Trzynascie opowieści - Ksawery Pruszyński - ebook
NOWOŚĆ

Trzynascie opowieści ebook

Ksawery Pruszyński

0,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

 

13 opowieści to 13 opowiadań o losach podchorążych i oficerów w polskiej armii na zachodzie.

 

Tak pisze o książce Józef Hen :

 

„…Zastanawiająca jest w Trzynastu opowieściach Pruszyńskiego ta mnogość bohaterów milczących, gorzkich, z ranami w duszy i na ciele właśnie, wyraźnych alter ego autora, a przecież obarczonych świadomością klęski. Oto Manuel z Odejść i powrotów rozmyśla w czołgu podczas kampanii normandzkiej: „Daremność. Głucha, zawistna niechęć do każdej krytycznej myśli; niewolniczy, bydlęcy kult dla najgłupszej chwalby tego, co swojskie, ze swojską głupotą na czele. Pełne zwycięstwo klik, klanów i kast przeciw samotnej jednostce i biernej, bezradnej masie”.

 

 

 

„To wszystko są fakty - powiedział mi Pruszyński o Trzynastu opowieściach. - Nigdy nie wymyśliłem żadnej fabuły”. „A Trębacz z Samarkandy ?” - zapytałem. Skinął głową. „Tak, Trębacz jest wyjątkiem. To kompozycja. Ale właśnie o Trębaczu wszyscy myśleli, że jest to prawdziwe wydarzenie, do tego stopnia, że Anders kazał zarządzić śledztwo - chodziło o tę niedzielną zbiórkę na rynku - kto dał rozkaz, skąd ta samowola”…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 421

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Karta tytułowa

Słowo WstępnePruszyński

PRUSZYŃSKI. Mógł się wydawać ulubieńcem bogów. Świetne pochodzenie, błyskotliwy umysł, talent pisarski, koneksje i koligacje, urok osobisty. Od początku, od samego startu miał wielbicieli. Miał i nieprzyjaciół, ale sam charakter tej niechęci („konserwatywny panicz warcholący na zjazdach ludowców”) przydawał mu tylko popularności. Potem wojna, front i rany, pełna temperamentu publicystyka, redagowanie „Polski” (pisma wydawanego przez ambasadę w Kujbyszewie dla wychodźstwa polskiego w ZSRR), przyjaźń z Sikorskim, niezależna postawa wobec prądów emigracyjnych, pierwsze opowieści. Kiedy Ksawery Pruszyński wrócił w roku 1945 do Polski, nie miał jeszcze lat czterdziestu, a był już kimś w rodzaju klasyka. Wiedział o tym. Protekcjonizm Ksawerego Pruszyńskiego, wyrokiem losów polskich, był podbudowany motywacją polityczną. W przedmowie do mojej książki Kijów, Taszkient, Berlin wyjaśnia, dlaczego ją pisze: chciał, żeby autor pierwszej książki o wojsku polskim na Zachodzie polecił czytelnikowi pierwszą książkę o wojsku polskim na Wschodzie. Był w tym wierny sobie i swojemu Pruszyńskiemu powołaniu: łączyć dwa światy, dwie orientacje, dwie drogi do Polski. Nie będzie w przyszłej Polsce, pisał na emigracji jeszcze, w artykule Nasze Niebezpieczeństwa, nie będzie więc w Polsce „nowej Pierwszej Brygady ani nowej Drugiej Brygady... Nie będzie... tych wszystkich linii podziału”. Przedmowę zatytułował cytatem z wiersza Broniewskiego: Ze wszystkich na świecie Norwegii…

Natrafiłem na tę przedmowę, kartkując dwa opasłe tomy Wyboru pism publicystycznych; natrafiłem nieoczekiwanie: szukałem Pruszyńskiego i nagle zobaczyłem swoje nazwisko. Takie zaskoczenie nie zawsze jest szczęśliwe, czasem budzi niepokój. Więc słowo jest aż tak uparte! A co, gdybym się krępował teraz swojej książki, gdyby mnie drażniła jego przedmowa?...

Moi czytelnicy mieli okazję dowiedzieć się, jak poznałem Pruszyńskiego. W Krakowie jesienią 1946, w redakcji „Żołnierza Polskiego”, na ulicy Gertrudy, pofatygował się na V piętro (winda nie zawsze czynna). Po Bożym Narodzeniu dał mi maszynopis przedmowy, którą napisał do wciąż jeszcze publikowanego w odcinkach mojego Kijowa… Byliśmy u Maurizia na Rynku Głównym, przy kawie i marcello, które jadłem wtedy pierwszy raz w życiu. Karabeli z Meschedu jeszcze wtedy nie było. Mógł już być tom Trzynaście opowieści.

*

„Przyszedłem na świat na rozdrożu światów i czasów, kultur i wiar, mów i ras, warstw i narodów, w grudniowy śnieżny dzień, kiedy była zadymka, kiedy sanie wysłane po żydowskiego «cyrulika» – lekarz już był, ale tradycja, no i grzeczność wymagały owego cyrulika – nadjechały w pełni dnia przy świetle kaganka, niesionego na długim jak lanca kiju przez konnego posłańca. W kuchni dworskiej i «ludzkiej», przy «kancelarii», «skarbowym» i czeladnej, na ganku od stajen cugowych czekali także od rana chłopi, olbrzymi czarni chłopi w kożuchach baranich o silnym odorze skóry, łoju i potu”.

Dzieciństwo, jak stwierdza sam Pruszyński, bardziej z XVIII niż z XX wieku. Panicz był Polakiem, jego guwernantką była francuska mademoiselle. Ale wspomniani przez Pruszyńskiego chłopi byli Ukraińcami. Wieś leżała za Zbruczem, w powiecie starokonstantynowskim, „na czarnym szlaku” najazdów tatarskich, i nazywała się Wolica Kierekieszyna, bo jej założyciel, szlachcic Kierekiesza, był z pochodzenia Tatarem. Ksawery, Europejczyk o mongolskich rysach, miłośnik średniowiecznych tumów nadreńskich, tłumacz współczesnej literatury francuskiej (Malraux, Martin du Gard), był jednym z nielicznych międzywojennych pisarzy, których naprawdę interesowało piśmiennictwo ukraińskie. W Podróży po Polsce bił na alarm: wskazywał, jak – na skutek głupoty, szowinizmu, ciasnoty umysłowej osadników wojskowych – maleją szanse polskie na Ukrainie, rosną szanse radzieckie i, niestety, niemieckie.

Zawsze miał odwagę spojrzenia w oczy faktom. W cytowanym tu szkicu autobiograficznym, powstałym na emigracji, kiedy to przeszłość jawiła się tęskniącym różowa i lekka, utkana z mgieł, westchnień i galarety – Pruszyński zdobywa się na bluźnierstwo. Stwierdzając, że w Polsce międzywojennej dla jego kraju lat dziecinnych „zabrakło miejsca”, jako że został za Zbruczem, dodaje: „A czasem, kiedy pomyślę o pacyfikacjach Tarnopolszczyzny, Berezie i Łucku, o cerkwiach chełmskich burzonych w r. 1938, o Hrynkach i wielu, wielu innych rzeczach, o których przeciętny Polak nigdy nie dowiedział się nawet części prawdy, to jednak myślę, że lepiej, iż go zabrakło”...

*

Był nieuchwytny. Zawsze w podróży. Najczęściej, jak mi się wydaje, w autobusie. (Gdzieś, jeszcze przed wojną, zwierzał się, że najwięcej widzi się z autobusu). I rzecz zabawna: kiedy Kazimierz Wyka twierdzi w swojej przedmowie, że słyszy w rytmie prozy Pruszyńskiego stukot maszyny do pisania, to mnie przypomina się, że mieliśmy w „Żołnierzu Polskim” rękopis artykułu z okazji Zaduszek, nabazgrany źle zatemperowanym ołówkiem, litery były duże i krzywe, „piszę w pędzącym autobusie”, donosił, i tętno tego artykułu, urywane, pośpieszne, skojarzyło mi się na zawsze z rytmem pracy przegrzanego silnika, z dudnieniem kół podskakujących na wybojach.

Kiedyś zatelefonowano do mnie z „Odrodzenia”, mówiła sekretarka: „Jest pan Pruszyński, rozmawia z redaktorem, prosił, żeby pan go tu łapał”. Łapię go. Idziemy na obiad.

Podczas tego obiadu w karczmie „Rzym” na Krakowskim (tam gdzie teraz jest pomnik Prusa) Ksawery zaproponował mi, żebyśmy przeszli na ty; ja zareagowałem: – Ach, panie Ksawery, głupio mi, pan klasyk, a ja początkujący skryba… A na to Ksawery: – Kiedy mnie dziesięć lat temu Słonimski zaproponował brudzia, dostałem pąsów i mówię: – Panie Antoni, jak to możliwe, pan, wielki Słonimski i ja, początkujący reporter. A na to Słonimski: – Panie Ksawciu, jak mnie Żeromski w Ziemiańskiej zaproponował bruderszaft to ja też do niego: – Ach, panie Stefanie, nasz czcigodny mistrzu… Drogi panie – zakończył wtedy Ksawery – zostawmy to, bo tak możemy dojść do Reja…

Obiad, potem kolacja – i powódź anegdot, faktów, facecji, curiosów, cytatów zachodnich, słowiańskich i orientalnych, z francuszczyzny i tatarszczyzny, polityki, literatury, jadłospisu, browarnictwa, winiarstwa, gorzelnictwa, z historii Kościoła, malarstwa, obyczajów, strojów i bruderszaftów, a wszystko z ogromną swadą i prostotą, bez przechwałek, ale i bez, trzeba to powiedzieć, fałszywej skromności. A potem znowu wyjazd – najpierw do Żelazowej Woli, potem na Wawel: sprawdzone, stoi; skok do Rabki, gdzie przebywały dzieci, i znowu zanurzenie się w Polskę, gospodarska kontrola, inwentaryzacja i weryfikacja ruin, ołtarzy, zamków, archiwów, antykwariatów, kopców, wierzb i chat, potoczków, wierchów, knajp na rozstaju, szos, katedr, ludzi, którzy zostali, i ludzi, którzy odeszli. Zwłaszcza tych ostatnich.

Jeśli szlacheckość przebija się czy też nawet ciąży na jego pisarstwie, na stylu wypowiedzi, to jednak nie było w nim nic ze zdeklasowanego ziemianina. Żadnych tragicznych kompleksów. Co dało Pruszyńskiemu pochodzenie, prócz francuskiej mademoiselle i znajomości wielu egzotycznych i fotogenicznych, ale już obumierających realiów? „Nade wszystko była świadomość, że przeszłość Rzeczypospolitej jest naszą własną przeszłością” – odpowiada. Jest spadkobiercą tamtej Polski, odchodzącej w przeszłość, współwłodarzem istniejącej, a więc odpowiedzialnym za państwo, granice, los ludu polskiego. Za ciągłość kulturalną. Tę rolę samozwańczego kustosza, którą zaobserwowałem u niego, spełniał, jak wynika z pism, może jeszcze w większym stopniu przed wojną, kiedy, mimojazdem, wciąż się o coś upominał i awanturował, o zamek w Wiśniowcu (dlaczego oddany na kino), o Święty Krzyż (dlaczego więzienie), o park w Horochowie (w którym bywał Mably), o porcelanę z Korca, o Łuck, Krzemieniec, Stary Oleksiniec, zamek w Dubnie, kościół w Kozinie.

Kiedy inni penetrowali Brazylię, Madagaskar, Japonię, to Pruszyński – nie z braku dewiz! – przysyłał alarmujące reportaże z Łodzi, Częstochowy, Pińska, Dawidgródka, Śląska, Wołynia. A jeśli już zagranica, to nie żadne palmy, zwrotniki, czekoladowe biusty, tylko coś bliższego, jak koszula ciału: Czechosłowacja, Rumunia (rezultat po latach: znakomity szkic Archanioł z ościennego mocarstwa o żelaznogwardziście Codreanu), Węgry, Jugosławia, Związek Radziecki, sprawy ukraińskie. A przede wszystkim Gdańsk! Podziwiać intuicję: dwudziestopięcioletni dziennikarz karierę swoją rozpoczął od reportażu z Gdańska. Był rok 1932, Hitler jeszcze nie doszedł do władzy. Pruszyński daje swojej książce tytuł: Sarajewo 1914, Szanghaj 1932, Gdańsk 193.?

Chłonny umysł, bystry obserwator, jest prekursorem nas wszystkich, którym podczas wojaży zawsze odbija się Polską. Skok do krwawiącej w wojnie domowej Hiszpanii nie był wyjątkiem od reguły, przeciwnie, to był skok w sam gąszcz spraw bolesnych dla Polaków. Podobnie ma się rzecz w reportażach Palestyna po raz trzeci (1933), których pełną przekory odwagę – „w latach szalejącego antysemityzmu” – podkreśla w swojej przedmowie Kazimierz Wyka. Podróż do Grecji daje Pruszyńskiemu najpierw okazję do rozważań o polskim ruchu spółdzielczym, a następnie zaś do rozważań o nędzy polskiej wsi: nie reforma rolna i nie zrównanie zarobków ją zlikwidują – dowodził, polemizując z nie byle kim, bo z samą Marią Dąbrowską – tylko stworzenie warsztatów pracy, uprzemysłowienie kraju; wiemy dziś, że miał rację.

*

„Jestem liberałem” – tak określił się w rozmowie ze mną Pruszyński. Relacjonował wtedy swoją rozmowę z jakąś wysoko postawioną osobistością, nie pamiętam, o kogo chodziło, może o Bieruta. Pamiętam za to błysk w oczach Pruszyńskiego, ironiczny, niby to smętny, jakby robił komuś kawał, „trudno, taki już jestem”. Bo liberał to nie ideologia – to charakter. Podobnie jak, na przeciwnym biegunie, skłonność do faszyzmu. Urodzony na styku wiar i ras, nie miał uprzedzeń do żadnej, nauczył się szanować wszystkie, doszukiwać wartości w każdej. Może to w nim właśnie było wielkopańskie, że cenił w ludziach przede wszystkim autentyczność, niepodszywanie się, wierność zasadom, ideowość, altruizm, humanizm.

„Konserwatywny panicz” orientował się lepiej w pragnieniach „ludu” niż zawodowi znawcy zagadnienia. Nie ograniczał tęsknot wsi do morgów i chudoby, wystarczy wspomnieć wymowny tytuł szkicu – Wola władzy. Romantyczny spadkobierca haseł polskich jakobinów, przejął także dziedzictwo pozytywistów. Nie był anarchistą, jak zarzucali mu endecy. Tęsknił do pracy konstruktywnej, marzyły mu się fabryki, autostrady, zapory, stawiał Poznańskie za nieromantyczny dobry przykład. Miał odwagę patrzenia na konflikt polsko-bolszewicki z boku – i jakże potrafił być w tym drastyczny, jak wyjątkowy! „Uważamy naszą walkę pod Radzyminem za tak słuszną, tak naturalną! W oczach Zachodu nie zawsze tak wyglądała, w oczach Zachodu była często uzasadnieniem do nazywania Polski żandarmem Europy, najemnikiem kapitalizmu, parobkiem obcych mocarstw (Wola władzy, 1936).

CHORY NA POLSKĘ. Bo ta jego miłość do kraju to była miłość rozpaczliwa, bolesna, wszystkowiedząca, miłość pełna wyrzutów i swarów. Jak u Żeromskiego. Jak u Wyspiańskiego. Jak u tylu innych – wielkich, ale tak całkowicie oddanych temu jednemu spalającemu uczuciu, że światu nieznanych i niepotrzebnych.

Zastanawiająca jest w Trzynastu opowieściach Pruszyńskiego ta mnogość bohaterów milczących, gorzkich, z ranami w duszy i na ciele właśnie, wyraźnych alter ego autora, a przecież obarczonych świadomością klęski. Oto Manuel z Odejść i powrotów rozmyśla w czołgu podczas kampanii normandzkiej: „Daremność. Głucha, zawistna niechęć do każdej krytycznej myśli; niewolniczy, bydlęcy kult dla najgłupszej chwalby tego, co swojskie, ze swojską głupotą na czele. Pełne zwycięstwo klik, klanów i kast przeciw samotnej jednostce i biernej, bezradnej masie”. Została już tylko w odwodzie rodzinna ziemia. W niej znajduje pociechę zrezygnowany bohater opowiadania W Giewałdowej (Karabela z Meschedu). Rozwiązuje szczeniacki oddziałek „partyzancki” i idzie z chłopakami za wygon, raki łowić, „...oblał go nurt rzeki swojej, najbardziej swojej, zimny, zmywający wszystko, uzdrawiający, wracający siły, spokój i moc. Nurt był wartki bardzo, jakby się śpieszył, aby obmyć to wszystko, co było i narosło, i aby wygładzić to wszystko wodami zapomnienia”.

Publicysta przyznaje się do porażki, witalista znajduje pociechę w zimnym nurcie rzeki, pisarz znajdzie może ujście w prozie beletrystycznej...

„Nauka historii jest trzebiona z tego wszystkiego, co mogłoby tworzyć w umysłach niebezpieczne horyzonty porównania. Mamy porażone zwoje mózgowe pamięci. W mroku nasze oczy widzą niedobrze. To, że jest mrok, dostrzegają, a także szukają winnych tego, że tak jest. Ale dojrzą tylko Żydów i masonerię, pańszczyznę nawet i szlachtę, i endecję, i jeszcze raz Żydów, i jeszcze raz ziemian. Tylko jednego nie dojrzą. Prawdy”.

Któż jest więc winien? Duch czasów saskich. Za odrodzenie tego ducha obarczył Pruszyński odpowiedzialnością rządy przedwrześniowe. „Poczucie wstydu za wrzesień” – to jego wyrażenie – kazało mu być w potępieniu bezwzględnym. Wobec tamtych liberał nie chciał być liberalny. Jeśli miał coś do zarzucenia generałowi Sikorskiemu w początkowym etapie jego działalności, to przede wszystkim miękkość wobec ludzi Ozonu.

Co widzimy, analizując spuściznę czasów saskich? Że Polska „popadła pod jarzmo wpływowych klik, koteryj i mafij”. W artykule zatytułowanym właśnie tak – Puścizna czasów saskich – odbija się gorycz i obrzydzenie do intryg i nastrojów emigracyjnych. Od tych, którzy rzucają kalumnie i odtrąbiają infamię („W Polsce, jak wiadomo, dobrze zorganizowane są nie wojny, ale nagonki”), odwołuje się Pruszyński do masy żołnierskiej. Chce jej wyjaśnić, dlaczego on sam jest taki niegładki i skąd to na niego ujadanie. „Oni rozumieją dobrze, że na drodze ich powrotu (do władzy) stoi przede wszystkim niezależny pisarz, jakiejkolwiek politycznej maści, byle niezależny. Wiedzą, że gdyby nie tacy pisarze, oni by już dawno, przy polskim braku prawdziwej opinii publicznej, stanęli na Kapitolu władzy obiema nogami. Oni wiedzą. Ale chodzi także o to, abyś i ty, czytelniku, wiedział”.

„Polska – pisał – zapłaciła grubo za to, że uważała myślenie i wolność słowa za luksus. Polski nie stać na bardzo wiele luksusów. Polski nie stać na luksus megalomanii narodowej. Polski nie stać na luksus tromtadracji, na luksus kadzidlarstwa, na luksus wazeliny... A i wreszcie, nie stać Polski na luksus niemyślenia”.

„To wszystko są fakty – powiedział mi o Trzynastu opowieściach. – Nigdy nie wymyśliłem żadnej fabuły”. „A Trębacz z Samarkandy?” – zapytałem. Skinął głową. „Tak, Trębacz jest wyjątkiem. To kompozycja. Ale właśnie o Trębaczu wszyscy myśleli, że jest to prawdziwe wydarzenie, do tego stopnia, że Anders kazał zarządzić śledztwo – chodziło o tę niedzielną zbiórkę na rynku – kto dał rozkaz, skąd ta samowola”…

Zawsze podkreślał, że jest dziennikarzem – nieraz, jak się wydaje, przez przekorę czy kokieterię. Także – przez przywiązanie do zawodu. Wybór pism publicystycznych sugeruje, że artyzm jego pióra rósł wraz z dojrzewaniem beletrysty. Więc to sama wojna na to wpłynęła? Bardzo możliwe. Wstrząs spowodowany klęską wrześniową przyspiesza dojrzewanie. Pogłębiają się myśli, zaczyna się więcej widzieć, lepiej rozumieć siebie i innych. Nostalgia powoduje zwrot ku krajowi lat dziecinnych, tak owocny u wielkich pisarzy. Odległy kraj zaczyna pachnieć i nabierać barw. To, co odeszło, domaga się zmysłowej ewokacji. Tęsknota do żywego języka, pietyzm dla polszczyzny uczula na słowo, wzmacnia plastyczność opisu. (Po powrocie do Warszawy to właśnie najbardziej uderzy Pruszyńskiego w zrujnowanej stolicy: że tłum mówi po polsku). Są u niego opisy – zachwyca się Aleksander Małachowski – które chciałoby się znać na pamięć. Ma rację. Wojnę relacjonuje nam artysta z bożej łaski. Opis bombardowania niby w zwolnionym filmie. W pięknym szkicu Którzy odeszli („Odrodzenie”, 1947) znajdujemy rzeczowy opis poczekalni księżowskiej, w którym czuje się ciężar i gęstość palety malarskiej, kształt i konsystencję słowa. Albo kadencja opisu pierwszego wieczoru w Warszawie – widmowej zabawy tanecznej w „Polonii”. Albo doznania w czołgu, kiedy reporter wyłącza bezużyteczny wzrok i jest cały w słuchu. Najistotniejsze jednak dla warsztatu przyszłego beletrysty jest to, że pogłębia się obserwacja psychologiczna, rośnie galeria kapitalnych sylwetek ludzkich.

W czerwcu 1950 roku na szosie niemieckiej zginął znakomity prozaik, znajdujący się dopiero u progu swojej twórczej działalności. Obok późniejszej śmierci Tadeusza Borowskiego (którego był admiratorem), odejście Pruszyńskiego jest najdotkliwszą stratą naszej powojennej literatury.

Kilka lat temu odezwał się Adolf Rudnicki. Napisał w Niebieskich kartkach: „Przeczytałem Pruszyńskiego. To cudo”.

JÓZEF HEN

…z waszych popiołów (przeczucia me tuszą) powstanie polski Maro z Jasińskiego duszą.

On wasze imię poda do wiecznej pamięci, a gasząc moje imię, wspomni dobre chęci.

Cyprian Godebski Wiersz Legionów Polskich (1805)

FELIKSOWI DUNIN-KARWICKIEMU

CZŁOWIEK Z ROKOKOWEGO KOŚCIOŁAROMKOWI CIEMIOROWI

Owa pierwsza wojenna historia miała swoje antecedensy dosyć nieoczekiwane, bo odgrodzone, zdawało się, od życia czarnymi kratami śmierci. Zaczęło się to zupełnie przypadkiem. Był sierpień czy wrzesień 1934 roku; datę tę pamiętam dobrze, bo był to właśnie rok śmierci Roehma i towarzyszy, a sam znajdowałem się w Bawarii, niedaleko od jeziora Wiessee, gdzie o świcie 30 czerwca Hitler dokonał krwawej rzezi swych towarzyszy partyjnych. Spędziłem koniec lata na włóczędze w tej właśnie okolicy, było tanio i ślicznie. Pogórze bawarskich Alp czernieje o tej porze roku świerkiem lub rudzieje od buków, w dolinach powietrze jest rześkie, a trawa o ciemnej, głębokiej zieleni. Piękne są kościółki wiejskie tych stron, ze swymi cebulami kopuł na białych, czworogrannych wieżach. Trudno wyobrazić sobie kraj bardziej tchnący pokojem – można było pomyśleć, gdy z okien autobusu widziało się góry, wsie i te łąki.

Jechałem z Oberammergau do jakiejś zupełnie innej miejscowości, ale nim do niej dojechałem, zobaczyłem na którymś postoju napis. Napis mówił, że idąc w tym kierunku jeszcze 500 metrów, ujrzymy „najpiękniejszy kościół rokokowy na północ od Alp”. Miejscowość nosiła nazwę o brzmieniu pozornie słowiańskim, bo nazywała się Wies. Pewno wymawia się ją „Wis”. Nie miałem nigdy zaufania do rokoka jako religijnej ekspresji; styl ten wydawał mi się zawsze bardziej stosowny dla buduarów niż dla kaplic, tak samo jak trudno by chyba wyobrazić sobie garsoniery w stylu gotyckim. W Polsce kościołów rokokowych jest bardzo mało, a Włoch nie znałem. Ale właśnie myśl o pięknym kościele rokokowym zainteresowała mnie od razu, a zapewnienie, że jest to „najpiękniejszy kościół rokokowy na północ od Alp”, jeszcze ciekawość tę wzmogła. Pomyślałem, że – cokolwiek by to było – warto zrobić pięćset metrów dla zobaczenia najpiękniejszego kościoła rokokowego po tej stronie Alp, zrezygnowałem z dalszej jazdy, wysiadłem z autobusu i podczas gdy on jechał dalej drogą asfaltową ku Landsberg am Lech, ja piąłem się gorzej brukowaną drogą ku opactwu w Wies.

Był to dość imponujący kompleks budynków, zespolony w jedną białą całość, a cienista aleja, w którą wtłoczyła się droga, zasłaniała perspektywę. Podprowadziła mnie tak do kościoła, że wprost niemal spod drzew znalazłem się w jego progu, a znalazł­szy się, musiałem napisowi na drodze przyznać w pełni rację, uznać, że owych pięciuset metrów nie zrobiłem tego dnia na darmo, i przeprosić kornie kapryśny styl rokokowy za niedocenienie jego wartości. Było to prawdziwe cudo i zupełnie inne od wszystkich kościołów. Nigdy nie widziałem stylu, który by tak doskonale wyrażał jakąś jasną, wesołą niemal pogodę ducha, jak styl, w którym zbudowano kościół w Wies. Proszę sobie wyobrazić wnętrze białe zupełnie, ogromnie białe, połyskujące tylko lekką pozłotą niektórych gzymsów. I do tego wnętrze owalne. Kościół nie walił nawami, jak kolumnami wojska, w stronę wielkiego ołtarza. Rozbiegał się we wszystkie strony swą architekturą przedziwnie lekką, a potem zbiegał się z powrotem na drugim końcu. To samo było w górze. Łuki gotyckie strzelają wysoko, romańskie sklepiają się silnie, renesans zakreśla piękne, odmierzone jak krok rzymski średnice, barok gnie się w ciężkich zwojach jak fałdy brokatu, a rokoko kościoła w Wies pulsowało liniami chwiejnymi, pogiętymi, które żyły i gięły się nad naszymi głowami nieustannym falowaniem. Strop kościelny był pokryty malowidłem o barwach pastelowych – jakieś niebo pełne aniołów, obłoków i świętych schylało się wprost z przestworzy na głowy klęczących. Byłem naprawdę olśniony tym całym niezwykłym pięknem, które teraz tak mi trudno opisać, albowiem rokoko jest u nas naprawdę mało znane i nasze kościoły w niczym nie przypominają kościoła opackiego w Wies.

Obchodziłem też jego wnętrze powoli, wokoło, wzdłuż tej całej elipsy, nie tyle z nabożeństwem nawet, ile jakby z ostrożnością, aby tej całej architektury, ulepionej z obłoków i pianki, ruchem nieopatrznym nie skazić. Kiedy już minąłem wielki ołtarz, natrafiłem naraz na coś, co w tej pogodzie i harmonii było jakby zgrzytem, jakby słowami hebrajskiego przekleństwa wypisanymi tajemną ręką na murach sal Babilonu, jakby jakimiś memento mori, wypowiedzianym w świecie pełnym lipca i słońca. Zamiast białego muru była w tym miejscu szeroka, czarna krata, kuta grubo w żelazie i zatrzymująca na sobie mrok, który czerniał po drugiej jej stronie. Jak wiadomo, w wielu klasztorach istnieją takie właśnie kraty i mnisi czy mniszki po tamtej stronie słuchają, niewidoczni z kościoła, nabożeństw w kościele. Była to właśnie taka krata. Po mojej, to jest kościelnej jej stronie, paliło się parę wotywnych świec i leżało chyba kilkadziesiąt kartek. Pamiętam, wyczytałem na jednej z nich: „Młode małżeństwo prosi o modlitwy dla wytrwania w swych postanowieniach”. Niektóre były zamknięte jak szkolne ściągaczki. Co było na innych – nie pamiętam. Domyśliłem się, że w Bawarii jest widocznie zwyczaj podrzucania niejako tą drogą zakonnikom próśb o modlitwy i że widocznie nie wszyscy odwiedzają kościół w Wies wyłącznie dla celów krajoznawczych. Ale nie wszystkie kartki były tylko takie jak opisane. Większość, ogromną większość stanowiły tego rodzaju obrazki, jakie i u nas drukuje się po śmierci bliskiej osoby i rozsyła potem znajomym. Obrazki takie, zawsze w czarnej obwódce, zawierają zazwyczaj jakieś zdjęcie zmarłego, jego nazwisko, datę śmierci, jakiś werset nabożny i prośbę o modlitwę. Otóż dziesiątki i dziesiątki – nie, setki takich czarnych obrazków leżały pod czarnymi kratami, które oddzielały kościół od klasztoru w Wies, i prawie, prawie wszystkie przedstawiały z jakimś natrętnym uporem młodych, młodych ludzi w mundurach z tamtej wojny. W tym pogodnym kościele była to naprawdę jakaś dolina Józefata, gdzie naraz tłoczyli się oni wszyscy, których prochy gniły gdzieś dawno na cmentarzach wojennych Verdun czy po poleskich piaskach, i prosili, zaklinali o modlitwy, o pamięć ze strony ludzi, którzy odgrodzili się od świata ową czarną kratą. Począłem przeglądać obrazki. Tyle lat minęło, zdawałoby się, od wojny, a oni wszyscy trwali tu i czekali w pogodzie owego rokokowego kościoła, w żałobie swych czarnych obwódek i owej przed nimi kraty! Mieli te same żołnierskie mundury, wtedy, w 1934, zapomniane już dawno. Datami ich śmierci były daty odległe: rok 1916, 1917, 1918. Pamiętam, że najwięcej było z roku 1918 i najwięcej było młodych, młodziuśkich twarzy. Obok nazw takich jak Verdun, jak Vittorio Veneto, jak Paashaendale, jak Amiens, były też i inne, dziwnie swojsko brzmiące. Luck, Oschmiana, Styr, Mogilew, Lodz. Wymienione były i pułki, przeważnie bawarskie. Przypomniałem sobie wtedy zasłyszaną skądsiś historię, nie wiem, czy prawdziwą, że pułki bawarskiej piechoty w czasie tamtej wojny miały bagnety z zębami jak piły. Była to pewno nieprawda, ale wtedy to sobie przypomniałem. Niemniej, choćby nie wiem co by mi przyszło na myśl na wspomnienie pułków bawarskich, nie mogłem się oprzeć temu wstrząsającemu wrażeniu, z jakim czytałem teraz kolejno i przeglądałem jeden po drugim, leżące tuż przede mną dziesiątkami, setkami, owe obrazki. Jakby cmentarz wojenny, ale stłoczony na jednym miejscu i przemawiający do nas nie tylko nazwiskami nieznanych ludzi, ale twarzami przede wszystkim, właśnie tymi twarzami, z których wyzierała tragiczna, zmarnowana, sponiewierana młodość. I Verdun nie dźwięczał mi już heroicznie, a Oszmiana w swej wadliwej pisowni nie szumiała swojsko ani Vittorio Veneto nie dźwięczało włosko. Wszystko to cuchnęło wtedy tak samo cmentarnie.

Parę lat później, już na francuskiej prowincji, wobec tylu krzyży i pomników w każdej mieścinie, wyliczających cały haracz krwi, jaki wycisnęła wojna, przypominało mi się nieraz owo Wies i uświadamiała ciężka ofiara, jaką kraje Zachodu zapłaciły już wtedy. Cała literatura pacyfistyczna i antywojenna, jaką wydały Niemcy Weimaru: Renn, Remarque, stała za mną owego popołudnia w rokokowym kościele w Wies. Prawdopodobnie niejeden z nas otarł się o nią w owej umarłej dziś epoce, ale nawet gdyby się nie był otarł, musiałby drgnąć uczuciem zbliżonym do grozy na widok owego milczącego świadectwa wydanego wojnie. Była to nie tylko krata modlitw, ale jeszcze krata oskarżonych: tylko że oni byli tu ofiarami i oni mieliby prawo pozywać. W pewnym momencie zatrzymałem się dłużej i przy innej zupełnie kartce. Fotografia tu była dużo większa, dużo większa, i to może przyciągnęło moją uwagę. Podniosłem obrazek. Widniała na nim niezdarna, koślawa nawet, fotograficzna odbitka z jakiegoś zdjęcia, zrobionego pewno w przypadkowej budzie jarmarcznej. Cała niedołężność takiej fotografijki biła z tego zdjęcia. Ale cała ta nieudolność była tu jakby po to, aby podkreślić, że nic na nim nie jest ujęte ani nic dodane, że właśnie wszystko jest prawdą. Na zdjęciu stał wysoki, smukły chłopak, niemalże jeszcze młodszy od wszystkich innych. Typowy chłopak bawarski, za wcześnie wyrośnięty, ciemnowłosy, ciemnooki, o ciemnych, pięknych brwiach, nosie nieco zadartym, głębokim, zadumanym spojrzeniu. Ledwo przechodził w mężczyznę. Był w mundurze niemieckiego frajtra – i mundur ten był znowu, jak dla kontrastu, komiśny, niezgrabny, był ciężki i sztywny, i niewygodny, i źle noszony, i zupełnie się niekojarzący z człowiekiem, na którego go wdziano. Tak samo jak nie godziły się ze sobą owa ciepła, parująca młodość i śmierć chłodna, która ową młodość chwyciła ongi za gardło. Kiedy po raz pierwszy wziąłem ten biedny obrazek do ręki, przypomniały mi się kiście liliowe bzu rozkwitłego przed czasem i zmrożonego w tym rozkwitnięciu jakimś późnym nawrotem przymrozków. Chłopak miał – pamiętam – jedną rękę zatkniętą jakoś za pas wojskowy – (taki, w którego klamrze wije się gotycki napis „Gott mit uns”) – ale też jakby dla dodania sobie jakiejś rozpaczliwie brakującej pewności siebie. Napis mówił o nim wszystko, co bym pragnął tylko wiedzieć, jeślibym to wiedzieć pragnął i jeśli mog­łoby to mieć jakieś dla mnie znaczenie. Okazało się, że nazywał się Kurt Laube, że był z Wies, że służył w 219. pułku piechoty bawarskiej, że padł w maju 1918 roku na froncie zachodnim. Dziś nie pamiętam ani miejsca, ani dokładnej daty śmierci, ale po powrocie do Polski może mógłbym jeszcze powiedzieć. Jeśli moje papiery norweskie przechowują jeszcze dobrzy Francuzi z C… w Bretanii, to mógłbym to powiedzieć także. Czy miałem jakieś przeczucie przyszłości? Czy uległem atakowi kleptomanii? Czy odezwało się we mnie jakieś świadome własnej wstydliwości uczucie? Dość, że pół godziny później, gdy spieszyłem w dół, na powrotny autobus z Landsberg am Lech, miałem w portfelu moim schowany ostrożnie ów niewielki obrazek, z którego patrzył na świat, jak wiosną 1918 roku, nieznany mi żołnierz niemiecki, dzieciuch nieledwie, w swym mundurze, który do niego nie pasował tak samo, jak wiekowi jego nie przystawała śmierć. Jakże był ogromnie chłopięcy, jakże pełen gorzkiego uroku!

Jakie były moje myśli, gdy naraz postanowiłem zabrać ów obrazek sprzed kraty w rokokowym kościele bawarskim? Pamiętam, że myślałem przelotnie o tym, aby go złożyć gdzieś w jakimś polskim kościele: pamiętam, że szukałem w myśli kogoś, co by u nas mógł się za obcego modlić. Ale były to takie tchórzliwe okłamywania samego siebie. Dwa razy brałem ten obcy obrazek do ręki, dwa razy odkładałem go z powrotem, ale nadaremnie. Jakiś uparty wewnętrzny mus, niewyrozumowany imperatyw psychiczny kazał mi wziąć z tego bawarskiego kościoła ową pamiątkę po dawno zmarłym, nieznanym mi nigdy niemieckim żołnierzu. Nie mogłem jej nie wziąć. Nie mogłem. A przecież miałem wielu bliskich, którzy polegli, walcząc z Niemcami w wojnie. Ale śmierć na wojnie nie wytwarza nienawiści. Wytwarza ją śmierć inna. Być może, że wziąłem ów obrazek, jak zrywa się kwiaty w obcym kraju, jak żołnierz wlecze za sobą nieużyteczny zdobyczny hełm. Dosyć, że wziąłem. Miałem u siebie pamiątki z Hiszpanii, z Grecji, z Rosji, z Wilna i z Wołynia, z Danii i Palestyny. Miałem rzeczy nawiezione ze wszystkich krajów, o które zawadziło moje życie, łakome i niespokojne. Wyniosłem z owej włóczęgi bawarskiej ów czarny obrazek, z którego patrzył zawsze smutno zdumiałymi oczyma młodziutki Kurt Laube, gefreiter bawarskiego pułku piechoty. Może nawet mam go i dotąd. To zależy od tego, jaki był los moich książek, zbieranych z takim mozołem w latach młodych, trudnych i głodnych. Kiedy zimą francuską 1939 na 1940 rok myślałem o nich – a wiedziałem, że Niemcy poddali je dokładnemu przeszukiwaniu – zastanawiałem się czasem, jakie wrażenie wywołało w nich odkrycie w jednej z takich książek owego wojennego obrazka. Oczywiście, ani na moment nie pomyślałem wtedy, jak nie pomyślałem i w Wies, że nie jest to jeszcze dla mnie zupełnie zakończona historia.

Nowe, drugie z kolei stanowisko, na jakie przesunięto nasz pluton, było już poprzedzone złą sławą, o której mieliśmy się niebawem dość dobitnie przekonać, jak była słuszna. Teren był tak samo pofalowany, tak samo poznaczony niskimi krzaczkami i tak samo leżały na nim jeszcze siwe płaty śniegu, jak na poprzednim. Ale widziało się stąd jedynie skąpy skrawek fiordu. Port narwicki znikał zupełnie za wygarbem górskim, spoza którego wyzierało już tylko samo miasto. Narwik wydawał się stąd dalszy jakiś, bardziej niedostępny. Ale nie było czasu o tym myśleć, bo pozycja wcale nie nadawała się do kontemplacji. Z dawna uważano ją za najgorszą na całym tym odcinku. Była tak zła, że musieliśmy czekać na mgłę, aby zluzować tamtych. Całe czternaście godzin w górach, bez ciepłego pokarmu.

Kiedyśmy ją już zajęli i kiedy mgła poczęła się rozpraszać, zobaczyliśmy przed sobą najbardziej nużący teren, jaki można było sobie wystawić na tych norweskich upłazach. Nikt tam nie umiał wskazać, gdzie są placówki niemieckie, ale były blisko. Wszystko rozpadło się w jakichś zaroślakach. Na tym niewyraźnym tle sterczała tylko samotnie, pomiędzy nami a Niemcami, grupa trzech świerków czy sosen. Ich gęsta plama przezierała nawet przez mgłę. Nie było dalej niż dwieście pięćdziesiąt metrów. Może i tyle nie. Ale poza tym wszystko gięło się tam, ginęło w krzakach i trawach, w płowiźnie wyrudziałej pod śniegiem. Było nieruchome i czujne. Po godzinie mieliśmy już jednego trupa. Czujka, wyrzucona nieco przed naszą pozycję, odwróciła się od nieprzyjaciela i zapytała o coś czy też chciała coś powiedzieć. Żołnierz podniósł widocznie za bardzo głowę. Dostał w samą szyję i zbryzgało mu cały mundur. Leżał przy nas dwa dni, bo mgła nie nadeszła, a bez mgły baliśmy się ściągnąć go w dół.

O wszystkich opowiadaniach i przestrogach zapomina żołnierz po minucie. Ale trupa kolegi nie zapomina się tak szybko. Zwłaszcza gdy jeszcze leży tak przy nas, z twarzą zakrytą płaszczem. Jakby spał. Nikt się już nie wychylał i nigdy nie pracowano tyle peryskopami jak wtedy. A mieliśmy tylko dwa na pluton. Wyzierały swymi metalowymi rurami, ale nie dostrzegły niczego. A trupa dalej nie ściągnięto, bo właśnie kiedy z doliny, z kuchni, nieśli nam na drągach obiad na pełny stan, postrzelono dwóch. Ledwo tylko wyszli ku nam z lasu na puste. Jeden był lekko ranny, ale drugi jakoś się źle kurował. Odwiedziłem go potem w Bealangen, gdyśmy już wiedzieli wszystko. Dopiero o drugiej w nocy, kiedy nawet ta północna, norweska noc jest bardziej do nocy podobna, jeden podpełzł od nas ze sznurem i potem windowaliśmy na pozycję te porzucone przez rannych termofory. Były cholernie ciężkie i zaczepiały się o każdy wykrot. Jeden się otworzył i wszystko było zamrożone na kość, ale drugi był gorący. Usta sobie bractwo popiekło.

Następnego dnia odpełzł sobie na bok kapral Chudzik z jedenastej drużyny. Był z Nowego Sącza i chwalił się, że zna góry i że za tamtym wykrotem nikt go nie wypatrzy. Wypatrzyli, ledwo tylko spodnie spuścił, i ustrzelili. Dostał trzy kule, wszystkie w pierś i brzuch, zakręcił się tylko i zakrzepł.

W plutonie szedł pomruk:

– Jedzenia już nie dopuszczają, a teraz jeszcze i na stronę nie można. Niechby tak Katanów tu dali, niechby zobaczyli!

Ale zawziętość poczęła podnosić się także, a ile razy kto popatrzył na te trupy, z których każdy swoje godziny przy nas przeleżał, to ją sobie jeszcze bardziej zaostrzał. Było jasne, że ktoś podkrada się gdzieś pod nasze linie i potem stamtąd, zaczaiwszy się, wali. Kapral Gruda, ten z Hiszpanii, opowiadał coś niecoś o takich strzelcach wyborowych, których posyła się tak właśnie, i że z tym mieli dużo biedy w Guadarramie i w Casa del Campo. I nawet porucznik słuchał go uważnie, bo choć nie lubił Grudy za pyskatość i brak fasonu, to jak dochodziło do frontu, z nikim się tak nie liczył.

Ale wieczorem wystarczyło, aby Józek Stanisz z mojej drużyny się wychylił, tylko by stanowisko trawą opatrzyć; dostał w plecy jak nic. Nigdy tam nie padał strzał daremny. Te dwa w Józkowe plecy daremne nie były. Męczył się długo i próżno. Jedna kula musiała mu poharatać coś w stosie pacierzowym, bo sparaliżowany był zupełnie. Cały czas płakał. A gdy mu się usta wyprostowały po skonaniu, miał je całe pogryzione do krwi.

Nim jeszcze skończył, już sytuacja była zupełnie nie do wytrzymania. Porucznik posłał meldunek o tym wszystkim, a sztab odpowiedział, żeby nadesłał wnioski i że nas zmienią nie wcześniej jak za tydzień. Było źle. W trzech dniach straciliśmy pięciu, jakby ich zdmuchnął ktoś niewidzialny. I nic. Jedni zaczęli pyskować coraz głośniej, drudzy zacięli się jeszcze bardziej. Chudzik przyjaciół nie miał, chyba takich, co mu tam jeszcze po śmierci wygarnęli z kieszeni, co było. Ale Józek Stanisz był lubiany przez wszystkich. Przez Grudę chyba najbardziej. I wtedy właśnie Gruda zameldował się na czujkę i poszedł z peryskopem. Chłopcy mieli do Grudy zaufanie. Pomyśleli, że teraz coś będzie. Lepiej się poczuli także i dlatego, że poczęła nadchodzić mgła, górska, mokra, jak wata. Wtedy ślepia trzeba było wytężać w to białe, ale tamci też widzieć ani strzelać nie mogli.

A Gruda naraz, żeby go posłać na patrol.

Porucznik się nie godził. Raz, że regulaminowo jednego na patrol posyłać nie wolno, po drugie, że już marnować ludzi nie chciał. Tam w dole, w sztabie, pewno mu nie będą wdzięczni za tych kilku. Ale wreszcie przystał. Gruda miał zejść sam i na swoją rękę „przepatrzyć teren”. Gruda wysłuchał tego wszystkiego z obojętną grzecznością. Wiedziałem i porucznik wiedział, i wszyscy wiedzieli, że on i tak zrobi po swojemu i że to po swojemu będzie najlepsze.

I poszedł.

– Już ja wam tego sk…..syna dostanę – powiedział na odchodnym. I wtedy właśnie przyszła nam po raz pierwszy myśl, że tam jest tylko jeden określony wróg. Jeden człowiek. Zaczaja się gdzieś i śmierć nam posyła swymi kulami. Porucznik wprawdzie mówił dużo o słynnym ogniu pośrednim cekaemów, o jakimś niemieckim punkcie obserwacyjnym na górze nad Narwikiem, o doskonałych szkłach, aleśmy coraz mniej wierzyli w to wszystko. Już bardziej uwierzylibyśmy wkrótce w czary. Gdyby tak zeszło jeszcze kilka dni i padło jeszcze paru, wierzylibyśmy w nie chyba na pewno. W tych górach samotnych tę niewidzialną, szybką w swym ukąszeniu śmierć musiało nasyłać Złe.

Gruda miał wrócić po godzinie. Wrócił po trzech. Zbliżało się już chyba południe i już mgła miała się przerzedzić. Jako pierwsza tego oznaka przebiło się wyraźniej smutne, polarne słońce, potem zamajaczył, jak czarny żagiel, cień owych świerkowych gałęzi. Potem z mgły poczęło wyzierać wszystko, powoli, ale coraz wyraziściej. A Gruda jakby się spieszył. Nawet nie opuścił się w dół do porucznika, tylko zaraz: „Panie podchorąży, podciągniemy my te maszynki, tamtą o, i tę”. Było coś takiego w tym pytaniu, że jakbym ja nie podciągnął, toby chłopcy i tak podciągnęli. I był jakiś nerwowy, radosny pośpiech.

– Tak, tak – mówił Gruda – tak, o, tak.

Pomyślałem, że, w ten sposób wysunięte, będą przecież widoczne od razu już za kilkanaście minut, gdy mgła odejdzie zupełnie. Ale Gruda nastawiał już mój erkaem, jakby nie ufając, że ja zrobię to dobrze. I znowu czuło się, że tym razem coś się odmienia na pozycji.

Leżeliśmy teraz przywarci, on do tamtego, ja – w niskiej trawie. (Pomyślałem na moment, że tak właśnie leżał Józek Stanisz i że lepiej już w głowę od razu niż w kręgosłup).

Aż głosem do ziemi, jak warknięciem, poderwał Gruda:

– Panie podchorąży, a teraz długą serią, długą, najdłuższą… prosto w te świerczki, w te świerczynki… w górze, w górze. Tam on się utaił, za tą mgłą.

Na drzewie.

Mgnienie olśnienia nagłego, niespodziewanego, przeszło przez mózg. Naprawdę olśnienie. Nawykliśmy do tego, że przeciwnik leży, że czołga się, wtula w ziemię. Tego nas uczono. Drzew nie braliśmy pod uwagę. Czarna płachta świerków czerniła się przed nami obojętna, niedostrzegana. A właśnie…

Obie serie rozświergotały się naraz i od samego tego huku zrobiło się nam wszystkim radośnie. Ten huk był potrzebny. I w tej chwili doznałem tego samego uczucia, jakiego doznaje myśliwy w poleskiej porannej mgle, kiedy z drzewa przed nim zrywa się, szumiąc głucho łopotem, jakiś ospały, a spłoszony ptak. Tylko ptak się nie zerwał. Wielki, czarny kształt odrywał się od czerni świerszczyny i spadał poprzez gałęzie w dół. Erkaemy trzęsły się rechotem swych serii. Kiedy kształt obsunął się w niż już szybciej, kiedy ugiął się w upadku o ziemię, nabrał naraz wyrazistości. Był człowiekiem.

Gdzieś, z niewykrytych, wtulonych w mech pozycji niemieckich rozdzwoniło się ujadanie tamtych maszynek, ale było poniewczes­ne. Myśmy nawet odciągnęli nasze. Nie raczyliśmy odpowiadać. Pozycję całą w owe mroźne dosyć rano rozprężać poczęła rozkoszna, radosna ulga. Wszyscy cisnęli się do peryskopów, aby go widzieć. Tam, pod drzewem. Przez szkła widzieliśmy go dokładnie. Musiał konać dosyć długo, bo grzbiet jego podnosił się i opadał. Jakby się ranny krztusił. Aż ostatecznie opadł. Koło południa. I zesztywniał. Właśnie wtedy, kiedy Gruda opowiadał, jak to „przycupnąwszy se we mgle”, zobaczył Niemca; jak podkradał się, korzystając z mgły, pod drzewo. Nie mógł wtedy strzelić, nie ruszył się i dopiero kiedy zrzedła, wrócił do nas. Dzień w ogóle był mglisty i kiedy po południu znowu zaczęło się mglić, porucznik wysłał dwu ludzi, aby obszukali zabitego i wzięli, co przy nim było. Ochotników tym razem nie brakło. Wrócili dosyć prędko. Porucznik pisał meldunek o wszystkim do sztabu, goniec miał zaraz zanieść. Mnie kazał „podyktować dane”. (Sam po niemiecku nie czytał). Na pniu leżały dokumenty Niemca. Portfel, książeczka wojskowa, pistolet automatyczny, lornetka Zeissowska. Był o 250 metrów od pozycji: jakżeby nie miał w nas bić jak do kaczek!

Porucznik pisał, a ja wziąłem właśnie do ręki wojskową książeczkę Niemca. Wszystkie wojskowe książeczki są jakieś do siebie podobne. Ta była pisana gotykiem; dawno już nie czytałem gotyku, więc szło mi to trudniej. Porucznik tymczasem czytał pisząc i.… urywał:

„Z załączonej książeczki wojskowej Nr”…

Podałem mu numer.

„Wynika, że był to…”

„Starszy strzelec” – przetłumaczyłem.

„Nazwiskiem” … ciągnął dalej porucznik.

I naraz zatrzymało mnie to nazwisko.

– Co, nie może pan odczytać? – pytał porucznik.

– Nie, mogę – odpowiedziałem. – Owszem, Nazwiskiem Kurt Laube. L, A, U, B, E, – L jak…

Nie, nie wiedziałem – L jak co… Ale porucznik pytał dalej. Pytał jak w ewidencji.

– Urodzony?

A ja odpowiedziałem jak w ewidencji. Zupełnie jak w ewidencji. Tyle razy miało się z tym do czynienia.

„Urodzony w Wies, dnia 17 septembra 1917 roku”. Wies pisze się W, I, E, S.

– Wies? – przeczytał sobie porucznik. – To może ze Śląska?

– Nie, panie poruczniku – odpowiedziałem znowu. – To w Bawarii. Taka niewielka mieścina w południowej Bawarii.

– Skąd pan to wie? – zaciekawił się zaraz porucznik. – Jeżeli niewielka mieścina? W Bawarii? A to brzmi tak po polsku. Pan zawsze wszystko wie…

Odpowiedziałem jakimś niezwyczajnym sobie głosem, ale chyba przekonywająco:

– Wiem, bo kiedyś tam byłem: tam jest bardzo piękny rokokowy kościół. Najpiękniejszy rokokowy kościół na północ od Alp…

– Niech pan podaje dalej – przerwał porucznik – tu goniec czeka, do sztabu musi podać meldunek jak najprędzej. Po wojnie pogadamy o rokokowych kościołach.

Podawałem dalej rzeczy zupełnie nieważne. Raz jeszcze drgnąłem trochę. Zabity miał „Eisernes Kreuz” piątej klasy za „Feldzug in Polen”, nadany 1 października 1939 roku. Aktem datowanym z Dubiecka. Stało wyraźnie „Dubiecko”. Nawet pisownia była polska. Przez „c”.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

MADONNA MIKULIŃSKAKOLEGOM Z JEDENASTEJ KOMPANII

Rozdział dostępny w pełnej wersji

COSAS DE POLONIA**BŁ. P. ADOLFOWI TROCKIEMU, OBYWATELOWI WILNA, PODCHORĄŻEMU Z COËTQUIDAN, ODZNACZONEMU ZA KAMPANIĘ FRANCUSKĄ BRYGADY PANCERNEJ, POLEGŁEMU W 1944 ROKU W WALKACH I DYWIZJI PANCERNEJ W BELGII

Rozdział dostępny w pełnej wersji

TRĘBACZ Z SAMARKANDY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

SPADOCHRONOWY WITRAŻ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

WIATRAKI Z RANLEY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

O GŁOWĘ MURZYŃSKIEGO KRÓLA10. PUŁKOWI STRZELCÓW KONNYCH

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ODEJŚCIA I POWROTY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

PODRZUCONA KSIĄŻKA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

RÓŻANIEC Z GRANATÓWFOR SUSAN

Rozdział dostępny w pełnej wersji

GWIAZDA WYTRWAŁOŚCI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

CIEŃ GRUZJI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ZIĘTAROWE SKARBY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Copyright © 2021, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-673-3

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Ilustracje wykorzystane na okładce: Narodowe Archiwum Cyfrowe i polona.pl (domena publiczna)

Korekta: Dorota Ring

[email protected]@gmail.com

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Duchnik