Trzej muszkieterowie - Aleksander Dumas - ebook
Opis

Trzej muszkieterowie francuskiego pisarza Aleksandra Dumasa są jedną
z najsłynniejszych powieści płaszcza i szpady i należą do kanonu światowej literatury dziecięcej i młodzieżowej. Akcja powieści osadzona jest w czasach świetności Francji, w pierwszej połowie XVII wieku, za panowania Ludwika XIII i kardynała Richelieu. Dumas opisuje pasjonujące przygody czterech przyjaciół z elitarnej formacji muszkieterów królewskich – Aramisa, Atosa, Portosa i głównego bohatera, nowicjusza d’Artagnana. Muszkieterowie, zmagając się ze spiskami politycznymi i intrygami dworskimi, uczestniczą w pojedynkach, romansują z pięknymi damami z najwyższych sfer, pośród wojen
i podstępów walczą o dochowanie honoru i wierności królowej.

Lektura dla klasy VI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 924

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: LES TROIS MOUSQUETAIRES
Opracowanie: DANUTA SADKOWSKA
Projekt okładki: SYLWIA MALON
Na okładce: kadr z filmu Trzej muszkieterowie (The Three Musketeers), reż. Paul W.S. Anderson, 2011 © BE&W Agencja Fotograficzna
LEKTURA DLA KLASY VI
© Copyright by Siedmioróg
ISBN 978-83-7791-905-7
Wrocław 2018
Wydawnictwo Siedmioróg ul. Krakowska 90 50-427 Wrocław
Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg:www.siedmiorog.pl
Konwersja:eLitera s.c.

TOM PIERWSZY

PRZEDMOWA

w której się uzasadnia, iż pomimo nazwisk na -os oraz -is bohaterowie historii niniejszej, jaką właśnie mamy zaszczyt opowiedzieć naszym czytelnikom, nie mają nic wspólnego z mitologią

Upływa rok niespełna, gdy czyniąc poszukiwania w bibliotece królewskiej do mojej historii Ludwika XIII, wpadłem przypadkowo na wspomnienia pana d’Artagnana, drukowane – jak zresztą przeważająca część utworów z tej epoki, kiedy autorowie pragnący powiedzieć prawdę woleli nie narażać się na odbycie dłuższej czy krótszej drogi do Bastylii – w Amsterdamie, u Piotra Rouge. Tytuł mnie pociągnął: zabrałem książkę do siebie, oczywiście za zezwoleniem pana kustosza, i zacząłem ją pochłaniać.

D’Artagnan opowiada, iż podczas swych pierwszych odwiedzin u pana de Tréville, kapitana muszkieterów królewskich, spotkał w jego przedsionku trzech młodych ludzi, pełniących służbę w słynnym oddziale, w którym i on sam pragnął służyć wojskowo. Ludzie ci nazywali się Atos, Portos i Aramis.

Musimy przyznać, iż zastanowiły nas te cudzoziemskie nazwiska. Przyszło nam od razu na myśl, iż są to pseudonimy, którymi d’Artagnan pokrył nazwiska właściwe, być może, znamienite. Zresztą posiadacze tych nazwisk przybranych nie mieli może innego wyboru w owych czasach, kiedy to, wskutek jakiegoś wybryku, znudzenia bezbarwnym życiem lub też niezamożności, niejeden znakomity szlachcic zmuszony był przywdziać pospolity płaszcz muszkieterski.

Od chwili naszego przypadkowego odkrycia nie przerywaliśmy dalszych skrzętnych poszukiwań, aż udało się nam odnaleźć w pracach współczesnych pewne wskazówki, odnoszące się do tych dziwacznych nazwisk, które tak bardzo zaostrzyły naszą ciekawość.

Sam tylko wykaz książek, jakie przeczytaliśmy w tym celu, wypełniłby cały rozdział. Byłoby to może nader pouczające, lecz z pewnością nazbyt mało ciekawe dla naszych czytelników, więc poprzestajemy na udzieleniu im wyjaśnienia, iż wynikiem bezowocnych przez długi czas poszukiwań, których już mieliśmy, zniechęceni, zaniechać, było odnalezienie, dzięki wskazówkom naszego znakomitego i uczonego przyjaciela Paulina Parisa, rękopisu in folio, oznaczonego liczbą 4772 czy też 4773 (nie przypominamy już sobie tego dokładnie), a noszącego tytuł:

Pamiętnik pana hrabiego de La Fère, zawierający niektóre zdarzenia, jakie zaszły we Francji pod koniec panowania króla Ludwika XIII i w początkach panowania króla Ludwika XIV.

Łatwo sobie wyobrazić, jak wielka była nasza radość, gdy w rękopisie owym, będącym naszą ostatnią nadzieją, natrafiliśmy na stronicy dwudziestej na nazwisko Atosa, na dwudziestej siódmej Portosa, na trzydziestej pierwszej zaś Aramisa.

Odkrycie zgoła nieznanego rękopisu w czasach, kiedy wiedza historyczna stanęła na tak wysokim poziomie, wydało się nam czymś niemal cudownym. Toteż postaraliśmy się śpiesznie o pozwolenie ogłoszenia go drukiem, by stanąć przed Akademią Francuską choćby z cudzym dorobkiem, gdybyśmy nie mieli szczęścia, co zresztą bardzo jest prawdopodobne, wejść do tego przybytku nauki dzięki dorobkowi własnemu. Pozwolenie na druk, winniśmy tu dodać, zostało nam łaskawie udzielone; stwierdzamy to, aby publicznie zadać kłam tym nieżyczliwym osobistościom, które by rade były widzieć nas pod kuratelą rządu, dość nieprzychylnie usposobionego do ludzi pióra.

Tak tedy oddajemy w ręce naszych czytelników pierwszą część tego cennego rękopisu, opatrując ją najbardziej odpowiednim tytułem i zobowiązując się natychmiast do wydania części drugiej, o ile, o czym nie wątpimy, pierwsza osiągnie powodzenie, na jakie zasługuje.

W tej nadziei, a w myśl utartego zdania, że ojciec chrzestny jest drugim rodzicem, prosimy czytelnika o wyrażenie nam, nie zaś hrabiemu de La Fère, swego zadowolenia lub nagany.

I

TRZY DARY PANA D’ARTAGNANA OJCA

W pierwszy poniedziałek miesiąca kwietnia 1625 roku, w miasteczku Meung, gdzie przyszedł na świat autor „Romansu Róży” – panował ruch tak niezwykły, że mogło się, na przykład, wydawać, iż wtargnęli tu hugonoci, aby powtórzyć wypadki z La Rochelle. Wielu obywateli, widząc kobiety, uciekające z przerażeniem w stronę ulicy Wielkiej, słysząc płacz dzieci na progach domów, z pośpiechem przywdziewało pancerze i skrzepiwszy swą niezbyt pewną odwagę wzięciem w rękę muszkietu lub halabardy, dążyło ku oberży „Pod Wolnym Młynarzem”, przed którą rosnąc z minuty na minutę, skupiały się coraz większe tłumy hałaśliwe i zaciekawione.

W owych czasach często wybuchała panika i nie było niemal dnia, aby to lub owo miasteczko nie zapisywało w swoich kronikach jakichś wypadków tego rodzaju. To panowie toczyli spory pomiędzy sobą, to król wojował z kardynałem, to wreszcie Hiszpan prowadził wojnę z królem. Mieszczanie zbroili się ustawicznie przeciwko złodziejom i przeciwko wilkom – niejednokrotnie przeciwko panom i hugonotom – czasami nawet przeciw królowi – ale nigdy nie występowali przeciwko kardynałowi i Hiszpanowi. Tak się działo zwyczajnie i dlatego to w ten wspomniany poniedziałek miesiąca kwietnia 1625 roku mieszczanie słysząc krzyki, a nie widząc ani sztandarów żółtych i czerwonych, ani barw księcia Richelieu, pośpiesznie podążali ku oberży „Pod Wolnym Młynarzem”.

Tam, na miejscu, każdy mógł naocznie zobaczyć i poznać przyczynę zamieszania.

Był to młody człowiek. Nakreślimy jego wizerunek jednym pociągnięciem pióra. Wyobraźcie sobie Don Kichota w osiemnastym roku życia, rozebranego, bez pancerza i nabiodrników, odzianego w wełniany kaftan, którego niebieska barwa przyjęła nie dający się określić odcień koloru wina i lazuru nieba. Oblicze ściągłe i śniade; wystające kości policzkowe, świadczące o chytrości; szczęki nadmiernie rozwinięte, co ponad wszelką wątpliwość dowodziło pochodzenia z Gaskonii, nawet gdyby nie miał tamtejszej czapki – a nasz młody człowiek posiadał czapkę, ozdobioną rodzajem piórka; oko jasne i rozumnie patrzące; nos zagięty, lecz o szlachetnym rysunku, nieco za duży jak dla młodzika, a za mały dla człowieka dojrzałego. Człowiekowi mniej biegłemu w obserwacji wydawałby się podróżującym synem, gdyby nie długa szpada, zawieszona na pasie i uderzająca właściciela po nogach, gdy stał na ziemi, oraz gdyby nie koń o najeżonej sierści, którego dosiadał.

Albowiem młodzieniec nasz posiadał rumaka, i to tak niezwykłego, że zwracano na niego powszechną uwagę: był to konik bearneński, mający już lat dwanaście do czternastu, żółtej maści, bez jednego włoska na ogonie, noszący podczas jazdy głowę znacznie niżej od kolan, wobec czego boczne popręgi wydawały się całkiem niepotrzebne, lecz mogący bądź co bądź przebywać około dziesięciu mil dziennie. Na nieszczęście wszystkie zalety tego rumaka były tak dobrze ukryte pod niezwykłą sierścią, a jego zachowanie się tak niesamowite, że w owym czasie, kiedy świat cały znał się na koniach, pojawienie się tego wspomnianego wyżej rumaka w Meung, dokąd wjechał mniej więcej na kwadrans przedtem bramą od strony Beaugency, wywołało sensację, której skutki źle usposobiły obecnych i do samego młodzieńca.

A sensacja ta była tym przykrzejsza jeszcze dla młodego d’Artagnana (tak nazywał się nasz Don Kichot, dosiadający tego nowego Rosynanta), ponieważ sam rozumiał dobrze, że podobna szkapa musi okrywać śmiesznością nawet najdzielniejszego kawalera. Toteż z głębokim westchnieniem przyjmował dar otrzymany od pana d’Artagnana ojca; wiedział, że takie bydlę nie jest warte więcej ponad dwadzieścia liwrów. Natomiast słowa towarzyszące darowi były wprost bezcenne.

– Synu mój – mówił szlachcic gaskoński tą czysto bearneńską gwarą, której nigdy nie zdołał się wyzbyć nawet Henryk IV – synu mój, rumak ten urodził się w domu twego ojca, będzie temu lat około trzynastu, i przez cały czas pozostawał na służbie tego domu, wobec czego powinieneś go kochać. Na dworze królewskim – prawił dalej stary pan d’Artagnan – jeżeli będziesz miał zaszczyt tam się dostać, a do zaszczytu tego daje ci zresztą prawo nasze starodawne szlachectwo, podtrzymuj godnie honor swego szlacheckiego nazwiska, które zacnie nosili twoi przodkowie od pół wieku z górą. Jedynie własną odwagą, pamiętaj o tym dobrze, jedynie własną odwagą szlachcic toruje sobie dzisiaj drogę. Nikomu nie puszczaj nic płazem, oprócz pana kardynała i króla! Stawaj do walki z byle powodu; stawaj do walki tym bardziej, że pojedynki są zabronione, z czego wynika, że aby się bić, trzeba mieć podwójną odwagę. Nie mogę ci nic więcej dać na drogę, prócz piętnastu talarów, mojego konia i tych rad, których wysłuchałeś. Twoja matka doda ci jeszcze przepis na pewien balsam, który otrzymała od jednej Cyganki; balsam ten posiada cudowną zdolność leczenia wszelakich ran, które nie dosięgły serca. Korzystaj ze wszystkiego i żyj szczęśliwie przez długie lata. Dodam chyba jedno słowo jeszcze; przytoczę ci mianowicie pewien przykład, nie swój co prawda, bo ja nigdy nie byłem na królewskim dworze ani nie uczestniczyłem jako ochotnik w walkach religijnych. Chcę mówić o panu de Tréville, który był niegdyś moim sąsiadem, a który, jako dziecko, miał zaszczyt dzielić zabawy naszego monarchy, Ludwika XIII, oby go nam Bóg jak najdłużej zachował. Niejednokrotnie zabawy ich przemieniały się w walki, a w walkach tych król nie zawsze bywał silniejszy. Uderzenia jednak, jakie otrzymywał, zwiększały tylko jego szacunek i przyjaźń dla pana de Tréville. Później, podczas swej pierwszej podróży do Paryża, pan de Tréville pojedynkował się z pięć razy; od czasu śmierci starego króla aż do pełnoletności młodego bił się siedem razy, nie licząc wojen i oblężeń; a od czasu tej pełnoletności aż do dnia dzisiejszego może ze sto razy! I dlatego, mimo wszelkich edyktów, rozporządzeń i kar na pojedynkujących się, jest on dzisiaj kapitanem muszkieterów, którego król ma w wielkiej estymie i którego lęka się sam pan kardynał, nie będący, jak powszechnie wiadomo, lękliwego usposobienia. Poza tym pan de Tréville ma dziesięć tysięcy talarów rocznego dochodu, jest więc panem w całym tego słowa znaczeniu. Zaczynał tak samo jak ty dzisiaj. A więc udaj się do niego z tym oto listem i wzoruj się na nim, abyś tak jak on zdobył powodzenie.

Po czym pan d’Artagnan przypasał synowi własną szpadę, ucałował go tkliwie w oba policzki i dał mu swe błogosławieństwo.

Opuszczając komnatę ojcowską, młodzieniec spotkał matkę, oczekującą go z ową bajeczną receptą, której przepisy – jak się w dalszym ciągu dowiemy – często z konieczności miał stosować. Pożegnanie było tym razem dłuższe i czulsze aniżeli poprzednio z ojcem, nie dlatego, aby pan d’Artagnan nie kochał syna, który był jedynym jego potomkiem, ale ponieważ uważał za niegodne mężczyzny poddawać się zbytnio wzruszeniu. Natomiast pani d’Artagnan była kobietą i, co więcej, matką. Wylewała więc łzy obficie. Na pochwałę zaś pana d’Artagnana syna powiedzmy, że, chociaż usiłował pozostać niewzruszony, jak na przyszłego muszkietera przystało, przecież natura wzięła górę i wypłakał również wiele łez, z których tylko połowę udało mu się ukryć.

Jeszcze tego samego dnia młodzieniec wyruszył w drogę, wyposażony trzema ojcowskimi darami, na które składały się: piętnaście talarów, koń i list do pana de Tréville; rady ojcowskie, jak się łatwo można domyślić, nie były uwzględnione w rachunku darów.

Zaopatrzony w tego rodzaju „vademecum”, d’Artagnan stał się zarówno duchowo, jak i fizycznie dokładną podobizną bohatera Cervantesa, z którym też tak trafnie go porównaliśmy, gdy obowiązek historyka nakazywał nam szkicować jego portret. Don Kichot uważał wiatraki za olbrzymów, a stado owiec za armię; d’Artagnan poczytywał każdy uśmiech za obelgę, a każde spojrzenie za zaczepkę. Wynikło stąd, że w ciągu całej podróży z Tarbes do Meung ustawicznie zaciskał pięści i dziesięć razy chwytał za rękojeść swej szpady; mimo to pięść nie spadała na niczyją szczękę, a szpada nie opuściła pochwy. Nie znaczy to bynajmniej, aby widok nieszczęsnego żółtego konika nie wzbudzał śmiechu na twarzach przechodniów: ale, ponieważ koło nóg konia pobrzękiwała szpada o nakazujących szacunek rozmiarach i ponieważ powyżej tej szpady błyszczało oko raczej dzikie niż dumne, przechodnie starali się poskramiać swoją wesołość, albo też, gdy śmiech brał już górę nad roztropnością, uśmiechali się tylko półgębkiem, na podobieństwo starożytnych masek. D’Artagnan, mimo swej drażliwości, dotarł majestatycznie bez żadnej przygody aż do tego nieszczęsnego miasteczka Meung.

Gdy jednak tutaj zsiadł z konia przed bramą „Wolnego Młynarza”, nie podszedł nikt, ani gospodarz, ani chłopiec, ani masztalerz, aby przytrzymać mu strzemię. Natomiast w otwartym parterowym oknie ujrzał d’Artagnan jakiegoś szlachcica o pięknej postawie i z wyniosłą miną, aczkolwiek o twarzy nieco pomarszczonej, który rozmawiał z dwiema osobami, słuchającymi, jak się mogło wydawać, słów jego z szacunkiem.

D’Artagnan hardym spojrzeniem zmierzył nieznajomego i skonstatował, że był to człowiek w wieku lat czterdziestu do czterdziestu pięciu, o czarnych przenikliwych oczach, bladej cerze, wydatnym nosie i czarnych wąsach. Wytwornie ubrany, miał fioletowy kaftan i spodnie z naszyciami tejże samej barwy, bez żadnych ozdób, z wyjątkiem wycięć, przez które wyglądała koszula. Kaftan ten i spodnie, acz zupełnie nowe, wydawały się zmięte, jak suknie podróżne spoczywające przez czas dłuższy w walizie. D’Artagnan zaobserwował te wszystkie szczegóły z niezwykłą szybkością, kierowany niewątpliwie jakimś instynktem, który powiadał mu, że ten nieznajomy będzie miał w przyszłości duży wpływ na jego życie.

W chwili kiedy d’Artagnan utkwił swój wzrok w szlachcicu w fioletowym kaftanie, tenże wypowiadał właśnie niezmiernie mądre i głębokie uwagi o jego bearneńskim wierzchowcu; obaj jego słuchacze zanosili się od śmiechu, a i na jego ustach, wbrew zwyczajowi, można było zauważyć – jeżeli wolno tak powiedzieć – ledwie dostrzegalny uśmieszek. Tym razem nie było już wątpliwości, że d’Artagnan został istotnie zelżony. Przeświadczony o tym, nacisnął czapkę na oczy i starając się naśladować dworskie ruchy, jakie widywał w Gaskonii u przejeżdżających panów, postąpił naprzód, opierając jedną rękę na rękojeści szpady, a drugą na biodrze. Na nieszczęście, w miarę jak się zbliżał, wściekłość zaślepiała go coraz bardziej, skutkiem czego, zamiast pełnej godności przemowy, jaką zamierzał wyrazić swoje wyzwanie, nie znalazł w danej chwili nic innego na końcu języka, prócz osobistej obelgi, popartej wściekłym gestem.

– Hej! Panie! – wołał. – Nie kryj no się pan za okiennicą, lecz powiedz i mnie także, z czego się śmiejesz, abyśmy się pośmiali razem!

Szlachcic przeniósł powoli spojrzenie z konia na jeźdźca, jak gdyby potrzebował pewnego czasu, aby pojąć, że to do niego były zwrócone te dziwnie brzmiące słowa; potem zaś, gdy już nie mógł mieć żadnej wątpliwości, brwi jego zmarszczyły się lekko i po dość długiej chwili odpowiedział d’Artagnanowi z akcentem ironii i lekceważenia, trudnym do opisania.

– Nie mówię do ciebie, mój panie.

– Ale ja mówię do pana! – zakrzyknął młody człowiek, wyprowadzony z równowagi tym połączeniem zuchwałości i dobrych manier, konwenansu i pogardy.

Nieznajomy przez chwilę jeszcze spoglądał na niego z ledwo dostrzegalnym uśmieszkiem, a potem cofając się do okna wyszedł powolnym krokiem z oberży i stanął o dwa kroki od d’Artagnana, naprzeciwko jego konia. Jego spokój, panowanie nad sobą i szyderczy wyraz twarzy spotęgowały jeszcze wesołość tych, z którymi rozmawiał, a którzy pozostali przy oknie.

D’Artagnan, widząc zbliżającego się, wydobył częściowo szpadę z pochwy.

– Koń ten jest zdecydowanie, a raczej był w czasach swojej młodości, barwy złotego pąka – mówił nieznajomy, ciągnąc dalej swe wywody i zwracając się do swych słuchaczy przy oknie, a nie bacząc wcale na podniecenie d’Artagnana, który tymczasem skierował się ku niemu. – Jest to barwa, znana dobrze w botanice, ale, jak dotąd, dziwnie rzadka u koni.

– Ten się śmieje z konia, kto nie śmie kpić z jeźdźca!

– Nie mam zwyczaju śmiać się często, mój panie – odpowiedział nieznajomy – o czym łatwo przekonać się pan możesz z wyglądu mojej twarzy; natomiast sądzę, że mam prawo śmiać się wtedy, kiedy mi się podoba.

– A ja znowu bardzo nie lubię, kiedy ktoś śmieje się wtedy, gdy mnie się to nie podoba – odkrzyknął d’Artagnan.

– Doprawdy, mój panie? – ciągnął dalej nieznajomy z większym jeszcze niż poprzednio spokojem. – Doskonale! To najzupełniej słusznie! – I obróciwszy się na pięcie, chciał wejść do oberży przez główną bramę, przed którą d’Artagnan pozostawił swego konia w pełnym rynsztunku.

Ale d’Artagnan nie mógł pozwolić, aby w ten sposób oddalił się człowiek, który miał czelność kpić z niego. Wydobył tedy szpadę z pochwy i podążył za uchodzącym krzycząc:

– Odwróć no się pan, odwróć się pan, panie kpiarzu, abym nie był zmuszony wypłazować pana z tyłu!

– Wypłazować? Mnie? – odezwał się tamten, odwracając się i spoglądając na młodego człowieka z równym zdziwieniem, jak pogardą. – Proszę, proszę, mój drogi; zwariowałeś widocznie.

Po czym dodał półgłosem, jak gdyby mówił sam do siebie:

– Przykra sprawa... Jakiż nabytek byłby to dla Jego Królewskej Mości, który poszukuje na wszystkie strony takich zuchów, aby ich zaciągnąć w szeregi swoich muszkieterów!

Zaledwie skończył mówić, gdy d’Artagnan natarł na niego z taką wściekłością, że gdyby nie był uskoczył w tył, byłby prawdopodobnie żartował ostatni raz w życiu. Nieznajomy zrozumiał, że sprawa przekroczyła granice żartów, dobył oręża, skłonił się przeciwnikowi i stanął w pogotowiu do walki. Ale w tej samej chwili obaj słuchacze z pomocą gospodarza wpadli na d’Artagnana, zadając mu gwałtowne ciosy kijami, łopatami i kuchennymi szczypcami. Stało się to tak nagłą i zupełną przeszkodą w ataku, że podczas gdy d’Artagnan odwrócił się, aby stawić czoło temu gradowi ciosów, przeciwnik jego z tą samą precyzją schował szpadę do pochwy i z aktora, którym omal nie został, zmienił się w obserwatora walki. W roli tej zachował zwyczajną swoją obojętność, aczkolwiek pomrukiwał:

– Niech zaraza pochłonie tych Gaskończyków! Wsadźcie go na konia i niech zmyka z Bogiem.

– Nie pierwej, aż cię zabiję, tchórzu! – wołał d’Artagnan, przyjmując możliwie najkorzystniejszą postawę i nie ustępując ani na krok przed trzema przeciwnikami, którzy nie szczędzili ciosów.

– Jeszcze dalej ta gaskonada – mruknął szlachcic. – Na honor, ci Gaskończycy są niepoprawni! Więc potańczcie jeszcze, skoro kawaler chce tego koniecznie. Gdy się zmęczy, powie sam, że ma dosyć.

Ale nie wiedział, z jakim zapaleńcem ma do czynienia. Walka trwała jeszcze kilka minut, aż wreszcie wyczerpany zupełnie d’Artagnan wypuścił szpadę, która pękła na dwoje wskutek uderzenia kijem. Prawie równocześnie inny cios ugodził go w czoło tak, że padł na ziemię, zakrwawiony i prawie nieprzytomny.

W tej samej niemal chwili ze wszystkich stron zaczęto się zbiegać na miejsce zajścia. Oberżysta obawiając się skandalu, przeniósł ranionego z pomocą swych służących do kuchni, gdzie zajęto się opatrzeniem jego ran.

Tymczasem szlachcic powrócił na swoje dawne miejsce przy oknie i z pewnym zniecierpliwieniem spoglądał na pospólstwo, które nie rozpraszało się, lecz widocznie okazywało mu swe niezadowolenie.

– I cóż, jakże się miewa ten szlachcic? – zapytał odwracając się na szmer otwierających się drzwi i spostrzegając oberżystę, który przychodził zapytać się o jego zdrowie.

– Wasza Ekscelencja nie poniosła żadnego szwanku? – wypytywał oberżysta.

– Jestem zupełnie zdrowy i nietknięty, mój drogi gospodarzu; natomiast pragnąłbym się dowiedzieć, co się dzieje z naszym młodym człowiekiem.

– Ma się już lepiej – odparł oberżysta – chociaż zemdlał. Lecz zanim zemdlał, zebrał wszystkie siły i wołał pana, wygrażając mu przy tym. Bądź co bądź, powinieneś pan mieć się na baczności.

– A czy w uniesieniu wymienił może jakie nazwisko?

– Tak jest; uderzając ręką w kieszeń oświadczył: „Zobaczymy, co powie pan de Tréville o tej zniewadze, wyrządzonej jego protegowanemu!”

– Pan de Tréville? – powtórzył nieznajomy z nagłym zainteresowaniem. – Słuchaj no pan, panie gospodarzu; jestem przekonany, że podczas gdy ów młody człowiek leżał zemdlony, nie omieszkałeś pan przetrząsnąć również jego kieszeni. Cóż się w niej znajdowało?

– List zaadresowany do pana de Tréville, kapitana muszkieterów.

Oberżysta, który nie odznaczał się zbytnią bystrością, nie zauważył wcale, jak wielkie wrażenie wywołały te słowa, wrażenie, które bardzo widocznie odmalowało się na twarzy nieznajomego. Odszedł od okna, o którego framugę ciągle się dotąd opierał końcem ręki i zmarszczył brwi z zaniepokojeniem.

– Tam do diabła – mruknął przez zęby – więc to Tréville nasłał na mnie tego Gaskończyka? Straszny jeszcze młokos! Ale pchnięcie szpadą nie przestaje być pchnięciem szpadą, bez względu na wiek człowieka, który je zadaje. A na dzieciaka zwraca się nawet mniej uwagi aniżeli na kogo innego; czasami zaś wystarcza drobna przeszkoda, aby pokrzyżować wielkie plany.

Nieznajomy zamyślił się przez kilka minut.

– Słuchaj no pan, panie gospodarzu – rzekł – czy nie mógłbyś pan uwolnić mnie od tego szaleńca? Zdaję sobie z tego sprawę, że teraz nie mogę go zabić, a jednak – dodał te słowa z godnym spokojem – a jednakże zawadza mi on. Gdzież jest umieszczony?

– W pokoju mojej żony, na pierwszym piętrze, gdzie go opatrzono.

– Czy manatki jego i zawiniątko znajdują się tam także? Czy zdjął kaftan?

– Przeciwnie, wszystko to zostało w kuchni na dole. A jeżeli ten młody człowiek zawadza Waszej Ekscelencji...

– Oczywiście. Wywołuje w pańskiej oberży awantury, wobec których przyzwoici ludzie nie mają obrony. Proszę pójść do siebie na górę, przygotować dla mnie rachunek i uprzedzić mojego służącego.

– Jak to? Pan nas już opuszcza?

– Wiesz pan chyba o tym, skoro poleciłem osiodłać konia. Czy rozkaz mój jeszcze nie wykonany?

– I owszem; jak to Wasza Ekscelencja może sprawdzić, koń stoi obok głównej bramy, gotowy do odjazdu.

– Więc idź pan teraz zrobić, co mówiłem.

– Cóż to? – rzekł oberżysta sam do siebie. – Miałżeby on istotnie obawiać się tego chłopaka?

Lecz rozkazujące spojrzenie nieznajomego nie pozwoliło mu się ociągać. Skłonił się pokornie i wyszedł.

– Nie trzeba, aby ten młokos zobaczył milady – mówił dalej już do siebie nieznajomy. – Nie powinna zwlekać z przybyciem, tym bardziej że i tak już się spóźnia. Niewątpliwie będzie lepiej, jeżeli dosiądę konia i pośpieszę jej na spotkanie... Gdybym tylko mógł się dowiedzieć, jaka jest treść tego listu, zaadresowanego do Tréville’a!

I mówiąc te słowa nieznajomy skierował kroki ku kuchni.

Tymczasem oberżysta, który nie wątpił wcale, że to tylko obecność młodego chłopaka wypędza nieznajomego z jego oberży, poszedł na piętro do mieszkania swej żony i przekonał się tamże, że d’Artagnan odzyskał już przytomność. Więc tłumacząc mu, że mógłby mieć nieprzyjemności z policją za to, że szukał zaczepki z wielkim panem – a zdaniem oberżysty nieznajomy musiał być magnatem – nakłonił go, pomimo osłabienia, do powstania z łóżka i puszczenia się w dalszą drogę. D’Artagnan, na pół ogłuszony, bez kaftana, z głową owiniętą szmatami, zdecydował się wstać i, popychany przez oberżystę, zaczął schodzić ze schodów. Gdy jednak stanął w kuchni, pierwszą osobą, jaką zobaczył, był jego wróg, który w tej chwili stał spokojnie obok drzwiczek wielkiej karocy podróżnej, zaprzężonej w dwa duże konie normandzkie, rozmawiając z kimś znajdującym się w karecie.

Kobieta, z którą rozmawiał, a która wychyliła głowę przez drzwiczki, mogła mieć dwadzieścia lub dwadzieścia dwa lata, na pierwszy rzut oka zauważył, że jest młoda i piękna. Tym bardziej zaś piękność ta zwróciła jego uwagę, że różniła się od twarzy widywanych w południowych prowincjach, gdzie dotąd d’Artagnan zamieszkiwał. Była to osoba o twarzy bladej, o jasnych włosach, które w lokach spadały na ramiona, o smętnych, błękitnych oczach, z rękami alabastrowej białości, z różanymi ustami. Rozmawiała z nieznajomym z wielkim ożywieniem.

– A zatem Jego Eminencja rozkazuje... – mówiła dama.

– Powrócić niezwłocznie do Anglii i donieść mi bezpośrednio, czy książę wyjeżdżał z Londynu.

– A jakie inne zlecenia jeszcze? – pytała piękna podróżniczka.

– Są one zawarte w tej szkatułce, którą jednak otworzy pani dopiero na tamtym brzegu kanału La Manche.

– Dobrze; a pan co zamierza czynić?

– Ja powracam do Paryża.

– Nie ukarawszy tego zuchwałego młokosa?

Nieznajomy zamierzał właśnie odpowiedzieć na to pytanie. Ale w tej chwili, gdy otwierał usta, d’Artagnan, który wysłuchał całej rozmowy, zbliżył się ku progowi drzwi.

– Oto jest ten zuchwały młokos, który sam karze innych – zawołał. – I spodziewam się, że tym razem ten, który powinien być ukarany, nie wymknie mu się jak poprzednio.

– Nie wymknie mu się – odparł nieznajomy, marszcząc brwi.

– Tak; nie przypuszczam, abyś się pan odważył uciekać w obliczu kobiety.

– Zastanów się pan – zawołała milady widząc, że szlachcic chwyta za szpadę. – Zastanów się pan, najmniejsze opóźnienie może wszystko narazić na zgubę.

– Masz pani słuszność; jedźmy zatem każde w swoją stronę – zawołał.

I pozdrowiwszy damę skinieniem głowy, wskoczył na konia, podczas gdy równocześnie powożący karocą zaciął potężnym ruchem bicza swój zaprzęg. Oboje rozmawiający ruszyli galopem, oddalając się w dwie przeciwne drogi.

– Hej, panie! A zapłata? – krzyczał oberżysta, którego względy dla podróżnika przemieniły się teraz w głęboką wzgardę, gdy ujrzał, że odjeżdża nie uregulowawszy rachunku.

– Zapłać, gamoniu! – zawołał podróżny na swego służącego, który rzuciwszy oberżyście pod nogi dwa czy trzy srebrniki, popędził galopem za swoim panem.

– Ach, tchórzu! Nikczemniku! Fałszywy panku! – wołał d’Artagnan usiłując gonić za uciekającym.

Ale z powodu ran był jeszcze nazbyt słaby, aby znieść podobne wstrząśnienie i runął na środku ulicy.

– Wszystko jedno! – mówił oberżysta sam do siebie – tamtych dwoje utraciłem bezpowrotnie. Na szczęście zostaje mi ten jeszcze, a on będzie musiał zatrzymać się tutaj kilka dni co najmniej. W każdym razie można będzie zarobić jedenaście talarów, które znalazłem w jego sakiewce.

Oberżysta liczył na jedenaście dni choroby, po talarze za dzień. Ale nie wziął wcale w rachubę tężyzny gościa. Nazajutrz o godzinie piątej rano d’Artagnan zwlókł się z łóżka, zszedł sam do kuchni, zażądał, oprócz kilku rozmaitych ingrediencji, których spis nie przeszedł do naszej wiadomości, wina, oliwy, rozmarynu – i wziąwszy do ręki receptę, otrzymaną od matki, sporządził sobie balsam, namaścił nim rany i sam własnoręcznie odświeżał okłady, nie chcąc korzystać z jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. I zapewne dzięki skuteczności balsamu Cyganki, a może także dzięki nieobecności jakiegokolwiek medyka, d’Artagnan tego samego jeszcze wieczora stanął już na nogach, a następnego dnia rany jego były już prawie zupełnie wygojone.

W chwili jednak uiszczania zapłaty za ten rozmaryn, oliwę i wino d’Artagnan znalazł w kieszeni tylko swoją małą podartą sakiewkę aksamitną i jedenaście talarów; natomiast list, zaadresowany do pana de Tréville, znikł bez śladu.

Młody człowiek począł szukać listu z niezwykłą cierpliwością; po dwadzieścia razy przewracał kieszenie i kieszonki swego ubrania na wszystkie strony, grzebał nieznużenie w swym tobołku podróżnym, otwierał i zamykał sakiewkę. Ale kiedy wreszcie musiał nabrać przekonania, że nie zdoła odnaleźć listu, po raz trzeci wpadł w szał, co omal nie spowodowało powtórnego użycia wina i oliwy z aromatami. Albowiem, gdy młody zapaleniec uniósł się gniewem i począł grozić, że jeżeli list się nie odnajdzie, potłucze w drobne kawałki wszystko w oberży – oberżysta uzbroił się w oszczep, żona jego chwyciła obsadę miotły, a parobcy te same kije, które poprzedniego dnia były w użyciu.

– Mój list polecający! – krzyczał d’Artagnan. – Oddajcie mi mój list polecający, bo inaczej, przysięgam na wszystko, ponadziewam was na szpadę jak jarząbki.

Na nieszczęście jednak pewna okoliczność uniemożliwiła młodemu człowiekowi wykonanie tej groźby. Mianowicie, jak wiemy, podczas poprzedniej walki szpada jego pękła na dwie części, o czym najzupełniej zapomniał.

Jednakże ten zawód nie byłby prawdopodobnie powstrzymał naszego młodego zapaleńca, gdyby oberżysta nie zauważył, że pretensje jego gościa są najzupełniej uzasadnione.

– To prawda – rzekł opuszczając oszczep – gdzie mógł się podziać ten list?

– Tak, panie! Gdzie się podział ten list? – krzyczał d’Artagnan. – Przede wszystkim uprzedzam pana, że list jest przeznaczony dla pana de Tréville i musi się znaleźć; jeżeliby się bowiem nie odnalazł, to sam pan de Tréville potrafi już na to zaradzić.

Groźba ta ostatecznie zaniepokoiła oberżystę. Po królu i panu kardynale pan de Tréville był człowiekiem, którego nazwisko może najczęściej wspominali zarówno żołnierze, jak mieszczanie. Toteż gorliwie zabrał się do szukania zaginionego listu.

– Czyżby ten list zawierał istotnie coś bardzo ważnego? – zapytał po chwili daremnych poszukiwań.

– Oczywiście, spodziewam się! – krzyczał Gaskończyk, mający nadzieję, że list utoruje mu drogę na dwór królewski. – Znajdowała się w nim moja fortuna.

– Czy były w nim może obligi hiszpańskie? – pytał oberżysta z zaniepokojeniem.

– Zlecenia do prywatnej szkatuły Jego Królewskiej Mości – odpowiedział d’Artagnan, który licząc na to, że dzięki tej rekomendacji dostanie się do służby królewskiej, sądził, że nie popełniając kłamstwa, może dać tę odpowiedź, nieco ryzykowną.

– Tam do diabła! – jęknął gospodarz, zupełnie zrozpaczony.

– Ale nie o to chodzi – mówił dalej d’Artagnan z pewnością siebie, cechującą południowców – nie chodzi mi o pieniądze; stokroć ważniejszy był sam list. Wolałbym doprawdy stracić tysiąc pistolów aniżeli ten list.

Tak samo dobrze mógł był powiedzieć o dwudziestu tysiącach, ale wstrzymała go od tego pewna młodzieńcza skromność.

Nagle myśl zaświtała w mózgu oberżysty.

– Ten list nie zaginął! – zawołał nagle. – List został panu zabrany.

– Zabrany? Ale przez kogo?

– Przez tego szlachcica, który tu był wczoraj. Schodził do kuchni, gdzie znajdował się pański kaftan; był tam sam jeden. Założyłbym się, że to on go ukradł. Kiedy tylko powiedziałem mu, że wasza dostojność jest protegowanym pana de Tréville i posiada list do tego znakomitego męża, zaniepokoił się widocznie, zaczął wypytywać, gdzie się ten list znajduje, i niezwłocznie zszedł sam do kuchni, wiedząc, że tam leży pański kaftan.

– A zatem on jest tym złodziejem – odparł d’Artagnan. – Poskarżę się panu de Tréville, a on zaniesie skargę do króla.

Potem wyjął majestatycznie z kieszeni dwa talary i wręczył je oberżyście, który trzymając czapkę w ręku towarzyszył mu aż do drzwi.

Wsiadłszy na swego żółtego konika, młody Gaskończyk dojechał na nim bez żadnej przygody do bramy Saint-Antoine w Paryżu. Tutaj sprzedał konia za trzy talary, co było ceną wcale wysoką zważywszy, że d’Artagnan pędził go niemiłosiernie podczas ostatniego etapu drogi. Toteż handlarz koni, któremu d’Artagnan odstąpił konia za wspomniane trzy talary, nie ukrywał wcale, że daje taką cenę tylko z powodu niezwykłej maści rumaka.

D’Artagnan wszedł więc pieszo do Paryża, niosąc pod pachą swój tobołek i póty chodził tak po ulicach, aż znalazł do wynajęcia pokoik, odpowiadający szczupłości posiadanych przez niego środków. Pokoik sprawiał wrażenie poddasza, a znajdował się przy ulicy des Fossoyeurs, niedaleko Luksemburga.

Zaraz po uiszczeniu zadatku d’Artagnan objął izbę w posiadanie, resztę dnia poświęcił łataniu kaftana i przyszyciu do spodni galonów, które matka odpruła od prawie nowego kaftana pana d’Artagnana ojca i które wręczyła mu po kryjomu. Następnie udał się na Quai de la Ferraille, aby kupić nową klingę do szpady, po czym wrócił do Luwru, by u pierwszego lepszego muszkietera, spotkanego po drodze, zasięgnąć języka, gdzie znajduje się pałac pana de Tréville. Pałac ten stał przy ulicy Vieux-Colombier, a zatem w bezpośrednim sąsiedztwie kwatery, wynajętej przez d’Artagnana; okoliczność tę uznał za dobrą wróżbę.

Załatwiwszy to wszystko, zadowolony ze sposobu, w jaki zachował się w Meung, nie doznając wyrzutów sumienia z powodu przeszłości, ufny w chwilę bieżącą i pełen nadziei na przyszłość, położył się do łóżka i zasnął snem sprawiedliwego.

Sen ten, jeszcze o charakterze całkiem parafiańskim, trwał aż do godziny dziewiątej rano, kiedy wreszcie d’Artagnan wstał, aby podążyć do tego sławnego pana de Tréville, który, wedle ojcowskiej oceny, był trzecią z rzędu osobistością w państwie.

II

PRZEDPOKÓJ PANA DE TRÉVILLE

Pan de Troisville, jak nazywała się jeszcze jego rodzina w Gaskonii, albo pan de Tréville, jak wreszcie sam zaczął się nazywać w Paryżu, rozpoczynał istotnie karierę tak samo jak d’Artagnan, to znaczy bez grosza w kieszeni, lecz z tym zapasem odwagi, pomysłowości i rozumu, które sprawiają, że najuboższy szlachetka gaskoński otrzymuje często dzięki tym szansom więcej w puściźnie po przodkach, aniżeli najbogatszy szlachcic perigordzki lub berriszoński, biorący spadek w rzeczywistości. Jego zuchwałe męstwo, jego szczęście, jeszcze zuchwalsze na owe czasy, kiedy ciosy sypały się jak grad na człowieka, wyniosły go na szczyt tej stromej drabiny, która nazywa się łaską u dworu, a po szczeblach której wstępował od razu po cztery stopnie.

Był przyjacielem króla, który czcił bardzo, jak powszechnie wiadomo, pamięć swego ojca, Henryka IV. Ojciec pana de Tréville służył mu tak wiernie podczas wojen przeciwko Lidze, że król, w braku gotówki – wiadomo, że tej brakowało zawsze Bearneńczykowi, który zwykł był wypłacać wszystkie długi jedyną monetą, jakiej nie potrzebował pożyczać, mianowicie dowcipem – że zatem król, w braku gotówki, upoważnił go, po odzyskaniu Paryża, do wzięcia sobie za herb złotego lwa, kroczącego z dewizą: fidelis et fortis! Był to wielki zaszczyt, lecz średnia dosyć korzyść materialna. Toteż, gdy znakomity towarzysz wielkiego Henryka IV wyzionął ducha, pozostawił swemu synowi, jako jedyną puściznę, swoją szpadę i swoją dewizę. Dzięki tej podwójnej puściźnie i dzięki nazwisku bez skazy, które jej towarzyszyło, pan de Tréville dostał się na dwór młodego księcia, gdzie służył tak dzielnie swą szpadą i gdzie był tak wierny swej dewizie, że Ludwik XIII, jeden z doskonałych szermierzy w państwie, zwykł był mawiać, iż gdyby ktoś z jego przyjaciół miał mieć rozprawę z bronią w ręku, to doradziłby mu wzięcie na świadka przede wszystkim siebie samego, a potem Tréville’a, a może nawet Tréville’a w pierwszym rzędzie.

Tak więc Ludwik XIII żywił rzeczywiste przywiązanie do Tréville’a, przywiązanie królewskie, przywiązanie samolubne, to prawda, lecz mimo to było ono przywiązaniem istotnym. W owe nieszczęśliwe czasy starano się otaczać ludźmi o charakterze Tréville’a. Niejeden człowiek mógł otrzymać przydomek: dzielny, co było drugą częścią dewizy pana de Tréville; ale niewiele tylko szlachty mogło sobie rościć prawo do przydomku: wierny, który w tej dewizie stał na pierwszym miejscu. Tréville należał do tych ostatnich; mogło się wydawać, że posiada wzrok tylko po to, aby baczyć, czy król nie jest niezadowolony z kogokolwiek, a rękę na to, aby ugodzić tego sprawiającego niezadowolenie. Zresztą, nigdy aż do tej chwili nie brakowało Tréville’owi sposobności; czyhał na nią i zawsze obiecywał sobie pochwycić ją, choćby za trzy włoski, gdyby tylko nawinęła się pod rękę. Więc Ludwik XIII zamianował z tego powodu pana de Tréville kapitanem muszkieterów, którzy, dzięki swemu oddaniu, a raczej nawet fanatyzmowi, stali się dla Ludwika XIII tym samym, czym przyboczna straż dla Henryka III, a gwardia szkocka dla Ludwika XI.

Ze swej strony kardynał nie chciał pod tym względem ustępować królowi. Gdy ujrzał groźny, doborowy orszak, jakim król się otoczył, zapragnął również i on, drugi, a może nawet pierwszy władca Francji, mieć własną gwardię. Utworzył więc swój własny zastęp muszkieterów, podobnie jak Ludwik XIII, i odtąd dwie te potęgi rywalizowały z sobą, aby zaciągnąć do swojej służby wszystkich ludzi, sławnych dzielnością szabli, zarówno z prowincji francuskich, jak z państw zagranicznych. Kardynał Richelieu i Ludwik XIII rozprawiali też często wieczorami, grając partię szachów, o zaletach swoich żołnierzyków. Każdy z nich wychwalał postawę i dzielność swoich podwładnych, a chociaż obaj potępiali głośno pojedynki i burdy, po cichu sami podniecali do starć i odczuwali prawdziwy żal lub nieposkromioną radość wobec porażki lub zwycięstwa swoich żołnierzy.

Tréville poznał słabostkę swego władcy i temu to właśnie zawdzięczał, że cieszył się tak długo niezmienną łaską króla, który nie zapisał się w pamięci ludzkiej jako zbyt wierny w przyjaźniach. Z chytrą miną przeprowadzał w paradzie swoich muszkieterów przed oczyma kardynała, co powodowało zawsze gniewne nastroszenie się szarych wąsów Jego Eminencji. Tréville pojmował doskonale ducha tej epoki, kiedy, o ile nie żyło się kosztem wroga, to żyło się kosztem własnych rodaków; żołnierze jego tworzyli legion diabłów, nieposłusznych nikomu, prócz niego samego.

Potargani, podpici, pokiereszowani muszkieterowie królewscy, a raczej muszkieterowie pana de Tréville, włóczyli się po szynkowniach, po miejscach przechadzki, po zabawach publicznych, hałasując głośno, podkręcając z fantazją wąsa, pobrzękując szpadą, potrącając z przyjemnością żołnierzy z gwardii pana kardynała, skoro tylko napotkali gdzie któregoś z nich. Niejednokrotnie dobywali szpady na środku ulicy, nie szczędząc przy tym tysiącznych żarcików; niekiedy padali trupem w walkach, mając jednakże pewność, że w takim wypadku będą opłakiwani i pomszczeni; często sami kładli trupem przeciwników, mając i w takim razie pewność, że nie zgniją w więziennym lochu, bo istniał przecież jeszcze pan de Tréville, który zawsze upominał się o swoich zuchów. Toteż na wszystkie tony wychwalali pana de Tréville jego podwładni, uwielbiali go i, chociaż w istocie byli skończonymi hultajami, drżeli przed nim jak żaki przed nauczycielem, byli posłuszni każdemu jego słowu i każdy z nich był gotów na śmierć, byleby się oczyścić w jego oczach z najmniejszego choćby zarzutu.

Pan de Tréville posługiwał się tą potężną dźwignią przede wszystkim w interesie króla i jego stronników – następnie w interesie własnym i swoich przyjaciół. Zresztą, w żadnym z pamiętników, pochodzących z owej epoki, z której pozostało tyle wspomnień, nie znajdujemy ani jednej skargi przeciwko temu zacnemu szlachcicowi, ani jednego zarzutu, nawet ze strony jego wrogów; miał ich zaś pan de Tréville niemało, zarówno wśród ludzi pióra, jak szpady. Mimo że posiadał genialną zdolność do intrygowania, nie ustępując pod tym względem największym ówczesnym intrygantom, pozostał uczciwym człowiekiem. Co więcej, mimo odniesionych ran, które szpecą, mimo nużących ćwiczeń fizycznych, był jednym z największych donżuanów, jednym z najwytworniejszych strojnisiów, jednym z najbardziej odznaczających się wyszukaną rozmową bawidamków owej epoki. Podziwiano więc dowódcę muszkieterów, lękano się go i kochano; słowem – posiadł wszystko, co jest szczytem powodzenia ludzkiego.

Dziedziniec jego pałacu, znajdującego się przy ulicy Vieux-Colombier, sprawiał wrażenie obozu, i to latem już od godziny szóstej rano, a zimą od godziny ósmej. Pięćdziesięciu do sześćdziesięciu muszkieterów, luzujących się ciągle, jakby dlatego, by zawsze prezentować się w imponującej liczbie, kręciło się bez przerwy po dziedzińcu w pełnym uzbrojeniu, gotowych na wszystko. Po wielkich schodach, na których miejscu nasza cywilizacja zbudowałaby dom cały, wchodzili i schodzili petenci z Paryża, przybywający z prośbą o jakąś łaskę, szła szlachta z prowincji, pragnąca zaciągnąć się do szeregów, kręcili się lokaje w najrozmaitszych liberiach, przynoszący panu de Tréville listy od swoich panów. W przedpokoju na ławach, umieszczonych wzdłuż ścian, zasiadali wybrani, to znaczy ci, którzy zostali wezwani. Od rana do wieczora panował tam gwar, podczas gdy równocześnie pan de Tréville w swym gabinecie, przylegającym do przedpokoju, przyjmował przybywających w odwiedziny, wysłuchiwał skarg, wydawał rozkazy; i wystarczało mu podejść do okna, by stamtąd, podobnie jak król z balkonu w Luwrze, odbyć przegląd ludzi i broni.

W dniu, kiedy przybył tam d’Artagnan, liczba zebranych była imponująca, zwłaszcza dla człowieka przyjeżdżającego z prowincji.

Otóż przez środek tej ciżby i chaosu przedzierał się nasz młody człowiek, z drżeniem serca przyciskając swą długą szpadę do chudych nóg, podniósłszy rękę do czapki, uśmiechając się uśmiechem człowieka z prowincji, który jest zakłopotany, lecz pragnie okazać pewność siebie. Kiedy przecisnął się przez gromadkę, oddychał swobodniej, lecz czuł, że odwracano się, aby go obejrzeć. I po raz pierwszy w życiu d’Artagnan, który aż dotąd miał dobre o sobie mniemanie, począł sam sobie wydawać się śmieszny.

Jeszcze gorzej było, gdy doszedł do schodów. Na pierwszych stopniach stało czterech muszkieterów, zabawiając się ćwiczeniem niżej opisanym: dziesięciu czy dwunastu ich towarzyszy oczekiwało na podeście między schodami na chwilę, kiedy na nich przyjdzie kolej wziąć udział w spotkaniu.

Jeden z nich, stojący na wyższym stopniu z obnażoną szpadą w ręku, przeszkadzał, a raczej usiłował przeszkodzić trzem innym wejść na schody.

Tamci trzej nacierali na niego bardzo energicznie. D’Artagnan sądził zrazu, że walka odbywa się na florety, zaopatrzone w gałki; niebawem jednak spostrzegłszy kilka zadanych ran, przekonał się, że jest to broń spiczasta i doskonale wyostrzona; na widok każdej rany nie tylko przyglądający się, ale i sami biorący udział w starciu wybuchali szalonym śmiechem.

Muszkieter, stojący na wyższym stopniu, z zadziwiającą zręcznością trzymał w szachu swych przeciwników. Otoczono ich kołem; warunkiem gry było, że po każdym zadanym ciosie zraniony ustępował z gry, tracąc swoje prawo udziału na korzyść tego, kto go zadrasnął. W ciągu pięciu minut obrońca schodów drasnął trzech towarzyszy: jednego w palec, drugiego w podbródek, ostatniego w ucho, sam natomiast nie odniósł wcale szwanku; dzięki temu, zgodnie z przyjętymi warunkami zyskał prawo do nowych trzech starć.

Młody nasz podróżnik jakkolwiek nie chciał się dziwić byle czemu, nie mógł powstrzymać się od zdumienia na widok tych zapasów; widywał wprawdzie na prowincji, w tym kraju, gdzie głowy zapalają się tak łatwo, niejedne ćwiczenia szermiercze, ale gaskonada tych czterech zapaśników wydała mu się najdoskonalszym ze wszystkiego, o czym dotychczas słyszał, nawet w Gaskonii.

Na podeście nie walczono wcale, natomiast opowiadano sobie anegdoty o kobietach, w przedpokojach zaś historyjki dworskie. Gdy d’Artagnan stanął na podeście, twarz jego pokryła się rumieńcem; w przedpokoju dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Wyobraźnia jego, pobudzona i nieokiełznana, dzięki której bywał w Gaskonii postrachem dla młodych pokojowych, a niekiedy i dla młodych ich pań, nawet w tych chwilach szału nie śniła ani o połowie podobnych nadzwyczajnych miłostek i ani o czwartej części tego rodzaju przygód miłosnych, których efekt potęgowało tu jeszcze wymienianie najbardziej znanych nazwisk i nieosłanianie szczegółów żadną tajemnicą. Lecz, o ile na podeście została zadraśnięta jego miłość obyczajności, o tyle w przedpokoju szacunek jego dla kardynała został wprost wstrząśnięty w posadach. Tam bowiem, ku niesłychanemu zdumieniu, d’Artagnan usłyszał głośną krytykę polityki, która trzęsła całą Europą – usłyszał, jak krytykowano prywatne życie kardynała, za roztrząsanie którego tylu wielkich i możnych panów poniosło kary; sławny ten człowiek, czczony tak przez pana d’Artagnana ojca, był przedmiotem pośmiewiska dla muszkieterów pana de Tréville, którzy wyszydzali jego pałąkowate nogi i przygarbione plecy, z których jedni śpiewali piosenki o pani d’Aiguillon, jego kochance, i o pani de Combalet, jego siostrzenicy, podczas gdy inni zmawiali się przeciwko paziom i gwardzistom księcia kardynała. Wszystko to razem wydawało się d’Artagnanowi wprost niemożliwą potwornością.

Jednakże, gdy niekiedy imię króla padło niespodzianie wśród gadań o kardynale, jakby knebel jakiś krępował na chwilę wszystkie te drwiące usta: rozmawiający z wahaniem rozglądali się dokoła; można było sądzić, że obawiają się niedyskrecji ściany, dzielącej ich od gabinetu pana de Tréville; ale niebawem jakaś aluzja znowu kierowała rozmowę na Jego Eminencję i znowu rozbrzmiewały śmiechy, jak poprzednio; nie szczędzono oświetlenia żadnemu z jego uczynków.

Niezawodnie wszyscy ci ludzie dostaną się do więzienia i będą powieszeni – myślał d’Artagnan z przerażeniem – a nie ma wątpliwości, że i ja podzielę ich los, będę bowiem uważany za ich wspólnika od chwili, kiedy zacząłem się przysłuchiwać rozmowie. Cóż by powiedział ojciec jegomość, który zalecał mi tak wielki szacunek dla kardynała, gdyby usłyszał, że znajduję się w takiej pogańskiej kompanii.

Ale pomimo ufności w porady ojcowskie, czuł, że zamiłowania i instynkty pociągają go raczej, by pochwalał niż ganił te niesłychane rzeczy, które się działy koło niego.

Tymczasem, ponieważ osoba jego była zupełnie obca tłumowi dworzan pana de Tréville i ponieważ dopiero pierwszy raz widziano go w tym miejscu, ktoś podszedł ku niemu zapytując, czego sobie życzy. Usłyszawszy to zapytanie, d’Artagnan wymienił pokornie swoje nazwisko, powołał się na tytuł współrodaka i poprosił pokojowca, który właśnie go zagadnął, aby wystarał się dla niego o krótkie posłuchanie u pana de Tréville, co pokojowiec przyrzekł uczynić w stosownym czasie, odpowiadając d’Artagnanowi protekcjonalnym tonem.

D’Artagnan ochłonąwszy nieco z pierwszego oszołomienia, skorzystał teraz z wolnego czasu, aby obserwować po trosze ubiory i otaczające go twarze.

Punktem środkowym gromadki najbardziej ożywionej był tęgi muszkieter, o wyniosłej postawie i w stroju tak dziwacznym, że zwracał nim na siebie powszechną uwagę. Nie miał na sobie w tej chwili mundurowego płaszcza, którego używanie nie było zresztą bezwarunkowo obowiązujące w tej epoce. Był ubrany w kaftanik błękitny, nieco wyblakły i wytarty; na szacie tej wisiała wspaniała szarfa, haftowana złotem, które rozbłyskiwało jak łuski kładące się na falach wody w promieniach słonecznych. Długi płaszcz z purpurowego aksamitu spadał mu z wdziękiem z ramion, odsłaniając z przodu błyszczącą szarfę, przy której zwisał rapier olbrzymich rozmiarów.

Muszkieter ten powracał właśnie z warty; skarżył się, że jest zaziębiony, i od czasu do czasu pokaszliwał z przesadą, dlatego też okrył się płaszczem, jak rozgłaszał dokoła. Kiedy zaś opowiadał to z wyniosłą miną dumnie podkręcając wąsa, otaczający go podziwiali z zachwytem haftowaną szarfę. D’Artagnan podziwiał ją bardziej aniżeli inni.

– Cóż chcecie – mówił muszkieter – taka moda nastaje. Wiem dobrze, że to głupstwo, ale moda tak nakazuje. Zresztą trzeba przecież wydać na coś pieniądze, otrzymane z rodzinnej schedy.

– Ach, Portosie! – zawołał jeden z towarzyszy. – Nie będziesz chyba usiłował wmówić w nas, że zawdzięczasz tę szarfę wspaniałomyślności rodzicielskiej. Otrzymałeś ją od tej zawoalowanej damy, z którą widziałem cię ubiegłej niedzieli w pobliżu bramy Saint-Honoré.

– Nie, na honor! Daję słowo szlacheckie, że kupiłem ją sam, za moje własne pieniądze – odpowiedział tamten, którego nazywano Portosem.

– Tak samo, jak ja kupiłem tę nową kieskę – odezwał się inny z muszkieterów – za pieniądze, które kochanka włożyła mi do starej sakiewki.

– Mówię prawdę – odparł Portos – a dowodem tego niech będzie, że zapłaciłem za nią dwanaście pistolów.

Podziw podwoił się, jakkolwiek wątpliwości nie zostały bynajmniej usunięte.

– Czyż nieprawda, Aramisie? – pytał Portos, zwracając się do innego z muszkieterów.

Muszkieter ten był zupełnym przeciwieństwem tego, który go zagadnął. Był to młody człowiek, mogący liczyć zaledwie dwadzieścia dwa lub dwadzieścia trzy lata, postawy naiwnej i łagodnej, o oczach czarnych, słodko spoglądających, o twarzy różowej, pokrytej puszkiem jak brzoskwinia w jesieni. Drobny wąsik, pokrywający górną wargę, tworzył linię najzupełniej regularną; wydawało się, że obawia się opuszczać ręce, aby żyły na nich nie nabrzmiały; kiedy niekiedy szczypał się w koniuszek uszu, aby utrzymać ich przejrzystą i łagodną karnację. Z przyzwyczajenia mówił mało i powoli, kłaniał się często, śmiał się cicho, pokazując przy tym zęby, które były bardzo ładne, a o które dbał, jak się zdawało, tak samo troskliwie, jak i o całą swoją osobę.

Na zapytanie przyjaciela odpowiedział potakującym skinieniem głowy.

Potwierdzenie to jednak – można by sądzić – jeszcze bardziej umocniło wszystkie powątpiewania co do szarfy; nie zaprzestano jej podziwiać, natomiast nie mówiono o niej więcej. Rozmowa przeszła niebawem na inny temat.

– Cóż sądzicie o opowiadaniu koniuszego pana de Chalais? – zapytał jeden z muszkieterów, nie zwracając się bezpośrednio do nikogo, lecz zadając pytanie wszystkim obecnym.

– A o czymże to on opowiada? – pytał Portos zarozumiałym tonem.

– Mówi, że spotkał w Brukseli Rocheforta, to indywiduum, zaprzedane duszą kardynałowi, i że spotkał go w przebraniu kapucyna. Dzięki temu przebraniu niegodziwy Rochefort miał wyprowadzić w pole pana de Laigues jak głupca, którym też jest w istocie.

– Jak prawdziwego głupca – wtrącił Portos. – Ale czy to pewna wiadomość?

– Dowiedziałem się o tym od Aramisa – odparł muszkieter.

– Doprawdy?

– Ech, wiesz o tym bardzo dobrze – rzekł Aramis. – Wszakże sam opowiadałem ci to wczoraj, Portosie. Nie ma o czym mówić.

– Nie ma o czym mówić, oto twoje przekonanie – odezwał się Portos. – Nie ma o czym mówić! Tam do diabła, jak ty się szybko załatwiasz ze wszystkim. Jak to?! Więc kardynał każe szpiegować jakiegoś szlachcica, każe temu zdrajcy, wisielcowi ukraść jego korespondencję, z pomocą tego zdrajcy i dzięki tej przejętej korespondencji każe ściąć głowę panu de Chalais pod głupim pretekstem, że zamierzał zamordować króla i ożenić królową z bratem królewskim! A ty nam powiadasz dzisiaj: nie ma o czym mówić.

– Mówmy zatem, dopóki będziesz sobie życzył – odpowiedział Aramis z cierpliwością.

– O, gdybym był koniuszym tego biednego pana Chalais – krzyczał Portos – ten Rochefort miałby ze mną ciężką chwilę do przebycia.

– I naraziłbyś się na przebycie smutnej chwili z Czerwonym Księciem – odparł Aramis.

– Ach! Czerwony Książę! Świetnie, świetnie, Czerwony Książę! – zawołał Portos, klaszcząc w ręce i potakując głową. – Pyszny jest ten Czerwony Książę. Puszczę w obieg to wyrażenie, mój drogi; bądź o to spokojny. Ten Aramis miewa doskonałe koncepty. Prawdziwe nieszczęście, że nie słuchałeś głosu powołania, mój drogi! Jakim rozkosznym byłbyś klechą!

– Och! Jest to tylko chwilowe odwleczenie urzeczywistnienia moich projektów – odparł Aramis. – Pewnego dnia zostanę wyświęcony na księdza; wiesz o tym dobrze, Portosie, że nie przerywam studiów teologicznych.

– Zostanie księdzem, jak twierdzi – przerwał Portos. – Zostanie wcześniej czy później.

– Wcześniej, niż sądzisz – rzekł Aramis.

– Czeka tylko na jedno, aby ostatecznie zdecydować się na obleczenie sutanny, która wisi pod jego płaszczem żołnierskim – odezwał się jeden z muszkieterów.

– Na cóż więc czeka? – pytał inny.

– Na to, by królowa obdarzyła spadkobiercą koronę francuską.

– Nie żartujmy na ten temat, moi panowie – oświadczył Portos. – Dzięki Bogu, królowa jest jeszcze w tym wieku, że może dać Francji potomka.

– Mówią, że książę Buckingham bawi we Francji – odezwał się Aramis z chytrym uśmiechem, który nadał tym słowom, tak prostym na pozór, znaczenie niewątpliwie skandalizujące.

– Aramisie, mój przyjacielu, tym razem się mylisz – przerwał mu Portos – żyłka dowcipkowania unosi cię zawsze poza dozwolone granice. I gdyby pan de Tréville usłyszał twoje słowa, pożałowałbyś bardzo tego, co mówisz.

– Cóż to, Portosie! Chcesz mi dawać nauki? – zakrzyknął Aramis, w którego łagodnym spojrzeniu przemknęła jakby błyskawica.

– Mój drogi, bądź muszkieterem albo księdzem. Bądź jednym albo drugim, ale nigdy jednym i drugim – odpowiedział Portos. – Powtórzę ci to, co ci jeszcze kiedyś powiedział Atos: chcesz jeść ze wszystkich żłobów! Ach, nie gniewaj się, proszę cię bardzo; byłoby to bezcelowe, bo wiesz przecie dobrze, jaka jest umowa między tobą, Atosem i mną. Chodzisz zatem do pani d’Aiguillon i umizgujesz się do niej; chodzisz do pani de Bois-Tracy, krewnej pani de Chevreuse, i starasz się podobno bardzo pozyskać względy tej pani! Na Boga, nie przyznawaj się do swego szczęścia; nie pragniemy poznać twoich tajemnic; znamy dobrze twoją dyskrecję. Ale skoro posiadasz tę zaletę, tam do diabła, to powinieneś także robić z niej użytek i w stosunku do Jej Królewskiej Mości. Królem i kardynałem zajmuje się kto chce, i gada o nich, jak mu się podoba; ale królowa jest święta i jeżeli się mówi o niej, to wolno mówić tylko dobrze.

– Portosie, jesteś zarozumiały jak Narcyz; ostrzegam cię – odpowiedział Aramis. – Wiesz, że nienawidzę morałów, chyba że mówi mi je Atos. Co zaś ciebie się tyczy, masz zbyt wspaniałą szarfę, abyś mógł być dość tęgi w moralizatorstwie. Będę księdzem, jeżeli mi się tak spodoba; w oczekiwaniu na to jestem muszkieterem i w tej roli mówię wszystko, co mi się podoba, a obecnie podoba mi się oświadczyć ci, że mnie niecierpliwisz.

– Aramisie!

– Portosie!

– Panowie! Panowie! – zaczęto wołać ze wszystkich stron.

– Pan de Tréville oczekuje pana d’Artagnana – przerwał pokojowiec, otwierając drzwi od gabinetu.

Na dźwięk tego wezwania wszyscy zamilkli i wśród ogólnego milczenia młody Gaskończyk przeszedł przez przedpokój w całej jego długości i wkroczył do gabinetu kapitana muszkieterów, radując się z całego serca, że w samą porę uniknął końca tej tak osobliwej sprzeczki.

III

POSŁUCHANIE

Pan de Tréville był w tej chwili w bardzo złym humorze, mimo to jednak pozdrowił uprzejmie młodego człowieka, który ukłonił mu się aż do ziemi, i z uśmiechem słuchał jego powitalnych słów, których akcent bearneński przypominał mu własną młodość i kraj rodzinny – dwa wspomnienia, miłe dla człowieka w każdym okresie życia. Ale zbliżając się prawie jednocześnie do przedpokoju i dając d’Artagnanowi znak ruchem ręki, jak gdyby prosząc go o pozwolenie załatwienia się najpierw z innymi, zanim z nim wda się w rozmowę, zakrzyknął trzykrotnie, za każdym razem wzmagając siłę głosu i przechodząc kolejno całą skalę od tonu rozkazującego aż do tonu rozgniewanego.

– Atos! Aramis! Portos!

Dwaj muszkieterowie, z którymi zawarliśmy już znajomość, a którzy nosili dwa ostatnie z wymienionych trzech nazwisk, wysunęli się natychmiast z gromadki, gdzie się zabawiali, i posunęli się ku gabinetowi, którego drzwi zamknęły się zaraz za nimi, skoro tylko przestąpili próg. Ich przytomność umysłu, chociaż nie wydawali się zbyt pewni siebie, ich postawa, pełna godności i uszanowania, zachwyciły d’Artagnana, który spoglądał na nich jak na półbogów, a na ich dowódcę jak na Jowisza olimpijskiego, uzbrojonego we wszystkie pioruny.

Kiedy obaj muszkieterowie weszli już do pokoju i drzwi zamknęły się za nimi, kiedy hałaśliwy szmer w przedpokoju, który podsyciło dokonane wezwanie, wszczął się na nowo, kiedy wreszcie pan de Tréville w milczeniu i ze zmarszczonymi brwiami przemierzył krokami dwu- lub trzykrotnie całą długość swojego gabinetu, przystając za każdym razem przed Portosem i Aramisem, którzy stali wyprężeni i niemi jak na paradzie wojskowej – nagle zatrzymał się wprost naprzeciw nich i mierząc ich od stóp do głowy rozgniewanym spojrzeniem, zawołał:

– Czy wiecie, co mi powiedział król jegomość, i to nie dawniej jak wczoraj wieczorem? Czy wiecie, moi panowie? Król oświadczył mi, że na przyszłość będzie rekrutował swoich muszkieterów spośród gwardii pana kardynała!

– Spośród gwardii pana kardynała? A dlaczegóż to? – zapytał z ożywieniem Portos.

– Ponieważ się przekonał, że jego kiepska lura musi być poprawiona domieszką dobrego wina.

Obaj muszkieterowie zaczerwienili się ze wstydu aż po białka oczu. D’Artagnan nie wiedział nic zgoła, co to ma znaczyć, lecz mimo to pragnął znajdować się w tej chwili na sto stóp pod ziemią.

– Tak, tak – ciągnął dalej pan de Tréville z coraz większym uniesieniem – i Jego Królewska Mość ma najzupełniejszą rację, gdyż, na honor, prawdą jest, że muszkieterowie przedstawiają się na dworze bardzo smutno. Pan kardynał wczoraj podczas gry z królem opowiadał z miną pełną współczucia, która mi się nie bardzo podobała, że onegdaj ci przeklęci muszkieterowie, te diabły – słowa te podkreślił z ironicznym akcentem, co mi sprawiło jeszcze większą przykrość – te zabijaki – dodał spoglądając na mnie kocio-tygrysim okiem – zasiedzieli się w szynkowni przy ulicy Férou i że patrol jego gwardzistów – myślałem, że mówiąc to roześmieje mi się w sam nos – że więc patrol jego gwardzistów zaaresztował zakłócających spokój. Do diabła! Musicie coś wiedzieć o tym. Zaaresztować muszkieterów! Byliście tam i wy także; nie próbujcie się bronić... poznano was; kardynał wymienił was po nazwisku. Moja w tym wina, niewątpliwie moja wina, ponieważ wybór moich ludzi ode mnie zależy. I cóż, Aramisie, dlaczegóż prosiłeś mnie o mundur żołnierski, skoro tak dobrze byłoby ci w sutannie? I otóż, Portosie, czy nie po to masz tę piękną szarfę, aby przywiesić na niej pałasik słomiany? A Atos? Nie widzę Atosa. Cóż się z nim dzieje?

– Panie – odparł smutnie Aramis. – Atos jest chory, bardzo chory.

– Chory, bardzo chory, powiadacie? A jakaż to jest choroba?

– Obawiają się, czy to nie ospa, kapitanie – odpowiedział Portos, który pragnął również wtrącić się jakimś słówkiem do rozmowy, będąc markotny, co niewątpliwie szpeciło rysy jego twarzy.

– Ospa?! Oto jeszcze jedna niemiła historia, jaką mi opowiadasz, Portosie! Zachorował na ospę w tym wieku?... Nie, nie! Jest pewnie raniony, a może zabity... Ach, gdybym to wiedział!... Na boskie rany, panowie muszkieterowie, ciągle dowiaduję się tylko o tym, że uczęszczacie do miejsc, mających podejrzaną reputację, że wszczynacie burdy na ulicach, że pojedynkujecie się po zaułkach. Nie chcę, abyście nareszcie stali się pośmiewiskiem dla gwardzistów pana kardynała, którzy są porządnymi ludźmi, spokojnymi i odważnymi, którzy nie narażają się na to, aby ich musiano aresztować, i którzy zresztą nie pozwoliliby się zaaresztować, jestem tego pewny... Woleliby raczej umrzeć na miejscu, aniżeli ustąpić choćby krok jeden... Ratować życie, podawać tył nieprzyjacielowi, uciekać... to godne tylko muszkieterów królewskich. Ot, co jest!

Portos i Aramis trzęśli się z wściekłości. Byliby chętnie zadusili pana de Tréville, gdyby nie czuli w głębi duszy, że właśnie wielka miłość, jaką dla nich żywił, kazała mu tak mówić. Gnietli nogami leżący na ziemi kobierzec, zagryzali wargi aż do krwi i z całej siły cisnęli w dłoniach rękojeści szpad.

Znajdujący się w przedpokoju słyszeli, jak pan de Tréville wołał Atosa, Portosa i Aramisa, i odgadli łatwo z akcentu jego głosu, że jest strasznie rozgniewany. Dziesięć ciekawych głów przycisnęło się do obicia ściany i bladło z wściekłości; uszy ich, przylepione do drzwi, nie straciły ani jednej zgłoski z tego, co mówił pan de Tréville, podczas gdy usta powtarzały, jedno po drugim, wszystkie obelżywe słowa kapitana innym zgromadzonym w przedpokoju. I w jednej chwili cały pałac zawrzał, zacząwszy od drzwi gabinetu aż do bramy wiodącej na ulicę.

– Ach! Muszkieterowie królewscy pozwalają się aresztować gwardzistom pana kardynała! – mówił dalej pan de Tréville, szalejąc wewnątrz pokoju tak samo, jak jego żołnierze na zewnątrz, lecz szarpiąc swymi słowy i zatapiając je, można by powiedzieć, jedno po drugim w piersiach swych słuchaczy. – Ach! Sześciu gwardzistów Jego Eminencji aresztuje sześciu muszkieterów Jego Królewskiej Mości! Tam do diabła! Już się namyśliłem. Idę natychmiast do Luwru, podaję się do dymisji jako kapitan muszkieterów i proszę, aby mnie zamianowano oficerem gwardii kardynała. A jeżeli nie przyjmą mojej prośby, do licha, zostanę księdzem.

– Więc tak, kapitanie – zawołał Portos nie panując już nad sobą – prawdą jest, że było nas sześciu przeciwko sześciu, ale zostaliśmy napadnięci zdradziecko i zanim zdążyliśmy wydobyć szpady z pochew, już dwóch naszych ludzi padło zabitych. Atos zaś odniósł ciężką ranę, że nie więcej był wart od nich. Przecież znasz pan dobrze Atosa, kapitanie; tak jest: dwa razy usiłował się podnieść i dwa razy padał bez sił na ziemię. I bynajmniej nie poddaliśmy się, lecz ujęto nas siłą. Po drodze udało się nam ocalić z rąk wroga. O Atosie myślano, że zginął, i pozostawiono go w spokoju na polu walki nie bacząc na to, że zasługiwałby na trud zabrania go. Oto tak się przedstawia cała sprawa. Ale, do diabła, kapitanie, nie wygrywa się wszystkich bitew.

– A ja mam zaszczyt zapewnić pana kapitana, że jednego z wrogów zabiłem jego własną szpadą – rzekł Aramis – ponieważ moja pękła zaraz w pierwszym natarciu. Zabiłem czy zasztyletowałem, jak się panu podoba.

– Nie wiedziałem tego – odparł pan de Tréville tonem nieco łagodniejszym. – Jak z tego widzę, pan kardynał przesadzał.

– Ale zmiłuj się pan, kapitanie – ciągnął dalej Aramis, który widząc, że kapitan się uspokoił, odważył się wystąpić z prośbą – zmiłuj się pan i nie mów, że wiesz o zranieniu Atosa; byłby bowiem zrozpaczony, gdyby ta wiadomość doszła do królewskich uszu; a ponieważ rana jest jedną z najcięższych, albowiem, przebiwszy ramię, dosięgła aż do piersi, można by się zatem obawiać...

W tej samej chwili podniosła się zasłona przy drzwiach, a spod frędzli ukazała się głowa szlachetna i piękna, lecz przeraźliwie blada.

– Atos! – wykrzyknęli muszkieterowie.

– Atos! – powtórzył sam pan de Tréville.

– Wzywałeś mnie pan – rzekł Atos do pana de Tréville głosem osłabłym, lecz najzupełniej spokojnym – wzywałeś mnie pan, jak mi donieśli towarzysze, więc śpieszę się stawić na rozkazy. Oto jestem. Czego żądasz, kapitanie?

Mówiąc te słowa, muszkieter w nienagannej postawie, ubrany wedle przepisu, wszedł pewnym krokiem do gabinetu. Pan de Tréville, wzruszony do głębi tym dowodem dzielności, pośpieszył naprzeciw niego.

– Zacząłem właśnie dowodzić tym panom – odezwał się – że zabraniam moim muszkieterom narażać życie bez potrzeby, ponieważ dzielni ci wojacy są drogimi dla króla; król wie bowiem, że jego muszkieterowie są najdzielniejszymi ludźmi na świecie. Podaj mi rękę, Atosie.

I nie czekając, aż nowo przybyły odpowie sam na ten dowód uczucia, pan de Tréville uchwycił jego prawą rękę i uścisnął ją z całej siły, nie spostrzegłszy, że Atos, mimo całego panowania nad sobą, drgnął z bólu i pobladł jeszcze bardziej, jakkolwiek wydawać by się to mogło niemal niemożliwością.

Drzwi pozostały na pół otwarte – taki podziw wywołało przybycie Atosa, o którego ranie wiedzieli wszyscy, mimo że utrzymywano ją w tajemnicy. Szmer zadowolenia powitał ostatnie słowa kapitana; dwie czy trzy głowy, porwane entuzjazmem, ukazały się przez uchyloną zasłonę. Pan de Tréville byłby niewątpliwie skarcił energicznymi słowy to wykroczenie przeciwko prawom etykiety, gdyby nie to, że w tej samej chwili uczuł, iż ręka Atosa zaciska się kurczowo w jego dłoni, i spostrzegł, spojrzawszy na niego, że Atos jest bliski zemdlenia. Równocześnie niemal Atos, który wszelkimi siłami usiłował zapanować nad bólem, uległ mu wreszcie i runął na ziemię jak nieżywy.

– Wołajcie chirurga! – krzyknął pan de Tréville. – Mojego, królewskiego, najlepszego! Chirurga albo, na rany Boskie, mój dzielny Atos wyzionie ducha!

Na krzyk pana de Tréville wszyscy wpadli do jego gabinetu, tym więcej, że nie myślał zamykać drzwi przed nikim, i wszyscy otoczyli kołem rannego. Ciżba ta niewiele by mu pomogła, gdyby na szczęście nie znalazł się właśnie w pałacu potrzebny lekarz. Przecisnął się on przez tłum, podszedł do Atosa, ciągle jeszcze nieprzytomnego, a ponieważ cały ten hałas i zamieszanie mu przeszkadzały, postawił jako pierwszy i najważniejszy warunek, aby muszkieterowie wyszli do sąsiedniego pokoju. Równocześnie pan de Tréville otworzył drugie drzwi i wskazywał drogę Portosowi i Aramisowi, którzy nieśli swego towarzysza we własnych ramionach. Poza tą gromadką postępował chirurg i po jego przejściu drzwi się zamknęły.

W ten sposób gabinet pana de Tréville, to miejsce zazwyczaj otoczone tak wielkim szacunkiem, stał się chwilowo poboczną salą przedpokoju. Zebrani rozprawiali, gadali podniesionym głosem, przeklinali, pomstowali, wysyłali kardynała i jego gwardzistów do wszystkich diabłów.

W chwilę później powrócili Portos i Aramis; chirurg i pan de Tréville pozostali sami przy rannym.

Wreszcie powrócił także pan de Tréville. Ranny odzyskał przytomność; chirurg zaś oświadczył, że przyjaciele muszkietera nie potrzebują się niepokoić stanem jego zdrowia, albowiem zemdlenie zostało wywołane tylko i wyłącznie nadmiernym upływem krwi.

Potem pan de Tréville dał znak ręką i wszyscy opuścili pokój z wyjątkiem d’Artagnana, który nie zapomniał, że przybył na posłuchanie, i który z zaciętością prawdziwego Gaskończyka pozostał na swoim miejscu.

Skoro więc wszyscy wyszli i drzwi się zamknęły, pan de Tréville odwróciwszy się znalazł się sam na sam z młodym człowiekiem. Wypadek, jaki miał miejsce, przerwał po części wątek myśli. Zaczął się więc wypytywać, czego sobie życzy uparty petent. D’Artagnan wymienił swoje nazwisko, a pan de Tréville w jednej chwili przypomniał sobie wszystkie szczegóły z przeszłości i teraźniejszości i od razu ogarnął całą sytuację.

– Przepraszam cię – odezwał się z uśmiechem – przepraszam cię, mój drogi ziomku, że najzupełniej zapomniałem o tobie. Ale cóż chcesz! Kapitan jest jakby ojcem rodziny, i to obarczonym nieporównanie większą odpowiedzialnością aniżeli ojciec zwykłej rodziny. Żołnierze są wielkimi dziećmi; ponieważ zaś chcę, aby rozkazy króla, a zwłaszcza pana kardynała, były ściśle wypełniane...

D’Artagnan nie mógł ukryć uśmiechu. Uśmiech ten przekonał pana de Tréville, że nie ma przed sobą głupca, toteż przechodząc od razu do istoty sprawy zmienił temat rozmowy.

– Kochałem bardzo pańskiego ojca – rzekł. – Cóż mogę uczynić dla jego syna? Spiesz się pan, czas mój nie należy do mnie.

– Panie – odpowiedział d’Artagnan – opuszczając Tarbes i dążąc tutaj, zamierzałem prosić pana licząc na tę przyjaźń, którą zachowałeś w pamięci, o mundur muszkietera. Ale wobec tego wszystkiego, co widzę tutaj od dwóch godzin, pojmuję, że byłaby to nadmierna łaska, i lękam się, że nie zasługuję na nią.

– Jest to istotnie łaska – odpowiedział pan de Tréville – ale może nie jest ponad twoją wartość osobistą, jak to sądzisz lub przynajmniej zdajesz się sądzić. Bądź co bądź jednak postanowienia Jego Królewskiej Mości przewidziały podobne wypadki i dlatego muszę ci oznajmić z żalem, że nie zostaje przyjęty do szeregów muszkieterskich nikt, kto nie odbędzie poprzednio próby zwycięskiej w kilku wojnach, nie dokona jakich rozgłośnych czynów lub nie przesłuży pierwej dwóch czy trzech lat w jakimś innym pułku, mniej uprzywilejowanym aniżeli nasz.

D’Artagnan skłonił się w milczeniu. Jeszcze goręcej pragnął teraz przywdziać mundur muszkietera, odkąd przekonał się, z jak wielkimi trudnościami otrzymanie go jest połączone.

– Ale – mówił dalej pan de Tréville, spoglądając na swego rodaka tak przenikliwym spojrzeniem, jak gdyby chciał, można by powiedzieć, przeniknąć go aż do głębi serca – ale ze względu na pańskiego ojca, mego dawnego towarzysza, jak już wspomniałem, pragnę uczynić coś dla pana, młodzieńcze. Nasi młodzi Bearneńczycy nie są zazwyczaj bogaci, a wątpię, aby te stosunki uległy znacznej zmianie od czasu, odkąd wyjechałem z prowincji. Zapewne więc i ty także nie przywiozłeś tu z sobą zbyt wielkich funduszów na życie.

D’Artagnan wyprostował się z dumną miną, chcąc przez to niejako powiedzieć, że nie prosi nikogo o jałmużnę.