White Hot Kiss - Jennifer L. Armentrout - ebook
NOWOŚĆ

White Hot Kiss ebook

Jennifer L. Armentrout

3,7

124 osoby interesują się tą książką

Opis

Layla chce tylko wpasować się w tłum rówieśników i umówić wreszcie na randkę z Zayne’em, chłopakiem, w którym się podkochuje, odkąd sięga pamięcią. Kłopot w tym, że on traktuje ją jak siostrę, a do tego dziewczyna skrywa w sobie niebezpieczną naturę – jest półdemonem, półgargulcem o unikalnych zdolnościach. Pocałunek Layli zabija każdą istotę obdarzoną duszą, i choć Zayne należy do strażników, przedstawicieli rasy gargulców czuwających nad bezpieczeństwem ludzi, jego również to dotyczy.

 

Nieoczekiwanie Layla poznaje Rotha, demona, który twierdzi, że zna jej najskrytsze tajemnice. Dziewczyna wie, iż powinna trzymać się od niego z daleka, lecz okazuje się to niezwykle trudne, ponieważ w jego przypadku całowanie nie skończy się śmiercią.

 

Zaufanie Rothowi może przekreślić szanse Layli u Zayne’a, jednak gdy dziewczyna odkrywa, że to ona stoi u źródła krwawego demonicznego powstania, perspektywa pocałowania wroga przestaje być jej największym problemem w obliczu nadciągającego końca świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 447

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (3 oceny)
2
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kaskuklosowska

Nie oderwiesz się od lektury

To bylo taaaaaaaaa DOBRE ❤️‍🔥
20
SailorMoon40

Nie polecam

Czytałam kiedyś w starym wydaniu i nie jest to dobra książka. 👎🏻 Nie polecam .
03



White Hot Kiss

Dark Elements. Tom 1

Przetłumaczyła Katarzyna Agnieszka Dyrek

Jennifer L. Armentrout

Rozdział 1

W McDonaldzie siedział demon.

Miał wielki apetyt na Big Maki.

Normalnie uwielbiałam moje pozaszkolne zajęcie. Oznaczanie tych bez duszy i potępionych zazwyczaj dostarczało mi sporo satysfakcji. Z nudów nadałam sobie nawet przydział, jednak dzisiaj było inaczej.

Miałam do napisania zadanie z literatury.

– Będziesz jadła te frytki? – zapytał Sam, chwytając ich garść z mojej tacy. Brązowe, kręcone włosy opadły mu na okulary w drucianych oprawkach. – Dzięki.

– Tylko nie wypij jej herbaty. – Stacey klepnęła Sama w rękę i kilka frytek poleciało na podłogę. – Odgryzie ci ramię.

Przestałam stukać stopą, jednak nie spuszczałam wzroku z intruza. Zupełnie nie rozumiałam, co takiego przyciągało demony pod dach tej restauracji, ale rany, uwielbiały tu przychodzić.

– Bardzo śmieszne.

– Na kogo się gapisz, Laylo? – Stacey obróciła się w boksie i rozejrzała po zatłoczonym pomieszczeniu. – Na tego przystojniaka? Jeśli tak, to lepiej… Och. Wow. Kto w takich ciuchach wychodzi między ludzi?

– Co? – Sam również się odwrócił. – Stacey, daj spokój. Kogo to obchodzi? Nie każdy nosi podróbki Prady, jak ty.

Dla nich demon wyglądał jak niegroźna kobieta w średnim wieku, bez gustu, jeśli chodziło o modę. Brązowe włosy upięła jedną z tych starych spinek w kształcie motyla. Miała na sobie zielone, welurowe spodnie ze sznurkiem i do tego różowe te­nisówki, jednak to jej sweter okazał się najohydniejszy. Ktoś wydziergał z przodu basseta, a jego wielkie, smutne oczy wykonano z brązowej włóczki.

Pomimo przeciętnego wyglądu kobieta nie była człowiekiem.

Nie żebym sama nim była.

To demon infernal. Jej ogromny apetyt stał się znakiem rozpoznawczym tej rasy. Potrafiły one za jednym posiedzeniem zjeść tyle, co mała armia.

Być może wyglądały i zachowywały się jak ludzie, jednak wiedziałam, że ten konkretny z łatwością mógł urwać głowę siedzącej nieopodal osobie. Chociaż to nie nadludzka siła była taka groźna. To ich zęby i ślina były naprawdę niebezpieczne.

Infernale gryzły.

Jedno małe skubnięcie i na człowieka przenosiła się demoniczna wersja wścieklizny. Całkowicie nieuleczalna, więc w ciągu trzech dni gryzak infernala przypominał zombie, wraz z jego skłonnościami kanibalistycznymi.

Oczywiście to infernal stanowił prawdziwe zagrożenie, no chyba żeby uznać apokalipsę zombie za dużo fajniejszą sprawę.

Jedyną dobrą rzeczą było to, że te demony pojawiały się rzadko i z każdym ugryzieniem ich żywot się skracał. Zazwyczaj mogły ugryźć siedem razy, po czym wyparowywały. Atakowały ­niczym ­żądlące pszczoły, tylko trochę głupsze.

Infernale mogły przybierać dowolną postać. Nie wiedziałam, dlaczego ten wyglądał jak włóczęga.

Stacey się skrzywiła, a demon wgryzł w trzeciego burgera. Nie był świadomy tego, że mu się przyglądamy. Infernale nie grzeszyły rozgarnięciem i spostrzegawczością, zwłaszcza gdy pochłaniały swoje łakocie z tajemniczym sosem.

– Ohyda. – Stacey wróciła na miejsce.

– Według mnie sweter jest sexy. – Sam uśmiechnął się z ustami pełnymi frytek. – Hej, Layla, myślisz, że Zayne udzieliłby mi wywiadu do zadania domowego?

Uniosłam brwi.

– Dlaczego chcesz przeprowadzić z nim wywiad?

Posłał mi znaczące spojrzenie.

– By zapytać, jak to jest być strażnikiem w Waszyngtonie, polować na tych złych, wymierzać sprawiedliwość i takie tam.

Stacey zachichotała.

– W twoich ustach strażnicy wydają się superbohaterami.

Sam wzruszył kościstymi ramionami.

– Trochę nimi są. No weź, widziałaś ich.

– Nie są superbohaterami – powiedziałam, lecąc standardową gadką, którą częstowałam wszystkich, odkąd dziesięć lat temu strażnicy wyszli z cienia.

Po tym, jak gwałtownie wzrosła przestępczość, co nie miało nic wspólnego z zapaścią gospodarczą na świecie, a raczej stanowiło sygnał piekła, że nie ma zamiaru dalej grać według reguł, alfy poleciły im się ujawnić. Dla ludzi powychodzili oni z twardych skorup. W końcu gargulce, zdobiące wiele kościołów i kamienic, były rzeźbami przedstawiającymi ich w prawdziwej postaci. Tak jakby.

Zbyt wiele demonów włóczyło się po ziemi, by strażnicy nadal działali w ukryciu.

– Są ludźmi. Takimi jak i wy, tylko…

– Rozumiem to. – Sam uniósł ręce. – Słuchaj, przecież wiesz, że nie jestem jednym z tych fanatyków, którzy twierdzą, iż są źli czy coś tak samo durnego. Uważam tylko, że to fajne i moja praca wyglądałaby świetnie, gdybym to opisał. To jak myślisz? ­Zayne się zgodzi?

Poruszyłam się nerwowo. Mieszkanie ze strażnikami czyniło mnie często tylną furtką ku nim lub dziwadłem. Każdy, łącznie z dwojgiem moich najbliższych przyjaciół, uważał, że jestem człowiekiem.

– Nie wiem, Sam. Nie sądzę, by podobała im się jakakolwiek forma nacisku.

Posmutniał.

– Zapytasz go przynajmniej?

– Jasne. – Bawiłam się słomką. – Ale nie licz na wiele.

Zadowolony Sam oparł się o ściankę boksu.

– Zgadnij co?

– Co? – Stacey westchnęła, wymieniając ze mną smętne spojrzenie. – Jaki losowo wybrany kawałek wiedzy nam przedstawisz?

– Wiecie, że można zamrozić banana do takiego stopnia, by był twardy jak młotek?

Odstawiłam herbatę.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

Sam dokończył moje frytki.

– Po prostu wiem.

– Całe życie spędza przy komputerze. – Stacey odsunęła gęstą, czarną grzywkę z twarzy. Nie wiedziałam, dlaczego nie jest przycięta. Zawsze jej przeszkadzała. – Zapewne szuka losowych bzdur dla zabawy.

– Właśnie to robię, kiedy siedzę w domu. – Sam złożył serwetkę. – Szukam ciekawostek. Taki jestem fajny. – Rzucił serwetkę w twarz Stacey.

– Odważę się nie zgodzić – powiedziała z pewnością w głosie. – Całe noce spędzasz na szukaniu pornoli.

Sam się zaczerwienił i poprawił okulary.

– Nieważne. Jesteście gotowe? Mamy zadanie z literatury do zrobienia.

Stacey jęknęła.

– Szkoda, że pan Leto nie pozwolił pisać wypracowania z klasyki o Zmierzchu. Przecież to też klasyka.

Wybuchnęłam śmiechem, natychmiast zapominając, iż miałam robotę.

– Stacey, Zmierzch nie jest klasyką.

– Według mnie Edward nią jest. – Wyciągnęła z kieszeni gumkę, by związać sięgające ramion włosy. – Ta książka jest dużo bardziej interesująca niż Na Zachodzie bez zmian.

Sam pokręcił głową.

– Nie wierzę, że użyłaś tytułów Zmierzch i Na Zachodzie bez zmian w tym samym zdaniu.

Ignorując go, spojrzała na moją tacę.

– Layla, nawet nie tknęłaś kanapki.

Może instynktownie wyczuwałam, że będę potrzebowała powodu, by zostać. Westchnęłam.

– Idźcie. Dołączę do was za kilka minut.

– Poważnie? – Sam wstał.

– Tak. – Uniosłam burgera. – Zjem i zaraz przyjdę.

Stacey przyjrzała mi się podejrzliwie.

– Nie chcesz nas odprawić jak zawsze, co?

Zarumieniłam się z powodu wyrzutów sumienia. Straciłam rachubę, ile razy już musiałam się ich pozbywać.

– Nie, serio. Zjem i do was dołączę.

– Chodźmy. – Sam zarzucił Stacey rękę na ramiona, kierując ją w stronę śmietnika. – Layla już dawno by zjadła, gdybyś cały czas do niej nie gadała.

– Och, najlepiej zrzucić winę na mnie. – Stacey pozbyła się śmieci, pomachała mi i wyszli.

Odłożyłam kanapkę i zaczęłam niecierpliwie przyglądać się infernalowi wyglądającemu jak kobieta. Kawałki pokarmu wypadały mu z ust, lądując na tacy. W ciągu kilku sekund skutecznie straciłam apetyt. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Ludzka żywność tylko łagodziła ból trawiący moje wnętrzności, nigdy go w pełni nie powstrzymując.

Infernal dokończył ucztę, a ja wzięłam plecak i ruszyłam za nim. Demoniczna kobieta potrąciła starszego mężczyznę, gdy ten chciał wejść, przez co go przewróciła. Wow. Była naprawdę urocza.

Jej śmiech dało się usłyszeć w zatłoczonej restauracji, choć brzmiał dość słabo. Na szczęście jakiś koleś pomógł wstać mężczyźnie, który pogroził pięścią oddalającemu się demonowi.

Westchnęłam, wyrzuciłam jedzenie i wyszłam za nim na późnowrześniowy wietrzyk.

Wszędzie znajdowały się różne odcienie dusz, unosząc się wokół ciał niczym pole elektryczne. Nad parą idącą pod rękę krążyły jasnoróżowe i turkusowoniebieskie. Ich dusze były niewinne – lecz nie należały do czystych.

Wszyscy ludzie mieli duszę – esencję – dobrą lub złą, demony natomiast nie mogły się czymś takim pochwalić. Na pierwszy rzut oka większość z tych przebywających na ziemi przypominała ludzi, jednak brak duszy sprawiał, że miałam ułatwione zadanie przy ich znakowaniu. Poza tym jedyną różnicą między nimi a ludźmi były dziwne źrenice, reagujące na światło jak u kota.

Demoniczna kobieta przeszła ulicę, lekko utykając. W świetle dnia nie wyglądała za dobrze. Zapewne ugryzła już kilka osób, co wskazywało, że jak najszybciej należało ją oznaczyć i unieszkodliwić.

Ulotka przyklejona na zielonej latarni zwróciła moją uwagę. Skrzywiłam się, gdy poczułam potrzebę ochrony, czytając to ostrzeżenie. Strażnicy nie są dziećmi Boga. Nawróćcie się. Nadchodzi koniec.

Pod tymi słowami znajdował się prymitywnie wykonany obrazek czegoś, co wydawało się mieszanką wściekłego kojota i chupacabry.

– Sponsorowane przez Kościół Dzieci Bożych – mruknęłam i przewróciłam oczami.

Milutko. Nie znosiłam fanatyków.

Cała przednia szyba restauracji na końcu ulicy była zalepiona tymi ulotkami, a na drzwiach wisiała informacja, że nie obsługują strażników.

Gniew rozszedł się po moim ciele jak niekontrolowana błyskawica. Ci idioci nie mieli pojęcia, ile strażnicy dla nich poświęcali. Wzięłam głęboki wdech, po czym wolno wypuściłam powietrze. Musiałam skupić się na infernalu, zamiast stawać na wyimaginowanej mównicy.

Kobieta skręciła za róg i obejrzała się przez ramię, taksując przy tym moją sylwetkę szklistym spojrzeniem. Zostałam jednak zignorowana. Czający się w niej demon nie dostrzegł niczego nienormalnego.

Demonowi wewnątrz mnie spieszyło się, by to zakończyć.

Zwłaszcza gdy zaczęła dzwonić moja komórka, wibrując na udzie. Prawdopodobnie Stacey zastanawiała się, gdzie się, u licha, podziałam. Chciałam mieć to już za sobą i na resztę wieczoru wrócić do bycia normalną. Mimowolnie sięgnęłam do wisiorka, który miałam na szyi. Stary pierścień zawieszony na srebrnym łańcuszku wydawał się w dłoni ciężki i gorący.

Minęłam grupkę dzieciaków, mniej więcej w moim wieku, które popatrzyły na mnie, zatrzymały się, po czym obróciły. Oczywiście się gapiły. Jak wszyscy.

Miałam długie włosy. Nic wielkiego, były jednak tak jasne, że wyglądały niemal na białe. Nie cierpiałam, gdy się na mnie patrzyli. Czułam się jak albinos. Chociaż tak naprawdę ludzką uwagę zwracały moje oczy. Były jasnoszare, a ich tęczówki niemal pozbawione barwnika.

Zayne mówił, że wyglądam jak siostra jednego z elfów z Władcy Pierścieni. To ogromny zastrzyk pewności siebie. Ech.

Robiło się już ciemno, gdy przemierzałam Rhode Island Avenue i nagle się zatrzymałam. Wszystko dookoła mnie zniknęło. W ciepłym świetle ulicznych latarni zobaczyłam duszę.

Wyglądała, jakby ktoś zanurzył pędzel w czerwonej farbie, po czym przeciągnął nim po miękkim, czarnym płótnie. Przepełniało ją zło. Facet nie znajdował się pod wpływem demona. Po prostu sam z siebie był zły.

Powrócił tępy ból w moim brzuchu. Ludzie przepychali się obok mnie, posyłając mi spojrzenia pełne irytacji. Kilku z nich nawet coś powiedziało. Miałam to gdzieś. Nie obchodziły mnie ich różowe duszyczki, bo ten kolor zazwyczaj oznaczał coś ładnego.

W końcu udało mi się skupić na tym mężczyźnie. Był w średnim wieku, ubrany w kosztowny garnitur i krawat, z aktówką ściskaną w dużej dłoni. Nic, przed czym trzeba by uciekać, nic, czego należałoby się bać. A jednak widziałam różnicę.

Zgrzeszył. Wielokrotnie.

Poruszałam nogami do przodu, nawet jeśli mój umysł wrzeszczał, bym się zatrzymała, zawróciła, zadzwoniła do Zayne’a. Zrobiłabym to na sam dźwięk jego głosu. Powstrzymałby to, czego pragnęła każda komórka mojego ciała – co było dla mnie prawie naturalne.

Mężczyzna obrócił się lekko, spojrzał mi w twarz, po czym ocenił sylwetkę. Jego dusza niesłychanie szybko wirowała, stając się jeszcze bardziej czerwoną, a po chwili wręcz czarną. Wyglądał na wystarczająco dojrzałego, aby być moim ojcem. Budziło to we mnie obrzydzenie.

Posłał mi uśmiech, który miał sprawić, że pobiegłabym w przeciwnym kierunku. I powinnam się tam udać, ponieważ, bez względu na to, jak zły był ten człowiek – bez względu na to, ile dziewczynek podziękowałoby mi za jego usunięcie – Abbot ukształtował mnie tak, bym zaprzeczała wewnętrznemu demonowi. Wychował na strażniczkę, żebym zachowywała się jak ona.

Jednak Abbota tutaj nie było.

Uśmiechając się, popatrzyłam mężczyźnie prosto w oczy. Serce waliło mi jak młotem, skóra mrowiła i się zaczerwieniła. Chciałam jego duszy – tak bardzo, że ciało mało nie odpadło mi od kości. Odczuwałam to jako pragnienie pocałunku, kiedy wargi znajdują się na milimetr od ust kochanka, kiedy czeka się bez tchu. Chociaż nigdy wcześniej nie byłam całowana.

Mogłam mieć jedynie to.

Dusza tego mężczyzny wabiła syrenim śpiewem. Czułam mdłości, ponieważ tkwiące w niej zło tak bardzo kusiło, jednak mroczna istota była tak samo smaczna, jak i ta czysta.

Uśmiechnął się i zacisnął palce wokół trzymanej aktówki. Ten wyraz twarzy kazał mi się zastanowić nad wszystkimi strasznymi rzeczami, które mógł zrobić, by wypełnić wirującą pustkę.

W plecy wbił mi się jakiś łokieć. Niewielki ból był niczym w porównaniu do ekscytacji oczekiwania. Kilka kroków i jego dusza znalazłaby się tak blisko – tuż przede mną. Wiedziałam, że pierwsze skubnięcie roznieci słodki, niewyobrażalny ogień – upojenie nieporównywalne do niczego. Nie będzie trwało długo, jednak krótkie chwile czystej ekstazy posiadały swój urok.

Nie musiałam nawet dotykać jego ust. Wystarczył centymetr lub coś koło tego, bym posmakowała tej duszy – nie zabierając w całości. Odebranie mu jej zabiłoby go, a ja nie postępowałam tak okrutnie…

To on był zły.

Odsunęłam się, zrywając kontakt wzrokowy. Ból wybuchł w moim brzuchu i poraził kończyny. Odejście od tego mężczyzny było jak odmowa płucom tlenu. Skóra mnie paliła, gardło bolało, gdy zmuszałam nogi do ruchu. Walczyłam, by odejść, nie myśleć o mężczyźnie i odnaleźć infernala, a kiedy go w końcu dopadłam, wypuściłam wstrzymywane powietrze. Skupienie się na demonie służyło jako odwrócenie uwagi.

Weszłam za demoniczną kobietą do ciemnej uliczki, pomiędzy sklep z tanimi rzeczami a agencję bankową. Wystarczyło, bym jej dotknęła, co powinnam zrobić już w McDonaldzie. Przystanęłam w połowie, rozejrzałam się i zaklęłam.

Uliczka była pusta.

Czarne worki ze śmieciami stały rządkiem pod ceglaną ścianą. Śmietniki były przepełnione, a na żwirze coś się ruszało. Wzdrygnęłam się, spoglądając nieufnie. Najprawdopodobniej były to szczury, jednak mogły być to też inne rzeczy ukryte w cieniu – rzeczy dużo gorsze.

I w cholerę straszniejsze.

Weszłam głębiej w uliczkę, rozglądając się uważniej, nieświadomie obracając wisiorek palcami. Szkoda, że nie byłam przewidująca i nie spakowałam do plecaka latarki, ale to nie miałoby większego sensu. Zamiast niej znalazły się w nim nowy błyszczyk i paczka ciasteczek, które kupiłam rano. Naprawdę przydatne rzeczy.

Poczułam nagły dreszcz. Puściłam pierścień, pozwalając mu zawis­nąć na łańcuszku pod koszulką. Coś tu było nie tak. Wsunęłam rękę do przedniej kieszeni jeansów, wyciągnęłam moją lekko sfatygowaną komórkę i się odwróciłam.

Infernal stał kilka metrów przede mną. Kiedy kobieta się uśmiechnęła, zmarszczki na jej twarzy stały się pęknięciami w skórze. Z żółtych zębów zwisały cienkie pasma sałaty. Wzięłam głęboki wdech, czego od razu pożałowałam. Śmierdziało siarką i zepsutym mięsem.

Infernal przekrzywił głowę i zmrużył oczy. Żaden demon nie potrafił mnie wyczuć, ponieważ nie miałam w sobie wystarczającej ilości demonicznej krwi, by na nie działała, jednak stworzenie patrzyło, jakby wiedziało, co tak naprawdę w sobie skrywałam.

Kobieta opuściła spojrzenie na moją pierś, po czym znów popatrzyła mi w oczy. Zaskoczona, z trudem łapałam powietrze. Jej spłowiałe niebieskie tęczówki zaczęły wirować wokół źrenic, które stały się cieniutkie.

Niech to szlag. Ta paniusia nie była infernalem.

Postać skręciła się i pomarszczyła niczym obraz wyświetlany przez telewizor gubiący sygnał. Siwe włosy i spinka zniknęły. Popękana skóra wygładziła się i przybrała kolor wosku. Ciało rozciągnęło się wzdłuż i wszerz. Dres oraz paskudny sweter zostały zastąpione skórzanymi spodniami i szeroką, muskularną piersią. Oczy się zaokrągliły, a ich tęczówki były niczym spienione morze – nie miały źrenic. Nos stał się płaski, zaledwie dwie dziurki w twarzy nad szerokimi, wyglądającymi na okrutne, ustami.

Niech to szlag jasny trafi i krew nagła zaleje.

Demon tropiciel. Widziałam takiego jedynie w starej książce Abbota. Były niczym demoniczna wersja Indiany Jonesa, mająca na celu zlokalizowanie i dostarczenie wszystkiego, po co zostały wysłane. Chociaż w przeciwieństwie do Indy’ego były złośliwe i agresywne.

Tropiciel uśmiechnął się, ukazując usta pełne ostrych zębisk.

– No i mam.

Mam? Co? Mnie?

Skoczył w moją stronę, a ja rzuciłam się w bok. Strach uderzył tak szybko, jak szybko spociły mi się dłonie, kiedy dotknęłam jego ramienia. Wybuchło jasne światło i zalśniło wokół ciała demona, przez co stał się jedynie różową plamą. Nie widział, że go oznaczyłam. Nigdy tego nie widziały. Jedynie Strażnicy byli w stanie dostrzec te znaki.

Tropiciel złapał mnie za włosy i szarpnął głowę w bok, po czym chwycił za przód mojej koszulki. Komórka wyślizgnęła mi się z dłoni i rozbiła na ziemi. Na szyi i na ramionach poczułam ukłucia bólu.

Zaczęłam panikować, ale instynkt przejął kontrolę. To po to we wszystkie wieczory trenowałam z Zayne’em. Oznaczanie demonów czasami mogło okazać się niebezpieczne i, choć nie posiadałam umiejętności ninja, nie zamierzałam poddać się bez walki.

Odchyliłam się do tyłu, uniosłam nogę i kopnęłam we właściwe miejsce. Dzięki Bogu demon był anatomicznie poprawny.

Tropiciel jęknął i się odsunął, wyrywając mi kilka pasm włosów. Zabolała mnie skóra głowy.

W przeciwieństwie do strażników nie mogłam zrzucić ludzkiej skóry, a ciągnięcie za włosy wkurzało jak nic innego.

Poczułam ból w knykciach, gdy moja pięść zderzyła się z jego szczęką, odrzucając głowę stwora na bok. Żadne tam babskie uderzenie. ­Zayne byłby dumny.

Demon powoli obrócił ku mnie twarz.

– Podobało mi się. Zrób tak raz jeszcze.

Wytrzeszczyłam oczy.

Tropiciel rzucił się do ataku, więc wiedziałam, że umrę. Zostanę rozerwana przez niego lub, co gorsza, przeciągnięta przez jeden z portali rozsianych po mieście i zabrana na dół. Kiedy ludzie znikali w tajemniczych okolicznościach, działo się tak dlatego, że nagle otrzymywali nowy kod pocztowy. Taki jak 666, a śmierć w porównaniu do tego była błogosławieństwem. Przygotowałam się na uderzenie.

– Dosyć.

Oboje zamarliśmy, słysząc głęboki, nieznany, władczy głos. Tropiciel poruszył się pierwszy, odsunął się w bok. Odwróciłam się i zobaczyłam właściciela głosu.

Nowo przybyły mierzył ponad metr osiemdziesiąt i był wyższy od strażników. Jego obsydianowe włosy w słabym oświetleniu połyskiwały granatem. Ich pasma opadały mu na czoło i zwijały się tuż za uszami. Miał łukowato wygięte brwi ponad złotymi oczami, a kości policzkowe szerokie i wystające. Był przystojny. Bardzo przystojny. Właściwie porażająco piękny, jednak sardoniczny uśmieszek mężczyzny nieco z tym kontrastował. Czarna koszulka opinała silny tors i płaski brzuch. Na ramieniu znajdował się potężny tatuaż przedstawiający węża, którego ogon znikał pod rękawkiem, a głowa w kształcie diamentu opierała się na jego dłoni.

Wyglądał na mojego rówieśnika. Mogłabym się w nim zakochać – gdyby nie to, że nie miał duszy.

Zrobiłam krok w tył. Co mogło być gorsze od demona?

Oczywiście dwa demony.

Kolana drżały mi tak bardzo, iż myślałam, że zaryję nosem w asfalt. Oznaczanie nigdy wcześniej nie poszło tak ekstremalnie źle. Miałam przerąbane, i to wcale nie było śmieszne.

– Nie powinieneś w to ingerować – powiedział tropiciel, zaciskając ręce w pięści.

Nieznajomy poruszał się bezszelestnie.

– A ty powinieneś pocałować mnie w dupę. Co ty na to?

Eee…?

Tropiciel nie wykonał żadnego ruchu, jedynie ciężko oddychał. Napięcie wypełniało całą uliczkę. Odsunęłam się o kolejny krok, mając nadzieję na ucieczkę. Ci dwaj najwyraźniej niezbyt za sobą przepadali, a ja nie zamierzałam znaleźć się pośrodku. Kiedy dochodziło do starcia dwóch takich istot, mogły polec całe budynki. Złe fundamenty czy wadliwy dach? Akurat. Raczej gigantyczna walka demonów.

Jeszcze dwa kroki w prawo i mogłabym…

Chłopak popatrzył na mnie. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, porażona intensywnością spojrzenia. Wypuściłam z palców szelkę plecaka. Popatrzył za nim, wachlarz gęstych rzęs nakrył policzki demona, a niewielki uśmieszek zagościł na ustach. Kiedy się odezwał, jego głos był miękki, choć głęboki i potężny:

– Myślę, że wpakowałaś się w kłopoty.

Nie wiedziałam, jaki to rodzaj demona, jednak jego postawa wyrażała siłę, więc nie przypuszczałam, by należał do tych niższych jak infernal czy tropiciel. Był raczej z wyższej kasty – markiz albo piekielny gestor. Radzili sobie z nimi jedynie strażnicy, co i tak zazwyczaj kończyło się krwawą jatką.

Serce obijało mi się o żebra. Musiałam stąd spieprzać, i to szybko. Nie było mowy, bym stanęła oko w oko z demonem wyższej kasty. Moje nędzne umiejętności nie ochroniłyby mnie przed skopaniem tyłka. No i tropiciel robił się coraz bardziej wkurzony. Zaciskał niespokojnie wielkie pięści. Sprawy mogły pójść w bardzo złym kierunku.

Podniosłam plecak i przytrzymałam go przed sobą niczym najgorszą w historii tarczę. Chociaż i tak na świecie prócz strażników nie istniało nic, co mogłoby zatrzymać demona wyższej kasty.

– Czekaj – powiedział. – Nie uciekaj jeszcze.

– Nawet nie próbuj się do mnie zbliżać – ostrzegłam.

– Nie pomyślałbym o zrobieniu czegokolwiek, czego byś nie chciała.

Ignorując, cokolwiek miał na myśli, przesuwałam się obok tropiciela w kierunku wyjścia z uliczki, które wydawało się niesłychanie daleko.

– Uciekasz. – Demon wyższej kasty westchnął. – Nawet po mojej prośbie, żebyś tego nie robiła, a wydaje mi się, że ­byłem przy tym miły. – Zerknął na tropiciela i się skrzywił. – Byłem miły?

Tropiciel warknął:

– Nie obraź się, ale w dupie mam, jak bardzo byłeś miły. Przeszkadzasz mi w robocie, ciołku.

Potknęłam się, słysząc tę zniewagę. Poza tym, że tropiciel mówił tak do demona wyższej kasty, brzmiało to tak… ludzko.

– Ty to wiesz, co powiedzieć – odparł chłopak. – Koci, koci, łapci, i tak cię zniszczę.

Pieprzyć to. Gdybym wróciła na główną ulicę, mogłabym ich zgubić. Nie atakują, kiedy ludzie ich widzą – zasady i takie tam. Cóż, jeśli ci dwaj chcieli ich przestrzegać, chociaż jakoś w to wątpiłam. Obróciłam się i rzuciłam w kierunku wyjścia z uliczki.

Nie zabrnęłam za daleko.

Tropiciel wpadł na mnie niczym zawodowy hokeista i wbił w śmietnik. Ciemność pojawiła mi się przed oczami, a na głowę wskoczyło coś futrzanego i piszczącego. Wrzeszcząc niczym banshee, wyciągnęłam rękę i złapałam stworzenie. Małe łapki wczepiły się we włosy. Dwie sekundy przed omdleniem wyszarpałam szczura z czupryny i rzuciłam nim w worki na śmieci. Pisnął, gdy upadł, po czym uciekł do dziury w ścianie.

Warcząc cicho, demon wyższej kasty pojawił się za tropicielem i złapał za gardło. Sekundę później trzymał go kilkanaście centymetrów nad ziemią.

– To z kolei nie było miłe – powiedział cichym, złowieszczym głosem.

Odwrócił się i rzucił tropicielem jak workiem. Ten rozbił się na ścianie i opadł na kolana. Drugi demon uniósł rękę… i tatuaż węża poruszył się na jego skórze, zmieniając się w milion czarnych kropek. Wystrzeliły w przestrzeń między nim a tropicielem, zastygły na chwilę w powietrzu, po czym spadły na ziemię, gdzie się scaliły, tworząc czarną masę.

Nie, nie masę, tylko ogromnego węża, długiego przynajmniej na trzy metry i równie szerokiego co ja. Poderwałam się na nogi, zupełnie ignorując zawroty głowy.

Stworzenie obróciło się w moją stronę i się uniosło. Jego oczy płonęły czerwienią.

Krzyk uwiązł mi w gardle.

– Nie bój się Bambi – powiedział demon. – Jest tylko ciekawa i może troszkę głodna.

To coś miało na imię Bambi?

O Boże, to coś patrzy na mnie, jakby chciało mnie pożreć.

Jednak gigantyczny wąż postanowił darować sobie taką przekąskę. Kiedy obrócił się w stronę tropiciela, niemal przewróciłam się z ulgi. Wtedy jednak stworzenie rzuciło się, pokonując niewielką odległość i uniosło potworną głowę ponad skamieniałym ze strachu demonem. Wąż otworzył paszczę, wysunął dwa kły wielkości mojej dłoni, za którymi ziała ciemność.

– No dobra – mruknął chłopak, uśmiechając się. – Może jest bardzo głodna.

Potraktowałam to jako wskazówkę, by zbierać się z uliczki.

– Czekaj! – krzyknął za mną demon, a kiedy zamiast się zatrzymać, przyspieszyłam ile sił w nogach, usłyszałam echo jego przekleństwa.

Po przejściu przez ulicę graniczącą z Dupont Circle minęłam lokal, gdzie planowałam spotkać się z Samem i Stacey. Dopiero kiedy dotarłam do miejsca, z którego Morris, nasz kierowca, spełniający milion innych funkcji, miał mnie odebrać, zatrzymałam się, by złapać oddech.

Dokoła były same delikatne dusze, jednak nie zwracałam na nie uwagi. Odrętwiała usiadłam na ławce. Czułam się źle. Co, u diabła, się właśnie wydarzyło? Przecież chciałam tylko napisać zadanie z Na Zachodzie bez zmian, a niemal pożarłam czyjąś duszę, prawie mnie zabito, poznałam pierwszego w życiu demona wyższej kasty i widziałam, jak tatuaż zmienia się w anakondę.

Spojrzałam na swoje puste ręce.

Telefon gdzieś przepadł.

Cholera.

Rozdział 2

Morris milczał w drodze do posiadłości znajdującej się przy Dunmo­re Lane. Nie dziwiło mnie to. Był cichy. Może to, co widział w naszym domu, sprawiało, że się nie odzywał. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam.

Ponieważ przez godzinę siedziałam na ławce, zdenerwowana czekając na niego, cały czas stukałam nogą o deskę rozdzielczą. Były to zaledwie cztery kilometry, ale cztery kilometry w Waszyngtonie równały się milionom gdzie indziej. Szybko jechaliśmy tylko po prywatnym podjeździe wiodącym do wielkiej posiadłości Abbota.

Był to bardziej hotel niż dom – składał się z trzech pięter i miał niezliczoną ilość pokoi gościnnych, a nawet basen. Tak naprawdę to miejsce, gdzie żyli strażnicy stanu wolnego, i spełniało ono funkcję kwatery dowodzenia klanu. Kiedy dotarliśmy, zamrugałam i przeklęłam pod nosem, przez co zarobiłam ostre spojrzenie od Morrisa.

Na gzymsie dachu siedziało sześć gargulców, których rano jeszcze tam nie było. Goście. Super.

Zdjęłam nogi z deski rozdzielczej i podniosłam plecak z podłogi. Nawet ze złożonymi skrzydłami i opuszczonymi głowami ich kształty były doskonale widoczne na tle gwieździstego nieba.

Kiedy strażnicy zapadali w letarg, praktycznie nie dało się ich zniszczyć. Ogień nie mógł im zaszkodzić. Przecinaki i młoty nie były w stanie uszkodzić ich powłoki. Odkąd ludzie dowiedzieli się o ich istnieniu, wypróbowali na nich już chyba każdą broń. Podobnie jak demony od… cóż, zawsze, jednak strażnicy mieli słabości wyłącznie w ludzkiej postaci.

Gdy samochód zatrzymał się przed rozległym gankiem, wyskoczyłam z niego, w kilku susach pokonałam schody i zahamowałam z poślizgiem przed drzwiami. Zamontowana z lewej strony kamera obróciła się w stronę miejsca, w którym stałam. Diodka zamrugała czerwienią. Gdzieś w tunelach pod rezydencją Geoff siedział w sterowni i obserwował, co się dzieje. Bez wątpienia miał uciechę, każąc mi czekać.

Pokazałam mu język.

Diodka sekundę później zmieniła kolor na zielony.

Przewróciłam oczami, gdy usłyszałam zgrzyt zamka, po czym uchyliłam drzwi i upuściłam plecak w korytarzu. Natychmiast wbiegłam na schody. Po chwili zastanowienia zawróciłam i udałam się do kuchni. Pomieszczenie było bosko puste, więc zgarnęłam ciasto znajdujące się w lodówce. Odkroiłam sobie kawałek i wróciłam na schody. W domu panowała grobowa cisza. O tej porze większość przebywała w podziemiach na szkoleniu lub wyruszyła na polowanie.

Z wyjątkiem Zayne’a. Odkąd pamiętałam, nie leciał na polowanie, póki się ze mną nie zobaczył.

Przeskakiwałam po trzy stopnie naraz, jednocześnie mlaskając ustami. Wytarłam lepkie palce w jeansową spódniczkę, trąciłam uchylone drzwi biodrem i zamarłam. Naprawdę musiałam nauczyć się pukać.

Najpierw zauważyłam perłowobiałą, świetlistą poświatę – czystą duszę. Inna niż u śmiertelników, esencja strażnika była jasna, co wynikało z naszej natury. Kiedy ludzie zaczęli wykorzystywać coś zwanego wolną wolą, ich dusza rzadko pozostawała tak śnieżnobiała. Ze względu na skazę w postaci demonicznej krwi, którą w sobie nosiłam, wiedziałam, że moja dusza tak nie wyglądała. Nie byłam pewna, czy w ogóle miałam duszę. Swojej nie ­mogłam zobaczyć.

Czasami… czasami wydawało mi się, że do nich nie należę – nie pasuję do Zayne’a.

Wstyd ścisnął mi żołądek, jednak nim zdążył się rozprzestrzenić, blask duszy chłopaka przygasł i przestałam o tym myśleć.

Świeżo po prysznicu wkładał właśnie przez głowę zwykłą czarną koszulkę. Zdążyłam zauważyć jego kuszący brzuch. Rygorystyczne szkolenie powodowało, że widać było ukształtowane i twarde jak kamień mięśnie. Kiedy ciało zniknęło pod materiałem, uniosłam wzrok. Mokre, jasne włosy przylgnęły do szyi i rzeźbionych policzków. Gdyby nie błękitne oczy, które mieli wszyscy strażnicy, te rysy twarzy byłyby zbyt idealne.

Podeszłam do jego łóżka i usiadłam na skraju. Nie powinnam myśleć w ten sposób o Zaynie. Był dla mnie niemal jak brat. Jego ojciec, Abbot, wychowywał nas razem, przez co chłopak traktował mnie jak młodszą siostrę, którą w jakiś sposób został obarczony.

– Co tam, Laleczko? – zapytał.

Po części uwielbiałam, kiedy używał ksywki z dzieciństwa. Równocześnie jednak – ponieważ nie byłam już małą dziewczynką – nie cierpiałam tego. Zerknęłam na Zayne’a spod rzęs. Już w pełni się ubrał. Szkoda.

– Kto jest na dachu?

Usiadł obok.

– Kilkoro podróżnych spoza miasta potrzebowało miejsca do odpoczynku. Abbot zaoferował pokoje, ale wybrali dach. Nie chcieli… – urwał nagle, przysunął się i złapał mnie za kolano. – Dlaczego masz zdarty naskórek?

Na chwilę przestałam myśleć, gdy dotknął dłonią mojej nogi. Róż oblał twarz i zaczął schodzić coraz niżej. Zerknęłam na policzki i usta Zayne’a – o Boże, te wargi były perfekcyjne. W głowie pojawiło mi się tysiąc fantazji. Dotyczyły jego, mnie i możliwości całowania bez wysysania duszy.

– Laylo, w co się dzisiaj wpakowałaś? – Puścił moją nogę.

Pokręciłam głową, by rozproszyć niemożliwe marzenia.

– Eee… w nic.

Zayne przysunął się i popatrzył na mnie, jakby potrafił przejrzeć kłamstwo. Miał do tego niesamowity talent. Jednak gdybym mu o wszystkim opowiedziała, wliczając w to demona wyższej kasty, dostałabym zakaz wychodzenia z domu. Lubiłam swoją wolność. Tylko ona mi pozostała.

Westchnęłam.

– Myślałam, że śledzę infernala.

– A tak nie było?

– Nie. – Chciałabym, by znów dotykał mojej nogi. – Okazało się, że to tropiciel, który jedynie udawał infernala.

Zadziwiające jak szybko z luzaka stał się poważnym strażnikiem.

– Co masz na myśli, mówiąc, że jedynie udawał?

Wzruszyłam zdawkowo ramionami.

– Naprawdę nie wiem, o co chodziło. Zauważyłam go w McDonaldzie. Miał apetyt jak infernal i tak też się zachowywał, więc zaczęłam go śledzić. Okazało się, że nim nie był, ale go oznaczyłam.

– To nie ma sensu. – Zmarszczył brwi. Robił tak zawsze, gdy nad czymś myślał. – Tropiciele są chłopcami na posyłki lub zostają przywołane przez jakiegoś idiotę, by znaleźć coś głupiego: jak żabie oczy czy krew bielika do zaklęcia, od którego dostają rykoszetem. Udawanie infernala nie jest dla nich typowe.

Przypomniałam sobie słowa demona. „No i mam”. Stwierdził to, patrząc na mnie. Wiedziałam, że powinnam powiedzieć o tym Zayne’owi, ale jego ojciec i tak już stresował się tym, gdzie chodzę i z kim. A chłopak miał obowiązek przekazać mu wszystko, ponieważ Abbot to głowa waszyngtońskiego klanu strażników. Poza tym musiałam się przesłyszeć, no i demony rzadko robiły coś dziwnego lub nieoczekiwanego. Były demonami. To wystarczało.

– Wszystko okej? – zapytał Zayne.

– Tak, nic mi nie jest. – Umilkłam. – Ale zgubiłam telefon.

Roześmiał się i, o rany, podobał mi się ten dźwięk. Był głęboki. Bogaty.

– Jezu, Layla, który to już raz w tym roku?

– Piąty. – Popatrzyłam na jego półkę pełną książek i westchnęłam. – Abbot nie da mi kolejnego. Uważa, że gubię je celowo. Ale tak nie jest. One po prostu… mnie nie lubią.

Zayne znów się roześmiał i szturchnął odzianym w jeans kolanem.

– Ilu dzisiaj oznaczyłaś?

Pomyślałam o tych kilku godzinach po szkole, zanim spotkałam się z Samem i Stacey.

– Dziewięciu. Dwa infernale, a reszta to impy, z wyjątkiem tego tropiciela. – Którego Zayne zapewne nigdy nie znajdzie, bo istniały spore szanse, że pożarła go Bambi.

Chłopak gwizdnął cicho.

– Super. Będę miał pracowitą noc.

To właśnie robili strażnicy. Pokolenie za pokoleniem, jeszcze zanim się ujawnili, utrzymywali w ryzach populację demonów. Miałam siedem lat, gdy wyszli z cienia, więc nie pamiętałam, jak zareagował na nich świat. Jestem pewna, że ludzie mocno wariowali. Co dziwne, mniej więcej w tym samym czasie z nimi zamieszkałam.

Alfy – aniołowie, którzy zarządzali – rozumieli, że na świecie musiało być dobro i zło, co stanowiło Prawo Równowagi. Jednak dziesięć lat temu coś się wydarzyło. Demony zaczęły wylewać się z portali, powodując istny chaos i siejąc spustoszenie we wszystkim, z czym weszły w kontakt. Ogromnym problemem stało się opętywanie ludzi i sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli. Pomiot piekielny odmawiał dalszego krycia się w cieniu, a alfy nie mogły dopuścić, by ludzie się dowiedzieli, że demony są prawdziwe. Abbot powiedział mi kiedyś, iż ma to coś wspólnego z wiarą oraz wolną wolą. Człowiek musiał wierzyć w Boga bez świadomości, że piekło naprawdę istnieje. Gotowe zrobić wszystko, by trzymać ludzi w niewiedzy, alfy dały strażnikom zielone światło do działania. Wydawało się to ryzykowne, bo ludzkość w końcu mogła dodać dwa do dwóch i odkryć prawdę, ale co ja tam wiem.

Jedynie wybrani znali prawdę. Poza Morrisem było na świecie parę osób w policji, w rządzie i w wojsku, które wiedziały o istnieniu demonów. Miały swoje powody, by nie ujawniać tego publicznie, argumenty niepowiązane z wiarą. Świat pogrążyłby się w chaosie, gdyby ludzkość wiedziała, że każdego ranka demony zamawiały kawę tuż obok nich.

Tak to działało. Strażnicy pomagali policji łapać przestępców, a że część z nich była demonami, nie szli do więzienia, tylko prosto do piekła, bez powrotnego biletu.

Jeśli ujawniłyby się światu, alfy mogłyby zniszczyć je wszystkie, wliczając w to mój szczęśliwy, w połowie demoniczny tyłek.

– Sprawy zaczynają przybierać szalony obrót – powiedział Zayne bardziej do siebie. – Zwiększyła się aktywność infernali. W innych dystryktach strażnicy napotkali helliony.

Wytrzeszczyłam oczy.

– Helliony?

Kiedy skinął głową, wyobraziłam sobie przerośnięte, bestialskie stworzenia. Nie powinny one znajdować się na ziemi. Były niczym mieszanka szalonej zmutowanej małpy i pitbulla.

Zayne przykucnął i zaczął grzebać pod łóżkiem. Opadły mu włosy, zasłaniając twarz. Mogłam się teraz otwarcie gapić. Dzieliły nas jedynie cztery lata, jednak jako strażnik przewyższał dojrzałością ludzkich chłopców w jego wieku. Wiedziałam o nim wszystko, oprócz tego, jak wygląda jego prawdziwe oblicze.

Właśnie tacy byli strażnicy. Postać, którą przybierali za dnia, nie stanowiła ich prawdziwej formy. Po raz setny zastanowiłam się nad rzeczywistym wyglądem Zayne’a. Jako człowiek był przystojny, jednak, w przeciwieństwie do innych, nigdy nie pozwolił mi zobaczyć siebie jako gargulca.

A ponieważ miałam w sobie tylko połowę krwi strażnika, nie mogłam się przemieniać jak oni. Na zawsze uszkodzona, utknęłam w ludzkiej postaci. W ich świecie nie radzono sobie dobrze z wadami. Gdyby nie moja unikalna zdolność widzenia dusz i oznaczania tych bez esencji byłabym zupełnie bezużyteczna dla tego gatunku.

Zayne usiadł, w ręku trzymał futrzaną kulę.

– Zobacz, kogo znalazłem. Zostawiłaś go tutaj kilka dni temu.

– Pan Glutek! – Z uśmiechem złapałam starego, pluszowego misia. – Nie wiedziałam, gdzie się podział.

Zayne również się uśmiechnął.

– Nie wierzę, że dalej trzymasz tego miśka.

Opadłam na plecy i przytuliłam Pana Glutka do piersi.

– Ty mi go dałeś.

– Dawno temu.

– Był moją ulubioną maskotką.

– Miałaś tylko jedną. – Zayne wyciągnął się obok i popatrzył w sufit. – Wróciłaś wcześniej, niż się spodziewałem. Myślałem, że będziesz się uczyć z przyjaciółmi.

Wzruszyłam ramionami.

Zayne postukał po swoim brzuchu.

– Dziwne. Normalnie wykorzystujesz czas przed wyznaczoną godziną powrotu co do minuty, a dziś nie ma nawet dziewiątej.

Przygryzłam wargę.

– No i? Opowiedziałam ci, co zaszło.

– Wiem, że nie mówisz mi wszystkiego. – Sposób, w jaki to powiedział, sprawił, iż obróciłam ku niemu głowę. – Po co miałabyś kłamać?

Nasze twarze znajdowały się blisko siebie, jednak nie na tyle, bym stanowiła dla niego niebezpieczeństwo. I Zayne mi ufał, wierzył, że byłam bardziej strażnikiem niż demonem. Pomyślałam o wężu i o chłopaku będącym istotą wyższego rzędu.

Zadrżałam.

Zayne położył dłoń na mojej. Serce zgubiło rytm.

– Powiedz prawdę, Laleczko.

Z łatwością potrafiłam sobie przypomnieć pierwszy raz, gdy użył tego zwrotu.

Był to wieczór, w którym przywieziono mnie do ich domu. Miałam siedem lat i przeraźliwie się bałam tych skrzydlatych stworów, które zabrały mnie z domu dziecka. Istot posiadających ostre zębiska i czerwone oczy. W chwili, kiedy znalazłam się w korytarzu ich wielkiej rezydencji, pobiegłam przed siebie, po czym zwinęłam się w kulkę w pierwszej znalezionej szafie. Kilka godzin później Zayne odkrył moją kryjówkę, przyniósł mi nowiutkiego, pluszowego misia i nazwał mnie Laleczką. Miał jedenaście lat i już wtedy wyglądał wspaniale, więc od tamtego czasu go nie odstępowałam. Starsi strażnicy przez to z niego drwili.

– Laylo? – mruknął, ściskając moją dłoń.

Słowa same popłynęły mi z ust:

– Myślisz, że jestem zła?

Ściągnął brwi.

– Dlaczego pytasz?

Popatrzyłam na niego wymownie.

– Zayne, jestem w połowie demonem…

– Jesteś strażniczką, Laylo.

– Zawsze tak mówisz, ale nie jest to prawda. Jestem jak… jak muł.

– Muł? – powtórzył powoli i uniósł brwi.

– Tak, muł. No wiesz, półkoń, półosioł…

– Laylo, wiem, co to jest muł. I mam ogromną nadzieję, że się z nim nie porównujesz.

Nic nie odpowiedziałam, ponieważ tak właśnie było. Niczym muł, byłam dziwaczną hybrydą – w połowie demonem, w połowie strażnikiem. Właśnie z tego powodu nigdy nie zostanę partnerką strażnika. Nawet demony, jeśli wiedziały, kim jestem, mnie odrzucały. Zatem tak, porównanie do muła wcale nie odbiegało od prawdy.

Zayne westchnął.

– To, kim była twoja matka, wcale nie czyni cię złą osobą. A już na pewno nie mułem.

Obróciłam głowę i popatrzyłam przed siebie. Wentylator kręcił się dość szybko, tworząc na suficie dziwaczne cienie. Demoniczna matka, której nie poznałam, i ojciec, którego nie pamiętałam. A Stacey myślała, że wychowywanie się tylko z jednym rodzicem nie było normalne.

Sięgnęłam do szyi i zaczęłam bawić się pierścieniem.

– Wiesz o tym, prawda? – ciągnął. – Wiesz, że nie jesteś zła, Laylo. Jesteś dobra, bystra i… – Urwał, usiadł i pochylił się nade mną niczym anioł stróż. – Nie… nie odebrałaś nikomu duszy, prawda? Laylo, jeśli to zrobiłaś, natychmiast mi powiedz. Coś wymyślimy. Nie powiem ojcu, ale muszę wiedzieć.

Oczywiście, gdybym zrobiła coś takiego – nawet przez przypadek – informacja o tym nie mogła dotrzeć do Abbota. Mimo troski i tak by mnie wydał. Odbieranie ludziom dusz było zabronione z wielu moralnych powodów.

– Nie, nie odebrałam nikomu duszy.

Popatrzył na mnie i wyprostował ramiona.

– Nie strasz tak, Laleczko.

Nagle zapragnęłam mocniej przytulić misia.

– Przepraszam.

Zayne się przysunął i złapał moją rękę.

– Popełniałaś błędy, ale się na nich uczyłaś. Nie jesteś zła. Musisz o tym pamiętać. Było, minęło.

Przygryzłam dolną wargę, myśląc o tych „błędach”. Popełniłam więcej niż jeden. To właśnie najwcześniejszy incydent ściągnął strażników do domu dziecka. Niechcący odebrałam duszę jednej z opiekunek – nie całą, jednak na tyle, że kobieta musiała zostać zawieziona do szpitala. W jakiś sposób dowiedzieli się o tym i przyjechali po mnie.

Po dziś dzień nie rozumiem, dlaczego Abbot dał mi schronienie. Demony to dla strażników sprawa jednowymiarowa. Nie istniało coś takiego jak dobra czy niewinna istota tego gatunku. Sama nim byłam, więc i mnie dotyczyło stwierdzenie: „dobry demon to martwy demon”. Jednak z jakiegoś powodu traktowali mnie inaczej.

Wiesz dlaczego, wyszeptał ohydny głosik w mojej głowie, sprawiając, że zamknęłam oczy. Zdolność widzenia dusz lub ich braku była skutkiem demonicznej krwi. Stałam się więc bardzo przydatnym narzędziem w walce ze złem. Strażnicy potrafili tylko wyczuwać demony, jeśli znaleźli się wystarczająco blisko. Beze mnie ich praca stawała się trudniejsza, lecz nie niemożliwa do wykonania.

Przynajmniej tak sobie wmawiałam.

Zayne odwrócił moją dłoń i splótł nasze palce.

– Znów podkradłaś ciasto. Czy zostawiłaś mi tym razem choćby kawałeczek?

Prawdziwa miłość oznaczała dzielenie się jedzeniem. Tak uważałam. Otworzyłam oczy.

– Została połowa.

Uśmiechnął się, ułożył tym razem na boku, jednak nie puścił mnie. Włosy opadły mu na policzek. Chciałam je odgarnąć, ale nie miałam odwagi.

– Załatwię ci na jutro nową komórkę – powiedział w końcu.

Wyszczerzyłam się do niego, jakby był moją osobistą fabryką telefonów.

– Proszę, załatw mi tym razem taką z dotykowym ekranem. Wszyscy w szkole je mają.

Zayne uniósł brwi.

– Zniszczysz ją w okamgnieniu. Potrzebujesz jednej z tych pancernych, satelitarnych.

– Dopiero byłabym fajnie postrzegana. – Skrzywiłam się, kiedy popatrzyłam na zegarek. Zayne wkrótce musiał lecieć. – Chyba powinnam się pouczyć czy coś.

Złotawa skóra zmarszczyła mu się koło ust, gdy się uśmiechnął.

– Nie idź jeszcze.

Nic na świecie nie zdołałoby powstrzymać rosnącego w mojej piersi ciepła.

Ponownie zerknęłam na stojący przy jego łóżku zegarek. Nadal miał kilka godzin, nim będzie musiał lecieć na polowanie na demony, które wcześniej oznaczyłam. Wdzięczna za to przewróciłam się na bok. Położyłam Pana Glutka między nami.

Zayne zabrał rękę i odgarnął mi włosy z twarzy.

– Zawsze ci się plączą. Wiesz w ogóle jak używać szczotki?

Szturchnęłam go, przypominając sobie szczura.

– Tak, wiem, jak używać szczotki, dupku.

Zayne się zaśmiał, wracając do poplątanych włosów.

– Uważaj na słowa, Laylo.

Milczałam, gdy delikatnie rozplątał kilka pasm. Fakt, że dotykał moich włosów, był dla mnie nowością, ale nie miałam nic przeciwko. Przytrzymał jasne kosmyki w palcach, a ja zmrużyłam oczy.

– Muszę je obciąć – mruknęłam chwilę później.

– Nie. – Odrzucił je za moje ramię. – Są… piękne. I pasuje ci ta fryzura.

Serce niemal mi eksplodowało.

– Chcesz posłuchać o szkole?

Jego spojrzenie się rozpogodziło. Wszyscy strażnicy oprócz mnie uczyli się w domu, a Zayne większość kolegów ze studiów znał tylko online. Słuchał o tym, jak za wypracowanie dostałam czwórkę, potem o kłótni dziewczyn o chłopaka na stołówce i o tym, jak Stacey niechcący zamknęła się w gabinecie szkolnego pedagoga.

– Och, prawie zapomniałam – powiedziałam, po czym ziewnęłam przeciągle. – Sam w ramach zadania chce przeprowadzić z tobą wywiad. Porozmawiać o byciu strażnikiem.

Zayne się skrzywił.

– No nie wiem. Nie wolno nam udzielać wywiadów. Alfy postrzegają to jako pychę.

– Wiem. Powiedziałam mu, by nie liczył na zbyt wiele.

– I słusznie. Ojciec by oszalał, gdyby się dowiedział, że rozmawiam z dziennikarzem.

Zachichotałam.

– Sam nie jest dziennikarzem, ale kumam.

Zatrzymał mnie jeszcze na moment, wypytując o różne rzeczy. Wbrew mojej woli zamykały mi się oczy. Gdy się obudziłam, Zayne’a już nie było. Poszedł polować na demony. Może nawet na te z wyższej kasty. Może nawet na chłopaka z wężem o imieniu Bambi.

Z zaczerwienionymi oczami przekopywałam się przez książkę do biologii. Miałam dla siebie trzy sekundy, nim w polu widzenia pojawiła się miękka, zielona poświata duszy. Uniosłam głowę i odetchnęłam głęboko. Lubiłam być otoczona niewinnymi duszami. Były raczej obojętne, nie kuszące jak…

Pięść szturchnęła mnie w ramię.

– Nie przyszłaś się z nami uczyć, Laylo!

Zatoczyłam się w bok i złapałam drzwiczek od szafki.

– Rany, Stacey, będę miała siniaka.

– Olałaś nas. Znowu.

Zamknęłam szafkę i stanęłam twarzą w twarz z przyjaciółką. Stacey potrafiła przywalić.

– Wybacz. Musiałam biec do domu. Coś mi wypadło.

– Zawsze coś ci wypada. – Spiorunowała mnie wzrokiem. – To nie jest śmieszne. Wiesz, że przez całą godzinę musiałam siedzieć i słuchać, ilu to przeciwników zabił Sam w Assassin’s Creed?

Roześmiałam się, chowając książki do plecaka.

– Beznadzieja.

– No. – Zdjęła gumkę z nadgarstka i związała włosy w krótki kucyk. – Jednak ci wybaczam.

Stacey zawsze wybaczała mi spóźnienia lub nieobecność. Naprawdę nie wiedziałam dlaczego. Czasami bywałam okropną przyjaciółką, lecz już od pierwszego roku wydawało się, że mnie lubiła.

Wmieszałyśmy się w tłum uczniów idących korytarzem. Zapach perfum i ludzkich ciał ścisnął mi żołądek. Miałam odrobinę za mocno wyczulone zmysły. Nie jakoś bardzo, jak demon czy strażnik, jednak, niestety, w większości potrafiłam wyczuwać to, czego nie mogli śmiertelnicy.

– Naprawdę przepraszam za wczorajszy wieczór. Nie uczyłam się nawet do sprawdzianu z biologii.

Popatrzyła na mnie i zmrużyła oczy o kształcie migdałów.

– Nadal wyglądasz, jakbyś się nie obudziła.

– Poprzednia lekcja tak mnie znudziła, że zasnęłam i niemal spadłam z krzesła. – Spojrzałam na grupkę luzaków stojących blisko pustej gabloty na trofea. Nasza drużyna futbolowa była do bani. Dusze chłopaków mieniły się we wszystkich odcieniach niebieskiego. – Pan Brown wydarł się na mnie.

Stacey się zaśmiała.

– Pan Brown wydziera się na wszystkich. Czyli w ogóle się nie uczyłaś?

Różowa poświata dusz unosząca się nad chichoczącymi drugoklasistkami zwróciła moją uwagę.

– Co?

Stacey głęboko westchnęła i powiedziała:

– Biologia, taka nauka o życiu? Idziemy na nią właśnie. Mamy sprawdzian.

Oderwałam wzrok od dusz i się skrzywiłam.

– Och, no nie. Jak mówiłam, w ogóle się nie uczyłam.

Stacey przełożyła książki do drugiej ręki.

– Nienawidzę cię. Nie otworzyłaś nawet podręcznika, a pewnie dostaniesz piątkę. – Odgarnęła grzywkę i pokręciła głową. – To niesprawiedliwe.

– Nie sądzę. Z ostatniego sprawdzianu pani Cleo dała mi czwórkę. Zobaczymy. – Zmarszczyłam brwi, zauważając, jak bardzo to prawdziwe. – Rany, serio powinnam się wczoraj pouczyć.

– Masz jeszcze notatki Sama? – Złapała mnie za rękę i ściągnęła z drogi jakiegoś ucznia. Kątem oka dostrzegłam poświatę jego duszy, która była mocno różowa ze smugami czerwieni. – Wow, ale się na ciebie gapił.

– Co? – Przyjrzałam się Stacey. – Kto?

Zerknęła do tyłu i przyciągnęła mnie bliżej.

– Chłopak, na którego niemal wpadłaś. Gareth Richmond. Nadal się gapi. Nie! – syknęła mi do ucha. – Nie patrz. To zbyt oczywiste.

Walczyłam z pokusą, by się obrócić.

Stacey zachichotała.

– Właściwie on gapi się na twój tyłek. – Puściła mnie, by mogła sama zerknąć. – Masz niezły tyłek.

– Dzięki – mruknęłam i spojrzałam na niebieską poświatę duszy chłopaka przed nami.

– Gareth gapiący się na twój tyłek to coś dobrego – ciągnęła Stacey. – Jego ojciec jest właścicielem połowy miasta, a imprezy u niego są zajebiaszcze.

Skręciłyśmy w wąski korytarz prowadzący do sali biologicznej.

– Chyba przesadzasz.

Pokręciła głową.

– Nie udawaj, że nie wiesz. Jesteś fajna. Seksowniejsza niż ta jędza.

Spojrzałam w miejsce, które wskazywała Stacey. Lekko fioletowa aura otaczała Evę Hasher, co oznaczało, że jeszcze kilka wyskoków i dziewczyna będzie miała duszę o wątpliwym statusie. Moje gardło nagle się ścisnęło. Czysta lub mroczna dusza miała silniejszy urok.

Te najgorsze działały na mnie jak magnes, co sprawiło, że zainteresowałam się Evą, jednak pożarcie duszy najbardziej popularnej dziewczyny w szkole nie byłoby fajne.

Eva opierała się o szafkę, otoczona przez, jak to nazywała moja przyjaciółka, watahę zdzir. Pokazała Stacey środkowy palec z idealnie wymalowanym na niebiesko paznokciem, po czym spojrzała na mnie.

– O, patrzcie! Dziwka gargulców.

Jej wataha natychmiast wybuchnęła śmiechem.

Przewróciłam oczami.

– Och, nowe określenie.

Stacey odwzajemniła gest obydwoma rękami.

– Co za głupia suka.

– Nieważne. – Wzruszyłam ramionami. Na ironię zakrawał fakt, że to właśnie Eva nazywała mnie dziwką, więc nawet się nie złościłam, ponieważ wiedziałam, jaką miała duszę.

– Słyszałaś, że zerwała z Garethem, prawda?

– Tak? – Nie potrafiłam za nimi nadążyć.

Stacey przytaknęła.

– Tak. Wyciął ją ze wszystkich zdjęć na Facebooku. Zrobił to beznadziejnie, bo wszędzie widać jej nogę czy rękę. W każdym razie powinnaś się z nim umówić wyłącznie po to, by ją wkurzyć.

– Jak gapienie się na mój tyłek przeszło w umawianie się na randkę z gościem, który nie zna nawet mojego imienia?

– Jestem pewna, że wie, jak się nazywasz, zapewne zna również rozmiar twojego stanika. – Weszła przede mnie i otworzyła drzwi do sali biologicznej. – Jest dużo wyższy od ciebie. Ale chłopaki to lubią. Mogą nosić dziewczyny na rękach. Mogą się troszczyć.

Uśmiechnęłam się, przechodząc obok niej.

– To najgłupsza rzecz, jaką w życiu powiedziałaś.

Poszła za mną do ławek na końcu klasy.

– Jesteś jak ta mała lalka z wielkimi, szarymi oczami i wydatnymi wargami.

Spiorunowałam ją ostrym wzrokiem i opadłam na krzesło. Przeważnie wyglądałam jak postać z kiepskiego anime.

– Lecisz na mnie czy co?

Stacey uśmiechnęła się sztucznie.

– Wyglądam na lesbijkę?

Wyciągając notatki Sama, prychnęłam.

– Bo ja bym na ciebie nie poleciała. Może w ostateczności na Evę Hasher.

Stacey wciągnęła gwałtownie powietrze i złapała się teatralnie za przód koszulki.

– Foch. Tak czy siak, wczoraj napisałam ci ze dwadzieścia wiadomości, a na żadną nie odpowiedziałaś.

– Przepraszam. Zgubiłam telefon. – Przerzuciłam stronę, zastanawiając się, w jakim języku są spisane notatki Sama. – Zayne ma mi dzisiaj załatwić nowy. Mam nadzieję, że będzie dotykowy, jak twój.

Tym razem Stacey westchnęła.

– Boże, czy Abbot może i mnie adoptować? Poważnie. Też chcę mieć takiego seksownego przybranego brata. Zamiast tego mam humorzastego, srającego pod siebie. Więc chcę Zayne’a.

Starałam się zignorować ogień zaborczości, który rozpalił mi żyły.

– Zayne nie jest moim bratem.

– Dzięki za to Bogu. W innym przypadku borykałabyś się cały czas z kazirodczymi uczuciami, a to by było obrzydliwe.

– Nie myślę tak o Zaynie!

Roześmiała się.

– Która kochająca męskie mięśnie kobieta na świecie nie myślałaby w ten sposób o Zaynie? Ledwo potrafię pamiętać o oddychaniu, gdy go widzę. Wszyscy chłopcy w szkole mają na brzuchach oponki. A wiem, że Zayne nie ma. Jest smakowitym ciachem z dodatkową polewą.

Rzeczywiście był ciachem i nie miał oponki, ale odwróciłam się od Stacey. Naprawdę musiałam skupić się na biologii i zależało mi, by fantazje na temat Zayne’a nie atakowały mojego umysłu. Zwłaszcza gdy tego ranka obudziłam się starannie okryta kołdrą, a łóżko pachniało jak on: lnem i drzewem sandałowym.

– O słodki Jezu w niebiosach – jęknęła Stacey.

Zacisnęłam zęby i zatkałam dłońmi uszy.

Szturchnęła mnie łokciem w żebra. W tym tempie będę cała sina, i to już przed lunchem.

– Biologia właśnie stała się milion razy ciekawsza. I gorąca, dużo bardziej gorąca. Matko Święta, chcę mieć z nim dzieci. Oczywiście nie teraz, ale później na pewno. Chociaż mogę niedługo zacząć ćwiczyć.

„Ściana komórkowa jest gęstą i sztywną warstwą pokrywającą coś i coś między komórkami roślin…”

Stacey nagle zesztywniała.

– O Boże, on tu idzie…

„Składającą się z tłuszczu i cukru…”

Coś płaskiego i lśniącego spadło z góry i wylądowało na notatkach Sama. Musiałam mocno zamrugać, a i tak chwilę zajęło mi rozpoznanie wyblakłych i pościeranych naklejek Wojowniczych Żółwi Ninja, umieszczonych na tylnej obudowie srebrnej komórki.

Serce zaczęło obijać mi się o żebra. Złapałam notatnik za brzeg i powoli uniosłam głowę. Popatrzyłam w nienaturalnie piękne, złote oczy.

– Zapomniałaś go.

Rozdział 3

Nie mógł tu być.

Jednak się zjawił i nie potrafiłam odwrócić wzroku. Nagle zapragnęłam umieć szkicować. Moje palce świerzbiły, by narysować linie jego twarzy, spróbować uchwycić krzywiznę pełnej dolnej wargi. To nie do końca dobry sposób myślenia.

Demon się uśmiechnął.

– Uciekłaś tak szybko, że straciłem okazję, by ci go oddać.

Moje serce przestało bić. To nie działo się naprawdę. Demony wyższej kasty nie zwracały zgubionych telefonów i zapewne nie chodziły do szkoły. Musiałam mieć halucynacje.

– Ty mały, tajemniczy elfie – szepnęła mi Stacey do ucha. – To dlatego się z nami nie uczyłaś?

Patrzył na mnie hipnotyzująco, wręcz czułam się sparaliżowana. Albo byłam po prostu tak głupia. Czułam, że Stacey praktycznie wychodzi ze skóry.

Demon się pochylił, oparł ręce na ławce i poczułam słodki, piżmowy zapach.

– Całą noc o tobie myślałem.

Stacey zabrzmiała, jakby się dusiła.

Drzwi do klasy stanęły otworem i weszła pani Cleo, trzymając w pulchnych ramionach stos dokumentów.

– Dzień dobry, proszę wszystkich o zajęcie miejsc.

Z niegasnącym uśmiechem demon wyprostował się i odwrócił. Usiadł w ławce przed nami. Nie minęła chwila, nim zaczął kołysać krzesłem, zachowując się całkowicie swobodnie.

– Co, u licha, Laylo? – Stacey chwyciła moje ramię. – Gdzie go wczoraj wyrwałaś? Między burgerem a frytkami? I dlaczego nie dostałam na jego temat raportu?

Stacey nadal mnie ściskała, jednak nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa.

Pani Cleo trzymała przy piersi testy, jakby tuliła do siebie dziecko.

– Proszę o ciszę. Wszyscy twarzami do przodu… Och, mamy nowego ucznia. – Wzięła do ręki małą, różową karteczkę i zmarszczyła brwi, patrząc na chłopaka-demona. – Sprawdzian nie będzie miał wpływu na twoją ocenę, ale powinien dać obraz tego, co umiesz.

– Layla – szepnęła Stacey. – Ta mina zaczyna mnie przerażać. Dobrze się czujesz?

Pani Cleo rozdała nam testy i pstryknęła palcami.

– Nie rozmawiamy. To czas testu, panno Shaw, panno Boyd.

Pytania na kartce się rozmyły. Nie mogłam… pisać sprawdzianu, kiedy przede mną siedział pieprzony demon.

– Chyba coś mnie bierze – wyszeptałam do Stacey.

– No widzę.

Bez słowa pozbierałam swoje rzeczy. Na drżących nogach przeszłam na przód klasy. Pani Cleo spojrzała na mnie, gdy znalazłam się tuż obok. Komórka ślizgała mi się w dłoni.

– Panno Shaw, dokąd to? – zawołała, wstając. – Nie może pani wychodzić w trakcie sprawdzianu! Panno Shaw…

Drzwi zamknęły się za mną, ucinając, cokolwiek powiedziała.

Nie wiedziałam, gdzie mam iść, poza tym, że musiałam zadzwonić do ­Zayne’a – może nawet do Abbota.

Szare szafki rozmyły się na korytarzu. Otworzyłam drzwi do damskiej ubikacji i poczułam mieszankę zapachu dymu papierosowego i środków do dezynfekcji. Napisy na ścianach wydały mi się całkowicie niezrozumiałe.

Otwierając telefon, kątem oka zauważyłam w lustrze swoje odbicie. Moje oczy były większe niż zwykle, zajmowały całą twarz. Skurczył mi się żołądek, gdy przewijałam listę kontaktów w telefonie.

Skrzypnęły drzwi łazienki.

Obróciłam się, lecz zastałam pustkę. Skrzydło zamknęło się powoli z cichym kliknięciem. Przeszył mnie dreszcz. Drżącymi palcami wybrałam kontakt z imieniem Zayne’a. Istniała szansa, że już się obudził i nie tkwił w tej chwili w kamiennym letargu. Niewielka, malutka szansa…

Nagle chłopak-demon znalazł się tuż przede mną. Złapał za moją dłoń i zamknął telefon. Pisnęłam zaskoczona.

Zacisnął usta, po czym powiedział:

– Do kogo dzwonisz?

Serce natychmiast mi przyspieszyło.

– Jak… jak to zrobiłeś?

– Co zrobiłem? Tak łatwo wyszedłem z klasy? – Zbliżył się, jakby chciał podzielić się jakąś tajemnicą. – Potrafię być przekonujący. Mam do tego talent.

Wiedziałam, że demony wyższej kasty posiadają dar perswazji. Wystarczyło szepnąć człowiekowi słowo, aby ten coś zrobił. Jednak było to również wbrew zasadom – wolna wola i w ogóle.

– Nie obchodzi mnie klasa. Byłeś niewidzialny!

– A, to. Fajne, nie? – Podważył mi telefon w dłoni. Palce natychmiast stały się wiotkie. Rozejrzał się po łazience i uniósł ciemne brwi. – To tylko jeden z moich talentów. – Zerknął na mnie przez ramię i puścił oczko. – A mam ich wiele.

Przesunęłam się obok umywalek w kierunku wyjścia.

– Nie obchodzą mnie twoje liczne talenty.

– Stój. – Kopnął w drzwi kabiny, nadal śledząc każdy mój ruch. – Musimy pogadać. Wejście mogę otworzyć tylko ja.

– Czekaj! Co robisz? Nie…

Moja komórka znalazła się w powietrzu, po czym chlupnęła w muszli. Demon odwrócił się do mnie i wzruszył ramionami.

– Przepraszam. Sądziłem, że komórka będzie mogła być białą flagą przyjaźni, ale nie pozwolę, byś zadzwoniła po te swoje stworzonka.

– To mój telefon, ty sukin…

– Już nie twój. – Uśmiechnął się rozbawiony. – Teraz należy do oczyszczalni ścieków.

Cofnęłam się, z powodzeniem wciskając w róg między umywalkę a szarą ścianę, na której pod oknem zostało wyryte serce.

– Nie zbliżaj się.

– Bo co? Pamiętasz, jak daleko zaszłaś wczoraj, walcząc z tropicielem? Ze mną nawet tyle ci się nie uda.

Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale demon zbliżył się i zasłonił je dłonią. Instynktownie walnęłam napastnika pięścią w brzuch. Wolną ręką złapał nadgarstek i przycisnął go do mnie, więżąc go między moim miękkim i swoim dużo twardszym brzuchem. Starałam się wykręcić, ale trzymał za mocno.

– Nie skrzywdzę cię. – Poczułam jego oddech na skroni. – Chcę tylko pogadać.

Ugryzłam go w rękę.

Zasyczał cicho i złapał mnie za szyję. Zacisnął palce, zmuszając, bym odchyliła głowę.

– Gryzienie może być fajne, kiedy jest właściwe. To nie było właściwe.

Wyrwałam rękę i złapałam za jego dłoń.

– Jeśli mnie nie puścisz, zrobię coś o wiele gorszego.

Demon zamrugał, po czym wybuchnął śmiechem.

– Jestem ciekaw, co jeszcze wymyślisz. Rozkosz. Ból. Niby to samo, ale nie mamy teraz czasu.

Wzięłam głęboki wdech, starając się uspokoić rozszalałe serce. Zerknęłam na drzwi. Zrozumiałam sytuację, w jakiej się znalazłam. Uciekłam wczoraj tropicielowi jedynie po to, by dziś umrzeć w szkolnej łazience. Życie było cholernie okrutne.

Nie mogłam nic zrobić. Każdy mój ruch powodował, że demon znajdował się coraz bliżej, a i tak stał już stanowczo zbyt blisko. Z ust wyszło mi tylko jedno słowo:

– Proszę…

– Dobrze, już dobrze. – Niespodziewanie jego głos stał się kojący, a uścisk się rozluźnił. – Przestraszyłem cię. Może powinienem inaczej się przywitać, ale twoja mina była bezcenna. Lepiej się poczujesz, znając moje imię?

– Nie za bardzo.

Uśmiechnął się.

– Możesz nazywać mnie Roth.

Nie. Dźwięk jego imienia wcale nie polepszył mi nastroju.

– A ja będę nazywał cię Laylą. – Przekrzywił głowę i na czoło opadło mu kilka czarnych pasm. – Znam twoje możliwości, więc darujmy sobie te bzdury, Laylo. Wiesz, kim jestem, podobnie jak ja wiem, kim ty jesteś.

– Masz niewłaściwą osobę. – Wbiłam mu paznokcie w ramię. Musiało zaboleć, ale nawet nie drgnął.

Spojrzał tylko w sufit i westchnął.

– Jesteś w połowie demonem. Widzisz dusze. Właśnie dlatego znalazłaś się tam wczoraj.

Otworzyłam oczy, by znów skłamać, ale jaki to miało sens? Wzięłam głęboki wdech, walcząc o utrzymanie spokojnego tonu.

– Czego chcesz?

Znów przekrzywił głowę na bok.

– W tej chwili? Chciałbym się dowiedzieć, jakim cudem strażnicy wyprali ci mózg do tego stopnia, że krzywdzisz własną rasę. Jak możesz dla nich pracować?

– Nikt mi niczego nie wyprał! – Szturchnęłam go w brzuch. Nawet się nie poruszył. I, wow, jego brzuch był taki sprężysty. Niedorzecznie twardy i wyrzeźbiony. W pewnym sensie zaczęłam go dotykać. Natychmiast cofnęłam ręce. – Nie jestem jak ty. Jestem strażniczką…

– Jesteś półdemonem, półstrażnikiem. To, co robisz, to… to bluźnierstwo – powiedział i skrzywił się z niesmakiem.

Zadrwiłam:

– I mówi to demon? To niemal zabawne.

– A myślisz, że czym jesteś? Może i postanowiłaś ignorować swoją demoniczną krew, ale to nie znaczy, iż przestałaś nim być. – Przysunął się tak blisko, że kiedy złapał mnie za podbródek, zmuszając, bym spojrzała mu w oczy, dotknął nosem mojego nosa. – Nie zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego strażnicy cię nie zabili? Jesteś po części demonem. Dlaczego cię zatrzymali? Może dlatego, że cenią twoją zdolność widzenia dusz? A może z innego powodu?

Zmrużyłam oczy, gdy mój strach został zastąpiony przez gniew.

– Nie wykorzystują mnie. Są rodziną.

– Rodziną? – Tym razem to on kpił. – Najwyraźniej nie możesz się zmieniać, bo tego wczoraj nie zrobiłaś.

Moja twarz zapłonęła. Rany, nawet on wiedział, że posiadałam jakiś defekt.

– Jakąkolwiek masz w sobie krew strażników, nie jest tak mocna, jak ta demoniczna. My jesteśmy twoją rodziną, twoją rasą.

Dźwięk tych słów był moją własną wersją piekła. Odtrąciłam jego dłoń.

– Nie.

– Serio? Myślę, że kłamiesz. Dostrzeganie dusz nie jest jedynym, co potrafisz, prawda? Ostatnia, która to potrafiła? – szepnął, znów smukłymi palcami chwytając mnie za podbródek. – Mogła dużo więcej. Powiedzmy, że miała bardzo wyjątkowy apetyt.

Zaczęłam drżeć.

– O kim mówisz?

Roth uśmiechnął się jak kot, który pożarł całą klatkę kanarków i przeniósł się na papugi.

– Wiem, czego chciałaś, zanim weszłaś do tamtej uliczki.

Zdawało się, że podłoga umyka mi spod stóp.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

– Czyżby? Śledziłem cię.

– Och, więc jesteś demonem prześladowcą? – Przełknęłam z trudem ślinę. – To wcale nie wydaje się straszne i wstrętne.

Roześmiał się miękko.

– Obrażanie nie działa na demony.

– Więc najwyraźniej będę znów musiała wypróbować gryzienie.

Coś zapłonęło w jego złotych oczach, rozjaśniając je.

– Chcesz spróbować? – Ponownie się przysunął, wargami musnął mój policzek. – Pozwolę sobie zasugerować bardziej odpowiednie miejsce. Mam kolczyk w…

– Przestań! – Szarpnęłam głową na bok. – Teraz mogę do demona prześladowcy dodać jeszcze określenie zboczeniec.

– Nie przeszkadza mi żaden z tych tytułów. – Odsunął się nieznacznie i uśmiechnął półgębkiem. – Pragnęłaś duszy mężczyzny, którego zobaczyłaś na ulicy? Jestem w stanie postawić cały krąg piekielny na to, że czasami to jedyne, czego chcesz, o czym potrafisz myśleć.

Rzeczywiście tak było. Czasami drżałam na samo wyobrażenie tego, jak odczuwałabym duszę wślizgującą się w gardło, a mówienie o tym wszystko pogarszało. Nawet teraz, gdy w pobliżu nie było żadnej duszy, czułam przyciąganie, potrzebę, z którą musiałam walczyć. Niczym ćpun na głodzie. Mięśnie spięły się mi ostrzegawczo. Szturchnęłam go w pierś.

– Nie. Nie chcę.

– Ta przed tobą otwarcie mówiła, kim była. – Jego głos znów stał się miękki. – Wiesz coś o niej? Wiesz cokolwiek o swoim dziedzictwie, Laylo? – zapytał, objął mnie w talii i przyciągnął do siebie. – Wiesz coś na temat tego, kim jesteś?

– A ty wiesz cokolwiek o przestrzeni osobistej? – warknęłam.

– Nie. – Uśmiechnął się, a jego oczy wydawały się świecić. – Wiem jednak, że tak naprawdę nie przeszkadza ci, iż zajmuję twoją.

– Wmawiaj to sobie dalej. – Wciągnęłam szybko powietrze, starając się patrzeć mu w oczy. – Przebywanie tak blisko ciebie sprawia, że mam ochotę zedrzeć z siebie skórę.

Roth parsknął cicho. Pochylił głowę i zbliżył usta na zaledwie centymetr od moich. Gdyby posiadał duszę, byłoby to dla niego niebezpieczne.

– Nie muszę sobie niczego wmawiać. Jestem demonem.

– Aha – mruknęłam, patrząc teraz na wargi chłopaka.

– Wiesz przecież, że demony potrafią wyczuwać ludzkie emocje.

Faktycznie, mogły. Choć ja nie posiadałam tej zdolności. Na kilometr potrafiłam za to wyczuć przypalone jedzenie, ale nie było to zbyt pomocne.

Kąciki jego ust uniosły się wyżej.

– Strach ma ostry, gorzki zapach. Czuję go na tobie. Gniew jest jak papryka chili, gorący i pali. Również od ciebie bije. – Urwał i w jakiś sposób znalazł się bliżej. Tak blisko, że gdy mówił, jego wargi lekko muskały moje. – Ach, jest i pożądanie. Słodkie, pikantne, ciężkie. Je lubię najbardziej. I wiesz co?

Wcisnęłam się jeszcze bardziej w ścianę.

– Nie czujesz tego ode mnie, koleś.

Z lekkim wysiłkiem znów się przysunął.

– Zaprzeczenie to zabawna rzecz. Jest naprawdę kiepską bronią. Możesz mówić, ile tylko chcesz, że ci się nie podobam, możesz jeszcze nawet tego nie wiedzieć, ja jednak mam pewność.

Opadła mi szczęka.

– W takim razie musisz coś zrobić ze swoim demonicznym nosem, bo z pewnością jest zepsuty.

Roth odchylił się i postukał palcem po nosie.

– Nigdy wcześniej nie zawiódł. – Odstąpił o krok. Choć zadowolony uśmieszek pozostał na twarzy demona, jakby jego usta były do tego stworzone, w następnych słowach usłyszałam powagę. – Musisz przestać oznaczać.

Wdzięczna za miejsce do złapania oddechu, westchnęłam nierówno i chwyciłam się brzegu umywalki. Teraz to wszystko miało sens – ten demon wyższej kasty skupił uwagę na mnie właśnie dlatego.

– Co? Oznaczyłam zbyt wielu twoich kumpli?

Uniósł jedną brew.

– Szczerze mówiąc, jest mi obojętne, ile demonów oznaczyłaś i ile z nich strażnicy wysłali z powrotem do piekła. Jak widzisz, twój jaśniejący w mroku dotyk na mnie nie działa.

Skrzywiłam się, patrząc na chłopaka. Kurczę. Miał rację. I nawet tego nie zauważyłam. Milutko.

– Nie działa na żadnego demona wyższej kasty. Jesteśmy na to zbyt fajni. – Roth skrzyżował na piersi muskularne ramiona. – Ale wracając do oznaczania, musisz przestać.

Wybuchnęłam śmiechem.

– Tak, a dlaczego, u licha, miałabym to zrobić?

Znudzenie odmalowało się na jego twarzy.

– Mogę ci dać jeden dobry powód. Wczoraj ten tropiciel szukał właśnie ciebie.

Rozchyliłam usta, ponieważ już przygotowywałam się do kolejnego lekceważącego śmiechu, jednak dźwięk uwiązł mi w gardle. Wrócił strach i był ku temu powód.

Dobrze usłyszałam?

Oczy demona zabłyszczały.

– Piekło cię szuka, Laylo. I już znalazło. Nie wychodź, by oznaczać.

Patrzyłam na niego, a moje serce załomotało boleśnie.

– Kłamiesz.

Zaśmiał się pod nosem.

– Pozwól, że zadam ci pytanie. Miałaś niedawno urodziny? Skończyłaś ostatnio siedemnaście lat? Powiedzmy… w ciągu kilku dni?

Byłam w stanie jedynie się na niego gapić. Miałam urodziny trzy dni temu, dokładnie w sobotę. Zjadłam kolację ze Stacey i Samem. Dołączył do nas Zayne. Podczas deseru Stacey starała się namówić Zayne’a, by językiem zawiązał ogonek od wisienki.

Uśmieszek wrócił na twarz demona.

– A wczoraj oznaczałaś pierwszy raz po swoich urodzinach, prawda? Hmm… I tropiciel cię namierzył. Interesujące.

– Nie widzę związku – rzuciłam. – Pewnie i tak kłamiesz. Jesteś demonem! Spodziewasz się, że uwierzę w to, co wyjdzie z twoich ust?

– Ty też nim jesteś. Nie, nawet mi nie przerywaj, zaprzeczając. Jesteś demonem, Laylo.

– W połowie – mruknęłam.

Zmrużył oczy.

– Nie masz powodu, by sądzić, że nie mówię ci prawdy. Chociaż mam tysiące powodów, by kłamać, nie robię tego w sprawie oznaczania. Nie żartuję. To niebezpieczne.

Zadzwonił dzwonek, przez co się wzdrygnęłam. Popatrzyłam na chłopaka-demona, żałując, że piekło nie uchyliło swoich bram, by z powrotem powitać go z otwartymi ramionami.

Roth spojrzał w stronę wejścia i zmarszczył brwi. Obrócił się i dziwnie uśmiechnął.

– Mówię poważnie. Nie oznaczaj po szkole. – Puścił mnie, zatrzymał się przy drzwiach i zerknął przez ramię. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. – A tak w ogóle to na twoim miejscu nic bym nie mówił rodzinie. Obawiam się, że możesz odkryć, jak naprawdę się o ciebie troszczą.

Mój umysł miał problem z przetworzeniem nagłego pojawienia się Rotha. Twierdził, że mi się podoba? Nakazał zaprzestać oznaczania? Za kogo on się, u licha, uważał? Po pierwsze, był demonem – seksownym – ale jednak. Nie miałam powodu wierzyć w jego słowa. Po drugie, nie takim przeciętnym demonem, tylko z wyższej kasty. To kolejny powód, by mu nie ufać.