W stronę Swanna - Marcel Proust - ebook
Opis

W stronę Swanna to pierwszy tom quasi-autobiograficznego cyklu Marcela Prousta W poszukiwaniu straconego czasu, uznanego w powszechnej opinii krytyków za arcydzieło literatury. Pewnego dnia smak magdalenki zanurzonej w herbacie budzi w bohaterze, młodym człowieku rozpieszczonym przez matkę i babkę, wspomnienia. Wraca myślą do miasteczka Combray, gdzie spędzał cudowne wakacje jako dziecko. Powracają też wspomnienia spacerów szlakiem posiadłości pana Swanna, gdzie mieszka niedostępna księżna będąca obiektem westchnień bohatera…

Kariera pisarska Prousta szła drogą dość niezwykłą. Zaczęła się stosunkowo późno, przerwała ją wojna, potem przecięła ją rychła śmierć. Ale mimo że w chwili zgonu nieznane było jeszcze w całości jego dzieło, już niepodobna było wątpić, że odszedł artysta i myśliciel na miarę największych; Proust zaważył jak mało kto na swojej epoce. Tuż po śmierci Prousta zaczęto gromadzić – z niezawodną pewnością ich znaczenia – dokumenty tyczące pisarza i człowieka, listy, wspomnienia, tradycje ustne.

Równocześnie zaczęła narastać legenda. Nie ma dziś czytelnika – a może i nie czytelnika – Prousta, który by nie wiedział o jego chorobie, o jego światowych sukcesach, o jego późniejszym odosobnieniu, o jego dostatku, hojności, neurastenii, dziwactwach, o heroizmie wreszcie, z jakim do ostatniego tchnienia pracował, uzupełniał swoje dzieło, spożytkowując jako materiał twórczy własne cierpienie, niemal własną śmierć.

Tadeusz Żeleński (Boy)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 693

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu:

A la re­cher­che du temps per­du Du côté de chez Swann

Co­py­ri­ght © 2013, MG

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­we – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw.

ISBN: 978-83-7779-159-2

Pro­jekt okład­ki: Elż­bie­ta Choj­na

Ko­rek­ta: Mi­chał Bo­run

Skład: Ja­cek An­to­niuk

www.wy­daw­nic­twomg.pl

kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od tłumacza

Ka­rie­ra pi­sar­ska Pro­usta szła dro­gą dość nie­zwy­kłą. Za­czę­ła się sto­sun­ko­wo póź­no, prze­rwa­ła ją woj­na, po­tem prze­cię­ła ją ry­chła śmierć. Ale, mimo że w chwi­li zgo­nu nie­zna­ne było jesz­cze w ca­ło­ści jego dzie­ło, już nie­po­dob­na było wąt­pić, że od­szedł ar­ty­sta i my­śli­ciel na mia­rę naj­więk­szych; już Pro­ust za­wa­żył jak mało któ­ry z pi­sa­rzy na swo­jej epo­ce. Tuż po śmier­ci Pro­usta za­czę­to gro­ma­dzić – z nie­za­wod­ną pew­no­ścią ich zna­cze­nia – do­ku­men­ty ty­czą­ce pi­sa­rza i czło­wie­ka, li­sty, wspo­mnie­nia, tra­dy­cje ust­ne.

Rów­no­cze­śnie za­czę­ła na­ra­stać le­gen­da. Nie ma dziś czy­tel­ni­ka – a może i nie czy­tel­ni­ka – Pro­usta, któ­ry by nie wie­dział o jego cho­ro­bie, o jego świa­to­wych suk­ce­sach, o jego póź­niej­szym od­osob­nie­niu, o jego do­stat­ku, hoj­no­ści, neu­ra­ste­nii, dzi­wac­twach, o he­ro­izmie wresz­cie, z ja­kim do ostat­nie­go tchnie­nia pra­co­wał, uzu­peł­niał swo­je dzie­ło, spo­żyt­ko­wu­jąc jako ma­te­riał twór­czy wła­sne cier­pie­nie, nie­mal wła­sną śmierć.

Parę ści­ślej­szych dat nie­wie­le przy­da do tego ob­ra­zu. Pro­ust pra­wie nie ma bio­gra­fii; przy­najm­niej ze­wnętrz­nej. Cały mie­ści się w hi­sto­rii swo­jej my­śli, swo­je­go dzie­ła.

Uro­dzo­ny w roku 1871, syn zna­ne­go le­ka­rza i hi­gie­ni­sty pro­fe­so­ra Ad­ria­na Pro­usta, mło­dy Mar­cel zdra­dzał przed­wcze­sną in­te­li­gen­cję, któ­ra, po­łą­czo­na z ko­bie­cym wdzię­kiem i przy­mil­no­ścią, czy­ni­ła go ory­gi­nal­nym zja­wi­skiem. Ale bar­dzo wcze­śnie wy­stą­pi­ły u nie­go ob­ja­wy rzad­kiej cho­ro­by – swo­istej ast­my – któ­ra ska­za­ła go na cie­plar­nia­ny tryb ży­cia. Za­pach kwia­tów i w ogó­le ro­ślin po­mna­żał ata­ki cho­ro­by; słoń­ce było mu wro­giem; na­uczył się co­raz bar­dziej żyć w nocy, co­raz wię­cej po­słu­gi­wał się nar­ko­ty­ka­mi dla uśmie­rze­nia dusz­no­ści i spro­wa­dze­nia opor­ne­go snu. Cho­ro­ba ta mia­ła za­cią­żyć na twór­czo­ści pi­sa­rza, ak­cen­tu­jąc to, co w tej twór­czo­ści jest rzad­kie, prze­czu­lo­ne, cie­plar­nia­ne. Bez­sen­ne noce po­głę­bi­ły jego re­flek­sje, cier­pie­nie wy­ostrzy­ło jego zmy­sły. Za mło­du ma­rzył o po­dró­żach; mu­siał się roz­stać z tym ma­rze­niem: poza wy­ciecz­ką do We­ne­cji i let­ni­mi po­by­ta­mi w Ca­bo­urg (opi­sa­ne w jego po­wie­ściach jako Bal­bec) nie ru­szał się z Pa­ry­ża. Na­mięt­ność po­dró­ży prze­two­rzył na ową po­dróż w cza­sie, jaką jest jego dzie­ło.

Za mło­du Pro­ust – wspo­ma­ga­ny w tym przez ro­dzi­ców – sta­rał się wal­czyć ze swo­ją cho­ro­bą. Uczęsz­czał do ko­le­gium; od­był – zła­go­dzo­ną co praw­da przez względ­ność prze­ło­żo­nych – jed­no­rocz­ną służ­bę woj­sko­wą, brał udział w ży­ciu li­te­rac­kim mło­dych. Wraz z kil­ko­ma przy­ja­ciół­mi – mię­dzy nimi Flers, Bar­bus­se, Da­niel Ha­lévy, Gregh, Leon Blum – za­kła­da pi­smo Le Ba­nqu­et; ar­ty­ku­ły, któ­re po­miesz­cza w tym pi­śmie mło­dy Pro­ust, zdra­dza­ją żywą cie­ka­wość in­te­lek­tu­al­ną i sze­ro­kie oczy­ta­nie, zwłasz­cza w pi­śmien­nic­twie ob­cym.

Po­tem po­cią­ga go ży­cie świa­to­we. Jak gdy­by wie­dzio­ny in­stynk­tem przy­szłej twór­czo­ści, Pro­ust wcho­dzi w ary­sto­kra­tycz­ne sfe­ry Pa­ry­ża. Oso­bi­sty urok i za­le­ty to­wa­rzy­skie otwie­ra­ją mu naj­bar­dziej za­mknię­te sa­lo­ny. Mło­dy Mar­cel sta­je się du­szą ze­brań; bły­sko­tli­wo­ścią roz­mo­wy, we­rwą swo­ich słyn­nych pa­ro­dii i imi­ta­cji umie oży­wić ten „świat nu­dów”. Za­pusz­cza się w sa­lo­ny li­te­rac­kie, ba­wiąc się ich śmiesz­nost­ka­mi, ale umie­jąc oce­nić usłu­gi, ja­kie od­da­ją prze­ni­ka­niu sztu­ki. Ocie­ra się o wiel­ki pół­świa­tek, urze­ka­ją­cy ar­ty­stę cie­plar­nia­ną po­ezją mody, stro­ju, zbyt­ku, wdzię­kiem nie­trwa­łe­go kwia­tu. Chęt­nie od­wie­dza La­sek Bu­loń­ski, gdzie słyn­ny „Boni” i ksią­żę de Sa­gan sta­no­wi­li wów­czas cen­trum świa­ta ele­gan­cji. Mło­dy Pro­ust wy­da­wał u sie­bie obia­dy, gdzie wo­bec naj­wy­twor­niej­sze­go to­wa­rzy­stwa po­eci mó­wi­li sub­tel­ne wier­sze.

Ogrom­ną rolę w ży­ciu Pro­usta gra­ła przy­jaźń. Przy­jaź­nił się z wie­lo­ma ko­bie­ta­mi i z wie­lo­ma męż­czy­zna­mi; wkła­dał w te przy­jaź­nie bar­dzo wie­le; czu­ły, od­da­ny, usłuż­ny, za­sy­py­wał swo­ich przy­ja­ciół grzecz­no­ścia­mi, kwia­ta­mi, upo­min­ka­mi; to znów, wraż­li­wy jak mi­mo­za, ura­żał się lada czym lub lę­kał się, że ko­goś ura­ził, i wów­czas nie było koń­ca li­stom z wy­mów­ka­mi, prze­pro­si­na­mi, ko­men­ta­rza­mi.

Po­wo­dze­nia te od­da­li­ły Pro­usta od daw­nych to­wa­rzy­szy, któ­rzy nie­ba­wem przy­cze­pi­li mu nie­bez­piecz­ną ety­kiet­kę świa­tow­ca, dy­le­tan­ta, sno­ba. Pierw­szą jego książ­kę Les Pla­isirs et les Jo­urs, zbyt­kow­nie wy­da­ną, z grzecz­no­ścio­wą przed­mo­wą sa­me­go Ana­to­la Fran­ce’a, rów­nież przy­ję­to jako wcza­sy za­moż­ne­go ama­to­ra. Zde­cy­do­wa­no ry­chło, że z Pro­usta nig­dy nic nie bę­dzie. Nie mo­gły zmie­nić tej opi­nii kro­ni­ki „świa­to­we” – dziś in­a­czej oce­nia­ne – ja­kie po­miesz­czał w Le Fi­ga­ro pod pseu­do­ni­mem „Ho­ra­tio”, ani na­wet prze­kład Ru­ski­na, w któ­rym uto­pił sześć lat ży­cia, opa­tru­jąc pi­sma Ru­ski­na ob­szer­ny­mi przed­mo­wa­mi. Pro­ust czuł tę opi­nię o so­bie, za­pew­ne cier­piał od niej, może ją po­dzie­lał. Lata bie­gły, ten i ów z daw­nych to­wa­rzy­szy stał się gło­śny lub sław­ny, pod­czas gdy on… W sa­mym ty­tu­le jego utwo­ru czuć, że ten „stra­co­ny czas” mu­siał mu być bo­le­sny.

A jed­nak trud­no o czas mniej stra­co­ny, bar­dziej wy­peł­nio­ny, wy­daj­niej­szy! Świa­do­mie czy nie, Pro­ust przy­go­to­wy­wał w nim swo­je dzie­ło. In­stynk­tow­nie ob­rał te­ren, na któ­rym „ko­me­dia ludz­ka”, ma­ją­ca być przed­mio­tem jego książ­ki, naj­do­stęp­niej­sza była ob­ser­wa­cji. Za­cie­ka­wio­ny, roz­ba­wio­ny, ma­ją­cy dar eg­zo­ty­zo­wa­nia po­wsze­dnio­ści, Pro­ust ob­ser­wo­wał nie­stru­dze­nie; ze­sta­wiał fak­ty, oby­cza­je, aneg­do­ty, chwy­tał na go­rą­cym uczyn­ku sto­sun­ki lu­dzi mię­dzy sobą, do­raź­nie opa­try­wał je swo­istym fi­lo­zo­ficz­nym ko­men­ta­rzem i ma­ga­zy­no­wał wszyst­ko w swo­jej zdu­mie­wa­ją­cej pa­mię­ci. Do­ku­men­to­wał się na wszel­kie spo­so­by. Bo po­chło­nię­ty prak­tycz­ną ob­ser­wa­cją „wy­żyn spo­łecz­nych”, Pro­ust pro­wa­dzi rów­no­cze­śnie swo­ją an­kie­tę na in­nym pla­nie; ulu­bio­ną jego pa­sją były roz­mo­wy ze służ­bą, z gar­so­na­mi mod­nych re­stau­ra­cji. Pod­szew­ka bo­ga­te­go wierz­chu.

Oko­ło roku 1905, po śmier­ci uko­cha­nej mat­ki, Pro­ust co­raz bar­dziej za­czął się od­su­wać od świa­ta. Po roz­bi­ciu się domu ro­dzin­ne­go – ojca stra­cił już kil­ka lat przed­tem – prze­niósł się na Bo­ule­vard Haus­smann, wy­na­jął duże miesz­ka­nie, stło­czył wszyst­kie me­ble ra­zem, sam zaś osiadł w jed­nym po­ko­ju, któ­ry ka­zał wy­słać kor­kiem dla uzy­ska­nia ci­szy, ale nig­dy nie zdo­był się na to, aby dać obić ko­rek ta­pe­tą. Me­ble po­kry­wa­ły się ku­rzem, łóż­ko i pod­ło­ga pa­pie­ra­mi, gdy Pro­ust, co­raz bar­dziej ode­rwa­ny od wszyst­kie­go, co nie było jego dzie­łem, za­czął go­rącz­ko­wo pi­sać. Od­tąd je­że­li się po­ja­wiał w świe­cie, to prze­waż­nie po to, aby spraw­dzić ja­kiś szcze­gół swe­go utwo­ru, zdo­być po­trzeb­ną in­for­ma­cję. Cho­ro­ba jego ro­bi­ła po­stę­py, spie­szył się. Za­wsze dy­go­cą­cy od zim­na, w cięż­kim fu­trze, za­ro­śnię­ty, daw­ny che­ru­bin zja­wiał się cza­sem jak upiór na ja­kimś ary­sto­kra­tycz­nym balu, któ­re­go uczest­ni­cy nie wie­dzie­li, że może po­zu­ją w tej chwi­li do nie­śmier­tel­ne­go ob­ra­zu. Bli­skim jego wia­do­mo było, że pi­sze, ale nikt nie wie­dział co, nikt nie in­te­re­so­wał się tym zbyt­nio. Pro­ust na­ło­żył so­bie tę rzad­ką i wy­ma­ga­ją­cą du­że­go har­tu dys­cy­pli­nę, aby nie roz­po­cząć dru­ku, do­pó­ki nie ukoń­czy ca­ło­ści. Pi­sał lat sie­dem czy osiem, za­nim po­ło­żył kre­skę pod ostat­nim ustę­pem ostat­nie­go tomu. I wów­czas za­czę­ła się nowa trud­ność. Kto od­wa­ży się wy­dać sześć to­mów pana Pro­usta, nie­zna­ne­go, i go­rzej niż nie­zna­ne­go, bo zdys­kre­dy­to­wa­ne­go swy­mi świa­to­wy­mi ko­nek­sja­mi? In­te­lek­tu­al­na i od­waż­na No­uvel­le Re­vue Fra­nça­ise zwra­ca mu skrypt (jak się póź­niej oka­za­ło, bez czy­ta­nia): cze­góż spo­dzie­wać się po in­nych! Nie chcą Pro­usta w Mer­cu­re de Fran­ce; księ­garz Fa­squ­el­le orze­ka, że utwór pana Pro­usta „zbyt róż­ny jest od tego, co pu­blicz­ność na­wy­kła czy­tać”; inni zby­wa­ją za­moż­ne­go ama­to­ra drwi­na­mi. Pro­ust był istot­nie – zwłasz­cza po śmier­ci ojca – czło­wie­kiem wię­cej niż za­moż­nym i mógł bez trud­no­ści wy­dać swo­je dzie­ło wła­snym kosz­tem; ale przy­ja­cie­le od­ra­dza­li mu to jako coś, co de­pre­cjo­nu­je książ­kę i au­to­ra. W koń­cu, zre­zy­gno­wa­ny Pro­ust znaj­du­je wy­daw­cę, któ­ry de­cy­du­je się – dać fir­mę, o ile au­tor po­kry­je kosz­ta. W roku 1913 uka­zu­je się pierw­sza część W Po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su, pod nie­wdzięcz­niej­szym jesz­cze ty­tu­łem W stro­nę Swan­na. Kry­ty­ka, poza jed­nym ar­ty­ku­łem So­udaya, za­cho­wu­je głę­bo­kie mil­cze­nie, gło­śny zaś en­tu­zjazm paru przy­ja­ciół Pro­usta na­stra­ja in­nych tym opor­niej.

Ale po­wo­li krąg zwo­len­ni­ków tej książ­ki, ura­ża­ją­cej w isto­cie wszyst­kie przy­zwy­cza­je­nia ów­cze­sne­go czy­tel­ni­ka, roz­sze­rza się. Ktoś za­czy­na czy­tać od po­cząt­ku – i od­rzu­ca książ­kę z nie­chę­cią i zmę­cze­niem: któ­re­goś dnia po­dej­mu­je ją i otwie­ra na chy­bił tra­fił w środ­ku; czy­ta stro­ni­cę, dwie, i nie może się ode­rwać; wra­ca do po­cząt­ku, po­chła­nia ca­łość, wy­bu­cha za­chwy­tem, bie­ga z książ­ką po zna­jo­mych, wty­ka im ją w rękę, za­ra­ża ich swo­im en­tu­zja­zmem. Two­rzy się coś na kształt ka­plicz­ki Pro­usta: dru­gi tom ma już za­pew­nio­ną nie­licz­ną wpraw­dzie, ale wy­ra­fi­no­wa­ną pu­blicz­ność. Ten tom, mo­zol­nie prze­ra­bia­ny przez au­to­ra, jest wła­śnie w dru­ku: już, już ma się uka­zać – za­po­wie­dzia­no go na je­sień roku 1914 – kie­dy wy­bu­cha woj­na.

Je­że­li dla któ­re­go pi­sa­rza woj­na zda­wa­ła się ru­iną jego twór­czej eg­zy­sten­cji, to dla Pro­usta. Nie tyl­ko dla­te­go, że na kil­ka lat spa­ra­li­żo­wa­ła we Fran­cji za­in­te­re­so­wa­nia czy­sto ar­ty­stycz­ne; że od­su­nę­ła na bok książ­ki nie­zwią­za­ne z woj­ną i pro­ble­ma­ta­mi chwi­li; ale dla­te­go, że za­ra­zem uni­ce­stwia – tak się zda­wa­ło – całą przed­wo­jen­ną epo­kę, z któ­rej wy­ro­sło dzie­ło Pro­usta. W bom­bar­do­wa­nym Pa­ry­żu, gnę­bio­ny swo­ją mor­der­czą ast­mą, nie­zdol­ny do no­sze­nia bro­ni i tym bar­dziej obo­la­ły od biu­le­ty­nów zwia­stu­ją­cych mu śmierć wie­lu bli­skich, Pro­ust po­zo­stał sam ze swo­im bied­nym rę­ko­pi­sem. Mniej wie­rzą­cy w swo­je po­słan­nic­two au­tor rzu­cił­by go może w ogień; Pro­ust wziął go na nowo na warsz­tat i po­gru­bił nie­mal do czte­ro­krot­nej ob­ję­to­ści. Sko­rzy­stał z per­spek­tyw chwi­li, z no­wych sta­nów du­szy i no­wej na­uki ży­cia, aby wzbo­ga­cić swo­je dzie­ło. Tyl­ko pierw­sza, po­przed­nio wy­da­na część po­zo­sta­ła w pier­wot­nej po­sta­ci; dal­sze czte­ry tomy mia­ły się roz­róść do czter­na­stu.

Krwa­we lata mi­nę­ły wresz­cie. Pro­ust wkle­jał co­raz nowe kar­ty mię­dzy wier­sze daw­ne­go rę­ko­pi­su. Je­den z re­dak­to­rów No­uvel­le Re­vue Fra­nça­ise, Ja­cqu­es Ri­vi­ère, prze­czy­tał tym­cza­sem ów pierw­szy tom Pro­usta – w obo­zie jeń­ców w Niem­czech, i za­wsty­dził się lek­ce­wa­że­nia, z ja­kim wy­daw­nic­two jego od­nio­sło się do tej re­we­la­cyj­nej książ­ki. Już nie mo­gło być mowy o tym, aby ka­zać Pro­usto­wi do­pra­szać się ła­ski wy­daw­ców. I pra­wie rów­no­cze­śnie z za­wie­sze­niem bro­ni – rzecz mo­żeb­na je­dy­nie we Fran­cji, jesz­cze dy­mią­cej krwią, a tak cu­dow­nie ży­wot­nej i uf­nej – pierw­szą książ­ką, któ­ra się uka­za­ła – w li­sto­pa­dzie 1918 r. – był dal­szy ciąg utwo­ru Pro­usta, pod jak­że eg­zo­tycz­nym w sto­sun­ku do chwi­li ty­tu­łem: A l’ombre des jeu­nes fil­les en fleurs. I w na­stęp­nym roku – 1919 Za­kwi­ta­ją­ce dziew­czę­ta Pro­usta zdo­by­wa­ją na­gro­dę Gon­co­ur­tów, ma­jąc za ry­wa­la Do­rge­lèsa i jego Drew­nia­ne krzy­że. Ofi­cjal­na kon­se­kra­cja pi­sa­rza, któ­ra nie roz­bra­ja nie­chęt­nej kry­ty­ki. „Tym ra­zem – pi­sze któ­ryś – Gon­co­ur­to­wie dali na­gro­dę pi­sa­rzo­wi na­praw­dę nie­zna­ne­mu. Nie jest mło­dy, ale nie­zna­ny jest i nie­zna­ny po­zo­sta­nie…”. A rów­no­cze­śnie pocz­ta przy­no­si Pro­usto­wi kil­ka­set li­stów z wy­ra­za­mi ra­do­ści i en­tu­zja­zmu ze wszyst­kich kra­jów.

Od­tąd Pro­ust wcho­dzi w sła­wę. Sta­je się żywą le­gen­dą, mi­tem; kur­su­ją aneg­do­ty o nim, o jego szcze­gól­nym try­bie ży­cia, wy­ni­kłym prze­waż­nie z cho­ro­by. Zjeż­dża­ją się z da­le­ka jego en­tu­zja­ści, aby go uj­rzeć, po­znać. Ale na próż­no. Tra­wio­ny nie­ubła­ga­ną cho­ro­bą, Pro­ust ma przed sobą tyl­ko parę lat, któ­re musi cał­ko­wi­cie od­dać swe­mu dzie­łu. Za­czy­na się tra­gicz­ny wy­ścig mię­dzy pi­sa­rzem a śmier­cią. Pro­ust – jak Bal­zac – w ko­rek­cie zwłasz­cza daje osta­tecz­ny kształt każ­dej stro­ni­cy; czy zdo­ła do­koń­czyć, czy zdą­ży do­pro­wa­dzić druk do koń­ca, to je­dy­na rzecz, jaka go in­te­re­su­je. Po Stro­nie Gu­er­man­tes uka­zu­ją się w 1922 r. trzy tomy So­do­my i Go­mo­ry – „jed­na z naj­śmiel­szych ksią­żek, ja­kie ist­nie­ją”, po­wia­da jego mo­no­gra­fi­sta Pier­re-Qu­int. Ale to są ostat­nie tomy, ja­kie wy­szły za jego ży­cia. Pro­ust umie­ra w li­sto­pa­dzie 1922 r., li­cząc za­le­d­wie pięć­dzie­siąt je­den lat.

Po śmier­ci pi­sa­rza po­zo­stał trud do­pro­wa­dze­nia do koń­ca dru­ku dzie­ła z po­zo­sta­wio­nych rę­ko­pi­sów, za­gma­twa­nych po­praw­ka­mi, spęcz­nia­łych od do­pi­sków. Trwa­ło to kil­ka lat; ostat­nia część uka­za­ła się w roku 1927. Każ­dy tom po­mna­żał za­chwyt nad dzie­łem, od­sła­niał nowe per­spek­ty­wy, roz­wi­jał po­przed­nio za­zna­czo­ne mo­ty­wy, ujaw­niał głę­bo­ko prze­my­śla­ny plan. Ostat­nie tomy – Czas od­na­le­zio­ny – uwień­czy­ły wresz­cie ca­łość niby ko­pu­ła. Dzie­ło Pro­usta ob­ja­wi­ło się w ca­ło­ści, im­po­nu­ją­ce, nie­po­dob­ne do ni­cze­go w li­te­ra­tu­rze świa­ta. Po­pu­lar­ność jego ro­sła – licz­ba na­kła­dów wska­zu­je dziś cy­fry się­ga­ją­ce stu kil­ku­dzie­się­ciu kil­ku ty­się­cy. Mno­żą się prze­kła­dy na ję­zy­ki obce. „Kto szu­ka ge­nial­no­ści, ten w sfe­rze fran­cu­skiej po­wie­ści znaj­dzie ją tyl­ko u Pro­usta” – pi­sze o nim E. R. Cur­tius. A po uka­za­niu się ca­ło­ści jego dzie­ła po nie­miec­ku inny kry­tyk mówi: „Pro­ust jest – po­wiedz­my to wręcz – naj­więk­szym po­etą współ­cze­snej li­te­ra­tu­ry eu­ro­pej­skiej”.

Utwór W po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su za­my­ka – poza pa­ro­ma to­ma­mi kro­nik i ese­jów – wszyst­ko, co wy­szło spod pió­ra Pro­usta. Obej­mu­je w ory­gi­na­le 16 du­żych to­mów. Dzie­li się na sie­dem czę­ści, każ­da po parę to­mów. Ty­tu­ły tych czę­ści brzmią: 1. W stro­nę Swan­na; 2. W cie­niu za­kwi­ta­ją­cych dziew­cząt; 3. Stro­na Gu­er­man­tes; 4. So­do­ma i Go­mo­ra; 5. Nie­wol­ni­ca; 6. Nie ma Al­ber­ty­ny; 7. Czas od­na­le­zio­ny.

Nie za­mie­rzam tu pod­jąć ana­li­zy dzie­ła Pro­usta, któ­re do­pie­ro stop­nio­wo i po­wo­li znaj­dzie się w rę­kach pol­skich czy­tel­ni­ków. W tej chwi­li by­ło­by to przed­wcze­sne. Pra­gnę je­dy­nie w naj­prost­szych sło­wach za­zna­czyć plan ca­ło­ści, a ra­czej zwró­cić uwa­gę na wie­lość płasz­czyzn, na któ­rych po­ru­sza się twór­cza myśl pi­sa­rza. Myśl ta „jest tak zło­żo­na, że ujaw­nia się aż bar­dzo póź­no, kie­dy wszyst­kie te­ma­ty za­czną się kom­bi­no­wać”, pi­sał sam Pro­ust, tro­ska­jąc się, że dzie­ło jego nie bę­dzie od po­cząt­ku zro­zu­mia­ne.

Nie są­dzę, aby to nie­bez­pie­czeń­stwo gro­zi­ło pierw­szej czę­ści, któ­ra, za­mknię­ta nie­mal sama w so­bie, two­rzy ra­czej uro­cze pre­lu­dium niż uwer­tu­rę do tej ogrom­nej kom­po­zy­cji. Wpro­wa­dza nas w nią oso­ba opo­wia­da­ją­ce­go, cały bo­wiem utwór po­my­śla­ny jest w for­mie jak gdy­by pa­mięt­ni­ka. Pro­ust bie­rze jako prze­wod­ni­ka swe­go so­bo­wtó­ra, da­jąc mu wła­sne cho­ro­wi­te i prze­wraż­li­wio­ne dzie­cięc­two, wła­sne – za­le­d­wie nie­co prze­two­rzo­ne – wspo­mnie­nia ro­dzin­ne. Ale w ogó­le nie py­taj­my zbyt­nio o „re­alia”, nie py­taj­my o chro­no­lo­gię, prze­ciw któ­rej au­tor świa­do­mie i roz­myśl­nie wy­kra­cza. Z dziec­ka ura­sta chło­piec, któ­ry czy­ni pierw­sze nie­śmia­łe kro­ki w świe­cie; po­tem roz­sze­rza się krąg jego zna­jo­mo­ści; wcho­dzi – jak sam Pro­ust – w ary­sto­kra­tycz­ne to­wa­rzy­stwo, ocie­ra się o świat dwu­znacz­nych uczuć przez de­spo­tycz­ne­go pana de Char­lus i nie­uchwyt­ną Al­ber­ty­nę; prze­cho­dzi męki mi­ło­ści i za­zdro­ści, ła­mie się ze swo­im twór­czym po­wo­ła­niem, aż wresz­cie mi­raż ży­cia roz­ta­pia się dlań w je­dy­nej praw­dzie sztu­ki. Do­ko­ła tej fi­gu­ry opo­wia­da­ją­ce­go, któ­ra to wy­su­wa się na pierw­szy plan, to gi­nie w cie­niu, gru­pu­je się cały świat Pro­usta. W mia­rę uka­zy­wa­nia się to­mów dzie­ła czy­tel­ni­cy roz­ma­wia­li o jego fi­gu­rach jak o swo­ich oso­bi­stych zna­jo­mych, po­dob­nie jak sto lat wprzó­dy o fi­gu­rach Bal­za­ka. Po­sta­cie te, mniej licz­ne niż u Bal­za­ka, ale pul­su­ją­ce nie mniej na­si­lo­nym ży­ciem, prze­su­wa­ją się w kar­tach po­wie­ści po­przez róż­ne tomy; aby uła­twić czy­tel­ni­kom orien­to­wa­nie się w tym „ru­chu lud­no­ści” uczy­nił Char­les Dau­det dla Pro­usta to, co swe­go cza­su uczy­nio­no dla Ko­me­dii Ludz­kiej; wy­dał sko­ro­widz osób i ich udzia­łu w ak­cji po­wie­ści; sko­ro­widz, na­wia­sem mó­wiąc, nie­wol­ny od prze­oczeń i błę­dów.

Po­sta­cie ży­ją­ce na kar­tach Pro­usta po­sia­da­ją ta­kie zna­mię praw­dy, że pu­blicz­ność chcia­ła się w nich do­pa­try­wać au­ten­tycz­nych wi­ze­run­ków. Plot­ka szu­ka­ła wzo­rów mię­dzy zna­jo­my­mi pi­sa­rza. Ale Pro­ust bro­nił się prze­ciw ta­kie­mu zwę­ża­niu praw­dy ar­ty­stycz­nej, pod­kre­śla­jąc syn­te­tycz­ny cha­rak­ter każ­dej z fi­gur, w któ­rą wcho­dzi­ły rysy wie­lu ży­wych osób, aby stwo­rzyć po­stać od­dy­cha­ją­cą ze­sto­krot­nio­nym ży­ciem fik­cji. Je­den tyl­ko jest tu por­tret nie­wąt­pli­wy – oczy­wi­ście też spo­twor­nia­ły i wy­ol­brzy­mio­ny: to ów póź­niej­szy ba­ron de Char­lus (w pierw­szej czę­ści na­wet się nie za­po­wia­da jego dal­szy cha­rak­ter), do któ­re­go dał Pro­usto­wi na­tchnie­nie gło­śny świa­to­wiec i po­eta, Ro­bert de Mon­te­squ­iou. Nie pierw­szy to raz przy­szło mu po­zo­wać do por­tre­tu; parę dzie­siąt­ków lat wprzó­dy ten sam Mon­te­squ­iou ucho­dził za mo­del bo­ha­te­ra po­wie­ści À re­bo­urs Huy­sman­sa, „de­ka­den­ta” des Es­se­in­tes.

Ale praw­dzi­wym bo­ha­te­rem dzie­ła Pro­usta jest Czas; czas, któ­ry jest współ­czyn­ni­kiem wszyst­kich osób, współ­ak­to­rem wszyst­kich zda­rzeń; czas, któ­ry sam Pro­ust mie­ni czwar­tym wy­mia­rem. Każ­da z fi­gur prze­ży­wa na kar­tach po­wie­ści lat kil­ka­na­ście, cza­sem kil­ka­dzie­siąt; w prze­ci­wień­stwie do Bal­za­ka, któ­ry wy­do­by­wa z każ­dej po­sta­ci zwłasz­cza to, co w cha­rak­te­rze czło­wie­ka jest sta­łe i nie­zmien­ne, Pro­ust dąży do od­da­nia nie­ustan­nej płyn­no­ści sta­nów du­szy, po­zor­nych nie­kon­se­kwen­cji cha­rak­te­ru, okre­ślo­nych bar­dziej zło­żo­ny­mi, ale nie­mniej kon­kret­ny­mi pra­wa­mi. Do­cho­dzi do pa­ra­dok­su w go­to­wa­niu nam nie­spo­dzia­nek; robi so­bie po tro­sze za­ba­wę z tego, aby wszyst­ko się dzia­ło in­a­czej, niż­by moż­na przy­pusz­czać.

I jak nie mia­ło­by być w czło­wie­ku nie­ustan­nych sprzecz­no­ści, sko­ro świa­do­me jego ży­cie jest tyl­ko wciąż zmie­nia­ją­cą się wy­pad­ko­wą su­mu­ją­cych się i krzy­żu­ją­cych czyn­ni­ków pod­świa­do­mo­ści, grą wie­lo­ra­kiej dzie­dzicz­no­ści, ura­zów i kom­plek­sów dzie­cięc­twa! Rów­no­cze­śnie z Freu­dem i za­pew­ne nie zna­jąc go jesz­cze, Pro­ust od­gadł i zmi­to­lo­gi­zo­wał naj­istot­niej­sze od­kry­cia freu­dy­zmu. I jak nie­gdyś dzie­ło Bal­za­ka było ści­śle spo­wi­no­wa­co­ne ze współ­cze­sną my­ślą na­uko­wą, wy­prze­dza­jąc ją nie­raz zresz­tą, tak samo dzie­ło Pro­usta jest dzie­łem epo­ki Berg­so­na, Freu­da i Po­in­ca­régo, od­ma­te­ria­li­zo­wa­nej fi­zy­ki, re­wo­lu­cyj­nej che­mii. Ileż uczuć przed nim uwa­ża­nych za pier­wiast­ki roz­ło­ży­ła che­mia Pro­usta; ileż roz­sa­dził on ato­mów psy­chicz­nych!

Gdy mowa o dzie­le Pro­usta, raz po raz na­su­wa się na myśl Bal­zac, mimo bar­dzo głę­bo­kich mię­dzy nimi róż­nic. Jako ma­larz spo­łe­czeń­stwa, Pro­ust wy­kre­śla so­bie inne per­spek­ty­wy. Gdy w świe­cie bal­za­kow­skim naj­więk­szą część ener­gii ludz­kiej po­chła­nia wal­ka o byt, pie­niądz, prak­tycz­na am­bi­cja, u Pro­usta – może wy­ni­kło to z cie­plar­nia­nych wa­run­ków jego oso­bi­ste­go ży­cia i ze spe­cjal­ne­go te­re­nu jego ob­ser­wa­cji – wszyst­kie pra­wie dzia­ła­ją­ce oso­by po­ło­że­niem swo­im uwol­nio­ne są od gru­bych trosk ży­cia, za­bie­gi ich od­no­szą się do spraw mniej uchwyt­nych, ale tym spo­sob­niej­szych dla za­de­mon­stro­wa­nia te­atru du­szy czło­wie­ka. „Psy gry­zą się nad ko­ścią, lu­dzie nad cie­niem” – po­wia­da nasz Fre­dro. Sno­bizm do­stę­pu­je w uję­ciu Pro­usta fi­lo­zo­ficz­nej kon­se­kra­cji. Nie tyl­ko sno­bizm to­wa­rzy­ski w tra­dy­cyj­nym zna­cze­niu tego sło­wa: Pro­ust jest praw­dzi­wym mi­strzem w kom­bi­no­wa­niu jego od­cie­ni; ale sno­bizm wła­ści­wy wszyst­kim kla­som, wszyst­kim sta­nom, bę­dą­cy nie czym in­nym jak tyl­ko aurą złu­dy, w ja­kiej po­ru­sza się każ­dy czło­wiek. Nie­śmier­tel­ną mo­no­gra­fią ta­kiej złu­dy jest Don Ki­szot Ce­rvan­te­sa; otóż, wy­obraź­my so­bie stu Ki­szo­tów – każ­dy od­mien­ne­go typu – współ­ży­ją­cych z sobą, a zro­zu­mie­my in­ten­cję Pro­usta.

Ale i w ży­cie spo­łecz­ne mie­sza się współ­czyn­nik cza­su. Dzie­ło Pro­usta jest – na ogra­ni­czo­nym, ale jak­że ge­nial­nie wy­zy­ska­nym od­cin­ku – hi­sto­rią wie­lu epok; obej­mu­je wię­cej niż pół wie­ku. Się­ga­jąc po­przez mi­łość Swan­na i mło­dość Ode­ty głę­bo­ko w prze­szłość, Pro­ust do­pro­wa­dza swo­ją po­wieść aż do ostat­nich lat, wy­do­by­wa­jąc ileż bo­gactw z wie­lo­krot­ne­go prze­obra­że­nia form, oby­cza­jów, spo­so­bu my­śle­nia, mó­wie­nia i czu­cia. Nikt tak jak Pro­ust nie umiał od­two­rzyć sub­tel­ne­go za­pa­chu prze­szło­ści, od­dać, za po­mo­cą wła­ści­wo­ści sa­me­go ję­zy­ka, ko­lej­nych epok spo­ty­ka­ją­cych się ze sobą nie­raz przy jed­nym sto­le.

W na wskroś od­ma­te­ria­li­zo­wa­nej kon­cep­cji świa­ta wy­zna­wa­nej przez Pro­usta dwa są do­mi­nu­ją­ce ele­men­ty: sztu­ka i mi­łość. Sztu­ka ma swe­go fa­na­ty­ka w Pro­uście, dla któ­re­go jest ona je­dy­ną re­al­no­ścią ist­nie­nia, i to bez prze­no­śni, do­słow­nie. „La pe­ti­te phra­se” so­na­ty Vin­teu­ila jest le­it­mo­ti­vem nie tyl­ko mi­ło­ści Swan­na, ale i ca­łe­go dzie­ła Pro­usta, któ­re­go mu­zycz­ność dzia­ła chwi­la­mi na nas ze zdu­mie­wa­ją­cą siłą su­ge­stii. Co się ty­czy mi­ło­ści, sama „Mi­łość Swan­na” – za­war­ta w pierw­szej czę­ści utwo­ru – star­czy­ła­by za przy­kład, jak bar­dzo Pro­ust umiał od­no­wić ten, zda­wa­ło­by się, tak zu­ży­ty te­mat. Ileż pa­ra­dok­sal­nych od­kryć stresz­cza się w koń­co­wym wy­krzyk­ni­ku Swan­na! Mi­łość w róż­nych od­cie­niach na­sy­ca i dal­sze tomy, ale w mia­rę jak Pro­ust po­su­wa się w swo­im dzie­le, co­raz bar­dziej po­chła­nia go za­gad­nie­nie usym­bo­li­zo­wa­ne w ty­tu­le cen­tral­nej czę­ści: So­do­ma i Go­mo­ra – ho­mo­ero­tyzm. Zda­je się, że mo­tyw ten, za­zna­czo­ny w pierw­szej re­dak­cji W Po­szu­ki­wa­niu stra­co­ne­go cza­su, roz­rósł się nie­po­mier­nie w re­dak­cji osta­tecz­nej, bę­dą­cej wy­ni­kiem po­now­ne­go wzię­cia tego utwo­ru na warsz­tat. Czy dzia­łał tu prze­łom lat wo­jen­nych, osła­bia­ją­cy nie­ty­kal­ność róż­nych tabu, czy więk­sze ode­rwa­nie się Pro­usta od świa­ta i ro­sną­ca w nim po­trze­ba bez­względ­nej praw­dy, czy może za­cho­dzą­ca w sa­mym Pro­uście – jak w jego bo­ha­te­rze Sa­int-Loup – zna­mien­na ewo­lu­cja w tej mie­rze, trud­no tu­taj roz­strzy­gać. Ta część bio­gra­fii Pro­usta wspie­ra się jak do­tąd na tra­dy­cji ust­nej; z rzad­ka po­ja­wia­ją się pi­sa­ne do­ku­men­ty, któ­re, w mia­rę jak będą się mno­ży­ły, pod do­tych­czas zna­nym ob­li­czem pi­sa­rza od­sło­nią nam może in­ne­go, tym tra­gicz­niej­sze­go Pro­usta. Nie umiem się oprzeć wra­że­niu, że sce­na mię­dzy pan­ną Vin­teu­il a jej przy­ja­ciół­ką ma ja­kiś ak­cent roz­pacz­li­wie oso­bi­sty. W nie­któ­rych czę­ściach utwo­ru czuć jak­by trans­po­zy­cje płci, na­wet kosz­tem praw­do­po­do­bień­stwa sy­tu­acji. Ho­mo­ero­tyzm we wszyst­kich od­cie­niach zaj­mu­je w dzie­le Pro­usta tak wie­le miej­sca, że mo­gło się ono wy­da­wać nie­mal mo­no­gra­fią in­wer­sji, co jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo fał­szy­we; nie­mniej fak­tem jest, że jest pierw­szym i jak­że głę­bo­kim stu­dium zja­wi­ska, któ­re­go przed Pro­ustem za­le­d­wie wa­żo­no się do­tknąć. Pro­ust zda­wał so­bie spra­wę z zu­chwal­stwa oby­cza­jo­we­go, ja­kim była ta część jego dzie­ła. „Kie­dy się zja­wi Char­lus, wszy­scy się od­wró­cą ode mnie”, pi­sał w li­ście do przy­ja­cie­la. Ale kie­dy się zja­wił Char­lus, Pro­ust już nie żył. Nie spraw­dzi­ły się zresz­tą jego oba­wy; nikt chy­ba nie doj­rzy w tej czę­ści dzie­ła Pro­usta cze­go in­ne­go niż od­wa­gi i głę­bi my­śli­cie­la, ba­da­cza cho­ro­by, tym tra­gicz­niej­sze­go, je­że­li w krąg ob­ser­wa­cji rze­tel­ność każe mu wcią­gnąć sa­me­go sie­bie.

Oto prze­gląd – nie­wy­czer­pu­ją­cy by­najm­niej – płasz­czyzn, na któ­rych po­ru­sza się myśl Pro­usta. Ła­two zro­zu­mieć, że wszyst­ko, co w tym uję­ciu świa­ta było nowe i co dziś wy­da­je się naj­cen­niej­sze, mu­sia­ło zra­zu od­strę­czyć po­bież­nych czy­tel­ni­ków. Pro­ust lek­ce­wa­ży so­bie to, co za­zwy­czaj sta­no­wi siłę i urok po­wie­ści: fa­bu­łę, wi­kła­nie przy­gód. Nig­dy nie śli­zga się po po­wierzch­ni zja­wisk, za­wsze drą­ży w głąb, a in­tro­spek­cja jego jest tak dra­ma­tycz­na i zaj­mu­ją­ca, że ob­cho­dzi się bez ze­wnętrz­nych pe­ry­pe­tii „baj­ki”. Za­in­te­re­so­wa­nie pły­nie nie ze zda­rzeń, ale z per­spek­tyw, ja­kie nam Pro­ust umie po­ka­zać, z my­śli, jaką umie prze­sy­cić naj­bar­dziej zna­ny fakt, któ­ry na­gle oglą­da­my no­wy­mi ocza­mi. Z draż­nią­cą dla wie­lu non­sza­lan­cją nig­dy nie li­czy się z cza­sem. Pod­wie­czo­rek u pani de Vil­le­pa­ri­sis zaj­mu­je pół tomu, obiad u księż­nej de Gu­er­man­tes co naj­mniej ty­leż; ale któ­raż po­wieść po­tra­fi tak za­gar­nąć i przy­kuć czy­tel­ni­ka, jak te ge­nial­ne akty no­wej ko­me­dii ludz­kiej!

Bo mimo iż ską­pa­ny w po­ezji, ocie­ka­ją­cy wręcz po­ezją, utwór Pro­usta jest zwłasz­cza ko­me­dią w zna­cze­niu do­słow­niej­szym jesz­cze niż u Bal­za­ka. Mimo bo­le­sno­ści wie­lu kart jego dzie­ła, mimo za­sad­ni­czo tra­gicz­ne­go sto­sun­ku do ży­cia, Pro­ust na­le­ży do rasy wiel­kich hu­mo­ry­stów. Może to sku­tek jego pa­te­tycz­nej, a tak bli­skiej jesz­cze śmier­ci, może sku­tek sno­bi­stycz­ne­go nie­co na­sta­wie­nia pierw­szych wiel­bi­cie­li, ale za mało mówi się o ko­mi­zmie w dzie­le Pro­usta. Wo­bec dyk­cjo­na­rza ko­mu­na­łów u Pro­usta, po­ka­za­nych w ży­wym ma­te­ria­le, słyn­ny „dyk­cjo­narz ko­mu­na­łów” Flau­ber­ta jest dzie­cin­nie ubo­gi! Roz­dź­wię­ki mię­dzy fik­cją a rze­czy­wi­sto­ścią – a ra­czej tym, co zwy­kli­śmy dla wy­go­dy na­zy­wać „rze­czy­wi­sto­ścią” – zde­rze­nia ba­niek my­dla­nych, ja­kie każ­dy wy­dy­ma do­ko­ła sie­bie i w ja­kich, niby żółw w sko­ru­pie, wę­dru­je po świe­cie, kon­fron­ta­cje epok i świa­tów, wszyst­ko to daje efek­ty nie­od­par­cie ko­micz­ne. Ko­micz­ne jest tu wszyst­ko, co jest to­wa­rzy­sko­ścią; ko­micz­ny czło­wiek po­ru­sza­ją­cy się wśród lu­dzi; tra­gicz­nym sta­je się, gdy po­zo­sta­je sam ze sobą.

Od­da­jąc pol­skim czy­tel­ni­kom w ręce dzie­ło Pro­usta, uwa­żam za ko­niecz­ne zdra­dzić im je­den se­kret. Mia­no­wi­cie ten, że lek­tu­ra Pro­usta wy­ma­ga nie­ja­kiej cier­pli­wo­ści; au­tor ten żąda pew­ne­go kre­dy­tu. Wy­ni­ka to po pro­stu z tech­ni­ki jego two­rze­nia, z roz­mia­rów tej ol­brzy­miej, je­dy­nej w swo­im ro­dza­ju kom­po­zy­cji. Nie­wąt­pli­wie by­wa­ły i więk­sze cy­kle po­wie­ścio­we: Ko­me­dia ludz­ka Bal­za­ka obej­mu­je 95 utwo­rów; cykl Zoli skła­da się z dwu­dzie­stu paru du­bel­to­wych to­mów. Ale zwią­zek po­szcze­gól­nych czło­nów inny tam jest niż u Pro­usta. Każ­dy utwór Bal­za­ka zy­sku­je nie­wąt­pli­wie w związ­ku z ca­ło­ścią, ale nie ma bez­po­śred­nich sto­sun­ków mię­dzy daj­my na to Oj­cem Go­riot, Eu­ge­nią Gran­det a Ka­wa­ler­skim Go­spo­dar­stwem. Toż samo u Zoli; każ­da po­wieść cy­klu sta­no­wi od­ręb­ną ca­łość, z od­ręb­ny­mi fi­gu­ra­mi, a wę­zły krwi mię­dzy człon­ka­mi ro­dzi­ny Ro­ugon-Ma­qu­art są dość nie­istot­ne i dla czy­tel­ni­ka obo­jęt­ne. In­a­czej u Pro­usta. Tu cią­głość opo­wia­da­nia jest ści­sła, a plan skom­po­no­wa­ny z za­dzi­wia­ją­cą pre­cy­zją; mo­ty­wy pro­wa­dzo­ne są z całą sztu­ką kon­tra­punk­tu. Je­że­li nas za­sta­no­wi ja­kiś szcze­gół w jed­nym z pierw­szych to­mów, mo­że­my być pew­ni, że znaj­dzie­my jego od­po­wied­nik lo­gicz­ny w któ­rymś z na­stęp­nych. Nic nie jest po­wie­dzia­ne ani po­ka­za­ne na próż­no; wszyst­ko gra przez cały czas, aż wresz­cie znaj­dzie swój osta­tecz­ny sens w przej­mu­ją­cej in­stru­men­ta­cji fi­na­łu. Wiem z do­świad­cze­nia, a po­twier­dza­ją mi to zwie­rze­nia wie­lu czy­tel­ni­ków Pro­usta, iż kie­dy się go czy­ta po raz pierw­szy, wie­le rze­czy ucho­dzi na­szej uwa­gi; ale kie­dy, zna­jąc już ca­łość lub bo­daj więk­szą jej par­tię, uczy­ni­my so­bie tę przy­jem­ność, aby wziąć na nowo któ­ryś z po­przed­nich to­mów, od­kry­wa­my nowe per­spek­ty­wy, nową myśl w każ­dym nie­mal szcze­gó­le, ro­zu­mie­my wszyst­ko in­a­czej. I to jest jed­na z nie naj­mniej­szych roz­ko­szy in­te­lek­tu­al­nych, ja­kie daje ta lek­tu­ra.

Oczy­wi­ście, po­dzi­wia­jąc wspa­nia­łą kon­struk­cję dzie­ła, nie­po­dob­na za­my­kać oczu na prze­obra­że­nie, ja­kie­mu ono ule­gło po­mię­dzy wy­dru­ko­wa­niem czę­ści pierw­szej a na­stęp­nych. Sko­ro pierw­sza część – W stro­nę Swan­na – po­zo­sta­ła w daw­nej po­sta­ci, dal­sze zaś tomy roz­ro­sły się w czwór­na­sób, zro­zu­mia­łe jest, że pier­wot­ny plan mu­siał ulec pew­nej de­for­ma­cji – co naj­mniej w swo­ich pro­por­cjach. Roz­sze­rza­jąc ho­ry­zont do­świad­czeń pi­sa­rza o kil­ka lat – i to ja­kich! – nowa pra­ca nad rę­ko­pi­sem wzbo­ga­ci­ła jego spoj­rze­nie wstecz mnó­stwem no­we­go ma­te­ria­łu, któ­re­go, koń­cząc utwór swój w roku 1912, nie mógł na­wet prze­czu­wać. Stąd na­wet pew­ne rysy w dzie­le, któ­re­go dwie re­dak­cje po­wsta­ły w tak róż­nych epo­kach i róż­nych sta­nach du­cha. Uka­za­ła się nie­daw­no (1934 r.) książ­ka pro­fe­so­ra Feu­il­le­rat Com­ment Mar­cel Pro­ust a com­po­sé son ro­man, w któ­rej na za­sa­dzie pra­co­wi­te­go ze­sta­wie­nia tek­stów au­tor do­cho­dzi do roz­róż­nie­nia „dwóch Pro­ustów”. Na­wet styl jego nosi śla­dy nie­ustan­nej pra­cy, w któ­rej zda­nia i okre­sy pu­chły nie­raz od na­ra­sta­ją­cych bo­gactw i kom­pli­ka­cji my­śli.

I tu trze­ba nam po­wie­dzieć parę słów ty­czą­cych for­mal­nej stro­ny dzie­ła oraz sto­sun­ku tłu­ma­cza do niej. Fak­tem jest, że tym, co naj­bar­dziej od­strę­cza­ło pierw­szych czy­tel­ni­ków od Pro­usta, był jego spo­sób pi­sa­nia, jego styl. Ol­brzy­mie przez wie­le stro­nic gę­ste­go dru­ku cią­gną­ce się okre­sy bez mo­men­tu wy­tchnie­nia, z bar­dzo rzad­ki­mi a ca­pi­te; trwa­ją­ce zda­nia przez stro­ni­cę i dłu­żej; za­wi­łe, skom­pli­ko­wa­ne, peł­ne na­wia­sów w na­wia­sach – niby pu­de­łecz­ko w pu­de­łecz­ku i pauz wy­dzie­la­ją­cych kil­ku­wier­szo­we nie­raz wstaw­ki; za­imek po­prze­dza­ją­cy nie­raz o kil­ka wier­szy rze­czow­nik, któ­ry za­stę­pu­je; kon­struk­cja roz­le­głych fraz, do któ­rych klucz znaj­du­je się czę­sto w ostat­nim sło­wie i do któ­rych po prze­czy­ta­niu trze­ba jesz­cze raz po­wra­cać, wszyst­ko to – ła­two so­bie wy­obra­zić – nie zy­ska­ło mu sym­pa­tii fran­cu­skich zwłasz­cza czy­tel­ni­ków, na­wy­kłych do in­nych zgo­ła ka­no­nów sty­lu. Po­wie­dzia­no też zra­zu o sty­lu Pro­usta wszyst­ko złe, co moż­na po­wie­dzieć. Ale stop­nio­wo za­czę­to pa­trzeć na to in­a­czej. Przy­zwy­cza­jo­no się; na­uczo­no się czy­tać Pro­usta; zro­zu­mia­no, że nowa myśl wy­ma­ga no­wej for­my; że to dziw­ne mon­strum, ja­kim bywa zda­nie Pro­usta, jest or­ga­nicz­nie ze­spo­lo­ne z isto­tą fe­no­me­nu, ja­kim jest jego in­dy­wi­du­al­ność, bo­ga­ta, skom­pli­ko­wa­na, wi­dzą­ca w każ­dym zja­wi­sku wie­le rze­czy na­raz. Po­przez opor­ny na po­zór rytm Pro­usta wy­czu­to we­wnętrz­ną me­lo­dię, jaka prze­sy­ca jego okre­sy; spo­strze­żo­no, że mimo prze­ciw­nych po­zo­rów naj­czę­ściej zda­nia te zbu­do­wa­ne są bez za­rzu­tu, że po­dob­ne są czło­wie­ko­wi idą­ce­mu po li­nie, któ­ry ba­lan­su­jąc nad prze­pa­ścią, do­cho­dzi pew­ną sto­pą do koń­ca. Wy­czer­pa­no z ko­lei dla sty­lu Pro­usta wszyst­kie su­per­la­ty­wy. Ale nie po­pa­daj­my w bał­wo­chwal­stwo. Styl Pro­usta – któ­ry uwiel­biam – bywa nie­rów­ny. Wy­ni­ka to z bo­gactw i sub­tel­no­ści jego my­śli, skom­pry­mo­wa­nej nie­kie­dy jak pa­styl­ka, a tak­że ze spo­so­bu jego pra­cy, z nie­ustan­nych po­pra­wek na rę­ko­pi­sie, na ko­rek­cie (księ­garz wy­dzie­rał mu w koń­cu ko­rek­tę i sam pod­pi­sy­wał ją do dru­ku!) roz­sa­dza­ją­cych nie­raz zda­nie aż do po­jem­no­ści prze­kra­cza­ją­cej wy­trzy­ma­łość prze­cięt­ne­go czy­tel­ni­ka.

To, co po­wie­dzia­łem, wska­zu­je na trud­no­ści, ja­kie – poza in­ny­mi, wy­ni­kły­mi z pre­cy­zji my­śli, z bo­gac­twa i rzad­ko­ści słow­nic­twa – na­strę­cza tłu­ma­czo­wi samo zda­nie Pro­usta. Ta­kie­go jak jest w ory­gi­na­le, nie zniósł­by czę­sto ję­zyk pol­ski. To, co się przyj­mu­je od Pro­usta, tego czy­tel­nik nie da­ro­wał­by tłu­ma­czo­wi. Pol­ski ję­zyk nie do­pusz­cza nie­ogra­ni­czo­ne­go mno­że­nia zdań za­leż­nych i ni­za­nia ich w dłu­gie bez koń­ca łań­cu­chy. Czę­sto – przy­zna­ję się do tego – wy­pa­da­ło ła­mać zda­nie i skła­dać je na nowo; czę­sto – aby osią­gnąć więk­szą przej­rzy­stość – trze­ba było dzie­lić je na czę­ści. Za­ra­zem po­zwo­li­łem so­bie po­czy­nić pew­ne zmia­ny w ukła­dzie dru­kar­skim, zwięk­sza­jąc licz­bę aka­pi­tów oraz wy­od­ręb­nia­jąc dia­lo­gi, co nie­wąt­pli­wie przy­czy­nia się do czy­tel­no­ści książ­ki. Nie są­dzę, abym był przez to w nie­zgo­dzie z in­ten­cja­mi Pro­usta, któ­ry wie­lo­krot­nie w ko­re­spon­den­cji swo­jej wy­ra­ża go­rącz­ko­we pra­gnie­nie, aby być czy­ta­nym – i to nie przez szczu­plej­szy krąg wy­ra­fi­no­wa­nych in­te­lek­tu­ali­stów, ale przez sze­ro­ką pu­blicz­ność. I wciąż, w cią­gu tej pra­cy; sły­sza­łem we­wnętrz­ną mu­zy­kę my­śli Pro­usta, i tę sta­ra­łem się za­cho­wać i od­dać.

Ta­de­usz Że­leń­ski (Boy)

Panu Ga­sto­no­wi Cal­met­te w do­wód głę­bo­kiej wdzięcz­no­ści

Mar­cel Pro­ust

Część pierwsza. Combray

I

Przez dłu­gi czas kła­dłem się spać wcze­śnie. Nie­kie­dy, le­d­wiem zga­sił świe­cę, oczy za­my­ka­ły mi się tak pręd­ko, że nie zdą­ży­łem po­wie­dzieć so­bie: „Za­sy­piam”. I w pół go­dzi­ny po­tem myśl, że czas był­by za­snąć, bu­dzi­ła mnie; chcia­łem odło­żyć książ­kę, któ­rą, zda­wa­ło mi się, że trzy­mam jesz­cze w ręce, i zga­sić świa­tło; nie prze­sta­łem, śpiąc, za­sta­na­wiać się nad tym, com prze­czy­tał; ale te re­flek­sje przy­bie­ra­ły cha­rak­ter nie­co szcze­gól­ny; zda­wa­ło mi się, że to ja sam by­łem tym, o czym mó­wi­ła książ­ka: ko­ścio­łem, kwar­te­tem, ry­wa­li­za­cją Fran­cisz­ka I z Ka­ro­lem V. Prze­świad­cze­nie to trwa­ło jesz­cze kil­ka se­kund po prze­bu­dze­niu; nie ra­zi­ło mego ro­zu­mu, ale cią­ży­ło mi jak łu­ski na oczach i nie po­zwa­la­ło im uświa­do­mić so­bie, że świe­ca już się nie pali. Na­stęp­nie świa­do­mość ta za­czy­na­ła mi być nie­zro­zu­mia­ła, niby po me­temp­sy­cho­zie my­śli z po­przed­nie­go ist­nie­nia; treść książ­ki od­ry­wa­ła się ode mnie, mo­głem wró­cić do niej albo nie; na­tych­miast od­zy­ski­wa­łem wzrok i czu­łem się bar­dzo zdzi­wio­ny, że wi­dzę do­ko­ła sie­bie ciem­ność słod­ką i ko­ją­cą dla oczu albo bar­dziej może jesz­cze dla du­cha, któ­re­mu wy­da­wa­ła się rze­czą bez przy­czy­ny, nie­zro­zu­mia­łą, rze­czą na­praw­dę ciem­ną. Py­ta­łem sam sie­bie, któ­ra może być go­dzi­na; sły­sza­łem gwizd po­cią­gów, któ­ry – bliż­szy lub dal­szy – jak śpiew pta­ka w le­sie, uwy­dat­nia­jąc od­le­gło­ści, okre­ślał mi roz­miar pust­ko­wia, kędy po­dróż­ny spie­szy do naj­bliż­szej sta­cji; ścież­ka, któ­rą idzie, wy­ry­je się w jego pa­mię­ci dzię­ki pod­nie­ce­niu zro­dzo­ne­mu z nie­zna­nej oko­li­cy, z nie­zwy­czaj­nych czyn­no­ści, z nie­daw­nej roz­mo­wy i z po­że­gnań w krę­gu ob­cej lam­py, bie­gną­cych za nim w ci­szy noc­nej – z bli­skiej wresz­cie sło­dy­czy po­wro­tu.

Przy­ci­ska­łem czu­le twarz do pulch­nych po­licz­ków po­dusz­ki, któ­re, peł­ne i świe­że, są niby po­licz­ki na­sze­go dzie­ciń­stwa. Po­cie­ra­łem za­pał­kę, aby spoj­rzeć na ze­ga­rek. Bli­sko pół­noc. Jest to chwi­la, kie­dy cho­ry, któ­ry mu­siał pu­ścić się w po­dróż i spać w ob­cym ho­te­lu, obu­dzo­ny ata­kiem cho­ro­by, cie­szy się, wi­dząc pod drzwia­mi smu­gę dnia. Co za szczę­ście, to już rano! Za chwi­lę służ­ba wsta­nie, bę­dzie mógł za­dzwo­nić, przy­bę­dą mu z po­mo­cą. Na­dzie­ja ry­chłej ulgi do­da­je mu sił do cier­pie­nia. Wła­śnie zda­wa­ło mu się, że sły­szy kro­ki; kro­ki zbli­ża­ją się, po­tem od­da­la­ją. A smu­ga dnia, któ­ra była pod drzwia­mi, zni­kła. To pół­noc: wła­śnie zga­szo­no gaz; ostat­ni słu­żą­cy od­szedł i trze­ba bę­dzie prze­trwać całą noc, cier­piąc bez ra­tun­ku.

Za­sy­pia­łem na nowo. Cza­sa­mi mia­łem już tyl­ko krót­kie chwi­le ock­nie­nia: tyle, aby usły­szeć trzesz­cze­nie wy­schłej bo­aze­rii, aby otwo­rzyć oczy, wle­pić je w ka­lej­do­skop mro­ku i – dzię­ki chwi­lo­we­mu bły­sko­wi świa­do­mo­ści – kosz­to­wać snu, w któ­rym po­grą­żo­ne są me­ble, po­kój, wszyst­ko, cze­go ja by­łem tyl­ko cząst­ką i z czym nie­ba­wem znów się łą­czy­łem w bez­czu­ciu. Lub też, śpiąc, co­fa­łem się bez wy­sił­ku w mi­nio­ny na za­wsze wiek mo­je­go daw­ne­go ży­cia; od­naj­dy­wa­łem któ­ryś z mo­ich dzie­cin­nych lę­ków, na przy­kład ten, że wuj po­cią­gnie mnie za pu­kiel wło­sów: oba­wa, któ­rej po­ło­żył ko­niec dzień – data no­wej dla mnie ery – kie­dy je ob­cię­to. Za­po­mnia­łem o tym wy­da­rze­niu we śnie: od­naj­dy­wa­łem jego pa­mięć, sko­ro tyl­ko uda­ło mi się zbu­dzić, aby się wy­mknąć z rąk wuja; ale przez ostroż­ność kry­łem cał­ko­wi­cie gło­wę w po­dusz­kę, za­nim mia­łem po­wró­cić w świat snów.

Cza­sa­mi, tak jak Ewa uro­dzi­ła się z że­bra Ada­ma, ko­bie­ta ro­dzi­ła się w cza­sie snu z nie­wła­ści­wej po­zy­cji mego uda. Two­rzy­ła się z roz­ko­szy, któ­rej do­zna­nia by­łem bli­ski – a ja wy­obra­ża­łem so­bie, że to ona mi ją ofia­ru­je. Cia­ło moje, któ­re czu­ło w jej cie­le wła­sne cie­pło, pra­gnę­ło się z nim po­łą­czyć; bu­dzi­łem się. Resz­ta lu­dzi wy­da­wa­ła mi się czymś bar­dzo da­le­kim wo­bec tej ko­bie­ty, któ­rą opu­ści­łem za­le­d­wie przed chwi­lą; po­li­czek mój był cie­pły jesz­cze od jej po­ca­łun­ku, cia­ło zdrę­twia­łe od cię­ża­ru jej cia­ła. Je­że­li, jak zda­rza­ło się nie­kie­dy, mia­ła rysy ko­bie­ty, któ­rą zna­łem w ży­ciu, chcia­łem się od­dać cał­ko­wi­cie temu za­da­niu: od­na­leźć ją, jak ci, któ­rzy pusz­cza­ją się w po­dróż, aby uj­rzeć na wła­sne oczy upra­gnio­ny kraj, i wy­obra­ża­ją so­bie, że moż­na kosz­to­wać w rze­czy­wi­sto­ści cza­ru ma­rze­nia. Po­ma­łu wspo­mnie­nie jej pierz­cha­ło, za­po­mi­na­łem córy swo­ich snów.

Czło­wiek, któ­ry śpi, trzy­ma w krąg sie­bie nić go­dzin, po­rzą­dek lat i świa­tów. Ra­dzi się ich in­stynk­tow­nie, bu­dząc się, i od­czy­tu­je z nich w jed­nej se­kun­dzie punkt Zie­mi, w któ­rym się znaj­du­je, czas, któ­ry upły­nął aż do jego prze­bu­dze­nia; ale ich sze­re­gi mogą się zmą­cić, prze­rwać. Niech nad ra­nem, po bez­sen­nej nocy, sen zdej­mie go pod­czas czy­ta­nia w po­zy­cji na­zbyt róż­nej od tej, w któ­rej śpi za­zwy­czaj, wy­star­czy pod­nie­sio­ne­go ra­mie­nia, aby za­trzy­mać i cof­nąć słoń­ce; i w pierw­szej mi­nu­cie prze­bu­dze­nia nie bę­dzie już wie­dział, któ­ra go­dzi­na, bę­dzie my­ślał, że się do­pie­ro co po­ło­żył. Niech się zdrzem­nie w po­zy­cji jesz­cze nie­wy­god­niej­szej i bar­dziej nie­zwy­kłej, na przy­kład po obie­dzie w fo­te­lu – wów­czas prze­wrót w wy­wa­żo­nych z or­bit świa­tach bę­dzie kom­plet­ny; czar­no­księ­ski fo­tel po­gna z nim z za­wrot­ną szyb­ko­ścią po­przez czas i prze­strzeń i w chwi­li otwar­cia po­wiek bę­dzie my­ślał, że za­snął kil­ka mie­się­cy wprzód w in­nej oko­li­cy. Ale wy­star­cza­ło, żeby, na­wet we wła­snym łóż­ku, sen mój był głę­bo­ki i od­prę­żył cał­ko­wi­cie wła­dze du­cha; wów­czas duch po­rzu­cał miej­sce, w któ­rym za­sną­łem. I kie­dym się bu­dził w nocy nie­świa­dom, gdzie się znaj­du­ję, w pierw­szej chwi­li nie wie­dzia­łem na­wet, kim je­stem; mia­łem je­dy­nie, w pier­wot­nej jego pro­sto­cie, po­czu­cie ist­nie­nia, ta­kie ja­kie może drżeć w du­szy zwie­rzę­cia; by­łem bar­dziej nagi niż czło­wiek ja­ski­nio­wy; ale wów­czas wspo­mnie­nie – jesz­cze nie miej­sca, gdzie by­łem, ale paru miejsc, któ­re za­miesz­ki­wa­łem nie­gdyś i gdzie mógł­bym być – scho­dzi­ło ku mnie niby po­moc z góry, aby mnie wy­do­być z ni­co­ści, z któ­rej nie był­bym mógł wy­rwać się sam; prze­bie­ga­łem w jed­nej se­kun­dzie wie­ki cy­wi­li­za­cji, za­nim męt­nie doj­rza­ny ob­raz lam­py naf­to­wej, na­stęp­nie ko­szu­li z wy­kła­da­nym koł­nie­rzem od­two­rzy­ły mi z wol­na praw­dzi­we rysy mo­je­go ja.

Być może, iż nie­ru­cho­mość rze­czy do­ko­ła nas na­rzu­co­na im jest przez na­szą pew­ność, że to są te, a nie inne; przez nie­ru­cho­mość na­szej my­śli w ob­li­czu nich. To pew­na, że kie­dy się tak bu­dzi­łem, gdy myśl sza­mo­ta­ła się, pró­bu­jąc – bez­sku­tecz­nie – dojść, gdzie je­stem, wszyst­ko krę­ci­ło się do­ko­ła mnie w ciem­no­ści – rze­czy, kra­je, lata. Cia­ło moje, zbyt odrę­twia­łe, aby się po­ru­szyć, si­li­ło się we­dle form wła­sne­go zmę­cze­nia od­czy­tać po­zy­cję swo­ich człon­ków, aby z nich wy­wnio­sko­wać o kie­run­ku ścia­ny, o po­ło­że­niu me­bli, aby od­two­rzyć i na­zwać miesz­ka­nie, w któ­rym się znaj­do­wa­ło. Pa­mięć cia­ła, pa­mięć wła­snych że­ber, ko­lan, ra­mion, na­strę­cza­ła mu ko­lej­no róż­ne po­ko­je, w któ­rych sy­pia­ło, pod­czas gdy do­ko­ła nie­wi­dzial­ne ścia­ny, zmie­nia­jąc miej­sce we­dle kształ­tu wy­ro­jo­ne­go po­ko­ju, wi­ro­wa­ły w ciem­no­ściach. I za­nim na­wet myśl, wa­ha­jąc się na pro­gu cza­sów i kształ­tów, zi­den­ty­fi­ko­wa­ła miesz­ka­nie, ze­sta­wia­jąc oko­licz­no­ści, ono – moje cia­ło – przy­po­mi­na­ło so­bie dla każ­de­go miesz­ka­nia ro­dzaj łóż­ka, po­ło­że­nie drzwi, świa­tło okien, ist­nie­nie ko­ry­ta­rza, wraz z my­ślą, któ­rą mia­łem, za­sy­pia­jąc tam, i któ­rą od­naj­dy­wa­łem, bu­dząc się. Mój ze­sztyw­nia­ły bok, pró­bu­jąc od­gad­nąć swo­je po­ło­że­nie, wi­dział się na przy­kład na wprost ścia­ny, w wiel­kim łóż­ku z bal­da­chi­mem, i na­tych­miast po­wia­da­łem so­bie: „O, usną­łem, mimo że mama nie przy­szła mi po­wie­dzieć do­bra­noc”; by­łem na wsi u dziad­ka, zmar­łe­go od wie­lu lat; a cia­ło moje, bok, na któ­rym spo­czy­wa­łem – wier­ne pia­stu­ny prze­szło­ści, któ­rej duch mój nie po­wi­nien był nig­dy za­po­mnieć – przy­po­mi­na­ły mi pło­mień noc­nej lamp­ki z cze­skie­go szkła w kształ­cie urny, za­wie­szo­nej u su­fi­tu na łań­cusz­kach, ko­mi­nek ze sie­neń­skie­go mar­mu­ru w mo­jej sy­pial­ni w Com­bray, u dziad­ków, w od­le­głych dniach, któ­re w tej chwi­li wskrze­sza­łem, nie wy­obra­ża­jąc ich so­bie do­kład­nie, a któ­re uj­rzał­bym le­piej za chwi­lę, po cał­ko­wi­tym prze­bu­dze­niu się.

Po­tem od­ra­dza­ło się wspo­mnie­nie no­wej po­zy­cji; ścia­na po­my­ka­ła w prze­ciw­nym kie­run­ku: by­łem w swo­im po­ko­ju u pani de Sa­int-Loup, na wsi. Mój Boże, jest co naj­mniej dzie­sią­ta, musi już być po obie­dzie! Za dłu­go, wi­dać, prze­cią­gną­łem wie­czor­ną sje­stę, któ­rą od­by­wam, wró­ciw­szy ze spa­ce­ru z pa­nią de Sa­int-Loup, za­nim wło­żę frak. Bo wie­le lat upły­nę­ło od Com­bray, gdzie, wra­ca­jąc na­wet naj­póź­niej, wi­dzia­łem na szy­bach mo­je­go okna czer­wo­ne od­bla­ski za­cho­du. W Tan­so­nvil­le, u pani de Sa­int-Loup, pro­wa­dzi się inny tryb ży­cia; znaj­du­ję tam inny ro­dzaj przy­jem­no­ści, wy­nu­rza­jąc się aż z za­pad­nię­ciem nocy, cho­dząc przy bla­sku księ­ży­ca owy­mi dro­ga­mi, na któ­rych ba­wi­łem się nie­gdyś w słoń­cu; a kie­dy wra­ca­my, ów po­kój, w któ­rym rze­ko­mo usną­łem za­miast ubrać się na obiad, błysz­czy z da­le­ka prze­świe­tlo­ny pło­mie­niem lam­py niby la­tar­nia mor­ska.

Te zja­wi­ska, wi­ru­ją­ce i męt­ne, nie trwa­ły nig­dy dłu­żej niż kil­ka se­kund. Czę­sto moja krót­ka nie­pew­ność miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wa­łem, nie roz­róż­nia­ła roz­ma­itych przy­pusz­czeń, z któ­rych się skła­da­ła, tak samo jak, wi­dząc pę­dzą­ce­go ko­nia, nie od­dzie­la­my ko­lej­nych po­zy­cji, któ­re po­ka­zu­je ki­ne­to­skop. Oglą­da­łem to je­den, to dru­gi po­kój z tych, w któ­rych miesz­ka­łem w ży­ciu, i w koń­cu przy­po­mi­na­łem je so­bie wszyst­kie w dłu­gich ma­rze­niach, któ­re na­stę­po­wa­ły po prze­bu­dze­niu. Po­ko­je zi­mo­we, gdzie, le­żąc w łóż­ku, wtu­la się gło­wę w gniazd­ko uwi­te z naj­roz­ma­it­szych rze­czy: z rogu po­dusz­ki, z kapy, z ka­wał­ka sza­la i z nu­me­ru Débats ro­ses, przy czym spa­ja się wszyst­ko ra­zem, tech­ni­ką pta­ków, ugnia­ta­jąc to sobą bez koń­ca; gdzie w mroź­ny czas miło jest czuć się bez­piecz­nym niby ja­skół­ka mor­ska w swo­im cie­płym gniazd­ku pod zie­mią i gdzie opo­dal ognia pło­ną­ce­go całą noc w ko­min­ku śpi się w płasz­czu cie­płe­go i dym­ne­go po­wie­trza, prze­szy­wa­ne­go bla­ska­mi roz­pa­la­ją­cych się ko­lej­no po­lan, niby w bez­ścien­nej al­ko­wie, w go­rą­cej ja­ski­ni wy­żło­bio­nej w ło­nie sa­me­go po­ko­ju, w upal­nej i ru­cho­mej w swych krę­gach ciepl­nych stre­fie, wie­trzo­nej po­dmu­cha­mi, któ­re nam chło­dzą twarz, a pły­ną z ką­tów, z oko­lic okna lub z miejsc od­da­lo­nych od ognia i już ochło­dzo­nych; po­ko­je let­nie, gdzie miło jest czuć się ze­spo­lo­nym z cie­płą nocą, gdzie blask księ­ży­ca, wspar­ty na uchy­lo­nych okien­ni­cach, rzu­ca aż do stóp łóż­ka swo­ją za­cza­ro­wa­ną dra­bi­nę; gdzie śpi się pra­wie na wol­nym po­wie­trzu, niby si­ko­ra ko­ły­sa­na wia­trem na czub­ku pro­mie­nia; cza­sa­mi po­kój Lo­uis XVI, tak we­so­ły, że na­wet pierw­sze­go wie­czo­ra nie czu­łem się w nim zbyt nie­szczę­śli­wy; gdzie ko­lu­mien­ki lek­ko pod­trzy­mu­ją­ce su­fit roz­chy­la­ły się z ta­kim wdzię­kiem, aby wska­zy­wać i chro­nić miej­sce łóż­ka; cza­sa­mi, prze­ciw­nie, ów po­kój mały a tak wy­so­ki, wzno­szą­cy się stoż­ko­wa­to na wy­so­kość dwóch pię­ter i czę­ścio­wo wy­ło­żo­ny ma­ho­niem, gdzie od pierw­szej se­kun­dy czu­łem się mo­ral­nie za­tru­ty nie­zna­nym za­pa­chem „ba­gna” prze­ciw mo­lom, prze­ko­na­ny o wro­go­ści fio­le­to­wych fi­ra­nek i o bez­czel­nej obo­jęt­no­ści ze­ga­ra skrze­czą­ce­go gło­śno, tak jak­by mnie tam nie było; gdzie dzi­wacz­ne i bez­li­to­sne lu­stro o czwo­ro­gra­nia­stych no­gach, za­gra­dza­jąc uko­śnie je­den kąt po­ko­ju, żło­bi­ło so­bie nie­prze­wi­dzia­ne miej­sce w bło­giej peł­ni mego zwy­kłe­go pola wi­dze­nia; gdzie myśl, si­ląc się przez go­dzi­ny całe zmie­nić miej­sce, na­cią­gnąć się wzwyż, aby przy­brać ści­śle kształt po­ko­ju i wy­peł­nić go wresz­cie aż do szczy­tu ol­brzy­mie­go leja, wy­cier­pia­ła tam wie­le cięż­kich nocy, gdy le­ża­łem wy­cią­gnię­ty w łóż­ku, z pod­nie­sio­ny­mi ocza­mi, z czuj­nym uchem, z opor­ny­mi noz­drza­mi, z bi­ją­cym ser­cem, do­pó­ki wresz­cie przy­zwy­cza­je­nie nie zmie­ni­ło ko­lo­ru fi­ra­nek, nie ka­za­ło zmil­czeć ze­ga­ro­wi, nie na­uczy­ło li­to­ści sko­śne­go i okrut­ne­go lu­stra, nie stłu­mi­ło, o ile nie wy­gna­ło zu­peł­nie, za­pa­chu ba­gna i nie zmniej­szy­ło znacz­nie po­zor­nej wy­so­ko­ści su­fi­tu. Przy­zwy­cza­je­nie! – ro­bot­ni­ca zręcz­na, ale bar­dzo po­wol­na, któ­ra zra­zu po­zwa­la na­sze­mu du­cho­wi cier­pieć całe ty­go­dnie w tym­cza­so­wej sie­dzi­bie, ale któ­rą mimo wszyst­ko win­ni­śmy bło­go­sła­wić, bo bez przy­zwy­cza­je­nia, zda­ny na wła­sne środ­ki, duch nasz nie był­by zdol­ny uczy­nić nam żad­ne­go miesz­ka­nia miesz­kal­nym.

Tak, te­raz by­łem już roz­bu­dzo­ny; cia­ło moje okrę­ci­ło się ostat­ni raz i do­bry anioł pew­no­ści za­trzy­mał wszyst­ko do­ko­ła mnie, uło­żył mnie pod moją koł­drą, w moim po­ko­ju, i usta­wił mniej wię­cej na swo­im miej­scu w ciem­no­ści ko­mo­dę, biur­ko, ko­mi­nek, okno wy­cho­dzą­ce na uli­cę i dwo­je drzwi. Ale na próż­no wie­dzia­łem, że nie znaj­du­ję się w tam­tych miesz­ka­niach, któ­re w męt­nej chwi­li prze­bu­dze­nia, je­że­li nie ja­wi­ły mi się w wy­raź­nym ob­ra­zie, to przy­najm­niej po­zwa­la­ły mi wie­rzyć w ich moż­li­wość. Pa­mięć moja już dzia­ła­ła: za­zwy­czaj nie sta­ra­łem się usnąć na­tych­miast; spę­dza­łem więk­szą część nocy, przy­po­mi­na­jąc so­bie daw­niej­sze ży­cie, w Com­bray u cio­tecz­nej bab­ki, w Bal­bec, w Pa­ry­żu, w Don­ci­ères, w We­ne­cji, gdzie in­dziej jesz­cze, przy­po­mi­na­jąc so­bie miej­sca, oso­by, któ­re tam zna­łem, i to, com sam wi­dział, i to, co mi o nich opo­wia­da­no.

W Com­bray co­dzien­nie pod wie­czór, na dłu­go za­nim mia­łem się po­ło­żyć do łóż­ka i pę­dzić bez­sen­ne go­dzi­ny z dala od mat­ki i bab­ki, sy­pial­nia moja sta­wa­ła się sta­łym i bo­le­snym punk­tem mo­ich my­śli. Aby mnie ro­ze­rwać w owe wie­czo­ry, gdy mia­łem minę zbyt ża­ło­sną, dano mi la­tar­nię ma­gicz­ną, któ­rą przed obia­dem za­kła­da­no na lam­pę. Na kształt daw­nych ar­chi­tek­tów i szkla­rzy z epo­ki go­ty­ku, la­tar­nia ta zmie­nia­ła nie­przej­rzy­stość ścian w nie­uchwyt­ne iry­za­cje, w nad­przy­ro­dzo­ne, wie­lo­barw­ne zja­wy, w któ­rych le­gen­dy ma­lo­wa­ły się niby w drga­ją­cym i ulot­nym wi­tra­żu. Ale smu­tek mój wzra­stał je­dy­nie, bo już sama zmia­na oświe­tle­nia wy­star­cza­ła, aby we mnie znisz­czyć przy­zwy­cza­je­nie do mego po­ko­ju, dzię­ki któ­re­mu to przy­zwy­cza­je­niu poza męką cho­dze­nia spać stał mi się on zno­śny. Te­raz nie po­zna­wa­łem go już, czu­łem się w nim nie­spo­koj­ny niby w po­ko­ju ho­te­lo­wym lub w szwaj­car­skim dom­ku, gdzie bym się zna­lazł po raz pierw­szy, wy­siadł­szy z po­cią­gu.

Trzę­sąc się na swo­im ko­niu, Golo, pe­łen okrop­nych za­mia­rów, wy­nu­rzał się z trój­kąt­ne­go la­sku po­kry­wa­ją­ce­go ak­sa­mit­ną zie­le­nią zbo­cze i po­su­wał się, podska­ku­jąc, ku zam­ko­wi bied­nej Ge­no­we­fy Bra­banc­kiej. Za­mek ów ścię­ty był li­nią krzy­wą, bę­dą­cą ni­czym in­nym, jak tyl­ko owa­lem ramy, któ­rą wsu­wa­ło się w ro­wek la­tar­ni. Było to skrzy­dło zam­ku, przed nim zaś roz­cią­ga­ła się błoń, gdzie ma­rzy­ła Ge­no­we­fa, stroj­na w błę­kit­ny pa­sek. Za­mek i błoń były żół­te; za­nim je jesz­cze uj­rza­łem, zna­łem ich ko­lor; wcze­śniej bo­wiem niż szkło la­tar­ni, zło­ci­sto-brą­zo­wy dźwięk na­zwy Bra­ban­cji ob­ja­wił mi to nie­omyl­nie. Golo za­trzy­my­wał się chwi­lę, aby me­lan­cho­lij­nie słu­chać ko­men­ta­rza czy­ta­ne­go przez moją cio­tecz­ną bab­kę (dla uprosz­cze­nia będę ją na­zy­wał ciot­ką), tak jak­by go ro­zu­miał do­sko­na­le, do­stra­ja­jąc do ob­ja­śnień tek­stu swo­ją pozę, z po­wol­no­ścią nie­po­zba­wio­ną ma­je­sta­tu; po czym od­da­lał się tym sa­mym nie­rów­nym kro­kiem. I nic nie mo­gło po­wstrzy­mać jego po­wol­nej wę­drów­ki. Kie­dy ru­szy­ło się la­tar­nię, wi­dzia­łem ko­nia Gola, jak da­lej su­nął po fi­ran­kach, wzdy­ma­jąc się ich fał­da­mi, wci­ska­jąc się w ich za­ła­ma­nia. Cia­ło sa­me­go Gola, z ma­te­rii rów­nie nad­przy­ro­dzo­nej co ma­te­ria jego ko­nia, da­wa­ło so­bie radę z wszel­ką rze­czo­wą prze­szko­dą, z wszel­kim spo­tka­nym w dro­dze przed­mio­tem, czy­niąc zeń so­bie ko­ściec i wchła­nia­jąc go, choć­by to była klam­ka u drzwi, na któ­rej ob­le­pia­ła się na­tych­miast i wy­pły­wa­ła nie­zwy­cię­że­nie jego czer­wo­na sza­ta albo jego bla­da twarz, za­wsze jed­na­ko szla­chet­na i me­lan­cho­lij­na, ale nie­zdra­dza­ją­ca żad­ne­go wzru­sze­nia tą trans­wer­te­bra­cją.

Nie­wąt­pli­wie mia­ły dla mnie urok owe lśnią­ce pro­jek­cje, któ­re zda­wa­ły się wy­ła­niać z prze­szło­ści Me­ro­win­gów i snu­ły do­ko­ła mnie tak daw­ne od­bla­ski hi­sto­rii. Ale nie umiem po­wie­dzieć, jak nie­swo­jo dzia­ła­ło na mnie to wkro­cze­nie ta­jem­ni­cy i pięk­no­ści w po­kój, któ­ry zdo­ła­łem wy­peł­nić swo­im ja tak, iż nie wię­cej zwra­ca­łem uwa­gę na nie­go niż na sa­me­go sie­bie. Sko­ro usta­ło znie­czu­la­ją­ce dzia­ła­nie na­wy­ku, za­czy­na­łem my­śleć, czuć – rze­czy tak smut­ne… Klam­ka, któ­ra róż­ni­ła się dla mnie od wszyst­kich in­nych kla­mek tym, że otwie­ra­ła się jak gdy­by sama, bez ko­niecz­no­ści mo­je­go udzia­łu (tak da­le­ce na­ci­ska­nie jej sta­ło mi się bez­wied­ne), słu­ży­ła oto te­raz za cia­ło astral­ne dla Gola. I z chwi­lą gdy dzwo­nio­no na obiad, spiesz­no mi było biec do ja­dal­ni, gdzie wiel­ka wi­szą­ca lam­pa – któ­ra nie zna­ła Gola ani Si­no­bro­de­go, a zna­ła ro­dzi­ców i pie­czeń du­szo­ną – rzu­ca­ła swo­je co­wie­czor­ne świa­tło; i spiesz­no mi było wpaść w ra­mio­na mamy, któ­rą nie­szczę­ścia Ge­no­we­fy Bra­banc­kiej czy­ni­ły mi tym droż­szą, gdy zbrod­nie Gola ka­za­ły mi tym skru­pu­lat­niej ba­dać wła­sne su­mie­nie.

Po obie­dzie, nie­ste­ty, trze­ba mi było nie­ba­wem opu­ścić mamę, któ­ra zo­sta­wa­ła, aby roz­ma­wiać z in­ny­mi w ogro­dzie, je­że­li było ład­nie, lub w sa­lo­ni­ku, gdzie wszy­scy się sku­pia­li, o ile był deszcz. Wszy­scy, z wy­jąt­kiem bab­ki, któ­ra uwa­ża­ła, że „to li­tość bie­rze, żeby sie­dzieć w za­mknię­ciu na wsi”, i w dni na­zbyt wiel­kiej sło­ty mia­ła nie­ustan­ne za­tar­gi z oj­cem, po­nie­waż oj­ciec wy­sy­łał mnie, abym szedł czy­tać do po­ko­ju za­miast zo­sta­wać na dwo­rze. „To nie jest spo­sób, aby dziec­ko wy­ro­sło sil­ne i ener­gicz­ne – mó­wi­ła smut­no – zwłasz­cza ten mały, któ­ry tak po­trze­bu­je sił i woli”. Oj­ciec wzru­szał ra­mio­na­mi i spo­glą­dał na ba­ro­metr, bo lu­bił me­te­oro­lo­gię, gdy mat­ka, sta­ra­jąc się nie ro­bić ha­ła­su, aby mu nie prze­szka­dzać, pa­trza­ła nań z tkli­wym sza­cun­kiem, ale nie­zbyt usil­nie, aby się nie sta­rać prze­nik­nąć ta­jem­ni­cy jego wyż­szo­ści. Ale co się ty­czy bab­ki, w każ­dą po­go­dę, na­wet kie­dy lało jak z ce­bra i kie­dy Fran­cisz­ka spiesz­nie wno­si­ła sza­cow­ne fo­te­le trzci­no­we, z oba­wy, aby nie zmo­kły, wi­dzia­ło się ją w pu­stym i sma­ga­nym ule­wą ogro­dzie, jak od­gar­nia roz­rzu­co­ne siwe ko­smy­ki, iżby czo­ło jej le­piej na­sią­kło zba­wien­nym wia­trem i desz­czem. Po­wia­da­ła: „Na­resz­cie się od­dy­cha!” i prze­bie­ga­ła ocie­ka­ją­ce wodą ale­je, zbyt sy­me­trycz­nie, jak na jej gust, wy­ty­czo­ne przez no­we­go (a po­zba­wio­ne­go po­czu­cia przy­ro­dy) ogrod­ni­ka, któ­re­go oj­ciec py­tał od rana, czy się wy­po­go­dzi. Szła swo­im drob­nym kro­kiem, en­tu­zja­stycz­nym i ner­wo­wym, za­leż­nym od róż­nych pod­niet, ja­kie ro­dzi­ły w jej du­szy upo­je­nie bu­rzą, po­tę­ga hi­gie­ny, nie­do­rzecz­ność mo­je­go wy­cho­wa­nia oraz sy­me­tria ogro­du, ra­czej niż nie­zna­na jej tro­ska, aby fio­le­to­wej spód­ni­cy oszczę­dzić plam bło­ta, po­kry­wa­ją­cych ją do wy­so­ko­ści, któ­ra za­wsze była dla po­ko­jów­ki w rów­nym stop­niu roz­pa­czą, jak za­gad­ką.

Kie­dy ten spa­cer bab­ki od­by­wał się po obie­dzie, jed­na je­dy­na rzecz mo­gła ją ścią­gnąć do po­ko­ju. W chwi­li gdy krąg prze­chadz­ki spro­wa­dzał ją pe­rio­dycz­nie, niby owa­da, na­prze­ciw oświe­tlo­ne­go sa­lo­ni­ku, gdzie sta­ły li­kie­ry na sto­li­ku do gry, wy­star­cza­ło, żeby ciot­ka krzyk­nę­ła: „Ba­tyl­do! chodź­że, nie po­zwól, aby twój mąż pił ko­niak!”. W isto­cie, aby po­draż­nić ją (bab­ka wnio­sła w ro­dzi­nę ojca na­tu­rę tak od­mien­ną, że wszy­scy z niej żar­to­wa­li i drę­czy­li ją), po­nie­waż al­ko­hol był dziad­ko­wi wzbro­nio­ny, ciot­ka da­wa­ła mu na­pić się kil­ka kro­pel. Bied­na bab­ka wcho­dzi­ła, pro­si­ła go­rą­co męża, aby nie ty­kał ko­nia­ku; gnie­wał się, wy­pi­jał mimo to swój ły­czek, a bab­ka od­cho­dzi­ła smut­na, znie­chę­co­na, ale uśmiech­nię­ta, bo była tak po­kor­na ser­cem i tak ła­god­na, że jej tkli­wość dla dru­gich, jej mała dba­łość o wła­sną oso­bę i o wła­sne bóle spły­wa­ły się w jej spoj­rze­niu w uśmiech. W uśmie­chu bab­ki – na wspak temu, co się wi­dzi u wie­lu osób – była iro­nia tyl­ko dla niej sa­mej, a dla nas wszyst­kich jak­by po­ca­łu­nek oczu, nie­zdol­nych wi­dzieć tych, któ­rych ko­cha­ła, bez go­rą­ce­go ich upiesz­cze­nia wzro­kiem. Męka, któ­rą jej za­da­wa­ła ciot­ka, wi­dok da­rem­nych próśb bab­ki i jej bez­sil­nej wal­ki, gdy na próż­no sta­ra­ła się ode­brać dziad­ko­wi kie­li­szek, to były rze­czy, do któ­rych czło­wiek przy­zwy­cza­ja się z cza­sem, pa­trzy na nie, śmie­jąc się, i we­so­ło bie­rze stro­nę prze­śla­dow­cy, nie chcąc wie­rzyć w fakt prze­śla­do­wa­nia; ale wów­czas przej­mo­wa­ły mnie taką gro­zą, że był­bym chęt­nie na­tarł na ciot­kę. Ale kie­dym usły­szał: „Ba­tyl­do, chodź­że, nie daj mę­żo­wi pić ko­nia­ku”, wów­czas, z tchó­rzo­stwem już ty­po­wo mę­skim, ro­bi­łem to, co ro­bi­my my wszy­scy, do­ro­śli, kie­dy się ze­tknie­my z cier­pie­niem i nie­spra­wie­dli­wo­ścią: nie chcia­łem ich wi­dzieć; bie­głem szlo­chać na sam szczyt domu, koło po­ko­ju szkol­ne­go, pod dach, do ma­łej ubi­ka­cji pach­ną­cej iry­sem, któ­rej przy­da­wa­ła woni dzi­ka po­rzecz­ka wy­ro­sła ze­wnątrz w szcze­li­nie muru i wsu­wa­ją­ca kwit­ną­cą ga­łąz­kę przez uchy­lo­ne okno. Prze­zna­czo­na na uży­tek bar­dziej spe­cjal­ny i bar­dziej po­spo­li­ty, ubi­ka­cja ta, z któ­rej w dzień wi­dać było aż po za­mek w Ro­us­sa­invil­le-le-Pin, dłu­go słu­ży­ła mi za schro­nie­nie – z pew­no­ścią dla­te­go, że była je­dy­ną, któ­rą wol­no mi było za­my­kać na klucz – dla wszyst­kich za­jęć wy­ma­ga­ją­cych nie­na­ru­szal­nej sa­mot­no­ści, jak: czy­ta­nie, ma­rze­nie, łzy i roz­kosz. Nie­ste­ty! nie wie­dzia­łem, że o wie­le smut­niej niż drob­ne wy­bry­ki die­te­tycz­ne męża, to mój brak woli, moje wą­tłe zdro­wie, nie­pew­ność, jaką była za­snu­ta moja przy­szłość, po­chła­nia­ły bab­kę w cza­sie tych nie­ustan­nych po­po­łu­dnio­wych i wie­czor­nych wę­dró­wek. I wi­dzia­ło się ją, jak cho­dzi tam i z po­wro­tem z pod­nie­sio­ną ku nie­bu pięk­ną twa­rzą o sma­głych i po­ora­nych po­licz­kach, po­ciem­nia­łych z wie­kiem niby pola w je­sie­ni, prze­cię­tych, gdy wy­cho­dzi­ła na mia­sto, z na wpół pod­nie­sio­ną wo­al­ką; a na nich, spro­wa­dzo­ne zim­nem lub ja­kąś smut­ną my­ślą, za­wsze ob­sy­cha­ły mi­mo­wol­ne łzy.

Je­dy­ną moją po­cie­chą, kie­dy sze­dłem się kłaść, była na­dzie­ja, że mama przyj­dzie mnie uści­skać, sko­ro będę w łóż­ku. Ale to do­bra­noc trwa­ło tak krót­ko, mama wra­ca­ła tak pręd­ko na dół, że chwi­la, w któ­rej sły­sza­łem, jak lek­ki sze­lest jej ogro­do­wej suk­ni z nie­bie­skie­go mu­śli­nu, ob­szy­tej ple­cion­ką ze słom­ko­wej ta­śmy, zbli­ża się do mnie, po­tem mija ko­ry­tarz z po­dwój­ny­mi drzwia­mi, była dla mnie chwi­lą bo­le­sną. Chwi­la ta zwia­sto­wa­ła ową dru­gą, któ­ra mia­ła po niej na­stą­pić: gdy mama mnie opu­ści, gdy zej­dzie z po­wro­tem na dół. Do­cho­dzi­łem do pra­gnie­nia, aby to do­bra­noc, któ­re tak lu­bi­łem, przy­szło jak naj­póź­niej; aby się prze­cią­gał czas, gdy mama jesz­cze nie przy­szła. Cza­sa­mi, kie­dy uści­skaw­szy mnie otwie­ra­ła drzwi, aby odejść, chcia­łem ją za­wo­łać, po­wie­dzieć: „Po­ca­łuj mnie raz jesz­cze”; ale wie­dzia­łem, że na­tych­miast przy­bie­rze wy­raz nie­za­do­wo­le­nia, bo ustęp­stwo, ja­kie czy­ni­ła dla mego smut­ku i nie­po­ko­ju, za­cho­dząc mnie uści­skać, przy­no­sząc mi ten po­ca­łu­nek uko­je­nia, draż­ni­ło ojca, któ­re­mu te ob­rzę­dy wy­da­wa­ły się nie­do­rzecz­ne. To­też mama by­ła­by chcia­ła wy­tę­pić we mnie tę po­trze­bę, to przy­zwy­cza­je­nie, ra­czej niż upraw­nić żą­da­nie jesz­cze jed­ne­go po­ca­łun­ku wów­czas, kie­dy już była w pro­gu. Otóż wi­dzieć ją zmar­twio­ną, to ni­we­czy­ło cały spo­kój, jaki mi przy­nio­sła na chwi­lę przed­tem, kie­dy na­chy­li­ła do łóż­ka swo­ją ko­cha­ją­cą twarz i po­da­ła mi ją jak ho­stię – ko­mu­nię po­ko­ju, w któ­rej war­gi moje mia­ły za­czerp­nąć jej rze­czy­wi­stą obec­ność oraz moją moż­ność za­śnię­cia.

Ale owe wie­czo­ry, gdy mama w su­mie tak krót­ko zo­sta­wa­ła w moim po­ko­ju, były jesz­cze bar­dzo słod­kie w po­rów­na­niu z wie­czo­ra­mi, kie­dy byli na obie­dzie go­ście i kie­dy z tego po­wo­du mama nie za­cho­dzi­ła na do­bra­noc. Go­ście ogra­ni­cza­li się za­zwy­czaj do pana Swan­na, któ­ry, poza pa­ro­ma przy­god­ny­mi zna­jo­my­mi, był pra­wie je­dy­ną oso­bą od­wie­dza­ją­cą nas w Com­bray. Cza­sem przy­cho­dził na są­siedz­ki obiad (rza­dziej od cza­su, kie­dy się oże­nił tak nie­wła­ści­wie, bo ro­dzi­ce nie chcie­li przyj­mo­wać jego żony), cza­sem po obie­dzie, nie­spo­dzia­nie. W dnie, kie­dy, sie­dząc wie­czór przed do­mem, pod wiel­kim kasz­ta­nem, do­ko­ła że­la­zne­go sto­łu, usły­sze­li­śmy na koń­cu ogro­du nie ów ob­fi­ty krzy­kli­wy dzwo­nek, któ­ry skra­piał i wstrzą­sał na­gle me­ta­lo­wym, prze­cią­głym i zim­nym ha­ła­sem każ­de­go do­mow­ni­ka, gdy ów roz­pę­tał go, wcho­dząc „bez dzwo­nie­nia”, ale po­dwój­ny, nie­śmia­ły, owal­ny i zło­co­ny dźwięk dzwon­ka dla ob­cych, na­tych­miast wszy­scy się py­ta­li: „Wi­zy­ta, kto to może być?”, ale wie­dzie­li do­brze, że to może być tyl­ko pan Swann. Ciot­ka, mó­wiąc dla przy­kła­du gło­śno, to­nem, któ­ry sta­ra­ła się uczy­nić na­tu­ral­nym, upo­mi­na­ła, żeby tak nie szep­tać; że nic nie jest rów­nie przy­kre dla go­ścia, któ­ry wy­obra­ża so­bie, że wła­śnie się mó­wi­ło rze­czy nie­prze­zna­czo­ne dla jego uszu; i po­sy­ła­no na zwia­dy bab­kę, szczę­śli­wą, że ma pre­tekst do prze­bie­że­nia ogro­du raz jesz­cze. Idąc, wy­ry­wa­ła ukrad­kiem parę pod­pó­rek, aby przy­wró­cić ró­żom tro­chę na­tu­ral­no­ści, jak mat­ka, gdy, chcąc sfa­lo­wać nie­co czu­pry­nę syna, prze­cią­ga ręką po wło­sach, któ­re fry­zjer za­nad­to wy­gła­dził.

Cze­ka­li­śmy z na­pię­ciem no­win, któ­re bab­ka mia­ła nam przy­nieść o nie­przy­ja­cie­lu, tak jak­by moż­na było się wa­hać mię­dzy mno­go­ścią do­mnie­ma­nych na­past­ni­ków; ale tuż po­tem dzia­dek mó­wił: „Po­zna­ję głos Swan­na”. Po­zna­wa­ło się go w isto­cie tyl­ko po gło­sie; po­nie­waż, bo­jąc się ko­ma­rów, pa­li­li­śmy w ogro­dzie jak naj­mniej świa­tła, za­le­d­wie moż­na było roz­róż­nić jego twarz o gar­ba­tym no­sie, o zie­lo­nych oczach pod wy­so­kim czo­łem i wło­sa­mi blond, nie­mal ru­dy­mi, ucze­sa­ny­mi à la Bres­sant. Sze­dłem nie­znacz­nie po­wie­dzieć, aby po­da­no li­kie­ry; bab­ka przy­wią­zy­wa­ła do tego wagę, uwa­ża­jąc, że tak jest grzecz­niej, aby się nie wy­da­wa­ło, że zja­wia­ją się jak­by wy­jąt­ko­wo, spe­cjal­nie dla go­ści. Swann, mimo że o wie­le młod­szy, żył z dziad­kiem bar­dzo ser­decz­nie; dzia­dek był swe­go cza­su jed­nym z naj­lep­szych przy­ja­ciół jego ojca, za­cne­go czło­wie­ka, ale ory­gi­na­ła, któ­re­mu, zda­je się, lada drob­nost­ka wy­star­cza­ła nie­kie­dy, aby zmą­cić od­ru­chy ser­ca, zmie­nić bieg my­śli. Sły­sza­łem wie­le razy w roku, jak dzia­dek opo­wia­dał przy sto­le aneg­do­ty – za­wsze te same – o za­cho­wa­niu się sta­re­go Swan­na przy śmier­ci żony, przy któ­rej czu­wał dzień i noc. Dzia­dek, któ­ry go nie wi­dział od daw­na, po­biegł doń do po­sia­dło­ści, któ­rą Swan­no­wie mie­li w po­bli­żu Com­bray, i aby mu oszczę­dzić mo­men­tu wkła­da­nia cia­ła do trum­ny, zdo­łał go, za­pła­ka­ne­go, wy­cią­gnąć z po­ko­ju ża­ło­by. Prze­szli kil­ka kro­ków w par­ku, gdzie było tro­chę słoń­ca. Na­raz Swann, uj­mu­jąc dziad­ka pod ra­mię, wy­krzyk­nął:

– A! sta­ry przy­ja­cie­lu, co to za szczę­ście prze­cha­dzać się ra­zem w tę pięk­ną po­go­dę. Nie uwa­żasz, że to jest ład­ne, wszyst­kie te drze­wa, te gło­gi i ten staw, któ­re­go mi jesz­cze nig­dy nie win­szo­wa­łeś? Wy­glą­dasz jak sta­ra szlaf­my­ca. Czu­jesz ten wie­trzyk? Ach, niech ga­da­ją co chcą, dro­gi Ama­de­uszu, ży­cie ma swój urok!

Na­raz przy­po­mnia­ła mu się zmar­ła żona i uwa­ża­jąc z pew­no­ścią za na­zbyt skom­pli­ko­wa­ne do­cho­dzić, jak mógł w po­dob­nej chwi­li pod­dać się od­ru­cho­wi ra­do­ści, prze­cią­gnął tyl­ko ręką po czo­le, ge­stem wła­ści­wym mu za każ­dym ra­zem, kie­dy się na­strę­cza­ła ja­kaś trud­na kwe­stia, osu­szył oczy i prze­tarł bi­no­kle. Ale nie mógł się po­cie­szyć po stra­cie żony i w cią­gu dwóch lat, o któ­re ją prze­żył, po­wie­dział do dziad­ka:

„To śmiesz­ne, bar­dzo czę­sto my­ślę o bied­nej żo­nie, ale nie mogę my­śleć o niej dużo na­raz”.

„Czę­sto, ale nie dużo na­raz, jak do­bry sta­ry Swann” sta­ło się jed­nym z ulu­bio­nych zdań dziad­ka, któ­ry wy­gła­szał je z po­wo­du rze­czy bar­dzo roz­ma­itych. Był­bym uwa­żał, że ten oj­ciec Swan­na był po­two­rem, gdy­by dzia­dek, któ­re­go mia­łem za lep­sze­go sę­dzie­go i któ­re­go zda­nie, bę­dąc dla mnie wy­rocz­nią, czę­sto po­mo­gło mi póź­niej roz­grze­szyć cu­dze błę­dy, nie był się okrzyk­nął:

– Ale skąd­że, to było zło­te ser­ce!

Przez wie­le lat, w któ­rych wszak­że, zwłasz­cza przed swo­im mał­żeń­stwem, Swann ju­nior czę­sto od­wie­dzał nas w Com­bray, ciot­ka i dziad­ko­wie nie do­my­śla­li się, że on zgo­ła nie żyje w daw­nej sfe­rze swo­jej ro­dzi­ny. Nie wie­dzie­li, iż pod ro­dza­jem in­co­gni­to, ja­kie Swann za­wdzię­czał u nas swe­mu na­zwi­sku, gosz­czą – z cu­dow­ną nie­win­no­ścią za­cnych ho­te­la­rzy, któ­rzy, nie wie­dząc o tym, dają schro­nie­nie sław­ne­mu ban­dy­cie – jed­ne­go z naj­wy­twor­niej­szych człon­ków Joc­key Clu­bu, ulu­bień­ca hra­bie­go Pa­ry­ża i księ­cia Wa­lii, jed­ne­go z lu­dzi naj­bar­dziej roz­ry­wa­nych przez ary­sto­kra­tycz­ne to­wa­rzy­stwo Przed­mie­ścia Sa­int-Ger­ma­in.

Na­sza nie­świa­do­mość owe­go błysz­czą­ce­go ży­cia świa­to­we­go, któ­re pę­dził Swann, wy­ni­ka­ła nie­wąt­pli­wie z nie­skłon­nej do wy­nu­rzeń dys­kre­cji jego cha­rak­te­ru, ale tak­że stąd, że ów­cze­śni miesz­cza­nie mie­li o spo­łe­czeń­stwie po­ję­cie nie­co hin­du­skie i uwa­ża­li je za sys­tem za­mknię­tych kast, gdzie każ­dy od uro­dze­nia mie­ści się w sfe­rze wzię­tej w spad­ku po ro­dzi­cach, skąd nic, poza tra­fem wy­jąt­ko­wej ka­rie­ry lub nie­ocze­ki­wa­ne­go mał­żeń­stwa, nie może go wy­do­być i prze­nieść do wyż­szej ka­sty. Sta­ry Swann był agen­tem gieł­do­wym: „mło­dy Swann” zda­wał się wie­ku­iście ska­za­ny na ka­stę, w któ­rej ma­jąt­ki, niby w da­nej ka­te­go­rii po­dat­ni­ków, wa­ha­ją się mię­dzy ta­kim a ta­kim do­cho­dem. Zna­no sto­sun­ki jego ojca, wie­dzia­no tedy, ja­kie są sto­sun­ki syna i z ja­ki­mi oso­ba­mi jego „sy­tu­acja” po­zwa­la mu prze­sta­wać. Je­że­li znał inne oso­by, były to zna­jo­mo­ści mło­de­go czło­wie­ka, na któ­re daw­ni przy­ja­cie­le ro­dzi­ny – jak moi ro­dzi­ce – przy­my­ka­li oczy tym po­błaż­li­wiej, ile że, od cza­su jak był sie­ro­tą, od­wie­dzał nas nadal bar­dzo wier­nie; ale moż­na było iść o za­kład, że ci nie­zna­ni nam jego zna­jo­mi są z rzę­du tych, któ­rym nie śmiał­by się ukło­nić, gdy­by ich spo­tkał, bę­dąc w na­szym to­wa­rzy­stwie.

Gdy­by się chcia­ło ko­niecz­nie za­sto­so­wać do Swan­na ja­kiś współ­czyn­nik spo­łecz­ny, wy­róż­nia­ją­cy go spo­mię­dzy in­nych sy­nów agen­tów gieł­do­wych na rów­nym mniej wię­cej po­zio­mie, współ­czyn­nik ten był­by dlań tro­chę niż­szy, po­nie­waż Swann, bar­dzo pro­sty w spo­so­bie ży­cia i za­wsze tro­chę „zwa­rio­wa­ny” na punk­cie sta­ro­żyt­no­ści i ob­ra­zów, miesz­kał obec­nie w sta­rym domu, gdzie sku­piał swo­je ko­lek­cje; w domu, o któ­re­go zwie­dze­niu ma­rzy­ła moja bab­ka, ale któ­ry znaj­do­wał się przy Quai d’Or­léans, w dziel­ni­cy, gdzie, zda­niem ciot­ki, miesz­kać było kom­pro­mi­ta­cją.

„Czy pan się zna choć na tym? Py­tam pana w jego wła­snym in­te­re­sie, bo han­dla­rze mu­szą panu wpy­chać śmie­ci” – mó­wi­ła do Swan­na moja ciot­ka; nie przy­pi­sy­wa­ła mu w isto­cie żad­nej kom­pe­ten­cji i nie mia­ła wy­so­kie­go po­ję­cia na­wet o in­te­lek­cie czło­wie­ka, któ­ry w roz­mo­wie uni­kał po­waż­nych te­ma­tów i oka­zy­wał na­der pro­za­icz­ną ści­słość, nie tyl­ko kie­dy nam da­wał, wcho­dząc w naj­mniej­sze szcze­gó­ły, prze­pi­sy ku­char­skie, ale na­wet kie­dy sio­stry bab­ki po­ru­sza­ły te­ma­ty ar­ty­stycz­ne. Pro­wo­ko­wa­ny przez nie do wy­da­nia sądu, do wy­ra­że­nia po­dzi­wu dla ja­kie­goś ob­ra­zu, za­cho­wy­wał mil­cze­nie pra­wie nie­grzecz­ne, od­bi­ja­jąc to so­bie, kie­dy mógł dać kon­kret­ne in­for­ma­cje o mu­zeum, gdzie się ów ob­raz znaj­du­je, lub o da­cie jego po­wsta­nia. Ale za­zwy­czaj sta­rał się nas po pro­stu za­ba­wić, opo­wia­da­jąc za każ­dym ra­zem nową hi­sto­ryj­kę, któ­ra mu się zda­rzy­ła z ludź­mi z na­sze­go krę­gu zna­jo­mych: z ap­te­ka­rzem z Com­bray, z ku­char­ką, z woź­ni­cą. Opo­wia­da­nia te po­bu­dza­ły za­wsze do śmie­chu ciot­kę, ale nie roz­róż­nia­ła do­brze, czy to z po­wo­du po­ciesz­nej roli, jaką w nich so­bie za­wsze da­wał Swann, czy też z przy­czy­ny dow­ci­pu, ja­kim je za­pra­wiał.

„Trze­ba panu przy­znać, że pan jest do­bra fi­gu­ra, pa­nie Swann!” – mó­wi­ła.

Po­nie­waż była w na­szej ro­dzi­nie je­dy­ną oso­bą tro­chę po­spo­li­tą, nig­dy, kie­dy mó­wi­ła do ko­goś ob­ce­go o Swan­nie, nie omiesz­ka­ła za­zna­czyć, że on, gdy­by chciał, mógł­by miesz­kać przy Bo­ule­vard Haus­smann albo przy Ave­nue de l’Opéra, że jest sy­nem sta­re­go Swan­na, któ­ry mu­siał mu zo­sta­wić czte­ry czy pięć mi­lio­nów, ale że taki ma ka­prys. Ka­prys ten wy­da­wał się jej tak uciesz­ny, że w Pa­ry­żu, kie­dy Swann przy­cho­dził w dzień No­we­go Roku, aby jej przy­nieść tra­dy­cyj­ną to­reb­kę kasz­ta­nów w cu­krze, nie omiesz­ka­ła nig­dy, o ile byli go­ście, za­gad­nąć go: „No i co, pa­nie Swann, za­wsze pan miesz­ka bli­sko Hali Win, dla pew­no­ści, że się pan nie spóź­ni na ko­lej, gdy­by pan je­chał do Lyonu?”. I po­przez szkła pa­trza­ła spod oka na go­ści.

Ale gdy­by ktoś po­wie­dział ciot­ce, że ten Swann, ma­ją­cy, jako syn sta­re­go Swan­na, wszyst­kie dane na to, aby by­wać w ca­łym wy­so­kim miesz­czań­stwie, u naj­sza­now­niej­szych pa­ry­skich re­jen­tów i ad­wo­ka­tów (przy­wi­lej, z któ­re­go nie zda­wał się zbyt­nio ko­rzy­stać), pro­wa­dzi, jak­by w se­kre­cie, ży­cie zgo­ła od­mien­ne; że, wy­cho­dząc od nas w Pa­ry­żu, po­wie­dziaw­szy, że idzie do domu spać, skrę­ca na pierw­szym rogu i uda­je się do ja­kie­goś sa­lo­nu, któ­re­go nie oglą­da­ło nig­dy oko żad­ne­go agen­ta gieł­do­we­go ani jego wspól­ni­ka, wy­da­wa­ło­by się to jej tak nie­sły­cha­ne, jak by się bar­dziej oczy­ta­nej da­mie wy­da­ła myśl, że mo­gła­by być w oso­bi­stych sto­sun­kach z Ary­ste­uszem i do­wie­dzieć się, iż, po­roz­ma­wiaw­szy z nią, ów idzie się za­nu­rzyć w kró­le­stwo Te­ty­dy, w nie­wi­dzial­ne oczom śmier­tel­nych pań­stwo, gdzie – jak opo­wia­da We­rgi­liusz – przyj­mu­ją go z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi; lub – aby się trzy­mać ob­ra­zu przy­stęp­niej­sze­go dla ciot­ki, bo oglą­da­ła go na ma­łych ta­le­rzy­kach w Com­bray – że mia­ła u sie­bie na obie­dzie Ali Babę, któ­ry, kie­dy się znaj­dzie sam, zstą­pi do gro­ty olśnie­wa­ją­cej nie­podej­rze­wa­ny­mi skar­ba­mi.

Jed­ne­go dnia w Pa­ry­żu, kie­dy Swann za­szedł do nas po obie­dzie, tłu­ma­cząc się, że jest we fra­ku, Fran­cisz­ka przy­nio­sła po jego odej­ściu wia­do­mość za­czerp­nię­tą od stan­gre­ta, że był na obie­dzie „u ja­kiejś pryn­ce­sy”. „Tak, pryn­ce­sy z pół­świat­ka!” – od­par­ła ciot­ka, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi z po­god­ną iro­nią i nie pod­no­sząc oczu od ro­bót­ki.

To­też ciot­ka nie ro­bi­ła z nim so­bie ce­re­mo­nii. Po­nie­waż są­dzi­ła, że jemu musi po­chle­biać by­wa­nie u nas, uwa­ża­ła za bar­dzo na­tu­ral­ne, że nie zja­wia się u nas w le­cie bez ko­szy­ka brzo­skwiń albo ma­lin ze swe­go ogro­du i że z każ­dej po­dró­ży do Włoch przy­wo­zi mi fo­to­gra­fie ar­cy­dzieł.

Nie ro­bio­no so­bie skru­pu­łów, aby we­zwać Swan­na, gdy się po­trze­bo­wa­ło re­cep­ty na sos ge­new­ski albo na sa­łat­kę z ana­na­sów przed ja­kimś ce­re­mo­nial­nym obia­dem, na któ­ry się go nie pro­si­ło, nie uwa­ża­jąc go za god­ne­go po­ka­za­nia go­ściom, któ­rzy byli u nas po raz pierw­szy. Je­że­li roz­mo­wa ze­szła przy­pad­kiem na ksią­żąt Domu Fran­cu­skie­go: „fi­gu­ry, któ­rych nie bę­dzie­my zna­li nig­dy, ani pan, ani ja, i obej­dzie­my się bez tego, nie­praw­daż?” – po­wia­da­ła ciot­ka do Swan­na, któ­ry może miał w kie­sze­ni list z Twic­ken­ham; ka­za­ła mu prze­su­wać for­te­pian i ob­ra­cać nuty, gdy sio­stra bab­ki śpie­wa­ła, trak­tu­jąc tego czło­wie­ka, gdzie in­dziej tak po­szu­ki­wa­ne­go, z na­iw­ną bez­ce­re­mo­nial­no­ścią dziec­ka, któ­re bawi się rzad­kim bi­be­lo­tem niby gro­szo­wą za­baw­ką. Bez wąt­pie­nia Swann, któ­re­go zna­ło w owej epo­ce tylu club­me­nów, był bar­dzo róż­ny od tego, któ­re­go stwa­rza­ła so­bie ciot­ka, kie­dy wie­czo­rem w ogród­ku w Com­bray, sko­ro się roz­le­gły dwa nie­śmia­łe dzwon­ki, stro­iła wszyst­kim, co wie­dzia­ła o ro­dzi­nie Swan­nów, ma­ja­czą­cą w mro­ku oso­bi­stość, któ­ra się wy­ła­nia­ła z ciem­no­ści, po­prze­dza­jąc bab­kę i da­jąc się po­znać po gło­sie. Ale na­wet z punk­tu wi­dze­nia naj­mniej zna­czą­cych rze­czy nie je­ste­śmy ca­ło­ścią ma­te­rial­nie ukształ­to­wa­ną, toż­sa­mą dla wszyst­kich, któ­rą każ­dy może po pro­stu spraw­dzić niby hi­po­te­kę lub te­sta­ment; na­sza spo­łecz­na oso­bo­wość jest two­rem cu­dzej my­śli. Na­wet akt tak pro­sty, któ­ry zwie­my „wi­dzieć zna­jo­mą oso­bę”, jest po czę­ści ak­tem in­te­lek­tu­al­nym. Po­zór fi­zycz­ny wi­dzia­nej oso­by wy­peł­nia­my wszyst­ki­mi po­ję­cia­mi, któ­re mamy o niej; a w ogól­nym kształ­cie, jaki so­bie two­rzy­my, po­ję­cia te mają z pew­no­ścią naj­więk­szy udział. W koń­cu wy­dy­ma­ją tak do­kład­nie po­licz­ki, tak ści­śle po­kry­wa­ją się z li­nią nosa, tak sku­tecz­nie bar­wią dźwięk gło­su, jak gdy­by ów głos był je­dy­nie prze­zro­czy­stą po­wło­ką, iż za każ­dym ra­zem kie­dy wi­dzi­my tę twarz i sły­szy­my ten głos, od­naj­du­je­my te wła­śnie po­ję­cia, sły­szy­my je. Bez wąt­pie­nia w Swan­na, któ­re­go so­bie stwo­rzy­li, ro­dzi­ce moi za­nie­dba­li przez nie­wie­dzę wpro­wa­dzić mnó­stwo wła­ści­wo­ści jego ży­cia świa­to­we­go, bę­dą­cych przy­czy­ną, że inne oso­by, zna­la­zł­szy się w to­wa­rzy­stwie te­goż Swan­na, wi­dzia­ły wy­twor­ność jego fi­zjo­no­mii, koń­czą­cą się na gar­ba­tym no­sie niby na swo­jej na­tu­ral­nej gra­ni­cy. W za­mian za to na tej twa­rzy odar­tej ze swe­go uro­ku, pu­stej i prze­stron­nej, w głę­bi tych zde­wa­lu­owa­nych oczu, ro­dzi­ce moi i krew­ni mo­gli od­na­leźć męt­ny i ła­god­ny osad – wpół pa­mięć, wpół za­po­mnie­nie – le­ni­wych go­dzin spę­dzo­nych wspól­nie po wiej­skim obie­dzie, do­ko­ła kar­cia­ne­go sto­li­ka lub w ogro­dzie, w epo­ce na­szych są­siedz­kich sto­sun­ków. Cie­le­sna po­wło­ka na­sze­go Swan­na była tym wy­pcha­na tak szczel­nie – za­rów­no jak wspo­mnie­nia­mi ty­czą­cy­mi jego ro­dzi­ców – że ten Swann stał się isto­tą peł­ną i żywą. W isto­cie mam wra­że­nie, jak­bym opusz­czał jed­ną oso­bę, aby się udać do dru­giej, cał­ko­wi­cie od niej róż­nej, kie­dy w mo­jej pa­mię­ci od Swan­na, któ­re­go zna­łem do­kład­nie póź­niej, prze­cho­dzę do pierw­sze­go Swan­na – do tego pierw­sze­go Swan­na, w któ­rym od­naj­du­ję uro­cze błę­dy wła­snej mło­do­ści i któ­ry zresz­tą mniej jest po­dob­ny do tam­te­go, niż do osób zna­nych mi w tym sa­mym cza­sie; jak gdy­by na­sze ży­cie było niby mu­zeum, gdzie wszyst­kie por­tre­ty z jed­nej epo­ki mają fa­mi­lij­ne po­do­bień­stwo, ja­kąś wspól­ną to­na­cję; do tego pierw­sze­go Swan­na, na­sy­co­ne­go wy­wcza­sem, na­sią­kłe­go wo­nią wiel­kie­go kasz­ta­na, ko­szy­ków ma­lin i odro­bi­ny es­tra­go­nu.

Jed­nak­że pew­ne­go dnia, kie­dy bab­ka po­szła pro­sić o ja­kąś przy­słu­gę damy, któ­rą zna­ła w Sa­cré-Cœur (i z któ­rą z po­wo­du na­szych po­jęć o ka­stach nie za­cho­wa­ła sto­sun­ków mimo wza­jem­nej sym­pa­tii), mar­gra­bi­ny de Vil­le­pa­ri­sis ze sław­ne­go domu Bo­uil­lon, owa dama rze­kła: „Zda­je mi się, że pani zna do­brze pana Swann, któ­ry jest wiel­kim przy­ja­cie­lem mo­ich ku­zy­nów des Lau­mes”. Bab­ka wró­ci­ła z wi­zy­ty za­chwy­co­na do­mem oto­czo­nym ogro­da­mi, gdzie pani de Vil­le­pa­ri­sis ra­dzi­ła jej wy­na­jąć miesz­ka­nie, a tak­że pew­nym drob­nym kraw­cem i jego cór­ką, do któ­re­go warsz­ta­tu w po­dwó­rzu wstą­pi­ła z proś­bą, aby jej na­pręd­ce za­szy­to spód­ni­cę, roz­dar­tą na scho­dach. Ci lu­dzie wy­da­li się bab­ce prze­mi­li; oznaj­mi­ła, że ta mała to jest ist­na per­ła, a kra­wiec naj­dy­styn­go­wań­szy i naj­przy­zwo­it­szy czło­wiek, ja­kie­go kie­dy wi­dzia­ła. Bo dla niej dys­tynk­cja była czymś zu­peł­nie nie­za­leż­nym od ran­gi spo­łecz­nej. Roz­pły­wa­jąc się przed mamą nad ja­kąś od­po­wie­dzią kraw­ca, rze­kła: „Se­vi­gné nie by­ła­by tego wy­ra­zi­ła le­piej!”, a w za­mian za to o sio­strzeń­cu pani de Vil­le­pa­ri­sis, któ­re­go u niej spo­tka­ła: „Och, moje dziec­ko, ja­kiż on po­spo­li­ty!”.

Otóż to po­wie­dze­nie o Swan­nie mia­ło sku­tek nie ten, żeby pod­nio­sło Swan­na w oczach ciot­ki, ale ten, że ob­ni­ży­ło w nich pa­nią de Vil­le­pa­ri­sis. Zda­wa­ło­by się, że sza­cu­nek, ja­kim, na wia­rę bab­ki, da­rzy­li­śmy pa­nią de Vil­le­pa­ri­sis, na­kła­dał na nią obo­wią­zek nie­ro­bie­nia ni­cze­go, co by ją czy­ni­ło mniej god­ną sza­cun­ku. Temu obo­wiąz­ko­wi uchy­bi­ła, przyj­mu­jąc do wia­do­mo­ści ist­nie­nie Swan­na i po­zwa­la­jąc swo­im krew­nym prze­sta­wać z nim.

– Skąd ona może znać Swan­na? No, wiesz, jak na oso­bę, o któ­rej mó­wi­łaś, że jest krew­ną mar­szał­ka de Mac-Ma­hon!

Ta opi­nia mo­jej ro­dzi­ny o sto­sun­kach Swan­na zna­la­zła póź­niej rze­ko­me po­twier­dze­nie w jego mał­żeń­stwie z oso­bą naj­gor­sze­go to­wa­rzy­stwa, pra­wie ko­ko­tą, któ­rej zresz­tą Swann nig­dy nie si­lił się nam przed­sta­wić, nadal przy­cho­dząc do nas sam, mimo że co­raz rza­dziej. We­dle tej żony ro­dzi­na moja uwa­ża­ła, iż ma pra­wo są­dzić – przy­pusz­cza­jąc, że tam ją zna­lazł – o nie­zna­nym nam śro­do­wi­sku, w któ­rym Swann ob­ra­cał się zwy­czaj­nie.

Ale jed­ne­go razu dzia­dek prze­czy­tał w ga­ze­cie, że Swann jest jed­nym ze sta­łych go­ści na śnia­da­niach nie­dziel­nych u księ­cia de X, któ­re­go oj­ciec i stryj byli naj­wy­bit­niej­szy­mi mę­ża­mi sta­nu za Lu­dwi­ka Fi­li­pa. Otóż dzia­dek był cie­ka­wy wszyst­kich drob­nych fak­tów zdol­nych do­po­móc mu do wnik­nię­cia my­ślą w pry­wat­ne ży­cie lu­dzi ta­kich jak Molé, jak ksią­żę Pa­squ­ier, jak ksią­żę de Bro­glie. Za­chwy­co­ny był wia­do­mo­ścią, że Swann bywa u osób, któ­re ich zna­ły. Prze­ciw­nie ciot­ka – wy­ło­ży­ła so­bie tę wia­do­mość w sen­sie ujem­nym dla Swan­na; ktoś, kto szu­kał zna­jo­mo­ści poza ka­stą, w któ­rej się uro­dził, poza swo­ją „kla­są”, de­kla­so­wał się do­tkli­wie w jej oczach. Zda­wa­ło się jej, że taki czło­wiek wy­rze­ka się na­gle owo­cu wszyst­kich swo­ich chlub­nych sto­sun­ków z ludź­mi do­brze sy­tu­owa­ny­mi; sto­sun­ków za­szczyt­nie pod­trzy­my­wa­nych i gro­ma­dzo­nych dla swo­ich dzie­ci przez prze­wi­du­ją­ce ro­dzi­ny. (Swo­je­go cza­su ciot­ka ze­rwa­ła wręcz zna­jo­mość z sy­nem za­przy­jaź­nio­ne­go z nami re­jen­ta, po­nie­waż oże­nił się z księż­nicz­ką krwi, i tym sa­mym spadł dla niej z sza­no­wa­nej ran­gi syna re­jen­ta do rzę­du owych awan­tur­ni­ków, eks-lo­ka­jów lub masz­ta­le­rzy, któ­rych, jak mó­wią, kró­lo­we ob­da­rza­ły cza­sem swo­imi ła­ska­mi). Zga­ni­ła za­miar dziad­ka, któ­ry chciał przy naj­bliż­szej spo­sob­no­ści za­py­tać Swan­na o owych jego świe­żo od­kry­tych przy­ja­ciół. Z dru­giej stro­ny, dwie sio­stry bab­ki, sta­re pan­ny, ob­da­rzo­ne jej szla­chet­ną na­tu­rą, ale bez jej in­te­li­gen­cji, oświad­czy­ły, że nie ro­zu­mie­ją przy­jem­no­ści, jaką szwa­gier może znaj­do­wać w roz­mo­wie o po­dob­nych głup­stwach. Były to oso­by o wyż­szych aspi­ra­cjach, tym sa­mym nie­zdol­ne in­te­re­so­wać się tym, co się na­zy­wa plot­ką – na­wet plot­ką o cha­rak­te­rze hi­sto­rycz­nym – i w ogó­le ni­czym, co nie łą­czy­ło się wprost z ja­kim es­te­tycz­nym lub cno­tli­wym przed­mio­tem. W sto­sun­ku do wszyst­kie­go, co z da­le­ka lub z bli­ska wią­za­ło się z ży­ciem świa­to­wym, obo­jęt­ność ich była taka, że ich zmysł słu­chu – zro­zu­miaw­szy wresz­cie swą cza­so­wą bez­u­ży­tecz­ność, z chwi­lą gdy przy obie­dzie roz­mo­wa przy­bie­ra­ła cha­rak­ter pło­chy lub bo­daj przy­ziem­ny, a sta­re pan­ny nie mo­gły jej spro­wa­dzić do ulu­bio­nych te­ma­tów – za­wie­szał swo­je apa­ra­ty od­bior­cze i ule­gał jak gdy­by atro­fii. Je­że­li wów­czas dzia­dek chciał ścią­gnąć uwa­gę szwa­gie­rek, mu­siał się ucie­kać do owych wstrzą­sów fi­zycz­nych, któ­ry­mi po­słu­gu­ją się psy­chia­trzy wo­bec cier­pią­cych na roz­tar­gnie­nie ma­nia­ków: kil­ka­krot­ne ude­rze­nie no­żem w szklan­kę po­łą­czo­ne z na­głym pod­nie­sie­niem gło­su i by­strym spoj­rze­niem. (Gwał­tow­ne te środ­ki psy­chia­trzy prze­no­szą czę­sto na zwy­kłe sto­sun­ki ze zdro­wy­mi, bądź przez na­wyk za­wo­do­wy, bądź że uwa­ża­ją wszyst­kich lu­dzi po tro­sze za wa­ria­tów).

Bar­dziej obu­dzi­ła za­in­te­re­so­wa­nie sta­rych pa­nien na­stę­pu­ją­ca oko­licz­ność. W wi­lię pew­ne­go dnia, kie­dy Swann miał przyjść, prze­słał spe­cjal­nie dla nich skrzyn­kę wina Asti. Rów­no­cze­śnie ciot­ka, trzy­ma­jąc nu­mer „Fi­ga­ra”, gdzie obok pod­pi­su pod ob­ra­zem z wy­sta­wy Co­ro­ta wid­nia­ły sło­wa: „Ze zbio­rów pana Ka­ro­la Swann”, rze­kła:

– Wie­cie, że Swann fi­gu­ru­je na ła­mach „Fi­ga­ra”?


W istocie, nie umiała nigdy kupić czegoś takiego, z czego by nie można wyciągnąć korzyści intelektualnej, tej zwłaszcza, jaką nam sprawiają piękne rzeczy, ucząc nas szukać przyjemności w czym innym niż w zadowoleniu dobrobytu i próżności. Nawet kiedy komuś