W ciemnościach 2 - Adelina Tulińska - ebook + audiobook + książka

W ciemnościach 2 ebook i audiobook

Tulińska Ada

4,3

18 osób interesuje się tą książką

Opis

W mroku łatwo pomylić przyjaciela z wrogiem.

Tym razem Oliwia musi zmierzyć się z ciszą, w której pogrążył się Maks. Kiedy już się wydawało, że jest dla niej nadzieja na spokojne życie, doszło do wypadku, na skutek którego jej mąż zapadł w śpiączkę. Nie wiadomo, czy słowa Oliwii przenikają do jego świadomości, ale faktem jest, że dziewczyna nie ma czasu na zastanawianie się – oto bowiem nieszczęścia dopiero nadciągają i wygląda na to, że będzie musiała stawić im czoła samotnie.

Na początku Oliwia chce zatroszczyć się o interesy męża. Im lepiej poznaje tajniki biznesu Maksa, tym bardziej przeraża ją świat, który odkrywa. Okazuje się, że powiązania z mafią stanowią poważne zagrożenie dla rodziny. Pokryty tatuażami, bezwzględny Igła raczej nie żartuje, kiedy zgłasza się po należne mu pieniądze. Nie wydaje się też, aby chodziło mu wyłącznie o dług. Kim naprawdę jest Igła, co wie o Maksie i jakie ma plany wobec Oliwii? Czy dziewczyna będzie gotowa na kolejne poświęcenia? Jakie niewypowiedziane tajemnice tkwią w uśpionym umyśle Maksa?

Czas się przekonać, czy miłość jest zdolna przezwyciężyć ciemności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 3 min

Lektor: W ciemnosciach 2

Oceny
4,3 (376 ocen)
230
77
42
21
6
Sortuj według:
patrycjakolakowska

Nie polecam

Pierwsza część była słaba, ale druga to już absolutna pomyłka. Kwestie prawne i medyczne - zero researchu. Ale to i tak nic w porównaniu do relacji głównej bohaterki z Igłą. Jakie to były bzdury ciężko wyrazić. Niech za podsumowanie posłuży fakt, że naczelny gangster Poznania (pominę fakt, że sam chodzi po klubach i ściąga haracze - serio?) puszcza wolno dwie osoby będące świadkami popełnionego przez niego morderstwa ze słowami "mam swój honor", o którym to honorze zapominał przez całą książkę. Jeśli do tego dodamy, że główna bohaterka nawet nie poddawała w wątpliwość tego, co jej się przytrafia, nie szukała rozwiązań, biernie poddawała się przemocy, zastraszaniu, odebraniu brata i całej masie nierealnych sytuacji, to mamy gotowy przepis na najsłabszą powieść roku. No i nie zapominajmy, jak ciężko było jej określić czy jednak typa nienawidzi czy pożąda. Było to tandetne i tak oderwane od rzeczywistości, że naprawdę zastanawiam się po co ten twór powstał.
20
Mikuspiotrus

Nie polecam

O ile 1 cześć była dosyć ciekawa… 2 to totalna porażka
10
Kbakula

Dobrze spędzony czas

Zdecydowanie pierwszy tom lepszy. Rozdziały ze wspomnieniami Maksa nie przypadły mi do gustu, za dużo nie wnosiły do fabuły. Dla mnie niestety rozczarowanie.
Iza-Zelazny

Całkiem niezła

Pierwsza część zdecydowanie lepsza.
00
LewandowskaDesign

Z braku laku…

no nie, ktoś tu miał pomysł na inną książkę i na siłę ja wcisną jaka druga część. Przeczytałam do końca ale dużo nerwuw mnie to kosztowało.
00

Popularność




Rozdział 1

Oliwia

Nie chciałam zostawiać Dominika na brzegu, ale nie miałam wyjścia. Widziałam, jak Maksymilian chwyta psa, pomaga mu się od siebie odbić i wypycha go w stronę grubego lodu. Gdy głowa Maksa zniknęła pod wodą, poczułam, jak moje serce zaczyna znowu walić jak młotem. W odruchu paniki sama zaczęłam wysuwać się na lód.

– Pirat, idź stąd! – rozkazałam psu, który nie wiedział, czy ma znowu skakać na ratunek, czy się wycofać.

– Liwka, wracaj na brzeg! – powiedział Maksymilian, próbując się utrzymać na powierzchni wody.

Tak samo jak on przed kilkoma minutami wyciągał rękę do Dominika, ja teraz wyciągnęłam ją do niego.

– Nie – jęknął.

– Zamknij się i daj mi rękę – warknęłam.

– Nie! Wycofaj się na brzeg! Inaczej wpadniemy tutaj razem! – odkrzyknął stanowczo.

Jego pełne usta z każdą sekundą robiły się coraz bardziej sine.

Moje serce szaleńczo pompowało krew, adrenalina szumiała w żyłach. Miał rację. Lód nie utrzyma ciężaru naszej dwójki. Musiałam coś wymyślić, i to szybko!

– Wytrzymaj jeszcze chwilę – poprosiłam i zaczęłam cofać się na brzeg. Pod sobą słyszałam złowieszcze chrupnięcia.

– Dajcie mi swoje paski! – krzyknęłam rozpaczliwie do ludzi. Chwilę patrzyli na mnie zdezorientowani, a potem zaczęli rozpinać kurtki. Jeden z mężczyzn przejął inicjatywę i pomógł mi je ze sobą związywać i spinać. Po długiej minucie, ze sznurem pasków, znowu zaczęłam się wczołgiwać na taflę. Drobinki szronu wzbijały się w powietrze niczym mąka ze stolnicy. Gdzieś w tle usłyszałam dźwięk syreny pogotowia. Miałam wrażenie, że lód syczy pod moim ciężarem ostrzegawczo, ale miałam to gdzieś. Obraz rozmazywał mi się jak pijanej, drobinki szronu wpadały do oczu. Musiałam mu pomóc! Z całej siły rzuciłam końcówką łańcucha, ale w przerębli nikogo już nie było. Co, do cholery!?

Pełzałam szybciej, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Gdy znalazłam się na krawędzi, zaczęłam mącić lodowatą wodę i drzeć się wniebogłosy. Nie przyniosło to pożądanego skutku, Maksymiliana już tu nie było. Próbowałam odgarniać szron z lodu, tak jak wyciera się zaparowane lustro. Głos mi ochrypł. W końcu, w odmętach ciemnej wody, dojrzałam dryfującą białą dłoń. Ludzie cały czas dowiązywali paski, a wysoki mężczyzna stał na brzegu, trzymając drugi koniec. Też coś do mnie krzyczał.

– Maksymilian! Maksymilian!!! – darłam się, uderzając skostniałą z zimna pięścią w lód z całej siły. Poczułam piekący ból w kostkach. Przerwałam na chwilę, ciężko sapiąc. Ludzie na brzegu znowu zaczęli nawoływać, żebym przestała i natychmiast wracała, ale nie chciałam ich słuchać.

W końcu biała sylwetka pod wodą się poruszyła. Maksymilian otworzył oczy, spojrzał na mnie zagubiony, po czym dotknął lekko ręką lodu od dołu. Uśmiechnął się łagodnie i otworzył usta, z których wyleciały bąbelki.

Nie, nie, nie!

– Nie, kurwa! Nie zostawisz mnie! – wrzeszczałam. Musiałam wyglądać jak wariatka, ratownicy coś do mnie krzyczeli, ale miałam wrażenie, jakby wszyscy znajdowali się za ścianą ze szkła. W końcu na powierzchni pojawiło się pęknięcie w kształcie trójkąta. Pięści piekły z bólu, a rękawiczki nasiąknęły mi krwią. Maksymilian po drugiej stronie zaczął kręcić głową, jakby chciał powiedzieć, żebym przestała, ale nie miałam zamiaru go tam zostawić. Zaczęłam wydłubywać klamrą paska skruszony lód. Uderzałam raz po raz, a otwór robił się coraz większy. Ratownicy byli już na tafli lodowej ze specjalnym sprzętem. Mój mąż wreszcie odnalazł w sobie nadzieję i zaczął walić pięścią od dołu z drugiej strony. Ale w tym miejscu skorupa była naprawdę gruba i widziałam, że nie ma już sił walczyć. Jego pięść zatrzymała się w połowie drogi i opadła bezwładnie.

– Maksymilian! – krzyknęłam, ale nie zareagował.

Nagle koło mnie znalazł się jeden z ratowników z żółtą pianką i specjalnym kijem z ostrą końcówką. Uderzył nim w kilka miejsc i lód zaczął pękać, tworząc przerębel. Mężczyzna włożył ręce do ciemnej wody i po chwili wyciągnął Maksymiliana za dłonie.

– Proszę się wycofać. Lód nie wytrzyma naszej trójki – powiedział. Odwróciłam wzrok, kolejny ratownik nawoływał mnie zaledwie kilka metrów od nas. Zaczęłam pełznąć w stronę mężczyzny w jaskrawym kombinezonie. Ratownicy mieli specjalne mechanizmy na linach, które ściągnęły nas z powrotem na brzeg w okamgnieniu.

Dominik już siedział w karetce na łóżku ratowniczym i wyciągał szyję z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Natychmiast zajęto się moimi poranionymi rękoma, ale nie zwracałam uwagi na piekący ból. Po chwili przyniesiono Maksymiliana, który wyglądał jak wampir wyjęty z trumny, blady z granatowymi ustami. Oczy miał zamknięte, co sprawiło, że moje serce znowu przyspieszyło. Doskoczyłam do noszy i otworzyłam usta, jakbym sama chciała przeprowadzić reanimację.

– Jest puls – uspokoił mnie ratownik, który pomagał go umieścić na łóżku ratowniczym w karetce.

– Co z Piratem? – zapytał piskliwie Dominik. Mokry pies siedział z postawionymi uszami pod karetką i merdał nieśmiało rudym ogonem. Na dźwięk swojego imienia przekrzywił lekko łepek. Pierwszy raz w życiu cieszyłam się, że ma tak grube futro. Wysiadłam z karetki i wyjęłam telefon z kieszeni.

– Co pani najlepszego wyprawia? – zapytał oburzony ratownik. Właściwie nie wiedziałam, co mam zamiar zrobić, ale nie mogłam tak zostawić naszego psa.

– Zajmę się nim, jestem weterynarzem. – Z tłumu wyszedł wysoki mężczyzna, który wcześniej związywał paski. – Zabiorę go do kliniki na Drzymały i przebadam. Jak państwo wyjdą ze szpitala, proszę do mnie zadzwonić.

Wręczył mi białą wizytówkę z danymi. Postanowiłam mu zaufać, skinęłam głową z szybkim „Dziękuję” i wróciłam do karetki.

* * *

Czułam się doskonale, jeżeli można tak powiedzieć o osobie, która miała tyle bandaży na dłoniach, że przypominały one rękawice bokserskie. Może nadal byłam w szoku? Z wyjątkiem kilku ran na kostkach nic mi nie było. Dominika i Maksymiliana przebrano w szpitalne piżamy i podano im jakieś leki. Lekarz wydał dyspozycję, żeby rozwieźć ich do dwóch znajdujących się na przeciwległych krańcach budynku oddziałów. Mój brat co chwilę przepraszał, że wszedł na ten głupi lód, a ja po raz kolejny powtarzałam, że na przyszłość ma nauczkę. Sama miałam pretensje do siebie. Zamiast mieć oczy dookoła głowy i go pilnować, odpłynęłam myślami do krainy zwanej Maksymilianem. Zawiadomiony przeze mnie Miłosz dostał zadanie, by przywieźć wszystkie rzeczy. Normalne piżamy, ciepłe skarpety, szczoteczki, książki do czytania i przekąski. Na moją prośbę odebrał Pirata od życzliwego weterynarza i zawiózł go do rezydencji. Psu na szczęście nic się nie stało, jego długa sierść i zwierzęcy organizm były zdecydowanie lepiej przystosowane do takich temperatur.

Dominik cały czas dopytywał mnie, jak się czują Maksymilian i Pirat, czy jedli coś ciepłego i kiedy wrócimy do domu. Nie mogłam udzielić mu odpowiedzi na pytania dotyczące wujka, bo lekarz nie miał dla mnie żadnych wiadomości, oprócz tego, że robią mu badania.

Gdy w końcu oddech Dominika się wyrównał i zaczął głośno chrapać, zabrałam swój telefon z szafki i wyszłam na oświetlony jarzeniówkami korytarz. Zadzwoniłam do pani Reni i powiadomiłam ją o wypadku. Nie chciałam, żeby się o nas martwiła, kiedy nie wrócimy na noc.

Podążyłam w stronę oddziału dla dorosłych, by sprawdzić, czy Maks się wreszcie obudził.

Przed jego pokojem zebrała się spora grupa lekarzy z napiętymi minami. Najstarszy z nich, zobaczywszy mnie, odchrząknął znacząco. Pozostali natychmiast ucichli. Nie podobało mi się to.

– Pani Flens? – zapytał niewysoki doktor w prostokątnych okularach. Miał poprzetykane siwizną włosy, które wyglądały, jakby się naelektryzowały, i sterczały we wszystkich kierunkach jak u szalonego naukowca.

– Tak – odpowiedziałam, nie chcąc wdawać się w szczegóły naszego małżeństwa.

– Nazywam się Tadeusz Borowik i jestem lekarzem prowadzącym pani męża.

– Dzień dobry – powiedziałam. – Obudził się?

– Zapraszam do mojego gabinetu – rzekł poważnie lekarz, a ja wiedziałam, że nic dobrego to nie wróży. Błagam… po tym wszystkim, co dzisiaj przeszliśmy… Próbowałam zajrzeć przez uchylone drzwi do środka i upewnić się, że mój mąż nadal się tam znajduje, ale jego łóżko było puste. Nogi się pode mną ugięły.

– Jest operowany? – zapytałam. Grono lekarskie popatrzyło na mnie troskliwie, a ciężka ręka jednego z nich spoczęła na moim ramieniu pocieszająco.

Nie mogłabym być lekarzem. Jak przekazać żonie, że jej mąż odszedł? Powiedzieć matce, że dziecko urodziło się martwe? Poinformować kogoś o śmiertelnej chorobie?

– Proszę tędy – zakomenderował lekarz i wskazał dłonią zaułek korytarza. Zaciskając nerwowo usta i starając się rozluźnić sztywne ramiona, bąknęłam niemrawe „Do widzenia” do pozostałych i zrównałam się z panem Borowikiem. Szliśmy korytarzem bez słowa, a ja nie mogąc się powstrzymać, zaglądałam do kolejnych sal, żeby zobaczyć, czy Maksymiliana tam przypadkiem nie przenieśli. Nie miałam zamiaru stracić nadziei po tym wszystkim, co się stało, to po prostu nie mogło się tak skończyć.

Doktor Borowik otworzył drzwi, zapalił światło i wpuścił mnie pierwszą. Usiadłam na wygniecionym, skórzanym krześle, czekając na wiadomości. Lekarz opadł na kręcony fotel po drugiej stronie biurka, zdjął okulary i przetarł zmęczoną twarz. Wyglądał na wyczerpanego wielogodzinnym dyżurem i trudnymi decyzjami.

Podświadomie przesunęłam się na brzeg krzesła i nerwowo zacisnęłam dłonie na podłokietnikach.

– Co się dzieje z moim mężem? – zapytałam, nie mogąc dłużej znieść tego napięcia. Doktor chwycił teczkę ze stosu, zdjął gumkę i zajrzał w dokumenty. Potem uniósł na mnie brązowe, mądre oczy i odgarnął naelektryzowane włosy z czoła.

– Pani mąż jest w śpiączce – powiedział w końcu. – Szacujemy, że był pod wodą ponad trzy minuty i doszło do niedotlenienia mózgu.

Zakryłam ręką usta i oparłam się ciężko o krzesło. Zrobiło mi się słabo, miałam ochotę położyć się na ziemi. Wiedziałam, że mogłam usłyszeć coś gorszego, ale to też nie była dobra informacja.

– Kiedy się obudzi? – zapytałam łamiącym głosem. Przypuszczałam, że doktor nie zna odpowiedzi na to pytanie, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Lekarz popatrzył na mnie smutno i ponownie zerknął na kartę Maksymiliana.

– Trudno powiedzieć. Nie możemy go teraz wybudzić. W takich przypadkach niekiedy sami wprowadzamy pacjenta w stan śpiączki farmakologicznej, aby organizm zebrał siły do walki. Jego stan jest ciężki, ale jeszcze walczy…

Miałam wrażenie, że mnie samej brakuje powietrza.

– Proszę powiedzieć coś więcej. Czy istnieje możliwość, że się nigdy nie obudzi albo że gdy się obudzi, nie będzie nic pamiętał, albo będzie… no wie pan… jak warzywo? – zapytałam, a łzy popłynęły obficie po moich policzkach.

– Proszę być dobrej myśli – poprosił lekarz, ale minę miał nietęgą.

– Mogę go zobaczyć? – zapytałam ponurym szeptem.

Lekarz pokiwał głową i zaczął wstawać, podpierając się pomarszczoną ręką o orzechowy blat.

– Proszę na razie nie mówić dziecku – doradził, otwierając mi drzwi. – Mały jest w szoku. Pediatra mówił mi, że Dominik jest bardzo przywiązany do taty i cały czas o niego pyta.

– Dobrze. – Może powinnam sprostować, że Maksymilian nie jest jego ojcem, ale nie miałam siły się tłumaczyć.

Chwilę później weszliśmy do jednoosobowej sali, w której znajdowało się łóżko za kotarą i cała medyczna szumiąca aparatura. Maksymilian leżał na wielkiej, białej poduszce, z respiratorem wetkniętym do ust.

Z trudem powstrzymałam jęknięcie. Ileż bym dała, żeby cofnąć czas do dzisiejszego południa. Gdybym tylko mogła… Wzięłabym jego i Dominika za ręce i zaprowadziła do najbliższej kawiarni, z daleka od tego przeklętego jeziora.

– Czy on nas słyszy? – zapytałam, przyglądając się, jak porusza oczami pod zamkniętymi powiekami. Ciemne rzęsy opadały na przystojną twarz, tworząc na niej cienie. Wyglądał, jakby spokojnie spał, i miałam wrażenie, że jak chwycę go za dłoń, to się obudzi.

Lekarz wzruszył ramionami.

– Niewykluczone. – Ściągnął brwi sceptycznie, w efekcie do mojego brzucha wpadła kolejna bryła lodu.

– Ale pan w to nie wierzy? – zapytałam, unosząc na niego wzrok. Widziałam, że waha się między udzieleniem mi odpowiedzi, jakiej oczekuję, a takiej, która w jego mniemaniu jest prawdziwa.

– Rozumiem. – Pokiwałam głową i przeniosłam wzrok na męża.

– Proszę wrócić do domu i się przespać – doradził lekarz. – Będzie miała pani teraz sporo na głowie.

– Co pan ma na myśli? – zapytałam, siadając na plastikowym stołku. Czy jak oprę go o ścianę i wyciągnę nogi, to dam radę się tu zdrzemnąć? Nie miałam zamiaru opuszczać Maksa, dopóki się nie obudzi.

– Ktoś musi przejąć obowiązki męża na czas jego niedyspozycji. Dostarczyć zwolnienie do pracy… Odwieźć dziecko do szkoły, zrobić zakupy. To może trochę zająć – powiedział pan Tadeusz.

Pokiwałam markotnie głową. Nie miałam siły myśleć o tym, co będzie jutro.

Skinął uprzejmie i zostawił nas samych. Oparłam głowę o nadgarstek i przypatrywałam się Maksymilianowi dłuższą chwilę.

– Och, Maks… – Nie wiedziałam nawet, co mu powiedzieć. Ale po chwili słowa same wypłynęły z moich ust. – Przepraszam i dziękuję. Wróć do nas, błagam.

Pocałowałam go lekko w czoło i wyszłam na korytarz. Zadzwoniłam do Miłosza, który właśnie wychodził ze sklepu z piżamami dla dzieci. Piętnaście minut później stał ze mną na korytarzu i obydwoje ryczeliśmy jak dwa bobry.

Rozdział 2

Maksymilian

Pustka. Cisza. Nicość. Mrok. Ciemność otaczała mnie ze wszystkich stron. Dryfowałem w niej wbrew swojej woli i nic nie mogłem na to poradzić. Nic nie słyszałem, nic nie czułem. Próbowałem się ruszyć, ale nie byłem w stanie nawet podnieść palca. Ogarnęła mnie panika, bo zniknęła cała świadomość mojego ciała. Przypomniał mi się film o zmasakrowanym agencie, którego sztucznie podtrzymywano przy życiu. Sama głowa leżała w specjalnej komorze z kabelkami poprzypinanymi do maszyn. Ohyda. Gdybym mógł, to pewnie bym się wzdrygnął.

W czarnej, gęstej otchłani próbowałem ustalić, co się wydarzyło. Nie było to łatwe. Po wyczerpujących minutach prób w końcu myśli zaczęły formować się we wspomnienia.

Lodowata woda wdzierała się do mojego ciała, pochłaniała mnie czarna głębia. Czułem wszechogarniające, przenikające do kości zimno. Ukochana twarz z przerażeniem patrzyła na mnie przez chropowatą taflę jeziora. Krew z jej dłoni mieszała się z kawałkami skruszonego lodu, kiedy uderzała w niego raz po raz. Widziałem w jej cudownych, szaroniebieskich oczach to, co do mnie czuła, i nadzieja wlała się do mojego serca. Nie chciałem jeszcze umierać. To nie mógł być koniec. Miałem nadzieję, że mi wszystko wybaczy i czeka nas już samo dobro. Uniosłem pięść, by przebić dzielącą nas lodową barierę. Gdy wydawało mi się, że jestem już tuż-tuż, że zaraz dotknę jej ciepłej ręki… nagle wszystko zamieniło się w atłasową ciemność. Teraz znajdowałem się w mroku i nie mogłem ustalić miejsca swojego pobytu. Nigdy nie byłem specjalnie religijny i nie wierzyłem w życie po śmierci. Do moich ponurych rozmyślań dołączył potworny ucisk w klatce piersiowej. Uznałem to za dobry znak, chociaż uczucie było bardzo nieprzyjemne. Czyli Liwce udało się wyciągnąć mnie z jeziora. Nie miałem pojęcia, co się stało później. Próbowałem ją zawołać, ale nie mogłem. Kolejne próby budziły jedynie frustrację. Zmęczony tymi wszystkimi myślami poddałem się i zasnąłem.

Miałem dziwne, pełne niepokoju sny, które fundowały mi kolejne powtarzające się fale cierpienia. A może to nie były sny? Może tak wyglądało piekło? Moja matka znowu umierała w szpitalnym łóżku, z podłączonym aparatem tlenowym. Ojciec płakał rzewnie i nie odzywał się do mnie, jakby to była moja wina. Jak mógł tak myśleć? Popełnił chyba wszystkie możliwe błędy wychowawcze, mógłby napisać książkę Jak być fatalnym rodzicem. Moja świadomość odsunęła obraz rodziców. Zamiast nich zobaczyłem ją – piękną niczym anioł. Taką delikatną, kruchą, a jednocześnie dzielną i odważną. Godzinami mógłbym gapić się na jej niezwykłe wargi, wprost stworzone do całowania. Moja Liwka… Łzy błyszczały w jej oczach, a na twarzy malowała się determinacja, kiedy krzyczała: „Nie chcemy cię!”. Po tych trzech słowach wiedziałem, że więcej nie dam rady znieść. Wolałem schować się w ciemności.

Czas rozciągał się niczym guma, nie miałem pojęcia, która może być godzina. Leżałem tak w kompletnej głuszy, aż do momentu, kiedy do moich uszu dobiegły przytłumione głosy nieznanych mi osób.

– Żona jest załamana – oznajmił poważnie jakiś mężczyzna. Pomóżcie mi! Ja żyję, wszystko słyszę, chciałem wrzasnąć. Nie stało się absolutnie nic. Czekałem w napięciu, co będzie dalej. Nastała dzwoniąca w uszach cisza, mącona jedynie drażniącym szumem aparatury i dudnieniem deszczu o szyby. Coś piknęło. Może mi się wydawało, że ktoś tu był? Próbowałem zrobić cokolwiek, otworzyć oczy, poruszyć się, chrząknąć. NIC.

– A dzieciak? – zapytał ktoś inny.

– Jeszcze nie wie. Niech matka mu powie, ale później. Na razie jest w szoku.

– Jak się czuje?

– Miał wiele szczęścia. Nic mu nie będzie, jutro go wypiszą.

Usłyszałem wyraźniejsze odgłosy, gdzieś z bliska. Mężczyzna przestawiał coś na aparaturze.

– Nie to co ojciec…

Lekarze… Najwyraźniej nadal byłem w szpitalu. A gdzie była Liwka? Chciałem powiedzieć, że przepraszam. A może to był kolejny sen? Gdzie jest Dominik? Wszystko odpłynęło w siną dal, pozostawiając po sobie pustkę. Pragnąłem ją znowu usłyszeć, poczuć jej drobną dłoń w swojej.

Mężczyźni opuścili pokój, w którym leżałem.

Cierpliwie czekałem na kolejną wizytę w mojej sali. Mogły minąć godziny, a może dni? Od czasu do czasu słyszałem różne dźwięki, typowy dla szpitala stukot chodaków o linoleum i wyrwane z kontekstu komentarze.

– Podałaś morfinę temu marudzie z piątki? – zapytał jakiś kobiecy głos.

– Tak.

– Ja mu już wcześniej dawałam. Nie pomaga.

Dźwięk szczęku talerzy pomógł mi ustalić pory posiłków. Rano i wieczorem przychodził do mnie mężczyzna, który powiedział wcześniej, że żona jest załamana. Rozpoznawałem go po charakterystycznym pokasływaniu. Widocznie był to lekarz, który robił obchód.

W końcu znowu usłyszałem te delikatne kroki w moim pokoju. Tak różne od dźwięku ciężkich chodaków personelu szpitala. Owionął mnie słodki zapach różanych perfum. Liwka! Poznałem ją. Wrócił mi zmysł zapachu. Usłyszałem, jak siada obok.

– Maksymilian, tak bardzo mi przykro… Tak bardzo cię przepraszam, że nie zdążyłam… – Westchnęła. – Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale jeżeli tak, to musisz wiedzieć, że…

Głos jej drżał, kiedy mówiła. Chciałem wziąć ją w ramiona i zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

– Nie mogę w to uwierzyć. Mam wrażenie, jakbyś miał się za chwilę obudzić. Nawet teraz, kiedy trzymam cię za rękę, wydaje mi się, że zaraz przyciągniesz mnie ze śmiechem do siebie.

Wtedy zrozumiałem, w jak fatalnej sytuacji się znalazłem, udało mi się umknąć śmierci, ale najwyraźniej byłem… sparaliżowany. Trzymała mnie za rękę, a ja nie czułem zupełnie nic. Jedynie ten powracający ból w klatce piersiowej, jakby ktoś położył mi tam coś ciężkiego. Już nigdy jej nie dotknę, nie poczuję jej szczupłego ciała przyciśniętego do mojego. Nigdy nie posmakuję jej miękkich ust. Byłem zrozpaczony i – co gorsza – pewien, że przyjdzie dzień, kiedy Oliwia postawi na mnie krzyżyk i przestanie mnie odwiedzać. Nie mógłbym jej za to winić…

– Byłam na ciebie bardzo zła. Czułam się zraniona… – wyszeptała, pociągając nosem. – Jeśli mnie słyszysz, to musisz wiedzieć, że ci wybaczyłam.

Powinienem poczuć ulgę, ale zamiast tego zalała mnie fala złości. Co z tego? Nie było dla nas przyszłości. Dlaczego los mnie tak ukarał? Owszem, trochę w życiu narozrabiałem, ale nie uważałem się za złego człowieka. Chciałem dla Oliwii i Dominika jak najlepiej. Zgrywałem twardziela, ale dopiero teraz zrozumiałem, jak słaby byłem, zatajając przed nimi prawdę.

Przez ciemność słyszałem płacz kobiety, której pragnąłem najmocniej na świecie. Miałem wrażenie, że jej odwiedziny trwały mgnienie oka i pozostawiły mnie w jeszcze większym chaosie.

Dopadł mnie nawał galopujących myśli. Co będzie dalej z moimi firmami? Co będzie z Crimson? Co z Essence? Nie potrafiłem się skupić na jednej rzeczy. W panice przeskakiwałem między wątkami, starając się odtworzyć stan spraw sprzed wypadku. Kiedyś ojciec uczył mnie różnych metod koncentracji i negocjacji. Panowania nad sobą, dyscypliny, ale teraz na nic się nie zdały. Byłem w rozsypce.

Oliwia i Dominik na początku stale krzątali się wokół mojego łóżka. Mały rzucił się do rzewnych przeprosin i też się popłakał. Tym razem złość ustąpiła rozpaczy. Ile bym dał, by być z nimi? Zrobić coś błahego, pójść na pizzę, zabrać Dominika do lunaparku. Po prostu posiedzieć razem przy kominku, zagrać w Twistera, obejrzeć film. Początkowo Oliwia spędzała w mojej sali całe dnie. Słyszałem, jak siada na krześle obok i zatapia się w ponurej ciszy. Czasami rozmawiała z lekarzem, próbując od niego wyciągnąć jakieś informacje, ale mężczyzna unikał konkretów. Nic, ku mojej frustracji, nie był w stanie jej obiecać.

– Proszę do niego mówić – doradzał jedynie. Oliwia jednak nie była zbyt rozmowna. Czasami przynosiła sobie kubek kawy i po prostu siedziała obok. Dotarło do mnie, że może wcale nie jest tu ze względu na uczucia. Może czuje się jedynie zobowiązana po tym, jak uratowałem jej brata? W końcu jej obecność zrobiła się nie do zniesienia, jeszcze bardziej mnie przytłaczała. Przechodziłem istne tortury, fantazjując na jawie o naszym wspólnym życiu, którego nigdy nie doświadczymy. Wyłączałem się i tonąłem w marzeniach. Wyobrażałem sobie, że biorę ją w ramiona i całuję, rozbieram. Przeciągam palcami po kremowej skórze, uwalniam słodkie piersi z miseczek stanika, oplatam brodawki ustami i ssę tak długo, aż zaczyna krzyczeć moje imię. Po tych wszystkich dniach rozłąki byłem spragniony jej dotyku, jej ciała. Próbowałem w głowie odtworzyć to uczucie, kiedy była blisko, ale nie potrafiłem. Byłem pusty. Na koniec przychodziła ponura gorycz, kiedy docierało do mnie, że to się nigdy nie zmieni.

W końcu nadszedł dzień, kiedy Oliwia się nie pojawiła. Być może dowiedziała się od lekarzy, że z tego nie wyjdę. Odwiedzała mnie jedynie podśpiewująca po ukraińsku kobieta, która jak się domyśliłem z rozmów, była moją pielęgniarką. Słyszałem ją trzeci raz z rzędu, co oznaczało, że dzień się kończył. Żałowałem, że w żaden sposób nie mogę dać światu zewnętrznemu sygnału. Miałem dość cierpienia. W przerwach od męczących snów wyobrażałem sobie, jak nasze życie potoczyłoby się, gdybym jej od razu powiedział prawdę. Czy dałaby się zaprosić na prawdziwą randkę i przeprosić? Myślałem o niej w każdej minucie, a moje serce rozpaczało, skazane na bolesną samotność.

Rozdział 3

Oliwia

Minęły dwa tygodnie. Długie, pełne rozpaczy i oczekiwania czternaście dni. Pierwszej nocy spałam na niewielkim stołku, oparta o ścianę w szpitalnej sali, tak jak sobie wymyśliłam. Wszystkie mięśnie mnie bolały, a najbardziej ucierpiała szyja, jednak nie odstąpiłam od łóżka Maksymiliana, mając nadzieję, że się po prostu obudzi. Że zaraz się ocknie i powie coś tym swoim aroganckim tonem. Przyjdzie rozczochrany lekarz i zaleci mu odpoczynek w domu. Niestety tak się nie stało.

Przychodziłam każdego dnia z nadzieją, że może dzisiaj…

Wymieniałam kwiaty na świeże, siedziałam przy łóżku prawie całą dobę, z przerwą na drzemkę na niewygodnym stołku. Brałam sobie książkę, ale nie mogłam się skupić na ani jednym zdaniu.

Doktor Borowik, pytany o stan pacjenta, rozkładał bezradnie ręce i powtarzał: „Bez zmian”. Starałam się zadawać mu te same pytania na różne sposoby, żeby uzyskać odpowiedź, że Maksymilian lada dzień się obudzi. Doktor jednak prosił tylko o cierpliwość.

Po pewnym czasie zdecydowaliśmy z Miłoszem, że lepiej będzie, jeżeli Maksymilian zostanie przewieziony do domu. Ja i Dominik przeprowadziliśmy się z powrotem do rezydencji, żeby być na miejscu, kiedy otworzy oczy. Nie miałam zamiaru opuszczać go choćby na minutę. Mój brat bardzo kiepsko znosił całą tę sytuację. Wraz z Piratem godzinami czatował przy łóżku Maksymiliana, czekając cierpliwie na moment przebudzenia, który uparcie nie nadchodził.

Mijał dzień za dniem, wszystkie były do siebie podobne. Jednakowo bolesne, puste i przepełnione cierpieniem. Któregoś dnia w naszych progach pojawił się niezapowiedziany Mateusz. W dodatku nie był sam. Miłosz do tej pory informował wszystkich wspólników i radców o stanie zdrowia Maksymiliana. Miałam nadzieję, że interesy męża są w dobrych rękach i nikt nie wykorzysta zaistniałej sytuacji. Jak bardzo się myliłam!

Nie bardzo wiedząc, czego się ode mnie oczekuje, przyjęłam dwóch mężczyzn w swoim gabinecie. Usiadłam i wyprostowałam się nienaturalnie, starając się nie pokazać, jak bardzo nie mam pojęcia o tym, czego dotyczyć będzie rozmowa.

– Oliwio, mam dla was ofertę. Chcę odkupić udziały w F&S i zostać jedynym właścicielem – powiedział Mateusz, gdy tylko usiadł na różowym, zamszowym krześle. Jego prawnik, grubawy mężczyzna z sumiastymi wąsami, położył na moim biurku stosowne dokumenty.

Cmoknęłam niezadowolona, biorąc je do ręki. Zero taktu.

– Musimy się wstrzymać, dopóki Maks nie wróci do zdrowia. Nie będę za niego decydować w takich sprawach – oznajmiłam, próbując coś zrozumieć z tabelek i cyfr, które rozmazywały się przed moimi oczami.

Nastała pełna napięcia cisza, mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, jakby wcześniej przewidzieli moją odpowiedź. Moja kostka naciskała mocno na nogę metalowego krzesła. Dzięki temu mniej trzęsły mi się ręce.

– Przed wypadkiem sam mi to zaproponował – wyjaśnił Mateusz ze skruszoną miną.

Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie znad dokumentów.

– Tak czy siak… Poczekamy – oznajmiłam i uderzyłam lekko brzegiem dokumentów o blat biurka, by je wyrównać. Włożyłam je z powrotem do teczki i odłożyłam na szalę spraw, które czekały na decyzję męża. Stos piętrzył się niemiłosiernie. Prawnik chrząknął znacząco, zwracając na siebie moją uwagę.

– Jeśli mogę coś doradzić, powinna się pani bardziej zaangażować w działalność firm męża. Jest pani za nie teraz odpowiedzialna.

Nie podobało mi się, że pozwala sobie na taki komentarz w obecnej sytuacji. Nie lubiłam, kiedy ktoś zwracał mi uwagę, poza tym nie miałam zamiaru ingerować w biznesy Maksymiliana.

– Pan Tomasz chce powiedzieć, że firmy pozostawione bez nadzoru podupadają – powiedział Mateusz, widząc moją minę.

– Będą musiały jeszcze trochę wytrzymać – stwierdziłam sucho i uciekłam wzrokiem na ekran laptopa, który nie był włączony.

Prawnik pokręcił głową z niedowierzaniem, uderzył dłonią w blat i popatrzył na Mateusza.

– Mówiłem!

Mateusz zerknął na mnie i nerwowo przejechał językiem wargach.

– Zostaw nas samych – poprosił adwokata, który łypiąc na mnie pogardliwie, opuścił mój gabinet.

Blondyn wstał z krzesła i zrobił kilka kroków w moim kierunku. Stanął obok mojego obrotowego fotela i oparł się biodrem o szklany blat biurka. Miał na sobie szary garnitur ze srebrnym połyskiem i białą koszulę rozpiętą przy kołnierzyku. Drogie spinki od mankietów błysnęły, kiedy skrzyżował ręce na piersiach. Spojrzałam na niego wyzywająco, podczas gdy moja stopa w szpilce wyznaczała nerwowy rytm na parkiecie.

– Rozmawiałem z doktorem Borowikiem. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt brutalnie…

Zmrużyłam oczy wrogo. Byłam gotowa wywalić go na bruk, jeżeli przyszłoby mu do głowy coś nie na miejscu.

– Minęły już prawie dwa miesiące i nie ma poprawy.

– Miesiąc… miesiąc i siedemnaście dni – poprawiłam go sucho. Nachylił się bliżej i uśmiechnął łagodnie.

– Liwka… Musisz pogodzić się z tym, że to może potrwać trochę dłużej.

– Przecież czekam cierpliwie – odparłam naburmuszonym tonem.

– Ludzie mogą być w śpiączce latami… a czasami nigdy się nie budzą… – powiedział ostrożnie. – Powinnaś… ruszyć dalej.

– Wyjdź – odpowiedziałam krótko. Nie potrzebowałam, żeby mnie straszył.

– Musisz wziąć się w garść.

Po dłuższej chwili wymownego milczenia z ciężkim westchnieniem również opuścił gabinet.

„Ludzie mogą być w śpiączce latami… a czasami nigdy się nie budzą…” Jego słowa nadal pobrzmiewały mi w głowie. Godzinę później nadal siedziałam sztywno i patrzyłam w przestrzeń. W końcu odsunęłam się od biurka, a oparcie fotela uderzyło w białą ścianę, pozostawiając na niej szary ślad. Szybkim krokiem udałam się do gabinetu, gdzie kiedyś wisiał obraz pędzla Jana Matejki, i wrzasnęłam tak głośno, jak tylko pozwalały mi płuca. Miłosz, zaalarmowany moim krzykiem, momentalnie pojawił się w drzwiach.

– Przepraszam. Zdenerwowali mnie – powiedziałam i przesunęłam kryształową szybę barku. – Chcesz?

– Nie, dziękuję. – Kamerdyner z zaniepokojoną miną patrzył, jak nalewam sobie whisky z karafki.

– Może wolisz wino? Mogę przynieść z piwnicy… – zaproponował po chwili.

– Potrzebuję czegoś mocniejszego – oznajmiłam, wstrzymując go gestem dłoni. Po czym wychyliłam pół szklanki na hejnał. Gardło paliło mnie żywym ogniem, ale nie dbałam o to. Kamerdyner przyglądał się moim poczynaniom ze ściągniętą twarzą. Po chwili zafundowałam sobie dolewkę, patrząc, jak bursztynowy płyn wiruje w kwadratowej szklance.

– Oliwia… Może powinnaś się zdrzemnąć – zasugerował nieśmiało. Usiadłam na skórzanej kanapie i wzięłam łapczywie następnego łyka, jakbym bała się, że zaraz mi zabierze.

– Tak, ale najpierw muszę zapomnieć – odparłam stanowczo. Długo starałam się patrzeć na sytuację optymistycznie i wierzyć w szczęśliwe zakończenie. To ja pocieszałam Dominika, który jako pierwszy stracił nadzieję i płakał przed pójściem spać. Mówił, że to jego wina, że zabił Maksymiliana. Zapewniałam go wtedy, że wszystko się dobrze skończy, wujek potrzebuje tylko trochę czasu na regenerację. Że to jest normalna kolej rzeczy po takim wypadku, obudzi się, gdy jego organizm dojdzie do siebie. Mówiłam tak pewnym tonem, że sama sobie wierzyłam. Spędzałam każdą wolną chwilę przy łóżku męża, czekając cierpliwie, obserwując każdy jego odruch i interpretując go jako świadomą reakcję na coś, co przed chwilą powiedziałam.

Jednak moja cierpliwość miała swoje granice. Dzisiejsza wizyta Mateusza i prawnika coś zmieniła. Dotarło do mnie to, czego nie chciałam zaakceptować przez ostatnie kilka tygodni. On się może nigdy nie obudzić. W głowie nadal słyszałam słowa doktora Borowika. „Brak przytomności to stan zaburzenia czynności ośrodkowego układu nerwowego, a przede wszystkim wyłączenie kory mózgowej. W przypadku pani męża mamy do czynienia z głęboką śpiączką powypadkową. Pacjent nie reaguje na bodźce zewnętrzne…”

Z każdym łykiem palącego alkoholu jego zafrasowany głos odpływał w dal, a mnie było łatwiej. Poczułam nagle, jak szklanka i karafka znikają z moich rąk.

– Na miłość boską, Oliwio! Chyba nie chcesz, żeby Dominik cię zobaczył w takim stanie! – powiedział Miłosz karcącym tonem.

Popatrzyłam na kamerdynera ze łzami w oczach. Było mi już wszystko jedno.

– Bez niego sobie nie poradzę. – Załkałam i schowałam twarz w dłoniach. I nie miałam na myśli Dominika. Życie przygotowało mnie na lekcje pokory i bolesne straty, ale to po prostu nie mieściło mi się w głowie. Moje biedne serce nie mogło znieść już więcej.

Miłosz westchnął i odstawił szkło poza mój zasięg.

– Musisz się pohamować. Nikomu z nas nie jest łatwo, ale nie możemy tracić nadziei.

Nie miałam ochoty się hamować, brać się w garść ani dalej szarpać z ponurą rzeczywistością. Czy jeden dzień zapomnienia to tak dużo? Czy prosiłam o tak wiele? Przez te wszystkie lata uparcie trzymałam głowę nad powierzchnią i nic nie było w stanie mnie złamać.

– Zostaw mnie w spokoju – warknęłam, zabierając alkohol z szafki. Nigdy wcześniej nie odzywałam się tak niegrzecznie do Miłosza i w gruncie rzeczy wiedziałam, że na to nie zasłużył. Po chwili dodałam więc:

– Przepraszam. Potrzebuję oddechu. Jeden dzień. Od jutra będę zwarta i gotowa, żeby przejąć wszystkie obowiązki, ale dzisiaj…

Miłosz popatrzył na mnie ze smutkiem i opuścił pomieszczenie bez słowa, jakby nie chciał być świadkiem tego, co miało za chwilę nastąpić. Wzięłam karafkę, szklankę i poszłam zaszyć się w swojej sypialni.

* * *

Nie wiem, dlaczego uważałam, że alkohol mi pomoże… Kac, który przywitał mnie następnego dnia, był tak wielki, że miałam ochotę sięgnąć po młotek, walnąć się w głowę i skończyć te cierpienia raz na zawsze. Dodatkowo było mi strasznie wstyd za to, jak się zachowałam przy Miłoszu.

Wzięłam lodowaty prysznic, mając nadzieję, że szok termiczny pomoże mi wrócić do świata żywych. Po drodze na dół odwiedziłam sypialnię Maksymiliana. Na jego śpiącą, piękną twarz spływały promienie słoneczne, powodując, że wyglądał niemal jak święty. Nie wiem, czemu ciągle oczekiwałam, że coś się zmieni; od początku powinnam być realistką i powiedzieć sobie wprost, że po takich urazach ludzie się nie budzą. Wiedziałam, że doktor Borowik próbował mi to w delikatny sposób uświadomić. Dlaczego spotkało to właśnie nas? Ze smutkiem odgarnęłam włosy z czoła Maksa. Złapałam się na tym niewinnym odruchu i pokręciłam głową. Zostawiłam go, przyrzekając sobie, że ograniczę te wizyty do minimum. Z życia w świecie złudnych marzeń nie mogło wyniknąć nic dobrego. Powtarzałam sobie radę Mateusza: muszę ruszyć dalej! Miałam teraz przed sobą bardzo ważne zadanie – zasiąść na tronie imperium finansowego Flensów i mądrze nim rządzić. Obiecałam sobie, że będę zastępować Maksymiliana, jak długo będzie trzeba, a jeżeli jego stan się pogorszy, po prostu sprzedam wszystkie udziały i przeznaczę na fundację pani Antoniny. Nie chciałam jego majątku, wydawało mi się to nie w porządku. Z takim postanowieniem ruszyłam na dół na śniadanie. Spotkanie z Miłoszem nie będzie łatwe, ale muszę mu stawić czoła. A potem całej reszcie. Zorientowałam się, że płaczę, i wytarłam szybko łzy. Naprawdę już wysłałam Maksa na tamten świat i rozdzieliłam spadek? Nie! Dość mazania się! Maksymilian wierzył we mnie i na pewno nie chciałby, żebym się poddała.

* * *

Okazało się, że mój mąż jest właścicielem dwunastu firm w różnych branżach. Naprawdę nie wiedziałam, jak udawało mu się je wszystkie jednocześnie prowadzić. Od razu przyjęłam zasadę, że nie będę wprowadzać drastycznych zmian. Chciałam jedynie utrzymać przychody na stabilnym poziomie.

Skontaktowałam się ze wszystkimi wspólnikami i dyrektorami, informując, że na czas niedyspozycji męża będę go zastępować. Godzinami myślałam o rekinach biznesu, fanach giełdy i osobach, które miały na tyle sprytu, by owocnie obracać pieniędzmi i zarabiać. O osobach takich jak Maksymilian. Moi rodzice byli zamożni, ale wszystko, co mieliśmy, zdobyli własną, ciężką pracą. Byli wykonawcami zadań. Moja rola teraz polegała na kierowaniu zadaniami i podejmowaniu korzystnych decyzji. Dlatego poprosiłam dyrektorów o szczegółowe sprawozdanie z działalności firm w ciągu ostatniego roku.

Pierwszy raport dotyczył sytuacji finansowej w klubie. Wykresy bezlitośnie pokazywały drastyczny spadek zarobków. Problemy zaczęły się po Nowym Roku. Młody menedżer zainwestował mnóstwo środków w przygotowanie sylwestra na sto fajerek, jednak zabawa okazała się totalną klapą. Mateusz miał rację, firmy pozostawione bez nadzoru upadają. Poprosiłam o szczegółowe zestawienie wydatków, przeanalizowałam je i porównałam z tym, co pisano o nas w internecie. Jego raport wykazywał alkohol i jedzenie dla dwustu osób. Na tym akurat dobrze się znałam, robiłam analizy do biznesu przy winiarni. Wzięłam menedżera na rozmowę, prosząc o wyjaśnienie. W ciągu kilkunastu minut zorientowałam się, o co tutaj chodzi. Człowiek został przeze mnie zwolniony ze skutkiem natychmiastowym i poproszony o zwrot pieniędzy, które sobie przywłaszczył. Musiałam wydać oświadczenie dotyczące tej nieszczęsnej imprezy, ponieważ ludzie grozili nam zbiorowym pozwem.

Przy trzecim raporcie zrozumiałam, że nie dam rady wszystkiego sama dopilnować. Prace deweloperskie stanęły w miejscu, ponieważ firma wykonawcza zgłosiła wniosek o upadłość. Nie miałam pojęcia, że sprawy mają się tak źle. Siedmiu przedsiębiorstwom sygnowanym nazwiskiem Flens groziła plajta. Ja potrzebowałam ludzi, którym mogłam zaufać, a firmy Maksymiliana – drastycznych zmian. Wprawdzie obiecałam sobie ich nie wprowadzać, ale wiedziałam już, że nie mam wyjścia. Zaprosiłam Karolę i Norberta i powiedziałam, jak się sprawy mają. Na szczęście zgodzili się mi pomóc. Po dwóch godzinach burzy mózgów mieliśmy kilka fajnych, innowacyjnych pomysłów. Żałowałam, że nie mogę skonsultować ich z Maksymilianem, ale potrzebowaliśmy szybkich decyzji, jeżeli te firmy miały stanąć na nogi. Ogrom problemów mnie przerastał, wiedziałam, że część zadań muszę oddelegować. Liczyłam na doświadczenie Norberta i z ulgą skorzystałam z jego rad.

Rozdział 4

Maksymilian

13 lat temu

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Natalia Sikora

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Denis Ivanov / Stock.Adobe.com

Copyright © 2022 by Adelina Tulińska

Copyright © 2022, Niegrzeczne Książki an imprint

of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2022

ISBN 978-83-67335-35-5

Grupa Wydawnictwo Kobiece | [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek