Wydawca: Armoryka Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 130 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ulana - powieść poleska - Józef Ignacy Kraszewski

Ulana – powieść romantyczna Józefa Ignacego Kraszewskiego z 1842 roku, zaliczana do grupy powieści ludowych. Uważana za jedną z najwybitniejszych i najciekawszych powieści polskiego romantyzmu, m.in. ze względu na oryginalne ujęcie motywu miłości panicza i kobiety z ludu.Tadeusz – młody, rozczarowany światowymi miłostkami i zepsutym towarzystwem złotej młodzieży panicz wraca na poleską wieś. Tu poznaje chłopkę – mającą męża i dzieci Ulanę, którą postrzega jako "kwiat wśród chwastów". Zachwycony wiejską pięknością, tak różną od sztucznych, wyrachowanych kobiet wielkiego świata, zaczyna nachodzić jej chatę, szukać okazji do spotkania i wymiany zdań. Ulana początkowo jest przerażona sytuacją i stara się go unikać, lecz wkrótce delikatny, wypieszczony, potrafiący pięknie mówić panicz, zupełnie inny od ludzi z jej otoczenia, zaczyna zawracać jej w głowie. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Ulana)

Opinie o ebooku Ulana - powieść poleska - Józef Ignacy Kraszewski

Fragment ebooka Ulana - powieść poleska - Józef Ignacy Kraszewski

Józef Ignacy Kraszewski

Ulana

powieść poleska

_____

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Na okładce: Ilija Repin (1844-1930), S.F.Mamontova (1879),

(licencja public domain), źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:S.F.Mamontova_by_I.Repin_(1879).jpg (This file has been identified as being free of known restrictions under copyright law, including all related and neighboring rights). 

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

http://www.armoryka.pl/

Wprowadzwnie

Ulana jest jedną z najdawniejszych powieści, pisaną była w roku 1842, tła i treści dostarczyły do niej lata pobytu na Polesiu, dzierżawy w Omelnem i częstych podróży w głąb tego kątka kraju. Wioska opisana leżała zna drodze, a historia Ulany jest prawdziwą i ów pasek nawet czerwony, który ją kończy. Bohaterem był p. B, młody człowiek podobny do pana Tadeusza, którego historię opowiadano mi głuchą nocą na noclegu wśród lasów poleskich. - Za owych czasów Polesie było bardzo poetycznym krajem legend i powieści - a tak od niego do świata było daleko! Odbiło się też ono w naówczas pisanych opowiadaniach nie raz jeden i nie w jednej „Ulanie”. - „Ulanę” tłumaczoną na język francuski umieściła „L'Esperance” („Nadzieja”).

J. I. Kraszewski

Drezno, 6 stycznia 1874 r.

Rozdział I.

Jeśli jaki kraj cichy, jeśli jaki spokojny, to Polesie nasze. Kiedy przez którą wieś gościniec pocztowy albo nie idzie trakt kupiecki, to prócz pospolitego odgłosu wsi, który jest jakby jej oddechem, nic nie słychać obcego, nic nie widać cudzego. Wszystkie świty jednakowo siwe, wszystkie chustki jednakowo białe i sosny jednakowo zielone, i chaty jednakowo niskie i nieforemne, i ten sam zawsze dym czarny ponad ich dymnikami się wzbija. Jednakże jak dwóch liści jednakowych na krzaku, tak dwóch wiosek zupełnie jednakowych na Polesiu nie znajdziesz; tam cerkiew wyższa z ciemnymi galeriami dookoła, tam las gęstszy, tam chat więcej - wszystkie podobne jak siostry rodzone, a dwóch nie ma jednakowych zupełnie, jak dwóch twarzy ludzkich.

Spojrzyj ponad to jeziorko, co ciche i spokojne położyło się u stóp wzgórza zajętego przez dwór pański - jest to jedna z najpiękniejszych wiosek wołyńskiego Polesia, co go otacza. Gdy zjedziesz z pagórka, po którym droga się wije, widzisz przed sobą wieś rozsypaną nad brzegami jeziora; za nim dwór bieleje, a od przyjazdu twego trzykopulna cerkiew stara, na wzgórku stojąc, pogląda na okolicę. Droga idzie spadzisto ponad jeziorkiem aż do karczmy, która wieś rozpoczyna. W oddaleniu jednaki las sosnowy. mniej więcej zniszczony, niższy lub wyższy, ogradzający każdy widok na Polesiu, piasek, błoto kępiaste, prze które sączy się rzeczułka okryta trzcinami; a nad tym niebo pochmurne.

Przez wieś ciągnie się błotnista ulica, gdzieniegdzie przedzielona dróżką od chaty do chłopskiego gumna, paździerzem lub wiórami i trzaskami wysłana. Otaczają ulice na przemian chaty, chlewy, gumna całe i pozawalane, zwieszone w węgłach rozparte, z słupami pochylonymi, z dachami zapadłymi lub zaczynające się dopiero kleić; między nimi kawałki tynu (płotu z dębowych szczepów) i starego ogrodzenia z kołków i chrustu. Tu i ówdzie z zagrody blada jarzębina wychyla się na ulicę, stara grusza wygląda lub długi żuraw od studni kołysze się powolnie nad głową przechodnia Z przodu chat niskich, pokrytych nieszczelne czarnymi już od dymu dranicami zaledwie do krokwi przymocowanymi, widzisz tylko pod okapem wystającym niewygodną przyzbę, często z położonej pod ścianą, odartej z kory kłody składająca się; niskie drzwi od dziedzińca, zniżone jeszcze wysokim progiem nie dopuszczającym wejścia do sieni blisko stojącej kałuży; małe okienka z umyślnych szyb okrągłych, zielonych, do dna butelek podobnych, złożone. Rzadko nieforemne szybki bielsze z cienkiego szkła pospolitego, kupione z gotowym oknem na jarmarku, zastępują pospolite krągłoszybe okienko. Nad okopconym dachem wysoki wznosi się dymnik drewniany, czarny od dymu, w kształcie trąby lub czworogrannego słupa. W zimie, a często i innych pór roku, nie dość dymnika na wypuszczenie dymu zebranego pod dachem chaty - ciśnie się on wszystkimi szczelinami, okny, drzwiami, ścianami i drzwiami tak, że zdaje się, jakby chata wewnątrz płonęła i za chwilę płomień miał się ukazać. W takiej to atmosferze smolnego, gęstego dymu sosnowych drewek, pary, swądu żyje Poleszuk zwyczajnie.

Środek chaty tego samego ubóstwa czy niedbalstwa dowodzi: sień błotnista zwyczajnie, po której świnie się przechadzają, zarzucona grabiami, przygotowanym na zimę łuczywem, drwami olchowymi, drabinami i ułamkami soch i bron popsutych - z niej wejście do jednej izby, z piecem i ławami dokoła, ciemnej, małej dymnej, bez podłogi. W środku stół jeden, dzieża, matka chlebodajna, w rogu izby na ławie pod świętym obrazkiem czasem jeszcze kołyska dziecięca i krośna tkackie. Nic zbytkowego, nic nad najpierwsze potrzeby życia, żadnego wspomnienia, żadnego uczucia przywiązanego do przedmiotu nie znajdziesz. Jest to jeszcze stan współdzikiego ludu, nie myślącego o niczym nad zaspokojenie pierwszych swych potrzeb zwierzęcych. zaledwie dziecinne młynki na rowach i ogródki pod chatami, w których złoci się nogietek, kwitnie czasem malwa i mak czerwony jaśnieje, dowodzą, że i tu dzieciom młodym wolno się czasem pobawić. Niedługo jednak i dziecię, zaczynając od pastuszkowania, rzuca już swoje zabawki na zawsze, dziewczyna popadłszy za mąż nie sadzi kwiatków, nie stroi się w kwiatki. O, jak lżej, swobodniej nad jeziorkiem niż w tej chacie smutnej i brudnej. Na wzgórzu masz dom dziedzica, który wiankiem otoczyły topole, przeglądające się w wodzie - ostawiony spichlerzami, gumnami, stertami i stogami siana. Wśród drzew widać tam i gołębnik, i żuraw studni, i próżnujący wiatrak z tyłu na pagórku, któremu wiatr lasy kradną i odpoczywa też większą część roku.

Dalej, na drugim brzegu wyniosłym jeziora, cerkiew czarna, mała, stara, krzyż koło niej i dzwonnica; milcząca cerkiew, której jeszcze życie wraca, kiedy się pieśnią jej ściany rozlegną, dzwony uderzą, lud ją przepełni. Od niedzieli do niedzieli milcząca, głucha patrzy na wioskę jak staruszka na dzieci, co grzebią w piasku. W oddaleniu, na żółtym polu, wśród zagonów chłopskich jest smętarz wiejski pogarbiony mogiłami, nad którymi stoją czarne krzyże podwójne, potrójne, od drobnych, które nastąpisz nogą, do wysokich jak sosny; proste i malowane, z Męką i bez Męki; nad wszystkie inne wzniósł się krzyż Semena Bartnika, pokryty zielonym daszkiem. Syn mu go postawił; wziął po nim sto barci, było z czego!

Teraz pytaj, jak ci ludzie żyją, którzy w tych chatach mieszkają, w tej cerkwi się modlą, na tym leżą smętarzu. Życie to smutne, a jednak nawyknieniem lekkie, byleby Bóg rodził, byleby ich zbyt obfity połów ryb głodem nie straszył, bo wierzą w przysłowie: kiedy się ryba łowi, żyto się nie rodzi. Łatwo wytłumaczyć te przypowiastkę: ryby najlepiej się łowią, gdy wielkie wody, a niskim gruntom Polesia zalewy grożą nieurodzajem. Zapomnieliśmy jeszcze ważnej jednej we wsi budowy, jednej z najważniejszych. Widzieliśmy już dwór, który dla kmiecia reprezentuje władzę i zwierzchność, cerkiew - skarbnice niebieskich przyszłego żywota nadziei; zostaje karczma, miejsce uciechy codziennej. Wszystkim tym trzem wkoło siebie ustawionym ogniskom wieśniak musi dać z siebie życie, musi odpracować, odpłacić za opiekę panu, za nadzieję księdzu, z uciechy arendarzowi; wszyscy trzej żyją z niego, ale i on bez nich żyć by nie potrafił. Pokażcie mi wieś bez dworu, cerkwi i karczmy. Będzie to chyba biedna jakaś sierota. Jeszczeż obejdzie się bez dworu łatwo, jako tako bez cerkwi (bo są miejsca, gdzie o milę chodzą się modlić i grzebać umarłych) - ale gdzież jest wieś bez karczmy? Byłoby to stworzenie bez głowy. Karczma bowiem jest miejscem schadzki, rady i wesela, w niej się wszystko rozwiązuje i nawiązuje, w niej żal jeden drugiemu wylewa, w niej się kłócą o biją, i swarzą, i godzą - i kochają! karczma to serce wsi, tak jak cerkiew jej głową, a żołądkiem jej dwór; ręce i nogi tego ciała to chaty wieśniacze. W tej długiej, walącej się budowie, w której razem mieszka Żyd z familią, bydło, kozy, gęsi i kury prze ścianę tylko od niego, a czasem nawet w jednej izbie - jest główne miejsce schadzki i rady, dzisiejsze horodyszcze wieśniaków. Nad jej dachem wznosi się arystokratyczny biały komin, okna ma podobne chłopskim, ale znacznie większe, u okien okiennice, u drzwi czasem żelazne klamki, jeśli nie pierwotne zasuwki drewniane.

Pierwsza izba, prócz łóżka żydowskiego (które w każdej izbie być musi), ma stół szynkowny, szafę szynkowną z odmalowanymi na niej kwartami i wieńcami z obwarzanków, piec z przypieckiem i komin szeroki, na którym i w lecie palić się musi dla Poleuka; wiadro z wodą, bezpłatnym napojem podróżnych bez grosza, trochę bachurów, błota i wiele smrodu.

W drugiej izbie może być zabita koza, baran lub cielę, pełen kąt kartofli - dziesięcioro przykazań w kącie, znowu kilka łóżek z wysoko wysłanymi betami, ławka, stolik. Jeszcze tu gęściejsza ludność, Jeszcze dziwniejsze (jeśli być mogą) wyziewy. Otóż karczma poleska - serce wsi.

Tu to zobaczysz starców wlokących się, żeby zalać w głowie resztę rozumu i pamięci, kobiety oszarpane i brudne, niosące krupy, jaja, kury, często ostatnie berdo z warsztatu, za kwartę wódki; dziewczęta pijące dziesięciu łykami jeden kieliszek, chłopców zziębniętych zasługuj ących się pani arendarce za kropelkę tego czarownego napoju. O, ileż scen, których połowa ludzi, że są nisko, nie widzi, druga połowa nie sądzi godnymi bliższego przypatrzenia się i zajęcia. Ile tu ciekawych rozmów obija się o te brudne ściany, ile kłótni, ile powiastek. I nikt nie patrzy, i nikt nie słucha; a przecie i to są ludzie; tu najszczerzej w nich może otwiera się niczym nieskrępowana natura ludzka, nagi człowiek, jak wyszedł z rąk Bożych, którego tylko trochę udawania nauczyli panowie, a trochę wiary duchowi.

Ale czas zajrzeć do dworu i wyjść z karczmy. pan tej wioski, sam jeden, nieżonaty, niedawno powrócił z miasta, młody jeszcze - głowa zapalona, serce wrzące. Wszystko złe, jakie kiedy książki, przewracając głowę, zrobić mogły, na nim zrobiły. Tadeusz Mrozoczyński nie skończywszy nauk za życia rodziców, poczciwej szlachty, odumarły sierotą - resztę szkół i uniwersytet odbył sam, swobodny w mieście. Szczęściem czy nieszczęściem dla niego nie wpadł on w towarzystwo młodzieży zupełnie zepsutej, lecz obłąkanej; z tego obcowania z nią, z ulubionych ksiąg, dostał zawrotu poetycznego i jakiegoś przekonania, że aby być wielkim człowiekiem, dosyć jest prawie być wielkim dziwakiem. Co też za dziwactwa dokazywał w mieście i czego sobie nie pozwalał, opisać, wypowiedzieć trudno. Nie uznaj ąc za obowiązujące żadnych prawideł towarzyskiego życia, żadnych względów nie mając na ludzi i opinię, robił to tylko, co mu się podobało, często szlachetnie, a po większej części tylko nierozważnie postępuj ąc sobie. Był to młody chłopiec bez rozwagi, bez uczucia potrzeby hamulca, brnący wpław wszystkiego za uczuciami, namiętnością, walczący z opierającym mu się światem, nie zrażony długo przeciwnościami, śmiesznością własną - niczym. Jątrzyło go wszystko, ale nic nie wstrzymywało.

Nareszcie wskutek wypadku, z którego wyszedł haniebnie oszukany, gdy chciano skorzystać z jego prostoty, szlachetności i ślepoty dobrowolnej, a przypadek ledwie go od nieszczęścia ocalił - Tadeusz zbrzydził sobie świat, zasmakował w myśli samotnego, pustelniczego życia, wyjechał na wieś do swego Jeziora i tu przedsięwziął czytać tylko, dumać i tak całe spędzić życie. Łatwo było przewidzieć, że to nagłe, namiętne, nierozważne postanowienie jedna chwila zburzyć mogła, a rok ciężarem swym przełamać musiał; lecz jemu się zdawało, że w tym życiu wytrwa, że je poślubi na zawsze. Cieszył się tą myślą pustelniczego życia, powiedziawszy sobie, że nie ma przyjaciół, że nie ma krewnych, że nie ma żadnych związków na świecie, że jest sam jeden, wziął los swój przesądzając go i nie chciał już znać i widzieć nikogo, żyć z nikim i nad swoim Jeziorem, wśród niedostępnych błot i lasów ze strzelbą, wyżłem i książką myślał wiek cały przepędzić. Dom jak zastał po rodzicach, tak religijnie zachował, nic w im nie ruszył, nic nie zmienił, a choć widział piękniejsze, choć mógł mieć wygodniejszy, cenił w nim ostania pamiątką tych, co go jedni prawdziwie kochali, a których już na świecie nie było. Wybrał sobie jeden pokoik na rogu, do tamtych tylko jak w gościnę uczęszczając.

Widok opuszczonych mieszkań, z których - zda się - wczoraj życie uciekło, mieszkańcy wyszli, był smutny, ale dziwnie przejmujący. W pokoju matki na kominie szedł codziennie nakręcany zegar, śpiewały stare kanarki, leżała pończocha nie dokończona, poduszka pod nogi, książka otwarta na loretańskiej litanii założonej wstążeczką. Łóżko nawet pod czerwonym adamaszkowym pawilonem posłane stało i klucze od komódek i kantorka wisiały na ćwieczku wbitym przed ćwierć wiekiem.

W pokoju ojca tenże porządek; strzelba na haku, torby i trąbki, kalendarz na sznurku, wyschły kałamarz na stoliku, na którym leżał zegarek kieszonkowy z pieczątką herbową, woreczek zielony od pieniędzy i tabakierka z konchy. Olchowe drewka nie dopalone na kominku, zapas ich w skrzyni.

Na półeczce świeca, siarniczki i fidybusy do fajek, postrzyżone z listów. Dalej szafa z odzieniem, łóżko z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej w głowach i gromnica, której już użył ten, co na nim sypiał. A wszystko jakby wczoraj opuszczone, jakby tylko co porzucone jeszcze. Co chwila spodziewać się było można usłyszeć głos zmarłych, zobaczyć ich wchodzących - żyli tu jeszcze. Nie każdy byłby mógł sam jeden wobec tak rozdzierającej, tak dojmującej pamiątki zmarłych wytrzymać, wyżyć i patrzeć na nią bez boleści niepokonanej - potrafił to Tadeusz i jemu lubo było wieczorem cieniami rodziców zaludniać te puste pokoje, w których tylko matczyne świergotały kanarki i stary zegar zdał się szeptać Wieczne odpocznienie.

On nic nie ruszył z miejsca, nic nie dozwolił przestawić, szanował nawet węgle w kominku ojca i popiół z ostatniej przez niego wytrząśniętej fajki, i próbkę pszenicy rozsypaną na oknie, którą tylko myszom jeść było wolno.

Takie samotne, pustelnicze życie pana Tadeusza trwało już miesiąc czy dwa podobno - i to wiele, bardzo wiele! Książki, polowanie, przechadzka, dumanie zajmowały cały czas, czuł się spokojniejszym, jeśli nie szczęśliwszym, a choć czasem poziewał , choć co dzień śniło mu wrzące miasto i turkot powozów, i łoskot muzyki, i gwary ludu - gdy się obudził przy szumie jeziora, przy odgłosie dzwonu cerkiewnego, czuł, że mu tu lepiej było, i doznawał jakby słodkiego upojenia dokonaną zemstą, mówiąc:

- Obejdę się bez świata i ludzi.

Jeden