W płomieniach. Cztery żywioły tom 1 - Magdalena Szponar - ebook
NOWOŚĆ

W płomieniach. Cztery żywioły tom 1 ebook

Magdalena Szponar

4,5

168 osób interesuje się tą książką

Opis

Pełny zmysłowości i nieszablonowego humoru debiut

o płomiennym uczuciu. Trzyma w napięciu do ostatniej strony.

 

Kiedy Rafał wyciąga drobną kobietę z pożaru, nie wie jeszcze, że jego cały świat runie w posadach. Dla niej złamie wszystkie swoje zasady. Dla niej zaryzykuje własne życie. Czy to wystarczy Marcie, gdy pozna prawdę o mężczyźnie, który wcale nie jest bohaterem? Jak potoczą się losy dwóch osób różniących się od siebie niczym woda i ogień? Czy płomień namiętności wystarczy, by uchronić rodzące się uczucie?

 

W płomieniach” to pierwsza część cyklu „Cztery żywioły”, który łączy jedno – gorące, namiętne uczucie wystawione na próbę. Bohaterowie powieści będą musieli walczyć z demonami przeszłości, by wygrać w najważniejszym starciu swego życia. A stawką będzie miłość.

 

Magdalena Szponar podczas pierwszego lockdownu postanowiła sięgnąć po swoje marzenie i napisać książkę. Stworzyła historię, która rozpali Wasze zmysły!

 

Miłość, która narodziła się z płomieni. Historia, która już na początku chwyciła mnie za serce oraz gardło i nie puszczała do samego końca. Gorąco polecam!

Agnieszka Siepielska, autorka bestsellerów

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
ElzMan

Nie oderwiesz się od lektury

Książka od początku do końca trzyma w napięciu, świetnie się ją czyta. Fabuła ciekawa i wciągająca.
00

Popularność




PROLOG

Pięć minut. To czas, który decyduje o życiu i śmierci. Tyle masz, kiedy przestaniesz oddychać. Tyle, by ktoś cię znalazł. Uratował. Tyle, by zmienić całe twoje życie. Nie wiem tylko, czy na lepsze.

1

MARTA

Ciepło. Gorąco. Nie mogę oddychać. Budzę się. Wszystko wokół mnie jest czerwone. W pierwszej chwili nie wiem, co się dzieje. Nie rozumiem, wyrwana ze snu, impuls dociera zbyt późno do mózgu. Próbuję wstać. Tracę przytomność.

2

RAFAŁ

– Straż pożarna! Jest tam ktoś? Odezwij się, jeśli mnie słyszysz!

Nie czekam na odpowiedź. Kopniakiem rozwalam kolejne drzwi tego pokręconego mieszkania, szukając kobiety, która według sąsiadów powinna tu być. To ostatni moment. Właściwie już powinienem stąd spadać. Zaraz cały budynek szlag trafi. I mnie przy okazji też. Intuicja zmusza mnie jednak do kolejnych kroków naprzód. Kiedyś przez nią zginę.

Wchodzę do pomieszczenia, które musi być sypialnią. Rozglądam się, wszędzie jest dym. Płomienie dotarły również tu. Słyszę przez radio dowódcę, każe się wycofywać. Jasne – jakbym kiedykolwiek słuchał tego głupka, który w mojej głowie już zasłużył na miano „oficer pizda”.

Nagle dostrzegam kształt za łóżkiem pod oknem. To musi być ona. Podchodzę bliżej i widzę skromną koszulkę opinającą niesamowicie drobne ciało.

– Hej! Słyszysz mnie?

Nie odpowiada. Nie mam już czasu na zabawę. Przerzucam ją sobie przez ramię i trzymam jedną ręką chwytem strażackim. Drugą zgarniam koc i staram się okryć nieprzytomną kobietę. Dociera do mnie, jaka jest lekka. Uciekam z tego piekła. Najwyższa pora.

Ledwie zdążam przejść przez próg kamienicy, kiedy dociera do mnie irytująco piskliwy głos.

– Rafał, do jasnej cholery, popierdoliło cię?

W tym samym momencie słyszę za plecami wybuch. W ostatniej chwili udaje mi się osłonić kobietę tak, by nie oberwała jeszcze bardziej. Pewnie butla z gazem nie wytrzymała napięcia. Na szczęście budynek stoi, jak stał, jedynie z szeroko otwartych drzwi, przypominających wrota do Hogwartu, unosi się dym i kurz. Patrzę w górę. Trzecie piętro, a właściwie poddasze, gdzie znajdowało się mieszkanie mojej ofiary, częściowo przestało istnieć. Okiennice pozbawione są szyb, w dachu widać sporą dziurę, brakuje też fragmentu ściany w pomieszczeniu, które z pewnością musiało być kuchnią. Dopiero teraz dostrzegam wokół mnie szkło i gruz.

Patrzę na kobietę, którą nadal trzymam w ramionach. Wygląda, jakby spała. Jej kruczoczarne włosy swobodnie opadają gęstą kaskadą loków na moje kolana. Ostre rysy twarzy są złagodzone przez piękne usta – pełne, czerwone, stworzone do pocałunków. Natychmiast odpycham te myśli i energicznie wstaję.

I pomyśleć, że to wszystko wydarzyło się w ciągu kilku chwil. Rozglądam się, żeby wzrokiem wyłowić ZRM-kę. Wszystko spowija kurz. W oddali widzę mojego dowódcę, który wciąż kuca, trzymając się za głowę. Baran wstaje i podchodzi do mnie:

– Czy tobie życie niemiłe?! – drze się.

Omijam go i podchodzę do ratowników. Kładę dziewczynę na noszach i powoli się cofam. Nikt nie lubi, gdy inni wpieprzają mu się w pracę. Jednak nie mogę odejść. Chcę wiedzieć, co z nią.

– Nie oddycha. Intubujemy. Dawaj defibrylator.

Ratownicy skaczą nad nią, próbując coś zrobić.

– Migotanie. Uwaga, odsunąć się!

Widzę, jak jej ciałem wstrząsają kolejne wyładowania AED. Nic z tego. Brak reakcji. Cholera, nie powinienem tu być. Nie muszę patrzeć, jak umiera na mojej służbie. Jeden z ratowników uciska klatkę piersiową dziewczyny, drugi przygotowuje maszynę do kolejnego wyładowania.

– Nie poddawaj się, mała – mówię bardziej do siebie niż do niej.

Wyładowanie. Nagle jej oczy otwierają się, patrzy wprost na mnie. Widzę błysk paniki. I już jej nie ma. Drzwi karetki zostają zamknięte.

– Dokąd ją bierzecie? – pytam, choć pewnie byłoby dla mnie lepiej, gdybym tego nie wiedział.

– Do Świętej Teresy.

Stoję jak zaczarowany, patrząc na oddalające się światła ambulansu. Nie, nie pojadę sprawdzić, co z nią. Nie ma, kurwa, takiej opcji.

– Michalski! Do mnie!

Pięknie. Słuchając drącego się dowódcy, myślami jestem już we własnym mieszkaniu, gdzie czeka na mnie butelka whisky. Nienawidzę porannych wyjazdów, w których powinna brać udział kolejna zmiana, gdyby tylko ci idioci potrafili szybciej się przebierać. Osobiście uważam, że trzecia zmiana to, zaraz po piekle, najlepsze miejsce dla wszystkich cieniasów i obiboków.

Zapytacie pewnie, czy to normalne pić koło dziewiątej rano? A kto mi, kurwa, zabroni?!

3

RAFAŁ

Wracamy do remizy. Po wstępnych oględzinach stwierdziłem, że pożar w kamienicy był co najmniej dziwny. Jednak od pewnego czasu nikt nie chce brać pod uwagę mojej opinii. Co w zasadzie mnie nie dziwi.

Zdążyliśmy tylko minąć bramę, kiedy usłyszałem kumpla:

– Oho, stary już pewnie wie o twojej akcji. Wygląda jak wkurwiony byk podczas corridy.

– No co ty nie powiesz. Spodziewałeś się czegoś innego po naszym oficerku piździe? Pewnie jeszcze na miejscu dzwonił, by się poskarżyć – odpowiedziałem konspiracyjnym szeptem.

– Wciąż nie rozumiem, dlaczego tak nazywasz Irka. To spoko gość – szepnął mój najlepszy kumpel, Olek, a ja pierwszy raz w życiu miałem ochotę obić mu mordę.

Chyba wyczytał co nieco z mojego wzroku, bo już więcej się nie odezwał. Wysiadłem z auta wprost przed komendantem.

– Do mnie – usłyszałem.

– Tak jest – odpowiedziałem, choć wiem, że to tylko bardziej go wkurzyło.

Energicznym krokiem zbliżałem się do biura szefa, po drodze nie zapominając oczarować pięknym uśmiechem jego sekretarkę. Dziewczę momentalnie oblało się czerwienią. Ciekawe. Kiedy ostatnio wyprawiałem cuda z jej ponętnymi usteczkami, nie rumieniła się, tylko błagała o więcej.

– Rafał, zamknij drzwi – szef odezwał się niepokojąco spokojnie.

Kiedy to zrobiłem, kontynuował:

– Irek powiedział mi, co zrobiłeś dzisiaj na akcji. W sumie to gratuluję. Dzwoniłem do szpitala. Dziewczyna nie odzyskała świadomości, ale przeżyje. Gdyby nie ty, w tej chwili technicy wyciągaliby jej zwęglone zwłoki.

– Dzięki, szefie – odpowiedziałem zachowawczo, bo byłem pewien, że nie po to mnie wezwał, żeby dawać mi medal. Swoją drogą, muszę przyznać, że ta informacja mnie ucieszyła. A dawno nie dopuszczałem do siebie takich uczuć.

– Jednak mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że gdyby nie bohaterski czyn, o którym już trąbią media, byłbyś zawieszony. Ostatni raz zakopuję pod dywan twoją niesubordynację. Czas się otrząsnąć, Rafał. Nie chcę stracić kolejnego strażaka. Nie możesz tak ryzykować.

– Szefie…

– Nie… Wysłuchaj mnie i wyjdź. Mam nadzieję, że tym razem coś do ciebie dotrze. Jesteś moim najlepszym człowiekiem. Masz coś, co widziałem u niewielu strażaków. Intuicję i odwagę. Niestety, wszyscy, którzy to mieli, już nie żyją. Jeżeli jeszcze raz nie posłuchasz rozkazu, wypieprzę cię stąd na zbity pysk. Wolę skończyć twoją karierę, niż odwiedzać kolejny grób.

Przez chwilę patrzyłem w oczy osobie, dzięki której w ogóle jestem strażakiem. Komendant Andrzej Dąbrowski był najlepszym przyjacielem mojego ojca. I zastąpił go, kiedy ten zginął w trakcie akcji. Rozumiałem go. Po stracie kogoś, kto był dla niego jak brat, nie chciał powtórki z przybranym synem. Dlatego przełknąłem odpowiedź i wyszedłem bez pożegnania.

Zabrałem swoje rzeczy z szatni i skierowałem się na parking. Mimo wszystko widok mojego mustanga zawsze działał na mnie kojąco. Wsiadłem do czerwonej bestii i już po półgodzinie siedziałem w swoim mieszkaniu ze szklaneczką brązowego płynu, który palił przełyk. Tego właśnie potrzebowałem. Powoli zacząłem analizować wydarzenia dzisiejszego poranka. Ten pożar wydawał mi się dziwny. Niby wszystko normalnie, stara kamienica, pewnie instalacja elektryczna jeszcze starsza, ale… no właśnie. Dałbym sobie rękę uciąć, że szukając tej dziewczyny, widziałem wyraźnie ślady świeżego cekolu na ścianach, zapewne po remoncie. Wyglądało to tak, jakby ktoś zmieniał kable. Więc nie mógł to być pożar instalacji. W takim razie co? Jednak wiedziałem, że nikt nie posłucha moich sugestii. Nie po tym, co odwaliłem w sprawie Krystiana. Straciłem wtedy rozum i trzeźwość osądu sytuacji. Ale, kurwa, nie często traci się przyjaciela z tak durnych powodów.

Następnego dnia obudziłem się z potwornym kacem. Powrót do rzeczywistości okazał się trudny i usiany wieloma pułapkami. W końcu udało mi się zwlec dupsko z łóżka i w miarę ogarnąć, by przypominać bardziej siebie niż żula spod monopolowego. Po południu postanowiłem pobiegać. Od wczoraj nie mogłem pozbyć się z głowy obrazu oczu tamtej dziewczyny. Ten kolor określa się mianem „piwne”, jednak w jej przypadku były bardziej złote, miejscami zielonkawe. Wręcz nienaturalnie jasne w porównaniu z ciemnymi włosami i kaskadą czarnych, długich rzęs. Wyglądały jak oczy dzikiego kota. Kurwa, robię się sentymentalny. Po kilku kilometrach ostrego biegu powinno mi przejść.

Biegałem już od godziny, a mój zegarek pokazywał niezły wynik. Zatrzymałem się i rozejrzałem. Nawet nie wiem kiedy i jak, ale znalazłem się pod szpitalem Świętej Teresy. Kurwa. Freud by się ucieszył. Dochodziła osiemnasta. Świetnie, godziny wizyt skończone, więc wejdę tylko zapytać, co z nią.

– Cześć, Anka! – przywitałem się z pigułą, która siedziała za kontuarem rejestracji i przeglądała karty pacjentów.

– Ooo… – zdziwiła się i dopiero po chwili odzyskała rezon. Przyznam się, jakiś czas temu ją przeleciałem. I nie zadzwoniłem. Wiem, jestem chamem. – Rafał. Miło cię widzieć. Chociaż wiesz co, w sumie nie. Jesteś skończonym dupkiem – powiedziała, jednak nie dało się nie zauważyć błysku rozbawienia w jej oczach.

– Cóż, nigdy nie mówiłem, że jestem kimś innym, kotku – odparłem i zaserwowałem jej mój najbardziej kuszący uśmiech.

– A ja nigdy nie mówiłam, że chcę od ciebie czegoś więcej niż to, co dostałam – powiedziała i ponętnie oblizała wargi. – Więc gdybyś miał ochotę na powtórkę, to przypomnij sobie, gdzie schowałeś mój numer.

– Nie omieszkam. Teraz jednak mam do ciebie prośbę.

– Lubię twoje prośby. Szczególnie, jeśli w zamian będziesz mi coś winien – kokietowała mnie nadal.

– Chodzi o dziewczynę. – Dałbym sobie uciąć rękę, że w jej oczach zobaczyłem czystą żądzę mordu. – Ofiarę. Wczoraj przywieźli ją z pożaru na Chełmońskiej. Nie wiem, jak się nazywa. To ja ją wyciągnąłem. Chciałbym dowiedzieć się, czy dała radę.

– O, jasne – odpowiedziała z wyraźnymi wyrzutami sumienia. – Zaraz sprawdzę. – Zaczęła klikać w klawiaturę komputera i po chwili między jej z pewnością nienaturalnymi brwiami pojawiła się bruzda. – Nie odzyskała jeszcze świadomości. Jutro mają robić jej badania. Boją się, że są jakieś uszkodzenia mózgu. Długo nie oddychała. – Spojrzała na mnie. – Jeśli chcesz ją zobaczyć…

– Nie, dzięki. Wpadnę za parę dni.

Czym prędzej opuściłem szpital. Cholera, ratować kogoś po to, by do końca życia był roślinką? Kurwa.

4

RAFAŁ

kilka dni później

Minęło już kilka dni od mojej wizyty w szpitalu. Nie mogę się zebrać, aby jechać tam ponownie. Chyba nie chcę poznać prawdy. Tymczasem czeka mnie kolejna służba. Na szczęście wczoraj dość szybko skończyłem mój romans z Johnnym Walkerem, więc jestem w miarę dyspozycyjny. Jednak na wszelki wypadek do pracy pojechałem taksówką. To się, kurwa, nazywa odpowiedzialność. Ojciec byłby ze mnie dumny. Ale nie żyje, więc nie będzie.

– Dzień dobry! – Wchodząc do remizy, usłyszałem powitalne skomlenie Młodego. Już czułem, że to będzie piękny dzień.

– Spierdalaj – odpowiedziałem.

Młody zatrzymał się nagle, o mało nie przewracając się przy tym przez własne nogi. Pięknie. Od dziś muszę niańczyć jakiegoś głupka z castingu do straży. Jest u nas taka niepisana umowa, że aspirant z podziału dostaje pod opiekę świeżaka. Młody parę tygodni temu skończył kurs i myśli, że będzie bohaterem. To się, kurwa, zdziwi.

– Młody… – zawołałem.

– Mam na imię…

– Gówno mnie to obchodzi. Póki co jesteś „Młody”. Widzisz tamtego mana?

– Widzę.

– Ma lśnić. Przed śniadaniem – rozkazałem i, nie powiem, czułem się z tym zajebiście dobrze.

Odchodząc, spojrzałem na jego rozdziawioną gębę i młodziutką twarz, wyrażającą szok… i wkurwienie. Dobrze, bardzo dobrze. Nic mnie nie cieszy bardziej niż temperowanie niepokornych charakterów.

– Michalski! – usłyszałem głos komendanta. – Mogę cię prosić?

– Jasne, szefie – odpowiedziałem i jak za każdym razem, gdy mnie wołał, zastanawiałem się, dlaczego zawsze zwraca się do mnie po nazwisku. Za cholerę nie kumam tego całego pieprzonego psychologicznego zachowywania dystansu w pracy. Kiedy Andrzej pije u mnie wódkę, jakimś cudem staję się „Rafałem”. – Co jest? – zapytałem, zastanawiając się, czy Młody zdążył się poskarżyć.

– Nic takiego. Chodzi o tę dziewczynę z ostatniego pożaru na Chełmońskiej.

Momentalnie stężałem. Nie pojechałem do szpitala, żeby nie wiedzieć, co z nią. I chyba, sądząc po minie szefa, nie usłyszę niczego dobrego.

– Obudziła się. Niewiele pamięta. Jej lekarz prosił, żebym wysłał do niej strażaka, który ją ratował. Ciągle o ciebie pyta.

Milczałem. Bo i co, do jasnej cholery, miałbym powiedzieć?

– Rozumiem, że pojedziesz tam zaraz po służbie. Nie wiem, o co chodzi dokładniej. Była tam policja, u nas zresztą też. Coś im nie pasuje z tamtym pożarem, a dziewczyna chyba nie umie im pomóc.

– Jasne, szefie.

Wyszedłem na korytarz i byłem tak roztrzęsiony, że zignorowałem Hankę, sekretarkę szefa, która coś do mnie mówiła. Skierowałem się w stronę koszar, a stamtąd prosto na dach naszej remizy. Nikt oprócz mnie tam nie zagląda. No, przynajmniej do niedawna. Wcześniej byli jeszcze Krystian i Olek. Ale o tym nie mam siły myśleć. Usiadłem na murku i zastanawiałem się, co dalej zrobić. Nie lubię zgrywać bohatera, nie kręci mnie ten cały splendor, łzy wzruszenia ludzi, których udało się uratować. Wolę o sobie nie słuchać. To, że ktoś zawdzięcza mi życie, nie oznacza jeszcze, że jestem dobrym człowiekiem. Bo, uwierzcie mi, nie jestem.

5

MARTA

Obudził mnie potworny ból. Nerwowo zaczęłam naciskać guzik na pilocie, który mam stale pod ręką. Po chwili zjawiła się pielęgniarka, pod nosem szeptała jakieś uspokajające słowa, podkręciła dawkę środków przeciwbólowych i znikła. Powoli uspokajałam skołatane nerwy. Rwący ból pleców zaczynał się zmniejszać. Większość czasu spędzałam na boku lub na brzuchu. Ignorowałam lekarzy. Jak mogłabym chcieć słuchać o swoich obrażeniach, kiedy nie pamiętam, dlaczego tu jestem? Wiem, że wracałam do domu z pracy. Wiem, że weszłam do mieszkania, rozebrałam się i przez przypadek rozsypałam wszystkie sprawdziany, jakie trzymałam pod pachą. Wiem też, że spłonęły one wraz z moim mieszkaniem. Nie wiem natomiast, co działo się dalej. Jedyne, co pamiętam boleśnie wyraźnie, to ciemne oczy strażaka, który wpatrywał się we mnie, kiedy zabierało mnie pogotowie. Od tamtej chwili wszystko jest aż nazbyt wyraźne, a w szczególności ból.

Nagle usłyszałam jakieś zamieszanie na korytarzu. Głos mężczyzny zdecydowanie górował nad świergotaniem młodziutkiej siostry. Drzwi do mojej sali otworzyły się. Nic nie widziałam, ponieważ leżałam twarzą do okna, a zmiana pozycji nie wydawała mi się nawet możliwa. Ktoś powoli zbliżał się do mojego łóżka. Z każdym jego krokiem po mojej skórze przebiegały dreszcze. Miałam wrażenie, że całe pomieszczenie zaczęło się elektryzować. Mężczyzna stanął przede mną. Podsunął sobie krzesło i usiadł. Pochylił się, opierając przedramiona na kolanach i spojrzał w moje oczy. To On.

– Hej – słysząc tembr jego głosu tak blisko mnie, nie mogłam złapać tchu. – Pamiętasz mnie?

Jak mogłabym zapomnieć… Nie potrafiłam jednak wydusić z siebie słowa. Nieznajomy wpatrywał się we mnie, milcząc. Po chwili zmarszczył brwi. Pewnie pomyślał, że przez środki przeciwbólowe nie ma ze mną kontaktu. Starałam się odezwać, jednak z mojej krtani wydobył się jedynie dziwny skrzek.

– Ciiii. Spokojnie, nie musisz nic mówić. To ja byłem wtedy… podczas pożaru… – wyraźnie nie wiedział, jak ze mną rozmawiać. Jednak ja wszystko rozumiałam. To on mnie uratował. – Chciałaś mnie widzieć, pytałaś o mnie.

– Pić – udało mi się wydusić z siebie. Mężczyzna podsunął mi szklankę wody. Piłam przez słomkę i czułam, że moje struny głosowe wracają na swoje miejsce. – Dziękuję. – Mówienie nadal sprawiało mi trudność, ale bardzo chciałam z nim porozmawiać.

– Nie ma za co. Jak się czujesz? – zapytał, lecz zanim zdążyłam odpowiedzieć, zaśmiał się. – Głupie pytanie. Słuchaj, chciałbym ci jakoś pomóc, ale nie wiem jak.

– Pomogłeś. Wtedy. Ja… po prostu myślałam, że jeśli cię zobaczę, przypomnę sobie, co się stało – powiedziałam i jednocześnie się skrzywiłam. Chyba jednak przeceniłam swoją krtań.

– Ciii. Nic już nie mów. Odpoczywaj. Wrócę innego dnia.

Po tych słowach wyszedł, nie dając mi nawet odpowiedzieć. W następnej chwili odpłynęłam, a ostatni obraz zapamiętany przez mój mózg to niesamowicie ciemne oczy.

6

RAFAŁ

Uciekłem. Tak, jestem śmiesznym tchórzem. Zamiast przy niej posiedzieć, uspokoić, cokolwiek. Wychodząc ze szpitala, miałem ochotę w coś porządnie walnąć. Kiedy w końcu pielęgniarki dopuściły mnie do jej łóżka, zobaczyłem najpierw plecy owinięte w masę bandaży. Nie wyglądało to za dobrze.

W jakiś chory i niewytłumaczalny sposób czułem się za to odpowiedzialny. Mogłem wejść do sypialni szybciej. Cholera, przecież nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że nad ranem większość ludzi spędza czas właśnie w tym pomieszczeniu. Z drugiej strony wiem, że uratowałem jej życie. Przykra była jedynie świadomość, że bardzo długo będzie pamiętała o tamtych wydarzeniach.

Czułem jednak, że muszę być ze sobą szczery. Obiecałem sobie to po tamtym pożarze, rok temu. Gdyby chodziło o jakąkolwiek inną osobę, prawdopodobnie nie przejąłbym się jej stanem. O, taki ze mnie zimny drań. Nie zrozumcie mnie źle. Po prostu jeśli jesteś strażakiem, przyzwyczajasz się w swoim życiu do paskudnych widoków. Poparzone albo spalone ciała to jedynie wierzchołek góry. Natomiast w tym konkretnym przypadku chodzi o coś innego. Cholera, nie potrafię przestać myśleć o tej dziewczynie. Jej kocie oczy zahipnotyzowały mnie już wtedy na akcji, a dzisiaj to wrażenie zostało jedynie spotęgowane. Włosy na karku zjeżyły mi się zaraz po przestąpieniu progu jej sali. Mimo całej aparatury, kilometrów bandaży, włosów, które swojej świeżości już chyba nawet nie pamiętały, była nieziemsko piękna. Jej ciało było drobne. Zauważyłem to już wtedy, gdy wyciągałem ją z płonącego budynku. Miałem wrażenie, że mógłbym zmieścić jej talię w swoich dłoniach. Najlepiej biorąc ją od tyłu… Cholera, nie powinienem tak o niej myśleć! Jest ofiarą, przeszła piekło, a ja zastanawiam się tylko, jak słodko wyglądałby jej tyłeczek, gdyby… Powinienem się leczyć.

7

MARTA

Minęły dwa dni od wizyty mojego strażaka. W myślach lubię go tak nazywać, chociaż wiem, że to żałosne i śmieszne. Taki mężczyzna jak on nigdy nie zainteresowałby się dziewczyną taką jak ja. Nie chodzi o to, że nie jestem ładna. Wręcz przeciwnie, uważam, że mam całkiem kobiecą figurę. Wąska talia, zgrabny tyłek i dość spore piersi jak na moją drobną posturę to dar od losu, któremu jestem naprawdę bardzo wdzięczna. Do tego czarne włosy, układające się w naturalne fale i oczy, tak podobne do oczu mojej mamy. Kocie, wyraziste. Mówią mi, że widać w nich wszystkie emocje. To z kolei niedobrze. Nie każdy lubi się odsłaniać przed innymi. No właśnie, tym samym przechodzimy do meritum. Otóż mój strażak nie może być prawdziwie mój, bo ktoś taki jak on może mieć każdą kobietę. Jest niesamowicie, wręcz nieprzyzwoicie przystojny. I cholernie pewny siebie, co było widać w jego ruchach, spojrzeniu, postawie. A ja przy nim jestem zwykłą szarą myszką. Początkującą nauczycielką ze spalonym mieszkaniem na kredyt. Przesadnie skromną i oblewającą się rumieńcem zawsze, kiedy spojrzy na mnie jakikolwiek facet. Jestem kompletnie niedoświadczona i zielona w kontaktach damsko-męskich, mimo że skończyłam dwadzieścia pięć lat. Powiecie, że jestem wyjątkowa? Nie, kochani, jestem raczej dziwna.

Mimo wszystko nie mogę przestać myśleć o ciemnych oczach, które zahipnotyzowały mnie od pierwszego spojrzenia. Dołączcie do tego gęste, brązowe włosy, zawsze wyglądające tak, jakby ich właściciel dopiero wyszedł z łóżka. I wcale w nim nie spał. Ciekawe, czy jeszcze mnie odwiedzi.

Moje przemyślenia przerwał hałas na korytarzu. Po chwili drzwi sali uchyliły się i zauważyłam w nich zmęczoną twarz taty.

– Cześć, słoneczko. Nie śpisz?

– Tato, jest dwunasta. Szpital niestety nie rozumie, że dla mnie to późny poranek. Podali już nawet obiad! – Starałam się uśmiechnąć, ale wyszedł mi z tego jedynie grymas.

– Jak się dziś czujesz? – zapytał, a ja widziałam, że stara się ukryć zmartwienie.

– Wciąż nie pamiętam, co się stało, odkąd wróciłam z pracy. A policja cały czas o to pyta, jakby myśleli, że tylko udaję.

– Słońce, policjanci chcą po prostu poznać prawdę.

– Tato, nie pamiętam nic, odkąd weszłam do domu po lekcjach. Nie wiem nawet, jak znalazłam się w łóżku.

– Wiem. A czy ten strażak cię odwiedził? – zapytał z większym zainteresowaniem, niż wymagała tego zwykła rozmowa.

– Tato… Nie zaczynaj znowu.

– Słoneczko, ja nic nie sugeruję. Po prostu pytam. Myślałem, że może coś sobie przypomnisz dzięki jego wizycie. Sama tak myślałaś.

– Tak, wiem. Przepraszam. Denerwuje mnie ta cała sytuacja. Wiesz może, jak wygląda mieszkanie? – dopytywałam, bojąc się odpowiedzi.

– Zamieszkasz u mnie. Przynajmniej póki nie wymyślimy czegoś innego.

– Aż tak źle? – Poczułam łzy napływające mi do oczu.

– Słońce, mieszkanie mocno oberwało. Był wybuch butli z gazem. Może gdyby zdarzyło się to w nowocześniejszym budynku…

Widziałam, że nie chciał mi czegoś powiedzieć. Tata nigdy nie był dobry w ukrywaniu uczuć, odziedziczyłam to po nim.

– Tato, o czym mi nie mówisz?

– Ech… Budynek został przeznaczony do rozbiórki. Grozi zawaleniem.

Gdy tylko usłyszałam słowa ojca, wybuchnęłam płaczem. Przecież na to mieszkanie wzięłam kredyt na trzydzieści lat. Gdzie teraz będę żyć? Za co?

Tato przysiadł się do mnie i złapał mnie za rękę. Już wiedział, że moich pleców nie można dotykać, więc odpuścił sobie próby przytulenia.

– Pomogę ci. Masz mnie. Jestem stary, ale na pewno nie zostawię mojego jedynego dziecka w potrzebie.

– Och, tato… – Wtuliłam się w jego dłoń, pozwalając, by łzy wstrzymywane od kilku dni opuściły moje udręczone ciało.

Wydawnictwo Szósty Zmysł

Grupa Wydawnicza Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: [email protected]

www.szostyzmysl.com.pl