Wydawca: Masterlab Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2014

Upiór z Canterville ebook

Oscar Wilde  

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Upiór z Canterville - Oscar Wilde

Kiedy pan Hiram B. Otis, amerykański minister, nabywał Canterville Chase, wszyscy go ostrzegali, że popełnia czyn lekkomyślny, gdyż nie ulegało wątpliwości, że posiadłość ta była nawiedzana przez duchy.

W rzeczy samej, nawet lord Canterville, który poczucie honoru posuwał do granic drobiazgowości, uważał za swój obowiązek zapoznać z tym faktem pana Otisa przy ustalaniu warunków kupna i sprzedaży. — My sami nie chcieliśmy tam mieszkać — mówił lord Canterville — odkąd moja cioteczna babka, wdowa po księciu Bolton, dostała wstrząsu nerwowego, a to na skutek przestrachu, jakiego doznała, gdy dwie ręce szkieletu spoczęły na jej ramionach w chwili, kiedy przebierała się, by zejść na obiad. (fragment)

Opinie o ebooku Upiór z Canterville - Oscar Wilde

Fragment ebooka Upiór z Canterville - Oscar Wilde

Upiór z Canterville

Oscar Wilde

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-7991-028-1 Licencja: Tekst z domeny publicznej. Źródło: Polska Biblioteka Internetowa Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2013. Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne - zgodnie z oryginałem.
MASTERLAB Wydawanie i konwersja ebooków E-mail: biuro.masterlab@gmail.com www.masterlab.pl
Białobrzegi

Upiór z Canterville

I

Kiedy pan Hiram B. Otis, amerykański minister, nabywał Canterville Chase, wszyscy go ostrzegali, że popełnia czyn lekkomyślny, gdyż nie ulegało wątpliwości, że posiadłość ta była nawiedzana przez duchy.

W rzeczy samej, nawet lord Canterville, który poczucie honoru posuwał do granic drobiazgowości, uważał za swój obowiązek zapoznać z tym faktem pana Otisa przy ustalaniu warunków kupna i sprzedaży. — My sami nie chcieliśmy tam mieszkać — mówił lord Canterville — odkąd moja cioteczna babka, wdowa po księciu Bolton, dostała wstrząsu nerwowego, a to na skutek przestrachu, jakiego doznała, gdy dwie ręce szkieletu spoczęły na jej ramionach w chwili, kiedy przebierała się, by zejść na obiad. Czuję się w obowiązku powiedzieć panu, panie Otis, że kilku żyjących członków mojej rodziny widziało ducha, widział go także proboszcz parafii, wielebny Augustus Dampier, który jest członkiem King's College w Cambridge. Po nieszczęśliwym wydarzeniu z księżną nikt spośród młodszej służby nie chciał u nas pozostać, a lady Canterville prawie nie mogła sypiać po nocach z powodu tajemniczych szmerów, dochodzących z korytarza i z biblioteki.

— Milordzie — odpowiedział minister — nabywam meble z dobrodziejstwem inwentarza, a więc z duchem. Pochodzę z nowoczesnego kraju, w którym mamy wszystko, co się da kupić za pieniądze; a przy rzutkości naszych młodych obywateli, którzy malują Stary Świat na czerwono i wywożą wasze najlepsze aktorki i prymadonny, twierdzę, że gdyby jakiś duch istniał w Europie, mielibyśmy go w krótkim czasie u siebie, bądź w którymś z państwowych muzeów, bądź w objazdowym cyrku.

— A jednak obawiam się, że duch istnieje — rzekł uśmiechając się lord Canterville. — Może potrafił oprzeć się propozycjom waszych przedsiębiorczych impresariów. Jest on zjawiskiem znanym od trzech wieków, a ściśle biorąc, od roku 1584. Ukazuje się zawsze przed śmiercią któregoś z członków naszej rodziny.

— No, podobnie postępuje lekarz domowy. Duchy nie istnieją, lordzie Canterville, i śmiem twierdzić, że prawa natury nie ulegają zawieszeniu na użytek arystokracji angielskiej.

— Wy w Ameryce odnosicie się do wszystkiego bardzo naturalnie — odparł lord Canterville, który niezupełnie uchwycił znaczenie ostatniej uwagi pana Otisa. — Skoro panu duch krążący po domu nie przeszkadza, to wszystko w porządku. Ale proszę pamiętać, że uprzedziłem pana.

W parę tygodni później kupno zostało dokonane i pan minister z rodziną udał się pod koniec sezonu do Cantendlle Chase. Pani Otis, poprzednio panna Lukrecja R. Tappan z West-53rd Street, słynęła w swoim czasie jako nowojorska piękność i teraz jeszcze, będąc osobą w średnim wieku, zachowała niezwykłą urodę: bardzo ładne oczy i wspaniały profil. Wiele Amerykanek, opuszczając kraj rodzinny, przybiera pozę kobiet chronicznie niedomagających, gdyż wyobrażają sobie, że to nadaje im pozory europejskiego wyrafinowania. Pani Otis nigdy nie popełniła tego błędu. Świetnie zbudowana, posiadała wprost zdumiewającą tężyznę i prymitywną radość życia. Pod wielu względami przypominała angielskie panie, potwierdzając przez to fakt, że mamy dziś rzeczywiście wszystkie wspólne cechy z Amerykanami, oczywiście z wyjątkiem języka. Starszy jej syn, ochrzczony imieniem Washingtona w chwili przypływu uczuć patriotycznych rodziców, czego chłopiec nie mógł odżałować, był jasnowłosym, dość przystojnym młodzieńcem, który przygotowywał się do roli amerykańskiego dyplomaty, oprowadzając przez trzy sezony Niemców po Newport Casino, później zaś, w samym Londynie zdobył sobie sławę doskonałego tancerza. Jedyną jego słabością były gardenie i cichy kult dla tytułu para. Poza tym cechował go ogromny (rozsądek.

Miss Wirginia H. Otis była piętnastoletnią dzieweczką, śliczną i zgrabną jak młody jeleń, z pełnym wdzięku otwartym spojrzeniem wielkich, błękitnych oczu. Była również świetną amazonką. Pewnego razu ścigała się na swym kucu ze starym lordem Biltonem i okrążywszy dwukrotnie park wyprzedziła go o półtora stajania przed samym posągiem Achillesa, ku niezmiernemu zachwytowi młodego księcia Cheshire, który natychmiast się oświadczył i został tego samego wieczoru odesłany przez swoich opiekunów do Eton, co nie obyło się bez strumieni łez.

Po Wirginii następowały bliźnięta, tak zwane w rodzinie „gwiazdy i pasy”, gdyż często bywały zdzielane pasem — rozkoszne chłopaki i jedyni, z wyjątkiem osoby samego ministra, prawdziwi republikanie w rodzinie.

Ponieważ Canterville Chase znajduje się w odległości siedmiu mil od najbliższej stacji kolejowej Ascot, pan Otis telegrafował o konie i przejażdżka rozpoczęła się w nastroju jak najweselszym. Cudowny lipcowy wieczór przesycony był delikatną wonią sosen.

Od czasu do czasu Otisowie słyszeli gruchanie dzikiego gołębia, jakby urzeczonego słodyczą własnego głosu, lub dostrzegali wśród szeleszczących paproci lśniącą pierś bażanta. Z przydrożnych brzóz małe wiewiórki spoglądały na jadących, a króliki zmykały na ich widok przez zarośla i mszyste wzgórza, zadzierając białe ogonki. Jednakże, kiedy powóz skręcił w aleję Canterville Chase, niebo pokryło się chmurami i w atmosferze zawisła dziwna cisza. Nad głowami podróżnych przeleciało bezszelestnie wielkie stado gawronów, a zanim dojechali do domu, spadły na ziemię wielkie krople dżdżu.

Na schodach przy wjeździe czekała na nich stara kobieta, schludnie ubrana w czarną jedwabną suknię, w biały czepek i fartuszek. Była to gospodyni, pani Umney, którą pani Otis na usilne naleganie lady Canterville zgodziła się zatrzymać na tym samym stanowisku. Wysiadającym z powozu złożyła niski ukłon i staroświeckim zwyczajem wypowiedziała uprzejme słowa: „Witam państwa w Canterville Chase.” Prowadzeni przez nią przeszli przez piękną sień, pamiętającą czasy Tudorów, do długiej, nisko sklepionej biblioteki, wykładanej drzewem z czarnego dębu, z dużym witrażem w głębi. Tu czekała ich zastawa z herbatą. Zrzuciwszy okrycia rozsiedli się i poczęli rozglądać, podczas gdy pani Umney krzątała się, usługując im.

W pewnej chwili pani Otis dostrzegła na podłodze, koło kominka, wyblakłą, czerwoną plamę i nie zdając sobie sprawy z jej pochodzenia, zwróciła się do pani Umney:

— Coś się tu chyba rozlało.

— Tak, pani — odrzekła cichym głosem stara gospodyni — krew była rozlana w tym właśnie miejscu.

— Okropność! — zawołała pani Otis. — Nie życzę sobie śladów krwi w pokoju bawialnym. Trzeba to natychmiast usunąć.

Staruszka uśmiechnęła się i odrzekła tym samym przyciszonym, tajemniczym głosem:

— To krew lady Eleonory de Canterville, która w tym miejscu została zamordowana przez swego męża, sir Simona de Canterville, w 1575 roku. Sir Simon przeżył ją o dziewięć lat i nagle znikł w bardzo tajemniczych okolicznościach. Nigdy nie odnaleziono ciała, ale jego występny duch straszy do dziś dnia w tym domu. Wielu turystów i innych osób podziwiało tę plamę, której niczym nie można usunąć..

— Cóż za