Widziadła świadectwa z zaświatów - Janusz Szostak - ebook
BESTSELLER

Widziadła świadectwa z zaświatów ebook

Janusz Szostak

4,1

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Widziadła świadectwa z zaświatów”- to reporterska podróż do nawiedzonych miejsc oraz domów, które zasiedliły zjawy. To relacje świadków o pojawiających się tam widmach, widziadłach, duchach oraz demonach.

Janusz Szostak odwiedził kilkadziesiąt takich miejsc, zmierzając śladem niewyjaśnionych zdarzeń oraz zjawisk paranormalnych. Rozmawiał z osobami, które zetknęły się ze zjawami bądź były świadkami zdarzeń, które nie sposób wyjaśnić. Odwiedził ludzi, w których domach zadomowiły się zjawy, z którymi przyszło im walczyć. Opowiada też o klątwach, które stały się przyczynami tragedii.

W tej książce znajdziecie także rozmowy z osobami, które na co dzień mają kontakty z duchami: jasnowidzami, mediami, egzorcystami, oraz hipnoterapeutą. Oni także opowiedzą o swoich doświadczeniach z duchami, i o tym, jak ich się pozbyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Od autora

OD AUTORA

Każdy z nas pod­czas roz­mów z bli­skimi czy zna­jo­mymi cho­ciaż raz sły­szał opo­wie­ści o duchach lub nie­wy­ja­śnio­nych zja­wi­skach. Jedni w nie wie­rzą, inni uwa­żają je za zmy­ślone i warte naj­wy­żej żartu.

Jed­nak, jak wynika z bada­nia „Zja­wi­ska nad­przy­ro­dzone oczami Pola­ków” – prze­pro­wa­dzo­nego przez agen­cję badaw­czą SW Rese­arch, 37 proc. Pola­ków wie­rzy w to, co nie­zba­dane. Pozo­stali z nas są skłonni przy­znać, że nauka nie potrafi jed­no­znacz­nie wyja­śnić pew­nych zda­rzeń, nato­miast 75 proc. Pola­ków przy­znaje, że nie­wy­klu­czone, że „coś w tym jest”.

W Pol­sce nie bra­kuje miejsc, które miesz­kańcy – zwłasz­cza o zmroku – omi­jają z daleka. Mówią o nawie­dzo­nych miej­scach, domach, obiek­tach, które zasie­dliły zjawy, o poja­wia­ją­cych się tam wid­mach, widzia­dłach, duchach oraz zwod­ni­czych demo­nach, które rze­komo tam spo­tkali.

Miejsc owia­nych złą sławą i mroczną aurą są setki, jeśli nie tysiące. Kil­ka­dzie­siąt z nich odwie­dzi­łem, idąc śla­dem nie­wy­ja­śnio­nych zda­rzeń oraz zja­wisk para­nor­mal­nych. Roz­ma­wia­łem z oso­bami, które zetknęły się ze zja­wami bądź były świad­kami zda­rzeń, które trudno wyja­śnić. Z ludźmi, w któ­rych domach zado­mo­wiły się zjawy, z któ­rymi przy­szło im wal­czyć.

Opo­wiem też o klą­twach, które stały się przy­czy­nami tra­ge­dii, i o tym, jak łatwo zapro­sić do swo­jego życia złe byty, czy­niąc z niego kosz­mar. Osoby, które na co dzień zmu­szone są żyć w towa­rzy­stwie zjaw i demo­nów, prze­ży­wają katu­sze. Sam rów­nież byłem świad­kiem wielu trud­nych do wyja­śnie­nia zda­rzeń. W tej książce znaj­dzie­cie Pań­stwo także roz­mowy z oso­bami, które na co dzień mają kon­takty z duchami: jasno­wi­dzami, mediami, egzor­cy­stami oraz hip­no­te­ra­peutą. Oni także opo­wie­dzą o swo­ich doświad­cze­niach z duchami i o tym, jak ich się pozbyć.

To, o czym piszę, może wyda­wać się nie­któ­rym nie­wia­ry­godne, wymy­ślone, nie­praw­dziwe, a nawet śmieszne. Zapew­niamy jed­nak, że przy­go­to­wu­jąc tę książkę, opie­ra­łem się na rela­cjach kon­kret­nych osób, które były świad­kami dziw­nych, nie­wy­ja­śnio­nych zja­wisk – powta­rza­ją­cych się w tych samych miej­scach regu­lar­nie. Teraz odwie­dzimy nie­które z nich, poznamy histo­rie nie­zwy­kłe i nie­sa­mo­wite. To nie są legendy (z jed­nym wyjąt­kiem) o bia­łych damach, nawie­dzo­nych zam­kach itp., lecz repor­ter­ski prze­kaz na temat zja­wisk para­nor­mal­nych.

Książka zawiera 33 (w tym trzy innych auto­rów) repor­taże i wywiady będące świa­dec­twem na ist­nie­nie zja­wisk, któ­rych nie da się racjo­nal­nie wytłu­ma­czyć, lecz nie spo­sób je rów­nież bez­względ­nie zane­go­wać.

Janusz Szo­stak

Joanna i demony

JOANNA I DEMONY

Był 1983 rok, gdy w pew­nym domu w Socha­cze­wie zaczęły dziać się nie­po­ko­jące zja­wi­ska. Z nie­wia­do­mych przy­czyn prze­miesz­czały się tam przed­mioty, sły­chać było stu­ka­nie, dziwne głosy. Ludzie mówili o duchach. Zaś miesz­kańcy domu, aby unik­nąć tra­ge­dii, zmu­szeni byli cho­dzić po miesz­ka­niu w kaskach moto­cy­klo­wych. Wkrótce o tych tajem­ni­czych zda­rze­niach usły­szała cała Pol­ska. I nie tylko. I każdy chciał je zoba­czyć. Te dziwne zja­wi­ska pró­bo­wali roz­wi­kłać mili­cjanci, parap­sy­cho­lo­go­wie i duchowni. Nawet Lech Wałęsa przy­je­chał zoba­czyć ducha.

„Na miej­scu tłumy gapiów, cie­kaw­skich, zabo­bon­nych i podejrz­li­wych, cza­sem nawet agre­syw­nych, osoby nie­zrów­no­wa­żone psy­chicz­nie, aro­ganc­kie spi­ry­tystki poda­jące się za „wysłan­niczki innego świata” – czy­tamy w jed­nej z ówcze­snych rela­cji pra­so­wych.

Tajem­ni­cze zja­wi­ska poja­wiły się domu Hanny Sokół w dwa mie­siące po śmierci jej męża Józefa. Jesz­cze sie­dem lat póź­niej „duchy” nie dawały za wygraną. Od początku szcze­gól­nie upodo­bały sobie 11-let­nią Joannę Sokół. Ata­ko­wały także jej sio­strę Dorotę oraz ich bab­cię Mariannę Świąt­kow­ską.

Zna­mienne, że w obec­no­ści gospo­dyni, pani Hanny, zwy­kle nie stra­szyło. Pra­co­wała wów­czas jako rewi­dentka w zamra­żalni warzyw i owo­ców. W tam­tym cza­sie pra­co­wa­łem w sąsied­nim zakła­dzie i czę­sto spo­ty­ka­łem panią Hannę. Na co dzień spra­wiała wra­że­nie osoby pogod­nej, jakby jej życia nic nie zakłó­cało. Zwy­kle do pracy cho­dziła na drugą lub trze­cią zmianę. Poza domem prze­by­wała zatem wie­czo­rami i nocami. Wła­śnie wtedy w jej domu działy się naj­dziw­niej­sze rze­czy.

– Odwie­dzali nas wszelcy moż­liwi eks­perci oraz duchowni. Chyba nikt nie jest w sta­nie nam pomóc – mówiła wów­czas nieco zre­zy­gno­wana Hanna Sokół.

Tajem­ni­cze zja­wi­ska, jakie miały miej­sce w Socha­cze­wie, zain­te­re­so­wały także ks. biskupa Zbi­gniewa Józefa Kra­szew­skiego, który był w tym cza­sie wika­riu­szem gene­ral­nym archi­die­ce­zji war­szaw­skiej.

– Gdy w stycz­niu 1984 roku byłem w Kry­nicy, wpadł mi w ręce „Express Wie­czorny” zawie­ra­jący arty­kuł Straszny Dwór w Socha­cze­wie – wspo­mi­nał przed laty nie­ży­jący już biskup. – Z tek­stu zamiesz­czo­nego w gaze­cie wyni­kało, że w domu w Socha­cze­wie po śmierci gospo­da­rza dzieją się dziwne rze­czy. Według pani Ireny, sio­stry nie­ży­ją­cego wła­ści­ciela domu, dwa mie­siące po pogrze­bie coś zaczęło bęb­nić po ścia­nach. Potem kubły pełne wody same się prze­wra­cały. Z kre­densu wyla­ty­wały szu­flady, spa­dały garnki i czaj­niki, a tabo­ret kozioł­ko­wał przez kuch­nię. Funk­cjo­na­riu­sze mili­cji przez kilka dni obser­wo­wali nawie­dzony dom. Pod­czas gdy mili­cjanci czy­hali w ciem­no­ściach, w miesz­ka­niu sprzęty tań­czyły jak osza­lałe. Hałasy i łomoty zostały czę­ściowo nagrane przez mili­cję na magne­to­fon. Spro­wa­dzono księ­dza. Przy­był też radie­steta z War­szawy, ale stwier­dził jedy­nie nie­wiel­kie pasmo pro­mie­nio­wa­nia, które nie ma związku z wystę­pu­ją­cymi zja­wi­skami. Po powro­cie do War­szawy spraw­dzi­łem, że wyda­rze­nia opi­sane w gaze­cie nie są wytwo­rem fan­ta­zji. Opo­wie­dzieli mi o tym księża z Socha­czewa. Jed­nak posta­no­wie­nie, aby odwie­dzić „straszny dom”, nie zostało prędko zre­ali­zo­wane – dodał ksiądz biskup.

Dopiero 31 lipca 1984 roku nada­rzyła się oka­zja. Biskup został zapro­szony, aby w Tro­ja­no­wie, dziel­nicy Socha­czewa, odpra­wić pogrzeb zasłu­żo­nego kapłana, księ­dza Ste­fana Kan­kie­wi­cza. Po cere­mo­nii pogrze­bo­wej poje­chał do domu, w któ­rym „stra­szy”.

– Zna­leź­li­śmy się na ulicy Dale­kiej z księ­dzem pro­bosz­czem Józe­fem Kwiat­kow­skim. Była obecna wła­ści­cielka domu pani Hanna Sokół. Póź­niej przy­szła bra­towa zmar­łego Irena Sokół – wspo­mi­nał ksiądz biskup. – Według miesz­kań­ców domu nie­sa­mo­wite zja­wi­ska zaczęły się w grud­niu. Naj­pierw puka­nie. Póź­niej zaczęło się wyrzu­ca­nie szu­flad, bicie luster. Węgiel uno­sił się w powie­trzu. Doniczki spa­dały z okien. Wła­ści­cielka domu skar­żyła się, że nie było rze­czy, którą można by scho­wać. Ubra­nia i buciki dzieci były poroz­rzu­cane. Dzieci szły do szkoły bez kapci, bez butów, bez swe­tra.

Irena Sokół rela­cjo­no­wała bisku­powi zda­rze­nia z jej domu:

– Dzieci kie­dyś jadły obia­dek. I po obie­dzie ja mówię: „To na deser zro­bię wam kisiel”. Ja poszłam. Ale tutaj przy­cho­dzi taki stry­jeczny brat z rodziny. On krzy­czy na moją mamę: „Bab­cia, zobacz, czaj­nik się uniósł!”. Więc mama chciała ten czaj­nik zatrzy­mać. Była zima. Gotu­jąca się woda. Czaj­nik spadł. On za chwilę patrzy i nie ma kisielu. Nawet i ten talerz z kisie­lem uciekł – opo­wia­dała kobieta bisku­powi. – Pro­szę biskupa, ja mam wszystko pobite. Pro­szę, to są odbi­cia, ude­rze­nia. Tu nie mam szyby. I myśmy też miały obra­że­nia ciała. Dorotka, jak ją ude­rzyło krze­sełko, miała prze­ciętą głowę. Moja bra­towa tak samo. Nic nie poma­gało. Można było cho­wać i nic. Wszystko się uno­siło. Wszystko się wyle­wało. Myśmy nie mogły zjeść. Węgiel się wysy­py­wał. A jak się wysy­py­wał, to sam się nabie­rał na szu­felkę z mia­łem i tak szur­gał po całym miesz­ka­niu. Szklanki wszyst­kie spa­dały. Nie mam ani jed­nej szklanki, ani tale­rza. Wszystko pobite. Samo się pobiło. Rów­nież tele­wi­zor. Tu stał mój tele­wi­zor. Tutaj. Więc nie dość, że upadł i sobie tak wędro­wał po pod­ło­dze. A tu się zatrzy­mał. To było kie­dyś wie­czo­rem. Kie­dyś krze­sło się unio­sło i samo ude­rzyło w ścianę. Widać tutaj dziurę w ścia­nie. Wszystko poobi­jane. Tam znowu obi­cie po nożu. Tu też, jak krze­sło ude­rzyło. Wszystko się obi­jało o szafę. Jakieś puka­nie o wer­salkę. Nie wiem, co będzie. Teraz z kolei drze mi pościel. Ja nie­długo nie będę miała na czym spać.

Były przy­padki, że ludzie wcho­dzący do tego domu ucie­kali ze stra­chu, gdyż witały ich lata­jące noże. Innym razem ubra­nia w sza­fie były pocięte jakby żyletką, a wszyst­kie guziki odcięte. Z guzi­ków na pod­ło­dze uło­żone było imię córki zmar­łego: ASIA.

Pew­nego dnia zde­spe­ro­wana pani Hanna Sokół poszła po zaświad­cze­nie do Mili­cji Oby­wa­tel­skiej, aby potwier­dzono jej urzę­dowo i na piśmie, że miesz­ka­nie zostało zde­mo­lo­wane bez jej winy. Mili­cja odpo­wie­działa krótko i na temat.

– Nie możemy wyda­wać zaświad­cze­nia, ponie­waż zja­wi­ska są stwier­dzone, ale prze­stępca nie­znany – usły­szała.

Wtedy kobieta poszła do naczel­nika mia­sta z nadzieją, że on jej pomoże. Po tej roz­mo­wie przy­szedł na ulicę Daleką ktoś z rady miej­skiej, ale z góry się zarze­kał, że nie wie­rzy w takie bajki. Usiadł spo­koj­nie i wtedy doniczka sama unio­sła się w powie­trze i ude­rzyła w ścianę obok jego głowy. Natych­miast uwie­rzył. Ale wła­dza ludowa nic nie zro­biła, aby tajem­ni­cze zja­wi­ska wyja­śnić i ulżyć Soko­łom w kosz­ma­rze.

Jedy­nie Leszek Fra­na­szek – porucz­nik Mili­cji Oby­wa­tel­skiej, który w szkole Joasi Sokół był prze­wod­ni­czą­cym koła rodzi­ciel­skiego, posta­no­wił pomóc udrę­czo­nej rodzi­nie.

– Nie przy­cho­dzi­łem tak służ­bowo, ale z czy­stej ludz­kiej życz­li­wo­ści – mówi mi po latach. – Chcia­łem pomóc tej rodzi­nie, która zna­la­zła się w naprawdę nie­przy­jem­nej sytu­acji. Zaczęło się od stu­ków, jakby za ścianą sąsiad pukał, tak to wyglą­dało. Ale nie pukał. Nagry­wa­li­śmy te stuki na magne­to­fon.

Dawali je do odsłu­cha­nia woj­sko­wym spe­cja­li­stom od nasłu­chów z lot­ni­ska w pobli­skich Bie­li­cach, ale oni nic nie sły­szeli. Nagra­nia zni­kały.

– Ni­gdy nie widzia­łem cze­goś rów­nie prze­ra­ża­ją­cego – wspo­mina Leszek Fra­na­szek. – Pod­czas jed­nej z moich wizyt tele­wi­zor spadł ze stołu, pofru­nął parę metrów i upadł na pod­łogę. Innym razem nóż kuchenny wysko­czył z szu­flady i wbił się w drzwi. Garnki, tale­rze, krze­sła i inne sprzęty fru­wały bez niczy­jej pomocy. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom. Zamknięta kłódka opu­ściła sko­bel, prze­le­ciała przez pokój, ude­rza­jąc mnie w ramię. To znowu lecąca fili­żanka zawró­ciła, gdy dotarła do mnie.

Długo by opo­wia­dać o tym, co tam się działo. A trwało to wiele lat.

W tym cza­sie dom nacho­dziły tłumy cie­kaw­skich, któ­rzy koniecz­nie chcieli zoba­czyć „ducha”. Gdyby nie Fra­na­szek, roz­nie­śliby wszystko w pył.

Dom wizy­to­wali wszelcy moż­liwi eks­perci. Nic nie zna­leźli. Radie­steta z War­szawy, Andrzej T., stwier­dził ponad wszelką wąt­pli­wość, że dom stoi na zdro­wym tere­nie.

Cie­ka­wość przy­wio­dła tam rów­nież Lecha Wałęsę, który odwie­dzał miesz­ka­jącą kilka ulic dalej sio­strę, o czym jed­nak media nie wspo­mi­nały. Po tej wizy­cie rodzina Soko­łów miała pro­blemy z funk­cjo­na­riu­szami Służby Bez­pie­czeń­stwa, któ­rzy nie chcieli uwie­rzyć, że przy­wódca Soli­dar­no­ści sie­dział u nich w domu przez kilka godzin, aby zoba­czyć „ducha”. Ponoć zoba­czył. W tym cza­sie zain­te­re­so­wa­nie Joasią prze­ja­wiały też służby spe­cjalne, w tym wywiad woj­skowy. Agenci dzia­łali jed­nak w bia­łych ręka­wicz­kach. Na co dzień dom przy Dale­kiej nawie­dzały tłumy cie­kaw­skich gapiów.

– Każdy chciał się na to zała­pać. Tam się działy dziwne rze­czy i ludzie chcieli je zoba­czyć. Z ulicy wcho­dzili wprost do domu, albo szli do studni po „cudowną wodę” – wspo­mina Fra­na­szek. – Chro­ni­łem ich przed tymi oszo­ło­mami. Przy­jeż­dżało mnó­stwo ludzi, wszy­scy chcieli zoba­czyć „ducha”. Mówi­łem nie­raz: „Jedzie­cie tu, to weź­cie coś dla tych ludzi, im się wszystko w domu wytłu­kło, żad­nej szklanki całej nie było”. Obie­cy­wano im różne rze­czy, o któ­rych ja od początku wie­dzia­łem, że są nie­re­alne. Mamiono ich kłam­stwami, na przy­kład Joasię wyjaz­dem do Japo­nii.

Nie­któ­rzy chcieli to zja­wi­sko wyko­rzy­stać na swój spo­sób. Jedna ze szkol­nych kole­ża­nek Joasi ukra­dła rodzi­com biżu­te­rię. Suge­ro­wała, że to Joasia ją przy­cią­gnęła. Potem pre­cjoza zna­le­ziono obok kio­sku Ruchu, nie­opo­dal komendy mili­cji w Socha­cze­wie.

W szkole trak­to­wano dziew­czynkę nieco jak dzi­wa­dło, niczym Car­rie – boha­terkę hor­roru Ste­phena Kinga.

– Jeśli cho­dzi o Joasię, to pamię­tam tylko, że uni­ka­łam jej. Każdy się jej bał. A co się wtedy mówiło? Jak to dzie­ciaki, były jakaś ogólna panika i strach przed tym, co się wokół niej dzieje – wspo­mina szkolna kole­żanka Joanny. – Cza­sami na lek­cjach pękały linijki albo cyr­kle, zanim ich dotknęła.

Mało kto wie­dział wów­czas o tym, że Joasia posia­dała także jesz­cze jedną nad­zwy­czajną umie­jęt­ność.

– Ona miała zdol­ność czy­ta­nia przez zakrytą kartkę – rela­cjo­nuje Leszek Fra­na­szek. – Bawi­łem się z nią, tak że pisa­łem na przy­kład „Kon­stan­ty­no­pol”. Zawi­ja­łem kartkę kilka razy, a ona czy­tała zawsze bez­błęd­nie jej treść.

Pew­nego dnia Joasia źle się poczuła, matka wezwała pogo­to­wie. Przy­je­chał dok­tor Kry­stian Sz., ale Joasia nie chciała dać się zba­dać: – Nie lubię cię! – krzy­czała nie wie­dzieć czemu do leka­rza. I wtedy – jak rela­cjo­nuje Leszek Fra­na­szek – stała się rzecz dziwna:

– Z pod­łogi pod­nio­sło się krze­sło, takie na meta­lo­wych nogach, wyce­lo­wało w leka­rza i z impe­tem ruszyło w powie­trzu w jego stronę. Dok­tor w porę się uchy­lił, bo pew­nie zgi­nąłby na miej­scu. To była taka siła, że to krze­sło zro­biło sporą dziurę w ścia­nie!

Po chwili Fra­na­szek zastrzega: – Jed­nak ni­gdy nikomu nic poważ­nego się nie stało. Cho­ciaż latały tu naprawdę cięż­kie przed­mioty.

Prze­miesz­czały się mię­dzy innymi: tele­wi­zor, maszyna do szy­cia, garnki itd. Zaś szczapy drzewa ganiały dzieci po podwórku.

– To było już w nocy, na podwórku był nasto­letni Wło­dek – kuzyn Joasi, ona i jej sio­stra Dorotka. Nagle ze stosu drewna zaczęły uno­sić się szczapy, takie dłu­gie na metr i lepiej. Dola­ty­wały do dzieci i biły. Zupeł­nie jak baj­kowe kije samo­bije – wspo­mina były mili­cjant. – Nie można było nad tym zapa­no­wać. W końcu udało się wcią­gnąć dzieci do domu. Ja zosta­łem na zewnątrz. Na moich oczach dwa takie kije zablo­ko­wały drzwi, ukła­da­jąc się we fra­mu­dze na krzyż. Z tru­dem je wyrwa­łem.

Wśród eks­per­tów pró­bu­ją­cych roz­wi­kłać tajem­nicę domu rodziny S. był rów­nież Lech Emfazy Ste­fań­ski, pre­zes Pol­skiego Towa­rzy­stwa Psy­cho­tro­nicz­nego. To jemu Leszek Fra­na­szek zawdzię­cza odkry­cie swo­ich umie­jęt­no­ści.

– Przy­glą­dał mi się przez dłuż­szy czas. I potem mówi: „Ja u pana czuję duże zapasy ener­gii”. Pomy­śla­łem: „O co ci cho­dzi, co się pan cze­piasz?”. Nie mia­łem poję­cia, że mógł­bym poma­gać ludziom – wspo­mina Fra­na­szek. Zapewne ni­gdy nie dowie­działby się, jakie tkwią w nim moż­li­wo­ści, gdyby nie te nie­zwy­kłe wyda­rze­nia z początku lat 80. minio­nego wieku. Dziś Fra­na­szek jest jed­nym z naj­bar­dziej uzna­nych bio­te­ra­peu­tów w Pol­sce.

Ste­fań­ski wraz z dok­to­rem Roma­nem Buga­jem odwie­dził ośmio­krot­nie dom pań­stwa Soko­łów. Kilka razy towa­rzy­szyła im Maria Błasz­czy­szyn oraz Leszek Fra­na­szek.

Spi­sali z tych wizyt rela­cję, w któ­rej mię­dzy innymi czy­tamy: „Prze­pro­wa­dzi­li­śmy wywiady i próby testowe z miesz­kań­cami «nawie­dzo­nego» domu. Nic nie wska­zuje, aby zja­wi­ska miały być przez kogoś sfin­go­wane (…) Przy­pa­dek «stra­chów» w Socha­cze­wie jest typowy: praw­do­po­dob­nie mimo­wol­nymi spraw­cami zja­wisk są dzieci wcho­dzące w okres doj­rze­wa­nia: 13-let­nia Asia i 14-letni Wło­dek. Warto tu zwró­cić uwagę na inte­re­su­jący szcze­gół: przez dwa tygo­dnie «duchy» har­co­wały tylko wów­czas, gdy pani Hanna znaj­do­wała się poza domem. Dopiero w poło­wie stycz­nia zoba­czyła na wła­sne oczy, jak krze­sło «samo» prze­wró­ciło się czte­ro­krot­nie na pod­łogę. Wiemy, że nie świa­do­mość, lecz podświa­do­mość osób medial­nych ste­ruje takimi zja­wi­skami tele­ki­ne­tycz­nymi, jakie obser­wuje się w Socha­cze­wie. Być może rów­nież na podświa­do­mość obojga dzieci hamu­jąco dzia­łał auto­ry­tet pani Hanny. «Stra­chy» stają się naprawdę «nie­grzeczne» dopiero wów­czas, gdy mamy nie ma w domu. Trzeba tu dodać, że to, co dzieje się w Socha­cze­wie, należy do klasy zja­wisk bar­dzo dobrze zna­nych bada­czom, wie­lo­krot­nie opi­sy­wa­nych, a w języku nie­miec­kim okre­śla­nych jako Spuk­pha­eno­mene lub żar­to­bli­wie polter­ge­ist (duch stu­ka­jący). Jak się prze­waż­nie oka­zuje, mimo­wol­nym sprawcą zja­wi­ska bywa dziew­czynka lub chło­piec w okre­sie doj­rze­wa­nia. Zachwiana w tym cza­sie rów­no­waga ener­ge­tyczna orga­ni­zmu staje się przy­czyną wyzwo­le­nia sił, które moskiew­ski fizyk dr Alek­san­der Dubrow nazywa bio­gra­wi­ta­cyj­nymi (są to te same siły, które powo­dują roz­ry­wa­nie się nici chro­mo­so­mów pod­czas podziału jądra komór­ko­wego). Dzia­ła­niem sił bio­gra­wi­ta­cyj­nych na oto­cze­nie doj­rze­wa­ją­cego osob­nika nie ste­ruje jego świa­do­mość – są to dzia­ła­nia bez­wiedne, pod­świa­dome. Czę­sto sprawca jest rów­no­cze­śnie ich ofiarą, jak to bywało na przy­kład u Joasi Gajew­skiej z Sosnowca, którą wie­lo­krot­nie kale­czyło szkło roz­bi­jane przez psot­nego «cho­chlika» (…)”.

Dok­tor Bugaj, parap­sy­cho­log, tak rela­cjo­no­wał w mediach wyda­rze­nia w Socha­cze­wie: „Przed­mioty prze­la­tują w powie­trzu tak szybko, że pra­wie nie zdąża się ich zauwa­żyć. Jedyne ostrze­że­nie to świst. Rodzina musi nosić na gło­wach hełmy ochronne! Duchy gra­su­jące w domu pań­stwa Soko­łów uwa­żane są za złe. Sztućce trzy­mane przez Joannę wygi­nają się w jej rękach jak spa­ghetti!”.

Joanna badana była przez eks­per­tów, ponie­waż naukowcy podej­rze­wali, że 11-let­nia dziew­czynka w jakiś nie­znany spo­sób sama wywo­ły­wała te zja­wi­ska. Podobne bada­nia pro­wa­dzone były wów­czas rów­nież w innych kra­jach Europy Wschod­niej. W Związku Radziec­kim na przy­kład wyka­zano, że ludzie mogą pod­świa­do­mie wpły­wać na przed­mioty i wyda­rze­nia.

Bugaj prze­pro­wa­dził wiele obser­wa­cji i doświad­czeń. Nie­które z nich przy­ta­czam, za jego rela­cją z 1984 roku:

„1. Pod­czas prze­cho­dze­nia Joasi przez kuch­nię, uniósł się do góry i «podą­żał» za nią but leżący począt­kowo w rogu pomiesz­cze­nia.

2. Stwier­dzi­łem uno­sze­nie się i lot w powie­trzu nie­do­tknię­tego przez nikogo garnka bla­sza­nego. Samego garnka w locie nie widzia­łem, gdyż jego lot był zbyt szybki. Lecący gar­nek ude­rzył w ścianę kuchni, a następ­nie spadł na pod­łogę.

3. Leżąca szu­felka meta­lowa do węgla nagle unio­sła się w powie­trze, prze­le­ciała kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów nad pod­łogą i upa­dła z hała­sem koło kuchni.

4. Nie­do­ty­kany przez nikogo talerz por­ce­la­nowy (śred­niej wiel­ko­ści), znaj­du­jący się na stole, uniósł się nagle w powie­trze, prze­le­ciał nie­zwy­kle szybko pod sufi­tem kuchni i z trza­skiem roz­bił się na prze­ciw­le­głej ścia­nie.

5. Moja czapka futrzana, którą poło­ży­łem w pokoju na oto­ma­nie, rów­nież pode­rwała się nagle do góry, prze­le­ciała bar­dzo szybko w powie­trzu przez otwarte drzwi do kuchni, gdzie wła­śnie prze­by­wa­łem, i ude­rzyła mnie w twarz. Pomimo że ude­rze­nie było gwał­towne, nie odczu­łem bólu z uwagi na rodzaj mate­riału czapki.

6. Po poło­że­niu czapki na poprzed­nie miej­sce zja­wi­sko to powtó­rzyło się, tym razem jed­nak czapka prze­le­ciała nisko nad pod­łogą, ude­rzyła mnie w kolano i upa­dła w kuchni koło kre­densu.

7. Następny feno­men był bar­dzo dziwny, kry­jący w sobie zagro­że­nie. Gospo­dyni poczę­sto­wała nas gorącą her­batą i posta­wiła trzy szklanki na stole w pokoju. Prze­by­wa­łem wów­czas w kuchni, Joasia sie­działa na krze­śle około jed­nego metra od stołu. Nagle jedna ze szkla­nek, pozo­sta­jąca przez cały czas w polu mojego widze­nia (drzwi z pokoju do kuchni są zawsze otwarte), pode­rwała się do góry, prze­le­ciała nie­zwy­kle szybko koło mojej głowy, wyle­wa­jąc pra­wie całą gorącą her­batę na moje ubra­nie, część zaś na pobli­ską ścianę, a następ­nie roz­biła się z trza­skiem o kre­dens kuchenny. Pra­gnę pod­kre­ślić, że ani jedna kro­pla her­baty nie oblała mi twa­rzy, a także to, że na jasnym ubra­niu, po wyschnię­ciu her­baty, nie powstała żadna plama.

8. Jakaś nie­znana siła ścią­gnęła sie­dzą­cej na krze­śle Joasi pan­to­fle z nóg i odrzu­ciła je daleko w prze­ciw­le­głą część pokoju.

9. Joasia sie­dząca koło stołu na krze­śle została nie­spo­dzie­wa­nie z niego zrzu­cona i czę­ściowo wcią­gnięta pod stół. W ostat­niej chwili zdo­łała zatrzy­mać się, chwy­ta­jąc się za jego blat.

10. Po wej­ściu Joasi do pokoju znaj­du­ją­cego się na pierw­szym pię­trze, gdzie mie­li­śmy przez pewien czas prze­by­wać, z podwó­rza wpa­dły za nią przez nie­do­mknięte drzwi dwa kamie­nie. Na podwó­rzu nie dostrze­gli­śmy nikogo, kto mógłby je wrzu­cić; wyj­rze­li­śmy przez okno natych­miast po upadku kamieni. Zasta­na­wia­jąca była cel­ność, z jaką przed­mioty te prze­do­sta­wały się przez wąską szcze­linę.

11. Wyko­nany przez magi­stra Ste­fań­skiego papie­rowy „roto­rek Trom­me­lina”, prze­zna­czony do doświad­czeń i posta­wiony na sto­liku koło tele­wi­zora, znikł bez śladu i tego wie­czoru nie mogli­śmy go już ni­gdzie odna­leźć.

12. Kostka Rubika wyko­nana z pla­styku poszy­bo­wała nagle w powie­trze, prze­le­ciała zyg­za­ko­wa­tym ruchem pod sufi­tem i ude­rzyła magi­stra Ste­fań­skiego w plecy. Ude­rze­nie to nie było zbyt silne.

13. Jeden z moich klu­czy od miesz­ka­nia, trzy­many przeze mnie w kie­szeni, mia­no­wi­cie od zamka yale, został wygięty pod kątem około 90 stopni. Stwier­dzi­łem to po przy­jeź­dzie z Socha­czewa do War­szawy. Opi­sane feno­meny, z wyjąt­kiem ostat­niego, widziały oprócz mnie wszyst­kie wymie­nione osoby. Mani­fe­sta­cje tele­ki­ne­tyczne zacho­dziły w peł­nym świe­tle dzien­nym albo przy sil­nym oświe­tleniu elek­trycz­nym, jedy­nie zja­wi­ska wymie­nione w punk­tach 8. i 9. wyda­rzyły się w ciem­no­ści. (…)”.

Bugaj i Ste­fań­ski twier­dzą, że – na prośbę matki Joanny – pró­bo­wali opa­no­wać nisz­czącą, nie­znaną ener­gię gene­ro­waną przez dziew­czynkę. Ich zda­niem było to typowe medium psy­cho­ki­ne­tyczne, które zamie­rzali ukie­run­ko­wać i spo­wo­do­wać wyła­do­wa­nie ener­gii w spo­sób zamie­rzony i kon­tro­lo­wany. W tym celu roz­po­częli serię doświad­czeń. Jedna z tych prób pole­gała na powtó­rze­niu efektu psy­cho­ki­ne­tycznego Uri Gel­lera – izra­el­skiego ilu­zjo­ni­sty, który twier­dzi, że ma zdol­no­ści para­nor­malne. Dzieci, oglą­da­jąc w tele­wi­zji popisy Gel­lera, naśla­do­wały go potem z powo­dze­niem. Sta­lowe łyżki i widelce pocie­rane pal­cami mię­kły.

Oto frag­ment pro­to­kołu z tego eks­pe­ry­mentu:

„Joasia bie­rze do ręki alu­mi­niową łyżkę sto­łową, trzyma ją za trzo­nek i lekko pociera go dużym pal­cem. Po kilku minu­tach łyżka wygina się w kie­runku jej biu­stu, następ­nie z trza­skiem pęka, przy czym górna część cał­ko­wi­cie odła­muje się i upada na stół. Próba wyko­nana z widel­cem, a następ­nie z łyżeczką od her­baty prze­biega w spo­sób podobny, lecz teraz nastę­puje jedy­nie cał­ko­wite wygię­cie w miej­scu prze­wę­że­nia trzonka”.

Wyko­nano 10 takich prób i ponoć wszyst­kie zakoń­czyły się pozy­tyw­nie: „Duże łyżki alu­mi­niowe zawsze pękały, łyżeczki i widelce sta­lowe ule­gały zaś cał­ko­wi­temu wygię­ciu. Pro­ces wygi­na­nia, zacho­dzący w peł­nym świe­tle dzien­nym, względ­nie elek­trycz­nym, był zawsze pod­dany naszej obser­wa­cji. Nie­kiedy wygię­cie nastę­po­wało natych­miast, «w oczach» górna część widelca lub łyżki opa­dała na rękę dziew­czynki. Ni­gdy nie stwier­dzi­łem żad­nego wzro­stu tem­pe­ra­tury metalu. Pro­ces wygię­cia trwał prze­cięt­nie 5–7 minut, cza­sami pół godziny, rzadko zaś zacho­dził natych­miast. Z doświad­czeń tych zostały spo­rzą­dzone zdję­cia foto­gra­ficzne i fil­mowe. Zauwa­ży­łem, że pod­czas tych eks­pe­ry­men­tów Joasia wpada – nie zda­jąc sobie z tego sprawy – w lekki trans, choć na ogół zacho­wuje pełną świa­do­mość. Dziew­czynka staje się senna, a spod wpół zamknię­tych powiek widoczne są tylko białka oczu”.

Tego, co działo się w domu Soko­łów, nie da się jed­nak wytłu­ma­czyć jedy­nie suge­stią naśla­dow­czą. Szu­kano dla socha­czew­skich zja­wisk tłu­ma­czeń nauko­wych i pseudonauko­wych. Krzysz­tof Boruń – nie­ży­jący już badacz zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych – pró­bo­wał w książce W świe­cie zjaw i mediów wyja­śnić w spo­sób naukowy zja­wi­ska, do jakich docho­dziło mię­dzy innymi w Socha­cze­wie.

„Wszel­kie próby wytłu­ma­cze­nia tego rodzaju feno­me­nów na pod­sta­wie kla­sycz­nej new­to­now­skiej fizyki są zupeł­nie bez­owocne. Pewne nadzieje zdają się roko­wać hipo­tezy roz­wi­ja­jące nie­które wnio­ski pły­nące z fizyki rela­ty­wi­stycz­nej i teo­rii kwan­tów, albo raczej pró­bu­jące poko­ny­wać prze­szkody, jakie one napo­ty­kają, two­rząc modele oddzia­ły­wań polo­wych. Taką próbą jest na przy­kład hipo­teza prof. dr. hab. Arka­diu­sza Górala, doty­cząca wewnętrz­nego mecha­ni­zmu fizycz­nego oddzia­ły­wań gra­wi­ta­cyj­nych na pozio­mie mikro­świata, i przyj­mu­jąca, że ładu­nek gra­wi­ta­cyjny zwią­zany jest ze struk­turą sub­telną czą­stek ele­men­tar­nych. «Jeśli prawdą jest, że ładu­nek gra­wi­ta­cyjny gro­ma­dzi się w zewnętrz­nej otoczce cząstki nazwa­nej przeze mnie sub­telną, ozna­cza to, że ist­nieje moż­li­wość oddzia­ły­wa­nia na tę cząstkę i zmiany jej pola gra­wi­ta­cyj­nego bez znacz­nego naru­sze­nia ener­gii tej cząstki» – wyja­śnia prof. Góral w roz­mo­wie z auto­rami Nie­uchwyt­nej siły, nie wyklu­cza­jąc, że «w wyniku pew­nej kon­fi­gu­ra­cji pól, nawet elek­tro­ma­gne­tycz­nych, można zabu­rzyć pola gra­wi­ta­cyjne w takim stop­niu, iż spo­wo­duje to okre­ślone zja­wi­ska fizyczne, jak na przy­kład znacz­nie sil­niej­sze niż zazwy­czaj przy­cią­ga­nie, odpy­cha­nie lub wręcz odpy­cha­nie zamiast przy­cią­ga­nia»”.

Zja­wi­ska te – patrząc na nie z innej per­spek­tywy – pra­gnął wyja­śnić także biskup Zbi­gniew Józef Kra­szew­ski, który wie­lo­krot­nie wra­cał w tej spra­wie do Socha­czewa. Druga wizyta biskupa w domu przy ulicy Dale­kiej miała miej­sce we wrze­śniu 1984 roku. Na Daleką biskup Kra­szew­ski przy­był w towa­rzy­stwie księ­dza Józefa Kwiat­kow­skiego oraz pro­bosz­cza z para­fii św. Waw­rzyńca w Socha­cze­wie, księ­dza Hen­ryka Fran­ciszka Łupiń­skiego. Był rów­nież ksiądz dok­tor Jerzy Lewan­dow­ski.

Na prośbę biskupa Zbi­gniewa Józefa Kra­szew­skiego ksiądz pro­boszcz Józef Kwiat­kow­ski od 1 wrze­śnia odpra­wiał codzien­nie mszę świętą za duszę zmar­łego śp. Józefa Sokoła. Były to tak zwane msze święte gre­go­riań­skie, które miały trwać przez cały wrze­sień, a 14 wrze­śnia została odpra­wiona 14. msza święta gre­go­riań­ska.

– W domu przy ulicy Dale­kiej 11 poświę­ci­łem wodę i z pomocą tej wody poświę­ci­łem cały dom. Zawie­si­li­śmy w miesz­ka­niu poświę­cone krzyże. Odmó­wi­li­śmy razem ze wszyst­kimi zgro­ma­dzo­nymi kapła­nami spe­cjalne modli­twy. Pomo­dli­li­śmy się razem ze wszyst­kimi tam obec­nymi domow­ni­kami i odje­cha­li­śmy do War­szawy. Według rela­cji księ­dza pro­bosz­cza prze­ra­ża­jące zja­wi­ska od tego dnia zasad­ni­czo ule­gły prze­rwa­niu – wspo­mi­nał przed laty ksiądz biskup.

Minęło wiele czasu, zanim biskup Kra­szew­ski ponow­nie zja­wił się „w domu, gdzie stra­szy”. Tę wizytę biskup tak wspo­mi­nał: „Było to 20 lutego 1986 roku. Mróz, śnie­życa, zawieja, śli­ska jezd­nia uczy­niły wiele dróg w tym dniu nie­prze­jezd­nymi. Z wiel­kim tru­dem dotar­li­śmy do Socha­czewa. Naj­pierw odwie­dzi­li­śmy księ­dza pro­bosz­cza Fran­ciszka Łupiń­skiego przy kościele św. Waw­rzyńca w Socha­cze­wie, potem poje­cha­li­śmy do księ­dza pro­bosz­cza Józefa Kwiat­kow­skiego przy kościele Matki Bożej Nie­usta­ją­cej Pomocy w Bory­sze­wie. Po obie­dzie uda­li­śmy się na ulicę Daleką. Dom i miesz­ka­nie nie były tak zde­mo­lo­wane jak uprzed­nio. Wnę­trze zostało odno­wione. W całym domu porzą­dek. Poza mną byli obecni: ksiądz pro­boszcz Józef Kwiat­kow­ski, ksiądz pra­łat Antoni Wiśniew­ski, sio­stra Teresa z Kurii Metro­po­li­tar­nej War­szaw­skiej, sio­stra Janina z Kurii Metro­po­li­tar­nej War­szaw­skiej, mój kie­rowca i domow­nicy. Na początku poświę­ci­łem miesz­ka­nie i pomo­dli­li­śmy się. Roz­mowę w for­mie wywiadu nagra­łem na magne­to­fon. Nota­bene magne­to­fon sam się włą­czył, potem popsuł. Z rela­cji Hanny Sokół i jej dzieci wyni­kało, że 14 wrze­śnia 1984 roku zja­wi­ska ule­gły prze­rwa­niu, ale po pew­nym cza­sie nie­które spo­ra­dycz­nie się poja­wiały. Były rzad­sze niż daw­niej i miały inny prze­bieg. Tak na przy­kład tele­wi­zor nie ulega znisz­cze­niu, ale prze­ciw­nie, potrafi się sam włą­czyć, kiedy w całym Socha­cze­wie nie ma prądu. Rów­nież radio działa bez zasi­la­nia”.

Asia Sokół opo­wie­działa wów­czas, że „ten ktoś”, dzia­ła­jący nie­wi­dzial­nie w ich domu, daw­niej tylko pukał. Jed­nak teraz mówił ludz­kim gło­sem i śpie­wał. Próbkę tego śpiewu nagrano na taśmę magne­to­fo­nową.

„Prze­ra­ża­jący ton spra­wia wra­że­nie, jakby pieśń wyko­ny­wało wię­cej osób, a nie jedna. Nie­stety, póź­niej pie­śni te same się anu­lo­wały na taśmie. Nowym było rów­nież zja­wi­sko poka­zy­wa­nia się małej, jakby dzie­cię­cej rączki, która wychy­lała się zza wer­salki i czy­niła gest powi­ta­nia. Mała Dorotka kilka razy przy­wi­tała się, uści­snąw­szy ową rączkę. Nie­stety, za ostat­nim razem ule­gła opa­rze­niu! Rączka «zjawy» była gorąca!” – rela­cjo­no­wał biskup Kra­szew­ski, który zwraca uwagę, że przy­po­mina to Muzeum Dusz Czyść­co­wych w Rzy­mie, gdzie ist­nieją ślady dłoni dusz czyść­co­wych, odbite na róż­nych mate­ria­łach: – Te ślady wska­zują, że dło­nie były już nie tylko gorące, ale palące jak pło­mień. Ślady ich bowiem są wypa­lone na mate­riale, któ­rego doty­kały – wyja­śnia ksiądz biskup.

Pod­czas tej wizyty księża pytali, czy nie pomo­głaby prze­pro­wadzka z „nawie­dzo­nego” domu? Oka­zało się, że nie poma­gała. W cza­sie wyjaz­dów rodziny zja­wi­ska prze­no­siły się wraz z nimi. Tak było na przy­kład w Kra­ko­wie, dokąd matka z dziew­czyn­kami wyje­chała na jakiś czas.

Zda­niem domow­ni­ków „gość” chciał zaszko­dzić rodzi­nie Soko­łów, a w szcze­gól­no­ści pani Han­nie. Pró­bo­wał ją nawet wrzu­cić do studni na podwórku. Poza tym „ten ktoś” przed­sta­wiał się jako zmarły Józef Sokół, potem „Kosmita”, potem „Asia”, lub mówił ludz­kim gło­sem, że nie wie, kim jest…

„Jest rze­czą wysoce nie­praw­do­po­dobną, aby tak prze­ma­wiała dusza zmar­łego Józefa. Należy przy­pusz­czać, że do dzia­ła­nia zmar­łego Józefa Sokoła dołą­czyły się duchy, które lubią czy­nić źle. Naj­praw­do­po­dob­niej w sto­sunku do miesz­kań­ców domu przy ulicy Dale­kiej w Socha­cze­wie wystą­piło tzw. zja­wi­sko obse­sji (obses­sio). Zja­wi­sko to różni się od opę­ta­nia (posses­sio) tym, że nie doty­czy samego czło­wieka w jego wła­dzach fizycz­nych i ducho­wych, ale rze­czy i przed­mio­tów (np. domu), które go ota­czają, stąd ter­min la maison is haun­ted – w tym domu stra­szy. Z punktu widze­nia nauko­wego jest doświad­czal­nym dowo­dem na ist­nie­nie duchów. W cza­sach dzi­siej­szego mate­ria­li­zmu jest dobrą lek­cją poglą­dową dla nie­do­wiar­ków” – stwier­dził ksiądz biskup Zbi­gniew Józef Kra­szew­ski.

Zja­wi­ska te trwały co naj­mniej sie­dem lat. Wystę­po­wały także poza domem na ulicy Dale­kiej i doty­kały nie tylko Joasię. Sio­stra jej ojca pew­nego dnia zgu­biła w swoim domu oli­wiarkę od maszyny do szy­cia. Ziry­to­wana pod­nio­sła wzrok do góry i zapy­tała zmar­łego brata: – Ej ty, nie wiesz, gdzie ona jest? I w tej samej chwili na jej twarz spły­nęły z góry kro­ple oliwy. Podob­nych zda­rzeń było wię­cej. Wiele z nich udało się sfil­mo­wać mię­dzy innymi Lechowi E. Ste­fań­skiemu. Nie­stety, nie wia­domo, gdzie obec­nie znaj­dują się taśmy z zapi­sem tych zja­wisk, które do dziś nie zna­la­zły wyja­śnie­nia.

Wokół Joanny w tam­tym cza­sie poja­wiało się wiele osób. Takich, które były jej życz­liwe, i tych, które pra­gnęły coś dla sie­bie ugrać. Cza­sami docho­dziło do bar­dzo dra­ma­tycz­nych sytu­acji, takich jak porwa­nie dziew­czynki przez miesz­kań­ców Wej­he­rowa. Prze­czy­tali oni o nie­zwy­kłych zdol­no­ściach Joanny i posta­no­wili wyko­rzy­stać ją do swo­ich maka­brycz­nych celów. W rodzi­nie tej zmarł męż­czy­zna, któ­rego syn w tym cza­sie prze­by­wał w woj­sku i nie dostał prze­pustki na pogrzeb ojca. Zmar­twiło go, że bli­scy pocho­wali go w gar­ni­tu­rze, w któ­rym miał scho­wa­nych kil­ka­na­ście tysięcy dola­rów (wów­czas był to ogromny mają­tek). O tym, że pie­nią­dze są w mary­narce, wie­dział tylko syn będący w woj­sku. Rodzina nie mogła się pogo­dzić ze stratą for­tuny i posta­no­wiła prze­pro­wa­dzić nie­le­galną eks­hu­ma­cję. Oba­wiali się jed­nak, że zmarły będzie się bro­nił przed opróż­nie­niem kie­szeni. Wymy­ślili zatem, że zmar­łego powstrzyma Joasia. W tym celu porwali ją i samo­cho­dem wywieźli z Socha­czewa na cmen­tarz w Wej­he­ro­wie. Jed­nak dziew­czynce tuż przed celem podróży udało się uciec i powia­do­mić mili­cję.

Takich trau­ma­tycz­nych prze­żyć miała Joasia w ciągu tam­tych lat wię­cej.

Dziś pani Joanna jest praw­ni­kiem i nie­chęt­nie wraca do wyda­rzeń sprzed lat. Jak mówi, w ogóle nie roz­ma­wia na ten temat z mediami. Jed­nak zgo­dziła się na roz­mowę ze mną.

– To kon­tro­wer­syjny temat. Nie zależy mi, aby kogoś prze­ko­ny­wać, jak było i co się zda­rzyło. Każdy niech widzi to na swój spo­sób. Dla mnie w tam­tym cza­sie były to trau­ma­tyczne prze­ży­cia. Ta sprawa dała mi jed­nak bar­dzo wiele. Po tym wszyst­kim jestem nie­zwy­kle silną psy­chicz­nie osobą. Mam inne spoj­rze­nie na życie. Tamte wyda­rze­nia poka­zały mi coś, czego inni nie widzieli, o czym nie mają poję­cia. Jestem pewna, że pomo­gło mi to w życiu. Dzięki temu, że pozna­łam wielu nie­zwy­kłych ludzi. Ale teraz odse­pa­ro­wa­łam się od tej sprawy. I nie chcę do niej wra­cać – zastrzega.

Klą­twa rodu von Tre­skow

KLĄ­TWA RODU VON TRE­SKOW

W upalne lip­cowe popo­łu­dnie 2020 roku wąskimi leśnymi ścież­kami pniemy się jeepem na nie­wiel­kie wzgó­rze. To miej­sce – na pra­wym brzegu Warty i połu­dnio­wym skraju Pusz­czy Notec­kiej – przy­cią­gnęło mnie opo­wie­ścią o klą­twie zza grobu. – Tu możemy się zatrzy­mać, dalej pój­dziemy pie­szo, to nie­da­leko stąd – wyja­śnia Zdzi­sław, mój prze­wod­nik po oko­licy.

Pusz­cza cie­szy moje nieco zmę­czone podróżą oczy, chęt­nie bym po niej powę­dro­wał dłu­żej, lecz czasu mało na spa­cery. A i miej­scowi mówią, że bywa tu nie­bez­piecz­nie za sprawą wil­ków: – Będzie tu z osiem wil­czych watah – wyja­śnia Zdzi­sław, który przy­je­chał ze mną z pobli­skich Świ­niar.

Nie­któ­rzy jed­nak bar­dziej od wil­ków oba­wiają się klą­twy rodu Tre­skow, która rze­komo ciąży nad miesz­kań­cami wsi Nowy Dwór (Neu­haus), poło­żo­nej nie­opo­dal Skwie­rzyny w powie­cie mię­dzy­rzec­kim.

Zaj­rzyjmy na moment do histo­rii miej­sco­wo­ści: „Wieś zało­żona w XVII wieku w cza­sie akcji zago­spo­da­ro­wy­wa­nia pra­wego brzegu Warty. W 1828 roku Carl von Tre­skow (1787–1846) kupił Nowy Dwór i prze­ka­zał wieś córce Marie (1814–1879). Marie von Tre­skow w ١٨٣٤ roku wyszła za mąż za Adal­berta von Enc­ke­vorta. Mał­żeń­stwo było bez­dzietne. Mają­tek przej­muje Herta von Tre­skow (1852–1893), córka brata Marie, Hein­ri­cha von Tre­skow z Dahl­witz. Wyszła za mąż za Geo­rga von Bran­dis, wła­ści­ciela majątku w Rahns­dorf. Dobra w 1904 roku prze­jął syn Herty i Geo­rga, Udo von Bran­dis (1876–1923), żonaty z Bri­gitte von Bran­dis (1895–1982), która jako wdowa zarzą­dzała mająt­kiem do 1945 roku (…)” – czy­tamy na stro­nie zam­ki­lu­bu­skie.pl.

Pałac w Nowym Dwo­rze, który dziś jest ruiną, został zbu­do­wany przez Adal­berta i Marie von Enc­ke­vort w 1860 roku. Budy­nek powstał na pla­nie pro­sto­kąta, jed­no­kon­dy­gna­cyjny, z kwa­dra­tową wieżą w ścia­nie bocz­nej, pod­piw­ni­czony, kryty dachem dwu­spa­do­wym. Ulo­ko­wany jest nad malow­ni­czym, acz­kol­wiek nieco mrocz­nym sta­wem. Jesz­cze w cza­sach PRL mie­ścił się tam ośro­dek kolo­nijny. Dzi­siaj jest to ruina, któ­rej obecny wła­ści­ciel nie jest w sta­nie ura­to­wać przed cał­ko­witą zagładą. Znacz­nie lepiej ma się fol­wark, poło­żony po dru­giej stro­nie drogi, któ­remu przy­wró­cono życie.

Na tere­nie parku pała­co­wego, w pobliżu zruj­no­wa­nego pałacu, znaj­duje się także nie­wielki wiej­ski kośció­łek Naj­święt­szego Serca Pana Jezusa. Obec­nie należy do para­fii pod wezwa­niem św. Miko­łaja w Skwie­rzy­nie. W każdą nie­dzielę przy­jeż­dża tu ksiądz ze Skwie­rzyny i odpra­wia mszę dla miesz­kań­ców Nowego Dworu. Zwy­kle w nabo­żeń­stwie uczest­ni­czy kil­ka­na­ście osób.

– Ale śpie­wają ład­niej niż chór w bazy­lice w Pozna­niu – twier­dzi Piotr, który przy­je­chał ze Swa­rzę­dza do pobli­skiego gospo­dar­stwa agro­tu­ry­stycz­nego.

– O klą­twie coś tam sły­sza­łem, ale mam do tego typu opo­wie­ści dystans – zastrzega męż­czy­zna.

– Był pan na miej­sco­wych cmen­ta­rzach? – dopy­tuję.

– Nie byłem i nie zamie­rzam, nie pocią­gają mnie takie miej­sca – ucina na chwilę temat. – Znam cie­kaw­szą histo­rię – dodaje jed­nak. – Gdy przy­je­cha­łem tu po raz pierw­szy, to żył jesz­cze taki stary ubek, co był w KBW. On na polo­wa­nia jeź­dził do pusz­czy. Poka­zał mi miej­sce, gdzie był domek myśliw­ski, do któ­rego przy­jeż­dża. Opo­wie­dział mi wtedy histo­rię, która się z tym miej­scem wią­zała. Tam w 1945 roku sie­dzieli żoł­nie­rze z Wehr­machtu, któ­rzy nie zdą­żyli uciec przed Ruskimi. Leśni­czy był folks­doj­czem i ukrył ich w sto­dole. Ale gdy Sowieci weszli, to ich szybko zna­leźli. Wszyst­kich roz­strze­lali, a ich ciała wrzu­cili do studni, którą na koniec wysa­dzili gra­na­tami. W tym miej­scu, gdzie była ta stud­nia, na­dal leżą kamie­nie. Tam już nie ma żad­nych budyn­ków. Ale sporo ludzi kręci się tam z wykry­wa­czami metalu i teren jest prze­ko­py­wany na wszyst­kie spo­soby. W oko­licy krąży legenda, że tam też stra­szy, że ci zabici Niemcy wycho­dzą nocą ze studni. Ale ja tam w nocy nie byłem, to nie mam zda­nia na ten temat.

Miej­sce, o któ­rym wspo­mniał mój roz­mówca to polana, na któ­rej w pierw­szej poło­wie XX wieku stały osada i leśni­czówka Jabłonka. Jed­nak w ramach zniem­cza­nia sło­wiań­skich nazw zamie­niono jej nazwę na Hir­sch­he­ide. Dziś nie ma tu śladu po daw­nych miesz­kań­cach. Przy­po­mina o nich cmen­tarz w pobli­skim Pechlüge (na mapach ozna­czo­nym jako Trąbki). To była osada drwali i smo­la­rzy. Dziś znaj­duje się tam pole upra­wiane przez myśli­wych. Pozo­stały rów­nież wysta­jące z ziemi szczątki fun­da­men­tów budyn­ków oraz nie­wielki cmen­tarz.

Ewan­ge­lic­kie cmen­ta­rze co prawda nie są masowo nawie­dzane przez przy­jezd­nych eks­plo­ra­to­rów, ale przez lata były magne­sem dla wielu miej­sco­wych miesz­kań­ców.

– Było tu jakby spo­łeczne przy­zwo­le­nie na takie dzia­ła­nia – wyja­śnia mi Artur, nauczy­ciel z Mię­dzy­chodu. – W Nowym Dwo­rze wiele domów ma zro­bione ganki, schody czy pod­mu­rówki z ponie­miec­kich nagrob­ków. Wszy­scy o tym wie­dzieli i nikt prze­ciwko temu nie pro­te­sto­wał. Sza­bro­wano też pałac. Tu nie­mal wszyst­kie płoty i bramy są poro­bione z ogro­dze­nia pałacu. Miej­scowi przy­jeż­dżali w biały dzień i wyci­nali to, co się dało. Mili­cja przy­my­kała na to oczy. Wtedy cho­dziło też o to, żeby znisz­czyć wszyst­kie ślady po Niem­cach. Aby wyglą­dało tak, jakby ich tu w ogóle ni­gdy nie było. Ta ekipa, która okra­dała groby, to też byli miej­scowi i mieli przy­zwo­le­nie na takie dzia­ła­nie – Artur nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści.

– Wie­rzysz, że padli ofiarą klą­twy? – pytam.

– Zarówno oko­licz­no­ści, jak rów­nież fakt, że zgi­nęli wszy­scy mło­dzi rabu­sie mogił, wska­zuje, że coś w tym może być.

Zdzi­sław, zanim prze­niósł się do Świ­niar, miesz­kał w Nowym Dwo­rze i dobrze znał cmen­tar­nych zło­dziei. Był nie­mal w ich wieku.

– To były późne lata 70., a oni mieli po kil­ka­na­ście, naj­wy­żej 18 lat. Szu­kali w gro­bach jakiejś biżu­te­rii, zło­tych zębów. To było trzech kole­gów, razem do szkoły cho­dzili. No i te groby też wspól­nie roz­ko­py­wali. Ojciec jed­nego z nich był leśni­czym i gdy się dowie­dział, co oni robią, to opier­dzie­lił zdrowo syna. I na jakiś czas się uspo­ko­ili, ale potem znowu kopali po tych cmen­ta­rzach. W biały dzień tam cho­dzili. Dopiero gdy rodzina Kazika wypro­wa­dziła się do Świ­niar, to się uspo­ko­iło. Ale on tu czę­sto wra­cał. W swoje uro­dziny zało­żył się z chło­pa­kami, że prze­pły­nie Wartę. Nie­stety, to mu się nie udało, nie wró­cił już na brzeg. To się zda­rzyło w jakiś rok po tym ich roz­ko­py­wa­niu gro­bów. Potem zgi­nęło dwóch jego kole­gów, co razem z nimi po cmen­ta­rzach cho­dzili. Ale nie znam oko­licz­no­ści ich śmierci – zastrzega Zdzi­sław, który spra­wia wra­że­nie, jakby nie chciał mówić zbyt wiele o tej spra­wie.

– Pan to wszystko opi­sze i wstyd będzie dla wsi. A tu się nie ma czym chwa­lić – dodaje po chwili, gdy pró­buję zachę­cić go do zwie­rzeń.

– Tu byli więksi rabu­sie niż ta trójka mło­dzień­ców – zauważa Artur. – Gdy Niemcy stąd ucie­kali, to w fol­warku zostali tylko słu­żąca oraz paro­bek. Ona wie­działa, gdzie wszystko, co war­to­ściowe, jest ukryte. Zanim prze­sie­dleńcy tu przy­je­chali, to pałac był oczysz­czony z kosz­tow­no­ści. Jej rodzina po woj­nie miała wszystko: nowe samo­chody, moto­cy­kle, sprzęt rol­ni­czy, trak­tory. A ona sama zaczęła nosić po cztery złote, ogromne pier­ścionki na każ­dej dłoni. Nie ma już tu we wsi star­szych ludzi, żeby ci o tym wię­cej opo­wie­dzieli. – Artur wydaje się zmar­twiony, że nie może powie­dzieć mi zbyt wiele o sza­brow­ni­kach.

Docie­ramy pie­szo na szczyt nie­wiel­kiego, nasło­necz­nio­nego leśnego pagórka.

– To tu był cmen­tarz. Tyle z niego zostało. – Zdzi­sław poka­zuje na poprzew­ra­cane nagrobki, krzyże zrzu­cone z gro­bów, roz­ko­pane mogiły. Na nagrob­nych inskryp­cjach z tru­dem odczy­tuję nazwi­ska daw­nych miesz­kań­ców tych stron. Więk­szość nagrob­nych płyt rabu­sie poroz­bi­jali. Pora­stają je papro­cie i mech. Leśny cmen­tarz spra­wia wra­że­nie cał­ko­wi­cie zapo­mnia­nego. Jakby nikt oprócz cmen­tar­nych hien tu nie zaglą­dał. Jed­nak kilka zni­czy leżą­cych na leśnej ściółce sygna­li­zuje, że ktoś o pogrze­ba­nych w tym miej­scu jesz­cze pamięta.

– To był cmen­tarz miesz­kań­ców wsi, pań­stwo z pałacu mieli swój wła­sny, w parku – wyja­śnia Zdzi­sław, który pro­wa­dzi leśnymi ścież­kami do nekro­po­lii rodziny von Tre­skow. Trudno dopa­trzeć się tu parku, las pochło­nął dawne alejki. Zdzi­czały park wto­pił się w las. Wraz z modrze­wiami, jesio­nami, lipami, pla­ta­nami i bzami, w natu­ralny spo­sób łącząc się z pusz­czą. Las wchło­nął także cmen­tarz pru­skiego rodu. Jed­nak to nie przy­roda roz­biła gro­bowce, uni­ce­stwiła nagrobki i ogro­dze­nie. Nie oszczę­dzili tego miej­sca cmen­tarni zło­dzieje. Dziś spu­sto­szony cmen­tarz stra­szy roz­ko­pa­nymi mogi­łami i ponurą aurą.

– Patrz pan, wszyst­kie nagrobki, sztuka w sztukę, roz­rzu­cone, wywró­cone, groby roz­ko­pane. – Zdzi­sław, który zapewne był tu nie­raz, wydaje się mocno zdzi­wiony.

– Mówi się, że majątku do grobu się nie zabie­rze, ale im nawet groby zabrali – zauważa mój prze­wod­nik.

Zaglą­dam do jed­nej z roz­ko­pa­nych mogił, wydaje mi się, że widzę w niej ludz­kie kości. Odwra­cam wzrok, czuję w tym miej­scu nie­po­kój. Mam wra­że­nie, że nie jeste­śmy sami. Nie mam ochoty prze­by­wać tu dłu­żej. Zdzi­sław chyba też nie naj­le­piej tu się czuje: – Chodźmy już stąd – daje sygnał do odwrotu. – Lepiej nie zakłó­cać im spo­koju.

Wie­czo­rem w Skwie­rzy­nie spo­ty­kam się z byłym miesz­kań­cem Nowego Dworu. Wie, co mnie spro­wa­dza w te strony i bez cie­nia wąt­pli­wo­ści stwier­dza: – Tam, na tych leśnych gór­kach roz­sza­bro­wali wszyst­kie groby. Była taka grupa mło­dzień­ców, takich powiedzmy, pocho­dzą­cych z miej­sco­wych wpły­wo­wych rodzin. Ich tu nikt nie ruszał. Oni roz­ko­py­wali groby na oko­licz­nych cmen­ta­rzach, a jest ich tu bar­dzo wiele. Gro­bo­wiec dzie­dzica też był splą­dro­wany. I moim zda­niem klą­twa rodziny von Tre­skow spra­wiła, że ta cała ekipa zgi­nęła w ciągu jed­nego roku. Jed­nego po dru­gim spo­ty­kała śmierć. To była taka seria, że oni po kolei ginęli. Pierw­szy był syn leśni­czego. Uto­pił się w swoje uro­dziny. Było wtedy gorąco i cała mło­dzież ze wsi poszła się kąpać nad Wartę. Wszy­scy prze­pły­wali ją w tę i z powro­tem, a on nagle się uto­pił i długo ciała nie mogli zna­leźć. I to w płyt­kiej wodzie, tam było kąpie­li­sko zro­bione. Nikt tam się ni­gdy nie uto­pił. On był pierw­szy. Potem ginęli jego kum­ple od okra­da­nia gro­bów. Jeden zgi­nął w wypadku na moto­cy­klu, drugi się powie­sił. Spa­dła na nich klą­twa tego odko­py­wa­nia gro­bów. Ale co oni tam mogli zna­leźć? – zasta­na­wia się mój roz­mówca i sam sobie odpo­wiada. – Naj­wy­żej jakiś tam złoty ząb lub marny pier­ścio­nek. Nikt roz­sądny prze­cież złota do trumny nie pakuje i nikt nor­malny nie idzie go tam szu­kać. Wia­domo, że to, co spo­czywa na cmen­ta­rzu, to ma tam zostać. Nie zabiera się tego do domu. Chło­paki zapła­ciły wysoką cenę za pazer­ność. Nie­któ­rzy mówią, że oni nocami błą­kają się po tych ogra­bio­nych cmen­ta­rzach. To ich pokuta, nie mogą spo­koj­nie leżeć we wła­snych gro­bach.

Zagłada rodziny ogrod­nika

ZAGŁADA RODZINY OGROD­NIKA

Do tego domu tra­fi­łem wiele lat przed tym, gdy przy­lgnęło do niego miano nawie­dzo­nego. Były to lata 70. minio­nego wieku, a ja jako nasto­la­tek szu­ka­łem pracy, by zaro­bić na waka­cyjny wyjazd. Wraz z kolegą tra­fi­li­śmy na ulicę Sze­li­gow­ską w War­sza­wie. Był to obszar daw­nej wsi Chrza­nów, gdzie w cza­sach PRL kró­lo­wali tak zwani bady­la­rze nie­ustan­nie potrze­bu­jący rąk do pracy.

Jedną z takich zamoż­nych ogrod­ni­czych rodzin byli pań­stwo S. I to do nich, a wła­ści­wie na ich pole, tra­fi­li­śmy. Gbu­ro­waty gospo­darz, jak mi się wydaje 50–60-letni, zde­cy­do­wał się zatrud­nić nas do pie­le­nia warzyw. Dziś już dziś nie pamię­tam jakich. Dosko­nale zapa­mię­ta­łem nato­miast wiel­kie pole obsa­dzone jarzy­nami, które przez naj­bliż­szy tydzień miało być naszym miej­scem pracy. Po kilku godzi­nach zro­zu­mie­li­śmy, że to pomyłka. Jed­nak udało nam się docią­gnąć do faj­rantu. Oznaj­mi­li­śmy wów­czas bady­la­rzowi, że rezy­gnu­jemy z dal­szego pie­le­nia. Popa­trzył na nas spode łba i wark­nął: – To spier­da­laj­cie gów­nia­rze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki