Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 929 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pani Walewska - Wacław Gąsiorowski

Jeden z najpiękniejszych romansów w historii i literaturze polskiej. Wszystko zaczęło się od niezwykłego spotkania, gdy młodziutka Pani Walewska wyjechała pod Warszawę, by powitać wielkiego cesarza Francuzów, który miał przynieść wolność państwu polskiemu. Wychowana w jego kulcie, do końca życia nie straciła wiary w gwiazdę Napoleona. Do związku z nim pchała ją cała śmietanka towarzyska Warszawy, łącznie z patriotami, którzy wierzyli, że Napoleon zakochany więcej uczyni dla Polski, niż Napoleon – polityk. I rzeczywiście Napoleon zakochał się, żadnej jego pozamałżeński związek nie trwał tak długo jak ten z Marią. A on stał się dla niej miłością życia.

Opinie o ebooku Pani Walewska - Wacław Gąsiorowski

Fragment ebooka Pani Walewska - Wacław Gąsiorowski

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright © 2011, Wydawnictwo MG

ISBN: 978-83-7779-026-7

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

Opracowanie redakcyjne: Baltazar

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Publikację elektroniczną przygotował

TOM PIERWSZY

TOM PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ostatni dzień 1806 roku miłą sprawił Warszawie niespodziankę. Oto w noc jedną otrząsnął się z ołowianych chmur, dżdżystych osłon i rozszalałych wichrów, które od tygodni wiernie służyły jego poprzednikom, i stawał się w skrzącym, śnieżnym płaszczu, z pogodą nieba u skroni, z uśmiechem słońca, z tężyzną mroźnej ciszy.

Tyle nieoczekiwanego, a tak upragnionego gościa powitała Warszawa ze szczerą uciechą, powitała na dobrą wróżbę zbliżającego się Roku Nowego, na zapowiedź chwil jasnych, na spełnienie bujnie wyrosłych nadziei.

Nielitościwe słoty, jakby na przekór pogodzie serc, aż popsuły opinię całej ziemi, ujętej w ramiona Odry, Niemna, Warty i Wisły. Żołnierz francuski klął błota, generalicja pomstowała na psi czas, a wytworni sztabowcy dziwili się, jak można było w tak niegodziwym klimacie budować sobie ojczyznę. Nawet zapewniano w pałacu pana Aleksandra Potockiego[1] podejmującego u siebie marszałka Murata[2], że sam cesarz narzekał na pluchę.

Najbliżsi świcie cesarskiej zaprzysięgali się, że od lat nie pamiętają takiego rozbeczanego decembra[3], dowcipnisie tłumaczyli, że to łzy wylane przez pruskiego gubernatora, Kohlera, przy opuszczaniu Warszawy, taką sprowadziły słotę, na koniec wszyscy przepowiadali z dnia na dzień mróz. A tymczasem plucha z przejmującym ziąbem broiła. Parady się nie udawały, uroczystości spowijały mgły, psuły się i mokły furaże, gorączki i febry trawiły wojsko, gasły iluminacje — co gorsza, od Czarnowa, Gołymina, Działdowa i Pułtuska szły słuchy, że i tam słota miesza szyki, krzyżuje plany i niweczy cesarskie rozkazy[4].

Z dwudziestego dziewiątego na trzydziesty grudnia gruchnęła już była pierwsza wiadomość o nowym zwycięstwie Napoleona nad brzegami Narwi, lecz brakło jej urzędowego zaświadczenia, bębny na odwachu milczały. Daremnie co przedniejsi panowie krążyli dookoła pałacu pana Aleksandra Potockiego — dnia tego podobno i sama pani Anna widzieć się nie mogła z Muratem. Marszałek, odprawiający w Warszawie zasłużone wczasy, a przy tym cierpiący — jakoś więcej niedomagał. Innego zaś źródła nie było, bo imć pan Wybicki[5] wyciągnął z cesarzem.

Dopiero w dzień Sylwestra, razem z pogodą i mrozem, odwach zadygotał od grzmotu bębnów, a książę Bergu już w południe z dość niewyraźnym zapałem dzielił się z panem Potockim wiadomościami o wygranej bitwie pod Pułtuskiem i spodziewanym powrocie cesarza do Warszawy. Ta ostatnia nowina bodaj największy wzbudziła zapał, bo o zwycięstwie Napoleona i tak nikt wątpić nie śmiał, w ponowny zaś przyjazd jego do niedawnej stolicy Prus Nowowschodnich trudno było wierzyć. Bonaparte już bowiem dał poznać Warszawie, że była ona dla niego tylko jedną więcej „główną kwaterą”, punktem operacyjnym i magazynem wojskowym.

Przed tygodniem przyjechał w nocy samotrzeć z mamelukiem[6], nie zwróciwszy uwagi ani na rusztowania łuków triumfalnych, przygotowywanych na jego przyjęcie, ani na zwoje girland mających mu wjazd do miasta umaić — Napoleonowi starczyła na powitanie głusza pustych sal zamkowych i kubek wody na odwachu.

Krótka rozprawa z uroczystą delegacją obywateli, kilka rozmów z Wybickim, w których mówiło się o zaprowiantowaniu wojska, gorączkowe oględziny brzegów Wisły — to nieomal cała pierwsza jego z Warszawą znajomość. Nie pozwolił jej nawet zbliżyć się do siebie, a cóż dopiero przypatrzyć. Spadł jak grom i znikł jak meteor.

Zapowiedź powrotu cesarza musiała więc tym silniej zakołatać w sercu Warszawy. Statyści widzieli w nim przewrót dziejowy i wykonanie rzuconych wspaniałomyślnie półsłówek na przyjęciach w Berlinie i Poznaniu. Młodzież zdawała się być bliższa szlif, krzyżów i instrumentów oficerskich, chmara stanisławowskich dworaków podnosiła hardo głowy, wspominała dawne zaszczyty i szukała już nici intryg u Talleyranda[7], u księcia Borghèse[8], szwagra cesarskiego, u Murata, nie pomijając nawet tak układnych sztabowców, jak panowie de Noailles i Lagrange. W salonach i salonikach padały pierwsze pogłoski o balach i przyjęciach na zamku i rodziły się pierwsze troski o zaproszenie, o starszeństwo znakomitości rodu, o strój, o ceremoniał. W dworkach jeno, mieszczańskich kamieniczkach i izdebkach przyjazd cesarza przyjęto ze szczerym zapałem, wolnym od myśli ubocznej, rachuby małej, bo tam już od wjazdu pierwszego oddziału kawalerii francuskiej do Warszawy pracowano nad mundurami, naprawiano zardzewiałe żelastwo i oddychano pragnieniem czynów.

Zmierzchało się. Ulice Warszawy wrzały życiem. Chrupot jędrny śniegu pod stopami przechodniów łączył się z wesołym brzękaniem dzwonków u sani, nawoływaniem woźniców i gwarem hałaśliwych rozmów.

Światła rozpalały się z wolna w oknach domów, u podjazdów wielkopańskich migotać zaczęły latarnie, hajducy na kozłach zatykali pochodnie, sklepy, winiarnie i zajazdy buchały nie tylko kłębami pary, lecz i potokami żółtoczerwonych blasków.

Zgiełk i zamieszanie wzmagały się z godziny na godzinę. Dziesiątki panien służebnych, kozaczków dworskich, pajuków i pokojowców w barwach strzelców na posyłki snuło się ulicami, bądź dźwigając wielkie pudła czworogranne, bądź wytwornie spowinięte tłumoczki, bądź dopiero załatwiając sprawunki lub roznosząc uperfumowane bileciki. Zamożniejsi mieszczanie a drobna szlachta, tułająca się na bruku warszawskim i wzdychająca całym sercem do promocji, sejmików i politycznych wywodów, ciągnęła na poczęstunek, na należyte Nowego Roku powitanie. Nawet z lepianek nad Wisłą wymykały się skulone postacie kobiet skostniałych na poły z zimna, dzieci bosych, mężczyzn tulących się daremnie do łachmanów przed mroźnym wiewem i śpieszyły się dopiero groszaków szukać czy ostatnie dytki karczmarzowi oddać, byle weselem Rok Nowy spotkać, a za pomyślność przepić i nędzę swoją bodaj na noc jedną zdławić.

W odpowiedzi na te uroczyste światła, którymi bramowała się Warszawa, u szafirowego stropu niebieskiego roziskrzyły się gwiazdy, haftując płaszcz nocy miliardami diamentowych blasków, przepasując ją srebrzystą wstęgą mlecznej drogi, a ścieląc pod stopy wypływającego księżyca szatę puszystą nieuchwytnymi płatkami obłoczków, miękką łagodnych barw doborem a wielką bezmiarem ginących w dali horyzontów.

Od strony rogatek wolskich toczyła się ociężale poszóstna karoca, skrzecząc przeraźliwie na stężałych na mrozie piastach i osiach. Karmne gniadosze, smagane batem woźnicy, zmagały się z głębokimi kolejami śnieżnymi, kłębami pary znaczyły każde drgnięcie rozwartych chrapów, targały naprężonymi szlejami. Karoca zapierała się, porosłe śniegiem koła z trudem się obracały, a na domiar przy wjeździe na ulicę Senatorską trafiła na taki sznur rozlicznych pojazdów, że jeno noga za nogą posuwać się mogła, co chwila odbywając przymusowe postoje.

Przed Marywilem[9] ulica rozszerzała się. Woźnica zaciął konie, aby jadące przed karocą sanki wyminąć i na plac się wydostać, gdy wtem od Bielańskiej nadciągnął długi korowód wozów włościańskich, eskortowanych przez wojsko. Ruch w jednej chwili został zatarasowany, pojazdy zbiły się w bezładną gromadę i czekały.

Ta nowa przeszkoda snadź zniecierpliwiła jadących, bo zamarznięte okienko karocy roztworzyło się z trzaskiem, a równocześnie rozległ się dźwięczny głos kobiecy:

— Domagalski, dlaczego znów stoimy?

Tęgi strzelec, siedzący obok woźnicy, obrócił się, aby odpowiedzieć, gdy tymczasem z głębi karocy ozwał się drugi głos ostry, chropowaty:

— Chcesz widocznie, żebym się znów przeziębił!

— Nie, tylko... ta jazda...

— Pilno ci, pilno! Wiem, wiem! Ale się nie śpiesz. Powiedziałem ci, jeżeli księżna nie zostawiła kart, to zostaniemy w domu.

— Jak ci się podoba — odrzekł drżący głos kobiecy.

Okienko się zamknęło. Strzelec, który czekał sposobnej chwili, aby na zadane mu pytanie dać odpowiedź, odwrócił się do woźnicy i mruknął pod nosem:

— Dokuczliwy.

— Starość go żre — przyznał woźnica.

— I zazdrość.

— Byle temu biedactwu przymówić. Dziś w Walewicach łzami się zalewała i nie chciała jechać. Pokojowa mówiła.

— Panie Błażeju, mnie to powiadacie! — przerwał z alteracją strzelec. — Na ręku ją nosiłem. Nieboszczyk pan starosta gostyński to się tam w grobie przewraca, jakiego życia doznaje nasza pani. Albo i ja długo jeszcze miejsca zagrzeję, wczoraj tak mnie sfukał, jak chama pierwszego lepszego. Tfy!

Woźnica trącił z lekka Domagalskiego.

— Miarkujcie się, bo posłyszą.

— Niech sobie! — obruszył się strzelec i umilkł, bo w tejże chwili rozległ się znów chropowaty głos:

— Zamknęłaś okno! Chcesz, żebym się udusił!

Okienko otworzyło się po raz wtóry.

— Czego Błażej nie rusza? — skrzeczał wciąż ten sam głos. — Ciebie nic to nie obchodzi!

— Nie pozwoliłeś — rzekł cicho głos kobiecy.

— Proszę! Na to trzeba ci może pisemnego dowodu! Pewnie, gdybym miał skrzepnąć na tym mrozie, jeszcze byś się nie zatroszczyła. Nie masz, pani, czego wzdychać, stary jestem, doczekasz się mojej śmierci, doczekasz!

Gwałtowne szarpnięcie karocy i trzask, i zgrzyt osi przerwał dalsze wywody.

Karoca potoczyła się teraz raźniej, skręciła w Miodową, minęła pałac Paców i wziąwszy się na prawo od kościoła Bazylianów, zatrzymała się z łoskotem przed ostatnią kamienicą na Długiej, w pobliżu osławionego pałacu Raczyńskich.

Strzelec zeskoczył z kozła i zakołatał do drzwi pod podjazdem. Na znak ten drzwi rozwarły się na ścieżaj, ukazując jasno oświetloną sień. Z głębi jej wypadło kilku pachołków i zabrało się do odwiązywania umieszczonych za pudłem karocy pakunków. Strzelec otworzył drzwiczki i pomógł wysiąść otulonej w szubę damie, po czym skinął na najbliższego pachołka i jął wyprowadzać pana spowitego futrami.

Dama weszła do sieni i zniknęła w jej głębi, pan gramolił się jeszcze około karocy, strofował i perorował, dopytując się strzelca po kilkakroć o każdy sepecik, każde puzderko.

Gromada przechodniów, zaciekawiona landarą, kupić się zaczynała u podjazdu. Pan niecierpliwił się, stukał hebanową laską i pogardliwie spoglądał ku gawiedzi. Naraz tuż przed nim zarysowała się pękata figura mężczyzny w opiętym futerku i skłoniła mu się uniżenie.

Pan zmierzył ją od stóp do głów i zagadnął niepewnie:

— Za pozwoleniem... z kim?

— Wszak imć pan Anastazy Walewski? — zapytała pękata figura.

— Właśnie... Ale...

— Szambelan dobrodziej! Kopę lat. Nie poznajeszże mnie! Parole d’honneur![10] Bo ja szambelana, to nic dziwnego... odmłodniałeś mi... No, jeszcze nie? Bolesza!

— A, Bolesza. Bardzo miło — odrzekł Walewski, dosyć chłodno przyjmując uściśnienie witającego.

— Ten sam! Jeden z triumwiratu: Dłuski, Bolesza, Hulewicz. A pamiętasz szambelana Dzbańskiego, brave homme[11], już ani ręką, ani nogą... trzy razy mu krew puszczali. Szambelan, widzę prosto z drogi. Na zapusty! Cha, cha! Rozumiem, pani szambelanowa dobrodziejka... A świetnie się zapowiadają, książę Borghèse wydaje bal, u pana Talleyranda przyjęcia dwa razy tygodniowo, pani de Vauban[12] niestrudzona jak zwykle, u pani Potockiej reunion[13] ze stołami na pokaz... no, a powrót cesarza! Pani szambelanowa będzie miała w czym wybierać. Ale, będziemy oglądali za tydzień teatr, oficerowie na rekonwalescencji już rozebrali role. Admiruję dobrą myśl: dawno nie mieliśmy tak urozmaiconego karnawału.

— Jesteś w błędzie, my tylko w sprawie familijnej na kilka dni. Ale, daruje waćpan, mróz idzie.

— Drogiemu szambelanowi nie śmiałbym odmówić! Służę z całą gotowością!

Walewski spojrzał zdumiony na Boleszę, nie rozumiejąc, jak się to stało, że go zaprosił, kiedy najmocniej chciał się od niego uwolnić, lecz nie znajdując dość gładkiego wybiegu dla uwolnienia się od natręta, zawrócił do sieni. Bolesza poszedł za nim, zasypując go gradem słów i na krok go nie odstępując.

Szambelan oddał się tymczasem w ręce czekającego nań kamerdynera, Francuza, który z niebywałą wprawą pomógł mu zdjąć płaszcz, ściągnął futrem podbite ciżmy, porozkręcał szale, porozpinał nagolenniki, a wreszcie rozebrał ze skórzanego kaftana i dopiero doprowadził swego pana do stalowego fraka z gwiazdą orderową, paliowej kamizelki jedwabiem szytej w kwiaty i tabaczkowych spodni.

Szambelan odetchnął z widoczną ulgą i rozsiadłszy się z zadowoleniem przed płonącym ogniem na kominku, jął zapijać podany przez kamerdynera poncz. Bolesza zaś ze złośliwym uśmiechem na szerokiej, czerwonej twarzy, której główną treścią był szeroki, ogórkowaty a siny nos, zacierał zziębnięte ręce i przyglądał się Walewskiemu. Ten jakby odgadł myśl Boleszy, bo połknąwszy gwałtownie haust ponczu, zagadnął nagle:

— Jakże się wydaję waćpanu teraz? Co?

— Ubyło mi pana. W oczach ubyło. Toć trzy czwarte szambelana zabrano do garderoby.

Walewski poruszył niecierpliwie ustami i rzekł ze źle ukrywanym wzburzeniem:

— Chcesz mi przymówić, żem grzyb?

— Jamais de la vie![14] A cóż ja? W jednym jesteśmy wieku, mnie już peruka po łysinie jeździ, a szambelanowi daleko... zresztą przy takiej żonie można odmłodnieć. Co? Hę? Ale u szambelana dobre wino bywało. Wdzięczny wam jestem, że mnie ponczem nie ugaszczacie, bo nie mogę, parole d’honneur!

Szambelan zadzwonił na pokojowca i kazał podać wina. Bolesza rozpromieniał.

— A dziś rano dzwoniło mi w uchu. Dobra nowina! I sprawdziło się. Niezmiernie się cieszę z oglądania kochanego szambelana! Coraz mniej ludzi naszych czasów, dobrych czasów! Rozpraszamy się, giniemy. Jedni, jak poczciwy Grabińsio, osiadają w klasztorach, drudzy, w rodzaju Grotusa-peruczki, pożenili się, trzeci huśtają wnuków, a zresztą kogo śmierć nie sprzątnęła, przemyśliwają o wojskowej służbie.

— Co? Może i waćpan myśli?

— Parole d’honneur! Taki impet! Rautenstrauch i Hedbuski już się podali! Pepi[15] jeszcze traktuje, lecz tylko patrzeć... Prąd rwie, bez munduru ani się pokaż! Ba, ba! Wino! Dziękuj Bogu, szambelanie, że Wybicki o niczym nie wiedział, zarekwirowałby je do wojska.

— A któż tu rządzi, kto przyjmuje? Przysyłają mi korespondendenta, lecz kto zbiera te... te delegacje?

— Jego królewska mość, imć pan Józef Wybicki pierwszy — odrzekł Bolesza z komiczną powagą, pociągając mocno z kieliszka.

— Który Wybicki?!

— Jedno słońce, drogi szambelanie, jeden Katon, jeden Wybicki. Poseł na sejm czteroletni, kamrat generała Dąbrowskiego, przyjaciel pana de la Roche, rajfur uprawomocniony legionów, dziedzic Manieczek, ojciec dwóch synów. Małoż tytułów?

— I taki rozkazuje?

— Ba, ba! I jak!

— Domyślam się intrygi. Przecież obowiązkiem było zwrócić się nade wszystko do tych, którzy zajmowali dawniej stanowiska! Gminne sympatie ma ten Bonaparte. Pisał mi właśnie pan Ksawery — nie sądziłem jednak, żeby aż do tego doszło.

— Rewolucja rządzi, kochany szambelanie! Rewolucja. Poczciwy chevalier[16] de Saint Ville żółtaczki dostał, gdy mu zaczęto wymieniać tych nowych francuskich „duców”[17]. Bywały i u nas wypadki, że związek z krwią królewską... Vous vous rappelez?[18] Pani Rochowa Kossowska, podskarbiowa, córka Merliniego — lepiej powiedzieć — Orzelska... Lecz tak sobie oficerów stroić w mirty! A na to się zanosi, że i u nas będzie nie lepiej. Pani de Vauban jest strapiona. Dla niej podwójny cios — jej przywiązanie do Burbonów zostało głęboko zadraśnięte i gdyby nie Pepi, wyjechałaby do Wiednia. Naszym damom naturalnie taka dystrakcja przypadła do gustu — już niejedno serduszko bije dla munduru. Co robić? Przy tym zamęt, nieład, nie wiadomo kto panuje, lada generał dyktuje sobie warunki. Niby ochotnik się gromadzi, Kurtz na personę urasta, a choćbyś czasem duszę zaprzedał, nie ma z kim ani banczku pociągnąć, ani porządnej socjety zebrać! Akselbanty, ostrygi, pałasze i ledwieś uszu nastawił, już słyszysz — wojna! Parole d’honneur, źle się dzieje, kochany szambelanie!

Bolesza zamilkł i sięgnął do kieliszka. Walewski siedział bez ruchu, zapatrzony w dogasające ognie na kominku.

Ciszę przerwał pokojowiec z listem na tacy i okularami.

Szambelan rozerwał nerwowo kopertę, rzucił okiem na list i rozkazał krótko:

— Powiedz jaśnie oświeconej pani, żeby się ubierała. Zawołaj mi Baptystę.

Bolesza na tytuł „oświeconej” mruknął coś pod nosem. Szambelan odwrócił głowę.

— Mówiłeś?

— Delektuję się winem. Jeden z najlepszych cienkuszy, jakie piłem w życiu.

Walewski roześmiał się z przymówki.

— Daruj. Jestem bez szafarza. Przyjechaliśmy na jeden dzień. Właśnie księżna mi pisze.

— Idzie o małżeństwo syna, pana Ksawerego, z księżniczką Dominikówną.

— A waćpan skąd wiesz?

— Powiadano.

— Słyszałeś może coś więcej?

— Tyle tylko, że pani kasztelanowa Ossolińska myśli nie na żarty sforować swego podrastającego Wiktusia. Może to nawet ułożone, chociaż można odrobić.

— Nie rozumiem, na co siostra...

— Kochany szambelanie, księżna Jabłonowska ma pewno swoje rachuby. Wszystko zależy. Pan Ksawery ma piękną fortunę, ale jeżeli klucz walewicki wyłączony zostanie z przyszłej jego schedy, to wnukowi kochanego szambelana niewiele się zostanie... Fortuna się rozdrobni.

— Co waćpanu, panie Bolesza, w głowie... szambelanowa ma swoje dwa folwarki i dożywocie. Reszta zawsze na Ksawerego przejdzie.

— Zapewne, a gdyby tak pan szambelan doczekał się potomstwa? Co?

Walewski szarpnął się niecierpliwie.

— Żarty sobie stroisz ze mnie. Zdaje się waćpanu, że mnie uroda żony rozum zamroczyła, że zapomniałem o latach?!

Bolesza roześmiał się dobrodusznie i mrużąc filuternie swe świdrujące oczki, odparł bez namysłu:

— Zakładu bym nie trzymał. Jedna z najpiękniejszych kobiet w Polsce! Szambelanie kochany, parole d’honneur, ani cię myślę urazić, tylko zdarza się, nawet bardzo często... Z tym trzeba się liczyć. Radziwiłłówna...

— Nie mówmy o tym — przerwał sucho Walewski. — Przykro mi tak miłą przerwać gawędkę, lecz muszę się ubierać.

— Kochany panie Anastazy, z Boleszą to jak z dzieckiem, parole d’honneur. Państwo długo jeszcze zabawią?

— Najpóźniej pojutrze. Tu nie ma co robić.

— Niepowetowana szkoda,parole d’honneur, jeszcze strzemiennego! Karnawał bardzo niezwykły! Na zamek mają odkomenderować wszystkich oficerów ósmego korpusu. Sługa kochanego szambelana! Zobaczymy się zapewne dzisiaj. Pani szambelanowej najniższe ukłony.

Bolesza uścisnął po kilkakroć szambelana, dygnął z wyszukaną grzecznością i szurgając posuwiście nogami, wyszedł.

Walewski odetchnął z oznakami widocznej ulgi, zasunął się w głąb fotela i jął mrużyć ociężałe powieki. Lecz kamerdyner, który stał już przy drzwiach, chrząknął znacząco. Szambelan ocknął się i powiódł zamglonym wzrokiem dookoła.

— A! To ty, Baptysto — rzekł po francusku.

— Ja, panie. Czas się ubierać.

— Kiedy czas, trzeba.

Walewski podniósł się z wolna, jak człowiek, który ciężkiej ulega rezygnacji, i podpierając się na lasce, przeszedł do garderoby. Tam usadowił się na krześle i rozwarł na poręczach ręce na znak, że poddaje się woli i sztuce swego szatnego, perukarza i niańki w jednej osobie.

Francuz już nie tylko z artyzmem, ale ze świadomością każdej poszczególnej bolączki szambelana zabrał się do pracy. Zadanie było ciężkie. Pan Anastazy ósmy krzyżyk już był zaczął, rozliczne cierpienia wysuszyły go na szkielet obciągnięty pergaminem, dosyć burzliwe życie pozostawiło przykre ślady nawet w usposobieniu szambelana i w upodobaniach.

Walewski w tych siedemdziesięciu latach żył i przeżył wiele. Pamiętał Bruhla[19], patrzył własnymi oczyma na „familię”, znał króla Stanisława stolnikiem litewskim, sam go wybierał, posłował w sejmach, bywał w Łazienkach i zawsze wierne służby odprawiał na balach i zabawach, był miłym kompanem, lubianym przez kobiety kawalerem, wrażliwym nieco na ich wdzięki, lecz za to dyskretnym. Ten sposób życia musiałby się niewątpliwie odbić i na majątku pana Anastazego, gdyby nie okoliczność, że sam będąc wnukiem z prostej linii Józefa Kolumny-Walewskiego, wojewody łęczyckiego, ożenionego z Grabską, równocześnie dziedziczył i po dziadzie stryjecznym, ile że ojciec pana Anastazego ożenił się z jego jedynaczką, córką. A ponieważ nadto posypały się nań obfite schedy z linii bocznych, szambelan na magnata wyszedł.

Zamożność Walewskiego niemało przyczyniła się do tego, że zapomniał o starości, że ciągle miał się za „w sile wieku”, że nie zawahał się w siedemdziesiątym ósmym roku stanąć po raz trzeci na ślubnym kobiercu z córką podupadłej sąsiadki swojej, pani Łączyńskiej, starościny gostyńskiej, ostatkami goniącej w dziedzicznej swojej Kiernozi.

Pan Anastazy dopiero kilka tygodni po hucznym weselu przejrzał i ogarnął ogrom spustoszenia wyrządzonego mu przez czas. Jeszcze przed dziesięciu laty pudrem, różem, sznurówką, narkotykiem radził sobie z niewidocznymi w swoim pojęciu brakami — aż tu nagle i te zwykłe sposoby zaczęły nie wystarczać. Wówczas oddał się w ręce Babtysty, znakomitości zwabionej datkami od księcia de Ligne. Francuz robił, co mógł. Właściwie bardzo łatwo potrafiłby nadać panu szambelanowi wyraz miłego a leciwego męża, lecz pan Anastazy chciał się dostroić do wdzięków dwudziestoletniej żony.

Bywały dnie, że szambelan tracił wiarę w Baptystę i nie pozwalał się ubierać, lecz bywało to tylko wówczas, gdy równocześnie mógł w Walewicach wrota wjazdowe zawrzeć i nikogo nie przyjmować. Wtedy szambelan nie pokazywał się nawet żonie własnej, zmuszając ją do takiego samego odosobnienia.

Zamknięty w swoich pokojach, czytał romanse, kurował się, wysłuchiwał długich raportów o tym, co robi „jaśnie oświecona”, drzemał i z rozkoszą poddawał się wszystkim starczym nawykom.

Dopiero kiedy ze świata doszedł go głos obowiązku towarzyskiego, gdy musiał pokazać się ludziom, zrywał się ze swoich poduszek, zdzierał z siebie pokłady waty, odrzucał bańki z gorącą wodą i oddawał się w ramiona Baptysty.

Tego wieczora Francuz miał większą pracę niż zwykle. Pan Anastazy był zmordowany forsowną podróżą, wzburzony rozmową z Boleszą i silniej niż zwykle cierpiący. Baptysta zaczął od rzeźwiących soli i rozcierania zdrętwiałych nóg, bo mu szambelan na samym wstępie zapowiedział, że na bal do księżnej stanowczo laski wziąć nie może.

Upływały godziny, szambelan usiedzieć nie mógł. Po dwakroć przerywał toaletę i groził, że nie pojedzie na bal — raz posłał pokojowca do żony z oświadczeniem, żeby zaniechała stroju, bo zostaną oboje w domu. Lecz w starym dworaku poszanowanie dla salonu przemogło. Księżna na niego liczyła. Ksawery prosił, ktoś ze strony Radziwiłłów mógłby zwrócić uwagę na złe stosunki ojca z synem i wynikłyby plotki.

I tak już mówiono. Jeszcze Bolesza gotów coś wspomnieć o dzisiejszym spotkaniu, wówczas ośmieszyłby go niewątpliwie.

Szambelan ze strachem obliczał, ile go na przyjęciu u księżnej Jabłonowskiej czeka ukłonów, ile godzin nużącej rozmowy, ile wysiłku dla dotrzymania placu czekającym go uprzejmościom, a wszystko to dla pana Ksawerego, a raczej dla koligacji z Radziwiłłami. Szambelan bowiem od dłuższego czasu był źle z synem.

Póki pan Ksawery był pełnym nadziei młodzieńcem, póty szambelan lubił nim się chlubić i szczerze myślał o promocjach dla niego, a ponieważ o te bywało coraz ciężej, więc ożenił go z Wodzińską, a w rok pierwszego wnuka powitał z odcieniem ukontentowania. Powtórne śluby pana Anastazego oziębiły nieco stosunki, zwłaszcza gdy zapalny pan Ksawery jął mieszać się do spraw i partii, które z natury swej niemiłe były ojcu.

Rozdział atoli ostateczny nastąpił w chwili, kiedy szambelan stanął u ołtarza z Łączyńską. Pan Anastazy niemal za obrazę sobie poczytał, że syn nie tylko wyprowadził mu na tę uroczystość wszystkich dorosłych wnuków, lecz sam poważył się stanąć w pełni swej szronem, a nie pudrem okrytej czupryny, która dziwnie odbijała od peruki szambelana i jego zręcznie wygładzonych zmarszczek. A nadto pan Ksawery miał zwyczaj gawędziarski wspominania dawnych czasów i cytowania przy lada okazji dokładnych dat, co już szczególnie na ostatnim weselu o febrę przyprawiło pana młodego i ostatecznie obudziło ku synowi niechęć.

W ten sposób, bez burzliwych rozpraw, bez podniecających przymówek, stosunki między ojcem a synem zostały zerwane. Dopiero księżna Jabłonowska, rodzona siostra pana Anastazego, podjęła się złe naprawić, a raczej nie dozwolić, aby brat jej, szambelan, dał się opanować takiej płotce, jaką była jego ostatnia żona, i nie skrzywdził tak pięknie awansujących się synów pana Ksawerego.

Księżna wiedziała, gdzie należało uderzyć, aby połechtać ambicję brata i pierwsze lody przełamać.

Trzy tygodnie trwała korespondencja, aż nareszcie szambelan dał się namówić na przyjazd do Warszawy. Urok Radziwiłłów zrobił swoje.

Wprawdzie pan Anastazy swój herb, „Kolumnę”, wywodził od rzymskich patrycjuszów, a chętnie lubił powtarzać, że nie zna rodu, który by mu starożytnością indygenatu wyrównał, jednak Radziwiłłówna wyprowadziła go z obojętności dla syna i wnuków; w szambelanie odżyły staroszlacheckie urojenia, obudziły się dworackie narowy.

Kamerdyner pracował bez wytchnienia, nie zwracając uwagi na sapanie szambelana ani na jego błagalne westchnienia.

Dobre dwie godziny upłynęły, zanim Walewski, spryskany obficie wódką pachnącą, napojony rzeźwiącym a podobno odmłodzającym płynem, stanął przed lustrem.

Szambelan, zobaczywszy się w zwierciadle, musiał przyznać samemu sobie, że nadspodziewanie... wyglądał. Figura mocnymi sznurkami podparta wyprostowała się, wyprężyła, frak perłowy leżał jak ulany, niebieska wstęga orderowa pięknie odbijała od złotej kamizelki, żabot we wdzięczne układał się fałdy, dyskretnie odsłaniając brylantowe zapinki — tylko twarz wydała się panu Anastazemu za wyrazista, silnie podcieniowana. Szambelan odważył się nawet zwrócić z tym do Babtysty, lecz ten uśmiechnął się pogardliwie i zawyrokował bez apelacji:

— Inaczej nie może być.

Pan Anastazy znów westchnął, wziął do ręki tabakierkę kunsztownie cyzelowaną, widoczny dowód dawnej łaskawości królewskiej, i tłumiąc poczynający się kaszel batystową chusteczką, powlókł się do pokojów żony.

Pani Walewska czekała od dawna na męża. Na widok wchodzącego szambelana podniosła się z krzesła i rzekła machinalnie:

— Więc jedziemy.

Pan Anastazy chciał odpowiedzieć opryskliwą uwagą, lecz porwany niespodziewanym widokiem zatrzymał się, przyłożył szkła do oczu i z miną znawcy jął przyglądać się własnej żonie. Jeszcze mu się nigdy tak piękna nie wydała.

Szambelanowa, uczuwszy na sobie przenikliwy, cyniczny wzrok męża, oblała się rumieńcem, jej delikatna twarzyczka zadrgała życiem, wielkie, łzawe, ciemnoszafirowe, spłoszone oczy skryły się pod firankami długich, jedwabistych rzęs. Pan Anastazy roześmiał się z zadowoleniem.

— Charmante![20] Charmante! — wyszeptał, krztusząc się, cicho, a przysunąwszy się do żony, ujął ją za podbródek i wyciągnął szyję, składając swe drżące, bezzębne usta do pocałunku.

Szambelanowa pod dotknięciem ręki męża otrząsnęła się z odrazą i w bok wygięła; pan Anastazy zachwiał się i ledwie równowagę utrzymał.

— Uciekasz — mruknął, śmiejąc się cicho — znajdę cię, znajdę. Ale! Znów biała suknia! Cierpisz coś do tej białości. Dlaczego nie włożyłaś kolii?

— Wiesz, już tyle razy ci mówiłam, że nie lubię.

— Nie lubisz! Proszę! Nieboszczka Żaneta na każdym balu ją miała! Rodzinne klejnoty! Pamiątka po babce, pani wojewodzinie łęczyckiej!

— Już dziś pozwól...

— Zawsze mówisz „dziś”. Owszem, idzie ci ta skromność do twarzy, można cię admirować, tylko za sentymentalnie. Imaginuj sobie, że u księżnej cała socjeta dziś będzie!

— Cóż mnie do niej?

— Bardzo dobrze. Nie mówię, abyś tam miała dbać o komplementy, jeno należy pamiętać o godności. Walewską jesteś. Lada jako występować ci się nie godzi, zwłaszcza... kiedy idzie o swatanie wnuka z Radziwiłłówną!

Na wyraz „wnuk” pani szambelanowa podniosła z oznakami zdziwienia łuki ciemnych brwi i chciała odpowiedzieć pytaniem, lecz powstrzymała się w porę. Pan Anastazy kończył przemowę i trzaskał tabakierką.

— Niech tam sobie dzisiaj. Wybaczam ci, ile że mi przypadłaś... jesteś wcale dobrze. Nie imaginujesz nawet sobie! Brak ci jeszcze życia, tego, co ma Anetka Tyszkiewiczówna. No, no! Jedziemy! Podaj mi ramię, nie drepcz tak prędko!

Szambelan wprowadzony nagle w wyśmienity humor dosyć żwawo wdział szubę i dał się ulokować w kolebce obok żony.

Sprawiało panu Anastazemu niewypowiedzianą satysfakcję, że właśnie tak piękną posiadał żonę, że on jeden jest panem tego uroczego zjawiska, że wszyscy będą mu zazdrościli i już bez wątpienia zazdroszczą, że ona skuta jest z nim nierozerwalnym węzłem.

Szambelan pod wpływem tych wywodów odmłodniał nagle, ku żonie się skłonił, pieściwych wyrazów dobierał, a w końcu łagodnie wspomniał dane już w Walewicach nauki.

— Z księżną trzeba, abyś była uważająca. Pisała do mnie wcale życzliwie, dopytywała się i o ciebie. Najbliższa to rodzina.

— Ja nie dałam nigdy powodu do nieukontentowania.

— Nie dałaś. A zawsze tam coś było. Księżna jest wszędzie w manierach bez zarzutu. Tyś... młodsza... weszłaś w rodzinę skoligaconą, musisz ustępować, zjednywać sobie ludzi. Lada słowa do serca nie brać.

— Czasem trudno zawładnąć — odrzekła cicho szambelanowa. — Księżna od pierwszego poznania okazywała mi niechęć.

— Przywidziało ci się; jeżeli coś tam było, to jedynie ze szczerego przywiązania ku mnie. Żeby ona za mąż wychodziła, to ja bym może też miał niejakie wątpliwości...

Tu szambelan urwał nagle, przypomniawszy sobie owe długie perswazje, którymi dręczyła go siostra przed ślubem z Łączyńską. Wszystkie obawy księżnej, będące w istocie odbiciem jego własnych myśli, stanęły mu przed oczyma.

Dotąd nie miał powodu narzekać na żonę: była uległa, cicha; jedyną winą jej były łzy, które coraz częściej przysłaniały jej wyraziste, jasne spojrzenie, jedyną pasją — książki i klawikord. Szambelan te zalety żony przypisywał własnemu taktowi i usuwaniu sprzed oczu jej wszystkiego, co by ją wysunąć mogło poza granice jej komnat, co by rwało ją poza mury walewickich ogrodów. Występ dzisiejszy był niemal pierwszym występem pani szambelanowej, pierwszym krokiem na śliskiej posadzce salonów.

Niepokój ogarnął pana Anastazego. Po raz pierwszy uląkł się tej samej atmosfery, bez której dawniej nie rozumiał życia. Chciał był już nawet zakrzyknąć na strzelca, by nawracał do domu, chciał skryć się przed światem i ze swoim skarbem, i ze swoją niemocą starości, lecz było już za późno. Landara stanęła przed rzęsiście oświetlonym podjazdem pałacu księżnej. Szambelan zakrztusił się silniej i jął powoli wysuwać się z karety.

Przy wejściu na salę powitała Walewskich księżna, gospodyni domu, niska, zasuszona, mocno wystrojona i uróżowana dama.

— Jak to dobrze! Mocno jestem zobligowana! Myślałam, że nie przyjedziecie! Chère Marie toujours belle![21] Bez was... byłabym niepocieszona! Proszę dalej. Xavier już był zaniepokojony.

Pan Anastazy wyjąkał kilka słów powitania, złożył na ręce siostry ceremonialny pocałunek, księżna zamieniła z szambelanową parę ukłonów i hałaśliwych cmoknięć, za czym państwo Walewscy weszli do sali.

Lekki szmer zaciekawienia powitał przybyłych. Pan Anastazy stanął dosyć śmiało, chwiejąc z lekka batystową chustką i rozsyłając na prawo i na lewo ukłony. Szambelanowa pod ogniem natrętnych spojrzeń, ścigających każdy jej ruch, każdy załam sukni, każde drgnięcie powiek, pobladła i szła obok męża, nie widząc nikogo ani słysząc pochlebnych szeptów. Salon księżnej wydał się jej jakąś rażąco jasną otchłanią, wypełnioną po same brzegi jaskrawymi, szeleszczącymi materiałami, zgiełkiem bezładnych rozmów, hałaśliwą pustką, obcą jej, środowiskiem, w którym czuła się wystawiona na pokaz, na złośliwe uwagi, na dwuznaczne docinki. Był to ten sam świat, przez który przejść musiała w dzień ślubu: świat zimny, wielki świat.

Szambelan usadowił żonę na kanapce w pobliżu księżnej Dominikowej i pani Aleksandrowej Potockiej, a sam, wsparłszy się o poręcz fotela, wodził po sali triumfującym wzrokiem. Żona jego była najpiękniejsza! A przecież w salonie nie lada urodziwych kobiet było co niemiara, a pośród nich takie, których wdzięki słynęły po całym kraju. Więc panie: Sobolewska, Konstancja z Ossolińskich Łubieńska, Wincentowa Krasińska i Józefowa z Ossolińskich Rautenstrauchowa, Łuszczewska, Michałowa i Stanisławowa Potockie, nie licząc dorastających panien ani takich, co nie mogąc zadowolić znawców, miały swoje partie wielbicieli.

Triumf szambelana był krótki, pan Ksawery stanął przed ojcem i po zamienieniu sztywnego powitania wszczął rozmowę, z trudem siląc się na nadanie swym słowom odcienia serdeczności. Tuż za panem Ksawerym stawił się wnuk, pan Kazimierz Walewski, za nim podążyła cała fala dawnych znajomych lub takich, którzy poczytywali sobie za „miły sercu obowiązek” być przedstawionymi panu szambelanowi. Pan Anastazy rozruszał się, a choć mu strzykanie za uchem dokuczać zaczynało, dał się powodować panu Ksaweremu i w końcu przy księżnej Dominikowej zasiadł, dając upust całej swej wytwornej sztuce salonowej.

Zebranie u księżnej Jabłonowskiej było nader liczne: cały świat warszawski stawił się w przystojnym doborze, a raczej dwa jego światy. Księżna bowiem miała wysokie przymioty taktyczne, potrafiła i sama dostrajać się do towarzystwa, i towarzystwo samo łączyć. U niej na pokojach „Blacha”[22] spotykała się stale z partią kasztelanowej Połanieckiej — ludzie tak wrogich sobie obozów, jak asysta księcia Józefa z „przyjaciółmi” Wincentego Krasińskiego, znosili się tutaj i ukrywali wzajemne niechęci. Byli tu tacy, którzy tylko pod dachem księżnej zamieniali ukłony i ściskali się za ręce. Oczywiście wpływało to wszystko bardzo na sztywność i wymuszoność zebrań, lecz za to zdawało się dogadzać upodobaniom księżnej. Ona jedna czuła się tutaj w swoim żywiole, bawiła się zakłopotaniem dwóch nieprzyjaciół, co spotkawszy się oko w oko, udawali grzeczną obojętność, godziła niekiedy zwaśnionych, kojarzyła pary, trzymała w ręku całą sieć intryg, a niekiedy sama lubiła ukuć jakąś złośliwą plotkę.

Na przyjęcia księżnej śpieszyli wszyscy, bądź dla ciekawości, bądź dla spotkania osobistości wpływowej, bądź dla przysłuchania się przeciwnym opiniom, bądź z obawy narażenia się potężnej księżnej. Nadto tu stałymi gośćmi bywali dawniej i Kohler, i de Tilly, i Meyer, których, dzięki zabiegom gospodyni domu, zluzowali już Francuzi z księciem Borghèse i panem Talleyrandem na czele.

Przeto i Sylwester nie zawiódł — od pana marszałka Małachowskiego aż do ledwie zrywających się do życia młodzieniaszków i paniczyków przybyli wszyscy, kupiąc się skwapliwie około bogatych, paradnych mundurów francuskich i zaprzestając zajmować się Poniatowskim i jego nieodstępną świtą. Gdy zaś około północy we drzwiach ukazał się książę Borghèse z księciem Bergu i Talleyrandem, otoczył ich zbity tłum dam i panów, starając się skarbić sobie ich względy, a czynić dalsze kroki do zjednania sobie protekcji.

Gdy się to działo, pani Walewska, dostawszy się w ręce pani Aleksandrowej Potockiej, poufale Anetką Tyszkiewiczówną zwanej, zniosła mężnie pierwsze jej potoki słów i odzyskiwała z wolna przytomność i pewność siebie, zwłaszcza kiedy Anetka ze swą dowcipnie naiwną minką jęła dopytywać szambelanową o przyczynę tego pustelniczego życia w Walewicach.

Pani Walewska trzymała się ostro. Potocka jednak nie zadowalała się ogólnikami, a w końcu, chcąc złamać szambelanową, zauważyła z przekonaniem:

— Bez wątpienia, pan Anastazy jest niezrównany. Co to za temperament, co za werwa, jaka lekkość ruchu, co za dworskość, nasza młodzież wzór by z niego brać powinna!

Pani Walewska zwróciła oczy w stronę, gdzie przy księżnej Radziwiłłowej siedział jej mąż, i zarumieniła się. Anetka zdawała się nie spostrzegać tego wrażenia.

— Osądź, proszę, sama, ten na lewo, około pani Wincentowej, to pan Kazimierz Walewski, wnuk. Nieprawdaż, znać w nim zmęczenie czasu; ale pozwól, że ci go przedstawię.

Szambelanowa chciała co odpowiedzieć, lecz pani Potocka już zdołała wdzięcznym ruchem wachlarza skinąć na młodego pana Walewskiego.

— Monsieur Casimir — przedstawiła uroczyście pani Potocka. — Proszę darować to obcesowe wezwanie, lecz miałam sobie za obowiązek przedstawić pana naszej drogiej szambelanowej.

— Niezmiernie obligowany — bąknął pan Kazimierz, strojąc swą zwiędłą twarz w głupkowaty uśmiech. — Chociaż właściwie miałem zaszczyt...

— Co za roztargnienie — wybuchnęła serdecznym śmiechem pani Potocka — c’est la votre grande mère![23] Wybacz kochana szambelanowo, przedstawiłam ci wnuka. Ma foi[24], nie przyszło mi na myśl...

Pani Walewskiej łzy w oczach stanęły, pan Kazimierz na domiar wprowadzony w ton wykrztusił ckliwy komplement, nazywając szambelanową „piękną babcią”.

Pani Potocka usiedzieć już nie mogła. Przeprosiła szambelanową i trzepocząc się, frunęła do pani Sobolewskiej, aby czym prędzej podzielić się z nią zabawnym figlem wypłatanym „damie z zaścianka”.

Pani Sobolewska nie zadała sobie trudu, aby zbyt długo trzymać swój ostry języczek na wodzy. W okamgnieniu salę przepełniły ciche szepty i złośliwe chichoty. Zręcznie powtarzana i barwiona opowieść rosła w szczegóły. Oczy wszystkich zwracały się znów na panią Walewską, na głowę szambelana sypały się szydercze apostrofy, a równocześnie prawie tłum mężczyzn wokół szambelanowej rósł, powiększał się.

Szambelanowa siedziała zarumieniona, zalękniona sypiącymi się ku niej frazesami, nieumiejąca wybrnąć z tego koła natrętnych spojrzeń i pewnych siebie min, bo każdy z tych, którzy się do niej zbliżali, w pobłażliwym uśmiechu, w dwuznacznym wyrażeniu, w natrętnym spojrzeniu miał wypisane zwycięstwo. Najbardziej jednak wytrwały i zapamiętały był mały, pękaty Francuz, hrabia Hercau. Ten, rozsiadłszy się przy szambelanowej i puszczając ulubionego młynka palcami, silił się na komplementy, wzdychał, prawił o kwiecie róży, który zakwitł wśród pomruku wojennego i grudniowego wichru, o tęsknocie, co po latach błąkania się pada u stóp ideału i rozpływa się w starości, o swym kawalerskim stanie, o pierwszej godzinie szczęścia zaznanego po latach tułaczki na obczyźnie.

Pani Walewska długo udawała, że nie rozumie słów hrabiego, gdy ten jednak coraz śmielej wynurzać się zaczął, biorąc odpowiedzi ucinkowe za zachętę do jaśniejszego tłumaczenia, szambelanowa przerwała spokojnie:

— Czy wolno mi być szczerą?

— Byłoby to łaską dla mnie!

— Pan zdaje się uważać miłość za jedyny przedmiot rozmowy.

— Dziś tak. Panią dziwi? Kwiat serca musi zwracać się ku słońcu, choćby przyszło mu zwiędnąć.

— Tej obawy chyba pan nie żywi?

— Bo i to byłoby rajem! Lepiej raj utracić, niż go nie oglądać wcale!

— Ja mam przeciwne wyobrażenie.

— Jesteś pani okrutna! Skuwasz i odpychasz!

Szambelanowa nie wiedziała, co odpowiedzieć, instynktownie obejrzała się, jakby szukając pomocy. Pomoc przyszła istotnie i to w osobie gospodyni domu, która podchwyciwszy już nić plotki, uznała za właściwe wystąpić z interwencją. Jakoż odciągnąwszy szambelanową na stronę, rzekła słodko:

— Chère Marie! Daruj siostrze, lecz nie należy ludziom dawać powodu. Biedny Anastazy by się zmartwił. Jesteś nieostrożna... zresztą, tu są złośliwi... księżnie Dominikowej aż musiałam perswadować.

— Nie rozumiem doprawdy — przerwała zdławionym głosem pani Walewska.

— Ach, nie chcę ci robić wymówek! Biedny Anastazy, sam deklarował się na pewne następstwa, lecz pozwól, trzeba, żebyś się przysunęła do Żanetki Radziłłówny. Staraj się ją pozyskać. Ossolińscy intrygują! Przeprowadzę cię do malinowego gabinetu. Tylko, wierz mi. Książę Borghèse cię lornetował, nawet Murat... Tego trzeba by jeszcze było, żeby jaki duc wczorajszy z sentymentem wystąpił. Biedny Anastazy, chybaby odchorował!

Księżna Jabłonowska, nie dając przyjść do słowa szambelanowej, powiodła ją do bocznego saloniku, gdzie grono panien, wyłamawszy się ze sztywności uroczystego salonu, ożywioną prowadziło rozmowę z asystującymi im kawalerami. Tu księżna wskazała pani Walewskiej młodą, drobną szatynkę w bladoniebieskiej sukni, droczącą się z ledwie dorastającym młodzieńcem, i szepnęła z przejęciem:

— Widzisz, nikt się nią nie zajmuje, a młody Ossoliński ciągle przy niej. Casimir jest niepoprawny. — Za czym, podszedłszy do szatynki, rzekła z serdeczną naturalnością:

— Kochana Żanetko! Szukam za tobą, prawdziwie brakło mi twej twarzyczki! Właśnie pani Anastazowa Walewska przyszła cię poznać.

Szambelanowa przegięła się już do oddania ukłonu prezentowanej, gdy naraz uczuła na swej szyi ręce Radziwiłłówny.

— Maryś! Więc to ty jesteś?! Także witasz swoją Żanetę?

Szambelanowa teraz dopiero poznała swą niedawną przyjaciółkę i powierniczkę z pensji.

— Więc tak dawno się znacie — wtrąciła z przekąsem księżna. — Nic mi o tym nie wspominałaś.

— Nie przypuszczałam, że to mowa o mojej Żanetce.

Radziwiłłówna roześmiała się serdecznie.

— Księżna wojewodzina tak cię zaprezentowała, że aż się bałam cię uściskać!

— Niezmiernie jestem rada. — Księżna uśmiechnęła się. — Nacieszcie się z sobą! Nie przeszkadzam.

Przyjaciółki, nie dając sobie powtórzyć wezwania, wysunęły się z kręgu młodzieży, przysiadłszy na zacisznej kanapce między oknami, i jęły gorączkowymi zasypywać się pytaniami, przeskakując z przedmiotu na przedmiot, wspominając chwile spędzone nad dykcjonarzem edukacyjnym Filassiera[25], „żurnalowymi” rozmówkami i efemerydami francuskimi.

Żanetka w kilka minut zdążyła zwierzyć się przyjaciółce ze wszystkich swoich kłopotów i trosk, a to począwszy od sukien, których dotąd nie wykończył nieznośny Joubert, a skończywszy na niezrozumiałym dla niej niehumorze Wiktora Ossolińskiego, który coś sobie upatrzył do jednego z Walewskich, zresztą najniesłuszniej w świecie. Na nazwisku Walewskich Żanetka utknęła i zapytała znienacka:

— Ale przecież i ty jesteś Walewska. Może to kuzyn?

— Zdaje się — odrzekła wymijająco szambelanowa.

— Musisz mi przedstawić męża. Czy jest z tobą?

— Jest.

— Ach, to doskonale! Nic się nie zmieniłaś. Myśmy dopiero dwa tygodnie temu przyjechały. Nie chcieli nam wydać paszportów, bo to czas wojenny. Ile to było strachu! Badania na rogatkach, zatrzymywania, stacje, wojska masy całe. Gdyby nie pismo generała Benigsena[26], nie wydostałybyśmy się do Warszawy. Nie uwierzysz, jak się cieszę, że cię widzę! Było mi tu bardzo obco! No, ucałuj mnie! Tylko cóż, ty mężatka... pani... jak?

— Anastazowa Walewska.

— Czekaj... czyś nie krewna tej Walewskiej, bo właśnie Wiktor opowiadał przed chwilą... Monsieur Victor!

Młodzieniec, kręcący się w pobliżu, podszedł z ukłonem.

— Raczyłaś mnie pani wołać.

— Raczyłam — potwierdziła z komiczną powagą Radziwiłłówna.

— Proszę o najpiękniejszy, na jaki pan zdobyć się może ukłon. Voilà[27] chevalier Victor Ossoliński, nieznośny z nieznośnych. A to moja przyjaciółka, Marysia Łączyńska. Tak. Dla mnie zawsze droga, serdeczna, dobra Marysieńka!

— Jestem...

— Krnąbrny! — przerwała Żanetka, uderzając Ossolińskiego z lekka po ręku. — Przywołano pana kawalera, aby powtórzył tę historię o babci i wnuku.

— Było to w noc sylwestrową u księżnej wojewodziny. Chevalier Walewski, zoczywszy damę niepospolitego wdzięku, adresuje się z sentymentem, pada jej do nóg, całuje kraj szaty i... ofiaruje, prócz siebie, całą swą fortunę, a sumituje się czekającą go schedą. Dama słucha pobłażliwie i tłumaczy się, że jest w związku z innym. Chevalier Walewski obstaje za rozwodem. Dama daje się nakłonić, lecz zjawia się niespodzianie brat chevalier Walewskiego i wyzywa na pojedynek, gdyż dama jest także i jego babką — morał: wnuk nie powinien przychodzić na świat wcześniej od swojej babki.

Żanetka parsknęła śmiechem. Szambelanowa pobladła — chciała zapanować nad sobą, kurcz chwycił ją za gardło. Radziwiłłówna przestraszyła się.

— Maryś! Tobie coś jest?!

— Nic, przejdzie — wyjąkała z trudem. — Wody...

Ossoliński skoczył do pokoju kredensowego po wodę. Szambelanowa odzyskała panowanie nad sobą, wytłumaczywszy się zmęczeniem po forsownej podróży.

Radziwiłłówna, zamieniwszy znaczące spojrzenie z Ossolińskim, zadowoliła się tą odpowiedzią i skierowała rozmowę na Napoleona.

Ossolińskiemu oczy się zaiskrzyły.

— Widziałaś, Marysieńko, księcia Bergu? — ozwała się Radziwiłłówna, nie dając przyjść do słowa imć panu Wiktorowi.

— Pokazano mi go tutaj z daleka.

— A ja całą godzinę z nim rozmawiałam; trochę przesadzony, ale to podobno nic wobec cesarza! Cesarz ma wzrok tak bystry, tak przenikliwy, że najmowniejsi deputaci nasi stracili kontenans. Bardzo bym go chciała zobaczyć.

— Będzie po temu okazja, jutro na wieczór wraca z Pułtuska. Za tydzień ma się odbyć przyjęcie w zamku.

— Czy tylko mama mnie zaprowadzi? Czy w ogóle dostaniemy zaproszenia? Cesarz podobno nie lubi socjet z damami. Lista osób dopuszczonych będzie bardzo szczupła. Ach! Darować bym sobie nie mogła!

— Ależ nie ma wątpliwości! — pocieszał Ossoliński. — Pani de Vauban, książę Józef wreszcie nie zapomną z pewnością o paniach.

— Kto wie, kto wie — chwiała wątpiąco główką Żanetka. — Mama nierada mnie jeszcze wprowadzać w świat, a ja taka jestem ciekawa, nie wiem, co bym za to dała! A gdyby tak mnie o co zapytał, od razu bym mu wypaliła.

— Mnie gorzej chyba, a nie skarżę się — zauważył Ossoliński, szarpiąc nielitościwie młodzieńczy puch pod nosem.

— Jak to? Dlaczego?

— Bo... bo... to wszystkiego pani oboźna narobiła i ten nieznośny Krasiński!

— Proszę tłumaczyć się jaśniej.

— Zbiera się gwardia honorowa, chciałem z nią i... nie dali! Wydałem im się za młody!

— A to także! — przyznała ze szczerym oburzeniem Żanetka.

— Więc ani myśli, żebym go gdzie zobaczył, bo nawet, jak ulicami przejeżdża, to się docisnąć nie można! Ha! Jak się ma taką panią stryjenkę dobrodziejkę...

— Kuzynku!

— Lecz ja właśnie na złość z pierwszej okazji skorzystam i zaciągnę się do wielkiej armii, i wywędruję na koniec świata!

Żanetka zarumieniła się i spuściwszy swe żywe, filuterne oczy, szepnęła:

— Także by to przyszło łatwo?

— No, nie wiem, chociaż doprawdy niesprawiedliwość!

— A ty, Marysieńko? — zagadnęła Radziwiłłówna szambelanową, która w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie młodej pary. — Ty, zapewne, z mężem będziesz na honorowym miejscu. Ach, jak ja chciałabym być już mężatką!

— Mylisz się — odrzekła spokojnie szambelanowa. — Jutro wracamy do Walewic.

— I nie zostaniesz nawet na przyjęciu u dworu?

— Nie, Żanetko, mąż jest niezdrów, a przy tym, jak wiesz, my bywamy mało.

— Ach, tak — przytwierdziła Radziwiłłówna, wspomniawszy na to, że przecież Marysieńka z niezamożnej, choć starej, wywodziła się szlachty. — Ale może warto by nawet było coś poświęcić, księżna wojewodzina sama powiada, że może nigdy nie zdarzy się zobaczyć tylu bohaterów naraz. Mówią, że król westfalski[28] przyjedzie, że wielkie poselstwo tureckie lada godzina jest spodziewane.

— Co począć. Sama rada bym szczerze bodaj samego Napoleona widzieć. Wieki może zejdą, zanim się drugi taki narodzi. Przy tym przecież on dla nas tu przyszedł.

— Dla kogo właściwie to, mówią, że nie wiadomo. Księżna wojewodzina nawet po prostu nazywa go uzurpatorem i rewolucjonistą. A żebyś ty wiedziała, co o nim sam pan Talleyrand opowiada! Po prostu nie wiadomo, czy rodzina cesarza ma indygenat szlachecki.

— Nie umniejsza to jego sławy.

— Ani mojej ciekawości.

— Twoja będzie zaspokojona niezawodnie.

— Ja paniom coś poradzę!

— Prosimy, słuchamy!

— Jedźmy jutro na spotkanie cesarza!

— Ale dokąd? Czy podobna?

— Można by się dowiedzieć o godzinie przyjazdu. Sanna znakomita! Każę zaprząc do mojej kałamaszki i powiozę panie na spacer.

— Wybornie! Doskonale! Kuzynku, jesteś szarmancki! Słyszysz, Marysieńko? Umawiamy się i bez audiencji, bez ukłonów! Pani Sobolewska pokazywała te ukłony mamie: trzy naprzód i trzy w tył, bardzo trudne! Księżna wojewodzina o takich nie słyszała: „U nas na dworze były dwa”. Ukłonimy się pięknie cesarzowi z sanek i zajrzymy mu w oczy. Oczy musi mieć straszne. Więc jutro.

— Na mnie nie licz, Żanetko, rano wyjeżdżamy z mężem.

— Nie bądźże taka uparta, już ja tego okrutnego męża biorę na siebie. Tylko trzeba dokładnie ułożyć plan wyprawy. Kuzynek przyjedzie zaprosić na przejażdżkę, broń Boże, proszę nas nie zdradzić! Tylko dokąd pojedziemy?

— W tej chwili się dowiemy. Trzeba tylko wciągnąć jeszcze kogoś do spisku. Kogoś świadomego a dyskretnego. Mam! Chevalier Gorajski! Zaraz go tu przyprowadzę!

— Wiktor jest nieoceniony — zwierzyła się Żanetka szambelanowej po odejściu Ossolińskiego, nie zauważywszy, że ta ostatnia pobladła dziwnie. — Mam z niego prawdziwą wyrękę. Jedyny do sekretu. Już to sprawdziłam! Żal mi go, że jest uważany za młodzieniaszka. Ma całe siedemnaście lat skończonych, w równym wieku ze mną... a to wszystko pani oboźna. Sama córkę za mąż wydała, teraz nie ma na kogo, więc gdera na bratanka.

Pani Walewska nie zdążyła odpowiedzieć przyjaciółce, gdy Ossoliński — prowadząc pod rękę młodego mężczyznę o twarzy ściągłej, bladej, lekkim okolonej zarostem i smutnym, pociągłym spojrzeniu dużych, czarnych oczu — przedstawił uroczyście:

— Chevalier Gorajski.

— Bardzom rada — zakonkludowała rezolutnie Żanetka, a spostrzegłszy teraz pomieszanie szambelanowej, dodała: — Państwo, zdaje się, już się znają.

— Mam ten honor — odrzekł z ukłonem Gorajski.

— W takim razie tym pewniejszego będziemy miały sprzymierzeńca! Idzie o spisek na cesarza. Okrutny, tajemniczy spisek, przysięga obowiązuje do tajemnicy. Inaczej gromy księżnej wojewodziny, pioruny pani oboźnej, zemsta wybierającego się na wieś męża, klątwa całego starszego autoramentu.

— Raczą panie wskazać, deklaruję się, chociaż, jako należący do gwardii przybocznej, nie lada muszę pokonać trudności i zgłuszyć wyrzuty.

Żaneta wybuchem śmiechu i przyjąwszy odpowiedź Gorajskiego, jęła snuć plan wycieczki, prosząc o pomoc i wskazówki.

Gorajski wysłuchał cierpliwie, powiadomił, że gwardia przyboczna ma rozkaz zebrać się jutro na Pradze o drugiej godzinie po południu, że nawet ułatwić będzie mógł przedostanie się przez most — co jest rzeczą bardzo trudną, bo furgony wojskowe dzień i noc ciągną, a nadto zachodzi obawa, aby płynąca kra nie zniosła mostu — w końcu wycieczkę uznał za niezawodną, byle nie spóźnić jej, bo cesarz lubi uprzedzać godziny.

Radziwiłłówna do reszty przekonana do swego planu zwróciła się do Ossolińskiego, aby z nim ostatnie szczegóły omówić, Gorajski był zniewolony zwrócić się do pani Walewskiej. Szło mu to dosyć niesporo. Znać było po nim, że zgubił raptem wątek gładkich frazesów, którymi sypał przed chwilą, bo ozwał się z zająknieniem:

— Pani szambelanowa dawno w Warszawie?

— Przyjechaliśmy dzisiaj — odrzekła pani Walewska, nie podnosząc oczu. — A waszmość, panie Stanisławie?

— Dwa tygodnie temu, jak wybrałem się ze Strzegobożyc.

— Na dobry czas waszmość natrafiłeś.

— Jak to mam rozumieć?

— Cóż, dawniej niewiele tu było do widzenia, mniej jeszcze do czynienia, nie ciągnęło nic...

— Dawniej? A mnie zdaje się, że ciągnęło właśnie. Samolubem jestem, gdy tak mówię, lecz któż w moim położeniu by nim nie był?

Szambelanowa oblała się rumieńcem.

— Trzeba panować i odwracać oczy ku rzeczom wielkim, podniosłym.

— A pani... a ty, Mario, jesteś szczęśliwa?

Pani Walewska drgnęła.

— Żądasz, abym ci powiedziała?

— Tak, z twoich ust chciałbym usłyszeć.

Szambelanowa podniosła dumnie kształtną główkę i rzekła z mocą:

— Więc tak, jestem nią.

Gorajski głowę zwiesił i skubiąc nerwowo koronkowy mankiet fraka, zauważył z goryczą:

— Jeżeli tak jest, cieszę się niewymownie.

— Byłam pewna, że taka odpowiedź wystarczy.

— Bo musi! Mario, ty drżysz? Powiedz, czemu chcesz zadać kłam własnemu sercu? Zdało ci się, że blask zbytku zagłuszy w tobie odzew danej przysięgi? Podeptałaś lekkomyślnie moje szczęście, czyż ocaliłaś bodaj własne? Przebacz, mnie nie wolno takimi słowy przemawiać, lecz niechaj mam bodaj tę jedyną pociechę, że wówczas byłaś szczera, że wówczas żywiłaś ku mnie...

— Przestań! — przerwała z wysiłkiem szambelanowa.

— Obawiasz się wyrzutów?

— Nie, wspomnień.

— Ja nimi tylko żyję.

— I źle waćpan czynisz. Przed tobą droga otworem stoi, masz dziesiątki środków, aby się oderwać, aby w innych zamysłach znaleźć i zapomnienie, i spokój.

— Nie wiem, jak dziękować waszmość pani za te rady stateczne — odparł ironicznie Gorajski.

— Wolno waćpanu sobie dworować. Ale gdybym na waszmościnym była miejscu, chwili bym się nie wahała...

— Zaciągnęłabym się do wojska — dokończył Gorajski.

— Zgadłeś, panie kawalerze. Bo nigdy może służba wojskowa nie była szlachetniejsza, piękniejsza! Patrz, oto cała ziemia nasza była w letargu, zdało się, że zamarło w niej tchnienie, że już nie zbudzi się nigdy do wielkich chwil, że na wieki berlińskich słuchać musi nakazów, że rozproszy się w toni małych spraw, małych zabiegów, małych uciech, aż oto przyszedł zdobywca, bohater, skruszył pętające ją pruskie łańcuchy i powołał do nowego życia. Czyż znajdą się tacy, którzy milczeniem odpowiedzą na ten odzew wspaniałomyślny? Czyż orły cesarskie odejdą stąd, jak przyszły? Nie, za cesarzem, za Napoleonem pójdą wszyscy...

— Ach! Chère Marie! Nie lada sprzymierzeńca ma w tobie cesarz! — rozległ się nagle głos księżnej Jabłonowskiej, która w towarzystwie szambelana zbliżyła się do rozmawiających.

Pani Walewska drgnęła, a spostrzegłszy przed sobą pochylonego a trzęsącego się ze zmęczenia męża, zmieszała się.

Radziwiłłówna i Ossoliński również zdawali się być zakłopotani, jeden Gorajski nie stracił przytomności i odpowiedział za panią Walewską:

— Pani szambelanowa ma słuszność, za cesarzem iść musimy.

Księżna przyłożyła szkła do oczu i spojrzawszy na obrońcę, rzekła z odcieniem rozmyślnego zdziwienia:

— Ach! Wszak chevalier de Gorajski! Bardzo mi miło! Cóż za polityczna konwersacja. Anastazy, pozwól, że ci przedstawię: chevalier de Gorajski.

Gorajski skłonił się nisko Walewskiemu.

Księżna przedstawiła z kolei szambelana Radziwiłłównie, a potem znów Ossolińskiego szambelanowi.

Pan Anastazy wykrztusił z trudem jakiś komplement, a następnie, nie mogąc zawładnąć opanowującym go znużeniem, ozwał się do żony:

— Musimy już, czas wielki.

Żanetka ledwie zdołała ukryć zdziwienie, teraz dopiero dorozumiawszy się, że ma przed sobą męża swej przyjaciółki.

Szambelanowa podniosła się w milczeniu z miejsca. Księżna usprawiedliwiała brata:

— Ma chère Marie! Rozumiesz, jak bardzo chciałabym mieć was u siebie, ale nie śmiem zatrzymywać... po podróży. Jutro znów... Ach! Żeby to odłożyć...

— Niepodobna! Nie można! — bronił się szambelan, krztusząc się, drepcząc.

— Tak pragnęłam was mieć u siebie na dłużej! Koniecznie na dłużej!

— Więc nieodwołalnie jutro wyjeżdżasz, Marysieńko? — wmieszała się Żanetka.

— Musimy.

— A cóż będzie z naszym spacerem? Jeden dzień! Tylko jeden dzień! Umówiłyśmy się na jutro na przejażdżkę! Księżna pani raczy się wstawić do szambelana!

— Ależ czy tu potrzeba aż instancję wnosić? Taka penitentka sama najcięższe skrupuły przemaga, ale doprawdy...

Żanetka nie dała się zbić z tropu wymuszoną grzecznością szambelana i z dziecinnym uporem żywiej natarła. Księżna dla dogodzenia Radziwiłłównie przechyliła się na jej stronę, a nawet, widząc w tym poważny atut dla doprowadzenia do skutku ułożonego małżeństwa, szepnęła szambelanowi kilka słów.

Walewski jeszcze się upierał, lecz już tylko dla myśli, że będzie musiał kilka godzin przebyć w otwartych saniach na mrozie, ale gdy Żanetka zapewniła go, że matka jej ofiaruje się towarzyszyć — szambelan nader szumnie wspomniał, jako obowiązek nakazuje mu spełnić każde życzenie Żanetki i przyrzekł wyjazd z Warszawy opóźnić.

Żanetka podziękowała.

Pan Anastazy zapewnił, iż byłby szczęśliwy, gdyby częściej mógł zadość czynić życzeniom Radziwiłłówny.

Księżna wtrąciła zręcznie, że „kto wie, czy do tego nie przyjdzie”.

Słowem, wszyscy czuli się zadowoleni, nie wyłączając Gorajskiego i Ossolińskiego.

Jedna szambelanowa spoglądała niepewnie na pergaminowożółte plamy na twarzy męża, które coraz śmielej dobywać się zaczęły spod powłoki różu i bielidła.

Przeczucie nie zawiodło pani Walewskiej.

Pan Anastazy dopiero odetchnął w kolebce, kiedy mógł zrzucić z siebie maskę przymusu i dać upust swojemu niehumorowi. Skarżył się na bóle w nodze, pomstował na księżnę wojewodzinę, która w niego wmusiła szklankę ponczu, co go o ból głowy przyprawiło, wyrzucał żonie, że na zebraniu go opuściła, że nie pamiętała o nim, że przez nią nie mógł dotrzymać aż do chwili witania Nowego Roku.

Lecz nie tu był koniec kwasów szambelana, z wieczoru księżnej wywoził on jeszcze inne, dokuczliwsze, idące głębiej. Oto po raz pierwszy pan Anastazy uczuł, że na tym wielkim świecie zeszedł na bezużyteczny, przestarzały sprzęt, na który nikt uwagi nie zwracał, a którego rad każdy unikał.

Ambicja szambelana pozwalała mu się spodziewać, że dość mu będzie ukazać się, aby być wciągniętym do poufnych narad, aby starano się zdania jego zasięgnąć — tymczasem stało się inaczej.

Kilka starszych dam, pomnych na przeszłość, dosyć uprzejmie wysłuchało myszką tracących frazesów pana Anastazego, lecz w kole mężczyzn przyjęto go zimno, obojętnie. Daremnie szambelan przysuwał się do marszałka Małachowskiego[29] i wspominał mu razem spędzone chwile, marszałek ledwie mu odpowiedział. Nie lepiej potraktowali go panowie Sobolewscy, Wojczyńscy, Gutakowski, Kochanowski i Ostrowski. Książę Józef lekkim skinieniem głowy powitał uniżony ukłon szambelana, a książę Borghèse, do którego pan Anastazy docisnął się gwałtem, uśmiechnął się drwiąco i zamieniwszy kilka słów ze swoim adiutantem, odezwał się głośno:

— A... to pan, panie szambelanie, masz taką piękną i młodą żonę!

Walewski zmieszał się. Książę Borghèse roześmiał się na widok zakłopotania pana Anastazego i dodał pospiesznie:

— Szczerze winszuję, rad bym ją poznać.

Szambelan wykrztusił kilka słów podziękowania i wtedy to, odszukawszy księżnę, zaczął się żegnać, nie ukrywając swego niezadowolenia.

Księżna odgadła brata i starała się go pocieszyć wiadomością, że jest tu więcej takich, którzy pracują nad rozbiciem kliki usiłującej zagarnąć w swe ręce wpływy u dworu francuskiego i opanować cesarza.

Wiadomość ta pocieszyła pana Anastazego, lecz nie na długo — dość mu było w swej kolebce się znaleźć, aby wraz z przejmującym go ziąbem i zmęczeniem zrozumieć całą swoją starczą bezsilność. Zakorzenione dworackie wyobrażenia poniosły bolesną porażkę, ambicji zadraśniętej nie uspokoiły ani pomyślnie nawiązujące się układy o małżeństwo wnuka z Radziwiłłówną, ani zapewnienia księżnej, że pan Ksawery ma widoki wejścia do przyszłego rządu.

Szambelan chciał żyć, chciał błyszczeć sam — nie przez syna, nie przez wnuka. Gniew pana Anastazego, nie znalazłszy ujścia w złośliwych uwagach o nowych figurach, o rewolucyjnych książętach i panach, cuchnących kordegardą[30], zwrócił się przeciwko żonie.

Szambelanowa w głębokim milczeniu słuchała wymówek męża, nawet nie próbując się bronić.

Pana Anastazego to poddanie się do reszty zniecierpliwiło, gdy więc, powróciwszy do swego pałacyku, zrzucił z siebie krępujący go strój i owinął puszystym a wygodnym pudermantlem — postanowił energiczniej rozmówić się z żoną i kazał pokojowcowi poprosić do siebie „jaśnie oświeconą”.

Szambelanowa stawiła się jeszcze w toalecie balowej.

Pan Anastazy zmierzył ją swoimi matowymi oczyma, zakrztusił się, wtulił się mocniej w poręcze fotela i rzekł z naciskiem:

— Muszę cię uprzedzić, że jutro rano wyjeżdżamy! Rozumiesz pani?! Ja tu nie przybyłem na żadne fety, szlichtady[31], festyny czy reuniony! Jedziemy! Słyszałaś! Zresztą tu nie ma z kim, nie dla mnie te... te zebrania, to... towarzystwo zbierane! Jedziemy, do Walewic!

— Wszak tak było postanowione? — odrzekła spokojnie pani Walewska.

— Co było postanowione? — oburknął się szambelan. — Teraz dopiero się stanowi! Pani zachciało się szlichtady, spaceru. Będzie go miała w Walewicach! Napiszesz do Radziwiłłówny, wysumitujesz się niedomaganiem i skończone.

— Napisałam już.

Szambelan targnął się na fotelu, przekora wzięła w nim górę.

— Napisałaś? Proszę! Należało chyba mnie najpierw zapytać?

— Widzisz sam, żem odgadła twoje życzenie. Żaneta uparła się wyciągnąć mnie na spacer. Nie miałam ochoty.

— Zapewne. Skądżebyś mieć mogła? Przecież tu idzie o pana Kazimierza, o moją rodzinę. Więc, oczywiście, nie zdobyłabyś się na poświęcenie takie. Toć wiem, nie wątpię! Masz okazję zbliżyć się do Żanety, pozyskać ją dla rodziny — ale ty, naturalnie, nie uczynisz tego. Widziałem przecież! Zamiast z Radziwiłłówną słuchałaś andronów tego... Gorajskiego! Wiadomo, co za jeden, dawny amant waćpani.

Szambelanowa pobladła.

— Czyś dlatego mnie wzywał, aby mnie niesprawiedliwymi...

— Niesprawiedliwymi! — przerwał Anastazy, trzęsąc się nerwowo. — Tak pani suponujesz... no, więc zostaniemy w Warszawie. Jutro pojedziesz z Żanetką! Słyszysz?!

— Jak ci się podoba.

— Nie w smak ci to idzie. Pojedziesz! Należy się to panu Ksaweremu i tak już nie bez kozery mówią, że dałem się opanować. Podaj mi sole! Nasuń derkę, bo tu zimno! Wyjedziemy pojutrze. Samaś powinna była pamiętać, że moje zdrowie nie pozwala mi na takie podróże, że należy mi się wypoczynek. Ciebie to nic a nic nie obchodzi! Wiem, wiem! Rada byś! A cóż, doczekasz się jeszcze mojej śmierci, doczekasz! Jeno sobie pamiętaj, że ja mam obowiązki, że wszystkiego nie zagarniesz, że panu Ksaweremu przede wszystkim zapis się należy! Waćpani na końcu! Matka waćpani zawiodła się w rachunku!

Szambelanowa pokraśniała, smutne jej oczy rozgorzały.

— Możesz waćpan swoje złoto dziadom rozdać. Niczego mi nie trzeba od waszmości, jeno byś mnie zaprzestał docinkami szarpać!

Pan Anastazy uląkł się tej energii czy może dał się wzruszyć, bo zmienił nagle taktykę i wyciągnąwszy ręce, szepnął z przejęciem:

— Marysieńko! Nie bocz się, czasem się wymówi... Ano cóż, do grobu tego nie zabiorę. A mam dawać tym, co mnie zaniedbują, wolę tobie. Ludzie nagadają i człowieka wzburzy. Do ciebie nie mam nic. Pani starościna pisała, że trzeba jej... imć pan Paweł ma się znów ekwipować na służbę cesarską. Licha warta taka służba! Ale dam, poślę pięćset dukatów, niech nie wyrzekają.

Nagła szczodrobliwość męża nie wypogodziła pięknej twarzyczki pani Walewskiej, lecz przeciwnie, jakby silniej jeszcze zaciskała ścięgnami, wyraźniejsze rysowała chmury.

Pan Anastazy pluł, krztusił się, rzeźwił solami i dalej prawił:

— Mało już wybrali ode mnie? Dwa tysiące wypłaciłem za samą hipotekę Kiernozi. Nie przymawiam twej matce, lecz pani starościna szeroką miała rękę.

— Już po śmierci rodzica niewiele się zostało.

— No, pewnie, pewnie, bo nieboszczyk pan Maciej lubił żyć, lubił wydawać. Nie przecz, na własne oczy patrzyłem. Z wichrzycielami rozmaitymi się zadawał. Mało to Pułaski od niego wyciągnął? Dwa takie starostwa by nie starczyły! Naszli Prusacy, amt[32] założyli i jeszcze, jak porachunki swoje wyprowadzać zaczęli — musiało runąć. Pani starościna dokonała reszty. Nie nasza jedna fortuna! Przepadło ich niemało. Warcholstwo jadło, aż zjadło. Kto statku strzegł, nie zrywał się, ten ma.

Szambelan ziewnął przeciągle, rad zupełnie ze swej przezorności, co go uchroniła od niejednego kłopotu, a może i zatargu.

— Myślisz, mnie nie nachodzili? Dawno, jak mi się Madaliński[33] zwalił? Parę lat! Nie lada miałem z nim przeprawę. Chciał mnie wciągnąć do swoich zamysłów. Ładnie bym wyszedł! Cóż, nie mówisz nic?

— Jestem zmęczona.

— Ha! Nie zatrzymuję. A jutro trzeba, żebyś do Żanetki pojechała. Weź ze sobą Domagalskiego. Zresztą zobaczymy!

Pani Walewska podniosła się, pochyliła głowę nad fotelem szambelana, odebrała od męża hałaśliwy pocałunek i wyszła do swojej gotowalni.

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ DRUGI

Przed karczmą w Jabłonnej od wczesnego ranka kupiły się wasągi chłopskie, bryki szlacheckie, sanie i furgony wojskowe. Mimo dnia świątecznego ruch i zamęt panował niby w dzień polowania czy festynu w pałacu księcia Poniatowskiego. Lecz pałac stał cichy, milczący, spowity płachtami śniegu, karczma zaś buchała kłębami pary i aż trzęsła się od rejwachu i zamieszania.

Drogą od Serocka wlokły się całe sznury pociągów wojskowych, pędziły wózki węgierskie, kałamaszki, sunęły raźno poczwórne karety. Niezliczone te pojazdy zahaczały o karczmę i przystawały. Do izby gościnnej coraz to nowi przybywali goście, dzwonili pałaszami, hukali, klęli, wołali o zmianę koni, piorunowali na karczmarza, posilali się, z pełniącymi służbę komisarzami wojskowymi szerokie prowadzili rozprawy i znów wyciągali dalej, ku Warszawie, bądź koniom zarzucali dery, zawieszali torby z obrokami i mimo mrozu wylęgali przed karczmę.

Brzęk dzwonków u sani, nawoływania woźniców, skrzyp zamarzniętych piast, skrzeczenie stężałych osi i gwar prowadzonych rozmów składały się na wesoły zgiełk, pełen życia i gorączkowego krzątania. Sukmany chłopskie ocierały się o żołnierskie szynele. Kożuchy i szuby szlacheckie o oficerskie płaszcze.

Ci, co stali przed karczmą, zwracali się z zapytaniami do nadjeżdżających, a odebrawszy odpowiedź, dzielili się nią, czasem tłumaczyli sobie z francuskiego na polski. Odpowiedź taka obiegała pojazdy i pamiętała nawet o babach zakutanych w wełniaki, a na poły zasuniętych w wypchanych słomą wasągach.

Około południa droga od Serocka zaczęła się oczyszczać z furgonów, za to karoc przybywało. Karoc, eskortowanych przez plutony kawalerii, z oficerami na kozłach. Karoce takie czasem mijały karczmę, czasem zatrzymywały się i zmieniały konie. Czasem ciekawie przyglądającej się ciżbie w mrozem porosłym oknie ukazywały twarz wyrazistą, surową, czasem mignęły pióropuszem, czasem w tłumie budziły szept: „marszałek”. I prężyli się żołnierze i oficerowie, uchylali czap szlachcice, kłaniali się do ziemi kmiecie. Lecz i karoc powoli braknąć zaczęło.

Rojna niedawno droga świeciła pustką, skrzyła się w słońcu kryształami śniegu, ledwie dwiema wstęgami kolein znacząc swój kierunek.

Przed karczmą zapanowało zniechęcenie. Ten i ów, nie mogąc dostać na szczypiącym mrozie, cisnął się do izby, drugi biegł do sani i otulał się derami, trzeci chuchał w garście, uderzał po sobie rękami lub przytupywał nogami, byle rozgrzać skostniałe członki.

Naraz na drodze zadzwoniły małe saneczki, powożone przez młodego mężczyznę w stroju na wpół wojskowym. Saneczki przesunęły się między pojazdami, zatoczyły półkole koło karczmy i zaryły się w śniegu. Mężczyzna zwrócił się do ciżby:

— Gdzie pocztowy? Hej, pocztowego, do kroćset!

Chudy człowiek w krótkim kożuchu podskoczył do sanek.

— Do usług miłościwego pana!

— Acan jesteś? Cesarz nadjeżdża! Konie wyprowadzić! Widzisz tę kolebkę pod lasem? Ruszaj!

Chudy człowiek rzucił się ku stajniom. Młody mężczyzna w stroju półwojskowym zaciął konie i pomknął ku Warszawie. W ciżbie rozległy się spłoszone głosy:

— Jedzie, jedzie! Cesarz! L’empereur arrive! Attention![34]

Kilkunastu żołnierzy z oficerami i komisarzami wybiegło z karczmy i jęło ciżbę prostować równolegle do drogi, usuwać na bok zbyt wysunięte pojazdy i ład czynić. Nie było to atoli rzeczą łatwą, gdyż za oficerami z izb karczemnych bocznych przybudówek, z bryk, sani, wozów i furgonów biegli ciekawi, cisnąc się na drogę i zwiększając zamieszanie.

— Jedzie! Jedzie! — huczały głosy coraz goręcej, coraz zapalczywiej.

Oczy tłumu zwróciły się ku pędzącej drogą od Serocka poszóstnej karecie, zlustrowały zaprzęg od forysiów[35] aż do wąsatego woźnicy, zatrzymały się na jaskrawym stroju siedzącego na koźle służącego i wpiły się w ciemnozielone, pękate pudło karocy, jakby je wskroś przejrzeć chciały, przeniknąć.

Karoca pędziła jak wicher, tęgie źrebce, wyciągnąwszy szyje a rozwarłszy chrapy, ledwie ziemi dotykały kopytami.

Tłum falował, znosił bez szemrania szturchańce ład czyniących żołnierzy, nie uląkł się nawet klątw oficerów i nawoływań komisarzy i kołysał się zwarty, zbity w jedno potężne ciało, zlany w jednym przytłumionym oddechu, w jednym rozognionym spojrzeniu.

Karoca nadjeżdżała. Była już tak blisko, że czapy już spadać zaczęły z głów, gdy naraz od strony Warszawy zabrzęczały hałaśliwie janczary: para sani, oprzęgnięta czwórką siwojabłkowych koni, sunęła w tumanie śniegowego pyłu wprost przeciw karocy cesarskiej.

Oficerowie z komisarzami próbowali znakami powstrzymać rozpędzone sanie, lecz młody woźnica w pańskim futrze, siedzący obok sumiastego strzelca, pęknął z bata lekceważąco i jak burza sunął na karczmę. A gdy w końcu opamiętany wołaniem: „Niech żyje!”, które już dobywać się zaczęło wśród tłumu, chciał konie osadzić, było już za późno.

Kareta cesarska, prawie że otarłszy się o sanie, stanęła; sanie zaryły się płozami obok karety, odgradzając ją od tłumu.

— Niech żyje cesarz! — huczał tłum.