Opis

Po kilku nieudanych związkach Scarlet decyduje się zostać samotną matką. Odpowiednim kandydatem na ojca wydaje jej się John Mitchell, poszukiwacz diamentów, który przyjechał na krótkie wakacje do Australii. Mają spędzić razem tylko dwa tygodnie, ale Scarlet zakochuje się w Johnie, który niedługo wyjedzie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 148

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Miranda Lee

Wakacje w Australii

Tłumaczenie: Ewa Pawełek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie uważasz, że powinnaś już zacząć się ubierać?

Scarlet niechętnie podniosła wzrok znad niedzielnej gazety, którą od przeszło godziny udawała, że czyta. Nie była w nastroju do rozmowy, zwłaszcza że od jakiegoś czasu wszystko sprowadzało się do jednego tematu – decyzji, jaką podjęła tego roku. Postanowiła, że będzie miała dziecko dzięki sztucznemu zapłodnieniu. Matka początkowo popierała jej wybór, ale dość szybko doszła do wniosku, że może jednak nie jest to najlepszy pomysł.

Wątpliwości to było ostatnie, czego teraz potrzebowała Scarlet. To prawda, że nie udało się ani za pierwszym, ani za drugim razem, ale w klinice powiedziano jej, że tak się często zdarza. Powinna dalej próbować i w końcu się uda. Była zdrowa i nie powinna mieć żadnych problemów z zajściem w ciążę. Czas działał jednak na jej niekorzyść i był to główny powód, dla którego zdecydowała się na zabieg. Wraz z wiekiem zmniejszała się szansa na poczęcie dziecka.

– Która godzina? – spytała.

– Prawie południe – odparła nieco nerwowo matka. – Powinnyśmy się zjawić u Mitchellów nie później niż za kwadrans pierwsza. Z tego, co mi wiadomo, Carolyn planuje lunch około pierwszej trzydzieści.

Carolyn i Martin Mitchell byli ich przyjaciółmi i sąsiadami od przeszło trzydziestu lat. Mieli dwoje dzieci: Johna, rówieśnika Scarlet, i Melissę, cztery lata młodszą od brata. Przez te wszystkie lata Scarlet bardzo dobrze poznała całą rodzinę, jednych jej członków darząc większą sympatią, innych mniejszą. Dziś miała się odbyć uroczystość z okazji czterdziestej rocznicy ślubu Mitchellów, uroczystość, której ona sama nigdy nie będzie miała szansy obchodzić.

Serce Janet King ścisnęło się z bólu, gdy usłyszała ciche westchnienie córki. Biedactwo. Była taka zawiedziona, gdy w tym tygodniu okazało się, że znów się nie udało. Nic więc dziwnego, że nie miała ochoty na przyjęcie.

– Nie musisz iść, jeśli nie chcesz – podjęła łagodnie. – Usprawiedliwię cię jakoś. Powiem, że nie czułaś się dobrze.

– Nie, mamo, nie trzeba – odparła Scarlet, podnosząc się z kanapy i odkładając na stolik gazetę. – Nic mi nie jest. Pójdę, to mi dobrze zrobi.

Ruszyła w stronę sypialni z myślą, że może naprawdę to nie jest taki zły pomysł. Teraz, kiedy okazało się, że nie jest w ciąży, będzie mogła sobie pozwolić na kilka kieliszków wina. Przyda jej się coś na lekką poprawę humoru. Tak naprawdę miała już dość tyrad matki na temat trudności i kłopotów samotnego macierzyństwa. Janet King wiedziała coś na ten temat. Straciła męża w wypadku samochodowym, gdy jej córka miała zaledwie dziewięć lat. Scarlet doskonale wiedziała, jak niełatwo było matce poradzić sobie z nową sytuacją, zarówno pod względem emocjonalnym, jak i finansowym. Zresztą jej samej też było ciężko. Uwielbiała ojca i bardzo za nim tęskniła.

Dlatego, owszem, zdawała sobie sprawę, że wychowywanie dziecka bez wsparcia mężczyzny może być trudne, ale jeszcze gorsza była świadomość, że może nigdy nie poznać, czym jest piękno macierzyństwa. Na samą myśl robiło jej się słabo. Zawsze marzyła o tym, by zostać matką, już nawet jako mała dziewczynka. Dorastając, marzyła, że pewnego dnia spotka wspaniałego mężczyznę, oczywiście takiego jak jej ojciec, wyjdzie za mąż i założy rodzinę. Była pewna, że to tylko kwestia czasu, ale życie brutalnie zweryfikowało jej plany. Nawet w najgorszych snach nie przypuszczała, że w wieku trzydziestu czterech lat nadal będzie samotna, bez dziecka i bez tego jedynego. Niestety, tak wyglądała rzeczywistość, choć Scarlet czasami trudno było się z nią pogodzić.

Potrząsając głową, jakby chciała przegonić niechciane myśli, przebrała się w wełnianą krótką sukienkę w głębokim śliwkowym kolorze, po czym skupiła uwagę na włosach i makijażu. Usiadła przy toaletce i przez chwilę patrzyła zamyślona w swoje odbicie. Dlaczego tak wygląda moje życie, rozmyślała, po raz nie wiadomo który. Nie była przecież szarą myszką, ale bardzo atrakcyjną kobietą o pełnym wargach, jasnych włosach i zgrabnej sylwetce, a przede wszystkim osobą towarzyską i serdeczną. Wszyscy ją lubili. Mężczyźni ją lubili. Pomimo to, nie mogła znaleźć tego jedynego, a przecież nie była typem niezależnej bizneswoman skupionej na karierze. Szkołę średnią ukończyła z celującymi ocenami i bez problemu mogła kontynuować naukę na renomowanej uczelni, ale bycie znaną dziennikarką czy przebojową prawniczką nigdy nie mieściło się w jej planie na życie. Miała inne priorytety, które wykluczały dalszą wieloletnią naukę. Kiedy zdecydowała się na pracę w zakładzie fryzjerskim, wielu ludzi z jej otoczenia przyjęło to z konsternacją, ale ona naprawdę lubiła swoje zajęcie, współpracowników i klientów. Szybko zyskała reputację doskonałej fryzjerki i w wieku dwudziestu pięciu lat razem z matką mogła otworzyć samodzielny zakład w niewielkim centrum handlowym. Pod względem finansowym ten krok okazał się sukcesem, ale pod innymi… Scarlet zrozumiała, że w pracy, gdzie klientkami były głównie kobiety, trudno było poznać odpowiedniego mężczyznę. Próbowała oczywiście innych sposobów. Razem z koleżankami często chodziła na dyskoteki, do klubów, ale nie miała szczęścia. Nieustannie natykała się na prymitywnych, lokalnych przystojniaków, którzy myśleli tylko o jednym. Tymczasem jej przyjaciółki, jedna po drugiej, wychodziły za mąż. Scarlet już tyle razy była druhną, że zaczęła się bać wesel, na których szczęśliwe panny młode próbowały ją swatać z jakimś podchmielonym kuzynem, który z chęcią zaliczyłby ją i na tym koniec.

Kiedy ostatnia z niezamężnych koleżanek znalazła męża przez internet, ona także spróbowała tej metody, ale po raz kolejny się zawiodła. Z jakiegoś powodu przyciągała ciągle nieodpowiednich mężczyzn. Czasami miała ochotę na niezobowiązujący romans, ale należała to tych kobiet, które muszą być zakochane, by czerpać autentyczną radość z seksu.

Kiedy skończyła trzydzieści lat, była już tak zdesperowana, by znaleźć wielką miłość, że postanowiła zmienić zawód. Skończyła wieczorowo college i dostała pracę w jednej z największych i najlepszych agencji nieruchomości. Na początku wszystko wskazywało na to, że był to strzał w dziesiątkę. Otaczali ją młodzi, atrakcyjni mężczyźni, a jeden z nich, Jason, wydawał się idealnym kandydatem na męża. Przystojny, czarujący, i w przeciwieństwie do innych, nie próbował jej zaciągnąć do łóżka na pierwszej randce. Scarlet naprawdę się zakochała i nie posiadała się ze szczęścia, gdy Jason oświadczył się w dniu jej trzydziestych drugich urodzin. Z radosnym podnieceniem planowała ślub, gdy poznała okrutną prawdę. Stało się to osiemnaście miesięcy temu, podczas świątecznego przyjęcia u Mitchellów. Jason nie mógł jej towarzyszyć, tłumacząc się służbowym spotkaniem. Pamiętała, jak pokazywała wszystkim pierścionek zaręczynowy, ów symbol spełnionych nadziei, gdy nagle usiadł przy niej John. To, co powiedział, zdruzgotało ją. Z początku broniła się przed tą informacją. To niemożliwe, żeby Jason był gejem! To po prostu niemożliwe! Łagodny ton głosu Johna, a także jego pełne współczucia spojrzenie przekonały ją, że mówi prawdę.

Wybiegła z przyjęcia, napisawszy wiadomość Jasonowi, że musi się z nim natychmiast zobaczyć. Z początku zaprzeczał, ale w końcu poddał się i przyznał, że jest gejem. Błagał, by nikomu o tym nie mówiła, tak jakby sam nie mógł pogodzić się ze swoją sytuacją. Spełniła jego prośbę, ale zaręczyny zostały zerwane.

Święta tamtego roku były smutne, podobnie Nowy Rok. Totalna klapa. Scarlet, nie chcąc narażać się na wątpliwą przyjemność widywania Jasona w pracy, musiała zrezygnować z posady i wrócić do zawodu fryzjerki. Nigdy nie wyjawiła prawdy o byłym narzeczonym, nawet matce. Powiedziała jedynie, że powodem zerwania była zdrada Jasona. Przyjaciółki naturalnie współczuły jej i starały się namówić na kolejne randki; w końcu świat się nie kończy na jednym nieudanym związku. Scarlet jednak nie chciała nawet o tym słyszeć. Nie miała odwagi ryzykować po raz kolejny. Czuła się oszukana, wykorzystana i przegrana.

Cieszyła się, kiedy John Mitchell nie pojawił się na zeszłorocznym przyjęciu świątecznym. Bała się jego pełnego politowania wzroku. On jeden znał prawdę. W tym roku, jak słyszała, także miał być nieobecny. Planował przylecieć, ale pył wulkaniczny uniemożliwił podróż z Rio do Australii. Cóż, chociaż pod tym względem los okazał się łaskawy. Zdawała sobie sprawę, że nie powinna się czuć skrępowana w towarzystwie Johna Mitchella, ale nic nie mogła na to poradzić. Znali się od dziecka, razem chodzili do przedszkola, potem do szkoły, poza tym byli bliskimi sąsiadami, a mimo to nigdy się nie przyjaźnili. John odrzucał wszelkie próby nawiązania cieplejszych relacji. Nawet jako dziecko nie chciał się z nią bawić, zresztą nie tylko z nią. Wszystkie dzieciaki mieszkające w sąsiedztwie trzymały się razem, podczas gdy on spędzał czas samotnie, skupiony na nauce. Gdy John wyjechał do Sydney na studia, widywała go bardzo rzadko. Jako dyplomowany geolog pojawiał się w domu już tylko przy okazji świąt i familijnych uroczystości. Wiedziała od Carolyn Mitchell, że kupił dom w Rio i nadal był kawalerem. Nic dziwnego, taki samotny wilk jak John nie narzuciłby sobie małżeńskich więzów. Mimo to nie miała wątpliwości, że w jego życiu musiała być jakaś kobieta. Był przystojny, błyskotliwy i zamożny i z pewnością nie żył w celibacie. Nie zazdrościła potencjalnej wybrance. Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić, by John mógł kochać jakąkolwiek kobietę. Serce miał tak twarde jak te drogocenne kamienie i kawałki skał, którym poświęcał tyle uwagi.

– Lepiej się pospiesz! – usłyszała głos matki. – Jest dwadzieścia pięć po dwunastej.

Scarlet zerknęła w lustro, po czym wybiegła z sypialni.

– Wiesz, mamo – zawołała, schodząc po schodach – wyglądasz bardzo młodo, jakbyś jeszcze nie przekroczyła pięćdziesiątki.

Janet King uśmiechnęła się, mile połechtana komplementem. W tym roku skończyła sześćdziesiąt dwa lata.

– Dziękuję, kochanie. A ty wyglądasz, jakbyś nie przekroczyła dwudziestki.

– To dlatego, że odziedziczyłam po tobie fantastyczne geny.

– Racja – skwitowała z humorem, choć w głębi serca poczuła niepokój. A jeśli córka poza świetną sylwetką i piękną cerą dostała w spadku po niej także problemy z ciążą? Ona sama miała olbrzymie kłopoty z zajściem w ciążę i w rezultacie urodziła tylko jedno dziecko. Jakoś do tej pory Scarlet nie zwróciła na to uwagi, a matka też nie zamierzała o tym wspominać. W każdym razie nie dzisiaj.

– Chodźmy już – ponaglała.

– Wziąć kurtkę?

– Chyba nie. Jest ciepło, a poza tym to blisko.

Zbliżały się do domu Mitchellów, gdy drzwi otworzyły się szeroko.

– Nigdy nie zgadniecie, co się stało – zawołała podekscytowana Carolyn, gestem zapraszając do środka. – Przed chwilą zadzwonił John. Okazało się, że jednak udało mu się wylecieć wczoraj wieczorem. Kilka godzin temu wylądował w Mascot. Już wcześniej próbował się ze mną skontaktować, ale ciągle było zajęte. W każdym razie jedzie tu pociągiem i za dwadzieścia minut będzie na stacji. Powiedział, że weźmie taksówkę, ale obiecałam, że po niego przyjadę. W końcu przebył taką daleką drogę, aż z Brazylii, więc choć tyle mogę dla niego zrobić. – Carolyn trajkotała jak najęta. – Ale przecież nie mogę zostawić gości, to nie byłoby uprzejme. Ktoś jednak musi pojechać na stację, więc kiedy zobaczyłam z okna, jak idziesz, moja droga Scarlet, od razu pomyślałam, że wybawisz mnie z kłopotu. Pojedziesz po niego, dobrze, kochanie?

I cóż Scarlet mogła odpowiedzieć? Zmusiła się do uśmiechu i odparła:

– Oczywiście, bardzo chętnie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Podróż z Sydney do Gosford może być prawdziwą przyjemnością, zwłaszcza jeśli pociąg jest niemal pusty i można spokojnie zająć miejsce przy oknie, bez konieczności zdawkowej rozmowy z innymi pasażerami, rozmyślał John.

Perspektywa uczestniczenia w przyjęciu nie napawała go entuzjazmem, ale nie wyobrażał sobie, by mógł przegapić uroczystość z okazji rocznicy ślubu rodziców. Bardzo kochał matkę i nie chciał jej zawieść. Z ojcem sprawy miały się zupełnie inaczej. Niełatwo było darzyć uczuciem osobę, która odrzucała go, gdy był dzieckiem. Gdy niedawno matka poinformowała Johna o kłopotach ojca z sercem, przestraszył się, że mógłby go stracić. Trudno mu jednak było zapomnieć o tych wszystkich pełnych rozgoryczenia latach. Dzięki Bogu, że miał wspaniałego dziadka. Gdyby nie on, kto wie, co by się z nim stało. Pewnie uciekłby z domu i wylądował na ulicy. Być może nawet skończyłby w więzieniu. Po tragicznej śmierci brata czuł się zrozpaczony. Zrozpaczony, wściekły i zagubiony.

Czasami, kiedy powracał myślami do szczeniackich lat, wstydził się swojego obcesowego, aroganckiego zachowania. Szczególnie czuł się winny wobec Scarlet. Przecież ją lubił. Chyba nawet za bardzo. Dopiero teraz rozumiał, dlaczego odrzucał wszystkie próby nawiązania przyjaźni. Jako mała dziewczynka często przychodziła i próbowała wyciągnąć go na podwórko, aby pobawił się z nią i innymi dziećmi. Zawsze odmawiał. Potem przestała przychodzić, przestała prosić, przestała zwracać na niego uwagę. To bolało. Z osobliwą niekonsekwencją pragnął, by jej na nim zależało. Kiedy więc zaczęła go ignorować, nie pozostał dłużny. Niestety, w szkole średniej trafili do jednej klasy i nie mógł już tak łatwo udawać, że Scarlet dla niego nie istnieje, choć robił wszystko, by tak właśnie myślała. Najgorsze miało dopiero nadejść. Scarlet z uroczego dziecka zaczęła się przeistaczać w piękną, niezwykle pociągającą dziewczynę. Wbrew sobie coraz częściej o niej myślał, fantazjował, że jest jej chłopakiem. Nie, żeby pragnął emocjonalnej bliskości, o nie! Nie potrzebował komplikacji. Tak naprawdę nie chciał być jej chłopakiem, a kochankiem.

John uśmiechnął się cierpko na myśl, co też powiedziałaby Scarlet gdyby się dowiedziała, że w liceum była obiektem jego pożądania. Nigdy się tego nie dowie. Jaka szkoda, że nie potrafił zachować się wobec niej odpowiednio. Była naprawdę uroczą dziewczyną i nie zasługiwała na takie traktowanie. Nie zasługiwała także na to, co zrobił jej ten drań, Jason. Żałował w swoim życiu wielu rzeczy, ale tego, że powiedział jej o nim prawdę, nie. Nie mógł przecież pozwolić, by łajdak wykorzystywał ją do ukrywania swojej prawdziwej natury.

Zastanawiał się, czy Scarlet będzie na przyjęciu. Chętnie by ją zobaczył i dowiedział się, co u niej. Matka wspominała mu przez telefon, że Scarlet po zerwaniu z Jasonem była smutna i przygnębiona. Rozumiał to. Przypomniał sobie Biancę i jego ciało przeszył bolesny skurcz. Może kiedyś zdoła się pogodzić z jej śmiercią, ale jeszcze nie teraz. Wspomnienie było zbyt świeże. Jedno wiedział na pewno. Ta część jego życia została definitywnie zamknięta. Zamierzał wrócić do Australii i pomieszkać tu kilka lat, choć nie brał pod uwagę powrotu do rodzinnego miasta. Zbyt wiele bolesnych wspomnień. Planował pobyt w Darwin, gdzie miał własny apartament i gdzie każdej zimy spędzał kilka tygodni, choć nikt z rodziny o tym nie wiedział. Pewnie poczuliby się urażeni, zwłaszcza matka, i nalegali, by odwiedzał ich częściej. Teraz jednak, kiedy na dobre opuścił Brazylię, będzie musiał im powiedzieć.

W przedziale rozległ się głos konduktora informujący, że za kilka minut zatrzymają się na stacji w Gosford. John wyciągnął przed siebie ramiona i przeciągnął się lekko. Ciekawe, kto po niego przyjedzie. Z całą pewnością to nie będzie ojciec. Może Melissa? Albo Leo, jej mąż. Tak, najprawdopodobniej Leo. Lubił swojego szwagra i podziwiał. Nie każdy wytrzymałby z jego rozpieszczoną, nieznośną siostrą. Była jeszcze gorsza niż Scarlet. Znów Scarlet… Miał nadzieję, że spotka ją na przyjęciu. Chciałby wiedzieć, że nie ma do niego żalu za historię z Jasonem. Pamiętał, że była wściekła i wyzwała go od kłamców. Potem, co prawda, wysłuchała go do końca, ale podejrzewał, że nie należy do grona jej ulubionych znajomych. A czy kiedykolwiek należał?

Pociąg zatrzymał się na stacji i pasażerowie w pośpiechu zaczęli opuszczać swoje miejsca. Widział przez szybę, jak wysypują się z wagonów, ciągnąc za sobą walizki. Poczekał, aż tłum się przerzedzi, i dopiero wstał z miejsca. Na peronie nie dostrzegł Lea ani Melisy, ale skoro matka obiecała, że ktoś po niego przyjedzie, postanowił zaczekać. Nie minęło pół minuty, gdy błyszczący, niebieski hyundai zaparkował z piskiem w pobliżu postoju taksówek. To nie był samochód ani Lea, ani matki. Zmrużył oczy i po chwili rozpoznał piękną blondynkę za kierownicą. To była Scarlet.

ROZDZIAŁ TRZECI

Nie rozpoznała go od razu. Zwróciła uwagę na bardzo przystojnego mężczyznę, ubranego w ciemne dżinsy, czarną koszulę i czarną skórzaną kurtkę, ale nie zorientowała się, że to John Mitchell we własnej osobie. Nawet kiedy zaczął iść w stronę samochodu, sądziła, że to jakiś nieznajomy, który chce spytać o drogę. Dopiero gdy opuściła szybę, a mężczyzna zdjął okulary przeciwsłoneczne, zawołała zdziwiona:

– O Boże, John!

– Tak – przytaknął skwapliwie. – To ja.

Scarlet nie mogła uwierzyć, jak bardzo zmienił się po obcięciu długich włosów. Nie żeby wyglądał lepiej, bo zawsze był bardzo przystojny, ale teraz wydawał się jeszcze bardziej męski.

– Nie poznałam cię. Co się stało z twoimi włosami? – spytała.

Wzruszył ramionami.

– Tak jest wygodniej. Gdzie mogę położyć torbę? Wstawić do bagażnika czy zostawić na tylnym siedzeniu?

– Gdzie chcesz – odparła zdawkowo. Nie spodziewała się, że John zrobi na niej aż takie wrażenie.

– Mama nie powinna była prosić cię o to – powiedział, wsiadając do samochodu i zamykając drzwi. – Przecież mogłem wziąć taksówkę – dodał, wskazując ręką na parking.

– Nie sprawy, to naprawdę żaden problem – odparła, ruszając przed siebie.

– Przyjemniej jest jechać z tobą niż taksówką. Dziękuję.

Scarlet zdumiała się. John nie tylko inaczej wyglądał, ale też zachowywał się inaczej. Miała ochotę spytać, co się takiego stało w przeciągu ostatnich osiemnastu miesięcy, od kiedy widzieli się po raz ostatni, ale zdecydowała, że lepiej nie wchodzić na zbyt osobiste ścieżki. Mógłby spytać ją o to samo, a nie miała ochoty opowiadać o swoim życiu. Coś jednak musiała powiedzieć, nie mogli przecież milczeć przez całą drogę.

– Twoim rodzicom udała się pogoda – podjęła bezpieczny temat, wjeżdżając w główną ulicę Gosford. – To pierwszy pogodny dzień tej zimy.

Nie odpowiedział, za co była mu wdzięczna. Ona zrobiła ruch, jeśli on nie wykona następnego, nie będzie zmuszona do podtrzymywania rozmowy trywialnymi uwagami o pogodzie. Cisza nie trwała jednak długo.

– Mama mówiła mi, że od tej historii z Jasonem z nikim się nie spotykasz.

– Nie – rzuciła krótko.

– Przykro mi Scarlet. Wiem, jak bardzo chciałaś założyć rodzinę.

Poczuła, jak wzbiera w niej gniew.

– No cóż, skoro wiedziałeś, mogłeś mi nie mówić o Jasonie. Gdyby nie ty, byłabym dziś mężatką, a tak…

Przerwała, ocierając dłonią zdradziecką łzę, drugą rękę mocno zacisnęła na kierownicy.

– Naprawdę mi przykro, Scarlet – powtórzył. – Nie mogłem postąpić inaczej. Nie mogłem pozwolić, żebyś wyszła za mąż za kogoś, kto cię chciał wykorzystać.

– Kobiecie mogą się przytrafić gorsze rzeczy niż mąż gej.

– On cię nie kochał.

– A skąd ty to możesz wiedzieć?

– Powiedział mi.

– Tobie!

– Tak. Tak naprawdę bardzo mi go szkoda. Nie potrafił zaakceptować tego, jaki był, i czuł się bardzo samotny. Ja rozumiem, co znaczy samotność, wierzy mi. Zielone światło. Scarlet, możesz jechać.

– Co takiego? Ach, tak.

Ruszyła z piskiem opon, próbując zebrać myśli. Co John miał na myśli? I dlaczego czuł się samotny? Jeszcze chwila i zacznie mu współczuć. Życie jest przewrotne.

– To dlaczego nikogo sobie nie znalazłaś? – John nie odpuszczał.

Scarlet miała dość tej rozmowy. Od kiedy to obchodziły go jej sprawy? Nigdy jej nie zauważał, traktował jak zło konieczne, a teraz śmie pytać o prywatne szczegóły z jej życia.

– Bo nie chcę, zadowolony? – odparła nieco agresywnie. – Mogłabym cię spytać o to samo. Dlaczego nikogo sobie nie znalazłeś? W każdym razie żadnej dziewczyny nie przedstawiłeś rodzicom.

Roześmiał się. John Mitchell, ten poważny, pełen rezerwy mężczyzna roześmiał się. Dziwna sprawa.

– Ależ, Scarlet, przecież znasz moją matkę. Gdybym kogoś przyprowadził do domu, z miejsca kazałaby mi wyznaczyć datę ślubu.

– Oj, nie doczekałaby się.

– Znasz mnie dobrze.

– Znam na tyle, by wiedzieć, że nie jesteś zainteresowany małżeństwem. Gdyby było inaczej, już dawno byłbyś żonaty. Jestem pewna, że nie miałbyś problemów ze znalezieniem żony.

– Dziękuję za komplement – odrzekł z lekkim uśmiechem. – Ale masz rację. Małżeństwo nie jest dla mnie.

– W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego nie mógłbyś od czasu do czasu przywieźć do domu jakiejś dziewczyny.

– Uwierz mi, że już sama wizyta w domu jest dla mnie wystarczająco stresująca.

Miał rację. Scarlet wiedziała, że jego relacje z ojcem nie są najlepsze. Zawsze obwiniała o to Johna, nie miał łatwego charakteru, ale teraz zaczęła się zastanawiać, czy przyczyną jego dziwnego zachowania nie był jakiś sekret, coś, co wydarzyło się, zanim zamieszkali na ich ulicy. Zawsze był taki milczący i pogrążony we własnym świecie. Dziwne, ale przez całe życie nie zamieniła z nim tylu słów co teraz w samochodzie. I choć wcześniej niewiele ją obchodził, w tej chwili zapragnęła poznać go lepiej, dowiedzieć się czegoś o jego prywatnym życiu.

– Masz kogoś w Brazylii? – zagadnęła, zerkając na niego. John, choć jeszcze przed chwilą wydawał się rozluźniony i pogody, nagle spoważniał.

– Miałem. Do niedawna.

– Przykro mi – bąknęła.

– Mnie też. No dobrze, wystarczy tych zwierzeń jak na jeden dzień.

Scarlet zrozumiała, że John zatrzasnął jej drzwi przed nosem do swojej prywatności i raczej nie dowie się, dlaczego rozstał się z tajemniczą ukochaną.

– Dlaczego zjechałaś z głównej drogi? – spytał. – Byłoby szybciej.

– Nie o tej porze. Gdybyś częściej przyjeżdżał do domu, wiedziałbyś o tym. A poza tym to ja jestem kierowcą, a ty pasażerem, a pasażer nie powinien pouczać kierowcy, jak i gdzie jechać. To przejaw złych manier.

Znów się roześmiał.

– Widzę, że nic się nie zmieniłaś.

– To samo pomyślałam o tobie. Może wyglądasz inaczej, ale w środku pozostałeś tym samym wstrętnym, zarozumiałym facetem, który uważa się za lepszego od innych.

Od razu zorientowała się, że przesadziła. Przecież nie chciała tego powiedzieć, a jednak w towarzystwie Johna jej temperament zawsze brał górę nad rozsądkiem.

– Przepraszam – powiedziała cicho, łagodnie, przerywając krępującą ciszę. – Źle się zachowałam.

– No nie wiem – odrzekł, ku jej zdziwieniu uśmiechając się cierpko. – Jest w tym dużo racji. Pewnie nieraz byłem zarozumiały i arogancki.

Z uśmiechem popatrzyła na niego i przez jedną długą sekundę ich spojrzenia się skrzyżowały. Scarlet pierwsza odwróciła wzrok, świadoma, że John w dalszym ciągu na nią patrzy. Poczuła, że robi jej się gorąco.

– Czy mógłbyś przestać gapić się na mnie?

– Nie gapiłem się – zaprzeczył. – Patrzyłem i zastanawiałem się.

– Nad czym?

– Nie zapominaj, że w tym miejscu stoi radar.

– Na litość boską, John, ja tu mieszkam, przejeżdżam tędy niemal codziennie, wiem o radarze.

– To dlaczego jedziesz z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę?

– Bo mogę, to nie jest dzień powszedni.

– Znak mówi, by zwolnić do czterdziestu. Roboty drogowe przed nami.

Scarlet zaklęła cicho pod nosem.

– No nie! Jeśli rozkopią tu kolejną ulicę, zacznę krzyczeć.

– Nie krzycz – zaooponował John, wpadając w kpiarski ton. – Nie mogę znieść wrzeszczących kobiet.

– Jaki się zrobiłeś dowcipny.

– Staram się – odparł, patrząc przez okno. – Nareszcie… Zaraz będziemy na miejscu.

Ulica, przy której mieszkała Scarlet, nie różniła się od innych w Central Coast, pełna kolorowych, niedużych domków, o podobnych kształtach i rozmiarach. Co prawda z okien nie można było dostrzec błękitnej toni oceanu, ale mieszkańcy i tak cieszyli wspaniałym, morskim klimatem. Scarlet nie mogła zrozumieć, dlaczego John nie przyjeżdżał tu częściej.

– Zobacz, twoja mama i siostra stoją w drzwiach, czekają na ciebie – powiedziała, od razu spostrzegając, że pan Mitchell nie należał do komitetu powitalnego. – Wysadzę cię przed drzwiami, a ja pojadę wstawić samochód do garażu.

– W porządku – odparł.

Obserwowała w lusterku, jak wyjmuje torbę, a potem jak wchodzi po schodach. Naprawdę wyglądał świetnie. Idealnie prezentował się w dżinsach; nic dziwnego, miał wspaniałą sylwetkę. Gdyby nie był tym, kim jest, może nawet skusiłaby się na niewinny flirt? Już sama myśl przyprawiła ją o atak śmiechu. Flirt? Z Johnem Mitchellem? Kiedy wróciła na przyjęcie, wciąż jeszcze rozbawiona była tym pomysłem.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Scarlet, przeciskając się przez tłum zaproszonych na przyjęcie gości, szukała wzrokiem Johna, ale znalazła jedynie jego matkę, która wyjmowała z lodówki butelki szampana.

– O, Scarlet. – Pani Mitchell powitała ją serdecznym uśmiechem. – Bardzo ci dziękuję za przywiezienie Johna. To było bardzo miłe z twojej strony.

– Drobiazg, a tak przy okazji, gdzie on się podział? Nie widziałam go w salonie.

– Jest na górze, w swojej sypialni – odparła Carolyn z nutą lekkiej irytacji w głosie. – Powiedział, że musi przynieść dla mnie prezent, ale na moje oko po prostu robi, co może, by nie uczestniczyć w przyjęciu. Posłuchaj, nie chciałabym cię znów wykorzystywać, ale czy byłabyś tak miła i przyprowadziła go na dół? Zaraz podam jedzenie. A tak przy okazji, ślicznie dziś wyglądasz, moja droga – zakończyła przemówienie, nim Scarlet zdążyła zgodzić się lub odmówić prośbie.

Właściwie, nie miała nic przeciwko powierzonej misji. Będzie miała okazję przekonać się, czy jego pokój nadal jest oblepiony plakatami ze skąpo odzianymi panienkami.

Nie był. Zniknęły wszelkie ślady chłopięcej obecności. John stał przy oknie, spoglądając na ulicę. Walizka, wciąż nierozpakowana, leżała na łóżku. Scarlet rozejrzała się wokół, ale nigdzie nie dostrzegła obiecanego Carolyn prezentu.

– Przysłano mnie, żebym zabrała cię na dół, do salonu – zaanonsowała, stojąc w otwartych drzwiach.

Odwrócił się w jej stronę z żałosną miną.

– Biedna Scarlet – ironizował. – Dostajesz dziś same niewygodne zadania.

Nie mogła zaprzeczyć. Ostatnie, czego pragnęła, to zajmować się Johnem, ale w odruchu wspaniałomyślności nie zamierzała informować go o tym.

– Twoja mama mówiła, że poszedłeś po prezent. Masz go?

– Owszem – powiedział, uderzając dłonią w prawą kieszeń marynarki.

– Coś małego i nieprzyzwoicie drogiego? Coś z twoich zbiorów? – zgadywała.

– Być może.

– Może prawdziwy rubin?

Cóż innego mógł dać swojej matce syn geolog na rubinowe gody?

– Zawsze byłaś małą sprytną bestią.

– A ty zawsze mnie wkurzałeś.

Zrobił naburmuszoną minę, ściągnął brwi, ale po chwili rozchylił usta w uśmiechu.

– Wiesz co? Zejdę na dół i zmuszę się do gadki szmatki z tymi ludźmi pod warunkiem, że będziesz przy mnie.

– O, a niby jaki ja mam w tym interes?

– Czyżby moje towarzystwo nie było dostateczną nagrodą?

– Chyba żartujesz – parsknęła. – Obawiam się, że potrzebuję lepszej zachęty.

– Może jakiś diament by cię przekonał?

Scarlet nie była pewna, czy mówi serio, czy tylko się z nią drażni.

– Nie przepadam za diamentami – wydęła lekceważąco wargi. – Chyba że umieszczone są w złotej oprawie i ofiarowane wraz z propozycją małżeństwa.

Wyraz jego twarzy był bezcenny.

– Nie? – Rzuciła mu zuchwałe spojrzenie, trzepocząc przy tym komicznie rzęsami. – Jaka szkoda. Właściwie całkiem nieźle się prezentujesz. I jesteś obrzydliwie bogaty. Nie wspominając już o tym, że nie jesteś gejem. Czegóż więcej mogłaby chcieć dziewczyna.

– Punkt dla ciebie, Scarlet.

– Ha, zemsta jest słodka – zaśmiała się w poczuciu zwycięstwa.

– Zemsta, za co?

– Za te wszystkie lata, kiedy byłeś taki podły, że miałam ochotę cię udusić.

– Mea culpa – odparł z udawaną skruchą.

– Znaj łaskę pana. Dziś jest twój szczęśliwy dzień. Dotrzymam ci towarzystwa i będę tak wspaniałomyślna, że nie upomnę się o nagrodę, mimo że obiecałeś mi diament.

– Bądź miła i uległa, to może go dostaniesz.

– Możesz sobie pomarzyć.

– Jakbyś zgadła.

John doskonale wiedział, że ta jedna fantazja pozostanie tylko fantazją. Scarlet nigdy nie będzie jego kochanką. A szkoda…

– Chodź – powiedział, w galanteryjnym geście podsuwając jej ramię. – Czas, żebyśmy pokazali się na dole, nim zaczną nas szukać.

ROZDZIAŁ PIĄTY