Trauma - Graham Masterton - ebook + książka

Trauma ebook

Graham Masterton,

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Niezwykła, przerażająca powieść, gdzie strach ma własne imię

Praca Bonnie nie należy do standardowych – kobieta doprowadza do porządku miejsca zbrodni. Niejedno już widziała, więc naprawdę wiele potrzeba, by zrobić na niej wrażenie. Jednak, o ile środki chemiczne są w stanie usunąć krew i inne oznaki makabry, pewnych grzechów nie da się wymazać.

Nawet nie potraficie sobie tego wyobrazić.

Genialna, niepokojąca, wytrącająca z równowagi powieść Grahama Mastertona ukazuje to, co niewyjaśnione, z przerażającą precyzją i elegancją, odnajdując zagrożenie nawet w najzwyklejszych elementach życia codziennego.

Przekrocz granice świata Bonnie Winter. A potem spróbuj o nim zapomnieć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 164

Data ważności licencji: 1/29/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Polecamy książki Grahama Mastertona

z barwionymi brzegami:

 

Kandydat z piekła

Dom kości

Dziecko ciemności

Duch ognia

Czarny anioł

Trans śmierci

Piąta czarownica

Demon puszczy

Trauma

 

 

 

Tytuł oryginału

TRAUMA

 

Copyright © 2001 by Graham Masterton

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Korekta

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Tłumaczenie wstępu

Piotr Pocztarek

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68742-86-2

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

WSTĘP

 

 

Do napisania Traumy zainspirował mnie artykuł, który przeczytałem w jakimś magazynie. Opisywał pewną matkę z Los Angeles, która rozkręciła własny biznes — sprzątając miejsca zbrodni, usuwając przesiąknięte krwią materace, czyszcząc kawałki mózgu i innych ludzkich wydzielin z tapicerki, wynosząc dywany i zaciągając zasłony.

Wcześniej nie wiedziałem, że policja nie zajmuje się takimi rzeczami. Musi to być zrobione prywatnie, a koszty pokrywane są z ubezpieczenia domu. Obecnie w Kalifornii jest mnóstwo firm, które się w tym specjalizują, na przykład Steri-Clean, Rainbow International czy PuroClean. Wszystkie te przedsiębiorstwa używają specjalnego sprzętu i chemikaliów, by czyścić mieszkania po morderstwach, samobójstwach czy odkryciu rozkładających się ciał. Zawsze mają pełne ręce roboty, dwadzieścia cztery godziny na dobę!

Dla przykładu, każdego roku w Los Angeles ma miejsce ponad trzy tysiące udanych samobójstw, a 45% z nich popełniane jest bronią palną. Są jeszcze te nieudane próby samobójcze. Ich liczba sięga dziesiątek tysięcy, po nich również należy usunąć krew czy pozostałości po prochu strzelniczym.

Czyściciele miejsc zbrodni muszą sobie radzić nie tylko z krwią i ludzkimi szczątkami, ale też z proszkiem do zdejmowania odcisków palców, który policja zostawia na drzwiach, oknach i innych powierzchniach, a także z luminolem, związkiem chemicznym używanym do wykrywania plam krwi, które sprawca mógł spróbować wybielić z dywanów i prześcieradeł albo spłukać pod prysznicem.

Ciała odkryte w zaawansowanym stadium rozkładu stanowią jeden z najtrudniejszych problemów czyścicieli, ponieważ płyny powstające podczas rozkładu przesiąkają przez łóżka, kanapy czy krzesła, wydzielając przytłaczający i wywołujący mdłości odór, który ciężko wyeliminować. Często ten pełen bakterii płyn wnika w dywan i znajdujące się pod nim deski podłogowe, a czasem nawet przesiąka przez sufit do pokoju poniżej.

Przed napisaniem Traumy musiałem się bardzo dokładnie przygotować i przeprowadzić duży research, mimo że książka jest relatywnie cienka. Musiałem się dowiedzieć, jak usunąć krew z nylonowych, a jak z wełnianych dywanów, a także jak usunąć kawałki mózgu z tynku, a jak z tapety.

Tak więc jeśli zdecydujecie się kogoś zamordować, wiecie już, do kogo zadzwonić, aby posprzątał.

W Traumie chciałem Wam pokazać codzienne życie kobiety, która musi radzić sobie ze wszystkimi przerażającymi aspektami sprzątania miejsc zbrodni, a jednocześnie zajmować się drugą pracą i przyziemnym obowiązkiem, jakim jest prowadzenie domu. Zastanawiałem się, jak to może wpłynąć na jej psychikę — nawet jeśli jest ona osobą praktyczną i twardo stąpającą po ziemi.

To dało mi możliwość zasugerowania pewnego okultystycznego zagrożenia, bez ryzyka, że książka stanie się całkowicie nadprzyrodzonym thrillerem. Tu właśnie pojawia się straszna meksykańska legenda.

Kiedy Traumę po raz pierwszy wydano w Stanach Zjednoczonych, została uwzględniona w zestawieniu stu najlepszych książek roku, przygotowanym przez „Publisher’s Weekly”, a także nominowana przez Mystery Writers of America w kategorii „Najlepsza książka w miękkiej oprawie”. Jonathan Mostow, reżyser filmu o łodzi podwodnej U-571, rozważał także kupno praw do jej ekranizacji, niestety nie udało mu się zebrać odpowiedniego budżetu, dlatego podobnie jak wiele projektów w Hollywood, również ten nie został zrealizowany. Chociaż ja nadal żyję nadzieją.

Bez zbytniego przechwalania się, oto co Ed Gorman, słynny autor powieści grozy, napisał o Traumie w „Cemetery Dance Magazine”, który jest prawdopodobnie największym na świecie magazynem poświęconym horrorowi: „Tak, mamy tu element horroru, ale (przynajmniej dla mnie) jest on marginalny dla całej historii. Metafizyczne, można by rzec — poetyckie, doświadczenie dotyczące istoty życia, które dotyka wielu z nas. Dla mnie jest to najlepsza książka Mastertona”.

 

Graham Masterton

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pochodziła ze świata, w którym to, co najlepsze,

cierpi najgorszy los. Była jak róża i żyła tyle co one

— jeden poranek.

François de Malherbe

 

 

 

 

 

 

 

 

DZIENNE POTRZEBY

 

 

Bonnie zebrała dodatkowe spreje, których potrzebowała do dzisiejszej roboty:

— płyn fantastik do czyszczenia różnych powierzchni,

— resolve, środek do usuwania plam z dywanów,

— szampon woolite do tapicerki,

— płyn windex do mycia szyb,

— lizol,

— neutralizator zapachów glade (bezzapachowy).

 

 

 

 

 

 

 

 

DOM GLASSÓW

 

 

Zajechała pod dom Glassów o jedenastej czterdzieści dwie. Spóźniła się ponad dwadzieścia minut z powodu tłoku na Santa Monica Freeway. Zaparkowała swojego wielkiego dodge’a na ulicy i wyskoczyła z szoferki.

Inspektor firmy ubezpieczeniowej czekał na nią w samochodzie z włączonym silnikiem, próbując chłodzić się powietrzem z klimatyzacji. Kiedy zobaczył Bonnie, wysiadł i założył okulary przeciwsłoneczne. Był młody i bardzo szczupły, z krótkich rękawów białej koszuli wystawały ramiona blade jak skóra kurczaka.

— Pani Winter? Jestem Dwight Frears z Western Domestic Insurance.

— Miło mi pana poznać — odparła Bonnie. — Przepraszam, że kazałam panu czekać.

— Cóż, proszę pani, czekanie… — uśmiechnął się — należy do mojego zawodu.

Poranek był upalny, temperatura dochodziła do czterdziestu stopni Celsjusza. Niebo aż brązowe od smogu. Bonnie przeszła przez szczeciniasty, niekoszony trawnik przed domem Glassów, stanęła, opierając dłonie na biodrach, i zaczęła przyglądać się budynkowi. Dwight Frears podszedł bliżej i stanął obok niej, nerwowo trzaskając długopisem.

— Szeryf Kellett mówił, że to się stało dwa tygodnie temu — powiedziała Bonnie.

— Zgadza się, proszę pani. — Dwight Frears spojrzał na deseczkę z klipsem, którą trzymał w ręku. — Dokładnie ósmego lipca.

Bonnie osłoniła oczy dłonią. Dom Glassów niczym się nie różnił od setek takich samych domów w San Bernardino. Miał pokryty gontem dach, werandę w hiszpańskim stylu i garaż z tablicą do koszykówki, zamocowaną na zgiętym pręcie. Jedyna różnica polegała na tym, że był bardzo zaniedbany — klimatyzacja dawno wysiadła, siatka w drzwiach była porwana, a jasnozielone stiukowe zdobienia zaczynały się kruszyć i odpadać.

Podeszła do frontowego okna i spróbowała zajrzeć do środka przez listewki brudnozielonej żaluzji, ale udało jej się zobaczyć jedynie zapadniętą, wyłożoną białym winylem kanapę i własne odbicie: zobaczyła trzydziestoczterolatkę o pełnych kształtach i jasnoblond włosach, ubraną w czarny T-shirt z Elvisem i białe dżinsy z gumą w pasie.

Dwight ponownie zajrzał do swoich notatek.

— Biuro koronera twierdzi, że dzieci znaleziono w sypialni od tyłu. Jedno leżało na łóżku, drugie znaleziono skulone w kącie.

Bonnie obeszła dom. Po drodze schyliła głowę i przeszła pod prowizorycznie zamocowanym sznurem do suszenia bielizny. Za budynkiem znajdowało się małe podwórko z huśtawką i karuzelą dla dzieci, dwoma leżakami i grillem, pokrytym grubą warstwą spalonego tłuszczu. Tuż obok leżał przewrócony na bok trójkołowy rowerek.

Można było stąd zajrzeć do kuchni. Gdyby nie chmary much, które obsiadły każdy kawałek przestrzeni, wyglądałaby jak każda inna kuchnia. Okno sypialni było pokryte od wewnątrz czymś, co wyglądało jak migotliwa zasłona. Dwight zamierzał coś na jej temat powiedzieć, po chwili zrozumiał jednak, co widzi, i odwrócił się od okna.

Bonnie wróciła do frontowego wejścia.

— No dobrze… Wygląda na to, że trzeba będzie przede wszystkim zająć się tylną sypialnią i zrobić generalne sprzątanie całego domu. Zajmie to minimum sześć godzin, co wyniesie tysiąc dwieście plus koszty materiału i transportu, w sumie jakieś tysiąc pięćset.

Kiedy Dwight się odezwał, sprawiał wrażenie, jakby miał trudności z oddychaniem.

— Tysiąc pięćset…? Myślę, że… no tak, oczywiście.

 

Siedzieli potem w jego samochodzie i wypełniali formularze dla towarzystwa ubezpieczeniowego. Dwight już kończył, kiedy pojawił się kolejny samochód — poobijany niebieski datsun, mający tylko jedne brązowe drzwi. Wysiadła z niego niewysoka, przypominająca ptaka kobieta z dużym nosem i spiętymi na czubku głowy włosami. Podeszła do okna pasażera samochodu Dwighta i zastukała w szybę.

— Cześć, Bonnie. Przepraszam za spóźnienie.

— Cześć, Ruth. To jest Dwight.

— Cześć, Dwight.

Dwight podpisał kosztorys i bez słowa podał go Bonnie.

Kiedy odjechał, Bonnie i Ruth poszły na tył półciężarówki. Była załadowana pięciolitrowymi kanistrami z silnym środkiem dezynfekującym, rolkami zielonego plastiku, paczkami wzmacnianych worków na śmieci, puszkami środków owadobójczych oraz skrzynkami wybielaczy i rozpuszczalników.

— Dogadałaś się z Dukiem? — spytała Ruth. Wyjęła jasnożółty plastikowy kombinezon i zaczęła go wkładać.

— Chyba tak, chociaż… nie jestem do końca pewna. Jest teraz taki… dziwny. Gdybym nie wiedziała, że jest na to zbyt leniwy, sądziłabym, że spotyka się z inną kobietą.

Bonnie również włożyła kombinezon ochronny. Nawet kiedy było chłodno, nieprzyjemnie oblepiał ciało, a w temperaturze, jaka panowała w tej chwili na dworze, z Bonnie zaczął lać się pot, zanim zdążyła zapiąć suwak. Usiadła na przednim zderzaku ciężarówki i włożyła gumowce.

— Wiesz, co tu się stało? — spytała Ruth.

— Nie bardzo. Jack Kellett powiedział mi tylko, że doszło do kłótni o opiekę nad dziećmi. Matka nie chciała oddać dzieci mężowi, a potem sąsiedzi poczuli dziwny zapach, dochodzący z domu. Kiedy weszli do środka, okazało się, że matka zniknęła, a dzieciaki nie żyją.

Ruth podała Bonnie aparat do oddychania, sama założyła drugi, po czym ruszyły w kierunku domu z dziesięcioma litrami środka owadobójczego i workami na śmieci. Aż do tej chwili ulica była wyludniona, teraz jednak na przeciwległym chodniku pojawił się mężczyzna i zabrał się do mycia samochodu. Mieszkające obok niego małżeństwo również wyszło przed dom i zaczęło się niezwykle uważnie przyglądać swojemu zraszaczowi trawnika. Wokół domu Glassów krążyła trójka nastolatków na deskorolkach, zataczając coraz ciaśniejsze kręgi.

Uda Bonnie ocierały się o siebie z plastikowym piskiem, a z powodu aparatu, który miała na twarzy, jej oddech przypominał zdyszane sapanie astmatyka. Doszła do frontowych drzwi i wyjęła klucz, który dostała z agencji handlu nieruchomościami. Na drzwiach przymocowana była mosiężna kołatka w kształcie dużego chrząszcza. Bonnie przekręciła klucz i razem z Ruth weszła do środka.

Był to zwykły, mały dom. Z wąskiego korytarzyka wchodziło się na lewo do salonu od frontu, a za drzwiami po prawej znajdowała się sypialnia. Prowadzące do kuchni drzwi na wprost były lekko uchylone.

W środku kłębiło się od much. Pełzały wszędzie — po ścianach, meblach, oknach. Bonnie dotknęła dłonią ramienia Ruth i zrobiła gest oznaczający odkurzanie. Ruth uniosła w górę kciuk i poszła szukać komórki na szczotki.

W korytarzyku wejściowym wisiał wielki drewniany krzyż z plastikowym Chrystusem, a pod nim przymocowano tabliczkę z wypalonym napisem: NIECH BÓG BŁOGOSŁAWI DZIECI. Bonnie poszła do salonu z białymi, winylowymi meblami, wśród których stał telewizor z ekranem wielkości sądu hrabstwa Los Angeles. Choć aparat do oddychania oszczędzał najgorszego, czuła fetor rozkładu, gdyż był tu znacznie intensywniejszy. Zanim zabrała się do tej roboty, nigdy nie myślała o tym, jak bardzo śmierdzą ludzie po śmierci. Nawet wyschnięta krew śmierdzi.

Czasami leżała w nocy, nie mogąc zasnąć, i zastanawiała się, jak ludzie mogą się kochać, jeśli wiedzą, jak łatwo się psują i jacy są w środku.

Popatrzyła na dywan. Jego długi, beżowy włos był splątany, a całą jego powierzchnię przecinały we wszystkich kierunkach rzędy brązowych odcisków stóp, przypominające wzory malowane na podłogach jako pomoc do nauki tańca. Poszła do kuchni, przy każdym kroku strząsając z twarzy chmary much. Pozostawiona na zlewozmywaku sałata zamieniła się w kupkę żółtego śluzu, tuż obok niej leżał nóż.

Na podłodze sypialni od tyłu zobaczyła porozrzucane zabawki. Dziecięcy telefon. Jasnobłękitna ciężarówka przewożąca cegły. Pod ścianą stało łóżko, a pod kątem prostym do niego drugie, składane. Na oknie siedziało tyle much, że ledwie dało się dostrzec połyskujące na obu materacach, jakby zrobione werniksem, brązowe plamy.

Bonnie wzięła jeden z worków na śmieci, ściągnęła z karniszy zasłony i poupychała je w workach — razem z tysiącami migoczących szmaragdowo much. Do sypialni weszła Ruth, wsadziła do kontaktu wtyczkę odkurzacza, który przyniosła ze sobą, i zaczęła zbierać nim kłębiące się wokół składanego łóżka muchy z takim spokojem, jakby sprzątała własne mieszkanie.

 

Ściągnęły wszystkie zasłony i żaluzje.

— Zatrzymać te? — spytała Ruth, pokazując Bonnie stertę wyblakłego, złotego aksamitu.

— Pewnie. Zabiorę je do schroniska.

Wyniosły łóżka do półciężarówki i położyły je jedno na drugim — tak, aby sąsiedzi nie widzieli plam na materacach. Pozrywały wykładzinę dywanową i zrolowały ją, przygotowując do wywiezienia.

Najgorsza była ta z pokoju dziecięcego. Kiedy Bonnie odciągnęła jej brzeg od ściany, okazało się, że pod spodem jest pełno robaków. Ruth musiała je zgarnąć szczotką na szufelkę.

Wszystko po kolei lądowało w workach na śmieci: książki, dokumenty bankowe, rodzinne fotografie, gazety, ubrania, kartki urodzinowe. Rysunek kredkami, przedstawiający dwóch chłopców stojących pod żółtym słońcem, i podpisany: KOCHAMY CIĘ, MAMO. Bonnie cieszyła się, że nie było tu teraz z nimi pogrążonych w żałobie krewnych — co czasem się zdarzało. Nawet bez konieczności wyjaśniania, dlaczego Bóg na coś takiego pozwolił, sprzątanie po czyjejś śmierci było wystarczająco trudne.

Weszła Ruth, która pracowała w łazience. W ręku trzymała jednorazową strzykawkę.

Bonnie zdjęła z twarzy maskę i szerzej otworzyła worek.

— Wrzuć ją do środka. Powiem o tym Danowi.

Ruth także zdjęła aparat do oddychania.

— Była w rzeczach do prania. Nigdy nic nie wiadomo… może to ważne.

Bonnie nie odpowiedziała. Często znajdowała dowody, które przeoczyli policjanci, nie zawsze ich jednak o tym informowała. Nie była gliną, a jedynie sprzątaczką, i jeśli zależało jej na pozostaniu w tym biznesie, nie mogła dawać zbyt wielu ludziom do zrozumienia, że dowiedziała się więcej, niż powinna.

 

Po dwóch i pół godzinie dom Glassów był na tyle czysty, że mogły pozwolić sobie na przerwę. Stały przed domem i popijały mocną, czarną kawę, którą Ruth przyniosła w termosie. Sąsiedzi obserwowali je przez cały czas, ale choć przestali udawać, że zajmują się przycinaniem żywopłotu, żaden nie odważył się podejść bliżej.

— Gdzie to wyrzucisz? — spytała Ruth, wskazując ruchem głowy stertę śmieci zebranych na pace półciężarówki.

— Nie stanowią zagrożenia biologicznego. Do Riverside.

— Sądziłam, że wszyscy są przewrażliwieni na punkcie robaków.

— To ja jestem przewrażliwiona na punkcie robaków — odparła Bonnie.

Wyrzuciła fusy z kawy do rynsztoka i wróciła do środka. Została im już tylko sypialnia rodziców. Była urządzona tak, że wyglądała jak tania kopia apartamentu dla nowożeńców. Kremowe meble z płyty wiórowej miały uchwyty udające złocone, a w tapicerowanej różowej płycie zagłówkowej widać było dwie żółtawe plamy — w miejscach, o które kiedyś opierały się głowy. W rogu stał stolik o owalnym blacie, zastawiony napoczętymi pojemnikami kosmetyków, nad którymi wznosiła się porcelanowa baletnica z odłamaną nogą. Na samym środku blatu stała czaszka z cukru — najprawdopodobniej kupiona podczas meksykańskiego Święta Zmarłych. Ktoś ją nadgryzł.

Bonnie chwyciła skraj zaplamionej krwią białej narzuty, zwinęła ją i wepchnęła do worka na śmieci, po czym sięgnęła po poduszki. Kiedy podniosła pierwszą, zobaczyła, że do jej skraju przyczepiło się coś czarnego, przypominającego małe wrzecionko. Potrząsnęła poduszką i wypadło z niej sześć albo siedem kolejnych czarnych wrzecionek. Błyszczały i łatwo się kruszyły, spiczaste z obu stron, spiralnie skręcone jak niektóre muszle morskie i raczej brązowe niż czarne — były też nieco przezroczyste, dzięki czemu można było dostrzec, że w środku coś jest. Kiedy Bonnie wzięła jedno z nich do ręki, zrozumiała, co to takiego: poczwarka. Motyla, może ćmy, może jakiegoś innego owada.

Uznała, że zalęgły się z powodu upałów. Kiedy w poprzednim tygodniu sprzątała apartament przy Franklin Avenue, natknęła się na ogromne larwy much ścierwnic — znacznie większe, niż kiedykolwiek widziała. Zdaniem Ruth był to zły znak, choć nie umiała określić, co miał oznaczać. Była bardzo przesądna jak na kogoś, kto żył ze zmywania z tapicerki krwi samobójców i ofiar psychopatycznych morderców.

 

 

 

 

 

 

 

 

NIEZBĘDNE SKŁADNIKI

 

 

Bonnie wyjęła wszystko, czego potrzebowała do przygotowania kolacji:

— kurczaka, pociętego na 8 kawałków,

— 2 ząbki czosnku,

— 1 zieloną paprykę,

— 1/4 łyżeczki goździków,

— 2 łyżeczki mielonego chili,

— 1 i 1/2 filiżanki posiekanych pomidorów z puszki,

— 1/3 filiżanki rodzynek,

— 4 łyżki wytrawnego sherry,

— 1/3 filiżanki posiekanych zielonych oliwek.

 

 

 

 

 

 

 

 

DOM WINTERÓW

 

 

— Co to właściwie jest? — spytał Duke, nabijając na widelec kawałek kurczaka.

— Kurczak po meksykańsku — odparła Bonnie, nie podnosząc wzroku.

Duke puścił widelec, który spadł na talerz. Przez jakieś dziesięć sekund wpatrywał się w Bonnie, po czym wyrzucił z siebie:

— Powiedz mi coś, Bonnie… Czy ja wyglądam jak Meksykanin?

Nie odpowiedziała, jadła dalej ze wzrokiem wbitym w talerz. Siedzący między rodzicami Ray odruchowo odchylił się na krześle do tyłu — jakby odsuwał się od linii ognia.

— Przepraszam bardzo — wymamrotał z wściekłością Duke — ale czy widziałaś, żebym ostatnio nosił sombrero?

— Nie, Duke. Nie widziałam, żebyś ostatnio nosił sombrero.

— Czy mam długie, zwisające wąsy, noszę ponczo albo pokrzykuję arriba, arriba!?

— Nie, Duke.

— Więc nie wyglądam jak Meksykanin?

— Nie. — Bonnie miała tak ściśnięte gardło, że ledwie była w stanie przełknąć. Doskonale wiedziała, co Duke zaraz powie i do czego to doprowadzi, ale nie miała pojęcia, jak go powstrzymać.

— Rozumiem. Nie uważasz, że wyglądam jak Meksykanin. Wobec tego dlaczego dajesz mi to meksykańskie jedzenie?

Bonnie podniosła głowę.

— Jadasz potrawy włoskie, a nie widzę pod domem twojej gondoli.

Uniósł brwi ze sztucznym, przesadnym zdziwieniem.

— Próbujesz być dowcipna? Mój dziadek był Włochem. Jedzenie włoskich potraw mam we krwi.

— Lubisz też potrawy po seczuańsku, a przecież nie jesteś Chińczykiem.

— Dlaczego zawsze musisz być taka cwana? Dlaczego nie możesz odpowiedzieć wprost na proste pytanie? Nigdy. Gondola? Co ci się stało? Spytałem tylko, co za żarcie mi podałaś, a ty powiedziałaś, że meksykańskie, więc powiedziałem, że nie jestem Meksykaninem i nawet na niego nie wyglądam. Czy podałaś mi to dlatego, żeby mnie obrazić, czy z jakiegoś innego powodu?

— Mnie smakuje — mruknął Ray.

Duke rozłożył ramiona i wzniósł je ku niebu.

— Wspaniale! Smakuje ci. Od razu widać, jaki z ciebie smakosz. Dlaczego stajesz zawsze po stronie matki? Jesz coś, co mnie osobiście obraża. Wolisz zjeść coś, od czego się pochorujesz, niż przyznać ojcu rację, prawda? Mam nadzieję, że oboje się tym udławicie!

Ściągnął z szyi serwetkę, wstał i wyszedł z kuchni. Wahadłowe drzwi stuknęły, po chwili stuknęły ponownie, kiedy wychyliły się w drugą stronę, i zapadła cisza. Bonnie bez ruchu wpatrywała się w talerz, trzymając w dłoni widelec, gotowy do wbicia w kolejny kawałek kurczaka. Wisząca nad jej głową lampa sprawiała, że wyglądała jak aktorka na scenie. Ray przełknął jeszcze kilka kęsów, po czym przestał jeść.

— Naprawdę ci smakowało? — spytała go Bonnie.

— Jasne, było świetne.

Zauważyła jednak, że wybrał rodzynki i ułożył je wokół brzegu talerza.

Posprzątali ze stołu, resztki z talerzy powędrowały do zlewu. W garnku było jeszcze sporo potrawki, ale Bonnie wyrzuciła wszystko do kubła. Bez słowa zaczęła myć talerze. Ray stał obok ze ścierką i czekał, aż poda mu pierwszy do wytarcia. Był wysoki, stale mrugał, ramiona opadały mu, jakby miał w plecach wieszak, a jego włosy zawsze wyglądały, jakby przed chwilą wstał z łóżka.

Miał teraz siedemnaście lat — tyle samo co Bonnie, kiedy go urodziła. Nie mogła w to uwierzyć. Czy rzeczywiście była wtedy taka młoda?

Ray miał na sobie swój ulubiony T-shirt z napisem LA CORONERS DEPT[1]. Duke go nie cierpiał — a przynajmniej tak twierdził.

— Nienawidzę tej koszulki — mawiał. — Chcesz, żeby ludzie myśleli, że masz niezdrowe zainteresowania?

 

Bonnie podała synowi kolejny talerz.

— Twój ojciec jest ostatnio bardzo drażliwy — powiedziała. — Zaczynam podejrzewać, że z mojej winy.

— Dlaczego? Co takiego zrobiłaś?

— Może dlatego, że zaczęłam tę pracę ze sprzątaniem i w dalszym ciągu mam etat w Glamoreksie. Trudno winić twojego ojca o to, że czuje się nieco niepotrzebny, prawda?

— Gdyby chciał, dawno mógłby znaleźć sobie pracę. Ale nawet nie próbuje. Siedzi tylko cały dzień na tyłku i ogląda Dni naszego życia.

— Daj spokój, Ray. Nie pracuje niemal od roku. Nie dlatego, że jest leniwy, tylko po prostu… wypadł z kursu.

— Co nie daje mu prawa wyżywać się na tobie.

Bonnie ściągnęła żółte rękawice.

— Nieważne. Co powiesz na filiżankę kawy?

— Mogę zadać ci osobiste pytanie?

Położyła mu dłonie na ramionach i uśmiechnęła się.

— Możesz mnie pytać o wszystko, o co tylko chcesz. Jestem twoją matką.

— Chodzi o tatę… no wiesz… w dalszym ciągu go kochasz?

Bonnie popatrzyła Rayowi w oczy. Miały ten sam kolor co jej oczy: były bladobłękitne — jak płatki zasuszonych chabrów, które znajduje się między stronami starej rodzinnej Biblii.

— To bardzo skomplikowane pytanie — odparła. — Jest na nie wiele różnych odpowiedzi, ale nie znam ich wszystkich.

— Wiedziałem, że się wykręcisz.

— Tak uważasz? Ale przynajmniej nie wykręciłam się po meksykańsku.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[1] Coroners Dept (ang.) — Biuro Koronera, zajmujące się głównie badaniem przyczyn nagłych zgonów (przyp. tłum.).