OP - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

ODKRYJ KSZTAŁT SWOJEJ DUSZY. ZACZNIJ ROBIĆ TO, DO CZEGO ZOSTAŁEŚ STWORZONY.

Dlaczego wielu ludzi żyje w nieszczęściu i smutku, mimo że mają rodziny, dzieci, całkiem niezłą pracę? Wynika to z prostego faktu, że nigdy nie odnaleźli swojej duszy, a nie da się żyć szczęśliwie bez odkrycia swojej najgłębszej tożsamości”. Adam Szustak OP, fragm. książki

Nie ma na Ziemi ważniejszego zadania, niż znalezienie tego, do czego Pan Bóg Cię wyznaczył. Sięgnij po najważniejszą publikację w historii RTCK i rób to, co kochasz!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 118

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wielka Ryba. Droga do odpowiedzialności.

Lekcje Sary i Tobiasza

Seria: Jestem Legendą

Adam Szustak OP dla RTCK

Autor: Adam Szustak OP

Produkcja: RTCK

Nowy Sącz 2019

Wydanie I

© RTCK 2019

ISBN: 978-83-65927-86-6

Książka powstała na postawie audiokonferencji o tym samym tytule.

Niniejszym, na podstawie „nihil obstat” z dnia 24 lipca 2014 roku, udzielonego przez ks. dr. hab. Marka Kluza, delegata Biskupa Diecezjalnego do oceny ksiąg treści religijnej – zezwalam na wydanie kolejnego tomu serii Jestem Legendą pt. „Wielka Ryba. Droga do odpowiedzialności. Lekcje Sary i Tobiasza”.

Z pasterskim błogosławieństwem

† Wiesław Lechowicz

WIKARIUSZ GENERALNY

Redakcja: Zuzanna Marek

Uwagi redakcyjne: Adam Szymczak

Korekta: Edyta Buff, Krystyna Sadecka

Projekt okładki i grafiki: Jakub Kosakowski

Fragmenty Pisma Świętego za Biblią Tysiąclecia, wyd. 5 popr., Pallotinum 2003 r.

RTCK Rób to co kochasz

RTCK

ul. Zielona 27

WSB, bud C

33-300 Nowy Sącz

tel. 531 009 119

[email protected]

www.rtck.pl

Dołącz do społeczności ludzi, którzy chcą robić to, co kochają.

Zapisz się na www.rtck.pl, a będziemy Cię wspierać na tej drodze, wysyłając wartościowe materiały!

Wersja epub i mobi | Graphito studio graficzne, www.graphito.pl

Bardzo mi miło, że wziąłeś do ręki tę książkę i po raz kolejny możemy się spotkać ze Słowem Bożym, próbując przełożyć je na nasze codzienne życie.

Struktura tej książki jest bardzo prosta. Składa się bowiem z dwóch części – teorii, czyli powolnego i wnikliwego poznawania historii zawartej w Księdze Tobiasza, w kontekście tematu odpowiedzialności, oraz praktyki, będącej niczym innym jak aplikowaniem poznanych treści w życiowy konkret.

Chciałbym dać Ci do ręki bardzo konkretną metodę, która – mam nadzieję – będzie pomocą w przełożeniu usłyszanego Słowa i poznanych Bożych pomysłów na nasze codzienne życie i funkcjonowanie w relacjach. Ta książka ma na celu zapalić Cię do bardzo konkretnej pracy, którą po jej przeczytaniu będziesz chciał wykonać w swoim życiu.

Jak może wiesz, zanim powstała ta książka, w 2014 roku wygłosiłem w Warszawie konferencję pod tym samym tytułem. Tamto spotkanie z cyklu „Jestem legendą”, organizowane przez RTCK, dało początek tej publikacji. Zanim jednak opowiedziałem moim słuchaczom Księgę Tobiasza, a potem zaproponowałem im metodę pracy nad sobą, wynikającą z historii Sary i Tobiasza, sam przyłożyłem ją do mojego życia i sprawdziłem, jak działa w konkrecie. Mam więc nadzieję, że podobnie jak mnie, tak i Tobie ta historia otworzy pewną niesamowitą ścieżkę w życiu, ścieżkę odpowiedzialności przynoszącej pokój i dającej szczęście.

Adam Szustak OP

Różnie bywa z rodzinnymi uroczystościami czy rocznicami. Pewnie ile ludzi, tyle różnych opinii i zdań na ich temat. Niektórzy – zazwyczaj ci, którym relacje rodzinne nie kojarzą się zbyt dobrze – takich spotkań szczerze nie cierpią, a na samą myśl o konieczności spędzenia kilku godzin w gronie szeroko rozumianej rodziny robi im się słabo i oddaliby wszystko, żeby uniknąć takich spotkań. Inni – zazwyczaj ci, którzy mają dobre wspomnienia z dzieciństwa – z ogromną radością wracają w rodzinne strony, żeby zobaczyć kochanych i dawno niewidzianych bliskich, odświeżyć pamięć o dalszych krewnych, a także spędzić radośnie i miło czas na rozmowach i wspomnieniach. Jeszcze inni – i takich pewnie jest najwięcej – przyjmują takie wydarzenia jako konieczność, z którą trzeba się pogodzić i którą da się przeżyć bez większej traumy, ale też i bez większego entuzjazmu – ot, rodzinny obowiązek, który po prostu trzeba wypełnić. Pewnie co człowiek, to historia, i co rodzina, to inna sytuacja. Bez względu jednak na to, która wersja wydarzeń jest nam bliższa, warto takim spotkaniom się przyjrzeć, bo przy odrobinie wysiłku można z nich wyciągnąć coś bardzo pożytecznego. Na przykład mogą obudzić w nas jakąś zapomnianą, a jednak istotną rzeczywistość lub poruszyć w nas coś, co radykalnie zmieni nasze życie.

Kiedy myślę o spotkaniach, które z różnych okazji odbywały się w moim rodzinnym domu, mam w głowie jedno skojarzenie, a raczej jedno wspomnienie. Ono sprawia, że mimo różnych sytuacji, czasem także trudności związanych z powrotami do domu, zawsze myślę o nich z dużym sentymentem, a niekiedy nawet również z tęsknotą.

Otóż kiedy podczas zjazdów rodzinnych kończyły się już tematy związane z aktualną sytuacją wszystkich członków rodziny, kiedy było wiadomo, kto się z kim ożenił, kto urodził dziecko, kto ma trudności w pracy i kogo trzeba obgadać, kiedy znowu doszliśmy do wniosku, że życie jest ciężkie i dawniej bywało lepiej, i znów nie bardzo wiadomo było, co zrobić, żeby sytuację poprawić, a do tego, kiedy została już wypita stosowna ilość alkoholu i dzieci ze zmęczenia zasypiały, gdzie popadnie, wtedy wyciągało się stare albumy rodzinne i zaczynało się wielkie oglądanie zdjęć. Rozpoczynaliśmy od tych w miarę świeżych, z ostatnich chrzcin, ślubów i rocznic, po naprawdę prehistoryczne, nie tylko z mojego dzieciństwa, ale z dzieciństwa moich rodziców, a nawet z młodości dziadków.

Mimo że widziałem te zdjęcia już dziesiątki, jeśli nie setki razy, nigdy mnie to nie nudziło, mogłem je oglądać w kółko i od nowa. Fascynujące było patrzenie na świat, którego już nie ma, na architekturę i styl życia, które nigdy nie wrócą, a nade wszystko na niesamowitych ludzi. Ci, których znałem, byli inni, jakby bardziej żywi na fotografiach sprzed lat, zanim życie i doświadczenia z nim związane nie pomalowały ich twarzy smutkiem, zmęczeniem i przygnębieniem. Ci, których nigdy nie było mi dane poznać, bo umarli, zanim stałem się dorosły, tworzyli na tych fotografiach zupełnie idealny świat, niezmącony teraźniejszością, odległy i przez to jakoś dziwnie nadzwyczajny, pozbawiony szarości i rutyny, prawie wyśniony.

Temu wszystkiemu uroku dodawały jeszcze komentarze różnych członków rodziny, za każdym razem takie same, z motywami, które ciągle się powtarzały. Gdy tego słuchałem, zawsze odnosiłem wrażenie, że ludzie pamiętają przede wszystkich to, co niezwykłe i dobre, a wspomnienia, które takie nie były, zatraciły już swój ból i smutek, bo kiedy przecież cierpienie minie, to wraz z upływem czasu traci swoją niszczącą siłę. Przy każdym zdjęciu więc pojawiały się te same wspomnienia, które wszyscy znali już na pamięć, ale jednocześnie zawsze znajdował się jakiś nowy szczegół, który otwierał całą serię dotąd nieopowiadanych historii. Ależ to była uczta!

Nawet jeśli wcześniej, na początku tych rodzinnych spotkań, przez długą rozłąkę lub jakieś niewyjaśnione spory atmosfera nie była wolna od napięć, to jednak kiedy pojawiały się albumy ze zdjęciami i zaczynało się opowiadanie historii, wszystkie zachmurzone twarze stawały się pogodne, kłótnie przygasały, a w oczach pojawiał się nieoczekiwany i zaskakujący blask. I właśnie ten blask sprawia, że z wytęsknieniem i rozmarzeniem myślę dziś o tych spotkaniach rodzinnych, na które nie zawsze chce mi się jeździć, ponieważ do momentu jego pojawienia się wcale nie jest tam kolorowo.

Czym jest ten blask? Co go rodzi? Myślę, że to przebłysk dawnych marzeń i planów, które każdy posiadał w dzieciństwie i młodości, a które przez znój i szarość życia już dawno osunęły się w przepaść zapomnienia. Mam wrażenie, że gdy ludzie patrzą na siebie sprzed lat, gdy widzą swoje twarz, często roześmiane i szczęśliwe – w końcu zdjęcia zazwyczaj były robione przy okazji wakacji albo jakiś radosnych uroczystości – budzi się w nich dawno nieodczuwany apetyt na radość, budzi się pragnienie miłości, odradza się energia wielkich marzeń i ideałów. Sądzę, że kiedy wszyscy widzą nadzieję i gotowość na wyzwania, które przebijają z ich uwiecznionych na fotografiach twarzy, niedotkniętych jeszcze cierpieniami i nieszczęściami, które potem się wydarzą, że kiedy widzą na zdjęciu swoją od dawna już wyblakłą wiarę w ludzi i świat, coś nagle odżywa, coś próbuje się na nowo przedostać, a może nawet wręcz przebić przez często zaakceptowaną już życiową porażkę. Oczywiście czasem taki powrót do przeszłości może sprawiać mnóstwo bólu, bo kiedy człowiek zobaczy, jak daleko odszedł od pierwotnych ideałów i marzeń, może zrodzić się w nim jeszcze większe rozgoryczenie i smutek. Wydaje mi się jednak, że nawet w tej mało przyjemnej wersji wydarzeń takie doświadczenie jest bardzo potrzebne – mimo że jest bolesne, może być także niezwykle ożywiające.

***

Książka o historii Tobiasza i Sary jest pewnego rodzaju zaproszeniem do otworzenia starych albumów ze zdjęciami. Niekoniecznie albumów rodziców czy dziadków, ale przede wszystkim naszych własnych, tych, w których zapisane jest nasze dzieciństwo i nasza młodość. Chciałbym Was zaprosić do podróży przez dawne, może już zapomniane albo zepchnięte na obrzeża świadomości pragnienia i marzenia. Chciałbym Was zaprosić, żebyście poszukali siebie samych z dzieciństwa i młodości. Bez względu na to, ile macie lat, czy dzieciństwo jest już rzeczywiście prehistorią i czasem szczerze wątpicie, czy ono naprawdę się kiedyś wydarzyło, czy też było to całkiem niedawno i jeszcze czujecie zapachy oraz smaki tego czasu, proszę otwórzcie – czytając historię opowiedzianą w Księdze Tobiasza – Wasze albumy i zachłyśnijcie się tamtym czasem, ludźmi, światem i atmosferą.

Czego tam szukać? Własnej tożsamości. Kiedy bowiem mała Ania wychodzi z przedszkola i w drodze powrotnej do domu potrafi całymi godzinami opowiadać o tym, co się tam tego dnia działo, o czym mówiła pani przedszkolanka, co zrobili chłopcy i dlaczego to było takie straszne, a także co zrobiły dziewczynki i dlaczego to było jeszcze dziwniejsze, to są duże szanse, że Ania kiedyś zostanie dziennikarką, pisarką albo oczywiście po prostu plotkarą. Jeśli mały Henio uwielbia w przedszkolu mówić wszystkim naokoło, nie pomijając wychowawców, co mają robić, jeśli ciągle używa zdań w trybie rozkazującym, jeśli – dostając polecenie od przedszkolanki – potrafi zaangażować swoich kolegów, żeby zrobili to za niego, w przyszłości prawdopodobnie zostanie menedżerem, dyrektorem, inspiratorem albo po prostu księdzem. Jeśli zaś Madzia ciągle chodzi po przedszkolnej sali i porządkuje zabawki, żeby nie leżały na podłodze w nieładzie, jeśli układa wszystko w swoim małym tornistrze, żeby można było szybko wyciągnąć, co potrzeba, mimo że ma tam tylko dwie rzeczy, jeśli patrzy przez okno i zachwyca się drzewami, to prawdopodobnie będzie kiedyś architektem, analitykiem, designerem albo ma po prostu nerwicę.

Otóż jestem głęboko przekonany, że w naszej przeszłości, w dzieciństwie i w młodości, są poukrywane zapowiedzi naszego powołania i naszej drogi do szczęścia. Oczywiście nie chodzi o banalne wnioskowanie typu: skoro Jasiu w przedszkolu lubił malować, to znaczy, że będzie malarzem – może będzie, ale zazwyczaj ściennym. Chodzi bardziej o to, że Pan Bóg, stwarzając nas, zaprojektował nas bardzo przemyślnie i genialnie, trzeba tylko znaleźć klucz do odszyfrowania siebie. Nie byłoby problemu z odczytaniem tego, kim jesteśmy, gdyby nie zamieszanie, jakie wprowadziły w nas grzech i zło, gdyby nie zamieszanie, a często zniewolenie, jakim obciążyła nas – często bardzo trudna i skomplikowana – sytuacja rodzinna, nie byłoby wreszcie tego problemu, gdyby nie kłamstwa, jakimi ciągle zarzuca nas świat, i obowiązujące w nim wzorce zachowań oraz wartości. Potrzeba klucza, którym otworzymy pozamykane w nas możliwości i plany otrzymane od Boga do rozwinięcia, udoskonalenia i doprowadzenia do niezwykłości. Właśnie o tym jest historia Tobiasza i Sary.

Skoro więc zostaliśmy wyposażeni w te różne zapowiedzi, zaproszenia i predyspozycje, trzeba na nie zwyczajnie i po prostu odpowiedzieć. Bóg, projektując nasze wnętrza, rozpoczął z nami swoisty dialog, bez słów i zdań, dialog naszych pragnień i powołań. Człowiek, który zechce odpowiedzieć na te pytania, który zechce wejść z Bogiem w ten fantastyczny dialog, staje się odpowiedzialny, czyli odpowiadający – właśnie na tym polega pełna dojrzałość ludzka. Kształtujemy i realizujemy siebie nie w próżni i nie według przypadkowych sposobów, ale w odpowiedzi na Jego zaproszenie, na Jego pierwsze pytania, które są dla nas wskazówką otwierającą drogę do czegoś niezwykłego, niesamowitego i nade wszystko absolutnie szczęśliwego. W końcu On zadał te pytania, więc nie może być inaczej.

Poznawanie historii z Księgi Tobiasza rozpoczniemy od przeczytania fragmentu z Ewangelii świętego Marka, który stanie się dla nas motywem przewodnim tej lektury. Oczywiście ta scena z życia Jezusa nie odnosi się bezpośrednio do życia Tobiasza, ale według mnie zawiera w sobie elementy, które streszczają sens tamtej starotestamentalnej opowieści i wyraźnie pokazują kierunek jej czytania.

Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: «Przeprawmy się na drugą stronę». Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?». On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: «Milcz, ucisz się!». Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: «Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary!». Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: «Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?».

(Mk 4, 35–41)

Bardzo wierzę, że większość wydarzeń z życia Pana Jezusa, oprócz czysto historycznego poziomu, zawiera również opis tego, czym żyjemy na co dzień. Tak też spróbujemy przeczytać i przywołany tekst. Z pewnością dobrze znana jest nam ta scena, gdy po bardzo intensywnym dniu uczniowie na polecenie Pana Jezusa przeprawiają się przez Jezioro Galilejskie. Gdy są już pewnie na środku jeziora, nagle zrywa się gwałtowny wiatr, a Jezus śpi na wezgłowiu łodzi. Apostołowie są przerażeni, bo łódź zaczyna się napełniać wodą, a straszny wicher wcale nie słabnie. Są przekonani, że to ich ostatnie chwile i że zaraz zginą, a do tego widzą Jezusa spokojnie śpiącego sobie gdzieś z tyłu łodzi.

Przypuszczam, że to, co przeżywali wtedy apostołowie, jest doświadczeniem ogromnej większości z nas. Co więcej, wielu z nas, nie znając innej sytuacji życiowej niż ta podobna wichurze i zatapianiu łodzi, myśli, że to naturalny i normalny stan życia. Może czasem coś się nieco uspokoi, ale za chwilę wszystko wraca z podobną lub nawet może zdwojoną mocą. Do takich ludzi adresowana jest ta książka. Jeśli ktoś ma inaczej, wszystko w życiu mu się układa, na co dzień doświadcza pokoju i szczęścia, może śmiało w tym momencie odłożyć ją na półkę albo przekazać komuś innemu. Jeśli jednak doświadczamy w życiu nieustannego zmagania się z czymś, co wydaje nam się nie do pokonania, z czym totalnie nie wiemy, co zrobić, co nas przeraża i co nie pozwala nam odnaleźć się w życiu, to ta historia jest o nas. Jeśli żyjemy na łódce miotanej falami, jeśli zalewają nas fale życia, pracy, relacji, związków, uzależnień, a do tego mamy przekonanie, że Pana Boga nie ma albo jeśli jest, to na pewno śpi, to trzeba w takim momencie życia zawołać dokładnie tak jak apostołowie: „Dlaczego Cię to nie interesuje, że giniemy?”.

Gdy rozmawiam z różnymi osobami, mam wrażenie, że coraz więcej ludzi wokół nas żyje w totalnym rozgoryczeniu i poczuciu porażki. Niestety im starsi, tym bardziej są o tym przekonani. Znam oczywiście kilkanaście lub może kilkadziesiąt osób, których życie jest poukładane i szczęśliwe, którym niczego nie brakuje i którzy czują się spełnieni, ale to są absolutne wyjątki. Być może tak się dzieje z powodu mojej profesji. Bycie księdzem chyba na tym też trochę polega, że przyciągam wszelkie nieszczęścia i beznadziejne przypadki. Gdy myślę o małżeństwach, które znam, to w zdecydowanej większości ich funkcjonowanie przypomina czarne scenariusze. Może rzeczywiście tak się dzieje, że szczęśliwe małżeństwa do mnie nie przychodzą, bo niby po co miałyby to robić, skoro nie potrzebują rady i pomocy? Przychodzą ci, którym wszystko się rozsypuje. Ale choć mam świadomość, że mój obraz świata jest nieco zawężony, to jednak trudno nie zgodzić się z tym, że nie żyje się za wesoło w naszej rzeczywistości. Jeśli nawet sami nie doświadczamy jakichś tragedii i życiowych dramatów, to wystarczy popatrzeć na swoich bliskich i ich rodziny, na rodziny znajomych lub na ludzi z pracy... W wielu miejscach znajdziemy rozsypane światy.

Ten dość smutny obraz rzeczywistości potwierdza także informacja, którą znalazłem jakiś czas temu w internecie, przygotowując jedną z konferencji. Otóż, okazuje się, że rocznie na świecie samobójstwo popełnia 815 tysięcy ludzi. Rocznie zabija się prawie milion osób – to jest niewyobrażalne! Według statystyk, które znalazłem, ta liczba dwukrotnie przewyższa łączną liczbę osób ginących w różnych konfliktach zbrojnych. Oczywiście są to uśrednione dane, ale dla mnie jest to przerażające, że co roku pół miliona ludzi ginie w wojnach, a dwa razy tyle popełnia samobójstwo. To zaś oznacza, że mniej więcej co czterdzieści sekund ktoś się zabija. Straszna perspektywa.