Ulica Nadbrzeżna. Cudowny czwartek - John Steinbeck - ebook

Ulica Nadbrzeżna. Cudowny czwartek ebook

John Steinbeck

4,6

Opis

Kolejny tom dzieł laureata literackiej Nagrody Nobla.

Ulica Nadbrzeżna położona w ubogiej dzielnicy portowego miasta Monterey jest domem „dziwek, alfonsów, szulerów”, ale wystarczy spojrzeć z innej perspektywy, by uznać, że to „święte, aniołowie, męczennicy i błogosławieni”. Wśród nich żyją Henry, malarz zbierający kawałki drewna, by zbudować łódź, Lee Chong – właściciel niewielkiego sklepu, w którym jest wszystko, i Doktor z laboratorium biologicznego, doglądający chorych i leczący nieszczęśliwe dusze.

To zaledwie kilka budynków, ale ludzie i historie, które skrywa ulica, emanują miłością, ciepłem, zrozumieniem i przywracają wiarę w proste wartości.

„Cudowny Czwartek” opisuje losy tych samych i nowych mieszkańców dzielnicy tuż po drugiej wojnie światowej.

John Steinbeck (1902 – 1968) – amerykański powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla 1962 za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych". Jego najbardziej znane powieści to „Grona gniewu”, „Myszy i ludzie”, „Na wschód od Edenu” i „Tortilla Flat”.

W 1982 roku na postawie „Ulicy Nadbrzeżnej” i „Cudownego czwartku” powstał film w reżyserii Davida S. Warda. W rolach głównych wystąpili Debra Winger i Nick Nolte.

Wkrótce nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka ukażą się kolejne znakomite dzieła autora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 568

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Karta tytułowa

STEINBECK

ULICANADBRZEŻNA

CUDOWNYCZWARTEK

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

ULICANADBRZEŻNA

Przełożył Adam Kaska

Podziękowania

Dla Eda Rickettsa – on wie, a przynajmniej powinien wiedzieć, za co

Ulica Nadbrzeżna w Monterey w Kalifornii to poemat, smród, ogłuszający hałas, feeria świateł, pieśń, mania, nostalgia, sen. Ulica Nadbrzeżna to śmietnisko zardzewiałej blachy, żelaza i połamanych desek, szczerbaty bruk, zarosłe chwastem place i stosy złomu, zbudowane z falistej blachy wytwórnie konserw rybnych, knajpy, restauracje i burdele, małe, ciasne sklepy spożywcze, laboratoria i hoteliki. Jej mieszkańcy to, jak się ktoś kiedyś wyraził, „dziwki, alfonsi, szulerzy i skurwysyny". Gdyby ten ktoś spojrzał z innej strony, powiedziałby może: „święte, aniołowie, męczennicy i błogosławieni", i też miałby słuszność.

Rankiem, gdy flota wraca z połowu sardynek, trawlery telepią się do zatoki, dmąc w okrętowe syreny. Ciężko załadowane statki przybijają do brzegu, gdzie wytwórnie konserw zanurzają w wodzie swe ogony. Tę przenośnię wybrano celowo, bowiem gdyby wytwórnie zanurzały w morzu swe paszcze, to sardynki w puszkach, które wychodzą z drugiego końca, byłyby metaforycznie czymś jeszcze bardziej przerażającym. Wyją syreny fabryczne i w całym mieście mężczyźni i kobiety naciągają na siebie ubrania i pędzą na Nadbrzeżną do pracy. W połyskujących samochodach przybywają wyższe klasy społeczne: superintendenci, rachmistrze i właściciele, i znikają w biurach. Później z miasta wylewa się tłum Włochów, Chińczyków i Polaków, zarówno mężczyźni, jak i kobiety w spodniach, gumowych kurtkach i brezentowych fartuchach. Cała ulica dudni i jęczy, i wyje, i chrzęści, podczas gdy srebrne rzeki sardynek wylewają się ze statków, a statki coraz bardziej wynurzają się z wody, aż się wypróżnią zupełnie. Wytwórnie dudnią, grzechoczą i piszczą, aż się oczyści, oprawi, przyrządzi i umieści w puszce ostatnią rybkę. Potem syreny wyją znowu, i ociekający tłuszczem, śmierdzący, zmęczeni Włosi, Chińczycy i Polacy, mężczyźni i kobiety, wyłażą z hal i wloką się pod górę do miasta, a ulica Nadbrzeżna znowu staje się sobą – spokojna i czarodziejska. Powraca do normalnego życia. Włóczędzy, którzy z odrazą cofnęli się pod czarny cyprys, wychodzą posiedzieć na zardzewiałych rurach na pustym placu. Dziewczyny od Dory wygrzewają się na słońcu, o ile jest słońce. Doktor sunie z Zachodniego Laboratorium Biologicznego i przechodzi przez ulicę, by wpaść do sklepu Lee Chonga po dwie kwarty piwa. Malarz Henri wietrzy jak wyżeł wśród złomu na porośniętym trawą placu, szukając jakiegoś kawałka drzewa lub metalu potrzebnego mu do żaglówki, którą sobie buduje. Potem nastaje ciemność i przed zakładem Dory zapala się latarnia uliczna, która wiecznie oblewa ulicę Nadbrzeżną swoim księżycowym światłem. Do Doktora w Zachodnim Laboratorium Biologicznym przybywają goście, a on znowu przechodzi ulicę, by kupić u Lee Chonga pięć kwart piwa.

Jak można schwytać żywcem poemat, smród i ogłuszający hałas, feerię świateł, manię i sen? Jeśli ktoś zbiera morskie stworzonka, wie, że istnieją pewne płaskie istotki, tak delikatne, iż jest prawie niemożliwe schwytać je w całości, bo pękają i rozpadają się przy najlżejszym dotknięciu. Trzeba zaczekać, aby podpłynęły i same wpełzły na klingę noża, a następnie przenieść je delikatnie do butelki z morską wodą. I może właśnie w ten sposób należy napisać tę książkę: otworzyć stronicę i pozwolić opowieściom, żeby wpłynęły na nią same.

1

Sklep spożywczy Lee Chonga, jeśli nawet nie stanowił wzoru czystości, stanowił cudo zaopatrzenia. Był mały i zatłoczony, ale w tym jednym pomieszczeniu człowiek znajdował wszystko, czego potrzebował lub pragnął do życia i szczęścia – ubrania, artykuły spożywcze, zarówno świeże, jak i konserwowe, spirytualia, wyroby tytoniowe, sprzęt rybacki, maszyny, łodzie, liny, czapki i kotlety wieprzowe. U Lee Chonga kupowało się pantofle, jedwabne kimona, ćwiartkę whisky i cygaro. Klient mógł wynajdywać zestawienia stosowne dla każdego nastroju. Jedyny towar, jakiego Lee Chong nie trzymał, można było dostać po drugiej stronie placu, u Dory.

Sklep otwierał się o świcie i nie zamykał, póki ostatni klient nie wydał ostatnich dziesięciu centów albo nie schował ich do kieszeni. Nie to, żeby Lee Chong był chciwy. Wcale nie. Ale jeśli ktoś chciał wydawać pieniądze, Lee nie miał nic przeciwko temu. Jego stanowisko w społeczeństwie dziwiło go o tyle, o ile coś w ogóle mogło go dziwić. Z biegiem czasu każdy mieszkaniec ulicy Nadbrzeżnej był u niego zadłużony. Nigdy nie dusił swoich klientów o pieniądze, ale jeśli rachunek stawał się zbyt wielki, Lee zamykał kredyt. Zamiast chodzić na górę do miasta, klient zwykle płacił albo przynajmniej próbował płacić.

Lee był okrągłolicy i bardzo uprzejmy. Mówił wspaniałą angielszczyzną, nie używając nigdy spółgłoski „r". Gdy w Kalifornii toczyły się „żółte wojny", Lee dowiadywał się niekiedy, iż nałożono cenę na jego głowę. Wtedy w tajemnicy jechał do San Francisco do szpitala i siedział tam, póki nie skończyła się cała awantura. Co robił z pieniędzmi, tego nikt nie wiedział. Może ich w ogóle nie miał. Może cały jego majątek składał się z niezapłaconych rachunków. Ale żył dostatnio i cieszył się szacunkiem wszystkich swoich sąsiadów. Ufał klientom, póki dalsze zaufanie nie stawało się już śmieszne. Czasami popełniał omyłki w interesach, ale nawet te omyłki dawały później korzyści moralne, jeśli nie przynosiły żadnych innych zysków. Tak stało się z Pałacykiem. Każdy kupiec z wyjątkiem Lee Chonga uznałby tę transakcję za kompletną stratę.

Lee Chong stał w swoim sklepie za gablotą z cygarami, służącą za ladę. Po lewej ręce miał rejestr kasowy, a po prawej – liczydła. W szklanej gablocie leżały brązowe cygara, papierosy i różne gatunki tytoniu, natomiast za plecami Lee Chonga, na półkach przy ścianie, stały różnych rozmiarów butelki Old Green River, Old Town House, Old Colonel i najpopularniejsza Old Tennessee – czteromiesięczne leżakowanie gwarantowane – bardzo tania i znana w okolicy pod mianem Starych Tenisówek. Lee Chong nie bez powodu stał między whisky a klientem. Różni spryciarze próbowali odwrócić jego uwagę. Kuzyni, siostrzeńcy, synowie i synowe obserwowali pozostałe części sklepu, lecz Lee Chong nigdy nie opuszczał kontuaru z cygarami. Wierzchnie szkło gabloty było jego biurkiem. Jego pulchne, delikatne ręce spoczywały na szkle, palce zaś poruszały się jak małe niespokojne kiełbaski. Nie nosił żadnej biżuterii poza szeroką złotą obrączką na środkowym palcu lewej ręki, i tą obrączką stukał lekko w gumową płytkę do wydawania reszty. Małe gumowe prążki na płytce wytarły się już dawno. Lee miał pełne i dobroduszne usta, które, gdy się uśmiechał, połyskiwały bogatym i ciepłym blaskiem złota. Nosił połówki okularów, a kiedy przez nie na coś patrzył, odchylał głowę do tyłu, żeby widzieć na odległość. Dyskonto i rabat, dodawanie i odejmowanie obliczał na liczydłach swymi małymi, niespokojnymi, kiełbaskowatymi palcami, podczas gdy jego brązowe życzliwe oczy toczyły po sklepie, a zęby błyskały w stronę klientów.

Pewnego wieczora Lee stojąc na zwykłym miejscu, podłożywszy gazetę pod nogi, żeby mu nie marzły, melancholijnie rozważał pewną transakcję zawartą i unicestwioną później tego samego wieczoru. Kiedy ktoś wychodzi ze sklepu Lee Chonga i przecina na ukos porośnięty trawą plac obok wielkich zardzewiałych rur, wyrzuconych z przetwórni, trafia na ścieżkę wydeptaną wśród zielska. Idąc tą ścieżką koło cyprysu, przez mostek z poręczami nad torem kolejowym, dochodzi się wreszcie do długiego, niskiego budynku, który przez długi czas służył jako skład na mączkę rybną. Była to po prostu ogromna izba, przykryta wysokim dachem, a należała do smutnego dżentelmena nazwiskiem Horacy Abbeville. Horacy miał dwie żony i sześcioro dzieci, a w ciągu kilku lat drogą próśb i perswazji potrafił narobić w sklepie spożywczym tyle długów, jak nikt w Monterey. Owego wieczoru wszedł do sklepu, a jego wrażliwa twarz drgnęła na widok cienia powagi, jaki przesunął się po twarzy Lee Chonga. Pulchny palec Lee stukał po gumowej płytce. Horacy oparł na kontuarze ręce dłońmi do góry.

– Zdaje się, że jestem panu winien kupę forsy – powiedział po prostu.

Zęby Lee błysnęły w uznaniu dla powitania tak różnego od wszystkich, jakie kiedykolwiek słyszał. Poważnie skinął głową, lecz czekał, co z tego dalej wyniknie.

Horacy zwilżył usta językiem, dokładnie od kącika do kącika.

– Nie chciałbym, żeby to wisiało na moich dzieciach – powiedział. – Jestem pewny, że nie dałby im pan nawet paczuszki miętówek.

Twarz Lee Chonga wyrażała całkowitą zgodę z tą konkluzją.

– Kupa folsy – rzekł.

– Pan wie o tym moim budynku za torem – ciągnął dalej Horacy – tam gdzie jest mączka rybna.

Lee Chong skinął głową. To była jego mączka rybna.

– Gdybym odstąpił panu ten dom… rozliczy się pan ze mną na czysto? – zapytał z powagą Horacy.

Lee Chong cofnął głowę, wpatrując się w Horacego przez swe połówki okularów, podczas gdy jego myśli trzepotały wśród rachunków, a prawa ręka wyciągała się niespokojnie ku liczydłom. Zastanawiał się nad budynkiem, który był nienadzwyczajny, i placem, który miałby dużą wartość, gdyby wytwórnie konserw chciały się rozbudowywać.

– Dobla – powiedział Lee Chong.

– W porządku. Niech pan wyciągnie rachunki, a ja napiszę umowę sprzedaży tego domu.

Wyglądało na to, że Horacemu się spieszy.

– Nie trzeba papiel – powiedział Lee. – Zlobię kwit cały lachunek.

Zakończyli transakcję z godnością i Lee Chong wyciągnął ćwiartkę Starych Tenisówek. A potem Horacy Abbeville, idąc bardzo prosto, przeszedł przez plac, koło cyprysu, przez mostek nad torem, wszedł do budynku, który przedtem należał do niego, i zastrzelił się na kupie mączki rybnej. A chociaż to nie ma nic wspólnego z całą historią, żadne dziecko Abbeville'a, niezależnie od której pochodziło matki, nie zaznało potem braku miętówek.

Ale wróćmy do tamtego wieczoru. Horacy leżał na marach naszpikowany igłami do balsamowania, a jego dwie żony siedziały na stopniach jego domu, obejmując się ramionami (były dobrymi przyjaciółkami aż do pogrzebu, po czym podzieliły dzieci i nigdy już nie zamieniły między sobą ani słowa), Lee Chong stał za kontuarem z wyrobami tytoniowymi, a jego piękne brązowe oczy zwracały się w głąb duszy w łagodnej i wiecznej chińskiej trosce. Zdawał sobie sprawę, że nie mógłby nic pomóc, ale żałował, iż nie wiedział o tym wcześniej i przynajmniej nie próbował pomóc. Przekonanie, że człowiek ma niezaprzeczalne prawo zabić samego siebie, stanowiło jedną z najistotniejszych części światopoglądu Lee Chonga, ale niekiedy przyjaciel może sprawić, że to prawo okazuje się niepotrzebne. Lee właśnie podpisał zobowiązanie pokrycia kosztów pogrzebu i posłał kosz z żywnością dla pogrążonych w żałobie rodzin.

W ten sposób Lee Chong stał się właścicielem budynku Abbeville'a – dobry dach, dobra podłoga, dwa okna i drzwi. Oczywiście leżał tu ogromny stos mączki rybnej, a jej odór był ostry i przenikliwy. Lee Chong rozważał wykorzystanie budynku na coś w rodzaju składu na towary, ale zaraz się rozmyślił. Budynek znajdował się zbyt daleko i każdy mógł wejść przez okno do środka. Postukiwał obrączką w gumową płytkę i rozmyślał nad tym problemem, gdy otworzyły się drzwi i wszedł Mack. Mack był przełożonym, szefem, mentorem i w pewnym stopniu eksploatatorem małej grupki mężczyzn, którzy na ogół nie mieli rodzin, pieniędzy i żadnych ambicji poza jedzeniem, piciem i przyjemnym życiem. Ale podczas gdy większość ludzi w swoim dążeniu do przyjemnego życia niszczy samych siebie i pada z wyczerpania tuż przed celem, Mack i jego przyjaciele podchodzili do przyjemnego życia rzeczowo, spokojnie i cieszyli się nim umiarkowanie. Mack i Hazel, młody człowiek o wielkiej sile, Eddie, który napełniał kieliszki jako barman w La Ida, Hughie i Jones, którzy przy okazji łapali żaby i koty dla Zachodniego Laboratorium Biologicznego – mieszkali na bieżąco w olbrzymich zardzewiałych rurach na placu koło sklepu Lee Chonga. To znaczy przebywali w rurach, kiedy było dżdżysto, bo przy pięknej pogodzie mieszkali w cieniu wielkiego cyprysu na szczycie pagórka. Zwieszające się gałęzie drzewa tworzyły namiot, pod którym człowiek mógł leżeć i patrzeć na ruch i życie ulicy Nadbrzeżnej.

Lee Chong zawsze lekko sztywniał, gdy Mack wchodził. Oczy jego rzucały wtedy szybkie spojrzenia po sklepie, by się przekonać, czy nie weszli również Eddie, Hazel, Hughie lub Jones i nie rozproszyli się wśród towarów.

Mack wyłożył swe karty z ujmującą szczerością.

– Lee – powiedział. – Ja i Eddie, i inne chłopaki słyszeliśmy, że jesteś teraz właścicielem tego budynku Abbeville'a.

Lee skinął głową i czekał.

– Ja i chłopaki pomyśleliśmy sobie, że spytamy, czybyśmy nie mogli się tam wprowadzić. Będziemy pilnować budynku – dodał szybko. – Żeby nikt nie właził i nie połamał czegoś. Dzieciaki mogą powybijać okna, uważasz? Albo cała chałupa może się spalić, jak ktoś nie będzie miał jej na oku.

Lee Chong przechylił głowę, wpatrując się w oczy Macka przez swe połówki okularów, a ruchliwy palec Lee zwolnił tempo, gdy jego właściciel rozmyślał głęboko. W oczach Macka błyszczała dobra woła, życzliwość i pragnienie, by każdego uczynić szczęśliwym. Dlaczegóż więc Lee Chong czuł się tak, jakby go zapędzono w ślepy zaułek? Dlaczego jego umysł szukał drogi wyjścia tak ostrożnie jak kot wśród kaktusów? Propozycję postawiono delikatnie, niemal że w duchu filantropijnym. Myśl Lee skoczyła naprzód ku innym możliwościom… nie, nie istniały żadne możliwości, a stuk palca stał się jeszcze wolniejszy. Widział siebie odrzucającego prośbę Macka i widział powybijane szyby w oknach. Potem Mack zaproponuje jeszcze raz objęcie opieki nad posiadłością – i po drugiej odmowie Lee czuje dym i widzi małe płomyki pełzające po ścianach. Mack i jego przyjaciele będą starali się do tego nie dopuścić. Palec Lee oparł się na gumowej płytce, korzystając z zasłużonego odpoczynku. Lee był pobity. Wiedział o tym. Pozostała mu tylko jedna możliwość zachowania twarzy, a Mack prawdopodobnie będzie wielkoduszny.

– Wy chce płacić komolne mój dom? Wy chce mieszkać tam hotel?

Mack uśmiechnął się szeroko i był wielkoduszny.

– O! – zawołał. – To jest myśl! Jasne. Ile?

Lee zastanowił się. Nie miało znaczenia, ile zażąda. I tak nigdy nie będzie tego widział. Powinien tylko wymienić przyzwoitą, stosowną dla zachowania twarzy sumę.

– Pińć dolal tydzień – oświadczył Lee.

Mack odegrał przedstawienie do końca.

– Muszę pogadać z chłopakami – powiedział z powątpiewaniem. – Nie opuściłbyś na cztery dolary tygodniowo?

– Pińć dolal – rzekł Lee twardo.

– Dobra, zobaczę, co chłopaki powiedzą – odparł Mack.

W ten sposób się to odbyło. I każdy był zadowolony. Może ktoś pomyśli, że Lee poniósł całkowitą stratę, ale on sam wcale tak nie uważał. Szyb nikt nie wybijał. Pożar nie wybuchł, a jeśli nie płacono komornego, nawet wtedy gdy lokatorzy mieli pieniądze, a niekiedy rzeczywiście je mieli – nigdy by im nie przyszło do głowy wydać je gdzieś indziej niż w sklepie Lee Chonga. Miał przynajmniej małą grupę aktywnych i potencjalnych klientów. Ale nie tylko to. Jeśli jakiś pijak robił awanturę w sklepie, jeśli chmara chłopaków z Nowego Monterey nadciągała na rabunek, wystarczyło, żeby Lee krzyknął, a jego lokatorzy pędzili na pomoc. Powstała jeszcze inna więź – nie można okradać swego dobroczyńcy. Oszczędności Lee Chonga na puszkach fasoli, pomidorów, mleka i arbuzów wynosiły więcej niż komorne. A jeśli nawet pojawiło się niespodziewanie wysokie manko w sklepach spożywczych w Nowym Monterey, to ostatecznie mało obchodziło Lee Chonga.

Chłopaki wprowadzili się do budynku, a mączkę rybną usunięto. Nikt nie wie, kto nazwał ten dom Pałacykiem Meliną, w każdym razie od tego czasu występował pod tym mianem. W rurach i pod cyprysami nie było miejsca na meble i inne ozdóbki, które są nie tylko jedną z charakterystycznych cech, ale i więzami naszej cywilizacji. Dopiero w Pałacyku chłopaki zaczęli się meblować. Pojawiło się krzesło, łóżko polowe i drugie krzesło. Firma artykułów gospodarstwa domowego dostarczyła puszek czerwonej farby, bez żalu, ponieważ wcale o tym nie wiedziała, a gdy zjawił się nowy stół czy stołek, natychmiast je malowano, nie tylko dla upiększenia, lecz również dlatego, że w pewnym stopniu zmieniało to wygląd mebla na wypadek, gdyby do Pałacyku zajrzał dawny właściciel. I Pałacyk Melina zaczął funkcjonować. Chłopaki mogli siedzieć przed drzwiami i patrzeć na tor, na plac i ulicę, prosto we frontowe okna Zachodniego Laboratorium Biologicznego. Mogli słyszeć nocną muzykę z laboratorium. Ich oczy odprowadzały Doktora, gdy szedł po piwo do Lee Chonga. A Mack mówił:

– Ten Doktor to równy gość. Musimy coś dla niego zrobić.

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

CUDOWNYCZWARTEK

Przełożył Krzysztof Obłucki

Dedykacja

Dla Elisabeth – w dowód miłości

Prolog

Pewnego wieczoru Mack leżał na wznak na łóżku w małym, skromnym domku, który był schronieniem dla takich jak on nieudaczników i rozbitków życiowych. Mack i jego ferajna nazywali go Pałacykiem.

– Nigdy nie podobała mi się Ulica Nadbrzeżna. Podszedłbym do tego tematu zupełnie inaczej – powiedział Mack. Po chwili przewrócił się na brzuch i oparł policzek na dłoni. – Może za bardzo się czepiam, ale gdybym kiedyś spotkał faceta, który napisał tę książkę, wyjaśniłbym mu parę spraw.

– Co, na przykład? – spytał Whitey Pierwszy.

– No wiesz, powiedziałbym mu na przykład – ciągnął Mack – że mamy ponumerowane rozdziały – pierwszy, drugi, trzeci i tak dalej. Nie mam nic przeciwko temu, ale chciałbym również, aby na początku każdego rozdziału kilka słów wyjaśniało jego treść. Może się przecież zdarzyć, że chciałbym się cofnąć do tego, co już przeczytałem, a sam „Rozdział piąty" nic mi nie mówi. Gdyby było tych kilka słów, wiedziałbym, że to jest właśnie to, czego szukam.

– Mów dalej – odezwał się Whitey Pierwszy.

– No wiesz, lubię kiedy w książkach jest dużo gadania, ale nie cierpię, gdy ktoś mi opowiada, jak wygląda facet, który właśnie gada. Chcę, ze sposobu, w jaki mówi, sam go sobie odmalować. A po drugie, lubię odgadywać, co taki facet wtedy myśli. Trochę opisów też nie zaszkodzi – ciągnął dalej Mack – chcę więc wiedzieć, jakiego koloru jest dana rzecz, jak pachnie i jak wygląda, a również co taki facet może o niej myśleć. Nie powinno być jednak tego zbyt dużo.

– Gadasz jak krytyk – powiedział Whitey Drugi. – Nigdy bym się po tobie tego nie spodziewał, Mack. Czy to wszystko?

– Nie. Czasami lubię, jak facet piszący książkę nieco sobie pofolguje i każe mi czytać koszałki-opałki. Jest to przecież jego książka, należy więc dać mu szansę żeby trochę ponawijał. No wiesz, wymyślił kilka ładnych zdań. Wyśpiewał słowami to, co gra w duszy. Czasami człowieka to bierze. Z drugiej strony, wolałbym jednak, żeby z tego zrezygnował. Takie koszałki-opałki nie utrudniałyby wtedy śledzenia akcji, nie przeszkadzałyby mi w czytaniu. Tak więc facet, który lubi nawijać, powinien to robić na samym początku. Wtedy mógłbym to pominąć lub też powrócić do tego, w chwili gdy znałbym już zakończenie opowieści.

W tym momencie wtrącił się Eddie:

– Mack, gdyby autor Ulicy Nadbrzeżnej wszedł teraz tutaj, powiedziałbyś mu to wszystko?

Zanim Mack zdążył coś powiedzieć, odezwał się Whitey Drugi:

– Do licha, Eddie, Mack może powiedzieć każdemu, co zechce, nawet duchy mogłyby u niego pobierać lekcję, jak należy straszyć.

– Masz rację, do cholery! – rzekł Mack. – I nie trzeba by było stukać w stolik i potrząsać łańcuchami. Od lat już nikt nie zajmował się usprawnieniem straszenia. Masz rzeczywiście cholerną rację, jeśli o to chodzi, Whitey! – Mack położył się znów na plecach i zaczął się wpatrywać w baldachim nad łóżkiem. – Widzę je teraz jasno… – powiedział.

– Co? Duchy? – spytał Eddie.

– Do diabła, nie – powiedział Mack. – ROZDZIAŁY…

1. Co się zdarzyło do tego czasu

2. Niełatwe życie Józefa i Marii

3. Koszałki-opałki (1)

4. Nie będzie żadnej gry

5. Na scenę wkracza Suzy

6. Męki twórcze

7. Tak krawiec kraje...

8. Wielka wojna krokietowa

9. Wybrańcy bogów szaleją

10. Rzeczywistość ma taką dziurkę od klucza, w którą możemy zajrzeć, jeśli przyjdzie nam na to ochota

11. Rozmyślania Hazel

12. Kwiatek do kożucha

13. Paralele muszą być sobie pokrewne

14. Parszywa środa

15. Boiska Harrow

16. Kwiatki św. Macka

17. Suzy robi wrażenie i...

18. Przerwa w codziennych zajęciach

19. Cudowny Czwartek (1)

20. Cudowny Czwartek (2)

21. Cudowny Czwartek był piekielnym dniem

22. Przygotowania w toku

23. Miłosna noc

24. Wyczekiwany piątek

25. Stary Dusigrosz

26. Nadciąga burza

27. O, dniu pamiętny!

28. Gdzie Alfred podążał świętą rzeką

29. Oj, biada, biada...

30. Narodziny prezydenta

31. Cierniowe ścieżki wielkości

32. Hazel w akcji

33. Dalekie odgłosy

34. Zanurzyć się po uszy w głębokiej wannie wypełnionej gorącą wodą

35. Il n'y a pas de mouches sur la grandmère

36. Lama Sabachthani?

37. Rozdzialik

38. Koszałki-opałki (2) albo festiwal motyli w Pacific Grove

39. Znowu jest Cudowny Czwartek

40. Jestem przekonany, że wszyscy powinniśmy być szczęśliwi niczym królowie

1 Co się zdarzyło do tego czasu

Dostępne w wersji pełnej

2 Niełatwe życie Józefa i Marii

Dostępne w wersji pełnej

3 Koszałki-opałki (1)

Dostępne w wersji pełnej

4 Nie będzie żadnej gry

Dostępne w wersji pełnej

5 Na scenę wkracza Suzy

Dostępne w wersji pełnej

6 Męki twórcze

Dostępne w wersji pełnej

7 Tak krawiec kraje…

Dostępne w wersji pełnej

8 Wielka wojna krokietowa

Dostępne w wersji pełnej

9 Wybrańcy bogów szaleją

Dostępne w wersji pełnej

10 Rzeczywistość ma taką dziurkę od klucza, w którą możemy zajrzeć, jeśli przyjdzie nam na to ochota

Dostępne w wersji pełnej

11 Rozmyślania Hazel

Dostępne w wersji pełnej

12 Kwiatek do kożucha

Dostępne w wersji pełnej

13 Paralele muszą być sobie pokrewne

Dostępne w wersji pełnej

14 Parszywa środa

Dostępne w wersji pełnej

15 Boiska Harrow

Dostępne w wersji pełnej

16 Kwiatki św. Macka

Dostępne w wersji pełnej

17 Suzy robi wrażenie i…

Dostępne w wersji pełnej

18 Przerwa w codziennych zajęciach

Dostępne w wersji pełnej

19 Cudowny Czwartek (1)

Dostępne w wersji pełnej

20 Cudowny Czwartek (2)

Dostępne w wersji pełnej

21 Cudowny Czwartek był piekielnym dniem

Dostępne w wersji pełnej

22 Przygotowania w toku

Dostępne w wersji pełnej

23 Miłosna noc

Dostępne w wersji pełnej

24 Wyczekiwany piątek

Dostępne w wersji pełnej

25 Stary Dusigrosz

Dostępne w wersji pełnej

26 Nadciąga burza

Dostępne w wersji pełnej

27 O, dniu pamiętny!

Dostępne w wersji pełnej

28 Gdzie Alfred podążał świętą rzeką…

Dostępne w wersji pełnej

29 Oj, biada, biada…

Dostępne w wersji pełnej

30 Narodziny prezydenta

Dostępne w wersji pełnej

31 Cierniowe ścieżki wielkości

Dostępne w wersji pełnej

32 Hazel w akcji

Dostępne w wersji pełnej

33 Dalekie odgłosy

Dostępne w wersji pełnej

34 Zanurzyć się po uszy w głębokiej wannie wypełnionej gorącą wodą

Dostępne w wersji pełnej

35 Il n'y a pas de mouches sur la grandmère

Dostępne w wersji pełnej

36 Lama Sabachthani?

Dostępne w wersji pełnej

37 Rozdzialik

Dostępne w wersji pełnej

38 Koszałki-opałki (2) albo festiwal motyli

Dostępne w wersji pełnej

39 Znowu jest Cudowny Czwartek

Dostępne w wersji pełnej

40 Jestem przekonany, że wszyscy powinniśmy być szczęśliwi niczym królowie

Dostępne w wersji pełnej

Karta redakcyjna

Tytuły oryginałów CANNERY ROW SWEET THURSDAY

Copyright © John Steinbeck, 1945 / Cannery Row Copyright © John Steinbeck, 1954 / Sweet Thursday All rights reserved

Projekt okładki Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce © VINTAGE COLLECTION / Arcangel Images

Redaktor prowadzący Katarzyna Rudzka

Korekta Michał Załuska

ISBN 978-83-7839-931-5

www.proszynski.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

www.woblink.com