Wiek XIX - Bertrand Russell - ebook
Opis

Książka ta jest próbą przedstawienia głównych przyczyn przemian politycznych, jakie nastąpiły między rokiem 1814 i 1914. Wydaje mi się, że przyczyn tych doszukiwać się należy w zmianach techniczno-gospodarczych, w teoriach politycznych oraz w działalności wybitnych jednostek. Nie sądzę, aby którykolwiek z tych typów przyczyn można było pominąć lub sprowadzić całkowicie do typów pozostałych. Technika nie uległaby takim zmianom, jakie w rzeczywistości nastąpiły, bez pomocy szeregu wybitnych wynalazców. Przyjęcie ideologii narodo-wej i demokratycznej przez znaczną część klasy panującej wywarło potężny wpływ na bieg wypadków i nie miało źródeł wyłącznie gospodarczych. Reżim wolnej konkurencji, popierany gorąco przez radykałów angielskich i amerykańskich jako główny bodziec postępu, był z pewnością propagowany głównie ze względów go-spodarczych, ale niewątpliwie miał też widoczny związek z protestantyzmem. Chociaż więc w technice gospodarstwa szukać należy najważniejszej przyczyny przemian XIX wieku, nie była to jednak przyczyna jedyna; w szczególności nie tłumaczy ona podziału na wyraźnie wyodrębniające się narody.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 790

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

Freedom and Organisation

© 2001 The Bertrand Russel Peace Foundation

© All Rights Reserved

Authorized translation from English language edition published by Routledge, a member of the Taylor & Francis Group

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo NapoleonV

Oświęcim 2016

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Wszystkie ilustracje pochodzą od wydawnictwa. Źródło: domena publiczna

Tłumaczenie:

Antoni Pański

Redakcja:

Michał Swędrowski

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:[email protected]

Numer ISBN: 978-83-7889-563-3

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

…Chaos feruje wyroki

I powszechną powiększa jeszcze zawieruchę,

Co berło dała mu w ręce; a najwyższym sędzią –

Wszechpotężny przypadek, który rządzi wszystkim.

Milton

PRZEDMOWA

Książka ta jest próbą przedstawienia głównych przyczyn przemian politycznych, jakie nastąpiły między rokiem 1814 i 1914. Wydaje mi się, że przyczyn tych doszukiwać się należy w zmianach techniczno-gospodarczych, w teoriach politycznych oraz w działalności wybitnych jednostek. Nie sądzę, aby którykolwiek z tych typów przyczyn można było pominąć lub sprowadzić całkowicie do typów pozostałych. Technika nie uległaby takim zmianom, jakie w rzeczywistości nastąpiły, bez pomocy szeregu wybitnych wynalazców. Przyjęcie ideologii narodowej i demokratycznej przez znaczną część klasy panującej wywarło potężny wpływ na bieg wypadków i nie miało źródeł wyłącznie gospodarczych. Reżim wolnej konkurencji, popierany gorąco przez radykałów angielskich i amerykańskich jako główny bodziec postępu, był z pewnością propagowany głównie ze względów gospodarczych, ale niewątpliwie miał też widoczny związek z protestantyzmem. Chociaż więc w technice gospodarstwa szukać należy najważniejszej przyczyny przemian XIX wieku, nie była to jednak przyczyna jedyna; w szczególności nie tłumaczy ona podziału na wyraźnie wyodrębniające się narody.

Rola jednostek w historii, wyolbrzymiona przez Carlyle’a i przeceniana jeszcze dziś przez jego reakcyjnych zwolenników, jest z drugiej strony niedoceniana przez innych, którzy znów wierzą, że sami odkryli wszystkie prawa przemian społecznych. Sądzę, że gdyby Bismarck umarł w dzieciństwie, historia Europy w ciągu ostatnich 70 lat1 potoczyłaby się pod wieloma względami inaczej. W mniejszym stopniu to samo dałoby się powiedzieć o wielu wybitnych ludziach XIX wieku.

Nie możemy także pomijać znaczenia tak zwanego przypadku – to znaczy pewnych pospolitych zdarzeń, które, jak się okazało, były brzemienne w wielkie skutki. Poważne przyczyny uczyniły Wielką Wojnę prawdopodobną, lecz nie nieuniknioną; aż do ostatniej chwili mogły ją jeszcze odsunąć drobne wydarzenia, które nie nastąpiły – choć wszystko, co wiemy, wskazuje, że nie były bynajmniej niemożliwe; a gdyby wybuch wojny został odsunięty, siły działające na rzecz pokoju mogły tymczasem uzyskać przewagę.

Historia, krótko mówiąc, nie jest jeszcze nauką – i tylko przy pomocy przemilczeń i fałszów można ją do nauki upodobnić.

Możemy jednak próbować zbadać, jakie były skutki przyczyn poważnych; nie popełniamy jeszcze tym samym zbytniego upraszczania sytuacji, jeśli tylko pamiętamy, że działały także przyczyny innego typu. Zadaniem tej książki jest właśnie przedstawić walkę i wzajemne oddziaływanie na siebie dwóch głównych momentów przemian XIX wieku: wspólnej liberałom i radykałom wiary w wolność oraz wynikającej z techniki przemysłowej i postępów nauki organizacji.

W ciągu całej pracy nad tą książką brał w niej udział mój współpracownik, Peter Spence: należy do niego połowa poszukiwań źródłowych, znaczna część opracowania planu książki i niewielkie części samego tekstu, poza niezliczonymi uwagami, jakimi dzielił się ze mną.

1 Niniejsza książka została po raz pierwszy wydana w 1934 roku (przyp. red.).

CZĘŚĆ IMONARCHA LEGITYMISTYCZNA

Republikanin o upadku Bonapartego:

…Wiem teraz, za późno –

Gdy Tyś zdławiony i Francja zdławiona –

Że jest na świecie groźniejszy wróg Cnoty,

Niż Fałsz i Przemoc: to Prawo zbrodnicze

I krwawa Wiara – nikczemny twór Czasu.

Shelley

ROZDZIAŁ ISPADKOBIERCY NAPOLEONA

Idealizm jest dzieckiem cierpienia i nadziei – dlatego osiąga punkt najwyższego napięcia, gdy jakiś zły okres ma się wyraźnie ku końcowi. Po wielkiej wojnie ludzie upatrują sobie jednego ze zwycięzców i pasują go na bojownika ich własnych ideałów. Gdy nastąpił upadek Napoleona, opinia powszechna ofiarowała tę rolę carowi Rosji Aleksandrowi, który ją przyjął z gotowością. Trzeba zresztą stwierdzić, że jego możliwi współzawodnicy, jeśli chodziło o stanowisko najwyższego arbitra moralności, nie wyglądali zbyt imponująco pod względem etycznym. Byli to: spośród panujących – cesarz austriacki Franciszek, król pruski Fryderyk Wilhelm, książę regent Anglii i Ludwik XVIII; spośród mężów stanu – Metternich, Castlereagh i Talleyrand.

Franciszek był ostatnim z cesarzy Świętego Imperium Rzymskiego; tego tytułu, otrzymanego w spadku po Karolu Wielkim, pozbawił go Napoleon, który siebie uważał za prawdziwego następcę barbarzyńskiego wojownika. Franciszek tak długo przegrywał z Napoleonem, że w końcu wydał swą córkę Marię Ludwikę za „korsykańskiego parweniusza”, mając nadzieję, że w ten sposób odzwyczai go od ciągłego wojowania z Austrią. Kiedy po katastrofie rosyjskiej w 1812 roku Napoleon przestał wydawać się niezwyciężony, Franciszek jako ostatni spośród wielkich monarchów przyłączył się do koalicji przeciw niemu. W ciągu całego tego burzliwego okresu Austria była zawsze gotowa zrobić interes na każdej propozycji, jaką Napoleonowi podobało się jej uczynić. W rezultacie polityki, której hasłem była raczej praktyczność niż heroizm, armia austriacka – choć silna liczebnie – odznaczyła się znacznie mniej od pruskiej w kampaniach 1813 i 1814 roku. Politykę tę prowadził zresztą nie cesarz Franciszek, lecz jego minister, Metternich, który od młodości znajdował się przy boku cesarza, a od chwili gdy zrozumiał dokładnie, że jego władca nie lubi żadnych zmian, otrzymał kierunek spraw zagranicznych. Uwolniony od odpowiedzialności za politykę zagraniczną, Franciszek mógł poświęcić się zadaniu, które mu bardziej odpowiadało –uregulowaniu administracji państwa. Ustrój sądownictwa został tak scentralizowany, że szczegóły najbardziej banalnych spraw były znane cesarzowi; Franciszek interesował się nawet z wyraźnym zamiłowaniem sposobem wykonywania wyroków śmierci. Rzadko łagodził wyroki, a nigdy nie skorzystał z przysługującego mu prawa łaski. Wśród swego otoczenia nie wzbudzał w nikim głębszej sympatii, a pozostały świat niemal nic o nim nie wiedział.

Fryderyk Wilhelm, mimo że jego armia szczególnie odznaczyła się w wojnie, cieszył się jeszcze mniejszym szacunkiem niż cesarz Austrii. W czasie pogromu Austrii w 1805 roku Prusy były wahającym się widzem – aby ulec temu samemu losowi w roku następnym, kiedy cały prestiż Fryderyka Wielkiego rozwiał się w ciągu jednego dnia bitwy pod Jeną. Biedny król musiał uciekać na wschód i szukać schronienia na samym krańcu swojego terytorium, zaś kiedy Aleksander i Napoleon zawarli przymierze w Tylży w 1807 roku, posłał tam swoją piękną królową, aby wstawiła się za nim u obu cesarzy. Napoleon pozostał niewzruszony, ale rycerski Aleksander lubił myśleć o sobie jako o obrońcy uciemiężonych piękności. Rezultatem był traktat zawierający oświadczenie Napoleona, że w myśl życzenia Aleksandra pozwala Fryderykowi Wilhelmowi zatrzymać część jego dawnego królestwa. Wdzięczność Fryderyka Wilhelma dla Aleksandra była gorąca i długotrwała, ale wobec jego niezdecydowanego usposobienia nie można było na nim nigdy polegać – i z tego względu nawet najbliżsi sojusznicy traktowali go pogardliwie.

Jerzy III, utraciwszy kolonie amerykańskie i nie pozwoliwszy Pittowi na emancypację katolików, został wreszcie oficjalnie uznany za niepoczytalnego, ale wciąż jeszcze był królem angielskim. Jego obowiązki wypełniał książę regent, podstarzały lowelas, bardzo wstydzący się swojej tuszy, ale zbyt żarłoczny, by cokolwiek na nią poradzić. W polityce pociągało księcia regenta wszystko, co było najbardziej reakcyjne; w życiu prywatnym – wszystko, co było najobrzydliwsze. Swoją żonę traktował w taki sposób, że został wygwizdany, gdy pokazał się na ulicach Londynu; dwór angielski przyzwyczaił się do jego manier, ale damy z kontynentu nie mogły się z nimi pogodzić. O ile wiadomo, w ciągu całego swego życia nie zdołał pozyskać sobie szacunku ani jednej istoty ludzkiej.

Ludwik XVIII, którego wysiłki zjednoczonej Europy osadziły na tronie przodków i w którego – jak gdyby – imieniu toczono przez 20 lat wojnę, miał mało wad, ale jeszcze mniej zalet. Był stary, gruby, zreumatyzowany; dla Francji był w gruncie rzeczy człowiekiem obcym, opuścił ją bowiem prawie przed ćwierćwieczem. Niepozbawiony pewnego sprytu, był też bardziej dobroduszny od wielu swych przyjaciół. Lata wygnania spędził jednak pośród wrogów Francji i pragnął jej klęski, gdyż tylko wówczas mógł powrócić na tron. Jego otoczenie składało się z książąt i arystokratów, którzy uciekli przed Rewolucją i nie mieli pojęcia o Francji stworzonej przez Konwent i Napoleona. Jako protegowany wrogich mocarstw nie bardzo mógł być szanowany we własnym kraju – i obce rządy osadziły go na tronie właśnie dlatego, że jego słabość dawała im nadzieję bezpieczeństwa, którego pozbawiła ich potęga Napoleona.

Tacy byli monarchowie, mogący współubiegać się o popularność z Aleksandrem. Jeśli chodzi o konkurentów spośród mężów stanu, byli to ludzie zdolniejsi, lecz nie mogli budzić zbytniego entuzjazmu. Najpotężniejszy z nich w ciągu całego okresu Wielkiego Pokoju był Metternich, faktyczny władca Austrii i niemal arbiter Europy, dopóki nie został obalony przez rewolucje 1848 roku – rewolucje, do których jego własna polityka musiała nieuchronnie doprowadzić. Przez cały okres od 1814 do 1848 roku Metternich był ostoją reakcji, zmorą liberałów i postrachem rewolucjonistów. Jego główna zasada polityczna była prosta: ustalone władze rządzą z ramienia Opatrzności, należy je więc popierać pod groźbą kar piekielnych. Fakt, że on sam był główną spośród owych ustalonych władz, nadawał w jego oczach tej zasadzie najzupełniejszą oczywistość, której w innym wypadku byłaby może pozbawiona.

1. Klemens von Metternich (1773-1859), około 1830 roku. Obraz Thomasa Lawrence’a.

Urodzony w 1773 roku w starej rodzinie szlacheckiej w Nadrenii, Metternich reprezentował coś pośredniego między wiekiem XVIII i wiekiem XIX. Jego ojciec utracił znaczną część swych posiadłości na skutek inwazji francuskich wojsk rewolucyjnych na Niemcy i okoliczność ta nie przyczyniła się do wzmocnienia w Metternichu sympatii dla rewolucji. Gdy nadeszła chwila wyboru kariery życiowej dla młodego człowieka, służba w dyplomacji austriackiej nasuwała się sama przez się – służył już w niej ojciec ku zadowoleniu przełożonych, choć niczym się na tym polu nie wyróżnił. Do umocnienia perspektyw Metternicha przyczyniło się jego małżeństwo z bogatą wnuczką słynnego Kaunitza, twórcy sojuszu Austrii z Francją w okresie wojny siedmioletniej. Metternich nie miał nigdy najmniejszej sympatii do nacjonalizmu niemieckiego ani w ogóle do żadnego nacjonalizmu. Państwa były dla niego prywatnymi posiadłościami monarchów i nie potrzebowały żadnego innego spoiwa. Zachodnie Niemcy zawsze były usposobione przyjaźnie do Francji; Austria zaś, posiadająca na swym terytorium Niemców, Węgrów, Słowian i Włochów, pozostała głównym wrogiem nacjonalizmu w ciągu całego XIX wieku. Pod tym względem Metternich kontynuował, wraz z całą Austrią, tradycje epoki przedrewolucyjnej. To samo można powiedzieć o jego postawie wobec Kościoła; choć pobożny katolik, niezbyt szanował doczesne uprawnienia papieża i często prowadził politykę antyklerykalną.

W charakterze Metternicha były jednak i inne cechy, dzięki którym zasługiwał na miano człowieka z epoki wiktoriańskiej (gdy umarł, królowa Wiktoria była na tronie już 22 lata). Zarozumiałość nie jest cechą specyficzną żadnej określonej epoki, ale ten rodzaj pompatycznego zarozumialstwa, jakim odznaczał się Metternich, jest szczególnie charakterystyczny dla okresu między wojnami napoleońskimi a Wielką Wojną. Jeśli wierzyć jego pamiętnikom, był zupełnie pozbawiony osobistych ambicji i zajmował się sprawami publicznymi wyłącznie z poczucia obowiązku i na skutek bolesnej świadomości, że innym brakuje jego zdolności. Był przekonany o swojej doskonałości moralnej i nie wątpił, iż jest ona oczywista dla wszystkich. Pod koniec 1813 roku, kiedy wreszcie zauważył, w którą stronę wieje wiatr i zakończył podwójną grę, jaką Austria dotąd prowadziła wobec Francji i Rosji, pisał do córki: „Jestem pewien, że Napoleon myśli o mnie ustawicznie. Muszę być dla niego jak gdyby uosobieniem sumienia”. Sposób, w jaki formułuje powody, które kazały mu przemóc w sobie niechęć do zaszczytów i sławy, jest bardzo wymowny:

„Jak już zaznaczyłem, kariera publiczna była dla mnie rzeczą odpychającą. W przeświadczeniu, że każdy powinien odpowiadać za swe postępki; świadom ogromnych trudności podtrzymania ładu społecznego, który rozpadał się na wszystkie strony; nie godząc się, przed trybunałem własnego sumienia, na żaden niemal z kroków podejmowanych dla zbawienia społeczeństwa, tak głęboko podminowanego przez błędy XVIII wieku; wreszcie, zbyt mało ufając we własne siły, by wierzyć, że potęgą mojego umysłu potrafię przeprowadzić z powodzeniem wszystko, co przedsięwezmę – postanowiłem nie występować na arenę, na której niezależność mego charakteru nie pozwalała mi odgrywać roli podrzędnej, chociaż nie uważałem, abym nadawał się do roli reformatora.

Staranne wychowanie, umożliwiające mi objęcie całej wielkiej dziedziny polityki, wcześnie przyzwyczaiło mnie przypatrywać się jej różnorodnym przejawom. Zauważyłem niebawem, że moje ujmowanie istoty tej dziedziny i jej dostojeństwa różniło się z gruntu od punktu widzenia ogromnej większości tych wszystkich, którzy powołani są do odgrywania w polityce wielkiej roli”.

Nazwiska wielkich dyplomatów, zarówno ówczesnych, jak i dawniejszych, nie budziły w nim – jak twierdzi – wielkiego szacunku:

„Zdecydowany nie iść w ich ślady, a nie mając nadziei utorowania sobie drogi zgodnej z własnym sumieniem, wolałem oczywiście nie rzucać się w wir owych wielkich spraw politycznych, w których oczekiwały mnie raczej niepowodzenia zewnętrzne niż sukcesy; mówię niepowodzenia zewnętrzne, nigdy bowiem nie obawiałem się porażki moralnej. Człowiek, który wstępuje na arenę publiczną, ma zawsze niezawodny sposób uniknięcia tego niebezpieczeństwa – mianowicie dymisję”.

Dla bezstronnego widza Austria w epoce napoleońskiej nie odgrywała roli szczególnie zaszczytnej. Inaczej jednak wygląda ta sprawa w pamiętnikach Metternicha: „Dźwigając brzemię tak wielkiej odpowiedzialności, widziałem tylko dwa czynniki, na których mogłem się oprzeć: niezachwianą siłę charakteru cesarza Franciszka i moje własne sumienie”.

Z pamiętników Metternicha bardzo trudno byłoby domyślić się, jakiego rodzaju człowiekiem był w życiu prywatnym i w stosunkach z ludźmi, a przecież swoje sukcesy zawdzięczał talentom towarzyskim. Metternich nie był nigdy głęboki; umiał mądrze przeprowadzać swoje projekty, ale w ich układaniu nie wykazywał żadnej wyjątkowej pomysłowości. Był wesoły i miły w obejściu, nie lubili go tylko ci, z którymi toczył otwartą walkę. Jak większość dyplomatów tej epoki, ale z większym od innych powodzeniem, łączył politykę z aferami miłosnymi. Damom, od których można było wydobyć jakiś sekret polityczny, okazywał swe względy w sposób, któremu zwykle nie były w stanie się oprzeć. Czasem gra była prowadzona z obu stron. Przez długie lata łączyły go bardzo zażyłe stosunki z siostrą Napoleona, Karoliną Murat. Dowiadywał się od niej czasem o sekretach Napoleona, a czasem tego, co Fouché uważał za wskazane mu podsunąć. Gdy w 1814 roku Austria popierała Murata, Talleyrand w swych listach do Ludwika XVIII wprost oskarżał Metternicha o to, że powoduje nim miłość do królowej Karoliny. Jednak dla ówczesnej postawy Austrii istniały poważne motywy natury politycznej – gdy zaś te względy utraciły swe znaczenie, wdzięki królowej przestały działać na Metternicha. Możliwe, że w swoich politycznych zalotach dawał się czasem wyprowadzić w pole, trudno mu jednak robić zarzut, aby głos serca kiedykolwiek sprowadzał go na manowce.

Metternich był przede wszystkim arystokratą – nie obszarnikiem typu angielskiego lub rosyjskiego, ale arystokratą owego dworskiego typu, jaki Europa zawdzięcza Ludwikowi XIV. Wielkie sprawy należały do panujących i ich ministrów, którzy nie mieli potrzeby interesować się pragnieniami pospólstwa. Dla Metternicha lud niemal nie istnieje, chyba że musi patrzeć z obrzydzeniem na brud i łachmany rewolucjonistów francuskich. Później, gdy motłoch zaczyna znów podnosić głowę, traktuje go instynktownie jak robaka, którego należy zdeptać. Bardzo dystyngowany pan – niemal ostatni z tego gatunku przed demokratycznym potopem.

Castlereagh, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, był w życiu prywatnym człowiekiem przyzwoitym; nie szukał osobistych korzyści i w dyplomacji odznaczał się umiarkowaniem. Nie miał żadnych efektownych talentów i cudzoziemcy śmiali się z niego (jak później z Wilsona) z powodu jego ignorancji w sprawach geografii kontynentu europejskiego1. Miał jednak zdrowy rozsądek i mniej niż inni ówcześni dyplomaci skłonny był do oszukańczych sztuczek. Choć nie efektowny, był jednak sprytny. W czasie kongresu wiedeńskiego rząd austriacki zdołał umieścić w niemal wszystkich ambasadach szpiegów w postaci pokojówek, które opróżniały kosze na śmieci, sklejały podarte papiery i posyłały je policji. Castlereagh przywiózł ze sobą własne pokojówki i narobił tajnej policji wiele kłopotu, na co żaliła się gorzko w swych raportach. Rzadko oszukiwał innych, ale i jego nie było łatwo oszukać. Z jego własnej korespondencji wyłania się obraz człowieka bez emocji i uprzedzeń – z wyjątkiem uprzedzeń narodowych i klasowych; osobiste sympatie i antypatie nie wpływały jak się zdaje na jego poglądy. Żywił iście brytyjską podejrzliwość w stosunku do cudzoziemców. 30 stycznia 1815 roku pisze w liście do lorda Bathursta: „Proszę nie dawać teraz żadnych pieniędzy któremukolwiek z państw kontynentalnych. Im w większej biedzie je trzymać, tym mniej będą się kłócić między sobą”. Po upadku Napoleona szczerze pragnął pokoju. Minister austriacki Gentz, opisując kongres wiedeński, mówi: „Anglia chciała pokoju, pokoju przede wszystkim, pokoju – przykro mi to stwierdzić – za wszelką cenę i prawie na jakichkolwiek warunkach”. W polityce zagranicznej Castlereagh miał poważne zasługi. Jednocześnie jednak zajmował wybitne stanowisko w jednym z najgorszych i najokrutniejszych rządów, jakimi los obdarzył kiedykolwiek Anglię, i z tego tytułu zasługuje na zupełnie takie samo potępienie, jak wszyscy jego koledzy-ministrowie. Jest niespodzianką psychologiczną, że ten chłodny i dokładny umysł uległ w końcu czemuś w rodzaju obłędu, który doprowadził go do samobójstwa. Greville2 słusznie mówi, że „jego główną cechą była spokojna i zdecydowana odwaga, która dawała mu widoczną dla wszystkich pewność siebie, przyjaciół napawała podziwem i przesadnym oddaniem dla jego osoby, a nakazywała szacunek nawet najbardziej zawziętym wrogom”. Czytelnika jego urzędowej korespondencji zadziwia fakt, że choć przemawiał do ambasadorów tonem bardzo autorytatywnym, nie czuli się wcale urażeni; nawet księciu Wellingtonowi Castlereagh nie oszczędza swoich instrukcji. Ale chociaż – jak mówi Greville – ci, którzy pracowali z nim w bliskim kontakcie, byli mu oddani, to jego bezbarwna osoba nie mogła budzić entuzjazmu w szerszych sferach. Widać to także z tego, jak według Greville’a przyjęto wiadomość o jego śmierci: „W mieście spotkałem parę osób, które wszystkie przybrały melancholijny wyraz twarzy, un visage de circonstance, co mnie nadzwyczaj zirytowało, ponieważ z pewnością nic ich to nie obchodziło; jeśli coś w ogóle odczuwały, było to raczej zadowolenie z nowego wydarzenia niż smutek spowodowany tą śmiercią”. Człowiek próżny nie życzyłby sobie zapewne, aby tak wyglądało jego epitafium; wątpię jednak, czy lord Castlereagh czułby z tego powodu jakąś przykrość.

2. Charles Maurice de Talleyrand-Périgord (1754-1838), w 1828 roku. Obraz Ary’ego Scheffera.

Ostatnią wreszcie wybitną osobistością na kongresie wiedeńskim był Talleyrand, który reprezentował Ludwika XVIII i Francję Burbonów. Urodzony w 1754 roku w rodzinie należącej do najwyższej arystokracji francuskiej, zdążył jeszcze jako młody człowiek nacieszyć się ancien régime’em – i zawsze potem utrzymywał, że kto urodził się na to za późno, nie zaznał prawdziwej rozkoszy życia. Na skutek wypadku we wczesnym dzieciństwie kariera wojskowa była dla niego zamknięta, więc rodzice przeznaczyli go do kariery duchownej, uczyniwszy młodszego syna spadkobiercą dóbr rodzinnych. Talleyrand został biskupem Autun, ale od arystokratycznych dygnitarzy kościelnych nie wymagano wielkiej pobożności, toteż mógł używać życia w towarzystwie rozpustnych, tolerancyjnych i wysoce inteligentnych przyjaciół. Niechęć, jaką żywił do kariery kościelnej, oraz szczere przekonanie kazały mu stanąć po stronie Rewolucji i popierać świecką konstytucję kleru. Na początku panowania terroru uznał jednak za konieczne uciekać. Zbiegł do Anglii, ale rząd angielski podejrzewał, że jest szpiegiem francuskim, i nie pozwolił mu pozostać w kraju. Z Anglii udał się do Ameryki, gdzie zyskał sobie wielu przyjaciół; najwybitniejszym z nich był Alexander Hamilton, sekretarz skarbu. W końcu, gdy burza minęła, wrócił do Francji.

Jako minister spraw zagranicznych Napoleona znalazł wreszcie pole do użycia swych talentów. Nie miał heroicznego usposobienia i unikał, jeśli mógł, ostrych konfliktów; gdy nie zgadzał się z Napoleonem, nie podawał się do dymisji, lecz ustępował. Nigdy nie odmawiał przyjęcia łapówki za coś, co i tak zdecydowany był zrobić, i w ten sposób dorobił się ogromnego majątku; nie ma jednak dowodów na to, aby łapówka kiedykolwiek wpłynęła na jego politykę. Miał wszystkie zalety właściwe ludziom inteligentnym, lecz pozbawionym heroizmu: był dobroduszny, rzadko czegoś nienawidził, nie lubił wojny i robił, co mógł, aby ożywić swobodną wymianę handlową między narodami. Próbował – bez powodzenia – pohamować ambicję Napoleona, a gdy to się nie udało i gdy już przewidywał jego upadek, zaczął konszachty z Burbonami. W 1808 roku w Erfurcie, gdy Napoleon spotkał się z carem dla uskutecznienia podziału świata, ostrzegł Aleksandra przed Napoleonem, na którego służbie wciąż się znajdował. Gdy zdrada wyszła na jaw, został pozbawiony urzędu, ale nie popadł w niełaskę, natomiast gdy tylko Napoleon upadł – doszedł znów do władzy. Nie utrzymał się jednak przy niej długo wobec wrogiego do niego stosunku klerykałów i ultrarojalistów, których Restauracja uczyniła znowu elementem decydującym.

W życiu Talleyranda były rzeczy niezrozumiałe. Choć duchowny, ożenił się; mimo że arystokrata, ożenił się z kobietą bez żadnych pretensji do dobrego pochodzenia czy wychowania, która ponadto zarówno przed ślubem, jak i po ślubie prowadziła się jawnie rozwiąźle. Poprzez wszystkie koleje losów Talleyrand zachował jednak niewzruszone dobre maniery, które doprowadzały Napoleona do pasji. Gdy pewnego razu cesarz beształ go publicznie, obojętna mina Talleyranda doprowadziła Napoleona do coraz gwałtowniejszych wybuchów, w trakcie których wypomniał mu, że jest kulawy i że żona go zdradza. Talleyrand uśmiechał się, wciąż nieporuszony, a kiedy wreszcie tyrada się urwała, odwrócił się do obecnych i rzekł, wzruszając ramionami: „Jaka szkoda, że tak wielki człowiek jest tak źle wychowany!”.

Niewielu ludzi w ciągu życia widziało tyle zmian, co on. Urodził się za panowania Ludwika XV, umarł za czasów królowej Wiktorii. Miał niezliczone afery miłosne i niejednokrotnie łączył z nimi szczere uczucie. Uczuciowość była w ogóle jednym z dominujących rysów jego charakteru. Gdy był już stary, wolna myśl i wolna miłość wyszły z mody; we Francji, tak jak w Anglii, modna stała się wiktoriańska cnota. Talleyrand przystosował się do zmienionych czasów i przyswoił sobie tyle cnoty, ile jej wymagał nowy kodeks obyczajowy3. Na łożu śmierci pogodził się z Kościołem w sposób niesłychanie dramatyczny. Niemal przed samą agonią przypomniał księdzu, że ostatnie namaszczenie musi się odbyć z ceremoniałem przewidzianym dla biskupów.

W głębi duszy zachował w ciągu całego życia światopogląd charakterystyczny dla liberalnej arystokracji z czasów Ludwika XVI. Ludzie tego typu znaleźli przeważnie śmierć pod ostrzem gilotyny, wyginęli w wojnach albo też w czasie panowania terroru stali się ze strachu reakcjonistami. Talleyrand uniknął wszystkich tych katastrof dzięki giętkości, filozoficznemu spokojowi i dominującej przewadze swego intelektu. W rozmowie był tak czarujący, że nawet jako stary człowiek podbijał pruderyjne damy z owej moralnie odrodzonej, ale intelektualnie podupadłej epoki. Każda traktowała go początkowo jako wyrzutka, ale szybko ulegała urokowi jego dowcipu, kultury, subtelności poglądów i szczerej przychylności dla ludzi. Był to bez wątpienia gałgan – ale wyrządził mniej krzywdy niż niejeden człowiek nieposzlakowanego charakteru.

Cesarz Aleksander, który był swoim własnym ministrem spraw zagranicznych, mógł doskonale stawić czoło wszystkim tym zdolnym dyplomatom. Metternich, Castlereagh, Talleyrand – każdy bezskutecznie próbował na niego wpływać, zaś król pruski szedł za nim ślepo, nawet wbrew radom własnych ministrów. W późniejszych latach wprawdzie Metternich zdołał go opanować swym wpływem, było to jednak w innej fazie jego rozwoju; w 1814 roku zachował jeszcze zupełną niezależność sądu. Dyplomacji nauczył się w twardej szkole; jego babką była oświecona i rozpustna Katarzyna Wielka, a ojcem obłąkany car Paweł. Babka odebrała go od rodziców natychmiast po urodzeniu i sama zajęła się jego wychowaniem. Zrozumiawszy, że Paweł nie będzie dobrym cesarzem, chciała go wydziedziczyć i uczynić Aleksandra swoim następcą. Gdy nie miał jeszcze 18 lat, zawiadomiła go listownie o swoich projektach, na co musiał również na piśmie odpowiedzieć. Znalazłszy się w ten sposób między starą despotką a niebezpiecznym furiatem, niejeden chłopiec w jego wieku nie potrafiłby skomponować listu w odpowiednim stylu. Ale Aleksander umiał to zrobić. Oto jego list:

„24 września 1796 roku

Wasza Cesarska Mość!

Nie potrafię nigdy wyrazić wdzięczności za zaufanie, jakim Wasza Cesarska Mość zechciała mnie zaszczycić i za łaskawość, jaką podobało Jej się okazać, wyjaśniając mi własnoręcznie znaczenie innych papierów. Gorliwością, z jaką starać się będę okazać godny Jej cennych względów, mam nadzieję przekonać Waszą Cesarską Mość, że zdaję sobie w pełni sprawę z ich wartości. Nie będę jednak nigdy w stanie odwdzięczyć się należycie – nawet własną krwią – za wszystko, co Wasza Cesarska Mość zechciała dla mnie uczynić dotąd i pragnie uczynić w przyszłości. Papiery te potwierdzają najwidoczniej wszystkie uwagi, które Wasza Cesarska Mość zechciała mi łaskawie niedawno zakomunikować i które – jeśli wolno mi się tak wyrazić – nie mogłyby być bardziej słuszne. Pozwalając sobie raz jeszcze złożyć u Stóp Waszej Cesarskiej Mości wyrazy najżywszej wdzięczności, pozostaję z najgłębszym szacunkiem i najtrwalszym przywiązaniem,

Waszej Cesarskiej Mości najpokorniejszy i najbardziej posłuszny poddany i wnuk

Aleksander”.

Wnuk zaiste wzorowy! Ale zarazem, jeśli – jak niektórzy twierdzą – list ten dostał się do rąk ojca, nie było w nim nic, co by wskazywało, że Aleksander był gorszym synem niż wnukiem. Po takiej szkole nie groziło mu, że zostanie otumaniony przez Metternicha albo Talleyranda.

3. Aleksander I Romanow (1777-1825), cesarz Rosji, król Polski. Obraz George’a Dawe’a.

Aleksander otrzymał wykształcenie o wiele bardziej staranne niż większość ówczesnych książąt. W trakcie kampanii 1812 roku potrafił rozprawiać z głupiutkimi młodymi damami o Kancie i Pestalozzim. Katarzyna kazała wpajać mu doktryny oświecenia XVIII wieku, a nawet liberalizmu politycznego; nie zmieniła zasad jego wychowania nawet wtedy, gdy Rewolucja Francuska zrobiła z niej reakcjonistkę. Nauczycielem Aleksandra był cnotliwy Szwajcar nazwiskiem La Harpe, który napełniał jego umysł racjonalnymi argumentami na rzecz dobra powszechnego, podczas gdy ojciec i babka zatruwali jego podświadomość. La Harpe wierzył w demokrację, podziwiał (nie bez zastrzeżeń) Rewolucję Francuską i początkowo był dobrego zdania o Napoleonie. Jego uczciwość miała charakter nieco pedantyczny, sprzeciwiał się projektom Katarzyny pominięcia Pawła wyłącznie z motywów legalistycznych, choć Paweł nienawidził go, a Aleksander kochał, i chociaż było rzeczą oczywistą, że Paweł może tylko wyrządzić krzywdę Rosji. Na skutek tego stanowiska Katarzyna dała mu dymisję, mimo że projekt wydziedziczenia Pawła nie został przez nią wprowadzony w życie. Podjęła jednak pewne kroki wstępne: oświadczyła, że wykształcenie Aleksandra jest zakończone i zmusiła go do ożenku, gdy miał 16 lat, chcąc, by wyglądał na bardziej dorosłego.

Paweł panował przez cztery lata, które dla Aleksandra oraz dla Rosji były koszmarem. Wreszcie w najbliższym otoczeniu powstał spisek w celu zgładzenia cara. Aleksander został o spisku powiadomiony i prosił spiskowców, aby jeśli to możliwe zdetronizowali ojca, nie zabijając go. To jednak byłoby rzeczą trudną i niebezpieczną; spiskowcy zamordowali Pawła, a Aleksandrowi pozostawili wszelkie troski związane z wytworzoną sytuacją. Ludzie najbardziej zamieszani w sprawę zabójstwa zostali usunięci z dworu, ale represje ograniczono do niezbędnego minimum. Cała Rosja odetchnęła z ulgą i radośnie powitała Aleksandra. Jego udział w spisku zatuszowano i choć istniały w tym kierunku podejrzenia, to fakt jego udziału został z całą pewnością stwierdzony dopiero po ponad 100 latach. Incydent ten pozostawił w nim wszakże uraz, od którego nigdy się nie uwolnił i który miał wielki związek z dziwną i nieco ponurą formą, w jakiej przejawiała się jego późniejsza religijność. Te objawy nie wystąpiły jednak wyraźniej przed rokiem 1815; dopiero od tego roku aż do śmierci w 1825 roku Aleksander pogrążał się coraz bardziej w mroczną posępność, aż w końcu stanowił skończony typ nowoczesnego Orestesa.

Aleksander jednak – taki, jakiego świat widział w pierwszej połowie jego panowania – nie był wcale podobny do tego ponurego obrazu. Wesoły i szarmancki, nieco zbyt wyszukany w ubiorze, liberalny w polityce, pragnął wówczas, aby jego panowanie zaznaczyło się idealistycznymi dążeniami. Był bardzo przywiązany do swej głównej przyjaciółki, z którą miał kilkoro dzieci4. Uczucie, jakie żywił dla swojej siostry Katarzyny, było gorętsze, niż to się zwykle zdarza. Znajdował zawsze czas, by do niej pisać, i w listach niczego nie ukrywał, dzięki czemu mają dużą wartość historyczną. Był jej wdzięczny, że zaprzyjaźniła się z jego przyjaciółką i utworzył z nią sojusz przeciw matce. Lubił zasypywać ją hiperbolicznymi czułościami, jak np.: „Żegnaj, radości moich oczu, skarbie mego serca, chlubo epoki, fenomenie natury, albo lepiej niż to wszystko – małpeczko o spłaszczonym nosie” (było to pisane tuż przed bitwą pod Austerlitz). Katarzyna była żywą i nietaktowną młodą damą i co najmniej w jednym wypadku (gdy Aleksander był w Anglii w 1814 roku) jej wpływ zaprowadził go na manowce polityczne, co miało poważne konsekwencje dla Europy. Byli ze sobą zawsze w najlepszych stosunkach, z wyjątkiem okresu w czasie marszu Napoleona na Moskwę w 1812 roku, kiedy Katarzyna przyłączyła się do chóru patriotycznego oburzenia z powodu ówczesnych niepowodzeń brata.

Kiedy Aleksander wstąpił na tron w 1801 roku, miał dopiero 22 lata i niewiele znał się na sprawach publicznych. Wezwał z powrotem La Harpe’a i próbował wprowadzić reformy przy pomocy Rady złożonej z osobistych przyjaciół. Istotnie, naprawił zło wyrządzone przez Pawła, osłabił ucisk cenzury i polepszył szkolnictwo. Gdy jednak przyszło do takich spraw, jak oswobodzenie chłopów czy wprowadzenie konstytucji, trudności okazały się dla niego zbyt wielkie. W polityce zagranicznej był początkowo w przyjaźni z Napoleonem, do którego La Harpe wciąż jeszcze żywił sympatię. Gdy jednak Napoleon postąpił brutalnie wobec Szwajcarii, co uraziło La Harpe’a jako patriotę i jako demokratę, Aleksander zwrócił się przeciw Napoleonowi i wdał w nieszczęśliwe kampanie 1805 i 1806 roku, w których armia rosyjska, w sojuszu najpierw z Austrią, a potem z Prusami, została pobita pod Austerlitz i Frydlandem. To doprowadziło do zawarcia pokoju w Tylży i do nieoczekiwanej przyjaźni między cesarzami Wschodu i Zachodu.

Z początku panowała między nimi atmosfera miodowych miesięcy i sojusznicy wierzyli sobie wzajemnie, ale gdy tylko rozstali się, zaczęły się spory. Aleksander, który walczył z Turkami, chciał zatrzymać Mołdawię i Wołoszczyznę; Napoleon nie chciał zrażać sobie Turcji, bojąc się rzucić ją w ten sposób w objęcia Anglii. Zażądał więc rekompensaty kosztem Prus, na co Aleksander nie mógł się zgodzić wobec obietnic, jakie poczynił pięknej królowej Luizie. Wreszcie Napoleon spróbował olśnić Aleksandra wielkim projektem podziału Turcji, po którym miał nastąpić wspólny podbój Indii. Aleksander, na którego chłopięcą wyobraźnię projekt wywarł fascynujące wrażenie, zgodził się – jak Napoleon się tego spodziewał. Jego inteligencji nie można było jednak uśpić. Oświadczył, że musi otrzymać nie tylko Mołdawię i Wołoszczyznę, ale i Konstantynopol, gotów jest potem pomóc Napoleonowi w Syrii, ale najpierw musi zapewnić sobie własne korzyści. Ponieważ listownie nie udało się osiągnąć porozumienia, Napoleon i Aleksander postanowili spotkać się w Erfurcie, gdzie cesarz Francuzów miał nadzieję uzyskać przewagę przy pomocy swego osobistego wpływu. Nie doceniał jednak Aleksandra, który pisał do siostry: „Bonaparte uważa mnie za głupca. Ale ten śmieje się lepiej, kto się śmieje ostatni; jeśli o mnie chodzi, pokładam całą nadzieję w Bogu”. Sam fakt, że używał nazwiska „Bonaparte” zamiast „Napoleon”, wskazuje na wrogie uczucia Aleksandra; gdyby Napoleon o tym wiedział, żadne przyjazne stosunki między nimi nie byłyby możliwe.

Tymczasem Aleksander wyzyskał okres pozornej przyjaźni z Francją, aby podbić Finlandię, która należała do Szwecji5. Dokonawszy tego, zapewnił sobie przyjaźń Szwecji, obiecując jej pomóc w podboju Norwegii, która należała do Danii – Dania natomiast była w przyjaźni z Francją. Następnie, ponieważ Napoleon w dalszym ciągu nie chciał mu pomóc w uzyskaniu Mołdawii i Wołoszczyzny, uznał, że przyjaźń Francji nie da mu więcej żadnych korzyści. Gdy Napoleon poskarżył się, że 600 okrętów angielskich wpłynęło do Zatoki Fińskiej i wyładowało angielskie towary dla Rosji, Aleksander poprzestał na gołosłownym zaprzeczeniu. Wielka Armia ruszyła na Moskwę i wyginęła w odwrocie; Europa powitała Aleksandra jako swego zbawcę i triumfujący sprzymierzeni wkroczyli do Paryża. W tym wszystkim Aleksander widział rękę boską, gdyż nie mógł przypisywać zwycięstwa sobie ani swoim generałom. Prusacy widzieli zwycięstwo idei moralnej nad zepsuciem i ateizmem Francji; Austriacy – przywrócenie starego porządku; Anglicy – zwycięstwo potęgi morskiej i tanich towarów. Cały świat zaś widział nadzieję pokoju. Taka była sytuacja na początku naszej epoki.

1  Mówiąc o tym, Talleyrand cytuje uwagę Kaunitza: „Zdumiewająca jest ilość rzeczy, o których Anglicy nie wiedzą”.

2  Sekretarz angielskiej Tajnej Rady, którego pamiętniki rzuciły wiele światła na kulisy wydarzeń politycznych epoki (przyp. tłum.).

3  W liście pisanym w 1815 roku do Ludwika XVIII mówi o „zobojętnieniu na sprawy religii, będącym chorobą czasów w jakich żyjemy…”.

4  Przez kilkanaście lat Aleksander był związany z Marią Naryszkiną (z domu Czetwertyńską-Światopełk; 1779-1854), z którą miał cztery córki i syna (przyp. red.).

5  Wojna toczyła się w latach 1808-1809, zakończył ją układ pokojowy we Fredrikshamm (przyp. red.).

ROZDZIAŁ IIKONGRES WIEDEŃSKI

Aleksander, Fryderyk Wilhelm, Metternich i Castlereagh mogli wspólnie nakreślić mapę Europy i wprowadzić w wielu krajach dowolną formę rządów. Tylko niektóre traktaty do pewnego stopnia ograniczały ich swobodę ruchów. W ciągu 1813 roku najpierw Rosja, potem Anglia, a wreszcie Austria obiecały Prusom, że odzyskają one wszystkie terytoria, które posiadały przed porażką w roku 1806. Traktat paryski (z 30 maja 1814 roku) przyznawał Francji granice z 1792 roku; Francja zrzekała się wszystkich podbojów Rewolucji i Napoleona i w obradach kongresu, poświęconych podziałowi tych terytoriów między nowych władców, nie miała posiadać głosu. Jeśli wziąć pod uwagę, że po 22 latach wojny, podczas której prawie każdy europejski kraj doświadczył nieprzyjacielskiej inwazji, Francja była teraz na zupełnej łasce i niełasce sprzymierzonych – należy przyznać, że traktat paryski zredagowany został w sposób niezwykle łagodny, co było w dużym stopniu spowodowane wielkodusznością Aleksandra. Wkroczywszy do Paryża na czele swych wojsk, oświadczył, że wrogiem był Napoleon, a nie Francja, i w zamian za na wpół dobrowolne proklamowanie restauracji Burbonów przez francuski Rząd Tymczasowy zgodził się pozostawić Francji wszystkie terytoria, jakie posiadała w chwili upadku prawowitej dynastii.

Wspaniałomyślność Aleksandra była gwałtownie zwalczana przez jego najbliższych sojuszników, Prusaków. Niepokoiła również Anglię. 30 stycznia 1814 roku Castlereagh pisał do premiera, lorda Liverpoola:

„Sądzę, że największym dla nas niebezpieczeństwem jest obecnie rycerskość, z jaką cesarz Aleksander chce prowadzić wojnę. W stosunku do Paryża ma pewne uczucia całkiem osobiste, niezależne od wszelkich względów wojskowych czy politycznych. Zdaje się, że pragnie wkroczyć do nieprzyjacielskiej stolicy na czele swojej wspanialej gwardii – prawdopodobnie po to, aby swoją łagodnością i wyrozumiałością stworzyć kontrast do tego zniszczenia, jakiemu uległa jego stolica”.

Pragnienie Aleksandra spełniło się całkowicie i w rezultacie lud paryski okazał mu taki entuzjazm, jakiego sobie życzył. Pozostali sprzymierzeni zauważali wprawdzie, że gdyby Francja została pozbawiona większych terytoriów, nie przypadłyby one w udziale Rosji, i że gdy chodziło o sprawy bliższe Rosji – na przykład o Polskę – cesarz był mniej wspaniałomyślny. Uwagi te jednak były czynione tylko przez wtajemniczonych i nie mogły osłabić entuzjazmu demonstrujących tłumów.

Sprawy terytorialne, jakimi miał zająć się kongres wiedeński, były liczne i skomplikowane. Zgromadzeni dyplomaci czuli, że może byłoby lepiej wynaleźć jakąś zasadę, która usprawiedliwiałaby postanowienia kongresu. Kolega Metternicha, Gentz, mający opinię najbardziej pracowitego uczestnika obrad, w ten sposób formułował swoje wrażenia w raporcie z 12 lutego 1815 roku:

„Ci, którzy w chwili otwarcia kongresu wiedeńskiego przeniknęli jego istotę i zadania, wiedzieli niemal z góry, jaki będzie przebieg kongresu – choć mogą być rozmaitego zdania o jego rezultatach. Wielkie frazesy o odbudowie społecznego ładu, odrodzeniu europejskiego systemu politycznego, trwałym pokoju, opartym na sprawiedliwym układzie sił itd., wypowiadane były dla uspokojenia ludu i dla nadania temu uroczystemu zgromadzeniu godności i powagi; istotnym jednak zadaniem kongresu był podział między zwycięzcami zdobytych łupów”.

Do tego jednak trudno było się otwarcie przyznać; ponadto w większości spraw niektóre państwa nie były zainteresowane i z tego względu mogły dawać posłuch argumentom natury zasadniczej. W tej sytuacji Talleyrandowi przypadło w udziale wynaleźć jedyne hasło moralne, na które kongres nie okazał się głuchy – była to sformułowana przezeń „zasada legitymizmu”, która odtąd zapanowała w Europie aż do 1830 roku. Całą sprawę wyłożył w instrukcjach, które ściśle według jego własnych zaleceń dał mu Ludwik XVIII. Pobita w wojnie, Francja mogła polegać tylko na sile moralnej i tej właśnie siły moralnej dostarczał Talleyrand, co musiało go w gruncie rzeczy bardzo bawić.

Mówiąc ogólnie, zasada legitymizmu głosi, że każde terytorium powinno należeć do swego dziedzicznego monarchy – chyba że ten odstąpił je dobrowolnie, otrzymawszy jakąś rekompensatę. W myśl tego Francja, z chwilą gdy na jej tronie zasiadła ponownie dynastia Burbonów, miała prawo do wszystkich terytoriów, które do niej należały za Ludwika XVI. Zasada jednak musiała być interpretowana z pewną ostrożnością. Byłoby na przykład rzeczą wysoce niestosowną wyciągać z niej wniosek, że Anglicy powinni przywołać z powrotem na tron dynastię Stuartów. Istniała też sprawa Genui, który była niezależną republiką zanim została podbita przez Francję, a która teraz miała być ofiarowana królowi Sardynii. Genua mogła więc w swojej obronie powoływać się na zasadę legitymizmu; niestety, powołała się na zasadę, która panowała na pewnym późniejszym kongresie – mianowicie na prawo samostanowienia o swoim losie. Co gorsza, opowiadała się za konstytucją demokratyczną. To zaś było rzeczą niebezpieczną, jak mówi Talleyrand:

„Genueńczycy przedstawili projekt konstytucji, który na skutek swego demokratycznego ducha nie mógł być przyjęty. Pewne jednak unormowanie prawne ich sytuacji jest tym bardziej konieczne, że okazują szczególną niechęć do aktu przyłączenia i że trzeba usuwać, jeśli to możliwe, zarodki rozgoryczenia i niezgody, mnożące się powszechnie z okazji przyłączenia Belgii do Holandii, Saksonii do Prus, terytorium włoskiego do Austrii”.

Na zasadę legitymizmu nie mogła więc powoływać się ludność przeciw monarchom. Byłoby rzeczą niesłuszną twierdzić, że w żadnym wypadku nie mogły się na nią powoływać republiki – Szwajcaria mogła to czynić, ze względu na przywiązanie Aleksandra do La Harpe’a. Prawo to jednak nie przysługiwało Polsce, ponieważ nie miała prawowitego króla i ponieważ jej podział nie był spowodowany przez Francję. W ogóle można powiedzieć, że terytoria traktowano tak, jak dzisiaj jeszcze traktujemy prywatne majątki ziemskie: nie uważamy przecież, by dzierżawcy wielkiego obszarnika mogli zyskać prawo własności do ziemi, którą dzierżawią, tylko dlatego, że pragnęliby je uzyskać. Większość ludzi uważałaby dziś takie pretensje za bezsensowne; takim samym nonsensem wydawałaby się uczestnikom kongresu wiedeńskiego zasada samostanowienia ludności o własnej formie rządów. Jeśli jakiś król miał dziedziczne prawa do określonego terytorium, stanowiło to tytuł, z którym kongres miał obowiązek się liczyć; jeśli nikt takich praw nie miał, o losie terytorium decydowały targi między mocarstwami.

Jak widzieliśmy na przykładzie Genui, kongres miał wyraźną antypatię do wszystkiego, co przypominało demokrację. Konstytucja angielska ostała się, gdyż była oparta na tradycji, Francji zaś nadano konstytucję z różnych względów. Poza granicami Rosji Aleksander był liberałem; Anglicy sądzili, że konstytucja pogodzi Francję z Burbonami i utrwali dynastię; Austriacy i Prusacy, po pewnych wahaniach, doszli do przekonania, że konstytucja – będąc rzeczą z natury zgubną – osłabi Francję i zapobiegnie powtórzeniu się tego, co trzeba było wycierpieć za Ludwika XIV i Napoleona. Poza tymi krajami konstytucje nie były jednak popierane. W tej sprawie wigowie w Anglii nie zgadzali się z rządem torysów. Lord William Bentinck1, zagorzały wig i zbyt ważna osoba, aby można go było po prostu usunąć ze stanowiska, przysporzył swemu rządowi wiele kłopotu, popierając we Włoszech Genueńczyków i protestując przeciw okrucieństwom króla Sycylii. Castlereagh pisał do niego 7 maja 1814 roku:

„Niepodobna nie widzieć ogromnej przemiany moralnej, dokonującej się w Europie, gdzie zasady wolnościowe działają obecnie w pełni. Niebezpieczeństwo polega na tym, aby przejście nie odbyło się zbyt gwałtownie, zanim świat dojrzeje do tego, co ma go uczynić lepszym czy szczęśliwszym. Mamy nowe konstytucje we Francji, Hiszpanii, Holandii i Sycylii; zobaczmy, jakie będą ich wyniki, zanim poprzemy nowe próby. Próby takie mogą być czynione i musimy liczyć się z ich konsekwencjami, ale jestem przekonany, że lepiej opóźniać niż przyspieszać działanie tych sił, zupełnie nieobliczalnych, jeśli chodzi o zagranicę.

Zachowywanie powściągliwości we Włoszech jest rzeczą szczególnie konieczną, jeżeli chcemy działać w zgodzie z Austrią i Sardynią. Dopóki musieliśmy usuwać z Włoch Francuzów, wszelkie ryzyko z naszej strony było usprawiedliwione, ale obecny stan Europy nie wymaga tego rodzaju kroków. Z punktu widzenia porządku i powszechnego pokoju wolałbym, żeby Włosi zaczekali na nieznane jeszcze wyniki tego, co dzieje się gdzie indziej, niż żeby mieli narażać swój spokój wewnętrzny poprzez dążenia w tym kierunku”.

Nawiasem można powiedzieć, że konstytucje Hiszpanii i Sycylii zostały po krótkim czasie cofnięte.

Aby wyróżnić się na tle tego braku liberalizmu państw zachodnich, Aleksander postanowił nadać konstytucję Polsce, a raczej tej jej części, którą ostatecznie otrzymał na zasadzie uchwał kongresu. Historia tej konstytucji pokazuje jednak, że jego liberalizm sprowadzał się niemal wyłącznie do frazesów. Ciała ustawodawcze składały się z dwóch izb, do izby niższej wchodziło 71 przedstawicieli szlachty i 51 przedstawicieli miast, do wyższej – rodzina cesarska, niektórzy biskupi i nieco urzędników. Parlament miał obradować przez 30 dni co dwa lata; mógł zatwierdzać lub odrzucać projekty praw, przedstawiane przez rząd, ale sam nie miał inicjatywy ustawodawczej. Na pierwszej sesji, w roku 1818, wszystko poszło gładko. Obie izby uchwaliły projekty wniesione przez Aleksandra, z wyjątkiem prawa o rozwodach – na co odpowiedział łaskawą mową, w której oznajmił, że szanuje ich zasady i cieszy się z niezależności, jakiej dały dowód. Lecz w 1820 roku wszystkie projekty Aleksandra zostały odrzucone i wówczas wpadł we wściekłość i postanowił wbrew konstytucji, że parlament nie zbierze się przed rokiem 1825. Potem zebrał się już tylko raz – w 1830 roku nastąpiło powstanie polskie i odtąd Polska była rządzona samowładnie przez carów aż do Wielkiej Wojny. W Wiedniu Aleksander wszakże ogromnie afiszował swoje liberalne tendencje wobec Polski i mówił wiele o korzyściach, jakie przyniesie jej zjednoczenie pod jego berłem.

Zasada legitymizmu, której twórcą był Talleyrand, całkowicie odpowiadała Metternichowi. Pewną trudność stanowiła sprawa Królestwa Neapolu – królem był Murat, który zgodził się opuścić swego szwagra Napoleona w zamian za obietnicę ze strony Austrii, iż będzie popierała go na tronie. Z chwilą gdy sprawa Napoleona przestała istnieć, traktat zawierający tę obietnicę nie był więcej do niczego potrzebny, zaś Talleyrand usilnie popierał pretensje prawowitego Burbona, króla Ferdynanda. Na szczęście ta delikatna sprawa została rozwiązana na skutek nieostrożności Murata. Gdy Napoleon wrócił z Elby, Murat zaczął żałować swojej zdrady – i w tej sytuacji upadł wraz z upadkiem Napoleona. To pozwoliło Metternichowi przyjąć zasadę legitymizmu bez żadnych zastrzeżeń.

Stanowisko Anglii wobec tej zasady było przychylne, dopóki nie stosowano jej w sposób kolidujący z interesami brytyjskimi. Nie dotyczyła ona oczywiście kolonii; Anglia domagała się przyznania jej na stałe niektórych ważnych kolonii holenderskich, które Holandia utraciła na skutek swego przymusowego sojuszu z Francją. Książę Oranii otrzymał w zamian Belgię i był bardzo za to wdzięczny – choć utracił ją w 1830 roku. Stanowisko Anglii w sprawach pozaeuropejskich i w jej polityce morskiej wyznaczone było przez konkretne interesy angielskie w każdym konkretnym przypadku; w odniesieniu jednak do kontynentu Anglia mogła zgodzić się na zasadę legitymizmu, ponieważ tutaj wszystkie ważne dla niej kwestie były już załatwione, zanim kongres rozpoczął swoje obrady.

4. Obrady kongresu wiedeńskiego. Obraz Jean-Baptiste’a Isabeya.

Większy opór ujawnił się ze strony Prus i Rosji. Opozycja Rosji związana była w pewnym stopniu z mglistym liberalizmem Aleksandra, lecz przede wszystkim wynikała z faktu, że jego ambicje terytorialne były w sposób skomplikowany związane z ambicjami Prus. Obiecał królowi pruskiemu państwo nie gorsze od tego, jakim Fryderyk Wilhelm władał przed 1806 rokiem, ale przed tą datą do Prus należała część Polski, którą Aleksander pragnął zatrzymać, i wobec tego oświadczył, że Prusy muszą uzyskać rekompensatę gdzie indziej. Najwygodniej byłoby dać Prusom Saksonię, bowiem król saski nie potrafił się znaleźć i nie opuścił Napoleona w odpowiednim momencie. Lecz król saski był prawowitym monarchą; Ludwik XVIII i Talleyrand czuli się urażeni na samą myśl, że mógłby zostać pozbawiony tronu. Austria obawiała się zarówno Prus, jak i Rosji, i wobec tego stanęła po stronie Francji. Anglia chciała wzmocnić Prusy, a osłabić Rosję, więc Castlereagh popierał z początku pretensje Prus do Saksonii, sprzeciwiał się natomiast pretensjom Rosji do prawie całej Polski. Gdy zrozumiał, że nie może popierać Prus, nie popierając jednocześnie Rosji, uznał za wskazane zwrócić się przeciw obu tym państwom i przyłączył się do Francji oraz Austrii. Sprawa ta zaabsorbowała główną uwagę kongresu.

Zaraz na początku obrad, 1 października, Talleyrand odbył rozmowę z Aleksandrem. Podkreślał w niej moralną doniosłość zasady legitymizmu w opozycji do postawy Aleksandra, którą określał jako pozbawioną skrupułów. Aleksander nie lubił Talleyranda – niewątpliwie częściowo dlatego, że uważał go za cynika, ale jeszcze bardziej za to, że gdy rząd rosyjski zaprotestował przeciw zamordowaniu diuka d’Enghien przez Napoleona, Talleyrand uczynił w odpowiedzi aluzję, że bądź co bądź nie było to takie straszne jak zamordowanie własnego ojca. Zarówno wówczas, jak i w obecnym sporze z Aleksandrem miał pewną moralną wyższość nad głęboko religijnym cesarzem, co musiało go bawić. Powstrzymał się jednak od tego, by dać wyraz swojej uciesze w sprawozdaniu o rozmowie z 1 października, które znajdujemy w jego Pamiętnikach:

„Aleksander. Pomówmy teraz o naszych sprawach. Musimy je tutaj załatwić.

Talleyrand. To zależy od Waszej Cesarskiej Mości. Będą załatwione szybko i pomyślnie, jeśli Wasza Cesarska Mość przystąpi do nich z tą samą szlachetnością i wielkodusznością, jaką okazuje sprawom Francji.

A. Ale traktat musi odpowiadać dążeniom wszystkich.

T. I uwzględniać prawa każdego.

A. Zatrzymam to, co mam w ręku.

T. Wasza Cesarska Mość będzie chciał zatrzymać tylko to, co do Niego prawnie należy.

A. Działam w porozumieniu z wielkimi mocarstwami.

T. Nie wiem, czy Wasza Cesarska Mość zalicza do tych mocarstw Francję?

A. Oczywiście, tak. Ale jeżeli nie chcecie dbać przede wszystkim o własne interesy – jakież są wasze intencje?

T. Ponad interesy stawiam sprawiedliwość.

A. Sprawiedliwość – to właśnie interesy Europy.

T. Ten język nie jest językiem Waszej Cesarskiej Mości: jest on Mu obcy i serce Jego odrzuca go.

A. Nie, powtarzam, sprawiedliwość – to interesy Europy”.

W tym miejscu Talleyrand odwrócił się do ściany, uderzył o nią głową i wykrzyknął: „Europo, nieszczęsna Europo! Czy sądzono ci, aby Wasza Cesarska Mość cię zrujnował?”. Aleksander odpowiedział: „Raczej wojna, niż wyrzeknę się terytoriów które zajmuję”. Talleyrand pisze dalej:

„Opuściłem ramiona i z miną człowieka zasmuconego, lecz zdecydowanego – który jakby mówił: Nie my ponosić będziemy odpowiedzialność – stałem w milczeniu. Cesarz milczał także dłuższą chwilę, a potem powtórzył: Tak, raczej wojna. Trwałem w tej samej postawie. Wtedy, wznosząc ręce do góry i wymachując nimi w sposób przypominający ostatni ustęp elogium Marka Aureliusza, cesarz – którego nigdy takim nie widziałem – zakrzyknął raczej niż powiedział: Nadeszła godzina teatru, muszę już iść. Obiecałem cesarzowi (Austrii), czekają na mnie. I wyszedł; wrócił jednak po chwili, objął mnie obiema rękami, przycisnął do siebie i powiedział głosem zmienionym nie do poznania: Adieu, adieu, zobaczymy się jeszcze”.

Pomimo tej wzruszającej sceny spór między nimi trwał dalej przez cały czas obrad i wreszcie sporne sprawy zostały załatwione kompromisowo. Aleksander dostał mniej terytoriów polskich, niż żądał, a Prusy otrzymały tylko połowę Saksonii; drugą połowę pozostawiono prawowitemu królowi. Kompromis ten został osiągnięty dopiero w momencie, gdy powrót Napoleona z Elby zmusił mocarstwa do zaniechania sporów. Gdyby nie ta okoliczność, mogły kłócić się aż do dnia dzisiejszego.

Stanowisko Prus, pozornie podobne do stanowiska innych mocarstw, w rzeczywistości było od nich zasadniczo różne. Kanclerz Hardenberg był na ogół usposobiony przyjaźnie do Austrii, zaś król całkowicie oddany Aleksandrowi. W Prusach istniał jednak potężny ruch nacjonalistyczny, raczej ogólnoniemiecki niż specjalnie pruski, i traktowany z tego względu z sympatią przez wielu Niemców poza granicami Prus. Po 1806 roku Prusy zaczęły przeprowadzać u siebie reformy, w granicach, w jakich Napoleon na nie pozwalał. Patriotycznie usposobiony minister Stein, ściągnąwszy na siebie niełaskę Napoleona, musiał opuścić kraj i w czasie kongresu wiedeńskiego był na służbie Aleksandra. Armia pruska była opanowana duchem niemieckim i namiętną nienawiścią do Francuzów. Już od czasów Ludwika XIV zachodnie Niemcy, składające się z małych, słabych państewek, były na łasce i niełasce Francji; Prusy Fryderyka Wielkiego potrafiły oprzeć się Ludwikowi XV, ale nie mogły stawić czoła Napoleonowi. Dla wszystkich patriotów niemieckich stało się rzeczą jasną, że aby uniemożliwić na przyszłość francuskie inwazje, jakaś forma zjednoczenia narodowego była koniecznością, ale wszelkim projektom zjednoczenia stały na przeszkodzie królewiątka, trzymające się uparcie swoich tronów.

W ten sposób patriotyzm niemiecki, w połączeniu z nienawiścią do Francuzów, wytworzył wśród warstwy oświeconej, zwłaszcza wśród młodzieży, nastrój przychylny dla Prus – jako najskuteczniejszej tamy, broniącej Niemcy przed Francją. Nastrój ten zwracał się oczywiście przeciw zasadzie legitymizmu, która uwieczniałaby istnienie drobnych suwerennych państewek osłabiających Niemcy. Patriotyzm niemiecki musiał więc mieć charakter do pewnego stopnia rewolucyjny i z tego punktu widzenia rządy – nawet rząd pruski – traktowały ten ruch z nieufnością; z drugiej jednak strony był on przez Prusy popierany, bo dążył do uczynienia z nich wielkiego mocarstwa. Opozycja w stosunku do dworów królewskich nadawała nacjonalizmowi teutońskiemu pewien odcień demokratyczny; to kazało królowi pruskiemu w 1813 roku, w kulminacyjnym momencie wojny, zapowiedzieć nadanie konstytucji, która miała być nagrodą za zwycięstwo. Nadzieję, że obietnica ta będzie urzeczywistniona, trzeba było podtrzymać, dopóki Fryderyk Wilhelm mógł czerpać korzyści z wojowniczych nastrojów swoich poddanych; trzeba ją było jednak podtrzymywać po cichu, ażeby nie niepokoić pozostałych panujących – autokratów. Po Waterloo oczywiście niewiele się już o niej słyszało.

Talleyrand, przybywszy do Wiednia, był zdumiony tym nowym zjawiskiem – patriotyzmem niemieckim. Francja, przyznaje Talleyrand, zachowywała się jak butny zdobywca, nakładając na zwyciężonych ogromne kontrybucje (zasadą Napoleona było zmuszanie jego ofiar do płacenia za jego wojny). Te niedawne ofiary oburzały się obecnie na łagodność traktatu paryskiego i były – jak mówi Talleyrand – „bardzo zblazowane wobec przyjemności, jakie daje własna wspaniałomyślność”. Nacjonalizm niemiecki wydaje mu się jakobinizmem; jakobinizm ten panuje, jak twierdzi, nie w sferach niższych i średnich, lecz w najstarszych i najbogatszych rodach szlacheckich; wspólnie z tymi rodami spiskują profesorowie uniwersytetów i młodzi ludzie, którzy przyswoili sobie ich teorie i ubolewają nad rozbiciem Niemiec na szereg drobnych państewek.

„Zjednoczenie niemieckiej Ojczyzny jest ich hasłem, ich dogmatem, ich religią, w którą fanatycznie wierzą; fanatyzm ten pociągnął nawet niektórych spośród panujących książąt”. Zdaniem Talleyranda zjednoczenie Niemiec nie byłoby dla Francji niebezpieczne, dopóki posiadała lewy brzeg Renu i Belgię; teraz jednak było dla niej sprawą bardzo poważną. Dlatego uważał za swe zadanie zwalczać wszelkie kroki prowadzące do zjednoczenia i w tym względzie zasada legitymizmu była mu pomocna. Metternich, z obawy przed Prusami, całkowicie popierał jego stanowisko w tej sprawie.

W ten sposób Prusy stały się nieco nieśmiałym reprezentantem nowej idei – idei narodowej, która dla dyplomatów starej szkoły była pełna rewolucyjnych niebezpieczeństw. Trzeba przyznać, że nie mylili się pod tym względem. To, co Talleyrand nazywa „jakobinizmem” patriotów niemieckich, prowadziło – poprzez przemiany, które oglądane wstecz wydają się, być może niesłusznie, nieuniknione – wprost do Wielkiej Wojny. Na kongresie wiedeńskim patrioci niemieccy wyprzedzali swoich współczesnych, ale poczynając od 1848 roku ich punkt widzenia stawał się wszędzie coraz bardziej dominujący.

W tej nowej doktrynie można było dostrzec różne, wyraźnie odrębne elementy. Był tu więc pewien element czysto niemiecki – wiara w szczególną szlachetność i męskość rasy germańskiej; dalej przekonanie, że granice państw powinny być jednocześnie granicami narodów; wreszcie idea demokratyczna, głosząca, że narody mają prawo same decydować o formie swych rządów. Wszystko to zasługiwało na wyklęcie z punktu widzenia ortodoksji 1815 roku.

Prawo ludności do decydowania o formie rządu popierane było przez Aleksandra w odniesieniu do Francji w chwili upadku Napoleona w 1814 roku. Wówczas Gentz, wypowiadając pogląd rządu austriackiego, oświadczył, że jeśli Francuzom pozwolono by na wybór panującego, „oznaczałoby to uznanie zasady, której w naszych czasach niepodobna niemal wymówić bez drżenia – mianowicie że zależy to od ludu, czy zechce tolerować swego aktualnego panującego. Ta zasada ludowładztwa jest podstawą wszystkich koncepcji rewolucyjnych”.

Pogląd, że granice państw powinny być granicami narodów, musiał być dla Austrii czymś horrendalnym. Gdyby taka zasada miała zwyciężyć, drobna część terytorium cesarza Franciszka zostałaby włączona do zjednoczonych Niemiec, Galicja stałaby się częścią zjednoczonej Polski, a Czechy i Transylwania uzyskałyby niepodległość. Nacjonalizm osiągnął to wszystko po Wielkiej Wojnie – z wyjątkiem oczywiście tego, co odpowiadało dążeniom Niemiec. Nic więc dziwnego, że rząd austriacki przeciwstawił się nacjonalizmowi niemieckiemu.

Wiara w najwyższą szlachetność i męskość rasy germańskiej zrodziła się z walk z Napoleonem, a zwłaszcza z kampanii 1813 roku, odgrywającej w popularnej historii niemieckiej taką samą rolę, jak dzieje armady hiszpańskiej w angielskiej lub wojna o niepodległość – w amerykańskiej. Młode pokolenie niemieckie z roku 1813, wraz z uznanymi przez siebie wodzami ze starszego pokolenia, nie chciało słyszeć o żadnym kosmopolityzmie i przeciwstawiało się pod każdym względem klasycyzmowi XVIII wieku. Ruch romantyczny w Niemczech – inaczej niż w Anglii – był ściśle związany z polityką bieżącą i miał ideały dające się całkowicie zrealizować; zostały one faktycznie zrealizowane przez Bismarcka. W czasach romantyzmu rozpowszechniło się namiętne uwielbianie różnych rzeczy w sposób niedający się usprawiedliwić rozumowo. Shelley uwielbiał powstańców greckich walczących z Turcją i powstańców hiszpańskich walczących z Burbonami. Natomiast romantycy niemieccy uwielbiali Blüchera, surowego i pobożnego człowieka, który w legendzie niemieckiej zajmuje miejsce, które w Anglii należy do Drake’a2.

Ponieważ Blücher stał się niemieckim bohaterem narodowym, warto przez chwilę zatrzymać się na jego osobie. Był to wielki żołnierz, gorący patriota i najlojalniejszy sługa swego króla. Jego religijność była szczera i głęboka, zaś postawa wobec Francji była postawą moralnego potępienia. W czasie kampanii, która doprowadziła do Waterloo, gdy rezultat był jeszcze wątpliwy, Blücher pisał: „Wojna, mam nadzieję, skończy się tak, że Francja przestanie być niebezpieczna dla Niemiec. Alzacja i Lotaryngia muszą należeć do nas”. W związku z tym Treitschke3, oficjalny specjalista od dziejów Niemiec w wieku XIX, mówi o Blücherze jako o „kosmopolicie w najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa”, posiadającym „zdolność bezwzględnego poświęcania własnych interesów, możliwą tylko w idealizmie niemieckim”.

Bardzo charakterystyczny był stosunek Blüchera do buntu oddziałów saskich, który wybuchł w jego armii w 1815 roku. Ponieważ tylko część Saksonii została zwrócona królowi saskiemu, zaś reszta oddana Prusom, to również część armii saskiej wcielono do armii pruskiej. Poczucie lojalności wobec własnego króla i kraju spowodowało, że część żołnierzy odmówiła posłuszeństwa Blücherowi. Bunt został przez niego stłumiony z niesłychaną surowością; w związku z tym pisał on do króla saskiego Fryderyka Augusta:

„Wasza Królewska Mość!

Swym dawniejszym postępowaniem Wasza Królewska Mość ściągnął wielką katastrofę na swych poddanych, będących ogólnie szanowaną częścią narodu niemieckiego.

Na skutek dalszych Jego postępków ta część narodu może okryć się hańbą.

W armii wybuchł bunt, zorganizowany we Friedrichsfelde i Preszburgu – wybuchł w momencie, gdy całe Niemcy powstają przeciw wspólnemu wrogowi. Przestępcy oświadczyli otwarcie, że uważają Bonapartego za swego protektora i zmusili mnie, który w ciągu 55 lat służby czynnej miał szczęście nie przelewać nigdy innej krwi, jak tylko krew nieprzyjaciela, do przeprowadzenia po raz pierwszy egzekucji w armii.

Z załączonych dokumentów Wasza Królewska Mość zobaczy, co uczyniłem dotąd dla ocalenia honoru imienia saskiego; jest to jednak już ostatnia próba.

Jeśli głos mój nie zostanie wysłuchany, zmuszony będę – nie bez bólu, ale czysty w moim sumieniu i w poczuciu spełnionego obowiązku – przywrócić porządek siłą i w razie potrzeby rozstrzelać wszystkich żołnierzy armii saskiej.

W dniu Sądu Ostatecznego przelana krew spadnie na tego, kto jest za jej przelew odpowiedzialny: a w obliczu Tronu Wszechmocnego pozwolenie na wydanie rozkazów i samo ich wydanie uważane będzie za jedno i to samo.

Wasza Królewska Mość rozumie dobrze, że 73-letni starzec nie może mieć innych pragnień doczesnych, jak tylko pragnienie zwycięstwa prawdy i prawa.

Dlatego Wasza Królewska Mość musi przyjąć ten list.

Blücher

Kwatera główna w Liège, 6 maja 1815 roku”.

Blücher swoje uczucia wyrażał w sposób dość dziwny. Gdy umarła mu żona, zauważył: „Tak, była piękna jak ropucha, a duszę miała jak tysiąc diabłów”. Dość podobny rodzaj sentymentu znalazł swój wyraz w uwadze, jaką podzielił się z Metternichem w wielkiej galerii pałacu Napoleona w Saint-Cloud, który okupował ze swymi huzarami po Waterloo. „Ten człowiek – oświadczył – to musiał być kompletny głupiec, żeby mieć to wszystko i lecieć do Moskwy”. Był rozczarowany, że „kompletnego głupca” spotkał los tak łagodny, jak wygnanie na Wyspę Świętej Heleny, i próbował starać się o to, by go uśmiercono. Wellington nie chciał słyszeć o tym planie, jak wynika z listu pisanego przez niego 28 czerwca, gdy Napoleon był jeszcze wolny:

„Paryżanie myślą, że Jakobini wydadzą go (Napoleona) mnie – w przekonaniu, że ja uratuję mu życie. Blücher pisze do mnie, żeby go zabić, ale odpowiedziałem mu, że będę protestował przeciw temu i będę się domagał, aby załatwić jego sprawę za wspólnym porozumieniem. Napisałem też, że jako osobisty przyjaciel nie radzę mu maczać rąk w tak brzydkim postępku; że i on, i ja odegraliśmy zbyt wybitną rolę w całej sprawie, abyśmy mieli zostać katami, i że jeśli nasi władcy chcą, żeby zginął – muszą zwrócić się do kata, którym ja na pewno nie będę”.

Kto pamięta powojenne wybory angielskie pod hasłem „Powiesić Kajzera!”, ówczesne nastroje mas i wypowiedzi naszych najwybitniejszych mężów stanu4 – uświadomi sobie, o ile Prusy w 1815 roku wyprzedziły świat i jak przestarzałe musiały wydawać się skrupuły Wellingtona jednemu z późniejszych pokoleń.

Jakkolwiek by oceniać idee polityczne związane z odrodzeniem Niemiec na początku XIX wieku, przyznać trzeba, że jeśli chodzi o wielkich ludzi i ich wkład do kultury ogólnej, Niemcy przodowały wówczas światu. Trudno by znaleźć w tym okresie poza Niemcami kogoś na poziomie Kanta i Hegla, Goethego i Schillera. Kant i Goethe wprawdzie zawdzięczali w pewnym stopniu swoją wielkość właśnie temu, że obce im były namiętności nacjonalistyczne, i dla późniejszych pokoleń niemieckich niektóre z ich najszlachetniejszych właściwości były rzeczami godnymi pożałowania. Kant uwielbiał Rousseau i sympatyzował z Rewolucją Francuską; napisał traktat zawierający „niegodne mężczyzny sny o wiecznym pokoju”, jak powiada Treitschke. Co zaś do Goethego, to huk armat pod Jeną wywołał w nim refleksje filozoficzne, a nie patriotyczne, i mógł potem zwiedzać pole bitwy w towarzystwie Francuzów, nie odczuwając żadnych wyrzutów sumienia. Kant i Goethe byli to wielcy ludzie, jednak nie przypadłby im do gustu sposób, w jaki zostali wykorzystani przez nacjonalizm niemiecki. W czasach późniejszych wielcy Niemcy byli co prawda przeważnie gorącymi patriotami, zresztą nie bez powodu. W ciągu całego okresu od upadku Napoleona aż do Wielkiej Wojny Niemcy zachowały przewagę w naukach ścisłych i niemal we wszystkich pozostałych gałęziach wiedzy. Nie tylko w dziedzinie nauki, ale i w wielu innych sprawach światopogląd Niemiec z roku 1815 był bliższy tendencjom, jakie ujawniły się w ciągu następnego stulecia, niż ówczesny światopogląd jakiegokolwiek innego kraju. Jak mówi Treitschke:

„Po raz pierwszy od czasów Marcina Lutra idee niemieckie rozeszły się znów po całym świecie i obecnie przyjmowane były z daleko większą gotowością, niż kiedyś idee Reformacji. Niemcy były jedynym krajem, który otrząsnął się już całkowicie z poglądu na świat charakterystycznego dla XVIII wieku. Sensualizm wieku oświecenia zastąpiony został przez filozofię idealistyczną; panowanie rozumu przez głębokie uczucie religijne; kosmopolityzm przez delektowanie się odrębnościami narodowymi; niezmienne prawa naturalne przez uznanie żywotnych sił rozwijających się narodów; prawidła poprawności literackiej przez swobodną poezję, wyładowującą się jak gdyby jakimś głosem natury z głębin duszy; przewaga nauk ścisłych przez nową kulturę historyczno-estetyczną. Ów świat nowych idei dojrzał całkowicie już w ciągu trzech pokoleń, obejmujących klasyków i poetów romantycznych – w czasie gdy wśród narodów sąsiednich zdobył sobie zaledwie odosobnionych zwolenników; i dopiero teraz podbił nareszcie w swoim zwycięskim pochodzie cały świat”.

W tym samym czasie, jak to również podkreśla Treitschke, papież przywrócił inkwizycję i indeks ksiąg zakazanych, Towarzystwa Biblijne5 zostały ogłoszone jako dzieło szatana, a w okresie Restauracji Burbonów na południu Francji „katolicki tłum wdzierał się do domów protestantów i mordował heretyków z okrzykiem: zrobimy czerninę z krwi Kalwina!”.

Dyplomaci zgromadzeni na kongresie wiedeńskim, choć osobiście oświeceni i cywilizowani, nie czynili nic, aby przeciwdziałać tego rodzaju czarnej reakcji; natomiast przerażały ich nowe idee, szerzące się w Niemczech. Zwłaszcza Metternich postawił sobie za zadanie utrzymać w Niemczech w dalszym ciągu wiek XVIII – i istotnie tłumił z powodzeniem wszelkie przejawy jawnego liberalizmu aż do roku 1848.

Kongres wiedeński odbywał się w nastroju XVIII wieku, i gdy do jego obrad przedostawał się głos demokratycznego nacjonalizmu niemieckiego, był to jakby głos z epoki późniejszej. Innym tematem omawianym na kongresie i również niepasującym do jego atmosfery była sprawa handlu niewolnikami, której sądzone było po raz pierwszy obudzić charakterystyczne dla XIX wieku uczucia filantropijne. Sprawa została wniesiona przez Anglię i traktowana z kompletnym cynizmem przez wszystkie pozostałe państwa. W Anglii nastrój za zniesieniem handlu niewolnikami był niemal powszechny i Castlereagh – cokolwiek myślał o tym prywatnie – musiał słuchać z szacunkiem Wilberforce’a i Clarksona, głównych bojowników tej sprawy. W obrębie posiadłości brytyjskich niewolnictwo zostało zniesione i Anglia usiłowała teraz skłonić inne państwa, aby w przeciągu pięciu lat przyłączyły się do niej. Ku zdumieniu ludzi typu Talleyranda okazało się, że w zamian za tego rodzaju obietnicę Anglia gotowa jest ofiarować solidną rekompensatę terytorialną lub pieniężną, podczas gdy odmowa prowadziłaby prawdopodobnie do odwetowych zarządzeń handlowych z jej strony. Następujący list Castlereagha do ambasadora brytyjskiego w Madrycie oddaje dobrze stanowisko Anglii:

„St. James’ Square, 1 sierpnia 1814 roku

Wielce Szanowny Panie!

…Musi pan stanowczo domagać się od rządu hiszpańskiego, aby poczynił pewne ustępstwa w sprawie handlu niewolnikami; inaczej nie będziemy mogli nic dla niego uczynić, jakkolwiek byśmy tego pragnęli; cały naród zajmuje w tej sprawie zdecydowane stanowisko. Sądzę, że nie ma chyba ani jednej wioski, gdzie mieszkańcy nie zebraliby się i nie złożyli odpowiedniej petycji; obie izby żądają tego i rząd musi uczynić to żądanie podstawą swojej polityki. Jest rzeczą szczególnie ważną, aby Hiszpania i Portugalia nie odłączyły się w tej sprawie od pozostałej Europy; nastąpiłby bowiem wówczas prawdopodobnie zakaz wwozu ich produktów kolonialnych. Proszę więc kłaść nacisk na przyjęcie okresu pięcioletniego przez Francję i żądać koniecznie dania takich samych instrukcji Labradorowi [reprezentant Hiszpanii w Wiedniu].

Co do natychmiastowego zniesienia niewolnictwa na północ od równika, jeśli nie uda się narzucić linii na południe od przylądka Lopez albo Lope Gonsalves, proszę domagać się przynajmniej objęcia zakazem przylądka Formoso albo nieco bardziej na zachód – przylądka Coast Castle; ale przylądek Lopez byłby najlepszy, bo okręty zabierające stamtąd ładunek mogą od razu oddalać się zupełnie od wybrzeża.

Jak panu wiadomo, przed zniesieniem przez nas handlu Hiszpania nie prowadziła go na własny rachunek, a i teraz sprowadza zdaje się niedużo niewolników do swoich kolonii. Najwięcej wywozi ich na Kubę i do Puerto Rico, skąd są wysyłani do Stanów Zjednoczonych i szmuglowani głównie w górę Missisipi, nie bacząc na zniesienie handlu przez Stany. Bardzo ważne jest uzyskanie obopólnej umowy, zezwalającej na przeszukiwanie statków i tępienie w ten sposób nadużyć…”.

Stanowisko Anglii wobec handlu niewolnikami jest psychologicznie rzeczą bardzo dziwną, ponieważ ci sami ludzie, którzy najwięcej uczynili dla jego zniesienia, sprzeciwiali się wszelkim próbom zmniejszenia okropności, jakie działy się w Anglii w związku z rewolucją przemysłową. Jedyne ustępstwo, jakie ludzie typu Wilberforce’a gotowi byli uczynić w sprawie pracy dzieci, polegało na tym, aby w niedzielę dać im czas na poznawanie prawd religii chrześcijańskiej. Nie mieli litości dla dzieci angielskich, ale byli pełni współczucia dla Murzynów. Nie pragnę wyjaśniać tej zagadki, ponieważ jedyne wyjaśnienia, jakie mi się nasuwają, są niesłychanie cyniczne. Sam fakt jednak warto zanotować, jako wybitny przykład złożoności uczuć ludzkich.

Aż do 1919 roku przyjęło się uważać, że kongres wiedeński okazał się fiaskiem, ale od 1919 roku świat wie już, jak wygląda prawdziwe fiasko. Mimo wszystkich braków kongres zasłużył sobie z dwóch względów na wdzięczność Europy. Pierwszym z tych względów była łagodna polityka wobec Francji. Po Stu Dniach co prawda uważano za konieczne okazać większą surowość – nałożona została kontrybucja i wojska koalicji okupowały ważne punkty Francji. Ale w ciągu kilku lat kontrybucja została spłacona i wojska wycofane, i w rezultacie we Francji nie zrodziła się długotrwała nienawiść wobec zwycięzców.

Drugą korzyścią, jaką kongres przyniósł Europie, było utworzenie pewnego międzynarodowego systemu rządów jako sposobu utrzymania pokoju. System ten był wprawdzie chwilowy i opierał się na złych metodach rządzenia, lecz dał Europie okres wytchnienia po 23 latach wojowania. Rosja, Prusy, Austria i Anglia – do których dołączono potem i Francję – postanowiły zwoływać od czasu do czasu wspólne kongresy i decydować na nich o sprawach świata. Umowa ta przyczyniła się do tego, że w ciągu następnych 39 lat nie wybuchła w Europie żadna poważniejsza wojna.