W pułapce zmysłów - Lindsay Yvonne - ebook

W pułapce zmysłów ebook

Lindsay Yvonne

4,1

Opis

Avery Cullen nie ma zamiaru rozstać się z kolekcją obrazów ojca. Pewnego dnia składa jej wizytę Marcus Price, agent ze znanego domu aukcyjnego, który chce skłonić ją do zmiany zdania. Wystawienie obrazów na licytację zapewniłoby mu awans, ale jego zainteresowanie kolekcją ma także podtekst osobisty. Aby osiągnąć cel, Marcus subtelnymi metodami uwodzi Avery i spędza z nią namiętną noc...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Yvonne Lindsay

W pułapce zmysłów

Tłumaczenie: Elżbieta Chlebowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Proszę wyjść! Panna Cullen nie przyjmuje!

Avery aż podskoczyła na dźwięk głosu swojej gosposi i kropla zieleni wiosennej prysnęła z koniuszka pędzla na płótno. Tuż za sobą usłyszała odgłos kroków.

Westchnęła i odłożyła pędzel. Dzień i tak jest stracony. Przy tej mglistej, niemal jesiennej pogodzie, kolory zlewają się w burą plamę. Gdyby tylko żarliwym zapałem do malowania można było pokryć wszystkie inne niedostatki, pomyślała z żalem, sięgając po szmatkę zawieszoną na sztaludze.

Starannie wytarła palce i odwróciła się do intruza. Gosposia zazwyczaj skutecznie powstrzymywała nieproszonych gości przed przekroczeniem progu jej domostwa. Strzegła swojej młodej pani niczym groźny cerber i broniła jej prawa do prywatności. Tym razem komuś udało się szturmem zdobyć szańce. Mężczyzna, który kroczył przodem, zignorował drepczącą za nim przysadzistą gospodynię, patrzył tylko na Avery.

Trzeba przyznać, że i Avery nie mogła oderwać od niego wzroku: wysoki blondyn z lekkim zarostem, ustami stworzonymi do pocałunków i lekko potarganymi włosami. Przystojna bestia. Coś w nim było znajomego, ale przecież nie zapomniałaby tego faceta, gdyby jej go przedstawiono. Zaraz, zaraz. Czy to nie ten sam człowiek, na którego wskazała Macy podczas aukcji w Nowym Jorku? Avery poczuła się dziwnie – ale nie był to lęk, nawet nie zaniepokojenie z powodu wtargnięcia nieznajomego na jej teren.

Nie umiała nazwać tego uczucia i było to równie irytujące, jak bezskuteczne próby utrwalenia na płótnie piękna ulubionego ogrodu ojca. Gwałtownie się zaczerwieniła, serce zabiło szybciej. To tylko rozdrażnienie z powodu niespodziewanej wizyty, powiedziała sobie, ale wiedziała, że sama się oszukuje.

– Przepraszam, panno Cullen. Mówiłam panu Price’owi, że panienka nie przyjmuje, ale on mnie nie posłuchał. – Głos gospodyni, zwłaszcza wtedy, kiedy coś ją wyprowadziło z równowagi, wskazywał na jej pochodzenie z East Endu, biednej robotniczej dzielnicy Londynu. Teraz przepełniało ją oburzenie na bezczelność Jankesa. – Mówi, że był umówiony.

– W porządku, pani Jackson. Skoro już tu jest... – Avery postanowiła odwołać się do wpajanych jej od dzieciństwa zasad dobrego wychowania. – Może nasz gość przed wyjściem zechce napić się herbaty na tarasie?

– Kawy, jeśli można. – Od pierwszych słów było jasne, że mężczyzna należy do bostońskich wyższych sfer, a jego przodkowie zapewne przybyli na pokładzie „Mayflower” z pierwszymi kolonistami. Teraz coś zaskoczyło w mózgu Avery. Price, słyszała już to nazwisko.

Pani Jackson poszła do kuchni, mrucząc pod nosem nieprzychylne uwagi pod adresem gościa.

– Price? Zapewne Marcus Price z Waverly’s w Nowym Jorku? – upewniła się Avery.

Dom aukcyjny prowadził wyprzedaż majątku matki jej przyjaciółki. Pojechała wspierać Macy, więc wiedziała, ile ją kosztowało rozstawanie się z pamiątkami z dzieciństwa, niezależnie od tego, czy wszystkie budziły miłe wspomnienia. Avery postanowiła, że nic jej nie skłoni do pozbycia się rodowych skarbów. Na szczęście ma ten luksus, że ojciec zapewnił jej komfortowe życie.

– To dla mnie zaszczyt, że pamięta pani moje nazwisko. – Mężczyzna miał uwodzicielski uśmiech. Naprawdę można stracić dla niego głowę.

– Proszę nie liczyć na szczególne względy – odparła chłodno, choć jego bliskość zbijała ją z tropu. – Wyraźnie mówiłam, że nie mam zamiaru pozbyć się kolekcji zgromadzonej przez mojego ojca. Traci pan czas.

Znowu się uśmiechnął, a ona pomyślała, że wrodzony wdzięk otwiera mu wiele drzwi. Świetnie zna takich mężczyzn jak on: pewnych siebie, bezczelnych. Miał te cechy, których jej brakuje, a jednak tym razem czeka go rozczarowanie.

– Warto było przylecieć do Europy, żeby panią poznać.

Trudno nie zauważyć aluzji, że chętnie zacieśniłby tę znajomość.

– Pochlebstwa na mnie nie działają, panie Price. Lepsi od pana połamali sobie zęby.

– Mam na imię Marcus.

– Niczego nie sprzedaję, Marcusie. Czemu zawdzięczam tę wizytę?

– Pani asystent, David Hurley, umówił nas na spotkanie już dwa tygodnie temu. Sądziłem, że panią uprzedził. – Dostrzegł gniew w jej oczach, więc skończył pojednawczo: – Przykro mi, że o niczym pani nie wiedziała. Byłem pewien, że jest pani otwarta na sugestie z naszej strony.

Dobry jest. Czarujący, szczery – Avery mogłaby się nabrać, gdyby nie podejrzenie, że Marcus Price w jakiś sposób przekupił Davida. Do tej pory uważała, że asystent, który przez wiele lat był sekretarzem ojca, jest poza wszelkim podejrzeniem, ale się pomyliła. Nie przychodziło jej do głowy, jak inaczej Marcus Price umówił się na spotkanie, skoro jej instrukcje były wyraźne – żadnych kontaktów z domami aukcyjnymi. Trzeba będzie przeprowadzić rozmowę z Davidem, co nie jest łatwe, zważywszy na to, że został w Los Angeles. Jeśli nie ma w zanadrzu wiarygodnego usprawiedliwienia, to chyba go zwolni, mimo wielu lat nienagannej pracy. Zaufanie łatwo jest podważyć, ale trudno je odzyskać.

– Podano kawę. – Avery nie zamierzała zwierzać się nieznajomemu ze swoich rozterek. – Zapraszam na taras.

– Dziękuję. – Gestem wskazał, że podąży za nią.

Czuła na plecach jego wzrok, gdy prowadziła go ścieżką przez ogród. Miło by było mieć na sobie coś bardziej twarzowego niż stare dżinsy i poplamiona farbami koszulka, pomyślała i zaraz się skarciła za kokieterię. Przecież nie będzie się krygować przed Marcusem. Nie interesują go jej wdzięki, tylko kolekcja impresjonistów, którą ojciec zgromadził przez ćwierć wieku. Zapewne wystawienie jej na sprzedaż byłoby kolejnym szczeblem jego kariery.

Gdy weszli na taras, pani Jackson już tam była z wózkiem pełnym filiżanek, talerzyków, imbryczków i miseczek. Starannie nakryła mały żelazny stolik. Avery wskazała Marcusowi krzesło.

– Mleko czy śmietanka? – spytała uprzejmie, nalewając aromatyczny płyn ze srebrnego imbryka zdobionego rodowym herbem jej brytyjskiej matki.

– Dziękuję, piję czarną.

– Cukier? – Nieżyjący rodzice byliby dumni, że tak wzorowo wywiązuje się z towarzyskich obowiązków.

– Dwie łyżeczki, proszę.

– Dwie? – upewniła się uprzejmie. – Ach, rozumiem.

– Myśli pani, że nie zaszkodzi mi odrobina słodyczy? – spytał z uśmiechem.

– To pan powiedział, nie ja.

Zręcznie wrzuciła srebrnymi szczypczykami dwie kostki cukru i podała gościowi filiżankę.

– Dziękuję. – Zaczął mieszać kawę.

Avery nie mogła oderwać wzroku od jego dłoni. Piękne długie palce, mocne zręczne ręce. Mogły należeć do artysty, ale i człowieka nawykłego do pracy fizycznej. I znowu zaskoczyła ją fala sympatii do przybysza. Zamieniam się w dzikuskę, pomyślała, skoro obecność mężczyzny tak na mnie działa. Rzeczywiście, od śmierci ojca zamknęła się w swoim londyńskim domu i odcięła od kontaktów ze znajomymi, nie licząc jednej wyprawy do Nowego Jorku, by pocieszyć Macy po śmierci jej sławnej mamy i trzymać ją za rękę w czasie licytacji majątku. Pora na zmiany. Czy to nie Macy zasugerowała jej żartobliwie, że powinna się umówić z Marcusem, choćby dla przyjemności popatrzenia na niego?

Zły pomysł. Marcus Price jest dla niej zbyt cwany.

– A wracając do kolekcji Cullena – zaczął.

– Nie zamierzam jej sprzedać. Ile razy mam to jeszcze powtarzać?

Można stracić cierpliwość. Nie spodziewała się zrozumienia dla swojej decyzji. W końcu obrazy znajdowały się w rodzinnej posiadłości w Los Angeles i zapewne pokrywały się kurzem. Myśląc logicznie – powinna wypożyczyć kolekcję jakiemuś muzeum albo galerii, gdzie byłaby podziwiana i doceniona. Problem w tym, że nie potrafiła się z nią rozstać. Ojciec przez całe życie kupował obrazy impresjonistów. Pamiętała, z jaką radością i dumą prezentował swoje kolejne nabytki.

Forrest Cullen kochał te obrazy. Avery często była o nie zazdrosna, choć nie wątpiła, że ojciec na swój powściągliwy sposób darzył ją rodzicielskim uczuciem. Matkę ledwo pamiętała, umarła, kiedy Avery miała pięć lat. Została z ojcem, który sprawiał wrażenie nieobecnego, a mimo to dziewczynka uwielbiała go bezkrytycznie. Avery uważała, że Forrest miał w życiu dwie wielkie miłości – żonę i kolekcję. Po jego śmierci obrazy stanowiły ostatnie ogniwo łączące ją z ojcem. Obrazy i może jeszcze ogród wokół ich domostwa w Londynie. Ojciec spędzał w nim długie godziny, przycinając krzewy, sadząc kwiaty albo po prostu znajdując ukojenie w kontakcie z naturą. Kiedy tu rozstawiała sztalugi, czuła się, jakby stał za jej plecami.

Marcus przerwał ciszę i wytrącił ją z sentymentalnych wspomnień.

– Pewnie zdaje sobie pani sprawę z tego, ile ta kolekcja jest warta, jeśli się trafi z ofertą do właściwych miłośników sztuki?

– Niech się pan rozejrzy. Czy wyglądam na osobę, która musi liczyć się z każdym dolarem?

– Proszę o tym pomyśleć inaczej. Obrazy trafiłyby w ręce ludzi, którzy będą się nimi zachwycać.

Avery zesztywniała. Czyżby David powiedział temu człowiekowi, że większość płócien jej się zwyczajnie nie podoba? Nie, chyba nawet przed nim się nie zdradziła.

– Sugeruje pan, że nie doceniam kolekcji ojca? To bezpodstawny zarzut – oburzyła się.

Marcus przyjrzał jej się uważnie, mrużąc oczy. Avery poczuła się nieswojo, gdy ją tak świdrował wzrokiem. Miała ochotę poprawić włosy i dyskretnie sprawdzić, czy nie ma farby rozmazanej na policzku.

– Jestem przekonany, że ma pani swoje powody, ale przy odrobinie zachęty każdy może zmienić zdanie.

Roześmiała się. Co za tupet!

– Nie interesują mnie zachęty, panie Price. – Celowo wróciła do nazwiska. – Skoro skończył pan kawę, pani Jackson odprowadzi pana do wyjścia.

– Wraca pani do malowania? – Nawet nie drgnął.

– Zdaje się, że już pan wychodzi? – powtórzyła, podnosząc się z krzesła.

– Mam na imię Marcus. – Wyciągnął rękę i delikatnie dotknął jej palca poplamionego zieloną farbą. – Chętnie bym podyskutował z malarką na temat sztuki.

Na chwilę przyjemność płynąca z jego dotyku stłumiła irytację. Gdyby spotkała go w innych okolicznościach, chyba pocałowałaby go pierwsza, by sprawdzić, czy smakuje tak słodko jak jego słówka.

Ptak na pobliskim drzewie zaskrzeczał i urok prysł jak bańka mydlana. Życie nie składa się z przelotnych przyjemności, a romans z Marcusem zaprowadzi ją donikąd. Życie jest więcej warte – ona jest więcej warta. Avery uwolniła rękę.

– Przykro mi, nie mam ochoty na dyskusję.

– A jednak przez cały czas zastanawia się pani, dlaczego pani obraz nie jest taki jak w wyobraźni. Czego w nim brakuje.

To było wyraźne wyzwanie.

– Brakuje? – Uniosła brwi.

– Mówiąc nieskromnie, znam się na malarstwie.

– Może na sprzedawaniu obrazów.

– Przede wszystkim na rozpoznawaniu prawdziwych dzieł sztuki. – Oznajmił to bez żartobliwej nuty w głosie. Wyraźnie uraziła jego zawodową dumę.

– No dobrze, proszę mi powiedzieć, gdzie zrobiłam błąd – odparła wyzywająco. Z pewnością nie wytknie jej niczego, na co sama nie wpadła wcześniej.

– Problem tkwi w świetle.

– Świetle? – Idiotycznie się zachowuję, powtarzając jego słowa jak papuga, pomyślała.

– Pokażę pani.

Zanim zdążyła zaprotestować, wziął ją za rękę. Z jakiegoś powodu był to gest tak naturalny, jakby się znali od lat. Pozwoliła się zaprowadzić z powrotem do rozstawionej w ogrodzie sztalugi.

– Na płótnie brakuje światła – stwierdził, wskazując na nieukończony obraz w intensywnych jesiennych kolorach. – Widzi pani? Tu. I jeszcze tutaj. Gdzie się podziało słońce, gdzie jest ciepło, blask? Gdzie ostatnie pocałunki lata?

Olśniło ją. Jak to się stało, że sama na to nie wpadła? Jego uwaga była niezwykle celna. Nie traciła czasu. Rozrobiła farbę na palecie i czystym pędzlem naniosła drobne plamki na fragment płótna.

– O to chodziło? – zapytała, podziwiając efekt.

– Właśnie tak. Zna się pani na rzeczy. Czemu pani to przegapiła?

– Od pewnego czasu w moim życiu brakuje światła i najwyraźniej przestałam go szukać wokół siebie...

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: A Silken Seduction

Pierwsze wydanie: Harlequin Desire, 2012

Redaktor serii: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska

© 2012 by Harlequin Books S.A.

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2014

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Gorący Romans są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

ISBN: 978-83-276-0735-5

GR – 1043

Konwersja do formatu EPUB/MOBI:

Legimi Sp. z o.o. | Legimi.com