Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 597 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uznani za zmarłych - Graham Masterton

CZWARTA CZĘŚĆ SERII O KATIE MAGUIRE

Radosne wesele w Cork kończy się gwałtownie i przerażająco, kiedy państwo młodzi w trakcie krojenia tortu znajdują w nim odciętą ludzką głowę. Kiedy detektyw Katie Maguire przeprowadza śledztwo, odkrywa, że głowa należała do znajdującego się na skraju bankructwa piekarza, który został porwany przez gang każący nazywać się Arcykrólami Erin.

Celem gangu jest przywrócenie Irlandii jej dawnej wielkości, utraconej w wyniku krachu ekonomicznego. Pomóc ma w tym wymuszanie okupów od drobnych przedsiębiorców, którzy zapożyczyli się na większe kwoty niż kiedykolwiek mogli spłacić, przyczyniając się tym samym do upadku celtyckiego tygrysa.

Katie przy wsparciu swojego ojca, byłego inspektora, odkrywa, że Arcykrólowie Erin działali już wcześniej.

Opinie o ebooku Uznani za zmarłych - Graham Masterton

Fragment ebooka Uznani za zmarłych - Graham Masterton

O książce

CZWARTA KSIĄŻKA Z KATIE MAGUIRE

Dzień, który miał być najpiękniejszy w życiu, zamienia się w koszmar, kiedy państwo młodzi podczas krojenia weselnego tortu znajdują w nim ludzką głowę.

Nadkomisarz Katie Maguire szybko odkrywa, że jest to głowa właściciela znajdującej się na skraju upadłości cukierni, który prawdopodobnie został porwany. Niewiele więcej udaje jej się dowiedzieć. Do czasu gdy znika kolejny biznesmen, który również ma kłopoty finansowe.

Po co ktoś miałby porywać bankrutów? – nasuwa się oczywiste pytanie. Odpowiedzi dostarcza podający się za „arcykróla Irlandii” anonimowy mężczyzna, którego celem jest przywrócenie krajowi honoru.

Katie nie wie, na ile może mu wierzyć, ale od razu orientuje się, że ma do czynienia z bandą zwyrodnialców.

Którzy wciąż są o kilka kroków przed nią.

GRAHAM MASTERTON

Popularny angielski pisarz. Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w miesięcznikach, m.in. „Mayfair” i w angielskim wydaniu „Penthouse’a”. Autor licznych horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 80 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad dwa miliony kupili polscy czytelnicy. Wielką popularność pisarza w Polsce, którą często odwiedza, ugruntował cykl poradników seksuologicznych, w tym wielokrotnie wznawiane Magia seksu i Potęga seksu. W ostatnim czasie w naszym kraju ukazały się Czerwony Hotel, Ogród zła, Panika, Śpiączka, Susza, Czerwone światło hańby i Uznani za zmarłych.

www.grahammasterton.co.ukwww.grahammasterton.blox.pl

Tego autora

Sagi historyczneWŁADCY PRZESTWORZYIMPERIUMDYNASTIARookROOKKŁY I PAZURYSTRACHDEMON ZIMNASYRENACIEMNIAZŁODZIEJ DUSZOGRÓD ZŁAManitouMANITOUZEMSTA MANITOUDUCH ZAGŁADYKREW MANITOUARMAGEDONWojownicy NocyŚMIERTELNE SNYPOWRÓT WOJOWNIKÓW NOCYDZIEWIĄTY KOSZMARKatie MaguireBIAŁE KOŚCIUPADŁE ANIOŁYCZERWONE ŚWIATŁO HAŃBYUZNANI ZA ZMARŁYCHInne tytułySTUDNIE PIEKIEŁANIOŁ JESSIKISTRAŻNICY PIEKŁADEMONY NORMANDIIŚWIĘTY TERRORSZARY DIABEŁZWIERCIADŁO PIEKIEŁZJAWABEZSENNICZARNY ANIOŁSTRACH MA WIELE TWARZYSFINKSWYZNAWCY PŁOMIENIAWENDIGOOKRUCHY STRACHUCIAŁO I KREWDRAPIEŻCYWALHALLAPIĄTA CZAROWNICAMUZYKA Z ZAŚWIATÓWBŁYSKAWICADUCH OGNIAZAKLĘCIŚPIĄCZKASUSZASZKARŁATNA WDOWA

Tytuł oryginału:TAKEN FOR DEAD

Copyright © Graham Masterton 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Krzysztof Bednarek 2016

Redakcja: Monika Strzelczyk

Zdjęcia na okładce: © Ayal Ardon/Arcangel Images (dziewczyna), kiketxo/Shutterstock (tło)

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-312-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dzieciom z Domu Dziecka w Górcu, w Polsce, z sympatią i najlepszymi życzeniami na przyszłość

Is i ding diféin a scoileann an dairKlin z dębiny rozszczepia dąb

Rozdział 1

– Gratuluję wam, moi drodzy, i niech was Bóg błogosławi – powiedział ksiądz Michael, podchodząc do Connora i Niamh. Ujął ich dłonie. – Jaki piękny ślub, cudowny! Do końca życia będziecie wspominali ten dzień!

– Wszystko doskonale się udało, proszę księdza – odparła zarumieniona Niamh. – Ogromnie spodobało mi się to, co ksiądz mówił: żebyśmy nigdy nie zapominali z Connorem o śmiechu, nawet jeśli czasami będzie bardzo trudno.

– To tajemnica trwałego małżeństwa – skomentował kapłan. – Szatan nade wszystko nie znosi kpin.

Oczy Niamh błyszczały od łez szczęścia, które rozmazały jej makijaż.

– Nie dowierzałam własnym oczom: akurat w chwili, kiedy Connor wkładał mi na palec obrączkę, przez witraże nagle zaświeciło słońce! Tak jakby Bóg cieszył się z naszego ślubu – mówiła.

– Na pewno się z niego cieszy.

– I nie rozpłakało się ani jedno dziecko, prawda? Nawet kiedy grały organy.

– Za to moja mama płakała – wtrącił Connor. – Łkała jak foka.

– Znacie to stare powiedzenie – powiedział ksiądz Michael. – Kiedy mężczyzna się żeni, matka traci syna, a kiedy kobieta wychodzi za mąż, ojciec zyskuje kumpla do chodzenia na ryby!

Właśnie wtedy nadszedł ojciec Niamh; jego ogorzała twarz była jeszcze czerwieńsza niż policzki córki, a siwe, zaczesane na bok włosy zsuwały się w nieładzie z łysiny.

– Pora kroić tort, kochana! – zawołał. – Wszyscy gotowi!

Connor ujął dłoń świeżo poślubionej żony i razem przeszli pomiędzy gośćmi zgromadzonymi w głównej sali. Zaprosili na tradycyjne irlandzkie wesele ponad dwieście osób, a mogli zaprosić i więcej, ojciec pana młodego był popularnym w mieście radnym oraz właścicielem sklepu odzieżowego O’Malley’s Outfitters przy Patrick Street, ojciec Niamh zaś był jednym ze współwłaścicieli supermarketu ogrodniczego Greenleaf Garden Centre w Ballyvolane.

Przy końcu sali zespół The Brendan Collins Boys jeszcze przed chwilą grał The Coalminer’s Reel, ludową melodię do tańca, lecz muzyka umilkła i goście zaczęli gromadnie bić brawo. Connor i Niamh mieli wielkie szczęście: choć wesele odbywało się w październiku i na dworze panował chłód, pogoda dopisała. Hotel, w którym się znajdowali, stał na wysokim, stromym wzgórzu, z którego rozciągał się widok na miasto. W dole w promieniach słońca iskrzyła się rzeka Lee, tak jasno, że odbite światło aż migotało na suficie sali.

– Patrz – rzuciła Niamh, pokazując w górę. – Nawet anioły tańczą.

Tort składał się z trzech okazałych pięter pokrytych białym lukrem, z cukrowymi ozdobami dookoła każdego. Na samym szczycie tkwiły miniaturowe figurki przedstawiające młodą parę. Ojciec Niamh podał państwu młodym duży srebrny nóż.

– Dobrze się oboje spisaliście – pochwalił ich. – Tylko zostawcie mi teraz największy kawałek.

Connor i Niamh wspólnie ujęli w dłonie nóż i zaczęli kroić górny krążek tortu, przy błyskach fleszy aparatów i smartfonów, do wtóru oklasków i gwizdów. Szło im to szybko, bo tort był z biszkoptu i kremu waniliowego. Kiedy jednak zabrali się za dolny, największy krążek, zatrzymali nagle nóż, po czym cofnęli go i popatrzyli po sobie.

– Co tam, kurwa, jest? – zaklął pod nosem Connor. Powoli wbijał nóż w bok tortu, ale zatrzymywał się po jakichś siedmiu czy ośmiu centymetrach.

– Co się stało, Conn? – spytał go jeden z kolegów.

– W środku coś jest – wyjaśnił pan młody. – Nie wiem co. Coś bardzo dużego i twardego!

Podszedł do niego ojciec, barczysty, siwy mężczyzna o nastroszonych włosach. Wyglądał, jakby miał za chwilę rozsadzić od środka opinający go szary garnitur.

– Jak to: twardego?! Conn…

– W torcie naprawdę jest coś twardego – potwierdziła Niamh. – Ja też poczułam.

– Dziewczyno, co ty opowiadasz?! Nie może być w nim nic twardego. Przecież to biszkopt. Sam go zamawiałem, u Crounana.

Ojciec Connora odebrał synowi nóż i sam dźgnął tort; a jednak i on był w stanie wbić go na najwyżej osiem centymetrów. Powtarzał swoją czynność, obchodząc wózek z tortem i atakując ciasto ze wszystkich stron.

Goście zebrani dookoła z kieliszkami w dłoniach obserwowali i komentowali zdarzenie.

– John, co ty wyprawiasz?! – zawołał ktoś z tyłu bełkotliwym głosem. – Chcesz ten tort zamordować?

Kilka osób się roześmiało, ale zaraz ucichło, kiedy tylko ojciec pana młodego podniósł wzrok. Po jego minie widać było wyraźnie, że coś jest zdecydowanie nie w porządku. Młoda para cofnęła się powoli aż do okien, przez które rozciągał się widok na miasto; Niamh nerwowo gryzła kciuk.

Do stolika z tortem podeszli jej rodzice.

– Co się stało? John, co się dzieje? – pytali.

– W tym biszkopcie jest coś twardego, Barry. Nie mam pojęcia co. Trzeba powycinać ciasto i zobaczyć.

– Coś twardego? Nie rozumiem.

– Mówię ci, Barry, że ja też nie rozumiem.

– A nie mówiłam?! – skomentowała ze złością matka Niamh. – Mówiłam, że to my powinniśmy zamówić tort! Byłoby dobrze, żeby nie zepsuł całego wesela. To wielkie święto Niamh, i nie zgadzam się, żeby miała złe wspomnienia, tylko z powodu waszego skąpstwa. Trzeba było zamówić porządny tort u Brackena.

– Pomóż mi, Connor – poprosił tymczasem ojciec pana młodego. – Odetnę dwa górne piętra i wtedy zobaczymy, co, do diabła, jest w tym dolnym. Masz rację: coś dużego i twardego.

– Nie do uwierzenia – trajkotała matka Niamh. – „Och, tort dostaniemy za darmo”, tak powiedziałeś. I widzisz, czym to się kończy. Szkoda ci było stu euro, a teraz biedna Niamh jest bliska łez.

– Anno – ojciec Connora usiłował zachować spokój – przyznaję, że Micky Crounan dostarczył mi ten tort gratis, w ramach podziękowania za przysługę. Przyczyniłem się do przegłosowania jego planów. Ale to przecież świetny cukiernik, dobrze o tym wiesz.

– Dlaczego w takim razie rozcinasz na części tort weselny mojej córki, sprawdzając, czy nie ma w nim czasem cegły albo czegoś innego? W końcu każdemu coś takiego może się to przytrafić, sama nieraz wrzucałam niechcący do ciasta cegłę, but czy książkę kucharską. Wystarczy chwila nieuwagi…

– Anno… – Ojciec Niamh z dezaprobatą pokręcił głową, dając żonie do zrozumienia, że ironiczne komentarze powinna zachować dla siebie, przynajmniej na razie.

Ojciec pana młodego ostrożnie odkroił górne piętro tortu, a Connor przeniósł je na talerz. To samo zrobili ze środkowym krążkiem. Pozostał dolny, wciąż polukrowany wokół obwodu; w środku widać było biszkopt. Goście podeszli do samego stolika, żeby zobaczyć, co się dzieje.

– O co chodzi, Johnie? – wypytywał jeden z zaproszonych.

– Powiedzieli mu, że w środku są pieniądze – odpowiedział mu ktoś. – Nie zniósł myśli, że ktoś inny niż on może znaleźć choćby jedno euro.

Ojciec Connora wziął łyżkę do deserów i ignorując docierające do jego uszu komentarze, zaczął metodycznie ściągać nią górną warstwę biszkoptu. Marszczył w skupieniu czoło, niczym archeolog odsłaniający oblepiony ziemią rzymski posąg.

Zobaczył coś małego i czarnego, miękką, sprężystą wypukłość, której powierzchnia przypominała mu kolorem drażetkę o smaku czarnej porzeczki. Zaczął więc usuwać otaczający ją biszkopt; jego oczom stopniowo ukazywały się dwa trójkątne otwory, położone nieco niżej. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że to nie żadna drażetka: patrzył na kartoflowaty ludzki nos! Czarny kolor był skutkiem rozpoczętego rozkładu tkanki.

Równocześnie John poczuł, że od tortu bije inny, znacznie silniejszy zapach niż ten waniliowy. Wciąż słodkawy, ale ohydny; a że jego kuzyn pracował kiedyś jako grabarz, John od razu wiedział, o co chodzi. Omal nie zwymiotował – taki poczuł ucisk w żołądku. Wyprostował się i zaczął odganiać rękami cisnących się wokół gości.

– Cofnijcie się…! – zdołał wymówić, zanim jego żołądek ścisnął się znowu. Przycisnął pięści do ust, opanował sytuację i powiedział: – Bardzo proszę wszystkich o cofnięcie się. Niech ktoś wezwie policję. Powiedzcie, że to pilne.

– Jezus Maria, co to jest? – dopytywała się matka Niamh.

– Proszę cię… odejdź kilka metrów.

– Co się stało, John? – zapytał ksiądz Michael, obszedłszy stół. Oparł dłoń na ramieniu ojca Connora. Zbliżył twarz do zrujnowanego tortu, gdyż miał krótki wzrok. – Co tu znalazłeś? I dlaczego tak cuchnie…? – Wyciągnął okulary w drucianych oprawkach i przyjrzał się z jeszcze mniejszej odległości. – O Matko Boska! – rzucił niemal natychmiast i przeżegnał się.

– Connor, zabierz stąd Niamh – polecił John, spoglądając w stronę syna. – Zabierz ją gdzieś dalej!

– Tato, co to jest? Powiedz mi, proszę.

– Wyprowadź stąd Niamh. Przebierajcie się do wyjazdu na miodowy miesiąc. Koniec wesela, przykro mi.

Matka Niamh, trącając ludzi łokciami, przecisnęła się przed księdza.

– Nie mów mi, żebym się cofała, bez podania przyczyny! John, to jest wesele mojej córki, a poza tym zapłaciłam za nie grube tysiące!

Zmieszani goście tłoczyli się w pewnej odległości, rozmawiając między sobą. Nadszedł zastępca kierownika hotelu. Przeciskał się w stronę ojca pana młodego, żeby się dowiedzieć, co się stało. Muzycy poodkładali flety, bodhrán i kontrabas i patrzyli po sobie z konsternacją.

– Nie zamierzam odsłaniać tego bardziej. W każdym razie to czarne na środku tortu jest ludzkim nosem… Przypuszczam, że jest tam zapieczona cała głowa.

Rozdział 2

Michael Gerrety szedł w dół po schodach przed budynkiem sądu. Towarzyszyli mu jego adwokat James Moody, żona Carole oraz trzech łysych osiłków w czarnych kurtkach.

Przystanął w połowie schodów i popatrzył w bok, na Katie, i upewniwszy się, że go widziała, posłał jej piękny uśmiech. Był bardzo przystojny, miał męską twarz i falujące kasztanowe włosy. Katie mogłaby go uważać za atrakcyjnego, gdyby nie wiedziała, co zrobił i jakim jest człowiekiem.

Dziennikarze już się rozeszli, Katie jednak wciąż rozmawiała z prokurator Finolą McFerren. Przerwała i odpowiedziała Gerrety’emu uśmiechem, chociaż wiedziała, że jego uśmiech oznaczał: „A nie mówiłem, że mi się upiecze? Na darmo się starałaś, suko jedna”. Szczerząc do tego człowieka zęby, mówiła mu: „Kiedyś w końcu cię przyskrzynię, ty kanalio. Zobaczysz, ty hipokryto”.

– Mimo wszystko uważam, że słusznie nie odstąpiliśmy od oskarżenia. Dobrze, że postawiliśmy go przed sądem – powiedziała Finola, bardzo wysoka, lekko zgarbiona kobieta o haczykowatym nosie, której obecności zawsze towarzyszyło napięcie, jak gdyby była drapieżnym ptakiem szykującym się w górze do nagłego ataku na królika. – Okazaliśmy w ten sposób determinację w dążeniu do położenia kresu handlowi kobietami, mimo wszystkich trudności o charakterze politycznym i prawnym. Tylko że oskarżając Michaela Gerrety’ego następnym razem, musimy mieć więcej jednoznacznych dowodów.

– Prawdę mówiąc, myślałam, że tym razem mamy przeciwko niemu takie, które pozwolą na więcej niż tylko obrzucenie go błotem. – Katie westchnęła, nie odrywając spojrzenia od Gerrety’ego. – Niestety, połowa naszych świadków się nie pojawiła, a druga dostała nagłej amnezji. Do tego jego świadkowie nie tylko utrzymywali, że jest czysty jak łza, ale wychwalali go tak, jakbyśmy mieli wystąpić do Watykanu o kanonizację oskarżonego.

– Trudno winić te dziewczyny o to, że się boją – skomentowała Finola. – Z czego innego miałyby żyć, jeśli nie z prostytucji? Ale zwracaj się do mnie, kiedy tylko zechcesz. Wiesz, że obecnie sądy akceptują wszelkie techniki tajnej obserwacji.

– Nie sądzisz chyba, że nie założyliśmy podsłuchów w jego sex shopie i burdelach? Ale cwany łajdak z tego Gerrety’ego: nie słyszałam na nagraniach, żeby choć raz powiedział coś, co mogłoby go obciążyć. Mimo wszystko go dopadniemy. Poczekaj, a sama zobaczysz.

Katie wydęła usta i przyglądała się, jak uwolniony z zarzutów mężczyzna wsiada do swojego zielonego mercedesa o metalizowanym lakierze i odjeżdża. Ranek był tak jasny, że miała na nosie ray-bany, przekrzywione, bo ułamała się w nich jedna z podpórek. Słońce oślepiło ją przez to na tyle, że w pierwszej chwili nie rozpoznała wbiegającego z wysiłkiem po schodach detektywa O’Donovana. Dopadł do niej, w rudawym trenczu, pasującym kolorem do jego włosów.

– Dzwoniłem do pani, ale nie mogłem się z panią połączyć! – odezwał się, zasapany.

– Co…? Och, to ty, Patricku! Od samego rana byłam w sądzie. Przepraszam, nie włączyłam jeszcze telefonu.

– Ani ja – wtrąciła Finola. – Przyjemnie czasem od tego odpocząć.

– Co się stało? – zapytała Katie. – Nie znaleźli chyba Roisin Begley? – Roisin Begley była szesnastoletnią córką jednego z najbogatszych deweloperów w Cork; minęły już ponad dwie doby od jej zaginięcia.

– Nie, niestety nie ma żadnych postępów w tym śledztwie – przyznał Patrick. – Przyjechałem powiadomić panią o zdarzeniu, do którego doszło w hotelu Montenotte. Słyszała pani, że dzisiaj miał być ślub syna Johna O’Malleya, Connora?

– Tak, z córką Gallagherów. Jak ona ma na imię…? Niamh. Czy któremuś z nich przydarzyło się coś złego?

– Młoda para cała i zdrowa, niech się pani nie martwi. Ale podczas wesela kroili tort i znaleźli w środku coś, co wygląda na ludzką głowę.

– Co takiego? Ludzką głowę? – Katie zdjęła okulary. – Wkręcasz mnie. W torcie weselnym?

– Podobno młodzi nie byli w stanie przekroić go do końca, więc dobrał się do niego John O’Malley i pociął go tak, żeby sprawdzić, co jest w środku. No i zobaczył ludzki nos. Dalej już nie wnikał w temat; w sumie trudno mu się dziwić. Nikt więcej tego tortu nie dotykał.

– Jezu – jęknęła Katie. – Czy ktoś ma podejrzenia, czyj to nos?

– Nie. – Detektyw pokręcił głową. – Są tam Horgan i Dooley, zagrodzili wejście do hotelu, w środku, przy recepcji. Czekamy na techników. Są w Ballea, bo akurat pług zaorał tam jakiegoś faceta… Powiadomiliśmy ich i przyjadą do Montenotte, kiedy tylko skończą zdejmować, że tak powiem, tego biedaka z pługa.

– Dobrze. Co z gośćmi weselnymi?

– Było ich w sumie dwustu siedemnastu. Większość jeszcze jest na miejscu, ale wypuszczają ich kolejno, po przesłuchaniu.

– W porządku. Jedźmy tam. Finola, wyślij mi raport na temat naszej sądowej porażki, dobrze? Muszę ją omówić z pełniącym obowiązki komendanta Molloyem. Niewątpliwie będzie skakał z radości, kiedy usłyszy, że Michael Gerrety się wywinął. Pewnie pojadą wieczorem do Hayfield Manor i zamówią szampana.

Finola bez słowa zatrzasnęła teczkę i uniosła starannie podkreślone kredką brwi, jak gdyby mówiła: Obie wiemy, co się dzieje; musimy tylko poczekać, aż będą o tym wiedzieć inni, nie zgodzisz się? Zwierzyna nam się wprawdzie wymknęła, ale w swoim czasie ją dopadniemy.

· · ·

Zajechali pod hotel Montenotte przy Middle Glanmire Road. Na parkingu stała jeszcze ponad setka gości weselnych; większość kobiet miała na ramionach marynarki swoich partnerów. Ludzie chuchali sobie w dłonie i z zimna przestępowali z nogi na nogę. Przy bocznym wejściu do sali bankietowej parkowały dwa radiowozy, przy których stało trzech tupiących nogami policjantów, także wyraźnie zmarzniętych. Dzień był wprawdzie słoneczny, ale front hotelu znajdował się w cieniu.

Katie weszła do budynku i zbliżyła się do długiego stołu pod oknem. W sali bankietowej panowała cisza, a umocowane pod sufitem serpentyny i balony pogłębiały tylko wrażenie pustki. Na stołach było mnóstwo w połowie opróżnionych kieliszków szampana.

Detektywi Horgan i Dooley stali koło tego, co zostało z weselnego tortu; towarzyszyli im zastępca kierownika hotelu oraz John O’Malley. Bardzo młody ten zastępca kierownika, pomyślała Katie, mimo że jasnowłosy mężczyzna miał już przerzedzone włosy. Cofnął się, kiedy znalazła się tuż obok. Pewnie w długim płaszczu i jasnoszarym kostiumie założonym na rozprawę sądową przypominam mu z wyglądu dyrektorkę szkoły, uznała. Do tego ostatnio ostrzygła włosy bardzo krótko; zdaniem jej siostry, Moirin, wyglądała przez to zbyt surowo.

– Jestem zaszokowany, Katie – odezwał się John O’Malley. – I zrozpaczony. Connor i Niamh przeżyli koszmar w dniu swego ślubu.

Katie spojrzała na sczerniały nos wystający ponad biszkopt tortu. Odruchowo zasłoniła usta z powodu mieszaniny woni rozkładu i wanilii.

– Skąd jest ten tort? – zapytała.

– Od Crounana, zamawiałem go osobiście u samego Micky’ego Crounana.

– Kiedy go tu przywieziono?

– Dzisiaj przed południem, mniej więcej za piętnaście jedenasta – odpowiedział zastępca kierownika hotelu.

– Kto go przywiózł?

– Dwóch mężczyzn w białych fartuchach przyniosło go z furgonetki. Powiedzieli, że to tort od Crounana, chociaż na furgonetce nie było żadnych napisów, była po prostu biała. Podpisałem odbiór tortu, i tyle.

– Czy rozpoznałby pan tych dwóch mężczyzn?

– Bardzo wątpię. – Zastępca kierownika pokręcił głową. – Byłem w tym momencie bardzo zajęty. Mogę natomiast powiedzieć, że przynajmniej jeden z nich pochodzi z północnych dzielnic Limerick, bo rzucił na odchodnym: „Winszuję, szczynścia, zdrowia”, z takim charakterystycznym akcentem. Dokładnie tak samo mówił mój dziadek, który był stamtąd, z osiedla Moyross Park.

– Rozumiem – rzuciła Katie. – Spodziewam się, że za chwilę zjawią się tu dziennikarze, którzy będą pana o to wszystko wypytywać. Czy mógłby pan w ogóle nic im nie mówić do czasu, aż powiadomimy pana, że już można? Bardzo proszę. A jeśli już musi pan coś mówić, to czy mógłby pan jak najmniej spekulować?

Młody mężczyzna zamrugał, chyba nie za bardzo rozumiejąc, co miała na myśli.

– Chodzi mi o to, żeby, na przykład, nie mówił pan reporterom, że się panu wydaje, że ktoś postanowił celowo zepsuć to wesele, i tym podobne. Żadnych teorii, dobrze?

– Ach, oczywiście – zgodził się zastępca kierownika. – Dobrze.

– Przesłuchujemy po kolei wszystkich gości, ale niczego się od nich nie dowiedzieliśmy – powiadomił ją Horgan. – Kiedy się tu pojawili, tort stał już w widocznym miejscu, więc nikt spośród nich nie mógł niczego z nim zrobić. Państwo O’Malleyowie i Gallagherowie to znane i bardzo lubiane rodziny, zwłaszcza ze względu na ich działalność charytatywną. Żadnemu z gości nie przyszedł do głowy nikt, kto mógłby zechcieć im zaszkodzić.

– Czy nie pokłóciłeś się z nikim ostatnio? – zapytała Katie Johna O’Malleya. – Nikt ci nie groził, z jakiegokolwiek powodu?

– W zeszłym tygodniu głosowałem przeciwko budowie zapory przeciwpowodziowej Lower Lee, co spotkało się z niezadowoleniem części właścicieli sklepów z centrum miasta, to chyba wszystko. Nie zdarzyło się nic, co usprawiedliwiałoby tego rodzaju makabryczny czyn. Jeśli doprowadziłem kogoś do szału, to dlaczego nie uciął głowy mnie i nie wsadził jej do tortu? Tylko czyjąś, nawet nie wiem czyją.

– A wy, nie mieliście czasem ostatnio w hotelu jakichś trudnych gości? – Katie zwróciła się znowu do zastępcy kierownika.

– Nie więcej niż zwykle – odparł. – Niektórzy za dużo piją i naprzykrzają się pozostałym albo za bardzo hałasują w pokojach. Tydzień temu wyrzuciliśmy jednego typa, który o mały włos nas nie spalił. Był tak napruty, że nie umiał włączyć ogrzewania, więc podpalił materac łóżka.

· · ·

Troje techników kryminalistyki przyjechało czterdzieści pięć minut później. Weszli do sali bankietowej i kroczyli przed siebie, szeleszcząc białymi kombinezonami z cienkiego syntetycznego materiału, w których wyglądali, jakby właśnie wrócili z kosmosu.

– Co z tym człowiekiem w Ballea? – zapytała na powitanie Katie.

– Ech, nie żyje. „Nie żyje” to mało powiedziane – odparł szef zespołu. Wydawał się cały szary: miał krótkie szpakowate włosy i pomarszczoną twarz o podobnym odcieniu. Katie pomyślała, że to te wszystkie straszliwe widoki, jakie musiał oglądać na przestrzeni lat swojej pracy, stopniowo pozbawiły go kolorów. Przecież mówi się, że ktoś osiwiał, kiedy zobaczył ducha…

– Wygląda na to, że ofiara wypadku cierpiała na epilepsję – tłumaczył technik. – W każdym razie z jakiejś przyczyny facet spadł do tyłu z siedzenia własnego traktora, prosto pod dwukierunkowy pług talerzowy.

– Oj. Aua… Nieprzyjemne.

– Piekielna robota, mówię pani. Musieliśmy oddzielić ciało od pługa. Wpadła pani kiedyś kość do maszynki do mięsa?

– Dzięki, Bill, już mi dostatecznie niedobrze. Spójrzcie teraz na to. Młoda para kroiła tort i poczuła, że w środku jest coś twardego. Obecny tu pan O’Malley pociął tort na części i proszę, co odkrył…

Kierownik zespołu techników kryminalistyki pochylił się i przyjrzał uważnie koniuszkowi ludzkiego nosa.

– Częściowo rozłożony i na wpół upieczony – ocenił. – Obfotografujemy tu to, co widać, a potem chyba zabierzemy to w całości do laboratorium. Tam zrobimy USG i poszukamy odcisków palców oraz innych dowodów, a dopiero później potniemy resztę tortu. Przy odrobinie szczęścia możemy znaleźć DNA człowieka, który lukrował tort: ludzie nieraz oblizują przy tej czynności łyżkę.

– Dobrze, przekazuję wam znalezisko – powiedziała Katie. – Bardzo was proszę o przysłanie mi zdjęcia twarzy ofiary, kiedy tylko je zrobicie. Im prędzej dowiemy się, kogo upiekli, tym łatwiej będzie znaleźć tego diabolicznego cukiernika.

Rozdział 3

Ku swojej uldze Katie nie zastała już na posterunku przy Anglesea Street Bryana Molloya, pełniącego obowiązki komendanta. Ich relacje zawodowe, odkąd tylko został przysłany z Limerick, żeby zastąpić komendanta Dermota O’Driscolla, były coraz bardziej napięte. W przeciwieństwie do jego poprzednika, Molloya denerwowała obecność kobiet w szeregach Garda Síochána. Jego zdaniem, nie były towarzyskie tak jak mężczyźni, a poza tym nie można było mieć pewności, że staną w obronie kolegi przyłapanego na lekkim naginaniu zasad.

Zanim Katie zdążyła zdjąć płaszcz, zadzwoniła jej komórka. Telefonował detektyw Horgan spod domu państwa Crounanów przy Alexander Place, koło St Luke’s.

– Pojechaliśmy na Maylor Street, do piekarni, ale zobaczyliśmy opuszczone żaluzje. Na drzwiach nie ma żadnej tabliczki ani kartki, po prostu piekarnia jest zamknięta. Teraz jesteśmy pod domem Crounanów i w środku nikogo nie ma. Na zewnątrz nie parkuje żaden samochód, nie ma śladów obecności ludzi.

– Próbowaliście do nich dzwonić?

– Pewnie. Komórka Micky’ego jest wyłączona, a jego żona nie odbiera.

– Czy telefonowaliście do pracowników piekarni? Muszą wiedzieć, dlaczego zakład jest zamknięty i gdzie się podział szef z rodziną.

– Będziemy do nich dzwonili. Najpierw musimy się jednak dowiedzieć, kto tam pracuje, i zdobyć namiary na tych ludzi. Rozpytamy o nich w sąsiednich sklepach i u konkurencji. Pewnie u Scooziego ktoś będzie kogoś znał.

– Dobra, informujcie mnie o wszystkim na bieżąco.

Katie zaczęła przeglądać pozostawione dla niej na biurku dokumenty. Po chwili rozległo się pukanie do drzwi i wszedł komisarz Liam Fennessy. W okrągłych okularach i tweedowej marynarce ze skórzanymi łatami na rękawach, ostrzyżony na jeża, wyglądał raczej na angielskiego wykładowcę z Uniwersytetu w Cork niż na komisarza Gardy.

– Widziano Roisin Begley – zameldował. – Niecałą godzinę temu jedna z jej szkolnych koleżanek zobaczyła ją jadącą samochodem na Pope’s Quay. Według słów tej dziewczyny Roisin nie wydawała się w najmniejszym stopniu zestresowana: śmiała się.

– Czy ta koleżanka ma pewność, że widziała właśnie Roisin?

– Stuprocentową. Zwróciła uwagę na jej jasne włosy i czerwono-białą wełnianą czapkę. Zamachała do niej, ale Roisin albo jej nie dostrzegła, albo udawała, że jej nie widzi.

– Z kim jechała?

– Z mężczyzną, którego jej koleżanka nie umiała opisać. Mówi, że była zbyt zajęta próbami zwrócenia na siebie uwagi Roisin. Wydaje jej się jeszcze, że Roisin miała na sobie niebieską bluzę od dresu, bo zapamiętała dwa białe pionowe paski na rękawach. Nic więcej nie wie.

– Dzięki Bogu Roisin przynajmniej jeszcze żyje. Myślałam, że znajdziemy ją utopioną w rzece. Skoro się jednak śmiała, to chyba uciekła od rodziców, a skoro tak, może być trudno ją znaleźć. Polecę biuru prasowemu skontaktować się z Begleyami, może zgodzą się wygłosić do córki apel w wiadomościach o osiemnastej. Wiesz: „Błagamy cię, kochanie, wróć do domu, ani trochę się na ciebie nie gniewamy. Woofy za tobą tęskni”.

– Woofy? – powtórzył komisarz Fennessy.

– Woofy czy inny Burek. – Kiedy Katie opowiadała o torcie weselnym, Fennessy słuchał uważnie.

– O Jezu – jęknął, kręcąc głową, gdy skończyła. – To prawie równie okropne jak z tą babą z Curraheen, która usmażyła swojego chłopa na smalcu i karmiła nim koty.

– Technicy robią USG znaleziska, może zobaczymy, czyja to głowa.

– Na miłość boską, jak można upiec ludzką głowę w torcie? I po co?

Katie zamknęła leżącą przed nią teczkę z dokumentami i odepchnęła się z fotelem od biurka.

– Jeśli umielibyśmy odpowiadać na takie pytania, to oboje stracilibyśmy pracę.

· · ·

Tego popołudnia Katie wyszła z pracy wcześniej. Miałaby przecież wolne, gdyby nie rozprawa sądowa. Chciała poszukać w Hickey’s nowych zasłon i dywanu, ale teraz musiała poczekać z tym do weekendu. Kończyła przemeblowywanie salonu. Robotnicy zdarli tapetę w stylu regency, którą wybrał niegdyś jej nieżyjący już mąż, Paul. Pozbyła się złoconych mebli. Pewnie zawsze będzie pamiętała egoizm, niewierność i użalanie się nad sobą Paula i postępujący, szczególnie po śmierci małego Seamusa, rozkład ich małżeństwa, ale przynajmniej nie będzie już musiała żyć we wnętrzu, które było odbiciem wyobrażeń jej dawnego męża o luksusie.

Mieszkała pod Cork, na zachodnim krańcu Cobh, nad poszerzającą się w tym miejscu rzeką Lee, która dalej tworzy naturalny port i uchodzi do morza. Kiedy Katie wróciła do domu, słońce migotało jeszcze na wodzie, ale wzmagał się zimny wiatr. Przydrożne drzewa pochylały się i rzucały na wszystkie strony, jakby gniewały się, że wieje.

Obróciła kierownicą i ford focus skręcił na podjazd. W tej samej chwili zobaczyła na werandzie swojego domu mężczyznę w szarym prochowcu. Obrócił się, usłyszawszy samochód, i uniósł rękę w geście powitania.

– Idealnie się zgraliśmy – odezwał się, kiedy wysiadała z samochodu.

Sięgnęła na fotel pasażera po torbę z zakupami.

– Nie przyszedł pan do mnie, żeby mi sprzedać okna z podwójnymi szybami, prawda? – zagadnęła.

– Nic z tych rzeczy – odpowiedział ze śmiechem nieznajomy. – Właśnie wprowadziliśmy się do domu obok i chciałbym się po prostu przedstawić.

– Ach, miło mi. Dzień dobry. Witam w Carrig View. Pozwoli pan, że najpierw otworzę drzwi i odstawię te zakupy.

– Proszę. – Mężczyzna wyciągnął rękę i wyjął Katie torbę z dłoni.

Otworzyła drzwi, wyłączyła alarm i skinęła na nowego sąsiada, żeby wszedł. Kiedy tylko otworzyła drzwi do kuchni, merdając ogonem, przybiegł do niej w podskokach Barney, seter irlandzki.

– Piękny zwierzak – pochwalił gość. – Jak masz na imię, stary?

– To jest Barney – przedstawiła czworonoga Katie. – Bardzo proszę postawić tę torbę na stole. Dziękuję. To naprawdę miłe z pana strony.

Sąsiad wyciągnął rękę.

– Nazywam się David ó Catháin; większość ludzi nazywa mnie Davidem Kane’em. Jestem weterynarzem, zatem już od przyszłego tygodnia będzie pani widziała mnóstwo ludzi wchodzących do mojego domu i wychodzących z rozmaitymi zwierzętami. Przeważnie to psy i koty, czasem papugi, ale trafia się nawet aligator albo coś w tym rodzaju.

– Jestem Katie Maguire, mówmy sobie po imieniu.

David Kane podobał jej się, przypominał trochę Johna, który opuścił ją pod koniec lata, aby żyć i pracować w Ameryce. Nowy sąsiad był wysoki, podobnie jak John, i miał ciemne, kręcone włosy, tylko że twarz była bardziej pociągła. Miał prosty, ostro zakończony nos i kwadratową, bardzo mocno zarysowaną szczękę. Był też smuklejszy, ale przecież John rozbudował muskulaturę, pracując w swoim gospodarstwie rolnym, dopóki toczący irlandzką gospodarkę kryzys nie zmusił go do sprzedania ziemi.

David Kane miał dźwięczny, niski głos i mówił z pewnością siebie. Najbardziej podobały się Katie jego ciemne, wesołe oczy; sprawiał wrażenie człowieka, któremu trudno podchodzić do życia z powagą. Dni Katie były na tyle ponure i monotonne, że ceniła kontakty ze wszystkimi ludźmi, którym towarzyszył śmiech.

– Pani z agencji nieruchomości wspominała, że jesteś policjantką – powiedział David. – Mając taką sąsiadkę, nie będziemy się musieli przesadnie martwić o bezpieczeństwo.

– Nie powinna ci tego mówić… ale tak, służę w Garda Síochána.

– Ganiasz cały dzień po mieście radiowozem? To musi być ekscytujące zajęcie.

– Nie, przeważnie siedzę za biurkiem, przekładając stosy papierów.

– Ach. A gdzie twoja druga połowa?

– W tej chwili nie mam drugiej połowy, chyba żeby uznać za nią Barneya.

– Przepraszam cię. Ta kobieta z agencji nieruchomości opowiadała w kółko o mieszkającej po sąsiedzku parze…

– Chyba muszę się rozmówić z tą panią z agencji, powinna zachowywać większą dyskrecję.

– Naprawdę bardzo cię przepraszam… – David ujął jej dłoń obiema rękami i spojrzał na nią wzrokiem, który, jak wyrażała się babcia Katie, roztopiłby nawet czekoladę.

– Nie przejmuj się – ucięła Katie. – I tak byś się zorientował. Cokolwiek dzieje się w Cobh, na ogół wszyscy wiedzą o tym już dwie minuty później. Mogłabym przysiąc, że o niektórych rzeczach plotkują, jeszcze zanim się zdarzą. Przyjdźcie może do mnie oboje z żoną jutro wieczorem na drinka, to poznamy się lepiej. Zaprosiłabym was od razu dzisiaj, ale muszę nadgonić robotę. Jak ma na imię twoja żona?

– Sorcha. Nie jest zbyt towarzyska, ale przekażę jej zaproszenie.

– Koniecznie. Najlepiej wpadnijcie około wpół o ósmej.

David chyba nagle się zorientował, że wciąż ujmuje dłoń Katie. Puścił ją i uśmiechnął się z taką miną, jakby mówił: „Co ja wyprawiam? Co ze mnie za typ?”.

Odprowadziła go do wyjścia. Przystanął jeszcze w drzwiach i zapytał:

– Czy byłoby zbytnią niedyskrecją z mojej strony, gdybym cię zapytał, co konkretnie robisz w Gardzie?

– Mogę ci powiedzieć, i tak pewnie zobaczysz mnie w wiadomościach o dziewiątej. Jestem detektywem, w stopniu nadkomisarza.

David uniósł gęste, ciemne brwi.

– „Detektywem w stopniu nadkomisarza”… – powtórzył. – Coś podobnego! Jesteś capo di tutti capi.

– Niezupełnie. Mam bezpośredniego przełożonego, komendanta, a on odpowiada przed Dublinem.

– Tak czy inaczej, jestem pod wrażeniem.

– Miło cię poznać, Davidzie – podsumowała Katie. – I bardzo dobrze wiedzieć, że gdyby, nie daj Boże, Barney zachorował, mam po sąsiedzku weterynarza.

Popatrzył na nią tak, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w końcu odwrócił się i poszedł, unosząc na pożegnanie prawą dłoń, niczym Peter Falk w roli porucznika Columbo. Katie spoglądała za nim, aż znikł za żywopłotem.

Co za niezwykły, interesujący mężczyzna, pomyślała, zamykając drzwi. Było w Davidzie coś, co wytrąciło ją z równowagi – a może po prostu brakowało jej Johna? Co właściwie miał na myśli jej nowy sąsiad, mówiąc, że jego żona, Sorcha, nie jest zbyt towarzyska? Dziwnie to zabrzmiało.

Katie wróciła do kuchni i zaczęła rozpakowywać zakupy. Barney siedział przy niej, jak gdyby jej pilnował, ale pewnie po prostu czekał na jedzenie. Jak każdy samiec, pomyślała. Wydaje ci się, że cię chronią, a oni myślą tylko o własnych apetytach.

· · ·

Tej nocy Katie jechała we śnie z Johnem na tandemie. Zjeżdżali ulicą Summerhill, w północnej części Cork, z taką prędkością, że Katie nie mogła nadążyć z pedałowaniem.

John siedział za nią, więc go nie widziała, za to pośród świszczącego w uszach wiatru słyszała jego krzyki. John krzyczał na nią, był rozgniewany, i to bardzo, chociaż za nic nie rozumiała o co. Niestety, bała się obrócić głowę, żeby nie wypaść z drogi.

Raz po raz naciskała hamulce, ale za każdym razem piszczały tylko przeraźliwie, a rower wcale nie zwalniał.

„John! – zawołała. – John, proszę cię, przestań krzyczeć! Hamulce nie działają! Nie działają hamulce!”

Tandem podskoczył na krawężniku i wjechał na chodnik, śmigając prosto ku czyjejś bramie. W tej samej chwili Katie otworzyła oczy. Zerwała się i usiadła na łóżku, spocona i zasapana, jak gdyby przed chwilą naprawdę pędziła w dół Summerhill. W sypialni było zupełnie ciemno, świeciły się tylko czerwona dioda na telewizorze i cyfry zegara na nocnym stoliku: 2:25.

Lecz krzyki nie ustawały, podobnie jak przerywany pisk, którego źródłem nie były hamulce. Krzyczał mężczyzna – nie John – a te wyższe dźwięki dobywały się z ust odpowiadającej mu kobiety. Odgłosy dochodziły z sąsiedniego domu.

Katie nasłuchiwała przez chwilę. Nie była w stanie rozróżnić słów, usłyszała za to głośny huk i brzęki; to chyba garnki runęły na płytki kuchennej podłogi. Katie wstała z łóżka, podeszła do okna i odsłoniła zasłony.

Mimo rozdzielającego posesje buczynowego żywopłotu widać było, że w kuchni sąsiadów świeci się światło. Mężczyzna wykrzykiwał teraz krótkie, ostre zdania, co przypominało szczekanie rozwścieczonego psa. Kobieta zawyła, jakby z bólu, trzy czy cztery razy, po czym zaczęła płakać, tak żałośnie, że Katie była bliska ubrania się i pójścia do sąsiadów, żeby sprawdzić, czy nieszczęsna kobieta nie doznała jakichś obrażeń.

Odgłosy wskazywały na to, że mężczyzna ją bije, a skoro tak, obowiązkiem Katie jako policjantki, po irlandzku: „strażniczki pokoju”, było zapytanie jej, czy chciała oskarżyć sprawcę pobicia przed sądem.

Nie decydowała się na razie wyjść, tylko słuchała. Krzyki i wrzaski ucichły, od czasu do czasu rozlegało się jedynie łkanie kobiety. Po dłuższym czasie i ono ustało. Katie otworzyła okno i nasłuchiwała uważnie. Głosy tych dwojga były już spokojniejsze, ale wciąż nie mogła rozpoznać słów. Noc była wilgotna i zimna, niebo tak zachmurzone, że nie było widać księżyca, choć przypadała pełnia. Katie zadrżała i jak najciszej zamknęła okno. Niemal równocześnie w kuchni sąsiadów zgasło światło.

Poszła do własnej kuchni, otworzyła lodówkę i prosto z butelki wypiła duży łyk gazowanej wody Ballygowan. Nie miała pewności, czy przed chwilą stała się świadkiem odgłosów przemocy domowej, czy też nie. Wszystkie pary się kłócą, to oczywiste, i zazwyczaj ich kłótnie wydają się z zewnątrz o wiele poważniejsze, niż są w rzeczywistości, nawet jeśli dochodzi do rękoczynów. Przed dwoma laty to właśnie Katie zorganizowała w Cork kampanię przeciwko biciu żon, pod hasłem Gallchnó Crann, czyli Orzech Włoski. Nazwa pochodziła od znanego w Irlandii starego wierszyka, który w wolnym tłumaczeniu brzmiał: „Kobieta, orzech i pies są tym lepsze, im mocniej każdemu z trojga przypieprzę”. Mimo wszystko w wielu przypadkach żony w ostatniej chwili odmawiały złożenia zeznań przed sądem, nawet jeśli miały podbite oczy, rozcięte usta czy złamane żebra. Twierdziły, że to wszystko ich wina, ponieważ sprowokowały mężów do bicia. „Czasem okropnie się go czepiam, więc nie winię go, że mi przylał”.

Katie wróciła do łóżka, ale nie zgasiła różowej lampki nocnej. Leżała z otwartymi oczami, rozmyślając o tym, co słyszała przed chwilą. Myślała także o Johnie, zastanawiała się, co w tym momencie robi. U niego, w San Francisco, była dopiero osiemnasta czterdzieści jeden poprzedniego dnia, musiało jeszcze świecić słońce. Katie była ciekawa, czy i John o niej myśli, czy raczej właśnie siedzi w jakiejś knajpie z inną kobietą, roześmiany.

Potem zaczęła myśleć o Davidzie Kanie i o tym, co w nim było, że zrobił na niej aż takie wrażenie. Być może roztaczał charyzmę trochę podobną do tej, jaką miał Michael Gerrety? Aura człowieka niebezpiecznego.

· · ·

Następnego ranka Katie stała w oknie i jadła musli. Po jakimś czasie usłyszała odgłos energicznie zatrzaskiwanych drzwi samochodu. Przeszła do salonu i zobaczyła Davida Kane’a odjeżdżającego srebrnym range roverem. Nowy sąsiad zerknął na jej dom, ale chyba jej nie widział, bo stała dość daleko od okna.

Ubrała się; włożyła gruby biały sweter i tweedową spódnicę w kolorze butelkowej zieleni; tę, którą kupiła w Kenmare podczas spędzonego tam z Johnem weekendu. Od ich wspólnego wypadu do Kenmare minęło zaledwie niecałe pół roku, a wydawało się, jakby było to dawno temu, jak gdyby wyjazd ów dotyczył innej osoby albo Katie oglądała go tylko na filmie.

Przed wyjazdem do pracy zaszła do domu Kane’ów i zadzwoniła do drzwi. Nie powiesili jeszcze zasłon w salonie, widać było stojące dotąd stosy pudeł. Czekała i czekała, ale nikt nie otwierał, więc zadzwoniła po raz drugi.

Już miała odejść, kiedy usłyszała z wnętrza domu kobiecy głos:

– Kto tam?

– Jestem Katie, sąsiadka, spod numeru czterdzieści siedem. Katie Maguire. Przyszłam tylko panią poznać.

– Nie wyglądam jeszcze przyzwoicie…

– Rozumiem. Zaprosiłam panią razem z mężem wieczorem na drinka.

– Nie mogę, dzisiaj nie mogę. Mam jeszcze tyle rozpakowywania…

– W takim razie może jutro rano? Jutro mam wolne, a przynajmniej na to liczę. Może zajrzy pani na kawę? Pani Sorcha, prawda? Nie mylę pani imienia?

Nastała bardzo długa cisza, po czym nowa sąsiadka odpowiedziała:

– Nie wiem… Mam tyle rozpakowywania, i muszę jeszcze jakoś urządzić ten dom, żeby dało się w nim żyć. David jest trochę pedantem.

Katie się zawahała. Miała wielką ochotę powiedzieć, że słyszała w nocy awanturę, na razie jednak zachowała to dla siebie. Jeśli będzie się to regularnie powtarzało, może podejmę jakieś działania, ale wtrącanie się w prywatne życie ludzi nie jest moim zadaniem, pomyślała. Gdyby kiedyś aresztowała Paula za każdym razem, kiedy nią potrząsnął czy popchnął podczas kłótni, większość czasu spędzałby w więzieniu.

– Oczywiście – powiedziała. – W każdym razie zaproszenie jest cały czas aktualne, gdyby tylko miała pani ochotę wpaść na pogaduszki.

– Przyjdę. Stokrotne dzięki.

Katie wróciła na swoją posesję i wsiadła do samochodu. Uruchomiła silnik, i w tej samej chwili jej iPhone odegrał tradycyjną irlandzką pieśń Banks of the Roses. Wyjęła telefon z kieszeni.

– Detektyw nadkomisarz Maguire, słucham – rzuciła.

– Halo?! Halo?! Ach, dzień dobry pani! Mówi Bill Phinner, technik!

– Słucham, Bill. Słyszę cię doskonale, nie musisz krzyczeć.

– Och, przepraszam, jestem trochę przygłuchy, a kiedy słabo kogoś słyszę, wydaje mi się, że i on jest przygłuchy. W każdym razie chodzi mi o tego mężczyznę z tortu. Właściwie o głowę z tortu, bo to głowa mężczyzny. Przeskanowaliśmy materiał ultrasonografem i rzeczywiście w cieście jest cała głowa, odcięta trochę nierówno, pomiędzy kręgami C trzy a C cztery. Trudno dokładnie określić czym, zanim oddzielimy ją od biszkoptu.

– Macie jakieś pojęcie, czyja to głowa?

– Nie mamy stuprocentowej pewności, ale Neeli wydaje się, że to może być głowa Micky’ego Crounana. W kółko biega do piekarni po pączki, i rozpoznała Crounana na obrazie z USG. A przecież tort został zamówiony właśnie u niego.

– Rozumiem, Bill. Ruszam spod domu. Zobaczymy się za mniej więcej dwadzieścia minut, zależy, jaki będzie ruch. Znaleźliście jakieś odciski palców albo DNA?

– Ani jednego odcisku. Osoba, która lukrowała to ciasto, robiła to w lateksowych rękawiczkach. Analizujemy natomiast kilka próbek pod kątem obecności cudzego DNA.

– Ktokolwiek to zrobił, zupełnie nie rozumiem motywu – przyznała Katie. – Po cóż, na Boga, ktoś miałby uciąć głowę cukiernikowi i upiec ją w torcie, w firmie ofiary?

– Ja też nie mam pojęcia – odparł Bill Phinner. – Zna pani jednak to stare przysłowie: „Najniebezpieczniejsza na świecie potrawa to tort weselny”.

Rozdział 4

Pełniący obowiązki komendanta Molloy wysłał Katie SMS-a, żeby przyszła do jego gabinetu, kiedy tylko dotrze do komisariatu przy Anglesea Street. Wiedziała, że cokolwiek ten człowiek powie, wyprowadzi ją z równowagi na resztę dnia, więc najpierw weszła na piętro, gdzie mieściło się laboratorium kryminalistyczne.

Bill Phinner, szef zespołu techników, i jego dwoje asystentów stali w długich białych fartuchach wokół stołu ze stali nierdzewnej służącego do sekcji zwłok. Przez okno zaglądało słońce, które przeświecało przez fartuchy, i zebrani przywodzili na myśl świetliste anioły z jakiegoś średniowiecznego malowidła z pozbawionym głowy męczennikiem w roli głównej. Na stole stały cztery duże pojemniki na żywność wypełnione kawałkami tortu weselnego. Pojemniki były ponumerowane i w każdym znajdowało się ciasto z innej części tortu.

Na srebrnej paterze, na której wtoczono na salę tort, wciąż spoczywała odcięta głowa mężczyzny. Miał rzadkie siwe włosy, które zostały starannie oczyszczone z ciasta, i krzaczaste siwe wąsy. Twarz była blada, żółtawa, w odcieniu porządnie wyglądającego wędzonego wątłusza. Koniec nosa i małżowiny uszne miały jednak czarniawy czy raczej ciemnobrązowy odcień. Oczy pozostawały zamknięte, jakby mężczyzna spokojnie spał, choć przecież brakowało reszty jego ciała. Bill Phinner miał rację: szyja została odcięta nierówno, była poszarpana, co wskazywało, że ofiarę pozbawiono głowy dużą piłą poprzeczną.

– Oto i on – oznajmił Phinner. – Mamy już pewność, że to Micky Crounan. Znaleźliśmy w internecie kilka jego zdjęć zrobionych podczas rozmaitych wydarzeń biznesowych i charytatywnych. To bez wątpienia on.

– Ma dziwny kolor – zauważyła Katie.

– Miałaby pani taki sam, gdyby nie żyła pani od prawie tygodnia, a potem pieczono by panią przez półtorej godziny w temperaturze stu sześćdziesięciu stopni.

– Nie żyje od tak dawna?

– Patolog bez wątpienia oceni to dokładniej niż my, zaryzykuję jednak twierdzenie, że pan Crounan został zabity sześć, siedem dni temu, co najmniej.

– Dlaczego w takim razie nikt nie zgłosił jego zaginięcia?

– To pytanie nie do mnie. Nie był to przecież jakiś bezdomny, za którym nikt by nie tęsknił, prawda? Miał żonę, dzieci, prowadził firmę, był w prawie wszystkich komisjach rady miejskiej.

– Mimo to zamordowano go prawie tydzień temu i nikt o niego nie pytał?

– Musi być jakieś wytłumaczenie. – Bill wzruszył ramionami. – Cieszę się, że to nie ja muszę go szukać. Proszę, niech pani tu podejdzie i rzuci okiem na zdjęcia.

Phinner zaprowadził Katie do stołu laboratoryjnego po przeciwnej stronie pomieszczenia, pod oknem. Pokazał jej obraz z ultrasonografu, którym przeskanowano głowę cukiernika zatopioną jeszcze w torcie. Ciemna, przypominająca ducha z serialu telewizyjnego Most Haunted twarz, zamknięte oczy. Potem technik rozłożył fotografie w kolejności, w jakiej były wykonywane na poszczególnych etapach zdejmowania ciasta.

Na koniec pokazał około dziesięciu zdjęć ściągniętych z Google: uśmiechnięty Micky Crounan wita się z członkami władz Cork, bierze udział w dorocznym bankiecie klubu golfowego Fota, demonstruje swoje wypieki fotografowi z gazety „Echo”.

– Naprawdę trudno pojąć, kto mógłby chcieć zabić takiego człowieka – skomentowała Katie. – Nikt nie przekazał nam ani środkom masowego przekazu wiadomości, że stoi za tym morderstwem. Nie oznajmił: „Załatwiliśmy Micky’ego Crounana z takiego a takiego powodu, zasłużył sobie na to”.

Wróciła do stołu do sekcji zwłok i wpatrywała się przez dłuższą chwilę w głowę cukiernika. W końcu rzuciła słowo podziękowania w stronę Billa Phinnera i wyszła z laboratorium. Była już gotowa na rozmowę z pełniącym obowiązki komendanta Molloyem.

· · ·

– To Micky Crounan – poinformowała go, wchodząc do gabinetu. Szef siedział za biurkiem, owijał właśnie fragment stalowego kija golfowego taśmą pozwalającą na pewniejszy chwyt. Wolny koniec taśmy trzymał w zębach.

– Ach, dzień dobry, pani detektyw – rzucił drwiącym tonem, nie wypuszczając z zębów taśmy. – Zdawało mi się, że prosiłem cię o stawienie się tutaj zaraz po przyjeździe do pracy.

Katie zignorowała te słowa, po prostu usiadła naprzeciw niego i położyła na biurku otrzymaną od Finoli McFerren teczkę z dokumentacją oskarżenia oraz uniewinnienia Michaela Gerrety’ego. Na wierzchu umieściła drugą teczkę, ze zrobionymi przez techników kryminalistyki zdjęciami i USG głowy Crounana, i otworzyła ją.

– Micky Crounan… Dlaczego ktoś postanowił zabić Micky’ego Crounana? – dziwił się Molloy. – Znałem go, niezbyt dobrze, ale przynajmniej na tyle, żeby pytać, co u niego słychać.

– Rozwiązanie tej zagadki to moje zadanie, prawda? W tej chwili cukiernia Crounana przy Maylor Street jest zamknięta na głucho, żaluzje są spuszczone. Nikt nie odbiera telefonu w domu ofiary. Bill Phinner ocenia, że Crounan nie żyje od prawie tygodnia.

Bryan Molloy skończył wreszcie oblepiać kij taśmą i oparł go o bok biurka.

– Moim zdaniem, ktoś chce coś przez to zakomunikować – oświadczył. – Mieliśmy podobny przypadek w Limerick. Właściciel restauracji nie oddał długu zaciągniętego u lichwiarza. Znaleziono głowę tego restauratora w kuchni jego własnego lokalu, gotującą się w gulaszu irlandzkim, razem z marchewką i cebulą. Wierz mi, że zaraz potem wszyscy, którzy byli winni temu lichwiarzowi pieniądze, szybko pooddawali mu długi.

– Jeszcze nie wiem, czy Micky Crounan kogoś rozgniewał albo czy miał długi – odparła Katie. – Przede wszystkim musimy odnaleźć jego żonę, Mary. Kazałam jednemu z moich ludzi obserwować dom Crounanów, na wypadek pojawienia się żony ofiary.

– Bardzo dobrze – pochwalił ją Bryan Molloy. – Pozwalam ci kontynuować to śledztwo. Ale zanim wyjdziesz, chciałbym omówić z tobą jeszcze dwie inne sprawy.

– Domyślam się, że jedną z nich jest sprawa Michaela Gerrety’ego.

– Tak, owszem. – Pełniący obowiązki komendanta zmarszczył brwi i po stosownej pauzie oznajmił: – Michael Gerrety został wczoraj uniewinniony od wszystkich trzydziestu siedmiu zarzutów o handel żywym towarem, prowadzenie domu publicznego oraz narażanie ludzi na niebezpieczeństwo. Jeśli chodzi o mnie, sprawa została zakończona, i kropka. Nie będziesz więcej śledziła tego człowieka i odwołasz wszelkiego rodzaju dalszą obserwację Michaela Gerrety’ego, jego nieruchomości oraz zatrudnianych przez niego osób. Jakakolwiek kontynuacja śledztwa w sprawie Gerrety’ego byłaby równoznaczna z nękaniem, a nie chcę, żebyśmy zostali oskarżeni o nękanie całkowicie niewinnego obywatela naszego miasta oraz biznesmena, spowodowane wyłącznie tym, że jakaś policjantka ma bzika na punkcie wykorzystywania młodych kobiet w celach seksualnych, podczas gdy, o ile dobrze rozumiem, wykorzystywane nie są. Wszystko, co robią, robią z własnej woli, podoba im się to i zapewnia standard życia daleko wyższy niż ten, jaki mogłyby osiągnąć, wykonując prace, za które otrzymywałyby minimalną pensję, na przykład upychając towary na półkach w Tesco.

– Rozumiem – skwitowała Katie. – A ta druga sprawa, na temat której chciałby pan wygłosić swoją stanowczą opinię?

– Proszę nie mówić do mnie w ten sposób, pani detektyw – wypalił Molloy. Twarz czerwieniała mu coraz bardziej, oczy niemal wychodziły z orbit. – Dermota O’Driscolla już nie ma i ten komisariat będzie prowadzony ze ścisłym poszanowaniem dyscypliny oraz hierarchii służbowej.

– Przepraszam. Powinnam była użyć innych słów. Nie „wygłosić swoją stanowczą opinię”, tylko „wyrazić ubolewanie”, prawda?

Bryan Molloy zaczął sapać, kiwając się przy tym w fotelu, w tył i naprzód. Robił to w obecności Katie nie po raz pierwszy; teraz zrozumiała, że był to jego sposób na uspokojenie się.

– Jeden z twoich ludzi rozpytywał o mnie – odezwał się w końcu. – Zadawał pytania związane z transakcjami o charakterze finansowym.

– Ach, ma pan na myśli łapówki? Wynagrodzenie za wyświadczone przysługi?

– Wyrażę się teraz jasno i otwarcie, Katie. Nigdy nie przyjąłem żadnej gratyfikacji finansowej za przymknięcie oka na czyjekolwiek przestępstwa.

– Czyżby zatem robił to pan za darmo?

– Słuchaj no, dziewczyno, tańczysz na linie. Nie wiem, co tam słyszałaś czy co ci mówili, ale ani razu nie wziąłem jakiegokolwiek rodzaju łapówki, i jeśli nadal będziesz sugerować coś przeciwnego lub jeżeli któryś z twoich detektywów będzie dalej zadawał pytania na temat moich spraw osobistych, złożę przeciwko tobie oficjalną skargę.

– Bardzo proszę to zrobić – zachęciła Katie. – Stworzy mi to jedyną w swoim rodzaju okazję do przedstawienia wszystkich dowodów przeciwko panu, jakimi dysponuję.

– Jakich znowu dowodów? Nie masz żadnych dowodów. Dowodów czego?

Katie zamknęła teczkę z fotografiami Micky’ego Crounana, wstała i oświadczyła:

– Wnieś oficjalną skargę, Bryanie. Wtedy się dowiesz.

Molloy też wstał, jego szyja rozpychała przyciasny kołnierzyk.

– Czy ja dobrze rozumiem? – syknął.

– Nie wiem. Nie umiem czytać w myślach, a gdybym zapragnęła czytać w twoich, musiałabym się chyba nauczyć alfabetu Braille’a.

– Ty mi grozisz, prawda? Odkąd tu przyjechałem, próbujesz podważyć mój autorytet, a teraz mi grozisz!

Katie spokojnie wpatrywała się w przełożonego, choć jej serce biło bardzo szybko. Nie zamierzała jednak pozwolić temu człowiekowi się zastraszyć.

– Tak – przyznała. – Grożę. W taki sam sposób, w jaki ty mi grozisz i próbujesz mnie powstrzymać przed wykonywaniem moich obowiązków. Spójrz na siebie, zaraz eksplodujesz.

To powiedziawszy, zatknęła teczkę pod pachę i ruszyła ku drzwiom.

– Katie! – krzyknął Molloy, kiedy położyła dłoń na klamce. Przystanęła więc, żeby wysłuchać, co miał do powiedzenia. – Pożałujesz tego, Katie. Zapłacisz mi za to.

– Och, nie ja jedna – odpowiedziała, nie odwracając głowy.

· · ·

Zanim doszła do swojego gabinetu, jej smartfon odegrał kilka pierwszych taktów Banks of the Roses. To wesoła ludowa piosenka, ale Katie wybrała ją z powodu padających na końcu pierwszej zwrotki słów: „Och Johnny, cudowny Johnny, nie opuszczaj mnie”.

Telefonowała posterunkowa Brenda McCracken.

– Dzwonię w sprawie Mary Crounan. Właśnie wróciła do domu, z dwojgiem dzieci i psem.

– Wielkie dzięki. Będę tam najpóźniej za dziesięć minut. Jeśli wyjdzie z domu, zanim dotrę, śledź ją.

Katie przeszła do sali dla niższych stopniem funkcjonariuszy, gdzie znalazła detektyw sierżant Ni Nuallán. Sierżant była pogrążona w pisaniu dwoma palcami na klawiaturze komputera. Mrużyła oczy i wpatrywała się w ekran, jakby wystukiwane przez nią słowa wyświetlały się w nieznanym jej języku. Nawet nie podniosła głowy, kiedy jej przełożona znalazła się w pomieszczeniu.

– Kyno – odezwała się Katie. – Możesz to na razie zostawić. Chodź, i to jak najszybciej. Wróciła do domu Mary Crounan, musimy powiadomić ją o śmierci męża.

– O Boże – jęknęła Kyna, zdejmując z wieszaka płaszcz. – Ze wszystkich naszych zadań tego nie znoszę najbardziej.