Widzieliśmy Pana - Józef Augustyn SJ - ebook

Widzieliśmy Pana ebook

Józef Augustyn SJ

0,0

Opis

Kontemplacja Jezusa zmartwychwstałego w czwartym tygodniu Ćwiczeń duchownych św. Ignacego Loyoli objawia nam, że ostatecznym celem naszego życia nie jest cierpienie z Jezusem, ale udział w Jego wszystko zwyciężającej miłości. Zmartwychwstały Pan odchodzi z tego świata, by móc powrócić do nas i obdarzyć nas pełnią radości i chwały. Doświadczenie tej prawdy pozwala nam zachować nadzieję i pokój wewnętrzny także w chwilach cierpienia, próby i różnorakich przeciwności życiowych. Na zakończenie Ćwiczeń - zgodnie z myślą św. Ignacego - Józef Augustyn SJ proponuje nam kontemplację Ad amorem. Jest ona pomostem między czasem intensywnej modlitwy rekolekcyjnej a naszą szarą codziennością. Całe Ćwiczenia przeprowadzają nas od pierwszego nawrócenia z grzechu aż po stan bezpośredniego zjednoczenia z Bogiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Pamięcimoich Rodziców, Józefa i Wandyoraz Tych,którzy uczyli mniekultury świętości

W ilustracjach na s. 110, 132, 165, 215, 309 wykorzystano fragmenty reprodukcji z kolekcji The Yorck Project. Prawa autorskie zbioru należą do Zenodot Verlagsgesellschaft GmbH i udostępnio- ne są w domenie publicznej pod GNU Free Documentation License. Jej tekst znajduje się na stronie: http://www.gnu.org/licenses/fdl.html

W ilustracji na s. 98 wykorzystano fragment fotogra i autorstwa Macieja Szczepańczyka, udostępnio- nej przez autora w domenie publicznej pod GNU Free Documentation License. Jej tekst znajduje się na stronie: http://www.gnu.org/licenses/fdl.html

Inne informacje dotyczące opracowania gra cznego znajdują się na końcu książki.

© Wydawnictwo WAM, 2017Wydanie trzecie

RedakcjaBarbara Cabała

Opracowanie graficzneKrzysztof Błażejczyk

Projekt okładkiPaweł Kremer – Chapter One

Przygotowanie wydania elektronicznegohachi.media

ISBN 978-83-277-0855-7 (ePub)ISBN 978-83-277-0856-4 (Mobi)

NIHIL OBSTATPrzełożony Prowincji Polski PołudniowejTowarzystwa Jezusowego ks. Wojciech Ziółek SJ, prowincjałKraków, dn. 1 lutego 2011 r., l.dz. 375/2010

WYDAWNICTWO WAMul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków • tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003e-mail: [email protected]

DZIAŁ HANDLOWYtel. 12 62 93 254-256 • faks 12 62 93 496e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWAtel. 12 62 p93 260 • www.wydawnictwowam.pl

Wstęp

Kultura świętości

Wszyscy chrześcijanie powołani są do świętości. Takie jest pragnienie Bożego Serca: Świętymi bądźcie, bo ja jestem święty (por. Kpł 11, 44). Przypomniał nam owo powołanie Sobór Watykański II w Konstytucji o Kościele Lumen gentium. Święci są też znakiem wiarygodności Kościoła. Wierzymy w święty Kościół dzięki męczennikom i wyznawcom. To właśnie oni powołanie do świętości w pełni zrealizowali i przypominają nam o „powszechnym powołaniu do świętości”.

Święci są duchowym bogactwem Kościoła; oni uczą nas, jak można z wielką mądrością, hojnością i wytrwałością naśladować Jezusa Chrystusa. To dlatego „Święci nie przemijają. Święci żyją świętymi i pragną świętości. Święci wołają o świętość” – mówił Jan Paweł II w Starym Sączu w 1999 r. To przekonanie Ojca Świętego jest bardzo trafne i potwierdziło się w życiu wielu świętych Kościoła.

Święty Ignacy Loyola zapragnął całkowitego oddania się służbie Bogu po lekturze życiorysów znanych świętych; pragnął być taki jak św. Franciszek i św. Dominik. On także chciał dokonać wielkich rzeczy dla Boga. Święta Edyta Stein poprosiła o chrzest po przeczytaniu Księgi życia św. Teresy z Ávili. Święty Maksymilian Maria Kolbe podczas studiów w Rzymie rozczytywał się w Dziejach duszy św. Teresy z Lisieux.

Leon Bloy napisał, że człowiek tylko jednego powinien żałować – że nie pragnął kiedyś w przeszłości być świętym. Bez głębokiego odczuwania świętości w sercu życie człowieka może być przeżywane byle jak. Trzeba jednak pamiętać, że łaska świętości jest przede wszystkim działaniem samego Boga w duszy człowieka. To nie przez silną wolę człowiek zdobywa chwałę ołtarzy, lecz przede wszystkim przez otwieranie swego serca na działanie Boga.

Skarbiec Kościoła jest pełen łask, jakie bezpośrednio od Boga otrzymali męczennicy, święci i błogosławieni. Oni pragną dzisiaj pomagać wierzącym w dążeniu do świętości. Święci są bowiem cierpliwymi nauczycielami modlitwy. W ich życiu Bóg był na pierwszym miejscu, często w bardzo dramatycznych okolicznościach życia. Właśnie dlatego świadectwo męczenników i świętych uczy nas odważnego wyznawania wiary pośród rozmaitych prób. Święci tworzyli i tworzą zręby kultury. Naśladując tak jak oni Jezusa Chrystusa, zostaliśmy wezwani, by przemieniać nasze otoczenie, miejsca pracy i rozrywki. Święci nie boją się świata, nie są od niego odcięci. Pragną wnieść w jego struktury ducha służby i miłości.

Wiele razy Jan Paweł II wzywał wiernych do życia w świętości na początku nowego tysiąclecia. Przypominał nam, że święci są zawsze młodzi duchem, radują się życiem, które bez reszty powierzają Bogu. Książka ta jest także odpowiedzią na apel Ojca Świętego Benedykta XVI, by odnawiać Kościół świadectwem życia ofiarnego i bliskością z Bogiem po trzykroć świętym.

Święci w sposób pełny odpowiadają na Słowo skierowane do nich przez Boga i najpełniej doświadczają radości życia według ducha Jezusowych błogosławieństw. Cyprian Kamil Norwid, urzeczony postacią św. Stanisława Kostki, napisał wiersz A ty się odważ; oto jego fragment:

A ty się odważ świętym stanąć Pana

A ty się odważ stanąć jeden sam

Być świętym – to nie zlękły powstać z wschodem

To ogromnym być, przytomnym być!

Krocz – jasny, uśmiechnięty,

Na twarzy ten Chrystusa rys

Miłość

Święty aż po krzyż – przez krzyż – na krzyż!

Ty się wahasz? Ty się cofasz?

Ty się odważ świętym być!

Ojciec Święty Benedykt XVI, opisując postać św. Grzegorza z Nyssy, podkreśla, że „celem człowieka jest kontemplowanie Boga. Tylko w ten sposób może on znaleźć swe zaspokojenie. Aby w jakiś sposób osiągnąć wcześniej ten cel już w tym życiu, musi on nieustannie dążyć do życia duchowego, życia w dialogu z Bogiem. Innymi słowy – i to jest najważniejsza nauka, jaką pozostawił nam św. Grzegorz z Nyssy – pełna realizacja człowieka polega na świętości w życiu przeżywanym w spotkaniu z Bogiem, które staje się w ten sposób jaśniejące także dla innych, także dla świata”.

Świętość rodzi radość, dlatego papież Benedykt XVI wskazuje na świętych, od których wiele możemy się nauczyć. Często przywołuje postać Biedaczyny z Asyżu:

„(…) Franciszek przypomina nam, że w stworzeniu ujawnia się mądrość i dobroć Stwórcy. Dlatego pojmuje on przyrodę jako język mówiący nam o Bogu, którym możemy też mówić o Bogu. Jednym słowem, Franciszek był wielkim świętym i człowiekiem radosnym. Jego prostota, pokora, wiara, miłość do Chrystusa i jego dobroć wobec każdego człowieka czyniły go radosnym w każdej sytuacji. Między świętością a radością istnieje ścisły i nierozerwalny związek” – stwierdził papież, zaznaczając, iż św. Franciszek uczy nas, że „ową tajemnicą prawdziwego szczęścia jest stawanie się świętymi”.

W uroczystość Wszystkich Świętych, 1 listopada 2013 r., podczas spotkania z wiernymi na modlitwie Anioł Pański Ojciec Święty Franciszek powiedział, że święci nie są „superludźmi” i nie urodzili się doskonali: „Świętość to nie przywilej niewielu, lecz powołanie dla wszystkich”.

Mam nadzieję, że książka Święci z charakterem pomoże jej czytelnikom poznać historię świętych, którzy modlili się i pracowali. Jest to okazja do poznania patronów naszych parafii, kościołów i kaplic. Książka ta może też być przewodnikiem pomagającym w wyborze imienia świętego patrona dla nowo narodzonego dziecka.

Cierpliwi

Św. Antoni Maria Claret

(1807–1870)

Apostoł Kuby

Urodził się 23 grudnia 1807 r. w Katalonii, miał dziesięcioro rodzeństwa. Od najmłodszych lat pracował w warsztacie tkackim swego ojca. Odkrył w sobie powołanie do kapłaństwa, dlatego po nauczeniu się języka francuskiego i łaciny wstąpił do seminarium w Vich. W 1835 r. przyjął święcenia kapłańskie. Idąc za wewnętrznym natchnieniem, udał się do Rzymu, gdzie rozpoczął nowicjat w Towarzystwie Jezusowym; na skutek choroby musiał jednak je opuścić.

Z Włoch powrócił do Hiszpanii, gdzie z wielkim zaangażowaniem udzielał rekolekcji i głosił misje dla prostego ludu. Dotarł nawet na Wyspy Kanaryjskie. Wszędzie dbał o szerzenie edukacji religijnej, wydając w tym celu tysiące broszur. Z jego inicjatywy zrodziło się nowe zgromadzenie Misjonarzy Synów Niepokalanego Serca Maryi, zwanych klaretynami.

Pan Bóg przygotował dla niego jeszcze jedną wielką misję – został mianowany arcybiskupem Santiago na Kubie. Na wyspę przybył w 1851 r. Najpierw zatroszczył się o formację duchową kapłanów tej zaniedbanej diecezji. Dla nich organizował rekolekcje i dni skupienia, następnie otoczył opieką lud swojej diecezji.

Owoc jego 7-letnich rządów był imponujący: założył 53 nowe parafie i wiele domów zakonnych, wygłosił 11 tysięcy kazań, zalegalizował 30 tysięcy małżeństw i bierzmował 300 tysięcy ludzi. Jednocześnie dbał o ubogich, organizował pomoc charytatywną. Miał też wrogów: czterokrotnie chciano go zabić, spalono także jego dom. W 1856 r. został raniony przez mężczyznę, którego konkubinę nawrócił.

W 1857 r. został wezwany na dwór hiszpański, gdzie został spowiednikiem królowej. Kontynuował swoją działalność wydawniczą, organizował duszpasterstwo dla artystów i pisarzy. Towarzyszył rodzinie królewskiej na wygnaniu we Francji, gdy w Hiszpanii wybuchła rewolucja. Przebywał później w Rzymie, gdzie bronił nieomylności papieża w sprawach wiary i moralności. Zmarł jako wygnaniec we Francji w 1870 r.

Przykład jego życia uczy nas, jak powinniśmy na każdym etapie naszego życia poszukiwać woli Bożej i być zawsze gotowi wyruszyć aż na krańce świata z Ewangelią zmartwychwstałego Jezusa.

Św. Józef Pignatelli SJ

(1737–1811)

Wierny zakonnik

Józef urodził się 27 grudnia 1737 r. w Saragossie, w neapolitańskiej rodzinie książąt Monteleone. Po śmierci ojca w 1744 r. przebywał w Neapolu u swej siostry hrabiny Arezza. Mając 12 lat, powrócił do Saragossy i rozpoczął naukę w szkole prowadzonej przez jezuitów. W 1753 r., w wieku 16 lat, wstąpił do nowicjatu Towarzystwa Jezusowego. Został wyświęcony na kapłana w 1762 r. Bardzo pragnął udać się na misje do Indii, ale przełożeni nie wyrazili na to zgody, obawiając się sprzeciwu ze strony wpływowej rodziny. Józef był zawsze pełen Bożej miłości, pokory, cechowała go wysoka kultura osobista w relacjach z innymi.

Druga połowa XVIII wieku była dla jezuitów okresem trudnym. W 1767 r. zakon wydalono z Hiszpanii. 600 współbraci, po wielu przygodach, dotarło do Włoch. Zatrzymali się w Ferrarze. Żyli tam i pracowali dzięki pomocy papieża oraz siostry ojca Pignatellego. Kasata Towarzystwa Jezusowego w 1773 r., której dokonał papież Klemens XIV pod naciskiem dworów królewskich, zaskoczyła jezuitów. Bo choć wcześniej piętrzyły się trudności i do jezuitów rozsianych po całym świecie dochodziły niepokojące wieści, to jednak mało kto przypuszczał, że zakon zostanie rozwiązany.

To, co wtedy przeżyło wielu jezuitów, którzy z dnia na dzień stali się wyłączonymi poza nawias tułaczami, było niezwykle bolesne. Ojciec Ricci, generał zakonu, został uwięziony w Zamku Anioła w Rzymie na wiele lat. Duża część jezuitów przeszła do różnych diecezji. Byli też i tacy, którzy jak ojciec Józef Pignatelli, nie mogli się pogodzić z dokonującą się krzywdą i dlatego do końca swoich dni postanowili pozostać jezuitami.

Ojciec Pignatelli skorzystał z zaproszenia księcia Ferdynanda do Parmy. Zgodził się na to papież i w 1797 r. ojciec Józef odnowił swoje śluby. Dwa lata później papież pozwolił jezuicie na założenie nowicjatu.

Od 1803 r. ojciec Józef był prowincjałem prowincji włoskiej i zabiegał o ponowną papieską aprobatę zakonu. Powstawały kolejne kolegia jezuitów w różnych miastach Italii. Jezuici zostali przyjęci także przez Piusa VII w Rzymie. Ojciec Pignatelli zmarł 15 marca 1811 r. Pius XI beatyfikował go w 1933 r., kanonizował zaś Pius XII w 1954 r. Zakon został ponownie zatwierdzony w 1814 r.

O przywiązaniu ojca Józefa Pignatellego do Towarzystwa Jezusowego świadczy fragment z jego listu do brata Joachima Pignatellego:

Jeżeli jeszcze raz napiszecie do mnie list, proszę was, byście ani jednym słowem nie wspominali o porzuceniu mojego powołania. Owszem, proszę, byście się i w Rzymie nie starali o to, bym mógł przejść do jakiegoś innego zakonu, bo na to nigdy się nie zgodzę, nawet gdybym musiał to życie tysiąc razy utracić. Niech wam Bóg daje szczęście we wszystkim. Wasz brat, Józef Pignatelli z Towarzystwa Jezusowego.

Bł. Honorat Koźmiński

(1829–1916)

Więzień konfesjonału

Urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej. Podczas pobierania nauk w gimnazjum w Płocku utracił łaskę wiary. W 1846 r. został uwięziony w Cytadeli Warszawskiej za rzekomy udział w spisku przeciwko carowi. Tam bardzo ciężko zachorował na tyfus. Od wielu lat jego matka modliła się o nawrócenie syna, a teraz, gdy jego życie było zagrożone, błagała Boga o dar uzdrowienia. Została wysłuchana. W uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, 15 sierpnia, jej ukochany syn zaczął wracać do pełni sił. W tym samym czasie przeżył też głębokie nawrócenie wymodlone przez matkę.

Postanowił poświęcić swoje życie Panu w zakonie i w wieku 20 lat wstąpił do kapucynów. Jego kazania, a przede wszystkim posługa w konfesjonale, zjednały mu wiele serc. Uważał, że ukazywanie ludziom, jak wielka jest miłość Boga, może uzdrowić wszelkie biedy, tak materialne, jak i moralne. Pragnął odnowić życie religijne w polskim społeczeństwie przez rozwijanie działalności III Zakonu św. Franciszka.

Władze carskie, obawiając się jego dalszego oddziaływania, zakazały mu opuszczać warszawski klasztor. Trwało to 24 lata. Owoc okazał się jeszcze bardziej obfity. Jego posługa spowiednika i prowadzone kierownictwo duchowe zaowocowały powstaniem 25 zgromadzeń zakonnych i stowarzyszeń ludzi świeckich. Dzięki jego gorliwości, na przekór carskim ukazom, na terenach zaboru rosyjskiego nastąpił rozkwit życia konsekrowanego. Ojciec Honorat był niezmordowanym głosicielem słowa Bożego, zarówno na ambonie, jak i w pracy pisarskiej, szerząc kult Serca Bożego i miłość do Maryi. Zmarł w opinii świętości w Nowym Mieście nad Pilicą 16 grudnia 1916 r. Ojciec Święty Jan Paweł II beatyfikował go 16 października 1988 r.

Dzisiaj ten wielki patriota przypomina nam o owocach, jakie możemy czerpać z sakramentu pojednania i z kierownictwa duchowego. Możemy się też przekonać, że odnowa życia duchowego dokonuje się nie tyle poprzez bogate środki techniczne, jak np. radio czy telewizja, ale w ciszy kościołów i domów rekolekcyjnych, gdzie wierni z łatwością mogą spotkać Boga miłosiernego działającego przez ręce kapłanów.

Bł. Rupert Mayer SJ

(1876–1945)

Kulejący apostoł

Ojciec Rupert Mayer był niemieckim jezuitą, który przez całe życie służył Bogu i ludziom ubogim. Miał wielką odwagę, by bronić godności każdego człowieka, zwłaszcza w okresie dominującej ideologii narodowego socjalizmu. W czasach nasilającego się hitlerowskiego terroru stanął po stronie prześladowanych. Został za to uwięziony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen w 1939 r. Powiedział wtedy: „Łzy radości stanęły mi w oczach, gdy z powodu mego powołania zostałem zaszczycony więzieniem i niepewną przyszłością”. Cudem udało się go zwolnić w 1940 r., pod warunkiem że zostanie internowany w opactwie benedyktyńskim w Ettel.

Ojciec Rupert Mayer urodził się w Stuttgarcie 23 stycznia 1876 r. w rodzinie kupieckiej. Po ukończeniu studiów we Fryburgu Szwajcarskim, Monachium i Tybindze wstąpił do seminarium diecezjalnego w Rottenburgu, gdzie w 1899 r. został wyświęcony na kapłana. Rok później rozpoczął nowicjat w zakonie jezuitów. Jako jezuita zajmował się głównie kaznodziejstwem. W czasie I wojny światowej został kapelanem w szpitalu wojskowym. Wiernie służył opieką duchową rannym żołnierzom. Sam został ciężko ranny i lekarze zdecydowali się na amputację jego nogi.

Gdy zamieszkał w Monachium, otoczył opieką bezdomnych i ubogich. Powszechnie nazywano go „kulejącym apostołem”. Opiekował się ludnością napływową, której w tym czasie było bardzo wiele. Pocieszał ludzi i podtrzymywał ich na duchu w trudnościach, przypominając, że w naśladowaniu Chrystusa można znaleźć rozwiązanie wszystkich problemów. Opiekował się także Sodalicją Mariańską, bardzo popularnym przed II wojną światową stowarzyszeniem katolików świeckich, które opierało swą duchowość na Ćwiczeniach duchownych św. Ignacego Loyoli.

Wiele spowiadał, głosił rekolekcje i konferencje o tematyce religijnej, w których podkreślał rolę i zadania każdego katolika, zwłaszcza w obszarze politycznym i społecznym. Wszystkim przypominał, że chrześcijaństwo jest przede wszystkim religią miłości.

Wielką popularnością cieszyły się jego kazania wygłaszane w jezuickim kościele św. Michała oraz w kaplicy sodalicyjnej w centrum bawarskiej stolicy. Nie pozostawił po sobie żadnych książek, pisał bezpośrednio na ludzkich sercach rylcem słowa Bożego. Przypominał Boże prawo, które powinno być ponad prawem ludzkim, zwłaszcza tym ustanawianym przez nieludzkiego dyktatora. Mówił o sobie: „Stary jednonogi jezuita – jeżeli to jest wolą Bożą – żyje dłużej niż 1000-letnia bezbożna dyktatura”. Podczas jednego z przesłuchań powiedział: „Możecie mnie zgładzić, ale prawda musi być wypowiedziana”.

Często powtarzał słowa modlitwy: Panie, jeśli Ty chcesz, na wszystko mam czas, teraz i w wieczności. Nie rozpamiętywał przeszłości i nie wybiegał zbytnio w przyszłość, prosił Boga o pomoc każdego dnia na nowo i dokładnie wypełniał wszystkie swoje obowiązki. Żył cały Ewangelią i misją Kościoła. Lubił przypominać, że Kościół trzeba ludziom „donieść” wszędzie tam, gdzie żyją.

Choć został uwięziony, to jednak nie zdołano złamać jego sił duchowych. Pan Jezus obdarzał go odwagą wiary. Ojciec Rupert wiedział, że bardziej trzeba słuchać Boga i swego prawego sumienia aniżeli ludzi owładniętych żądzą władzy i dominacji nad światem.

Doczekał się upragnionego przez wszystkich końca wojny, ale miesiące przeżyte w obozie sprawiły, że ciężko zachorował i był bardzo słaby. Stracił mowę podczas głoszonego przez siebie kazania na Mszy św. 1 listopada 1945 r., w uroczystość Wszystkich Świętych. Kilka godzin później zmarł w szpitalu. Dołączył do orszaku mężnych wyznawców Chrystusa, którzy wierni Bogu, pielgrzymują przez świat w kierunku nieba, by w końcu stanąć przed Boskim Obliczem w zadziwieniu wobec piękna i wierności miłosiernego Stwórcy.

Św. Ojciec Pio z Pietrelciny

(1887–1968)

Zapach świętości

Ojciec Pio to jeden z najbardziej znanych i czczonych dzisiaj świętych XX wieku. Jego grób nawiedza każdego roku około 10 milionów pielgrzymów z całego świata. W 2008 r. w San Giovanni Rotondo do publicznej czci wystawiono zabalsamowane relikwie zakonnika, przy których modlił się także papież Benedykt XVI. Ojciec Pio, będąc młodym kapucyńskim zakonnikiem, został obdarzony stygmatami Męki Pańskiej, podobnie jak św. Franciszek z Asyżu. To trudne powołanie spowodowało w jego życiu wiele cierpień fizycznych i duchowych, a także upokorzeń znoszonych przez całe lata z wielką cierpliwością i pokorą. Całkowicie powierzał się Jezusowi i Jego Matce, dlatego przyniósł, i wciąż przynosi, obfite owoce swej świętości dla całego Kościoła.

Ojciec Pio urodził się w ubogiej rodzinie 25 maja 1887 r. w małej włoskiej miejscowości Pietrelcina niedaleko Neapolu. Wcześnie odkrył powołanie do życia zakonnego. Mając 16 lat, wstąpił do nowicjatu kapucynów. Z wielką gorliwością traktował codzienne modlitwy we wspólnocie, a także swoje obowiązki nowicjusza, a potem studenta filozofii i teologii. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1910 r. Pewnie w przyszłości byłby jednym z wielu pobożnych zakonników oddanych Chrystusowi Panu, gdyby nie drugie powołanie.

Dnia 20 września 1918 r., spowiadając chłopców, Ojciec Pio poczuł ogromny ból, który trwał w jego ciele przez dwa dni. Wydawało mu się, że umiera. Cierpienie było ogromne, przeszywające cały organizm. Bóg naznaczył jego ciało pięcioma Chrystusowymi ranami. W ten sposób przygotował sobie narzędzie do wypełnienia swego planu jednania ludzi z Sobą w sakramencie pojednania i w Eucharystii. Zanim to się jednak dokonało, Ojciec Pio przeżył wiele upokorzeń. Był czas, że musiał opuścić na jakiś czas klasztor; przebywał wtedy w domu rodzinnym. Wielką pomoc okazał mu wtedy ojciec Augustyn, jego kierownik duchowy. Przez 10 lat doświadczał zakazu kontaktowania się z ludźmi i publicznego odprawiania Mszy św. Autentyczność stygmatów była wiele razy badana.

Prawie całe swoje życie zakonne spędził w jednym klasztorze – San Giovanni Rotondo. Jego zakonne i kapłańskie życie upływało pomiędzy ołtarzem, konfesjonałem i celą. Jego świętość, modlitwy i surowe pokuty duchowo owocowały w setkach tysięcy osób, które nawiedzały zakonnika. Nie wszyscy jednak mogli się wyspowiadać, ale samo już uczestniczenie we Mszy św., którą kapucyn odprawiał prawie 3 godziny, było czasem wielkiej łaski i przemiany. Ci, którzy spowiadali się u Ojca Pio, pod wpływem Bożego działania przemieniali swoje życie. Bywało, że przystępowali do sakramentu pokuty nawet po 30 i 40 latach.

Ojciec Pio miał łaskę przenikania wnętrza człowieka. Gdy spowiedź była niepełna, zachęcał, by się lepiej przygotować i przyjść ponownie. Ktoś zadał mu pytanie: „Czy nie uważasz, Ojcze, że to ryzykowne nie udzielić komuś rozgrzeszenia?”. Odpowiedział bez chwili wahania, że nie, bo towarzyszy tej osobie modlitwą i umartwieniem. Po pewnym czasie skarceni wracali i w sposób wyczerpujący przedstawiali stan swej duszy i relacji z Bogiem.

Ojciec Pio miał też łaskę uzdrawiania. Ci, którzy jej doświadczali, czuli wokół siebie niezwykle piękny i mocny zapach podobny do tego, który wydzielają fiołki.

Stygmatyk był w stanie załatwiać sprawy na odległość. Pewnego razu przybyła do klasztoru, gdzie spowiadał Ojciec Pio, pewna kobieta, która pragnęła poradzić się zakonnika w bardzo ważnej sprawie. Było tak wiele osób do spowiedzi, że nie zdążyła zamienić z nim ani jednego zdania. Zawiedziona poszła na dworzec kolejowy, by powrócić do swego miasta. Będąc już na peronie, usłyszała, że ma się zgłosić do zawiadowcy stacji. Ten przekazał jej list, w którym zawarta była odpowiedź na jej kłopoty. Takich historii jest bardzo wiele i można o nich przeczytać choćby w książce Tajemnica Ojca Pio, od kilku lat wznawianej w Wydawnictwie WAM.

Kapucyn z San Giovanni Rotondo posiadał także dar bilokacji, tzn. mógł być obecny w dwóch miejscach w tym samym czasie. Spowiadał i jednocześnie np. ratował zagrożonych katastrofą lotników, którzy go widzieli za szybami samolotu… Kiedy jeden z nich spotkał Ojca Pio, rozpoznawszy go, podziękował mu za ocalenie życia. Wtedy kapucyn zażartował, że za drugim razem nie będzie się zajmować sterami maszyny.

Ojciec Pio był także bardzo wrażliwy na los ludzi ciężko chorych. To dla nich z pomocą wielu hojnych dobrodziejów wybudował duży, nowoczesny szpital, „Dom ulgi w cierpieniu”, który do dzisiaj służy setkom cierpiących na różne schorzenia. Głównym i najlepszym lekarzem, obok świetnych specjalistów, jest Pan Jezus. Kapucynowi bardzo zależało, by także czas choroby ludzie przeżywali z wiarą w Bożą Opatrzność oraz by w tej trudnej próbie nie byli osamotnieni. Dlatego chorych, którzy tam się leczą, wspierają liczni wolontariusze.

Ojciec Pio został kanonizowany przez Jana Pawła II w 2002 r. Ksiądz Karol Wojtyła, jeszcze jako młody student rzymskiego Angelicum, spotkał się osobiście z kapucynem. Jego też prosił w liście o uzdrowienie z choroby nowotworowej pewnej Polki, która została cudownie uratowana.

Dzisiaj wielu z nas czerpie przykład z tego gorliwego zakonnika, który – jak kiedyś św. Franciszek z Asyżu – budzi Kościół i przynagla go do duchowej odnowy. Misja Ojca Pio trwa nadal. Wielu chrześcijan karmi się jego duchowością eucharystyczną, maryjną i pokutną. Prośmy dzisiaj, byśmy tak jak on umieli usłyszeć głos Boga wzywający nas do nawrócenia. Święty Ojcze Pio, módl się za nami!

Dobrzy

Św. Mikołaj

(IV w.)

Wrażliwy biskup

Święty Mikołaj nie jest legendarną postacią z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, nie jest Dziadkiem Mrozem z epoki PRL-u ani na czerwono ubranym klaunem rozdającym cukierki na krakowskim Rynku. Był katolickim biskupem żyjącym w pierwszej połowie IV wieku, który troszczył się m.in. o przygotowanie posagu dla ubogich dziewcząt, by mogły wyjść za mąż. Cechowała go wielka wrażliwość na biedę wdów i sierot. Jednym słowem, był świętym z „wyobraźnią miłosierdzia”, dlatego trzeba i warto go naśladować w naszych „kryzysowych” czasach, i to nie tylko 6 grudnia, lecz na co dzień.

Święty Mikołaj był biskupem miasta Miry w Azji Mniejszej. Słynął z dobroci i troski o ubogich. Jego postać osnuta została wieloma legendami. Jedna z legend mówi o uwolnieniu, dzięki interwencji biskupa Mikołaja, trzech niesprawiedliwie uwięzionych oficerów. Inna opowiada o trzech ubogich pannach, które wyszły za mąż dzięki dyskretnemu dostarczeniu posagu przez świętego. Opowiadano też o trzech młodzieńcach uratowanych przez niego od wyroku śmierci. Inna jeszcze legenda przywołuje historię żeglarzy wybawionych z morskiej katastrofy dzięki naszemu biskupowi.

W IX wieku w Rzymie zbudowano wiele kościołów ku czci św. Mikołaja. Jego relikwie, z powodu rozprzestrzeniającego się w Azji Mniejszej islamu, przewieziono w 1087 r. do Bari, gdzie są do dzisiaj nawiedzane przez wielu pielgrzymów, także prawosławnych. Święty Mikołaj jest bardzo szanowany w Kościele prawosławnym, zwłaszcza na terenach dawnej Rusi. Wiele cerkwi posiada ikonę z jego wizerunkiem.

Od XVIII wieku z jego kultem łączono udzielanie stypendiów ubogiej młodzieży. Stąd pochodzi długa tradycja robienia upominków-niespodzianek dla dzieci, które od dawna czekają na ten radosny dzień.

Święty Mikołaju, wypraszaj nam łaskę u Boga, byśmy tak jak ty umieli dostrzegać opuszczone i ubogie dziewczęta, samotne wdowy, zaniedbaną młodzież i ludzi starych, o których już nikt nie pamięta. Ucz nas, podobnej jak twoja, hojności serca, byśmy chętnie czynili dar ze swego życia dla innych.

Św. Marcin z Tours

(316–397)

Radość daru

Marcin urodził się w 316 r. w Panonii (dzisiejsze Węgry). Uczył się w Pawii, w Lombardii. Został rycerzem cesarskim, mając 15 lat. W ikonografii spotykamy go na koniu, gdy odcina połę swego płaszcza, by nakryć nią zziębniętego żebraka. Zdarzenie miało miejsce w Amiens, we Francji. Mając 18 lat, przyjął chrzest. W 356 r. opuścił wojsko i dołączył do uczniów św. Hilarego w Poitiers.

Powróciwszy do rodzinnego kraju, sprawił, że chrzest przyjęła jego matka. W swoich ojczystych stronach spotkał się z przykrościami ze strony arian, dlatego wrócił do Galii, gdzie założył dwa klasztory i został wybrany na biskupa Tours. Mnisi, których gromadził wokół siebie, łączyli osobistą modlitwę z apostolstwem. Prowadził wiele dzieł misyjnych w różnych częściach ówczesnej Europy. Święty biskup rozmawiał z cesarzem i innymi władcami, by pozyskać ich dla swego przedsięwzięcia ewangelizacji ludów Europy. Dla błądzących w wierze heretyków był bardzo łagodny, za to dla siebie niezwykle surowy i wymagający.

Warto naśladować postawę hojności św. Marcina. W ten sposób na co dzień będziemy współtworzyć chrześcijańską kulturę, której cechą charakterystyczną jest zdolność do bycia darem dla innych. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!

My również możemy otworzyć nasze serca. Przed świętami Bożego Narodzenia organizowane są zbiórki odzieży i produktów spożywczych przeznaczonych dla ubogich rodzin w Polsce i za granicą. Co roku apelują o to organizacje pozarządowe, głównie Caritas Polska, Pomoc Kościołowi w Potrzebie, a także PCK i TPD czy Radio Maryja, dzięki popularnej audycji „Mogę, chcę pomóc”. Od wielu lat jesienią redakcja Programu 1 Polskiego Radia organizuje ogólnopolską zbiórkę odzieży i artykułów żywnościowych dla dzieci, pod hasłem „Pomóż im przetrwać zimę”.

Dlatego warto usunąć z naszych mieszkań, szaf i spiżarni to, czego mamy za dużo, a także wszystko, co zbędne, a jest jeszcze w dobrym stanie.

Św. Elżbieta Węgierska

(1207–1231)

Opiekunka ubogich

Elżbieta urodziła się w 1207 r. w Bratysławie, w rodzinie królewskiej. Jej ojcem był Andrzej II, król Węgier. Już jako 4-letnia dziewczynka zamieszkała w Wartburgu i została zaręczona z Ludwikiem IV, późniejszym landgrafem Turyngii. Mając 14 lat, wyszła za niego za mąż. Bóg obdarzył ich trójką dzieci. W 1227 r., w czasie wyprawy krzyżowej, zmarł jej mąż. To bolesne doświadczenie jeszcze bardziej otworzyło Elżbietę na życie duchowe i pogłębioną relację z Bogiem.

Zostawszy wdową w wieku 20 lat, poświęcała wiele czasu na wychowanie dzieci, modlitwę i uczynki miłosierdzia. Przeniosła się do Marburga, gdzie ufundowała szpital, w którym sama posługiwała chorym. Z wielką dbałością opatrywała rany chorym na trąd, leczyła kalekich. Rozdała pokaźną sumę pieniędzy ubogim i ludziom pokrzywdzonym przez los. Najbliższa arystokratyczna rodzina uznała jej postępowanie za szaleństwo.

Ona jednak coraz bardziej pragnęła całkowicie oddać się Bogu, dlatego powierzając swoje dzieci opiekunom, w 1228 r. Elżbieta złożyła ślub wyrzeczenia się świata i stała się tercjarką św. Franciszka. Biedaczyna z Asyżu był dla niej wzorem, dlatego szpital, który założyła, nosił jego imię. Od niego uczyła się wzgardy dla ziemskich bogactw oraz wrażliwości na los ubogich. Najbiedniejszych i odrzuconych zapraszała do swego stołu.

Zmarła 17 listopada 1231 r., wyczerpana surowymi pokutami i wytężoną pracą w szpitalu przy posługiwaniu chorym. Zaledwie 4 lata później kanonizował ją papież Grzegorz IX. Do jej grobu przybywali pielgrzymi, którzy otrzymywali łaski cudownego uzdrowienia.

„Święta Elżbieta przedstawiana jest w stroju królewskim albo z naręczem róż w fartuchu. Powstała bowiem legenda, że mąż zakazał jej rozdawać ubogim pieniądze i chleb. Gdy pewnego razu przyłapał ją na wynoszeniu bułek w fartuchu i kazał jej pokazać, co niesie, zobaczył róże, mimo że była to zima. Jej atrybutami są także: kilka monet i różaniec”.

Św. Jadwiga Śląska

(ok. 1178–1243)

Patronka pojednania

Czczona jest po obu stronach Odry, zarówno przez Polaków, jak i Niemców. Obydwa narody uczy służby wobec ubogich, troski o sprawiedliwe prawa i sądy. Może być przykładem mądrego i roztropnego polityka, który zatroskany jest o dobro wspólne.

Święta Jadwiga była córką bawarskiego hrabiego, otrzymała gruntowne wykształcenie w domu rodzinnym, a następnie w klasztorze Benedyktynek. W wieku 12 lat poślubiła we Wrocławiu Henryka, syna Bolesława Wysokiego. Szybko nauczyła się języka polskiego. W 1202 r. została księżną śląską. Była matką sześciorga dzieci, z których czwórka wcześnie zmarła; dotykały ją też nieszczęścia we własnym rodzie. Te bolesne doświadczenia przeżywała z głęboką wiarą i nieustanną modlitwą. Swoim przykładem oddanej i pobożnej żony oraz matki wpływała pozytywnie na swoje otoczenie. Prowadziła ascetyczne życie, często chodziła boso, czym zyskiwała sobie przychylność prostego ludu.

Na terenie swego księstwa otaczała wielką troską poddanych, obniżała czynsze, udzielała pomocy materialnej ofiarom klęsk, odwiedzała chorych, założyła szpital. Była też hojna dla Kościoła: budowała świątynie, dbała o ich wystrój, naczynia i szaty liturgiczne, zakładała klasztory, m.in. klasztor Cysterek w Trzebnicy, do którego wstąpiła po śmierci męża i dwóch dorosłych synów. Kanonizował ją w 1267 r. papież Klemens IV. W 1983 r. Ojciec Święty Jan Paweł II tak mówił o dzisiejszej patronce pojednania polsko-niemieckiego:

„Wyraziła się w jej życiu jakby cała pełnia powołania chrześcijańskiego. Odczytała święta Jadwiga Ewangelię do końca i w całej jej życiodajnej prawdzie. Nie ma w niej rozbieżności pomiędzy powołaniem wdowy-fundatorki klasztoru w Trzebnicy a powołaniem żony-matki w piastowskim domu Henryków. Jedno przyszło po drugim, a równocześnie jedno było głęboko zakorzenione w drugim. Jadwiga od początku żyła dla Boga, żyła miłością Boga nade wszystko tak, jak głosi pierwsze przykazanie Ewangelii. Tak żyła w małżeństwie jako żona i matka. A kiedy owdowiała, z łatwością dostrzegła, że ta miłość Boga nade wszystko może stać się teraz miłością wyłączną Boskiego Oblubieńca. I poszła za tym powołaniem”.

Bł. Salomea

(1212–1268)

Księżna klaryską

Salomea, córka księcia Leszka Białego i Grzymisławy, księżniczki ruskiej, urodziła się w 1212 r. w Krakowie. Mając zaledwie 6 lat, zgodnie ze średniowiecznym zwyczajem została zaręczona z księciem węgierskim Kolomanem i zamieszkała na Węgrzech. Przez krótki okres zasiadała wraz z przyszłym mężem na tronie halickim. W wieku 13 lat poślubiła Kolomana, który był bratem św. Elżbiety Węgierskiej. Razem z mężem zdecydowali, że będzie to „białe małżeństwo”, to znaczy bez podejmowania współżycia. W 1241 r. Koloman odniósł ciężkie rany w walce z Tatarami i zmarł. Niedoszła królowa Węgier powróciła do Polski, pragnąc swoje życie oddać Bogu oraz posłudze ubogim, opuszczonym i chorym.

W Krakowie została serdecznie przyjęta przez swego brata Bolesława Wstydliwego. Salomea była zafascynowana duchowością franciszkańską, dlatego sprowadziła do Polski siostry klaryski z czeskiej Pragi i razem z bratem założyła dla nich klasztor w Zawichoście koło Sandomierza. Zamieszkała w nim w roku 1245, dołączając do grona sióstr, i złożyła śluby zakonne. W 1257 r. klasztor został przeniesiony do Skały-Grodziska koła Ojcowa, w miejsce bardziej bezpieczne, bo niezagrożone najazdami tatarskimi. Salomea założyła miasto Skałę i ufundowała kilka szpitali.

Księżna zawsze z wielką starannością dbała o wystrój kościoła: zaopatrzyła go w księgi liturgiczne, kielichy i szaty liturgiczne. Zakupiła też wiele cennych książek do klasztornej biblioteki. Choć nie była ksienią, to właśnie jej została powierzona troska o materialne utrzymanie wspólnoty sióstr. Zmarła w 1268 r., pozostawiając po sobie przykład wielkiej cierpliwości, pokory, umartwienia i żarliwej modlitwy. Jej relikwie zostały przeniesione do Krakowa, do kościoła św. Franciszka z Asyżu. W uroczystości tej uczestniczyła m.in. św. Kinga i być może bł. Jolanta. Papież Klemens X w 1672 r. ogłosił Salomeę błogosławioną.

Bł. Angela Truszkowska

(1825–1899)

Współczująca miłość

Pochodziła z Kalisza, z wielodzietnej rodziny szlacheckiej. Otrzymała staranne wychowanie w domu, a potem, od 12. roku życia, na pensji w Warszawie. Była zagrożona gruźlicą, dlatego wysłano ją na leczenie do Szwajcarii. Tam otrzymała łaskę pełnej zażyłości z Bogiem. Od dziecka cechowała ją wielka wrażliwość na ludzką biedę. Po powrocie do Warszawy organizowała pomoc ubogim i chorym. Nie zrażając się trudnościami czynionymi przez carskie władze, założyła przytułek dla biednych dzieci i samotnych staruszek.

Jej kierownikiem duchowym w tym okresie był kapucyn, bł. Honorat Koźmiński, który przez 52 lata był internowany przez władze carskie. Przez regularne kierownictwo duchowe założył on aż 25 zgromadzeń zakonnych! Właśnie on zachęcił Angelę, by wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Wkrótce wokół niej zaczęły się gromadzić dziewczęta, które tak jak ona pragnęły modlić się, czerpiąc z adoracji Najświętszego Sakramentu oraz z bogatego źródła duchowości franciszkańskiej. Był rok 1855. Nowe zgromadzenie zostało nazwane felicjankami, bo siostry modliły się przy ołtarzu św. Feliksa w kościele Kapucynów w Warszawie. Angela razem z siostrami zakładała ochronki wiejskie i prowadziła szeroką działalność charytatywną. Cechowała je współczująca miłość i miłosierdzie. Ich hasło brzmi następująco: „Wszystko przez Serce Maryi na cześć Przenajświętszego Sakramentu”. Pracy apostolskiej sióstr felicjanek towarzyszy wezwanie: „Aby przez wszystko i od wszystkiego Bóg był znany, kochany i wielbiony”. Angela zmarła 10 października 1899 roku.

Wielu z nas pamięta, że Ojciec Święty Jan Paweł II bardzo cenił wkład sióstr zakonnych w życie Kościoła, gdyż bez nich Kościół byłby bardzo ograniczony w podejmowaniu służby wobec najuboższych. Błogosławiona Angela Truszkowska jest darem od Pana Boga i przypomnieniem, byśmy tak jak ona hojnym sercem odpowiadali miłością na nieskończoną miłość Boga. Z wdzięcznością pomyślmy dzisiaj o dziewczętach, które nie wahają się, by iść za Jezusem w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Potrzeba jak najwięcej sióstr felicjanek, duchowych córek bł. Angeli Truszkowskiej, by wciąż odnawiała się chrześcijańska dusza Europy, w której święci będą wołać o nowych świętych!

Św. Brat Albert Chmielowski

(1845–1916)

Dobry jak chleb

Był artystą malarzem, przed którym otworem stała kariera artystyczna. Wrażliwość na nędzę człowieka, zwłaszcza na brak Boga, doprowadziła go do odkrycia Bożego Piękna, które przywraca godność grzesznikowi. Bóg jest najdoskonalszym Artystą; On stwarza z niczego. Adam, przeżywając głębokie nawrócenie, stał się świadkiem Chrystusa. Wielu artystów go nie rozumiało, zwłaszcza wtedy gdy odwiedzał najbardziej niebezpieczne dzielnice nędzy w Krakowie.

Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomi pod Krakowem w rodzinie ziemiańskiej. Bardzo wcześnie został osierocony i jego wychowaniem i kształceniem zajęła się rodzina. Uczył się w szkole kadetów w Petersburgu, a następnie w gimnazjum w Warszawie. W latach 1861–1863 studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Brał udział w powstaniu styczniowym i podczas walk został ranny. Dostał się do niewoli rosyjskiej, gdzie w wieku 18 lat przeżył amputację nogi bez środków znieczulających.

Dzięki staraniom rodziny udało mu się opuścić carskie więzienie. Adam Chmielowski udał się wtedy do Paryża, gdzie zajął się studiami malarskimi. Studiował też inżynierię w Gandawie. Studia malarskie kontynuował w Monachium. W każdym środowisku dawał świadectwo wielkiego przywiązania do wiary chrześcijańskiej.

W 1874 r. powrócił do Ojczyzny. Środowisko artystyczne nie dawało mu jednak radości. Jego serce drążył głęboki niepokój i pytanie o sens życia, o zbawienie. Odbył rekolekcje u jezuitów w Tarnopolu, a nawet przez jakiś czas przebywał w nowicjacie jezuitów w Starej Wsi. Nie była to jednak jego droga. W czasie pobytu na Podolu zafascynowała go postać św. Franciszka z Asyżu.

Po przybyciu do Krakowa w 1884 r. Adam nie pogrążył się całkowicie w pracy artystycznej; interesowało go życie miasta, jednak nie to salonowe, oddalone od codziennych problemów ludzi troszczących się o kawałek chleba dla rodziny, bezrobotnych, żebraków i ludzi z marginesu. Jasno widział, że kiedy zabraknie ratunku dla nich, wtedy zostaną wykorzystani przez ruchy lewicowe, co niestety stało się w XX wieku. Dramat tego spotkania artysty z ludzką nędzą przedstawił ks. Karol Wojtyła w dziele Brat naszego Boga. Malarz sprzedawał swoje obrazy, by wspierać materialnie nędzarzy.

Adam Chmielowski coraz bardziej przesuwał na drugi plan swoje ambicje związane z twórczością malarską. Bardziej od obrazów, malowanych olejną farbą na płótnie, interesował go człowiek – żywy obraz i podobieństwo do Boga sponiewieranego przez grzech.

Być może wtedy zaczął malować obraz ubiczowanego Chrystusa, który z ranami na całym ciele, z obliczem zniekształconym przez bezlitosnych oprawców, w obdartej czerwonej szacie, milczący, stał przed pewnym siebie Piłatem. Król królów w największej męce i upokorzeniu. Malowanie tego obrazu zajęło Adamowi sporo czasu. Nie było to zwykłe malowanie, gdyż towarzyszyła mu intensywna modlitwa i kontemplacja. Było to dramatyczne i paradoksalne odkrywanie Chrystusowego piękna, które wciąż trwa i jedynie ono zbawia świat (por. F. Dostojewski).

Namalowanie obrazu Ecce homo sprawiło, że w Adamie zrodził się człowiek nowy, zwrócony do Chrystusa i do ubogich. Już nie mógł dłużej żyć bez stałej więzi z Upokorzonym Jezusem i jego braćmi: ludźmi z marginesu, wyrzutkami społeczeństwa, biedakami z krakowskich ogrzewalni. Adam stał się przyjacielem Pana w ubogich. Odtąd szli razem. Środowisko artystyczne sądziło, że malarz zwariował. On zaś nie usprawiedliwiał się. Więcej od słów przemawiały jego czyny. Miał teraz nowych przyjaciół.

Dla najbiedniejszych zaczął organizować przytuliska i domy opieki. Dnia 25 sierpnia 1887 r. Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię Brat Albert. Tak zrodziło się nowe zgromadzenie albertynów. Przyłączyli się do niego bracia, a potem siostry albertynki, które założył z Bernardyną Jabłońską. Brat Albert nowo przyjętym do zakonu przypominał proste słowa, że w życiu trzeba być dobrym jak chleb.

Jego obrazy o tematyce religijnej można oglądać w ubogiej pustelni na Kalatówkach przy klasztorze sióstr albertynek. Przyjaźnił się ze Stanisławem Witkiewiczem, którego poprosił o zaprojektowanie kaplicy dla sióstr. Jej prostota oraz głęboka cisza pomaga wędrowcom adorować Najświętszy Sakrament.

Brat Albert z intuicją proroka odkrył kwestię społeczną, wymagającą szybkiego rozwiązania, ale nie na drodze rewolucyjnej, jak chciał Marks, a za nim socjaliści i komuniści. On chciał Bożej „rewolucji”, która na drodze Chrystusowego pokoju i miłości przywraca upragnioną sprawiedliwość. Wyraził to Karol Wojtyła w dramacie Brat naszego Boga, wkładając w usta Adama następującą refleksję:

„Każdy z nas idzie swoją drogą. Każdy lepi swoje gniazdko. Tymczasem dla tylu ludzi drogi stały się za ciasne. Nie ma gdzie postawić stopy. Nie ma skrawka ziemi, który by można nazwać swoim. Nie ma kromki chleba, na którą by mogli zapracować. Nie ma dziecka, które by mogli wydać na świat z tym przeświadczeniem, że nie będzie zawalidrogą. A my w tym wszystkim poruszamy się, zadufani w siłę jakiegoś powszechnego układu, który każe przemilczać rzeczy krzyczące i tłumić usprawiedliwiony wybuch. Nie, nie. W nas wszystkich czegoś brak. Nie wiem jeszcze czego. Męczę się, aby odgadnąć. Ale wiem, że brak – i wiem, że to rozsadzi”.

Brat Albert zmarł w opinii świętości 25 grudnia w 1916 r. Beatyfikował go Jan Paweł II w 1983 r. na krakowskich Błoniach, a kanonizował w Watykanie w 1989 r.

Energiczni

Św. Ignacy Loyola SJ

(1491–1556)

W imię Jezusa

U źródła wielkiego owocowania Towarzystwa Jezusowego jest historia nawrócenia Ignacego, szlachcica z zamku Loyola, który w młodości marzył o karierze wojskowej i światowych zaszczytach. Święty Ignacy wspomina o tym w swojej Autobiografii podyktowanej pod koniec życia. Bóg miał dla niego inny plan i dlatego stopniowo przygotowywał go do innej walki, tej z orężem słowa Bożego w służbie Chrystusa – Króla Wieków. Nasz święty zmienił swoje imię podczas studiów w Paryżu, z Iniga na Ignacy, gdyż miał wielkie nabożeństwo do św. Ignacego Antiocheńskiego.

Wszystko zaczęło się od poważnej rany w lewej nodze, spowodowanej uderzeniem kuli armatniej, gdy jako rycerz bronił zamku w Pampelunie przed zdobyciem go przez Francuzów. Wrodzona ambicja nie pozwalała mu oddać twierdzy bez walki.

W czasie rekonwalescencji Inigo zaczął czytać Ewangelię oraz żywoty świętych. Bóg bardzo się trudził, przemieniając jego serce, co zaowocowało zmianą jego pragnień. Przestał już marzyć o zdobyciu władzy i ziemskiego znaczenia, o zdobyciu serca księżniczki, a może nawet królowej. Teraz zadawał sobie pytanie: Skoro św. Franciszek z Asyżu i św. Dominik dokonali tak wiele dla Boga i Jego Kościoła, to dlaczego i ja nie mógłbym podobnych rzeczy uczynić? Myśl ta powodowała w nim trwałą radość. Kiedy w uroczystość Apostołów Piotra i Pawła został cudem ocalony od śmierci, odtąd nic w jego życiu nie działo się przypadkowo. Każdy swój zamiar i podejmowane zadanie powierzał na modlitwie Bogu. Nauczył się tak czynić zwłaszcza w czasie samotnych rozmyślań w manreskiej grocie, podczas duchowych oświeceń, Bożych nawiedzeń i wizji. Doświadczył też stanów pełnych strapień i całkowitej ciemności, którym towarzyszyły nawet myśli samobójcze. Bóg go we wszystkim prowadził i pocieszał.

Pasją jego życia było naśladowanie Jezusa, dlatego zapragnął udać się do Ziemi Świętej. Po powrocie zaczął spontanicznie ewangelizować napotkane osoby. Już wtedy myślał o zebraniu przyjaciół w Panu, ogarniętych jak on pragnieniem szerzenia Jego Królestwa. Odkrył, że powinien studiować teologię, by uniknąć trudności ze strony Inkwizycji. Udał się na studia na paryską Sorbonę, gdzie mimo swoich 35 lat zasiadał w ławie z kolegami o 20 lat od niego młodszymi. W ich gronie był św. Piotr Faber (1506–1546) i Franciszek Ksawery (1506–1552, święty misjonarz Indii i Japonii). Pamiętnego dnia 15 sierpnia 1534 r. w kaplicy na Montmartre w Paryżu złożyli oni pierwsze śluby czystości i ubóstwa. Potem, po przyjęciu święceń kapłańskich i niemożliwym do zrealizowania pragnieniu pielgrzymowania do Palestyny, udali się do Rzymu, by oddać się do dyspozycji Ojca Świętego. W 1540 r. Stolica Święta zatwierdziła powstanie nowego zakonu, którego generałem został św. Ignacy Loyola. Gdy umierał, 31 lipca 1556 r., w świecie apostołowało około 1000 jezuitów.

Zakon w swej historii wydał 50 świętych (33 to męczennicy) i około 180 błogosławionych, którzy w ciągu 469 lat jego trwania zostali uznani przez Kościół za godnych chwały ołtarzy.

Św. Teresa z Ávili

(1515–1582)

Święta z charakterem

W klasztorze Wcielenia w Ávili, po 18 latach życia mało gorliwej zakonnicy, przeżyła powtórne nawrócenie. Stało się to pewnego dnia, gdy na dłużej zatrzymała się przy obrazie Jezusa ubiczowanego. Zrozumiała wtedy, że prowadząc życie „byle jakie”, zdradza swego Mistrza.

Świętej Teresie z Ávili zawdzięczamy bogatą refleksję o zamieszkiwaniu trzech Boskich Osób w duszy chrześcijanina (por. Twierdza wewnętrzna). To ona napisała, że jeśli przeżywamy nasze życie wiary w przestrzeni pomiędzy kochającym nas Ojcem i Jego umiłowanym Synem, wtedy z pewnością będziemy mieli Ducha Świętego, który podpowie nam, co mamy czynić w każdej sytuacji naszego życia.

Choć została obdarzona niezwykłymi łaskami mistycznymi, jakie otrzymywała na modlitwie (zob. Życie), to jednak zawsze była posłuszna spowiednikom i kierownikom duchowym, nawet jeśli spotykała się z niecierpliwością i niezrozumieniem. Jej spowiednikami byli m.in. jezuita, św. Franciszek Borgiasz, oraz franciszkanin, św. Piotr z Alkantary. Jakiś czas spowiadała się u księdza, który znany był z gorszącego postępowania, ona jednak z wiarą, spowiadając się u niego z najmniejszych grzechów lekkich, doprowadziła go do wewnętrznej przemiany. Ksiądz ten powrócił do wierności łasce kapłaństwa otrzymanej podczas święceń.

Kiedy odkryła, że najlepszym lekarstwem dla rozrywanego brakiem jedności Kościoła będzie powrót do życia całkowicie poświęconego Bogu przez modlitwę, kontemplację, adorowanie Najświętszego Sakramentu, nic już nie mogło jej powstrzymać od zakładania kolejnych klasztorów (zob. Księga Fundacji). W tym dziele wspomagał ją św. Jan od Krzyża, który przeprowadzał reformę męskiej gałęzi zakonu karmelitów. Pierwszym założonym przez nią klasztorem był karmel św. Józefa w Ávili. Hiszpańska święta była wielką czcicielką św. Józefa i za jego przyczyną wypraszała potrzebne łaski, kiedy była chora lub przeżywała różne kłopoty.

Święta Teresa była kobietą zdecydowaną w działaniu, rozmodloną i bardzo radosną. Lubiła śpiewać pieśni ludu kastylijskiego, tańczyła z kastanietami w ręku. Miała też poczucie humoru i bardzo starała się nie narzekać. Pisała piękne poezje, które swą głębią do dzisiaj poruszają serca.

Po otrzymaniu łaski zaślubin z Boskim Oblubieńcem napisała poemat Miły mój dla mnie, a ja dla Niego:

Gdym się wyzbyła tutaj wszystkiego,Znalazłam szczęścia zdrój, I odtąd jestem wszystka dla Niego,A On jest wszystek mój.

Gdy Boski Łucznik strzałą swą zranił, Przeszył do głębi serce me,Ogień miłości całą mnie strawił, Że w nim znalazłam szczęście swe.Odczułam wówczas życia wiecznego Upajający zdrój, I jestem odtąd wszystka dla Niego,A On jest wszystek mój.

Zranił mnie strzałą rozpłomienionąI owiał żaru tchem,Że się uczułam w jedno złączonaZ Bogiem i Stwórcą swym;I już nie żądam szczęścia innegoNad tej miłości zdrój, I jestem odtąd wszystka dla Niego,A On jest wszystek mój.

W jednym z poematów napisała: „Que muero porque no muero” – ja tym umieram, że umrzeć nie mogę, by spotkać się jak najszybciej z Boskim Oblubieńcem, Jezusem zmartwychwstałym. Opowiedziała też o swojej największej tajemnicy, o przyjaźni z Jezusem:

„Dla kogo Chrystus jest przyjacielem i wielkodusznym przewodnikiem, ten wszystko potrafi znieść. Jezus sam przychodzi z pomocą, dodaje sił, nie opuszcza nikogo, jest prawdziwym i szczerym przyjacielem. Widzę wyraźnie, iż jest wolą Boga, abyśmy jeśli chcemy podobać się Bogu i otrzymywać odeń wielkie łaski, otrzymywali je za pośrednictwem Najświętszego Człowieczeństwa Chrystusa, w którym nieskończony Bóg, jak sam powiada, znajduje upodobanie”.

Św. Andrzej Bobola SJ

(1591–1657)

Spragniony jedności

Święty Andrzej Bobola żył w niespokojnych czasach na przełomie XVI i XVII wieku w Europie rozdartej podziałami religijnymi i politycznymi. Toczyły się wtedy wojny religijne. Bóg i Jego Kościół wykorzystywany był do osiągania politycznych wpływów. Taka sytuacja powodowała osłabienie jedności Kościoła. Bardzo wielu wiernych siłą wcielonych do Cerkwi powracało do wspólnoty Kościoła katolickiego. Jednym z głównych promotorów takich nawróceń na Polesiu był św. Andrzej Bobola.

Urodził się w 1591 r. W wieku 20 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Wilnie, gdzie w kolejnych latach otrzymał solidną formację duchową i intelektualną w prężnie rozwijającym się zakonie. Studiował na założonej przez jezuitów Akademii Wileńskiej. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1622 r.

Apostołował w Wilnie, Pułtusku, Nieświeżu, Warszawie, Łomży, a następnie przez wiele lat w Pińsku. Spełniał funkcje przełożonego i wychowawcy. Zawsze starał się dbać o ubogich, wspierał chorych, odwiedzał więźniów. Będąc w Braniewie, opiekował się biednymi. W tych odległych czasach żyło wielu pozbawionych duszpasterskiej opieki chrześcijan, którzy byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające opieki pasterza (Mt 9, 36). Ci, którzy mieszkali pod jednym dachem ze św. Andrzejem, podkreślali jego codzienną troskę o modlitwę, dobroć i pogodę ducha.

Święty Andrzej na co dzień doświadczał trudów misjonarskiej działalności. W ostatnim okresie swojego życia był zawsze w drodze. Spieszył się, będąc świadomy rychłej śmierci. Cały był pochłonięty misją głoszenia Ewangelii i przywróceniem jedności wyznawców Chrystusa. Trwał w Nim jak latorośl w winnym krzewie. Codziennie odprawiał Eucharystię, uczestnicząc w tajemnicy Jezusowego krzyża.

Święty Andrzej ufał Jezusowi, powierzając Mu każdy kolejny dzień swojego życia, który był wypełniony głoszeniem Słowa i udzielaniem sakramentów świętych. Troszczył się o wychowanie młodzieży, pocieszał strapionych, niósł ulgę chorym. Nie zniechęcał się trudnościami, podejmując coraz bardziej odważne misje, nie bacząc na czekające go niebezpieczeństwa i przeciwności. Pozostał „duszochwatem” pomimo zacieśniającego się wokół niego kręgu nieprzyjaciół i wciąż narastającego zagrożenia dla życia. Za św. Pawłem, pełen ufności, powtarzał: i w życiu, i w śmierci należę do Pana! Święty Andrzej płonął ogniem miłości, od którego zapalali się inni. W 1657 r. poniósł śmierć męczeńską, całkowicie oddany Bogu w ofiarnej żertwie.

Jego zakonne i kapłańskie życie było przygotowaniem do tej ostatniej zwycięskiej walki. Czy pragnął męczeństwa? Wśród jezuitów w tamtych czasach takie pragnienie było dość powszechne. W tym okresie śmiercią męczeńską ginęło ich bardzo wielu w Europie (Anglia), w Ameryce (Kanada) i w Azji (Japonia).

Święty Andrzej pozostał przy prawdzie Jezusowej Ewangelii, będąc wierny własnemu sumieniu. Pragnął leczyć rany rozdartego brakiem jedności Kościoła. Nie złamały go nawet najokrutniejsze katusze, jakie mu zadawali rozwścieczeni Kozacy w Janowie Poleskim. Swoje męczeństwo przeżywał w duchu modlitwy zanoszonej przez Jezusa w wieczerniku do Ojca: „(…) aby byli jedno!” (por. J 17, 20-26).

Także dzisiaj potrzeba Polsce „ludzi sumienia” – z takim apelem zwrócił się do nas w Skoczowie w 1995 r. Jan Paweł II. Bowiem walka duchowa wciąż trwa, ludzie objęci „tajemnicą pobożności” toczą bój na śmierć i życie z przeciwnikami Boga będącymi na usługach „tajemnicy bezbożności”. Dzisiaj, podobnie jak w XVII wieku, potrzebni są „świadkowie wiary” troszczący się o jedność Kościoła, świadkowie Boga Żywego.

Spotkanie ze świętym męczennikiem przemienia! Powinno nas ono wyrywać z postawy ospałości i zniechęcenia, prowadząc do spotkania z Chrystusem. Tylko On jest pewną Drogą do wiecznej radości, Prawdą, która wyzwala, i Życiem napełniającym nas radością.

Ten święty jest patronem niewygodnym. Niektórzy twierdzą, że jest za mało ekumeniczny. Nic bardziej błędnego! On jest świadkiem całej Ewangelii i przypomina nam, że Pan założył jeden Kościół na Skale, na Piotrze! Ta miłość do papieża sprawiła, że relikwie naszego męczennika po wiekach dotarły do dalekiego Rzymu, tak bardzo bliskiego sercu św. Andrzeja!

Jan Paweł II pisał o ekumenizmie męczenników. Oni powrócili w XX wieku, a z nimi powrócił św. Andrzej. Powrócił po swojej pośmiertnej długiej tułaczce do Ojczyzny w pamiętnym 1938 r. Bóg chciał przez niego umocnić naszych rodaków w obliczu prób, jakie na nich czekały w czasie II wojny światowej i w okresie komunistycznego zniewolenia. Powrócił św. Andrzej i pozostał patronem naszej trudnej wolności, która nieustannie domaga się ofiarnego życia! Na początku XIX wieku przepowiedział on odzyskanie niepodległości Polski po wielkiej wojnie. Nastąpiło to po całym wieku oczekiwania, trudu i modlitwy pełnej nadziei, w 1918 r. Od 16 maja 2002 r. św. Andrzej Bobola jest jednym z patronów Polski. Jego sanktuaria znajdują się w Warszawie i w Strachocinie na ziemi sanockiej, gdzie się urodził.

Dziękując Bogu za otrzymane łaski, w ufnej modlitwie prośmy męczennika:

Święty Andrzeju, mężny żołnierzu Pana,

któryś niestrudzenie walczył pod Sztandarem Krzyża ,

uproś nam łaskę wiernego pod nim trwania,

razem z Maryją, Matką Kościoła.

Wypraszaj także nam łaskę żywej wiary

w moc Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Pana ,

byśmy naśladowali Twoją gorliwość

i z większym niż dotąd zapałem głosili Ewangelię.

Pragniemy jak Ty, święty męczenniku,

być wiarygodnymi świadkami Jezusa

na początku XXI wieku. Amen.

Bł. Jan Beyzym SJ

(1850–1912)

Współczujący ojciec

Całe swoje życie ojciec Jan Beyzym budował na Jezusie Chrystusie. Jemu dał się prowadzić na trudnej drodze zakonnego i kapłańskiego powołania. Od 12. roku życia zastanawiał się nad wyborem drogi życia. Był opiekuńczy wobec młodszego rodzeństwa i chętnie się nim zajmował. Raczej unikał błahych zabaw, męczyły go tańce, wcale się nie stroił!

Ojciec Beyzym był bardzo wymagający wobec siebie, za to łagodny względem chorych i słabych. Już w nowicjacie zakonnym, w Starej Wsi koło Brzozowa, bardzo chętnie odwiedzał chorych. Dostrzegał ich potrzeby, umiał cierpliwie słuchać ich narzekań. Był troskliwy wobec wychowanków w kolegium prowadzonym przez jezuitów w Chyrowie. Młodzież długo go wspominała. Po wielu latach byli podopieczni wspierali materialnie i duchowo jego pracę misyjną na Madagaskarze.

„Tatar”, bo tak go czasem nazywano, był wytrwały i stanowczy w swoich postanowieniach. Wiele lat czekał na zgodę przełożonych, którzy długo zwlekali z wysłaniem go do pracy wśród trędowatych. Miał 48 lat, gdy jego pragnienia spełniły się. W październiku 1898 r. wyjechał z Krakowa na misje, zabierając z sobą obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który mu towarzyszył do końca jego ziemskiej wędrówki.

Ojciec Jan nie zniechęcał się zbyt szybko. Nie załamał się, gdy w pierwszych latach swej pracy na Madagaskarze zetknął się z tragicznym położeniem chorych na trąd. Zaczął myśleć o zbudowaniu dla nich nowego szpitala. Do osiągnięcia tego celu potrzeba było bardzo dużo pieniędzy, dlatego ojciec Jan zaczął pisać wiele listów, zwłaszcza do przyjaciół na ziemiach polskich, prosząc o materialne wsparcie swoich zamierzeń.

Współbraciom, którzy próbowali gasić jego apostolską gorliwość, cytował zdanie św. Jana Ewangelisty: „Bracia, nie miłujcie słowem i językiem, lecz czynem i prawdą!”. Nie był to jednak czysty aktywizm. Działanie „posługacza trędowatych” zakorzenione było w głębokiej pobożności i zjednoczeniu z Bogiem. Cechowała go dziecięca wiara i ufność w Bożą opiekę. Wszystkie trudne sprawy powierzał wstawiennictwu Matki Bożej i nigdy się na Niej nie zawiódł. Często powtarzał: To przecież Najświętsza Panna buduje ten szpital, to Jej zależy, żeby powstał! Ojciec Jan był przekonany, że to właśnie Ona, najlepsza Matka Częstochowska, troszczy się o jego czarne pisklęta. Na rok przed śmiercią, która nastąpiła 2 października 1912 r., szpital dla trędowatych w Maranie został otwarty. Zbudowano go za pieniądze posyłane przez Polaków z trzech zaborów.

Gdy czytam listy ojca Beyzyma, uświadamiam sobie, że całe jego życie zanurzone było w Bogu. Żył ze świadomością, że to On czuwa nad nim i nad trędowatymi, z którymi pragnął na stałe zamieszkać. Był dla nich wszystkim: pielęgniarzem, ogrodnikiem, stolarzem, ale najpierw księdzem. On ich przede wszystkim pocieszał! Troszczył się, by nikt nie umarł, nie pojednawszy się z Bogiem. Namaszczał umierających, udzielał im wiatyku, dodawał otuchy, głosił rekolekcje i urządzał dni skupienia. Był cały czas z nimi!

Potrzeba nam dzisiaj takich świadków żywej wiary, żarliwej miłości i wielkiej nadziei, by budować życie osobiste, społeczne i rodzinne, opierając się na Bogu jak na skale. Nie powinniśmy budować bez fundamentu, bez Chrystusa! (por. Jan Paweł II, Warszawa 1979). Budowanie bez naszego Zbawiciela, bez liczenia na Jego miłosierną miłość jest puste i daremne!

Jan Paweł II 18 sierpnia 2002 r. na krakowskich Błoniach beatyfikował opiekuna trędowatych. Powiedział wtedy:

„Pragnienie niesienia miłosierdzia najbardziej potrzebującym zaprowadziło bł. Jana Beyzyma – jezuitę, wielkiego misjonarza – na daleki Madagaskar, gdzie z miłości do Chrystusa poświęcił swoje życie trędowatym. Cieszę się, że ten duch solidarności w miłosierdziu wciąż panuje w polskim Kościele, czego dowodem jest wiele dzieł pomocy społecznościom dotkniętym przez klęski żywiołowe w różnych regionach świata, czy też niedawna inicjatywa skupu nadwyżek zboża, aby można było przekazać je głodującym w Afryce. Mam nadzieję, że ta szlachetna idea doczeka się realizacji”.

Tekst pieśni o bł. Janie Beyzymie SJ(Dlaczego śpieszysz, ks. Stanisław Ziemiański SJ)

Dlaczego śpieszysz, Janie Beyzymie,

Na niegościnny daleki ląd?

Czemu kierujesz drogi pielgrzymie,

Gdzie głód i nędza, straszliwy trąd?

Ref.

Idę ratować Chrystusowych braci,

Bo któż biedniejszy, jak nie trędowaci,

Idę ratować Chrystusowych braci,

Bo któż biedniejszy jest?

Dlaczego śpieszysz na Madagaskar,

Do tych pustynnych czerwonych skał,

Do ludzi, którym los nie był łaskaw,

Żyjących w nędzy i dusz, i ciał?

Ref. Idę ratować…

Czy się nie boisz, że zachorujesz

I będziesz dzielił twych piskląt los?

Cóż cię skłoniło, że ofiarujesz

Swe życie, jaki cię wzywa głos?

Ref. Idę ratować…

Św. Matka Teresa z Kalkuty

(1910–1997)

Matka ubogich

Każdy z nas zawdzięcza choćby małą cząstkę swojej wiary św. Matce Teresie z Kalkuty. Urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopie, w rodzinie albańskiej. Jej właściwe nazwisko to Agnes Ganxhe Bojaxhiu. Sądzę, że dla wielu z nas była żywą Ewangelią w XX wieku. Jan Paweł II, podczas modlitwy Anioł Pański w niedzielę 7 września 1997 r., 2 dni po jej śmierci, powiedział: „Wiele razy miałem możliwość spotkania się z Nią i zachowuję żywo w swej pamięci drobną postać osoby, której życie było pochłonięte służbą dla najuboższych z biednych: zawsze pełna niewyczerpanej wewnętrznej energii, siły, mocy miłości Chrystusa”.

Źródłem duchowej siły Matki Teresy była żarliwa modlitwa i wielogodzinna adoracja Jezusa w Eucharystii. To przed Nim codziennie wypowiadała tajemnicę i pragnienia swojego serca. Nad wejściem do kaplicy, gdzie mieszkają jej siostry w Kalkucie, widnieje słowo Pragnę. Jej odpowiedzią na to pragnienie Jezusa była służba naszemu Panu w najuboższych siostrach i braciach. Była uważna na Jego głos. Gdy po odprawieniu rekolekcji w 1946 r. usłyszała w sercu natchnienie od Pana Jezusa, że ma opuścić wszystko dla Boga i dla nędzarzy Kalkuty, odeszła po 18 latach z zakonu sióstr loretanek. Założyła nowe zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości liczące dzisiaj ponad 4 tysiące sióstr modlących się i pracujących na całym świecie w 100 krajach. Przyłączyli się do nich Misjonarze Miłości, kapłani i bracia oraz około 40 tysięcy wolontariuszy pociągniętych przykładem i dziełem błogosławionej.

Matka Teresa w swoim życiu wypełniała do końca słowa z XXV rozdziału Ewangelii św. Mateusza: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25, 40). Wybrała najuboższych ze względu na Jezusa. Nie była jedynie filantropką, porwaną do działania przez ludzką nędzę. W odrzuconych i cierpiących widziała umęczonego Pana. Często powtarzała:

„Dzisiaj Chrystus jest w ludziach niechcianych, bezrobotnych, pozbawionych opieki, głodnych, nagich i bezdomnych. Ludzie ci wydają się bezużyteczni dla państwa i społeczeństwa; nikt nie ma dla nich czasu. To właśnie ty i ja jako chrześcijanie – godni miłości Chrystusa o tyle, o ile nasza miłość jest prawdziwa – jesteśmy tymi, którzy muszą ich odnaleźć i pomóc im; oni istnieją, aby ich odnaleźć”.

Przez całe swe życie obejmowała troską rodziny, broniąc przede wszystkim każdego dziecka poczętego w łonie matki, o czym nam przypomniał Ojciec Święty w Kaliszu podczas czerwcowej pielgrzymki do Polski w 1997 r. Obronę każdego życia rozumiała także jako służbę pokojowi na świecie. Przestrzegała całą ludzkość na konferencji ONZ w Kairze w 1994 r.: „Jeżeli matce wolno zabić własne dziecko, cóż może powstrzymać ciebie i mnie, byśmy się nawzajem nie pozabijali?”.

Dziękuję Panu Bogu za łaskę spotkania z Matką Teresą 22 kwietnia 1991 r. w Bazylice św. Piotra w Rzymie po Mszy św. celebrowanej przez Ojca Świętego Jana Pawła II. Pamiętam do dzisiaj jej żywe oczy, pełne ciepła, miłości i prostoty. Zawsze byłem przekonany, że całe jej życie było świadectwem wiary, nadziei i miłości. Zachęca nas dzisiaj: „Przekazuj ludziom Jezusa nie słowami, lecz swoim przykładem, kochając Go, jaśniejąc Jego świętością i roznosząc miłość, gdziekolwiek się znajdziesz”.

Popatrzmy na życie św. Matki Teresy z perspektywy wieczności i naszego powołania do świętości. Świętość to pragnienie bycia w bliskości z Bogiem i naśladowanie Jego Syna przez czyny miłości i słowa pociechy. Przejmijmy się choć jednym zdaniem z Ewangelii i wypełniajmy je właśnie dzisiaj, „tracąc” nasze życie dla Jezusa i naszych bliskich, abyśmy i my mieli w sobie więcej nadziei. Matka Teresa uczy nas, jak mamy patrzeć na naszą śmierć i umieranie: „Śmierć jest powrotem do domu, a ludzie boją się tego, co będzie, i nie chcą umierać. Gdybyśmy chcieli umierać, gdyby nie było w tym tajemnicy, tobyśmy się nie bali. Jest także niepokój sumienia: «Mogłem żyć lepiej». Często umieramy tak, jak żyliśmy. Śmierć jest tylko przedłużeniem życia, dopełnieniem życia. Śmierć to wyrzeczenie się ludzkiego ciała. Lecz serce i dusza żyją na wieki. Nie umierają”.

Kościół przeżywa swoją wiosnę, ilekroć rodzą się w nim święci. To o Małej Teresie z Lisieux, tej od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza, myślała Matka Teresa, gdy wybierała sobie zakonne imię. W 100 lat od jej śmierci odchodziła po nagrodę do Pana ta, która podobnie jak Mała Teresa „w sercu Kościoła pragnęła być Miłością”. Przez całe życie żywe w niej było pragnienie świętości: „Musimy dążyć do świętości nie dlatego, że pragniemy czuć się świętymi, lecz po to, aby Chrystus mógł żyć w nas pełnią swego życia”.

Owocowanie świętości Matki Teresy z Kalkuty, beatyfikowanej przez Jana Pawła II 19 października 2003 r., trwa nadal. Bo jak nas poucza psalmista, ludzie pobożni: Zasadzeni w domu Pańskim rozkwitną na dziedzińcach naszego Boga. Wydadzą owoc nawet i w starości, pełni soków i zawsze żywotni (Ps 92, 15). Została kanonizowana przez papieża Franciszka 4 września 2016 r.

Heroiczni

Św. Ignacy Antiocheński

(† 107)

Rozpalony ogniem

Już samo jego imię, Ignacy (łac. ignis – ogień), mówi bardzo wiele o historii chrześcijańskich męczenników na początku II wieku. Był biskupem Antiochii, miasta, w którym zgromadziła się duża rzesza wyznawców Chrystusa. Nie lękał się okrutnej śmierci, dlatego jest świadkiem chrześcijańskiej nadziei i niewzruszonej wiary w życie wieczne.

Kiedy został biskupem, bardzo troszczył się o swoją gminę. W swoim życiu zrealizował Jezusowe słowa: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (Łk 12, 49). Stały się one główną inspiracją w jego posłudze apostolskiej. Przez swą działalność ewangelizacyjną św. Ignacy w stopniu heroicznym wypełnił to pragnienie Pana, nawet za cenę narażenia się na śmierć męczeńską.