Wydawca: Wielka Litera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 471 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wiele demonów - Jerzy Pilch

- Wszyscy lubimy i umiemy snuć narracje, ale jak pan opowiada to jest prawdziwe święto opowieści! - mówi prezes Tlołka do organisty Somnambulmeistra.

Najnowsza powieść Jerzego Pilcha jest właśnie takim prawdziwym świętem opowieści – mądrej i rozbuchanej, snutej arcybogatym językiem, pełnej zaskakujących zdarzeń i smakowitych detali, pogrążonej w magicznej atmosferze, panoramicznej niczym „Sto lat samotności”, zaludnionej tyleż swojskimi, co dziwacznymi, osobliwie zabawnymi postaci, jakich pozazdrościłby Fellini z „Amarcordu”, a zarazem mówiącej o sprawach ważnych, najważniejszych, ostatecznych.

            Pilch przenosi nas w tuż postalinowskie czasy lat pięćdziesiątych, do Sigły, położonej - jakże by inaczej - na ukochanym przez autora luterskim Śląsku Cieszyńskim.

Do miasteczka – ku powszechnemu zdumieniu – zjeżdża Jula Mrakówna ze swym katolickim narzeczonym. Kto ją przenocuje? Bo przecież nie wstrząśnięty ojciec, pastor Mrak! Co stało się z jej siostrą Olą, w tajemniczy sposób zaginioną? Żeby ją chociaż porwali esbecy, ale towarzysz Goniec zaprzecza! Czy miejsce jej pobytu wskaże Fryc Moitschek, który nawet jak nie był stuprocentowym cudotwórcą  – miał dar? Kim jest mężczyzna w czarnym owerolu, który wszedł do willi świętej pamięci doktora Nieobadanego i nie wyszedł?

            Dawkując czytelnikom sekrety i - po części sensacyją - intrygę, Pilch zagląda zarówno do domów jak i do głów swych bohaterów, bywa tyleż czuły i delikatny, co pikantny i bezlitosny, dowodząc, że człowiek sam sobie zagraża, a jak człowiek sam sobie zagraża - nie ma gorzej…Z charakterystycznym „pilchowym” humorem snuje zwykłe-niezwykłe historie mieszkańców Sigły, a zewsząd słychać, ten co zawsze, głęboki i majestatyczny oddech kosmosu nad dachem.

            Ów „oddech” – pytania o sens życia, śmierci, wiary, Boga, miłości, cierpienia, o sens wielu demonów, które nasze historie opowiadają  – unosi się nad całą powieścią, pełną niezapomnianych sytuacji, wysnuwanych często z pozornie nieznaczącego zdarzenia. Chichoczemy czytając jak pan Naczelnik usiłuje pocałować w rękę histerycznie niechetną temu starkę Zuzannę, jak ucztują i kłócą się nad trumną pana Wzmożka, której nie sposób wynieśc z domu, jak grają na grzebieniach i butelkach:  Tango zatrata. Tango  bakelit i tango szkło.

Niepostrzeżenie, raz po raz, ten chichot zmienia się w charkot, śmiech więdnie nam w gardłach, także przy zaskakującym, niesamowitym zakończeniu powieści. Nie ma już tamtego świata. I naszego też kiedyś nie będzie. Nas nie będzie. Nie chcemy tego wiedzieć, choć każdy musi się wreszcie z tym zmierzyć. I Pilch swoją ważną, całkiem niewesołą książką–księgą w przejmujący sposób nam w tym pomaga.

I jest tak, że wreszcie rozumiesz starych pisarzy, którzy pisali o niepojętej rozpaczy zostawienia wszystkiego. Pożegnaj sosnę na piaszczystym wzgórzu, pożegnaj smagłe ciało, pożegnaj hokej, pożegnaj sztruksową marynarkę – teraz rozumiesz; tysiąc razy lepiej było, jak się nie rozumiało. Żyjesz? Tak jest! Umieranie zaczęło się na dobre.

.

Opinie o ebooku Wiele demonów - Jerzy Pilch

Fragment ebooka Wiele demonów - Jerzy Pilch

JerzyPilch

Wiele demonów

Fragment

Wypędził wiele demonów, ale nie pozwolił

demonom mówić, bo go znały.

Marek I, 34

Rozdział I

W połowie minionego wieku na siglańskiej poczcie pracował listonosz Fryderyk Moitschek, który znał sekret ludzkiego życia, wiedział, ku czemu zmierzamy i co będzie po śmierci. Wierzyła w niego tylko garstka, choć wszystko, co głosił, a raczej wszystko, co odczytywał z grubego skoroszytu, zgadzało się co do joty.

Ludzie umierali, chorowali i zdrowieli wedle jego przepowiedni, taka, jak mówił, była nazajutrz pogoda, trafnie przewidywał duszne jak cmentarze wiatry halne, zrywające mosty powodzie, wszechogarniające oleiste upały i podchodzące ze wszystkich stron nieprzejrzanie mroźne i śnieżne zimy.

Piłką nożną interesował się średnio i od święta, więc na typowanie wyników trudno było go namówić, ale jak już obstawiał, to bez pudła: Real Madryt, Ruch Chorzów, FC Santos, Wisła Kraków, ba!, nawet nasza A-klasowa jedenastka, w ogóle wszystkie drużyny, ku którym obrócił oblicze swoje – zawsze strzelały i zawsze traciły dokładnie tyle, ile on chciał, bramek.

Rzadko to bywało, bo unikał sytuacji, w której dar jego mógłby nie tyle nawet jakiemuś łatwemu zarobkowi służyć, ale w ogóle z jakimikolwiek płaskimi machinacjami się kojarzyć. Cienia zaskoczenia – czuło się, iż boskość Fryca nie polega na cotygodniowym cudzie wygrywania zakładów piłkarskich, trafiania odpowiednich numerów totolotka czy konsekwentnym omijaniu ślepych losów na loterii, czuło się to, ewidentnie się to czuło i z całą subtelnością się nie nalegało. Nie kuś mnie, antychryście! Pójdź ode mnie precz, szatanie! „A gdy dokończył wszelkich pokus, dyjabeł odstąpił od niego do czasu” (Łukasz IV, 13).

Fryc nie był zarabiającym na życie zapierającymi dech trikami sztukmistrzem. Fryc był prorokiem z krwi i kości. Z Bożej krwi i Chrystusowej kości. Królestwo jego było nie z tej ziemi. Forsy miał w bród, skąd nie wiadomo, na pewno nie były to honoraria za świadczenie wieszczych usług dla ludzkości.

Zuzie Bujok przepowiedział letarg i ocknięcie się z letargu, Józkowi Lumentigerowi abstynencję i porzucenie abstynencji, Polsce komunizm i wyjście z komunizmu. Wszystko, ma się rozumieć, gratis; w ostatnim przypadku nie tylko gratis, ale i ze sporym patriotycznym zacięciem.

Było tak ze wszystkim i zawsze: gratis, gratis i jeszcze raz gratis. Nigdy za nic grosza, choć sam nieraz wchodził w koszta, choć czasu bądź ile poświęcał, choć narażał zdrowie, a przez to i życie. Chyba tylko Pan Bóg, duch fikcji literackiej albo nieliczne inne transcendencje wiedzą, jakim nadwyrężeniom swe ciało i jakim uszczerbkom swą nieziemską i przez to też szczególnie kruchą jaźń poddawał.

Swoich – nie można powiedzieć – poważnie traktował, z wielkim oddaniem im pomagał i wielce pieczołowicie się o nich troszczył, i nie tylko w chorobie wspierał. Niestety nie tylko dla nas wszystkie siły, umiejętności i całą żarliwą pasję utalentowanego uzdrowiciela przeznaczał. Innym, i to nieraz całkiem obcym, nie z Sigły, a ze świata pochodzącym, z takim samym, a niekiedy – niepodobna było nie spostrzec – może i z większym zapałem służył, problemy ich rozwiązywał, z rozmaitych fobii leczył, bezpowrotnie utracone zguby znajdował, przed konkretnymi niebezpieczeństwami ostrzegał, szczegółowe domowe terapie zalecał i – nie ma co owijać w bawełnę – nadgorliwie – zwłaszcza jak z płcią piękną miał do czynienia – wysoce nadgorliwie wszelkie ważne i nieważne detale leczenia punkt po punkcie omawiał; korzystną, wreszcie korzystną odmianę losu im przepowiadał, owszem, drobne utrudnienia nadal przewidywał, ale też od ręki, jak je rozwiać, radził, sytuację przenikliwie wyjaśniał – wszystko tip-top, ale za jaką cenę? Powiedzieć, że rabunkowo swoim jestestwem, swoją formą i swoją kondycją gospodarzył, to nic nie powiedzieć; rabunkową i jakże lekkomyślną, jakże w swym poświęceniu nieodpowiedzialną – nikt na przykład nigdy nie widział Fryca jedzącego... Nikt nigdy... Rozumiecie? Nikt nigdy, a przecież coś jeść musiał... Nie musiał? Nie jadał? Powietrzem się żywił? Przypadki i wypadki szły tak lawinowo, że nie było czasu choćby na kanapkę? Jedynie nieduże jabłko w biegu? Ale i tego jabłka nigdy nikt nie widział! Opowiadano jedynie o nim. Opowieści i legendy o Frycowym jabłku? Anegdoty? I to, i to, i jeszcze owo. Setki pytań, choć w istocie jedno pytanie. A nasz zbawca, uzdrowiciel zjadł coś od rana? Jabłko na obiad. Jedno jabłko. Raczej małe niż duże. Fryc jednym jabłkiem na dobę przy życiu się utrzymuje? Na to wychodzi. Padnie któregoś dnia i wszystko się skończy. Koniec cudów, koniec proroctw, koniec recept na myśli samobójcze. Fryc nie padnie nigdy, w każdym razie na słabującego nie wygląda. I to jest najgorsze, tysiąc razy lepiej by było, jakby jego słabości, trudy, głody i co tam jeszcze na wierzch wyłaziły. Na obliczu wyglądają upiornie, ale nie są groźne. Niewidzialne, skryte w głębi serca i mózgu grożą eksplozją. Fryc owszem eksplodował – czynami swymi.

Z domu państwa Kubatschke wygnał ducha za życia chorobliwie, a po śmierci opętańczo zazdrosnego męża. Doktorowi Nieobadanemu przepowiedział wpierw cztery, a potem, widząc, co się święci, siedem córek. Pana Ujmę, dyrektora Pijalni Wód, wyleczył ze skłonności do mężczyzn. Emilce Morżolikównie wybił z głowy samobójcze myśli. Wszystko na wielkim głodzie? Nie czuł głodu, bo nie miał łaknienia? Ciało mdłe tak było siłą jego ducha przytłoczone, że nawet podstawowych racji się nie domagało? Ujmując rzecz szerzej: procesy trawienne (o wydalaniu nie wspominając) nie przystoją prawdziwym prorokom? Nie przystoją. Prawdę powiedziawszy, im nie przystoją nawet najsubtelniejsze aspekty somatyczne czy biologiczne. Fryc był duchem? Ręki nigdy nikomu nie podawał; samorzutnie rodzi się pytanie, czy ktoś kiedykolwiek go dotknął? Z pewnością liczne kobiety, co go odwiedzały? Zdziwilibyście się, jeszcze jak byście się zdziwili. I zdziwicie się niechybnie, tyle że trochę później.

Podobno ładnych parę lat przed wojną i dobrych kilkadziesiąt lat przed upadkiem muru berlińskiego miał w swym skoroszycie nakreślone kopiowym ołówkiem nowe mapy Europy i Azji – ci, co widzieli, twierdzili, że z wyjątkiem Prus Wschodnich i Turkmenistanu zgadzało się wszystko co do milimetra.

Czy wskrzeszał zmarłych – pewne nie jest. Z całą pewnością przywrócił do życia praktycznie martwego ulubieńca pani Pastorowej – najinteligentniejszego z trzech parafialnych kotów – Judę Tadeusza.

Grecie i Marynie – krowom Józefa z Ubocza, zdjął z wymion bolesną opuchlinę. Niby nic wielkiego, ale Fryc uczynił to z odległości.

Na sparaliżowanego wilczura, przewodnika sfory Frau Scherschennick, ryknął strasznym głosem: – Odrzuć laskę! Zaprawdę powiadam tobie: Odrzuć laskę! – i oszalałe ze strachu zwierzę laski wprawdzie nie odrzuciło, bo, jako żywo, jej nie używało, ale na równe łapy wstało. I nie tylko wstało! Parę ładnych lat jeszcze po świecie całkiem sprawnie się błąkało! A jak Fryca widziało albo tylko z daleka wyczuwało, snadź kolejne ozdrowieńcze moce w nie wstępowały, bo ze zdrowym skowytem gdzie pieprz rośnie umykało.

Tak jest, Fryc Moitschek nawet jak nie był stuprocentowym cudotwórcą – miał dar. Wchodził do domu i bezbłędnie wyczuwał jałowy ruch w przewodach elektrycznych.

– Gdzieś się świeci, panie gospodarzu! – mówił i rozglądał się niespiesznie. – Gdzieś się świeci! Na okrągło! Biały dzień, do wieczora daleko, a u was najmniej jedna żarówka od wczoraj, a może od nie wiadomo kiedy niezgaszona, panie gospodarzu!

I wszyscy domownicy podrywali się na równe nogi, i sprawdzali pomieszczenia, do których dociągnięta była elektryka, i zawsze, a to w piwnicy, a to na strychu, a to w od niepamiętnych czasów zamkniętej na wszystkie spusty komorze, znajdowali daremnie tlącą się żółtawą czterdziestkę.

Fryc zawczasu wiedział, do kogo przyjdzie paczka z Ameryki, które dziecko straci się w lesie przy zbieraniu borówek, kto komu ukradnie kubik desek i w jakiej szopie je skryje. Bezbłędnie wskazywał przygraniczne schroniska, w których zaszywali się pochopni kochankowie, i austro-węgierskie bunkry, w których skłonni do występku gimnazjaliści palili papierosy.

Byli wprawdzie tacy, co twierdzili, że Fryc tajemnicę prądu rozgryzał, zerkając dyskretnie na obroty licznika w sieni, że o paczkach wiedział, bo był listonoszem i niekiedy nawet umyślnie – celem dania pola profetycznym popisom – przesyłki przetrzymywał; że nie on jeden czuł, które dziecko gapowate, kto ma do złodziejki skłonność, kto z kim na boku szyje i w jakim schronisku się kryje, nie mówiąc o tym, gdzie kawalerka cygarety kurzy. Sceptyków i niedowiarków nie było mało; szczerze mówiąc, była ich zdecydowana większość. Większość większością, a tajemnica tajemnicą.

Daru Fryca nie dało się sprowadzić do znajomości natury ludzkiej, orientacji w topografii okolicy, biegłości w czytaniu liczników elektrycznych czy nie wiadomo jakich przewag wynikających z roznoszenia poczty po chałupach. Zdarzały mu się czyny, których ani darem intuicji, ani techniczną fachowością, ani psychologiczną przenikliwością, ani w ogóle ludzkim rozumem wyjaśnić niepodobna.

W końcu kto, jak nie on, wskazał miejsce, w którym zarośnięta nigdy nietopniejącymi brunatnozielonymi krami leżała ciemnowiśniowa – tak ciemnowiśniowa, że prawie czarna – piżama młodszej Mrakówny? Po ładnych paru latach namysłu, ale wskazał. W końcu kogo, jak nie jego, wezwał do łoża śmierci starzyk Schkryfani i podał mu nazwisko wędrownego malarza, który wprawdzie w ziemskim wymiarze okazał się Bogu ducha winny, ale od którego wszystko się zaczęło?

W końcu kto, jak nie Fryc, od początku wiedział – choć dla dobra sprawy długo nie zdradzał – kim jest przeraźliwie chudy gość w czarnym owerolu i komu przypadnie zapierająca dech, smagła, długoszyja i nonszalancka piękność z sań? W końcu kto, jak nie on, znalazł w Białym Lesie koliste lądowisko, z którego starsza Mrakówna i jej katolicki ukochany odlecieli nie wiadomo dokąd, nie wiadomo jaką i nie wiadomo przez kogo pilotowaną machiną? W końcu kto, jak nie on, pomniejszył trumnę pana Wzmożka? W końcu czyją, jak nie jego, ręką zapisane kartki do dziś po domach krążą, do dziś są przez jednych pieczołowicie przepisywane, przez innych przeklinane; przez jednych z wypiekami i drżeniem odczytywane i w najtajniejszych schowkach skrywane, przez drugich wyszydzane, na strzępy targane i w piecach spalane?

Pewnie, że niektóre rzeczy się nie zgadzały i to nie zgadzały się – delikatnie mówiąc – nie tylko w szczegółach, ale na Boga! nie jesteśmy na terenie lustrzanej symetrii i ścisłych wyliczeń! Z matematyki jest tu wyłącznie jedna wielka niewiadoma!

Jeśli nawet z przepowiedniami, uzdrowieniami i cudami nie wszystko było w porządku, jeśli nawet przepowiednie, uzdrowienia i cuda nie były jego najmocniejszą stroną – tajemnica Fryca ani nie malała, ani nie pierzchała. Dziś widać, że raczej się wzmagała, że była głębsza, niż się zdawało najbardziej oddanym wyznawcom. Szło nie tylko o do cna zgrany repertuar fałszywych proroków: życie wieczne, koniec świata, dusza w piekle, ciało w raju, księga ksiąg! Szło nie tylko o proroctwa, nie tylko o uzdrowienia i nie tylko o cuda.

– Fryc wie, o co w tym wszystkim chodzi – mawiał pan Naczelnik, gdy kolejny zachwycony naszymi stronami przybysz pytał o podobno mieszkającego w pobliżu i niewiarygodnych rzeczy dokonującego proroka. – Wiara, nie wiara, prorok, nie prorok, ale to jest człowiek, który wie, o co w tym wszystkim chodzi.

– W tym wszystkim, czyli w czym? – syczała znad rozpalonego do białości pieca starka Zuzanna. – Co wie? I o czym? O czym wszystkim?

Głos starki był jak rozżarzone węgle pod blachą, zachwycony naszymi stronami przybysz zastygał z niepokoju, pan Naczelnik niefrasobliwie uśmiechał się pod wąsem.

– O wszystkim. O niebie i ziemi. O końcu i początku. Fryc wie. Fryc wie, po co się rodzimy w bólu, czemu żyjemy bez sensu i dlaczego umieramy w męczarniach. Fryc ma zapisaną w swoim skoroszycie odpowiedź na pytanie, skąd tyle zła na świecie.

– Tylko Pan Bóg takie rzeczy wie! – starka nie podnosiła głosu, mówiła prawie szeptem i było to tym przeraźliwsze; zachwyceni pięknem naszych stron przybysze bledli śmiertelnie. – Tylko on! I Pan Jezus! Tylko oni wiedzą! I tylko oni cuda sprawiają! Tylko oni przyszłość znają i tylko oni uzdrawiają!

– Uzdrawiają, ale – jak by powiedzieć, aby nie urazić – nie wszystkich. Zdecydowanie nie wszystkich. Plan Boży względem uzdrowień najwyraźniej zakłada, że zdecydowana większość uzdrowiona nie zostanie. Jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć, koma, dziewięćdziesiąt dziewięć procent uzdrowieniami boskimi nie jest objęte. Mało komu to pasuje, chorym najmniej, a mimo wszystko uzdrowienia szukają. Wszędzie i za wszelką cenę. Grzech i gusło? Otóż taki grzech i takie gusło ja nie tylko rozumiem, ale i z całych sił popieram... Jakby kto bliski bezpowrotnie słabnąć zaczął, jakbyś ty, Zuzko – nie daj Boże – chora była i nic by nie pomagało, ja bym nie tylko do Fryca poszedł, ale i do samego piekła, i samego Belzebuba bym przyprowadził, jakby obiecał, że pomoże!

Starka opuszczała głowę, pąsowiała, przez dobrą chwilę – jak by powiedział dawny opowiadacz – gra zmiennych uczuć widoczna była na jej obliczu, potem zaś równie niewyraźnie, co dobitnie mamrotała:

– Do tego domu Belzebuba nie trzeba sprowadzać – mieszka tu od dawna.

Zachwyceni pięknem naszych stron przybysze pojawiali się często. Wszyscy byli odziani w popielate garnitury, wszyscy byli średniego wzrostu, wszyscy mieli niewielkie łysiny i nieco rozmyte rysy twarzy, wszyscy przyjeżdżali czarnymi prowadzonymi przez milczących kierowców wołgami; wszyscy z niezwykłą uprzejmością upewniali się, czy aby dobrze trafili, czy aby na pewno mieszka tu pan Naczelnik, jeśli tak, to doskonale, przybywają z polecenia towarzysza Gońca i tylko z tej racji pozwalają sobie zakłócić spokój; towarzysz Goniec, o ile im wiadomo, jest wielkim przyjacielem pana Naczelnika, wiele dobrych słów o panu Naczelniku od towarzysza Gońca słyszeli, w tym także jak najgorętsze zapewnienie, że tylko pan Naczelnik jest im w stanie pomóc. Podobno nikt tak jak pan nie zna okolicy?

– Przesada! Przesada! – pan Naczelnik pęczniał z dumy – jeszcze by się niejeden z lepszą ode mnie orientacją znalazł. Młody nie. Młody faktycznie nie. Ale paru żwawych starzyków orientację ma.

– Zdaje się jednak nie we wszystkich aspektach?

– Czy ja wiem? Czy ja wiem? – Pan Naczelnik wkładał kurtkę pocztowego munduru, w moim kierunku spoglądał euforycznie, w kierunku starki pytająco, potakiwałem głową, starka nie zaprzeczała, wzrok bezbarwnego przybysza prześlizgiwał się po mnie obojętnie, choć nie bez czujności.

Szliśmy przez wyłożone rzecznymi kamieniami podwórze, pod bramą stała czarna wołga; Tomek Holeksa, Bolek Branny, Rudek Odstertschil, Felek Podpalartschyk, nawet Emilka Morżolikówna i Wzmożek Matkobójca obmacywali karoserię i zaglądali do środka, jakby pod przebieralnią na basenie stali – won, smarkaterio!

Jeszcze przedwczoraj na łąkach przy Starym Młynie gromiliśmy Anglików, gromiliśmy ich nie jakieś marne 6:3, a 14:2, co zresztą nie dziwota, mieliśmy w składzie trzech Hidegkutich i dwóch Puskasów, jeszcze wczoraj zakradaliśmy się pod ciemne okna Ochorowiczówki, jeszcze przed południem zgodnie drętwieliśmy na widok nowych pończoch na wiadomo czyich nogach – teraz należałem do innego świata.

Byłem mieszkańcem lśniącego jak dopiero co wysmołowany dach zamczyska – oni byli pospólstwem stłoczonym u wrót. Wyniosłość okazywała się sztuką straszliwie łatwo dostępną. Nagle wyłaził ze mnie urodzony, rasowy, wręcz błękitnokrwisty możnowładca. Nie zwracałem uwagi na tłum, milczałem, nie reagowałem ani na przyjazne, ani na wrogie nagabywania, nie przyznawałem się do dawnych znajomości, a wszystko, czego nie czyniłem po staremu, i zwłaszcza wszystko, co czyniłem po nowemu – czyniłem z absolutnie perfekcyjnym arystokratyzmem. Byłem z innej planety. Otwierały się wrota, rozdziawione gęby motłochu wypełniała buchająca z wnętrza dworska aura, wyciągnięte dłonie pragnęły choć musnąć skraj królewskiej tapicerki, wybałuszone oczy pożerały opalizujące bagienną zielenią lampki tablicy rozdzielczej; przy wtórze uruchamianego motoru wstępowałem do komnat.

Wnętrze samochodu pachniało tytoniem, benzyną, korkiem, pastą do butów, flanelową koszulą praną w szarym mydle – mieszanka wybuchowa w sensie ścisłym. Zapadałem się w – tak symetrycznie pofałdowane, że sprawiały wrażenie brązowego odlewu – ruskie siedziska, gapiłem przez okna na spadziste łąki i słuchałem monotonnych głosów sławiących nasze okolice. Wszyscy zachwyceni pięknem naszych stron przybysze mówili identycznie – nie trzeba nawet zaznaczać, że ich głosy zlewały się w jeden głos, była to jednogłośność absolutna; ten sam ton – asekuracyjny, ten sam sens – obłudny, i ta sama stylistyka – zawiła.

– Czas płynie, panie Naczelniku, czas płynie nieubłaganie, do emerytury zostało wprawdzie jeszcze trochę, ale i to jak z bicza przeleci, trzeba zwolnić tempo, ma się rozumieć: zwolnić w znaczeniu osobistym, zwolnić w znaczeniu: sił do biegu nabrać, nawet jakby to końcówka biegu być miała; końcówka, ma się rozumieć, w znaczeniu przyrodniczym, młodzi towarzysze naszą pracę będą kontynuować, duch towarzysza Stalina żyje w nich i coraz wyraźniej jest w ich działaniu widoczny...

– Podobno nie tylko duch towarzysza Stalina żyje? – rzeczowość w głosie pana Naczelnika była tak skrajna, że wyraźnie zahaczała o brak należytej nazwisku Generalissimusa odświętności.

– Gadanie ludzkie. Niestety. W tym wypadku tylko gadanie ludzkie. Co pan słyszał, panie Naczelniku? I jeśli można – od kogo? Co i od kogo?

– Tabor cygański przejeżdżał przez Sigłę, Cyganie grali i śpiewali. Rzewnie, bardzo rzewnie. Słowa najrzewniejszej pieśni opowiadały o złym Berii-Brewerii i jeszcze gorszym Chruszczyku-Łotrzyku; uwięzili oni, a potem otruli towarzysza Stalina, ale ani jedno, ani drugie się nie powiodło, trucizna nie zmogła żelaznego organizmu, kraty w oknach okazały się za słabe dla palców Josifa Gieroja, wymknął się on zdradzieckim oprawcom, zbiegł do Gori, tam się kuruje, tam gromadzi swych najwierniejszych pretorianów i niebawem na ich czele na Moskwę ruszy.

– Tak Cyganie śpiewali? Panie Naczelniku?

– Tyle usłyszałem i tyle zrozumiałem. Coś jeszcze śpiewali, ale strofy w niebiosa umknęły, tabor jechał żwawo...

– Zostawmy to. O czym to ja...

– Że duch Stalina żyje...

– Bezlitosny człowiek z pana, panie Naczelniku... Tak, duch jego żyje i żył będzie... Specjalnie w młodzieży... Trzeba młodym powoli robić miejsce, trzeba zwolnić tempo, trochę spasować choć w sobotę, choć w niedzielę. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił – tyle jeszcze z religii człowiekowi zostało. Wyjechałoby się gdzieś, na trawie poleżało, jak ptaki śpiewają posłuchało, ognisko rozpaliło, kielicha z przyjaciółmi wypiło. Gdzie, jak nie tu? Gdzie, jak nie tu, panie Naczelniku?

– Nigdzie – burzenie retoryki szło tak nieustępliwie, że nie było siły: aparatczycy zaczynali się całkowicie gubić; jeszcze poprawiali się na siedzeniu, jeszcze na resztkach pochwalnego transu narracyjnego próbowali choć kawałek ujechać.

– Gdzie, jak nie tu? Okolica piękna, powietrze zdrowe, widoki niezwykłe, nieraz jak się w te strony zawitało, myślało się: szczęśliwi ludzie muszą tu mieszkać...

– Jak sto diabłów – pointował z maksymalną stanowczością pan Naczelnik.

Tym razem zachwyceni naszymi okolicami przybysze milkli jeśli nie na dobre, to na dobrą chwilę. Potem spoglądali pytająco.

– Panie Naczelniku? Pan naigrawa się? Nie pierwszy raz dzisiaj?

– Skąd!

– Co pan w takim razie chce powiedzieć?

– Nic. W całej rozciągłości pragnę jedynie potwierdzić wyjątkową szczęśliwość naszych stron.

– I ich piękno?

– I ich piękno. Macie, towarzyszu, absolutną rację. Gdzie, jak nie tu?

I wszyscy obracaliśmy głowy, i patrzyliśmy z ukontentowaniem na sunące za oknami wołgi doliny Kościejowa, Wiecznej Osady, Czerchli, Kopytnej, Głębin. Jechaliśmy w głąb liściastych lasów Bukowej, Dziechciejowa, Lutrzenki – auto przystawało na końcu drogi, szliśmy po łagodnie wznoszącym się stoku Skałecznego, dym płynął nad dachami pojedynczych domostw; potem wstępowaliśmy na wąskie ścieżki, białe strumienie wzdłuż nich biegły, leśne węże grzały się na brzegach. Docieraliśmy na niebagatelne wysokości, pod nami były wszystkie góry i wszystkie doliny, szliśmy jeszcze wyżej, z dusznych od bliskości niebios polan widać było masywne cienie Tatr i kruche wieże cieszyńskich kościołów, pan Naczelnik unosił rękę i obracał twarz ku kolejnym stronom świata, i wskazywał dogodne parcele.

– Stok południowy – najlepszy. Stok wschodni – bardzo dobry. Stok zachodni – wbrew pozorom niezły. Stok wprawdzie północny, ale bardzo ciekawy. Droga – widać jasne pasmo – do samego celu dochodzi. Niewielką daczę można postawić w parę tygodni. Choć jak już, to doradzam coś obszerniejszego i masywniejszego. Dolina widna, ale jednak – że powiem coś od siebie – jesteśmy w górach. Zimne wieczory i ranki nie tylko od świętej Hanki. Nieraz wcześniej, choćby na świętojańskie deszcze, dobrze w kominku przepalić, a jak będzie kominek, to piec czy nawet dwa piece przy sposobności – żaden przecież problem, a i koszta nie tak wielkie.

Przybysze doznawali uniesienia, zachwyconym spojrzeniem omiatali miejsca swych przyszłych siedzib, brali w posiadanie dolinę po dolinie, podobało im się wszystko i podobało się im wszędzie, byli gotowi kupować stoki południowy, wschodni, zachodni i północny, byli gotowi osiąść w centrum, w Jaworzniku, w Białym, byli zachwyceni Bawolą Górą, Obchodzitą, Łoszowem, Czantorią, Kalinową Skałą, nie mogli się zdecydować, czy piękniejszy widok jest z Kamienistego, z Jarzębinowej czy z Żółtego Krzyża – wszędzie było jednako pięknie i wszędzie było jeszcze piękniej, i jechaliśmy dalej, i wspinaliśmy się jeszcze wyżej, i wreszcie docieraliśmy za wszystkie potoki, za wszystkie góry i za wszystkie doliny, i byliśmy w miejscu, z którego widać było całą ziemię, byliśmy w miejscu, z którego widać było i Bieszczady, i dachy Krakowa; niebo nad naszymi głowami było granatowe, złote ciała niebieskie płynęły po nim niczym fantastycznie opalone wczasowiczki, zapach pierwszego siana był niepojęty i obezwładniający, słychać było szum Olzy i Wełtawy; i cień Dunaju odbijał się w wysokim powietrzu, a jak się wytężyło wzrok, całkiem wyraźnie widać było mury Pragi i zaułki Wiednia; dolina pod naszymi stopami była zarazem i stroma, i łagodna, stojący na jej dnie biały dom z drewnianą, pociemniałą od deszczów werandą był zarazem daleki i bliski, krystaliczny tlen zdawał się działać jak obie strony wojskowej lornetki, to oddalał, to przybliżał widok.

Z bliska widać było trzy dziewczyny w żółtych sukniach, zbierające w ogrodzie maliny, hamak rozwieszony pomiędzy sosnami i kogoś głęboko w nim śpiącego, pusty leżak przed wejściem, na werandzie dwie sylwetki pochylone nad szachownicą, szeroko otwarte okna, dzbany soku porzeczkowego na parapetach. Gdy soczewki powietrza się odwracały, widać było tylko biały dom stojący pośrodku dymiącej trawy, z otwartych okien płynęła muzyka, ktoś grał na pianinie, ktoś śpiewał Gigi L’amoroso.

Przybysze rozglądali się tryumfalnie, wreszcie trafiliśmy, wreszcie jest miejsce miejsc, wreszcie mamy to, czego szukamy! Tu! Tylko tu! Tylko i wyłącznie tu!

– Nie bardzo. Nie bardzo, a nawet zupełnie nie. – Pan Naczelnik przecząco kręcił głową. – Podeszliśmy tu bardziej dla ciekawości, dla nieziemskiego widoku i dla dopełnienia eskapady niż dla interesu. Tak jest: wiadomy dom i wiadoma ojcowizna. Nie do sprzedania i nie do kupienia. Prorok, nie prorok, listonosz, nie listonosz – nie odstąpi ani metra. Nie ma co prorokować – rzecz pewna. Ani metra za żadne pieniądze. Szkoda gadać. Moja zwierzchność tu nie sięga. Wasza zwierzchność, towarzyszu – proszę darować – także nie. Obywatel prorok ma wysoko postawionych znajomych? Zaginioną małżonkę kogoś ze ścisłego kierownictwa partii i rządu odnalazł i ocalił? Czy wiem o tym? Nie tyle wiem, bo czarno na białym nikt nie poświadczył... Ale coś ludzie gadali... A jak gadali, to słyszeli... Owszem na chłopski rozum: bez takich znajomości Fryc nie dałby rady. Od ludzi grosza nie bierze, a wypłata listonosza na niektóre jego wydatki nawet w połowie, co tam w połowie! nawet w jednej dziesiątej, a niekiedy, moim zdaniem, i w jednej setnej nie starczy! Ale chłopski rozum nie tylko dla mnie nie jest najwyższą instancją. Są instancje wyższe, subtelniejsze i nade wszystko niedostępniejsze... Nie, w takim razie nie zajdziemy choć na szklankę wody. Ani w takim razie, ani w innym. W tym domu nie akceptuje się żadnych odwiedzin, niezapowiedzianych zwłaszcza. Moich też nie. Powtarzam: Naczelnikiem jestem na poczcie. Dobra znajomość, nawet zażyłość owszem istnieje, być może nawet głęboka, ale daleka od poufałości, a wpadanie bez zapowiedzi jest poufałością. Obie strony tego rygorystycznie pilnują. Tym rygorystyczniej, że nie tylko w Sigle łażenie po chałupach to jest codzienność i nie dziwota: na razie w prawie wszystkich naszych małych, a nawet średnich miasteczkach – o wioskach nie ma co wspominać – dwa telefony na krzyż... Jak ludzie mają zapowiadać, że wpadną z wizytą? Heroldów słać? W tym wypadku sytuacja inna i szczególna. Gdy się wchodzi na przedsionki Bóg wie czego – trzeba ze specjalną pieczołowitością, a nawet ostrożnością pilnować reguł. Umówić się również niepodobna. Nie ma co kombinować. Nie przyjmą nas. Psami nie poszczują, ale niepokojące rzeczy mogą się zdarzyć. Zbierajmy się, pora późna. Widzieliśmy wszystko, a nawet więcej. Więcej, niż powinniśmy. Miejsce niezwykłe, ale tylko na jeden rzut oka, zapuszczać się głębiej, a nawet przystawać dłużej nikt nie śmie.

I zachwyceni pięknem naszych stron przybysze bez szemrania odpuszczali, bez żalu rezygnowali, na nic nie naciskali, przelotna chęć wywarcia presji służbowej odlatywała z furkotem, zachwyt płynnie znikał z ich rozmytych rysów; nie było wiatru, niebo dalej bezchmurne, ten sam upał na wysokościach, a nas nagle zimny dreszcz przechodził; szybkim krokiem, nadmiernie szybkim, jakby dla koniecznej rozgrzewki, ruszaliśmy w kierunku czekającej u stóp zbocza wołgi. W ostatniej chwili oglądałem się za siebie: na progu domu stał odziany na czarno mężczyzna, unosił dłoń ku oczom i spoglądał w naszym kierunku – zaczynałem się trząść i biegłem, i ledwo zauważałem, że i pan Naczelnik, i towarzyszący nam przybysze też się trzęsą i też biegną; kierowca czekał na nas z zapalonym silnikiem i otwartymi drzwiami, wpadaliśmy do środka, auto ruszało z piskiem opon, zaciśnięte na kierownicy dłonie szofera były białe jak śnieg, tłuste krople potu spływały mu z czoła.

Rozdział II

Prorok przychodził w porze dojenia krów. Starka Zuzanna szła do obory; reszta domowników nie wiadomo, a raczej dobrze wiadomo, gdzie się podziewała: pan Naczelnik wyskakiwał do Rotha na kieliszek, góra trzy; stryj Ableger w Papierni Habsburgów grał w ping-ponga, Jano, przyszły szofer, a w dodatku muzyk, woził gości na kwatery, o Kornelu szkoda gadać – studiował teologię w Warszawie i choć wciąż pisał, że przyjedzie – nie przyjeżdżał; starzyk Schkryfani spał jak zabity w komorze, Hermina w Domu Zborowym miała próbę chóru – na całą wieczność zostawałeś sam i miałeś surowy nakaz nieotwierania nikomu.

– Choćby nie wiadomo kto i nie wiadomo jak się dobijał. Nie puszczasz nikogo! Nikogo! Zrozumiano? – Tak. Zostawałeś sam i skurczony ze strachu czekałeś, aż nie wiadomo kto i nie wiadomo jak zacznie się dobijać. Kuchnia była olbrzymia i od lat niejedno się w niej działo, ale w porównaniu z czekaniem na nie wiadomo jaki i nie wiadomo przez kogo wszczynany łoskot wszystkie stare strachy: piszczel wysuwająca się z kąta, kartka sfruwająca z kredensu, widmo wylegujące się na otomanie, strzelanina w stygnącym piecu, mysz szeleszcząca za kredensem, nawet stukania żegnających się ze światem zmarłych – były niczym. Panowała głucha cisza. Im dłuższa, tym głuchsza i na odwrót.

Składałeś już wtedy roztrzęsione ręce i zaczynałeś się modlić. Modliłeś się, by gdzieś, gdziekolwiek, nawet najdalej, nawet na Bawolej Górze albo na Żółtym Krzyżu zaszczekał pies, modliłeś się o gwizd pociągu jadącego do Głębin, o śpiew chórzystów w Domu Zborowym, o ględzące głosy pijaków w gospodzie. Z całych sił prosiłeś Boga, by cokolwiek przerwało przerażającą ciszę, i jak to w tamtych czasach – gdy komunikacja pomiędzy ziemią a niebem działała po ludzku – prośba zostawała wysłuchana. Bez specjalnych fajerwerków, ale skutecznie.

Nie od razu, ale rychło. Nie raptownie, ale z przyjazną stopniowością.

Najprzód rozlegały się jakby pojedyncze komarze wizgi. Jakby jakiś jeden, nie wiadomo jakim cudem na dwudziestostopniowym mrozie żyjący, komar raz po raz zrywał się do lotu. Potem, po nieskończonej ilości prób, kiedy zdawało się: nie tylko z lotu, ale i z życia nic nie będzie, udawało mu się jednak wystartować. Leciał nad metrowymi śniegami, leciał nierówno, męczeńsko i sinusoidalnie, ale leciał. Raz ciszej, raz głośniej, raz niżej, raz wyżej – w sumie coraz wyraźniej.

Chwili, w której komarzy wizg przeobrażał się w skrzypienie śniegu, nigdy nie udało się uchwycić. Nagle w bliskim obłędu pomieszaniu lęku i ulgi uświadamiałeś sobie, że słyszysz kroki. Ktoś obuty w masywne narciary jest jeszcze daleko, ale zmierza w twoim kierunku. Schodzi z Kamienistego, idzie spory kawał po zamarzniętej na amen rzece, wspina się na stromy brzeg przy basenie, potem mija szkołę, instytut bakteriologiczny, siedzibę Stowarzyszenia Jedną Nogą w Grobie, Pijalnię Wód, kościół i studnię Hoffa; już słychać nie tylko jego kroki, ale i Czas, byśmy ze snu powstali śpiewany przez chórzystów; deliryczny gwar u Rotha nabiera mocy, pociąg wspina się po nasypie, nie wiadomo kto otrzepuje buty na schodach i nie wiadomo jak zaczyna się dobijać.

Sień jest mroczną i lodowatą maligną. Umrą, umrą, umrą. Pod powleczoną brunatnym szronem powałą świeci słaba żarówka, ktoś skrada się przez ogród. Otwierałeś drzwi, ciemność pytała, czy zdajesz sobie sprawę, jak bezmierny jest kosmos? i siadała na ławce w kuchni, i rozpinała guziki poczciarskiego płaszcza, i wyjmowała zza pazuchy ogromny skoroszyt, i ostrożnie kładła go przed sobą, i powoli obracała bezlik wypełniających go stron. Wszystkie kamienie są dziełem przedwiecznych rzeźbiarzy. Wszystkie drzewa wymknęły się Bogu.

Uciekałeś, uciekałeś z całych sił. Udało się przedrzeć przez chaszcze, potem wokół osady i w dół kamiennymi schodami. Pomagał ci przygodny towarzysz podróży, zatrzymywaliście się, by opatrzyć rany. Potem biegliście dalej w głąb obcych przedmieść, w głąb krainy wrogów. Ktoś wdziewał ciasną rękawiczkę. Nagle wszystko wracało na swoje miejsce. Za ogromnym kuchennym stołem siedział zmęczony i przemarznięty listonosz i z niesmakiem kartkował skoroszyt, i raz po raz spoglądał na wiszący na ścianie majolikowy zegar. – Ile można doić krowy? – mruczał z irytacją. – Jak długo można doić dwie krowy? Ja rozumiem, że dwie krowy można doić dwa tygodnie, ale dwie krowy doić dwie godziny? Nie rozumiem. Z coraz większym niesmakiem kartkował skoroszyt i wyjmował z kieszeni kopiowy ołówek, i z rosnącą furią zaczynał skreślać pojedyncze słowa, zdania, akapity, nawet całe strony. – Duch światłości – cedził z wściekłością. – Jaki znowu duch światłości? I jeszcze: Duch światłości unosił się nad... Nad czym do króćset unosił się duch światłości? Chyba nad moją czapką! – Fryc Moitschek podnosił głos, jeszcze raz sięgał do kieszeni, tym razem wydobywał zapałki i paczkę cameli, zapalał ze smakiem i wracał do kwestionowania skoroszytu. I natychmiast znajdował kolejny dyskusyjny fragment, i kabotyńsko pozorował oburzenie. – Posłuchajcie, ludzie! – rozglądał się po pustej kuchni. – Posłuchajcie, ludzie, jakimi zabobonami się was karmi! W epoce świętego spokoju – jak wół jest tu napisane – w epoce świętego spokoju szatan i jego wysłannicy swobodnie chodzili po ziemi. Wszyscy ich widywali. I nie: że wszyscy widywali, a ja tylko słyszałem, tylko znałem z opowiadań. Skąd! Sam widziałem! Sam widziałem trzy razy! Powtarzam: po trzykroć było mi dane ujrzeć Księcia Ciemności! Jego skowyt wypełniał izbę, podłożony przez niego ogień płonął pod piecem, owładnięty przez niego świat był zasypany śniegiem i skuty mrozem. Słowa do rozważenia na dzień dzisiejszy są następujące: Biegli w nauce twierdzą, i nie ma powodu im nie wierzyć, że za wiele miliardów lat żółwich, a może nawet zwykłych, słońce zgaśnie i świat przestanie istnieć. Ale zanim! Zanim! Zanim! Zanim za wiele mniej lub bardziej żółwich miliardów lat – nie trzeba chyba dodawać, że jeden żółwi rok to jest czas, jakiego potrzebuje żółw do przebycia jednego roku świetlnego – zanim tedy takie mgnienie minie, zanim słońce zgaśnie i świat przestanie istnieć – zanim koniec wszystkiego nastąpi, są silne przesłanki, że szatan, a wraz z nim ludzie, raz, dwa, a może wręcz trzy razy doprowadzą do apokalipsy na ziemi; wszystko wpierw zniknie i wszystko następnie zostanie powtórzone. Najprzód wszystko do przedostatniej komórki, do przedostatniego mikroba, do przedostatniego strzępu pleśni sczeźnie; następnie od pojedynczej komórki, od cudem ocalałego mikroba, od milimetrowej nitki pleśni wszystko zostanie powtórzone. Poczną wrzeć pierwiastki, ogień pójdzie z minerałów, eksplodują wodorosty, wybuchną trawy i puszcze; zaroją się oceany, zwierzęta wyjdą na ląd; w odpowiednim momencie pojawi się człowiek śniegu, po nim homo erectus, habilis, sapiens i inne osoby towarzyszące, umysł ludzki zacznie swe popisy, ruszy cywilizacja, narodzi się bałwochwalstwo, chcąc nie chcąc Chrystus będzie musiał powtórzyć Pierwsze Przyjście. Pytanie: Czy powtórzenie Pierwszego Przyjścia będzie Pierwszym czy Drugim Przyjściem – zwłaszcza jakby wszystko miało się powtórzyć trzy razy? W nawiasie: rozważyć odpowiedź: Pierwsze Przyjście Bis.

Fryc Moitschek milkł, przerywał lekturę, ale niczego już nie kwestionował ani z niczego się nie natrząsał. Przeczytane linijki nie były aż tak katastrofalne, jak się zapowiadało? Może na odwrót? Może wydały mu się bezbrzeżnie prostackie i milczał zupełnie osłupiały? Tak czy tak, kopiowy ołówek zawisał nad stroną, ale nie opadał, prorok spoglądał na zegar, zatrzaskiwał skoroszyt. – Za piętnaście minut muszę być na dworcu. Tak jest. Za piętnaście minut pewna zrozpaczona osoba przyjeżdża warszawskim pociągiem. Tak jest. Bezradna i do cna zdesperowana osoba. Pisma zostawiam w dobrych rękach. I w bezpiecznym miejscu. I Fryc wstawał zza stołu, i szedł w głąb domu, uchylał wszystkie drzwi i mijał wszystkie pokoje, krok jego był pewny, niczego nie szukał na oślep, przechodził przez pachnące nakrochmalonymi obrusami jadalnie, mijał komorę, w której od nie wiadomo kiedy zamknięty był starzyk Schkryfani, szedł przez pełne niejasnych zarysów sypialnie, przez zrujnowane przedwojenne salony, przez czekające, aż na środku wyszorowanych delin stanie trumna kolejnego domownika, świetlice; szedł przez pokoje kawalerów i pokoje panien i docierał do ostatniej izby, i otwierał stojący pod ścianą czarno-złoty zegar, i kładł na jego dnie płynnie znikający tam skoroszyt, i zapinał płaszcz, i przepadał w pełnej majaków sieni.

Starka wnosiła do kuchni dzban parującego mleka, na stole leżała zapomniana paczka cameli, ich niebieskawy dym unosił się pod sufitem.

– Przeżyłeś? – po ukończeniu wszystkich dziennych spraw na ogół miała dobry humor. – Przeżyłeś jakoś? Nikt się nie dobijał? Nikogo nie było?

– Nikogo.

– Dobrze. Bardzo dobrze.

Jeden za drugim, a nawet równocześnie pojawiali się wszyscy domownicy, zarumieniona chyba nie tylko od śpiewania pobożnych pieśni Hermina, podochocony pan Naczelnik, zgrzany do nieprzytomności stryj Ableger.

Przemarznięty do kości, ale pełen wigoru Jano, przyszły szofer, a w dodatku muzyk, wjeżdżał na podwórze; z lekkich, pomalowanych na niebiesko i pokrytych staniolowymi pająkami sań wyskakiwał obładowany tobołami Kornel.

– Warszawskim! Tak jest! Warszawskim przyjechałem! – wołał od drzwi. – Od paru dni mnie nosiło! Nosiło mnie jak diabli! I w końcu mówię sobie: nie ma mowy, wsiadam, jadę! I wsiadłem, i przyjechałem, i jestem!

I witał się ze wszystkimi, i ze wszystkimi się ściskał, objąwszy zaś brata swego, natychmiast jął mu coś szeptać do ucha. Stryj Ableger słuchał z najwyższym zajęciem, potrząsał głową. – Całą drogę? W taką zimę? Ja pierdolę! Szal? Wielbłądzia wełna? Futro? Szyfon? Nansuk? Dotąd przecież tylko latem? Tylko latem! Czekał na dworcu?

– Co tam szepczecie? – przerywał im pan Naczelnik. – Nie ma co szeptać! Kolejna panna... Kolejna usiłująca samobójcze ochoty od siebie odegnać nieszczęśnica do Fryca przybyła – żadna nowina. Dajcie Frycowi spokój! Drugiego takiego listonosza ze świecą szukać...

– I drugiego takiego jasnowidza? – Starka Zuzanna stawiała na ogniu gar pełen frankfurterek. – I drugiego takiego uzdrowiciela? – Jawna prowokacja brzmiała w jej głosie.

– I drugiego takiego jasnowidza, i drugiego takiego uzdrowiciela – powtarzał wolno i głucho pan Naczelnik.

– A gdzie – starka podnosiła głos – a gdzie szukać drugiego takiego cudotwórcy? Gdzie go szukać? W Piśmie Świętym, w domu obłąkanych czy może w...

Pan Naczelnik otwierał usta, aby odpowiedzieć, a bardziej jeszcze zagłuszyć ostatnie, niechybnie dotkliwe dla wyznawcy proroka słowo, ale pomoc nadchodziła z nieba, a dokładnie: zza ściany; nagle rozlegał się tam zwierzęcy i nad wszystkim górujący i wszystko tłumiący ryk starzyka Schkryfaniego. W milczeniu siadaliśmy do stołu.

Paczka papierosów z narkotycznym wizerunkiem dromadera, jak gdyby nigdy nic, leżała pomiędzy talerzami, pan Naczelnik ściśle ponad nią sięgał po musztardę. – Do Fryca kolejna owładnięta śmiertelną depresją nieszczęśnica przybyła – żadna nowina. Ale to, że Jula Mrakówna zamierza na święta przybyć do domu w towarzystwie pewnego zatwardziałego katolika – to jest nowina! Dziewczyna z katolickim fundamentalistą życie dzielić pragnie i wiliować na farę z nim przybywa! To jest nowina! Pacjentki Fryca...

– Pacjentki? Zawsze była mowa o słuchaczkach – mruknęła starka.

– Pacjentki Fryca – powtórzył z naciskiem pan Naczelnik – uzdrawiane przezeń również – tak jest, Zuzko – głoszeniem wykładów, pacjentki tedy, a też słuchaczki, a nawet można powiedzieć: studentki! Tak jest: studentki Fryca – będą mu wybaczone. Zwłaszcza jak je wyleczy...

– Na zbyt rozległe wybaczanie ani się nie zanosi, ani nigdy nie zanosiło. Studia studentkom jakoś nie idą... O wyleczonych głucho... Sam nieraz o tym bałamucisz...

– Mnie się zdaje, że ja o bałamuctwach Pana Boga, nie Fryca, wspominam. Może zresztą to jest jedno i to samo...

– Pan Moitschek opracował i stosuje długi i w specjalną stronę biegnący tor edukacji... – próbował z nagłym i nieco sztucznym ożywieniem wtrącić stryj Ableger, ale jedno spojrzenie starki – nie trzeba dodawać: wyraźnie ostrzegające przed pogarszaniem beznadziejnej sytuacji – starczyło. Starczyło i nie starczyło.

– Oświadczam ci, żono moja – pan Naczelnik nagle nabzdyczył się, napuszył, rozindorzył, spurpurowiał – oświadczam ci uroczyście: jadowiciejesz na stare lata. Nie jest to wielki problem, prawie każdy jadowicieje; rzecz nie w samej jadowitości, a w sztuce jej skrywania...

– Są sytuacje – starka omiotła męża ciężkim wzrokiem – w których nie mogę się powstrzymać.

– Rozumiem cię, Zuzko, ale oboje wiemy: ćwiczenia są drogą żywota.

– Ja wiem, co do ciebie pewności nie ma.

– Powściąganie rozmaitych przywar całe życie ćwiczę, choć akurat kąśliwości najmniej... Jak można powściągać coś, czego się praktycznie nie ma? Ale zostawmy to, na razie zostawmy, bo się pogubimy. Tak czy inaczej, pacjentki czy inne uczennice Fryca będą mu wybaczone. Pastor natomiast – pomimo wzmożenia domowej tragedii – ani myśli o wybaczeniu, ani myśli iść na ustępstwa. – Po moim trupie! – powiada. – Po moim trupie! A oni: Ojcze czcigodny, nasza miłość wszelkie przeszkody pokona! – Znam sprawę co do joty, bo przecież – jak się domyślacie – poczta aż huczy, aż dym i żar idzie od naszego nowiutkiego dalekopisu! Skąd! Listów nikt nie otwiera! Fryc owszem, ma dar czytania pisma skrytego w kopercie i złożonego bądź ile razy, ale nie czyni z tego użytku – surowo przykazałem... Z całą służbową surowością przykazałem... Chyba że zło, chyba że wielkie zło wyrządzone by być miało, zbrodnia popełniona... O tym Fryc i tak skądinąd by wiedział...

– Jak tyle wie, niech raz coś powie – w głosie starki, rzadkość sama w sobie, pełnego przekonania nie było – bestialstwo dawno popełnione, a ten ani dudu... Ile czasu przeszło? Trzy lata z okładem! Najlepszy dowód – jakby żyła, dawno by wróciła...

– Fryc powie, jak godzina wybije. Co to jest trzy lata? Przecież wiesz... Już wiesz... Już niestety, Zuzko, oboje wiemy, jak to jest mało, jak to nic nie jest.

– Dla tej, co jej nie ma, może to być wieczność. Dla tego, co podobno wie, wystarczająco długo, by wreszcie parę puścił.

– Może nie mówi, bo wszystkiego jeszcze nie wie i na uzupełnienie danych czeka, a może wie, ale nie mówi, bo jeszcze nie pora, bo coś go powstrzymuje...

– Coś albo ktoś...

– Diabeł? Ciągle diabeł? Na okrągło diabeł? Kto co diabeł? Kogo czego diabeł? Komu czemu diabeł? A może nie diabeł? Może ktoś inny? Może ktoś z przeciwnego bieguna? Może nie Książę Ciemności, a Król Jasności? Może nie diabeł, a Pan Bóg? W sumie czemu nie? Może zaginięcie Oli to był, to jest jakiś szczególny plan Boży, który w odpowiedniej chwili odsłonięty zostanie? Może Frycowi, może temu i owemu? Ja nie jestem od takich przypuszczeń, ale czemu od ciebie ich nie słyszę?

– Pan Bóg takich rzeczy nie robi.

– Pan Bóg nie takie rzeczy robi.

– Nie bluźnij, błaźnie błazeński!

– Zobaczymy. – Pan Naczelnik kunszt puszczania pewnych rzeczy mimo uszu miał opanowany do perfekcji. – Na razie żadnych śladów, żadnych przesłanek, a raczej multum śladów i multum przesłanek, tyle że daremnych: żadne tropy, żadne śledztwa i żadne poszukiwania nic nie dały. Ile razy milicja, ile razy sami Pastorostwo, ile razy kto żyw: mężczyźni, kobiety, dziecka, starzykowie całą Sigłę przeczesali? A my sami? Ile razy wszyscy, jak tu siedzimy, szliśmy w tyralierze? Od stacji do cmentarza i od Kamienistego do Jaworznika? Milimetra kwadratowego nie przepuszczając? I co? Znasz przecież odpowiedź! I nic! I bagna zbadane, i wszystkie studnie, i wszystkie strumienie przepatrzone! Każdy kamień w rzece, każda głębina, każda wierzbina... Ani śladu... A też żadna ze stu, a może dwustu na samą litą prawdę wyglądających opowieści o losach zaginionej się nie potwierdziła.

– Twoim zdaniem to lepiej?

– Lepiej, bo znaczy, że Ola przebiegle uciekła i dobrze się skryła. Może nawet gdzieś w świecie.

– Gorzej, bo znaczy, że przebiegle porwana i dobrze skryta. Może nawet w pobliżu. Niby pobliże przeszukane, a może nie dość przeszukane? Poza tym od kiedy ucieczka z domu lepsza od porwania? Skąd to wiadomo?

– A stąd, że w takim wypadku nikt jej nie zagraża, sama o ryzykownym, bo ryzykownym, ale sama o swym losie decyduje.

– Sama sobie zagraża, a jak człowiek sam sobie zagraża – nie ma gorzej... No, chyba że – jak przystało osobie szczerej i pozbawionej jakichkolwiek predyspozycji do komedianctw, wszelkie próby tonacji kabotyńskich wychodziły starce licho – chyba że do pewnego sławnego pogromcy samobójczyń po pomoc się zwróci...

– Wierzysz w zbrodnię?

– Wierzę w Pana Boga i wiem, że zapomniany przez niego zwyrodnialec, pół człowiek, pół zwierzę, więzi Olę, a może jej trupa; śmieje się w głos i zawodzi na całą dolinę; wszyscy przecież, jak tu siedzimy, słyszeliśmy ten upiorny ni to płacz, ni to rechot; starzykowe przy tym wrzaski – starka wyciągnęła rękę w kierunku wiadomej izby – to jest kwilenie niemowlęcia! Cała Sigła słyszała! Ze wszystkimi, najbardziej z Pastorostwem, ale i z nami potwór bawi się w ciuciubabkę, i na dodatek urągliwe, racicą nagryzmolone pisma wystosowuje! Ola listy z Monte Carlo czy znad Bajkału pisze! W Wenezueli wylądowała! Za sławnego latynoskiego piłkarza za mąż wyszła! Tłumy na stadionach jej imię wykrzykują! Aż tu wiwatowanie dochodzi! Słyszycie? Posłuchajcie!

Ciarki przeszły nam po plecach, cisza nastała i w tej ciszy po chwili jakby daleki gwar ludzkich głosów, a może szum morza jął się rozlegać; zamarznięty, ogromny jak obłok pszczeli rój budził się do życia, potem znów cicho; diabelski chichot nad groniami byłby teraz wysoce na miejscu, rozległ się jednak, o wiele niż przed chwilą chybotliwszy, głos pana Naczelnika:

– Kilka czy kilkanaście ekstrawaganckich listów jakiegoś popaprańca nic nie znaczy...

– Jakiegoś?

– Jakiegoś! Jakiegoś! Jak wiadomo, o kogo chodzi, to go zamknąć, i już! Jakoś go nie zamykają.

– Bo to nie on. Kilkadziesiąt czy nawet kilkaset jego listów nic nie znaczy, ale kilka czy nawet jeden list kogoś królującego nad czeluściami znaczy wiele... Ostatnio znów przychodzą... Monstrum znów pisze...

– Kilkaset się uzbierało?

– Parędziesiąt nieważnych i parę ważnych, w sumie koło setki, a może nawet więcej. Pastorowa mówi, że jak wszystkie zebrać, grubą książkę utworzą.

– Książkę? Niemożliwe. W książkach jest co innego... Tak czy tak, teraz mamy do czynienia z inną okolicznością.

– Teraz są ślady? Dowody? Przesłanki?

– Na Boga, Zuzko! Powtarzam: Teraz jest inna, całkowicie inna sytuacja! Poważna, może nawet niezmiernie trudna, ale nie tragiczna! Jula, w przeciwieństwie do swej siostry, nie przepadła bez wieści! Na odwrót! Do domu wraca! A że nie sama...

– Jak wiary się wyrzeknie – lepiej, żeby na wieki przepadła.

– Obie córki ksiądz ma stracić? Tego mu życzysz?

– Życzę mu, żeby pierwsza wróciła, a druga nie odeszła... I żeby wiary ani jedna, ani druga się nie wyrzekła, a jak któraś się wyrzekła, by czym prędzej łaskę Pana odzyskała.

– Osobna kwestia.

– Nie osobna. Pierwsza. Kto zabiera wiarę, lepiej, żeby życie zabrał.

– Nie szafujmy życiem. Nie szafujmy cudzym życiem, bo nasze niepewne.

– Wiara pewna.

– Twoja pewna, moja nie... Zuza, ty serio uważasz, że jakby Ola gdzieś w świecie wiarę utraciła, to lepiej, żeby nie wracała?

– Gdzieś w świecie, a może gdzieś w pobliżu... Niech wraca i niech Boga za to, że zwątpiła, o wybaczenie prosi.

– A z drugą co? Co ksiądz Mrak ma w zaistniałej sytuacji zrobić? Ukamienować katolika?

– Wystarczy przegnać. Wystarczy precz przegnać.

– Zobaczymy, co się będzie działo – pan Naczelnik najwyraźniej nie chciał dalszych sporów – zobaczymy. W tym sensie lepiej, że to i owo wiadomo... Wracając do rzeczy... Dalekopisy... Jeszcze raz podkreślam: dalekopisy i depesze z natury rzeczy jawnie przychodzą, toteż rzeczy absolutnie pewne mówię, o niektórych zresztą od dawna cała Sigła huczy...

– Sigła faktycznie huczy – rozległ się niski i bardzo, nie tylko przez dyrygentkę Kasperlikównę, ale i przez samego pana organistę Somnambulmeistra, chwalony głos Herminy. – Sigła faktycznie huczy, ale za bardzo. Ludzie więcej, niż powinni, huczą i więcej, niż powinni, wiedzą. Dużo za dużo niż może z najobfitszych nawet przecieków przeciekać. Ktoś paple bez hamulców? Czy jak? Skąd na przykład wiadomo, że ksiądz własnym trupem straszy? Bo to, że młodych gromi i przegania, każde dziecko wie, ale ludzie całe zdania przytaczają i nie są to żadne wymysły, ale proboszczowe słowa jakby żywcem z kazań wzięte...

– Znalazła się stylistka! Urodzona badaczka frazy! Daruj, córo! Daruj i słuchaj: Otóż po pierwsze – pan Naczelnik nie krył zniecierpliwienia – wszystko wiadomo z depesz, które ksiądz osobiście do Warszawy wysyła, po drugie: Jula obficie listy ojca cytuje.

– W telegramach? W telegramach listy cytuje? Obficie?

– A żebyś wiedziała! A żebyście wiedzieli! W telegramach cytuje! W dalekopisach przytacza! Obficie! Tak jest! Szczodrze! – ryknął pan Naczelnik. – Poza tym są ważniejsze sprawy! Stokroć ważniejsze! Istnieje wiedza tysiąckroć ważniejsza od swych źródeł! Owszem choćby i taka, że duchowa osoba na własnego trupa musi się powoływać! A może i na własne życie porywać! Owszem: czysta retoryka! Owszem, pomiędzy moim trupem a moją śmiercią daleka droga! Daleka, ale jest! Choćby i taka! Wiedza nie wiadomo skąd, może tylko z przenośni, tylko z wzniosłych słów pochodząca, ale kluczowa! Ciało stało się słowem! Ciało stało się trupem! Trup stał się słowem! nie ma większej rzeczy! Nie ma dokładniejszego rozwiązania zagadki! Jakem przyszłym trupem! Jakem przyszłym słowem! Jak pomiędzy wami siedzę – moi przyszli trupowie!

– Wstydziłbyś się – szepnęła starka.

– Nic nie słyszałem! Nic nie widziałem! – Pan Naczelnik w obronnym i uspokajającym geście unosił dłonie. – Niczego nie czytałem! Mowy nie ma! Wracam do sporu Oli z ojcem! Wymianę racji dalej przytaczam! Natychmiast dalszą wymianę racji przytaczam! – niemal krzyczał, popadnięcie w żenujący falset wisiało w powietrzu, na domiar żenady za pazuchę sięgnął i wszystkim się zdawało, że wiadomą, na czworo złożoną kartkę wyjmie i in extenso list czytać zacznie, ale nie, ręka pusta, ton podniesiony, ale utrzymany, bez wstydu się obeszło; wszystko się udało, wręcz wirtuozersko wypadło; bez chwili przerwy choćby na oddech nastąpił powrót do przytaczania, cytaty same z głowy jechały.

– Ksiądz Mrak ani myśli iść na ustępstwa! Pomimo wzmożenia tragedii domowej ani myśli... Po moim trupie! – Owszem, tak! – Po moim trupie! – odpisuje! Po moim trupie! – Nasza miłość – odpowiada Jula – wszystko pokona. Wszystko pokona, choć – zrozum nas, księże ojcze – z czasem. Czasu potrzebujemy. I wyrozumienia. Obecnie albowiem podziać się gdzie nie mamy, oboje nas za nieobyczajność z domów akademickich i ze studiów usunięto, co jest osobna krzywda, niczego poza tym, że w dzień i w nocy pragniemy być razem, nie chcemy i niczego zabronionego nie czynimy, wręcz przysięgliśmy sobie z Grzegorzem czystość do nocy poślubnej, o to mniejsza... Chwilowo u mojej przyjaciółki mieszkamy, ona wszakże sama na krawędzi wegetuje, pomocy znacznie bardziej oczekuje, niż dać może; wiemy, że dla księdza ojca to trudne, usilnie jednak prosimy, by pod dach parafii choć na pewien czas...

– Słuchać tego nie idzie! Paszoł won! Paszoł won, bezbożniku!

– Tak jest! Odmeldowuję się! – pan Naczelnik odpowiedział z równie absurdalną, co machinalną służbistością, jednakże opowieści w listach czy – niech będzie – telegramach nie tylko nie przerywał, ale dalej snuł ją bez najmniejszych zakłóceń, dopiero po dobrej chwili jakby się ocknął i jakby zarazem zupełny bezwład jął go ogarniać.

– Zuza, weź mnie zabij – wycharczał. – Błagam cię! Zabij mnie! Zabij mnie na miejscu! Błagam! Poczęstuj mnie ołowiem! A jak nie masz pod ręką, to czymkolwiek! Zabij mnie, miłości moja, ale nie wyganiaj! I sama nie odchodź! Nie przegnasz mnie? I nie zostawisz? Prawda? Pozwól tedy, że od ręki – ni to chrząknięcie, ni to stłumiony chichot zakłócił tok przemowy – pozwól tedy, że – tak jest – od ręki! – wdzięczność okażę!

Pan Naczelnik z niejakim trudem wstał i jął wpierw powoli, potem coraz bezlitośniej zbliżać się ku starce; ona przez kilka sekund milczała i spoglądała nań równie błagalnym, co przerażonym wzrokiem. Przecież nie zrobi tej najstraszniejszej, najplugawszej i wielokroć mu zakazywanej rzeczy w świecie! Znowu? Dawno nic, a teraz coś? Znowu? Nie! Może zrobić wszystko, ale tego nie śmie! Nie! Nie! Nie!

On jednak był już bardzo blisko, minę miał wielce wymowną; powoli odwracaliśmy głowy, jeszcze trochę udawaliśmy, że nie patrzymy, ale zaraz się zacznie niepatrzenie w sensie ścisłym, zaraz się zacznie nie na ludzkie nerwy widowisko. Pan Naczelnik – konsekwentnie i z okrutną flegmatycznością dusiciela, który wie, że zagnana w ślepy kąt i ze strachu całkowicie sparaliżowana ptaszyna żadnym sposobem mu nie ujdzie – szykował się do rozstrzygającego skoku. Nikt już na to, co się dzieje przy kuchennym piecu, nawet kątem oka nie spozierał, głowy spuszczone, uszy po sobie, swoją drogą ewakuacja władz poznawczych równie instynktowna, co zbyteczna – znane rzeczy się tam działy. Ona broniła się wściekle, on usiłował jej dłoń pocałować.

Cios był starannie, przebiegle i celnie wymierzony. Chwyt definitywny, rzadko stosowany, ale jeśli już, to w pewnym sensie śmiertelny. W każdym razie – jakkolwiek to brzmi – kończący sprawę.

Wiadomo było powszechnie, że każda próba pocałowania starki Zuzanny w rękę doprowadza ją do spazmatycznej histerii połączonej z chorobliwym śmiechem i rozpaczliwą gdzie pieprz rośnie ucieczką. Gdy ktokolwiek, choćby jeden z zachwyconych pięknem naszych stron przybyszów, usiłował wstępnie, a nawet dalece przed-wstępnie głowę ku dłoni pani Naczelnikowej schylić, gdy ten najprostszy w świecie gest, ledwo zamarkowany zostawał – natychmiast zaczynała się apokalipsa.

– Ale! Ale! Ale! – krzyczała wniebogłosy starka i chowała dłoń i całą rękę za plecy, najpierw jedną, potem obie i w tej osobliwej – jakby po skuciu kajdankami albo wręcz po amputacji ramion – pozie rzucała się do panicznego biegu dookoła pieca, a niekiedy w głąb domu. – Ale! Ale! Proszę nie próbować! Nie waż się, człowieku! Co to? Co to? Ani się waż! Nie! Nie! Ale! Ale!

Osłupiali przybysze stali z rozdziawionymi gębami: o co chodzi? Chcieli się po ludzku przywitać, a wygląda, jakby panią domu ciężko znieważyli? Chcieli dwornie dłoń ustami musnąć, a wygląda, jakby nie wiadomo jak bezceremonialny gest wykonali? Chcieli z galanterią się zachować, a wygląda, jakby próby gwałtu się dopuścili?

Szok i pomieszanie pogłębiała okoliczność, że nikt z domowników nie kwapił się z jakimiś wyjaśnieniami, nie wiedzieliśmy zresztą i do dziś – ani żywi, ani martwi – nie wiemy, jakie by to miały być wyjaśnienia. Erotyczne? Niby że na starczynej dłoni był jakiś punkt, który za dotknięciem, a może za samym zbliżeniem męskich ust nieodpowiedzialne stany ciała i ducha wywoływał? Klasowe? Niby że starka z całą pierwotną siłą swej chłopskiej duszy odżegnywała się od brzydzących ją arystokratycznych manier? Moralne? Niby że całowanie w ogóle, a całowanie w rękę szczególnie wszelakim zepsuciem zalatywało? Psychiczne? Niby że istniał taki zestaw gestów – pochylenie głowy, wyciągnięcie dłoni, wysunięcie warg – które synchronicznie w jej pobliżu wykonane – histerię i paranoję w niej uruchomiały? Wszystko naraz? Inne jeszcze jakieś wyjaśnienia w grę wchodziły? Nie mieliśmy pojęcia, a nawet jakbyśmy mieli jakieś wytłumaczenia, i tak siedzielibyśmy po cichu. Nawet pan Naczelnik, który prawdopodobnie coś wiedział, który z pewnością znał jakąś arche-przyczynę, nie poczuwał się do choćby minimalnego usprawiedliwiania żoninych ekstrawagancji, w najlepszym wypadku śmiech powściągał, a i to nie bardzo, nieraz do łez się zarykiwał.

Starka po pewnym czasie dochodziła do siebie, odzyskiwała równowagę, częstowała herbatą i kołaczem, niby wszystko wracało do normy, ale przecież raz po raz na napastnika – jakby sprawdzała, czy atak niepoczytalności minął mu zupełnie – spode łba spoglądała. Fatalny i sponiewierany – wciąż całkowicie dlań nieczytelnym epizodem – przybysz był z kolei pewien, że nawrót jej szaleństwa może nastąpić w każdej chwili, siedział za stołem jak trusia, skracał wizytę, wrzątek pił duszkiem, parł, by natychmiast ruszać w drogę, a jak przychodziło do pożegnań – kłaniał się starce z daleka. Z daleka? Z jak najdalsza.

Kiedy? W jakim okresie historycznym? W jakich okolicznościach społecznych i w jakiej sytuacji rodzinnej pan Naczelnik po raz pierwszy postanowił obsesyjną słabiznę starki wykorzystać? Przed wojną? Po powrocie z Węgier? Po wojnie? Za Stalina? Niedługo po jego rzekomej śmierci? Krótko przed prawdziwą? Nie później. Komedia z elementami dławiącej perwersji, a może nawet czystej pornografii, wystawiana była rzadko, ale trwała od Księgi Wygnania, a może nawet Genezis. Umrą. Umrą. Umrą. Cmokanie – jeśli można tak powiedzieć – starki w mankiet było dobre i ostre, a wszystko co wcześniej, czyli doprowadzanie jej do bezbronności – jeszcze lepsze i jeszcze ostrzejsze.

Wszczynane przez pana Naczelnika pohańbienia żoninej dłoni szły znacznie dalej niż w przypadku zachwyconych naszymi stronami przybyszów czy innych gości ze świata. Oni tylko próbowali – on całował w sensu largo, a nawet szczodrzej. Oni – na Boga! – mogli nie wiedzieć! Dopuszczali się strasznego wybryku, ale w nieświadomości! On działał ze starannie przemyślaną premedytacją i brał, bo musiał brać, pod uwagę dalekosiężne konsekwencje. Zdawał sobie przecież sprawę, że napad ze strony domownika stokroć krwawszy od ataku obcego, że zdrada zaufanego najgorsza, że gwałt męża na żonie najmakabryczniejszy z możliwych.

Na szczęście – powtórzmy – pan Naczelnik po ostateczny oręż pocałunku na dłoni małżonki sięgał rzadko i wyjątkowo. To prawda: ze śmiechem, ale też z – nie śmiech, a swoistą grozę wzmagającą – wprawą oprawcy. Wpierw odcinał drogę ucieczki, potem osaczał w dogodnym miejscu, najczęściej w kącie pomiędzy piecem a zlewem (pomiędzy – nazwijmy rzeczy po imieniu – żywiołem ognia a żywiołem wody) i choć od starki – jak prawie wszyscy siglańscy mężowie od swych żon – był słabszy fizycznie, nacierał śmiało, dobrze wiedział, że sama świadomość tego, co nastąpi, działa na nią jak gaz obezwładniający.

Tym razem jednak nie wszystko poszło harmonijnie – zbyt był pewny siebie, wymknęła mu się przy pierwszym podejściu, ale nie uciekała w głąb domu, inny rytuał czy inną dyscyplinę wybrała, bieg mianowicie dokoła pieca, a raczej wzdłuż pieca, tam i z powrotem wzdłuż trzech boków. Raz, dwa – trzy już nie. Błyskawicznie nadrobił straty, doścignął ją łatwo, objął w pasie, obezwładnił, założył pojedynczego nelsona; z lodowatą konsekwencją dążącego do celu i forsującego ostatnie przeszkody szturmowca obnażył, a raczej trzeba powiedzieć: żarłocznym spojrzeniem oświetlił najczulsze miejsce i na dobrą, a nawet na bardzo dobrą chwilę przytknął do niego usta. Mieliśmy odwrócone głowy, ale znaliśmy bieg rzeczy: ona niczym ścięta piwonia wiotczała w jego ramionach, uchodziła z niej dusza i zastygała w niej krew, słyszeliśmy ich oddechy i łomot ich serc; potem długo nieznikający rumieniec, zadyszka i falujący biust starki dowodnie świadczyły o sile i konsekwencjach starcia. Stało się coś więcej? A nawet dużo więcej? Wystarczająco wiele pieczęci jest w skoroszycie. Pan Naczelnik w poczuciu słusznej chwały, ale i – z lekka nie na miejscu – sytości wracał do stołu.

– Na czym to ja skończyłem?

– Usilnie prosimy, by pod dach parafii... – Kornel był blady jak papier, ale żadnej zagadki w jego bladości nie było, wszyscy wiedzieli wszystko; szczerze mówiąc, jak na perypetię, która zachodziła – powinien być bledszy, a nawet znacznie bledszy.

– Tak jest. – Pan Naczelnik westchnął głęboko, czuło się jego odzyskaną formę i euforyczny nastrój; dopiero teraz na długą i barwną, na jeszcze dłuższą i jeszcze barwniejszą historię się zanosiło. – Tak jest. Usilnie prosimy, by pod dach parafii albo Domu Zborowego nas przyjąć. – Na mieszkanie w Domu Zborowym ewentualną zgodę daje Rada Parafialna – odpowiada Pastor – i wam takiej zgody najwyższe to ciało za nic nie da. Natomiast na parafii zamieszkacie, ale po moim trupie, po trupie twojej matki i, jeśli żyje – po trupie twojej siostry. A jeśli nie żyje – po jej zmartwychwstaniu. Wrócić możesz, ale sama, przegoniwszy precz papistę! I nie tylko papistę, ale i, jak widzę, gołodupca, co snadź elementarnym ziemskim sprawom sprostać nie umie. Rozstań się z nim, wróć do domu, mnie i Boga proś o wybaczenie. Przegoń szatana! – Grzegorz, czcigodny ojcze, nie jest hołyszem, sama długość – słuchaj córko! – pan Naczelnik wymownie spojrzał na Herminę – słuchaj ludu! – po nas wszystkich powiódł tryumfalnym okiem – sama długość i obfitość moich depesz świadczy, że jakiś grosz mamy, a raczej mieliśmy... Człowiek, którego kocham, pochodzi z niezwykle zamożnej rodziny fabrykantów bawełny, niestety za miłość do luteranki wyklęty został przez swą ultrakatolicką rodzinę; namawiam go, żeby na naszą wiarę przeszedł, ale on mówi, że po jego trupie; kocha mnie, jednak ani z powodu uczucia, ani z powodu klątwy tych, co żyją – wiary przodków się nie wyrzeknie. – Grzegorz? – Pastor na to – Grzegorz? Ciekawem który? Nawet imię po papieżu mu dali! Szkoda, że nie Pius! Jak już mam mieć za zięcia papieskiego syna, to Pius byłby wyrazistszy! I jacy zamożni fabrykanci bawełny? Przecież wszystkie fabryki władza ludowa upaństwowiła? Kłamstwo na kłamstwie! Jacy zamożni i ultrakatoliccy fabrykanci bawełny? Gdzie ich tkalnie stoją? – Ach, tatusiu, w Edynburgu! Większość familii wyemigrowała, ale i ci, co zostali w kraju, radzą sobie dzielnie. Z wojskiem interesy robią, wielu do partii należy – poza tym jednak, poza tym, że mają dryg do pieniędzy, niczym, naprawdę niczym się od nas nie różnią. Wszystko opowiemy, jak się zobaczymy. – Nie zobaczymy się. Nie na waszych warunkach! – Niestety, kochany tatusiu, nie mamy wyjścia, najpóźniej w Wigilię przyjeżdżamy z całym naszym obecnie – nie ma co ukrywać – ubożuchnym dobytkiem; być może i z naszą wegetującą na krawędzi przyjaciółką, miej ojcze nad nami miłosierdzie takie, jakie my dla niej mamy, jeśli nas nie wpuścisz, będziemy do skutku albo i do śmierci wpierw stać, a potem biwakować pod drzwiami parafii.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział III

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IV

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IX

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział X

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XI

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XII

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIII

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XV

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVII

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ XVIII

Dostępne w wersji pełnej

W serii CZYTELNIA POLSKA

ukazały się:

Adiustacja i korekta

Maja Lipowska

Jadwiga Piller

Copyright © by Jerzy Pilch, 2013

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2013

Wielka Litera Sp. z o.o.

02-953 Warszawa

ul. Kosiarzy 37/53

Projekt serii

WKDesign

Zdjęcie na okładce

Brooke Shaden

Zdjęcie autora

Michał Mutor

ISBN 978-83-63387-92-1

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl