Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
To nie jest rynek dla słabych plantatorów!
Lubisz fikcję? Pomidor. A może grozę? Pomidor. Co powiesz na humor? Pomidor. Pomidorem odpowiadają też Autorzy opowiadań zawartych w zbiorze: „Tomatoza. Antologia pomidorrorowa”. Tutaj zasmakujesz w pomidorowych przetworach z piekła rodem: sadzonki hodowane w klatkach, eksperymenty genetyczne, kosmiczne starcie trzech światów, tajemnicze rytuały, mutacje, pomidorowa zemsta sprzed wieków. Nawet najzagorzalsi wielbiciele tomatów nie podejrzewali, ile dobra można z nich jeszcze wycisnąć. Oto książkowy ekwiwalent pomidorowych pikli o niebywałym składzie i smakowitym aromacie: pełen humoru, grozy, absurdów, ale także wątków historycznych i psychologicznych.
Jedno jest pewne, po lekturze tego zbioru pomidory nigdy nie będą już smakować tak samo.
Autorzy: Aleksandra Cebo, Przemysław Duda, Michał Gralak, Mariusz Kaszyński, Anna Kłodnicka, Aleksandra Knap, Graham Masterton, Michał Medwid, Kornel Mikołajczyk, Tomek Miłowicki, Karolina Mogielska, Olaf Pajączkowski, Jacek Pelczar, Marta Zając, Zeter Zelke, Marcin Zwoleń
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 498
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Tomatoza
Copyright © 2025 Aleksandra Cebo, Przemysław Duda, Michał Gralak, Mariusz Kaszyński, Anna Kłodnicka, Aleksandra Knap, Graham Masterton, Michał Medwid, Kornel Mikołajczyk, Tomek Miłowicki, Karolina Mogielska, Olaf Pajączkowski, Jacek Pelczar, Marta Zając, Zeter Zelke, Marcin Zwoleń
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska, Zeter Zelke
Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-12-5
Hanna naostrzyła noże i siekierę. Rozłożyła na stole obcęgi różnej wielkości. Kilka razy zamachnęła się pałką, po czym umieściła ją na blacie. Przewiesiła fartuch roboczy, żeby znajdował się w pobliżu. Rozścieliła świeżą folię na podłodze. Przygotowywała się powoli i dokładnie, czerpiąc satysfakcję z każdej czynności. Mimo że nie miała palca wskazującego u prawej ręki, radziła sobie bardzo sprawnie.
Zarówno narzędzia, jak i fartuch pokrywały liczne czerwone plamy – pozostałości po wcześniejszej „zabawie”. To nic. Nie widziała sensu, by je teraz czyścić, przecież i tak się zaraz zabrudzą. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Miejsce pracy gotowe. Pora na tortury.
Hanna wyszła z warsztatu, wciągając w nozdrza zapach letniego poranka. Dziarskim krokiem przecięła ścieżkę koło domu rodzinnego, kierując się ku strefie zbiorów. W prawej dłoni trzymała maczetę. Nigdy nie ruszała się bez niej, podobnie jak inni. Lewą dłonią ciągnęła wózek, a właściwie wielkie stalowe wiadro na kółkach, zamykane szczelną i solidną pokrywą. Kiedy podeszła do siatki, zauważyła uwijających się tu i ówdzie pracowników. Nie wołała do nich, nie pozdrawiała nawet słowem. Gdyby przestraszyła albo pozbawiła koncentracji kogoś przebywającego akurat w klatce, mógłby stracić życie.
Plantacja należąca do ojca Hanny była duża, zatrudniano tam ponad dwieście osób. O ile chętnie palili się do roboty wiosną, to latem – w sezonie zbiorów – ich zapał znacznie słabł. Nic dziwnego. Bali się. Każdy z nich znał kogoś, kto zginął. Wszyscy tutaj wykazywali się fizyczną sprawnością i mieli znakomity refleks. Nie dało się dostać tej pracy bez zaliczenia rygorystycznych testów sprawnościowych. Jednak nie zawsze takie umiejętności okazywały się wystarczające w starciu z krwiożerczym przeciwnikiem. Tak czy inaczej, chętni do zarobkowania wciąż się znajdowali. W okolicy panowało ogromne bezrobocie, a to rodziło równie ogromną desperację.
Całą plantację – miejsce uprawy, przetwórnię, dom Hanny i budynki gospodarcze – otaczał wysoki mur stanowiący ochronę przed osobami niepowołanymi. Sam teren, na którym rosły pomidory, dodatkowo ogradzała gruba i mocna siatka. Rozmieszczono w niej w równych odległościach bramki zamykane jedynie na klamkę. Dodatkowe zabezpieczenia typu zasuwy, kłódki czy kody cyfrowe tylko utrudniłyby ucieczkę w razie potrzeby. Nie można było zostawić bramek uchylonych – za to groziły zapisane w umowie wysokie kary finansowe i natychmiastowe wydalenie z pracy.
Hanna upewniła się dwa razy, że wszystko zamknęła, jak należy. Pomyślała ze zrezygnowaniem, że jej akurat ojciec nigdy by nie wyrzucił, nawet gdyby pootwierała na oścież nie tylko wszystkie bramki, ale i klatki. O, tak. Będzie trzymał ją tutaj, dopóki sam żyje. Zamierzał karać córkę w nieskończoność. Przestała protestować lata temu, zaakceptowała swoją pokutę.
Coś zaszeleściło. Wzmogła czujność i uniosła maczetę. Przy obecnych środkach ostrożności istniały nikłe szanse, że przyjdzie jej walczyć, ale lepiej dmuchać na zimne. Ludzie byli ludźmi, zdarzało im się popełniać błędy i robić głupoty. Sama wiedziała o tym najlepiej.
Krzaki pomidorów nie rosły na plantacji luzem, w długich rzędach. To skończyłoby się źle, gdyby chociaż jeden owoc urwał się zbyt szybko z szypułki. Cały teren zajmowały stojące jedna przy drugiej klatki. W każdej z nich sadzono wiosną kilkanaście krzaczków, a potem starannie pielęgnowano, aż owocowały. Pręty wykonano z grubej stali i wkopano głęboko w ziemię, żeby zawartość klatki miała problem z przedarciem się na zewnątrz. Na wszelki wypadek rozmieszczono gdzieniegdzie budki z miotaczami ognia.
Teraz gdy trwał sezon, już z daleka było widać czerwieniące się wszędzie pomidory. Na widok tej barwy Hannę zalała gwałtowna fala gniewu i wstrętu. Nienawidziła pomidorów. Nienawidziła wszystkiego, co z nimi związane. Nienawidziła tej plantacji. Nienawidziła ojca, że kazał jej brać w tym udział rok za rokiem. Nienawidziła siebie samej za to, że w pełni zasłużyła sobie na takie traktowanie.
Spróbowała uspokoić emocje. Niedługo otrzyma szansę wyżycia się na owocach. Teraz trzeba je tylko zebrać i dowieźć do warsztatu. Westchnęła i podeszła do przydzielonej jej klatki. Uważnie przyjrzała się, czy na ziemi nie leży żadna czerwona kulka ani czy pręty nie zostały uszkodzone. Kiedy upewniła się, że jest bezpiecznie, weszła do środka, po czym starannie zamknęła drzwi.
Wiszące na krzakach pomidory natychmiast ożywiły się na widok dziewczyny. Gniewnie sycząc, wyszczerzyły spiczaste zęby i zaczęły nimi gwałtownie kłapać. O tym, jak ostre było ich uzębienie, Hanna miała okazję się przekonać – wtedy, gdy straciła palec.
Nie tracąc czasu, wzięła się do roboty. Przepatrywała krzaczek po krzaczku, wybierając nadające się do zerwania sztuki. Kiedy już takowe identyfikowała, sięgała ostrożnie, by ominąć zęby zaciskające się jak wnyki. Jedna z najważniejszych zasad zbiorów mówiła, że trzeba koniecznie wyrwać z owocu szypułkę. Wtedy pomidor przez jakiś czas był skołowany, a więc nie stanowił większego zagrożenia.
– Zginiesz – mówiła Hanna z uciechą do każdej czerwonej kulki, którą chwytała w palce. – Zginiesz.
Zastanawiała się, czy one przeczuwają, co się z nimi stanie, gdy już wytoczą się stąd w wózku. Czy wiedzą, jak ogromną frajdę sprawią ich oprawczyni, kiedy pójdą w ruch noże i obcęgi? Czy rozumieją, jak bardzo je zaboli?
Dziewczyna pracowała w skupieniu. Żeby zebrać wyłącznie dojrzałe owoce, należało dobrze wyczuć moment, wychwycić delikatne różnice w odcieniach pomidorowej czerwieni. Jeżeli usunie się pomidora z szypułki zbyt wcześnie, natychmiast zdechnie i sflaczeje, a więc przestanie się nadawać do spożycia. Z kolei jeśli pozostawi się go na krzaku zbyt długo, sam odpadnie. A wtedy zacznie się katastrofa. Uwolnione pomidory, gdy tylko minęła im faza otumanienia, stawały się niebezpieczne. Przemieszczały się błyskawicznie i skakały bardzo wysoko, jak kauczukowa piłeczka. Natychmiast brały się za odgryzanie swoich braci i sióstr od krzaków. Oczywiście oszczędzały szypułkę, gdyż wtedy nawet niedojrzałe egzemplarze pozostawały przy życiu. Kiedy już wszystkie biegały wolno, brały się za podkop albo przegryzanie prętów kratki. Nie istniał na tym świecie materiał, który powstrzymałby zęby pomidorów. Mocna stal mogła je spowolnić, ale nie zatrzymać. Jeżeli w porę nie zauważono, co się dzieje, wydostawały się z klatki i szalały dalej, uwalniając kolejne owoce – przez co biegało ich luzem coraz więcej i więcej.
W ten sposób potrafiły opanować plantację. Były be względne i żądne krwi – bez zastanowienia atakowały ludzi, wgryzając się w ich wnętrzności lub gardła. Kiedyś stosowano odzież ochronną, coś w rodzaju metalowego pancerza, ale szybko zarzucono ten pomysł – tylko spowalniała pracowników i ograniczała ich ruchy. Pomidory i tak się przegryzały. Nawet najlepsze przeszkolenie w walce, nawet dziesiątki miotaczy ognia nie pomagały, gdy owoce zyskiwały przewagę liczebną.
Wszyscy w kraju znali smutną historię plantacji na południu, gdzie rok temu pomidory wymknęły się spod kontroli. Pracowało tam dwieście pięćdziesiąt jeden osób. Żadna nie przeżyła. Ile z nich zmarło z powodu ataku owoców, a ile w wyniku późniejszych działań rządu? Tego nikt nie wiedział. Jednak zdano sobie wtedy sprawę z tego, że jeśli teren nie zostanie jak najszybciej zmieciony z powierzchni ziemi, zagrożenie wydostanie się i zaatakuje okoliczne miasta i wioski. Dlatego zbombardowano całą plantację, nie zastanawiając się ani przez chwilę, czy ktoś tam jeszcze pozostał przy życiu, czy nie. Nikt nie chował o to do rządu pretensji. No, poza Kopniętymi. Ale ich nie traktowano poważnie. Byli bolesnym wrzodem na dupie każdego plantatora, także ojca Hanny.
Dziewczyna starannie przymocowała pokrywę. Wytoczyła pełen wózek, zamknęła drzwi klatki i oznaczyła je niebieską wstążką – na znak, że wykonała robotę. Teraz do akcji miały wkroczyć osoby odpowiedzialne za upewnienie się, czy nie przeoczyła dojrzałych owoców. Zawsze sprawdzano więcej niż raz. Wszak od tego zależało przetrwanie ich wszystkich.
Zaraz po zebraniu pomidory trafiały do hali przetwórczej. Tam uśmiercano je, zanim zdążyło zniknąć ich otumanienie. Nienaturalnie twarde zęby kruszały natychmiast po śmierci owoców, przez co można je było bez problemów zmielić.
Już lata temu badania wykazały, że pomidory czują ból. Dlatego od plantatorów wymagano, by zabijać je szybko i w sposób humanitarny – tak jak krowy czy świnie. Znęcanie się nad nimi groziło procesem karnym. Nowoczesne maszyny, w jakie wyposażono halę, błyskawicznie siekały na kawałki lub ścierały czerwone ciałka w miazgę. Owoce męczyły się tylko przez chwilę.
Hanna chrzaniła takie zasady. Pomidory nie zasługiwały na szybką śmierć. Powinny cierpieć. Długo i na całego. Dlatego swoje zbiory regularnie zawoziła do warsztatu, gdzie zajmowała się nimi tak, jak uznała za stosowne.
Zamknęła drzwi pomieszczenia od środka, by nikt jej nie przeszkadzał, po czym zdjęła pokrywę z wózka. Wciągnęła w nozdrza zapach rozgrzanej przez słońce skórki. Miała jakieś pół godziny, zanim u pomidorów zniknie ospałość. Pora działać. Wyjęła pierwszy owoc i uśmiechnęła się szeroko. Pomidor, jakby wyczuwając zagrożenie, niemrawo kłapnął szczęką.
– Zginiesz – oznajmiła Hanna, sięgając po obcęgi.
Szarpnęła mocno, wyrywając pomidorowi zęby razem ze sporą porcją miąższu. Owoc zajęczał głucho. To musiało bardzo boleć. Położyła go na blacie, żeby cieszył się dobrym widokiem na wszystko, co będzie robiła z jego rodzeństwem.
Drugiego pomidora postanowiła zamęczyć inaczej. Sięgnęła po nóż i lekko wbiła czubek w czerwone ciałko. Owoc zasyczał. Hanna z wprawą oderwała część skórki, eksponując wrażliwy miąższ. Oddarła następną porcję, napawając się błagalnym popiskiwaniem. I następną. Po całkowitym oskórowaniu posoliła ofiarę. Wiedziała, jak potwornie piecze sól wżerająca się w rany.
Przez następne minuty Hanna ćwiartowała, obcinała, drążyła, przebijała na wylot, podpalała, zanurzała we wrzątku, wybebeszała – krzywdziła pomidory w każdy sposób, jaki jej przyszedł na myśl. Kawałki małych ciałek spadały na pokrytą folią podłogę. Kiedy w wózku pokazało się dno, a fartuch spłynął rzeką czerwieni, dziewczyna odetchnęła z satysfakcją. Chwyciła pierwszy owoc – ten, któremu wyrwała zęby. Żył jeszcze. Zmiażdżyła go w dłoni, a ciepły sok trysnął jej w twarz.
Zwinęła folię, ostrożnie przelewając powstałą miazgę do wiadra. Posiekane owoce musiały powędrować do dalszej obróbki. Ojciec mógł przymykać oko na to, że zebrane przez córkę pomidory trafiały do hali produkcyjnej dopiero „po pewnych przejściach”. Jednak nigdy nie przymknąłby oka na kompletne marnotrawstwo. Uprawa kosztowała zbyt dużo – w tym życia ludzkie.
Oczywiście nie dało się uniknąć pewnych strat – część soku i miąższu zawsze pozostawała na Hannie i narzędziach, więc nie nadawała się do użytku. Jednak ojciec to tolerował. Rozumiał – ach, jak dobrze rozumiał – że czasami własny ból można zagłuszyć tylko sprawieniem bólu komuś innemu.
Czemuś, a nie komuś – poprawiła się w myślach dziewczyna. Lepiej nie rozumować kategoriami „ludzkich” pomidorów. Takimi bzdurami zajmował się Komitet Obrony Pomidorów, czyli KOP. Na plantacji nazywano tych oszołomów Kopniętymi.
Byli jednocześnie głupi i niebezpieczni. Uważali, że pomidory to istoty rozumne, dlatego należy położyć kres ich rzezi i pozwolić im żyć bezpiecznie, poza klatkami. Postulowali, by dać pomidorom więcej praw, niż dano zwierzętom. Niemal stawiali znak równości między pomidorami a ludźmi! Regularnie przyklejali się do dróg, próbowali wtargnąć na plantacje, ochlapywali eksponaty muzealne sokiem pomidorowym. Zalewali parlament wnioskami o uwolnienie pomidorów, zamknięcie upraw i aresztowanie tych, którzy popełniali tomatobójstwo. Pewnie niedługo stwierdzą, że pomidory są na tyle rozumne, by nauczyć się czytać lub mówić.
To z powodu Kopniętych ojciec wprowadził – poza egzaminem sprawnościowym – także skomplikowane testy psychologiczne. Dbał, by nie trafił tutaj żaden z tych odklejeńców spaczonych empatią dla pomidorów. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wynieśli chociaż sztukę – albo nawet pojedyncze nasionko – poza plantację.
Dźwięk budzika brutalnie wybudził Hannę ze snu. Kiedy uświadomiła sobie, jaki dzień nastał, na chwilę straciła zdolność oddychania. Rocznica. Przypomnienie koszmaru.
Dziewczyna żałowała, że dzisiaj zatracenie się w pracy nie zagłuszy rozpaczy ani wyrzutów sumienia. Tak czy inaczej, wyprowadziła wózek, żeby zerwać kolejną partię pomidorów. Wyczuwała na sobie współczujące spojrzenia pracowników. Wiedzieli, co to za data i ile bólu wywołuje u Hanny. Cóż, sami też przeszli wiele. Martyna nie miała czubka nosa, bo kiedyś za bardzo nachyliła się nad krzakiem. Stefan w jednym roku pochował dwóch synów, bo obaj nie okazali się wystarczająco ostrożni. Jarek już niemal przyzwyczaił się do protezy nogi, przemieszczał się na niej tak sprawnie jak na własnej kończynie. Zosia straciła męża dwa miesiące po ślubie. To ona znalazła go w klatce – a raczej to, co z niego zostało. I tak dalej, i tak dalej… Wielu pracujących tutaj coś straciło – albo bliskich, albo kawałek siebie.
Po długim dniu pracy Hanna smętnie skierowała się do domu. Zazwyczaj ojciec spożywał posiłki oddzielnie, żeby ograniczyć do minimum kontakt z córką. Czuł się lepiej, udając, że ona nie istnieje. Jednak dzisiaj zamierzał skupić na niej swoją pełną uwagę. Jak co roku specjalnie dla niej przygotował rocznicowy obiad, który mieli zjeść wspólnie.
Kiedy weszła do jadalni, wszystko już czekało – starannie nakryty stół, parujące półmiski, elegancka zastawa, barwne kwiaty w wazonie. Dziewczyna zacisnęła zęby i w milczeniu usiadła na podsuniętym przez mężczyznę krześle. Pora na tortury. Tyle że tym razem to ona była ofiarą.
Hanna nienawidziła pomidorów od piętnastu lat – od momentu, gdy zginęła mama. Znienawidziła też ich smak. Na samą myśl, że miałaby włożyć do ust wnętrzności tych stworów, robiło jej się niedobrze. Ojciec świetnie o tym wiedział. Dlatego na stole czekały pomidory faszerowane ryżem, zupa pomidorowa, makaron z sosem pomidorowym i tarta z pomidorami. A do picia – sok pomidorowy.
Mężczyzna nalał córce pełen talerz zupy i spojrzał wyczekująco. Hanna z ociąganiem sięgnęła po łyżkę. Gdy tylko poczuła w ustach ten potworny smak, zemdliło ją. Ale przełknęła, musiała to zrobić. Walcząc z odruchem wymiotnym, opróżniła talerz. Ojciec natychmiast nałożył jej kolejne danie. A potem następne. Dziewczyna nie narzekała, nie błagała o litość, tylko metodycznie pochłaniała zwłoki pomidorów. Kiedy zjadła, sięgnęła po szklankę i wypiła duszkiem krew tych ohydnych stworzeń. Tego było już za wiele. Poderwała się gwałtownie i pobiegła do łazienki, gdzie w gwałtownych torsjach zwróciła wszystko.
Otarła usta i się rozpłakała. Zastanawiała się, ile lat minie, zanim ojciec przestanie ją karać. Od lat traktował ją jak powietrze, odmawiał jakichkolwiek czułości czy choćby dobrego słowa. Zmusił ją, by zamiast studiów podjęła pracę na plantacji, jak najbliżej znienawidzonych pomidorów. A co roku gotował pomidorowe dania i napawał się każdą chwilą potwornego obiadu.
Jak długo Hanna miała jeszcze to znosić? Ale czy wycierpiała wystarczająco, by zasłużyć na koniec kary? Przecież pewnych rzeczy się nie wybacza. Zabicie własnej matki z pewnością do takich rzeczy należy.
Małą Hanię, jak to siedmiolatkę, rozpierała energia. Trwało lato, świeciło słoneczko, więc dziewczynka przebywała głównie na dworze. Miała co robić – kochany tata specjalnie dla niej zbudował dużą piaskownicę, huśtawkę i zjeżdżalnię. Jednak Hanię szybko nudziły takie rozrywki. Znowu musiała się bawić sama. Trwał środek sezonu, a wtedy rodzice pracowali jak szaleni. Denerwowało ją to. Też chciała zbierać pomidorki. Wtedy poszłoby znacznie szybciej, a w dodatku spędzałaby czas razem z mamą i tatą.
Próbowała im to tłumaczyć, ale nie słuchali. Powtarzali, by trzymała się z dala od ogrodzonego terenu i była grzeczna. Im częściej tak mówili, tym bardziej chciała pokazać, że jest wystarczająco duża, by pomagać przy zbiorach.
Poza tym pomidorki ją ciekawiły. Nigdy nie widziała ich ani na krzaczkach, ani świeżo po zerwaniu. Znała je jedynie jako smakowitą papkę na talerzu. Mama mówiła, że są czerwone jak Kapturek i mają wielkie zębiska niczym wilk. I że są równie groźne jak wilk, mogą pożreć jednym kłapnięciem. Ale przecież gdyby były takie złe, rodzice nie spędzaliby z nimi tyle czasu. Tak samo ci wszyscy zatrudnieni przez nich ludzie.
Pewnego dnia Hania podjęła decyzję. Udowodni, że jest duża, pomocna i nie boi się pomidorków. Wzięła koszyczek, w którym zazwyczaj nosiła ulubioną lalkę, po czym zdecydowanym krokiem ruszyła ku terenowi upraw. Nacisnęła klamkę – i już znajdowała się po drugiej stronie ogrodzenia. Nikt nie zwrócił na nią uwagi; wszyscy byli zbyt zajęci zbieraniem owoców.
Zbliżyła się z zaciekawieniem do najbliższej klatki. Pomidorki ślicznie czerwieniły się na krzakach. Wyglądały swojsko i miło, jak kauczukowe piłeczki, którymi Hania uwielbiała się bawić. Przypominały też paciorki korali, jakie często nosiła na szyi babcia. I czego tu się bać?
Nie zastanawiając się zbyt długo, Hania weszła do klatki. Owoce kłapnęły na jej widok ostrymi zębami. Nie wyglądały groźnie, tylko pociesznie – niczym szczeniak jednego z pracowników. Zwierzak też miał bardzo ostre zęby, ale nigdy nie zrobił dziewczynce krzywdy. Podczas zabawy podgryzał ją delikatnie, tak że nawet nie bolało.
Hania zaśmiała się głośno i dotknęła tego pomidorka, który wisiał najniżej. Owoc natychmiast wgryzł się w palec wskazujący. Ach, jak bolało! Dziewczynka pisnęła rozdzierająco. Próbowała zabrać dłoń, ale to nic nie dało, jedynie oderwała pomidora od krzaka, niestety razem z szypułką. Chwilę potem pomidor odgryzł palec i spadł na ziemię, przeżuwając. Z kikuta chlusnęła krew. Hania krzyczała i krzyczała, bryzgając na prawo i lewo czerwoną posoką. Trąciła sąsiedni krzaczek, przez co kolejny owoc wgryzł się w jej ramię. Pierwszy pomidor podskoczył, szykując się do ponownego ataku. Widocznie sam palec mu nie wystarczał.
Dziewczynka skuliła się, wyczekując nowej porcji bólu. Wtedy powietrze tuż obok niej przecięło ostrze maczety, rozpoławiając atakującego pomidora. Miąższ trysnął w oczy Hani, oślepiając. Niedługo potem owoc wgryziony w ramię poluzował szczękę. Coś mocno wypchnęło dziewczynkę z klatki.
– Uciekaj, kochanie! – usłyszała znajomy głos.
Hania wytarła powieki nieokaleczoną ręką i spojrzała. Stała sparaliżowana, nie mogąc oderwać wzroku. Patrzyła, jak po drugiej stronie prętów mama macha maczetą, próbując się bronić przed kolejnym pomidorem. Jak potyka się i ociera o krzak, a owoce natychmiast wgryzają się w jej twarz i szyję. Jak tryska krew, mnóstwo krwi, o wiele, wiele więcej niż z odgryzionego palca. Jak posoka miesza się z pomidorowym miąższem i maluje zielone liście na czerwono. Jak mama upada na ziemię, ale już nie wygląda jak mama, bo zamiast twarzy ma tylko poszatkowane mięso, przez które widać kawałki czaszki. To stało się bardzo szybko, ale w umyśle dziewczynki wydawało się długimi godzinami.
Nadbiegli ludzie z miotaczami. Hania płakała i błagała, żeby uratować mamę, wyciągnąć ją stamtąd. Nikt nie zwracał uwagi na te prośby. Klatka wypełniła się ogniem. Mama jeszcze żyła, bo zmasakrowane ciało zaczęło podrygiwać i krzyczeć. Ten krzyk przewiercał uszy, niemal przyprawiał o obłęd.
Hanna obudziła się, trzęsąc się niepohamowanie. Był środek nocy, na niebie nieśmiało rzucał blask księżyc. Zawsze zaraz po rocznicy dziewczynie śniła się śmierć mamy, ze wszystkimi szczegółami. Nazywała to pomidorowym koszmarem.
Mimo że sen dobiegł końca, wciąż słyszała kobiecy krzyk. Wlewał się przez otwarte okno. Trwał dłuższą chwilę, nim zanikł. Ścisnęła dłońmi skronie i jęknęła. A więc to już oficjalne. Oszalała. Teraz wrzaski umierającej matki zaczną ją prześladować także na jawie. Pomacała miejsce obok, gdzie lubił sypiać Kartofel, jej ukochany kocur. Kota nie było. To dziwne. Przyłaził do łóżka późno, gdy już spała, ale zawsze wracał na noc. Czy coś mu się stało? Poczuła silny niepokój. Starała się nie myśleć, że wlazł między pomidory. Może po prostu zasnął na dworze albo siedział w przetwórni, gdzie na nocnej zmianie pracowało blisko trzydzieści osób? Lubili go tam, czasami dawali mu smakowite kawałki ryby.
Postanowiła go poszukać. Z nerwów i tak nie potrafiłaby teraz zasnąć. Ubrała się i przeszła cicho obok drzwi sypialni ojca. Chrapał jak zawsze po alkoholu. Widocznie mocno się znieczulił w rocznicę śmierci żony.
Od tamtego dnia, czyli już od piętnastu lat, mężczyzna głęboko nienawidził córki. A przecież wcześniej tak bardzo kochał swoją małą Hanię. Powtarzał, że zrobiłby dla niej wszystko. Czy wtedy też potrafiłby poświęcić dla niej własne życie jak mama? Oczywiście teraz nie byłby do tego zdolny. Gdyby Hannę dorwały pomidory, pewnie jak najszybciej pobiegłby po aparat fotograficzny, żeby uwiecznić tę cudowną chwilę. A może stałby tuż obok, nie mrugając, by nie uronić nawet sekundy takiego wspaniałego widowiska?
Hanna wyszła, trzymając w jednej dłoni maczetę, a w drugiej – latarkę. Nie lubiła przebywać po ciemku na zewnątrz. Zawsze odnosiła wrażenie, że coś czai się w krzakach i ją obserwuje. Każdy szelest wydawał się groźny. Bała się, że zaraz wyskoczy na nią znienacka uzębiony, łaknący krwi owoc. Czy pomidory spały nocami? Czy widziały w ciemnościach? Nie wiedziała.
Ruszyła w stronę przetwórni, ignorując narastający strach. Zawołała parę razy kota. Przestała, gdy sobie uświadomiła, że to może przyciągnąć zagrożenie. Czy pomidory w ogóle miały zmysł słuchu? Wolała nie kusić losu.
Coś jęknęło gdzieś na lewo, blisko terenu upraw. Hanna się zawahała. Czy naprawdę coś usłyszała, czy tylko jej się wydawało? Najpierw chciała to zignorować. Jednak gdy wyobraziła sobie wybebeszonego ostrymi zębiskami kotka, ruszyła, by to sprawdzić. Kartofel był jej jedynym przyjacielem, musiała się upewnić, czy wszystko z nim w porządku. Nagle zauważyła na trawniku jakiś ślad – zupełnie jakby przeczołgało się tam coś, co obficie krwawiło. Przybliżyła się trochę i poświeciła latarką.
Tak, ślad na trawie był czerwony. Jak krew. Krzaki za plecami Hanny zaszeleściły, coś szybko przedzierało się w jej stronę. Uniosła ostrze w pogotowiu i napięła mięśnie, czekając na najgorsze. Gdy spomiędzy gałęzi wyskoczył rozmazany kształt, z trudem powstrzymała się przed machnięciem. To jej kot! Zdrowy, niepoharatany.
– Kartofelku, nic ci nie jest! Gdzie ty się podziewałeś? Tak bardzo mnie wystraszyłeś – powiedziała z nutką pretensji.
Wypełniła ją ulga. Pewnie któryś z pracowników coś tu niechcący rozlał, a ona, głupia, wyobraziła sobie nie wiadomo co. Możliwe, że ta substancja nawet nie była czerwona; o takiej porze umysł płatał figle.
Nachyliła się, żeby pogłaskać zwierzaka, ale on fuknął i pobiegł w stronę domu. No ładnie, wyszła nocą tylko po to, żeby go poszukać, a ten się zachowuje niczym obrażony. Do tej pory nie strzelał takich fochów, co w niego wstąpiło?
Znowu usłyszała jęk. Tym razem rozległ się zbyt blisko, by uznała, że jej się wydawało. Spojrzała z niepokojem na trawę.
– Błagam, niech to nie będzie krew – wyszeptała. – Niech to nie będzie krew.
Chciała stąd uciec, podobnie jak kot, ale nie mogła tego zrobić. Nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby ktoś jeszcze zginął z jej powodu. Ruszyła śladem czerwieni. Kiedy w końcu dotarła do leżącej na ziemi postaci, z trudem powstrzymała odruch wymiotny.
To była Milena, nowa pracownica plantacji. A raczej – to, co z niej zostało. Leżała we własnej krwi. Miała wygryzione pół twarzy, w tym oko. Przez poszarpane mięso policzka dało się zobaczyć zęby i kawałek języka. Straciła lewą rękę – kikut kończył się złamaną kością. Trudno uwierzyć, że dziewczyna potrafiła przeczołgać się taki kawałek o własnych siłach i że wciąż oddychała. Tak czy inaczej, za późno, by ją uratować. Karetka nigdy nie dojedzie na czas.
– Ja tylko chciałam… pomóc. Tylko… chciałam… im… pooomóc – wyrzęziła z trudem Milena, gdy zauważyła przybyłą.
– Komu? – spytała Hanna, mimo że świetnie znałaodpowiedź.
– One… czują, myślą. A wy… trzymacie je w klatkach. Zabijacie. Musiałam… pomóc.
Współczucie Hanny wyparowało, zastąpione przez wściekłość. A więc testy psychologiczne na nic, środki ostrożności niewiele dały. Jedna Kopnięta dostała się na plantację i postanowiła uratować kochane pomidorki. Skończona idiotka.
– Jak dużych szkód narobiłaś? – wycedziła Hanna. – Ile pomidorów biega luzem? Czy zamknęłaś bramkę? Gadaj, debilko!
– Chciałam… pomóc. – Milena jęknęła, po czym znieruchomiała na zawsze.
Spanikowana Hanna pobiegła do najbliższego dzwonu alarmowego i szarpnęła za sznur. Głośne dźwięki wypełniły powietrze. Oznajmiały ludziom na plantacji, że pora szykować się do walki.
W głównej hali zebrało się ponad dwadzieścia osób uzbrojonych w maczety, pałki i miotacze ognia. Ludzie nie próbowali ukryć przerażenia. Panował coraz większy chaos, wszyscy mówili naraz.
– Trzeba wydostać się z plantacji. Uciekać jak najszybciej, póki mamy jeszcze jakąś szansę.
– Zostańmy. Zawiadomimy służby i poczekamy, aż się pojawią.
– Zbombardują nas! Tak jak na południu! Już jesteśmy martwi!
– Musimy coś zrobić, przecież pomidory zaraz nas tutaj dopadną.
– Weźmy miotacze ognia, sami się z tym uporajmy.
– Stracimy miejsce pracy. Co wtedy zrobimy, za co się utrzymamy? Mam dzieci!
– Przecież nie wiemy, ile ich tam jest. Co, jeśli ta wariatka zdążyła uwolnić setki, zanim ją poszatkowały?
– Umrzemy, wszyscy umrzemy.
– Wyślijmy kogoś na zwiady. Jeśli nie wróci, to…
– Powinniśmy się trzymać razem!
– Razem jesteśmy idealnym celem! Łatwo nas namierzyć!
– Przecież umiemy walczyć, damy sobie radę.
– Ich jest więcej, są szybsze, mogą się skryć wszędzie. Nic nie zrobimy, jak nagle skądś wyskoczą.
Czas mijał, a ojciec się nie pojawiał. Czyżby wypił zbyt dużo, by zwrócić uwagę na alarm? A może pomidory już go dopadły i oczyściły ciało aż do kości? Hanna walczyła z impulsem, żeby pobiec do domu i sprawdzić. Mężczyzna od lat traktował ją źle, ale wciąż był członkiem rodziny. Czuła się za niego odpowiedzialna. To przecież z jej powodu osuszył przed snem butelkę.
Sięgnęła po telefon stacjonarny – nie wiedząc do końca, czy chce dzwonić po ojca, czy po służby. Pracownicy przerwali kłótnie i wpatrzyli się w nią wyczekująco. W słuchawce usłyszała tylko ciszę. Pokręciła głową.
– Nikogo nie zawiadomimy. Kabel musiał się uszkodzić – oznajmiła z udawanym spokojem.
– To one, to pomidory! – pisnęła jedna z pracownic. – Przegryzły kabel. Zrobiły to specjalnie! Osaczają nas, bawią się nami! Zbliżają się! Jesteśmy zgubieni!
Hanna z trudem powstrzymywała się od paniki. Czy one faktycznie wszystko zaplanowały, celowo odcięły ludzi od cywilizacji? Czasami nachodziło ją pytanie, jak bardzo rozwinięty umysł mają te owoce – o ile w ogóle mają umysł. To bezrozumne bestie czy świadomi sadyści? Zabijają, bo każe im tak prymitywny instynkt? Czy po prostu robią to na zimno, bo lubią mordować? Ile w tym zemsty za to, że są przeznaczone na rzeź?
Dawno, dawno temu, zanim Hanna się w ogóle urodziła, pomidory nie ruszały się ani nie miały zębów. Były równie nieszkodliwe i pozbawione życia niczym ziemniaki czy ogórki. Każdy mógł je hodować w ogródku bez restrykcji ani środków ostrożności, a nie tak jak teraz – na starannie kontrolowanych plantacjach. Jakby nigdy nic podchodzono do krzaka, zrywano owoc i jedzono na surowo – bez ryzyka, że poleje się krew.
A potem coś zaczęło się zmieniać. Pomidory powoli i stopniowo, ale zauważalnie przekształcały się, nabierały zwierzęcych cech. Na początku poruszały się niemrawo, a ich zęby nie czyniły większej szkody, lecz kolejne sadzonki rodziły owoce coraz groźniejsze i mordercze. Naukowcy nie posiadali się z zachwytu. Oto mogli obserwować organizm roślinny ewoluujący w bezwzględnego drapieżnika i wykształcający mechanizmy chroniące go przed zjadaniem.
Chroniące tylko teoretycznie. Ludzie, jak to ludzie, nie zamierzali zrezygnować z czerwonych owoców zaledwie dlatego, że zbieranie ich kończyło się śmiercią lub kalectwem. Nie wyobrażali sobie funkcjonowania bez krojonych i suszonych pomidorów, passaty, soku pomidorowego, keczupu oraz koncentratu pomidorowego. Nie przejmowali się mordowaniem tych roślin, tak samo jak nigdy nie obchodziło ich zabijanie zwierząt dla pysznego mięsa.
Ludzkość nie potrafiła żyć bez pomidorów. A że podczas zbiorów ginęły jednostki, by nasycić apetyty ogółu – nieważne. Hanna nie mogła się z tym pogodzić. Wtedy, gdy tylko zagrożenie zamajaczyło na horyzoncie, należało spalić sadzonki do gołej ziemi, pozbyć się każdego owocu i ziarenka. Dziewczyna marzyła, że doczeka dnia, kiedy cała plantacja pójdzie z dymem. Potem będzie przez długie godziny podziwiała zgliszcza. Ale żeby jej plany się ziściły, musi przeżyć dzisiejszą noc.
– One przyjdą tu po nas. Im dłużej zwlekamy, tym więcej pomidorów nadciągnie. Trzeba uciekać – zaproponowała. – Włączymy wszystkie reflektory zewnętrzne, weźmiemy broń i wydostaniemy się stąd razem. Najpierw pójdziemy po ojca, a potem…
Na zewnątrz rozległ się głośny i rozpaczliwy krzyk mężczyzny. Ktokolwiek wrzeszczał, potwornie, potwornie cierpiał. Przeraźliwe wycie świdrowało uszy Hanny. Czy to ojciec tak krzyczał? Jego też miała zostawić na pastwę krwiożerczych owoców jak kiedyś matkę? O nie, tym razem nie będzie stała z boku i słuchała. Nie pozwoli mu umrzeć. Chwyciła maczetę i wybiegła w noc.
Przez chwilę poruszała się w niemal kompletnych ciemnościach. Drogę oświetlał jedynie blask księżyca. Zrozumiała, jaką jest idiotką. Czemu nie wzięła latarki? Wrócić po nią? Polegać na pozostałych zmysłach? Przecież ktoś umiera, liczą się sekundy! Nagle cały teren oblało ostre światło. Najwyraźniej ktoś przytomny włączył w końcu reflektory. Na tym pomoc tych ludzi się skończyła. Nikt nie dołączył do dziewczyny, wszyscy zostali w środku. Tchórze.
Hanna ruszyła w stronę krzyków i natychmiast pożałowała, że teraz widzi otoczenie jak na dłoni. Mężczyzna – jednak nie ojciec, ale jeden z pracowników – leżał na ziemi, rozpaczliwie opędzając się od morderczych owoców. Pokrywały go setki ran głębokich do żywego mięsa, momentami aż do kości. Jakim cudem miał jeszcze siły, by wrzeszczeć i się ruszać? Udało mu się podczas walki rozgnieść kilku napastników. Miąższ mieszał się z krwią, tworząc potwornie wielką kałużę czerwieni.
Pomidorów było mnóstwo. Przyskakiwały do tego człowieka, wyszarpywały zębiskami mały kawałek i odskakiwały. Rozrywały go na strzępy – a to oko, a to palec, a to fragment łydki czy ramienia. Posoka bryzgała na wszystkie strony. Dziewczyna odniosła wrażenie, że owoce bawią się ofiarą. Już dawno mogły go zabić i najeść się do syta, ale najwyraźniej wolały przeciągać tę sadystyczną wyżerkę ile wlezie. Chore skurwysyny, zachciało im się tortur.
Kilka pomidorów wgryzło się mocno w brzuch mężczyzny, wyrywając wilgotne ochłapy mięsa. Następny zanurkował w powstałą dziurę, a po chwili wynurzył się, ciągnąc w zębach zakrwawione jelito. Rozwijał je niczym makabryczny kłębek włóczki. Inne owoce poszły jego przykładem, wyłuskując z jamy brzusznej kolejne smakołyki.
Hanna nareszcie dobiegła na miejsce. Wprawnie machnęła maczetą, rozpoławiając pomidora bawiącego się jelitem. Następnie rozprawiła się z kilkoma zbyt skupionymi na ofierze, by spostrzec intruza. Jednak gdy coraz więcej ciałek padało w konwulsjach, owoce przeniosły uwagę na Hannę. Oderwały się od pokaleczonego ciała i odsunęły od dziewczyny na bezpieczną odległość, jednocześnie bezwzględnie ją otaczając. Chwilę później ona i cierpiący człowiek znaleźli się w środku pomidorowego kręgu. Owoce kłapały zębami, szykowały się do ataku. Przybliżały się powoli, ale nieubłaganie.
– Zabij… – wyjęczał zakrwawiony mężczyzna. Jakimś cudem jeszcze żył.
– Tak, zabiję ich jak najwięcej – oznajmiła. – Zemszczę się na nich, obiecuję.
– Mnie – dokończył. – Zabij… mnie.
– Nie! – krzyknęła.
Wiedziała, że dla nich obojga sprawa jest beznadziejna, nie poradzą sobie z taką liczbą napastników. Mimo to chciała, by ten strzęp człowieka wytrzymał jak najdłużej. Zrozumiała, że nie kieruje nią szlachetność, ale czysto egoistyczne pobudki. Wolała umrzeć w towarzystwie niż kompletnie sama.
Pomidory zaatakowały jednocześnie, z każdej strony. Hanna machała rozpaczliwie maczetą, ale owoców okazało się zbyt dużo. Pierwsze sztuki brutalnie wczepiły się w ramiona, plecy, uda… Ból był straszny. Po łydkach spłynęła ciepła krew.
Nagle coś się na nią rzuciło od tyłu, coś dużo większego od pomidorów. Upadła, a to coś przygniotło ją do ziemi, odgradzając od napastników i samemu wystawiając się na atak. To był ojciec, czuła zapach jego wody kolońskiej. Zakrył córkę własnym ciałem, obejmował po raz pierwszy od piętnastu lat. Ratował ją jak wtedy mama. Jak kiedykolwiek mogła w niego zwątpić i pomyśleć, że nie oddałby za nią własnego życia?
Próbowała się wyrwać, ale trzymał mocno. Błagała, by pozwolił jej walczyć. Nie słuchał. Jęczał za każdym razem, gdy żarłoczne owoce wgryzały się w jego ciało, lecz nie puszczał. Hanna mogła tylko słuchać i czuć, jak kolejna osoba, która poświęciła się dla niej, umiera powoli i w cierpieniach. Całe jej ubranie przesiąkało krwią.
Długo, długo później tata przestał się ruszać i zamilkł. Odszedł. I co mu przyszło z tej ofiary? Odwlekał nieuniknione. Zaraz pomidory dobiorą się i do Hanny. Wolała umrzeć w walce, a nie leżąc pod zmasakrowanymi resztkami własnego ojca. Zrzuciła z siebie na wpół ogryzione ciało i poderwała się na nogi. Pomidory natychmiast na nią wskoczyły, wgryzając się zachłannie w miękkie ciało. Maczeta leżała kilka kroków dalej. Owoce chyba rozumiały, co Hanna zamierza zrobić. Część z nich zbiła się w kupę, skutecznie odgradzając ją od ostrza.
Dziewczyna zawyła, wpadając w prawdziwy szał. Tętno dudniło jej jak oszalałe. Odrywała owoce niczym pijawki, nie zważając, że razem z nimi wyrywa kawałki siebie i coraz bardziej broczy krwią. Zgniatała pomidory, zamieniając w papkę. W pewnym momencie przestała nawet zwracać uwagę na ból. Chciała tylko zabijać te małe ciałka i czuć, jak świeży miąższ spływa po jej dłoniach.
Zrobiło się gorąco. I to dosłownie. Tuż obok pojawiły się płomienie, niemal podpalając jej włosy i paląc doskakujące ku niej owoce. Te wgryzione w dziewczynę oderwały się i odsunęły, nie chcąc zamienić się w kupkę popiołu. Zerknęła na niewyraźną męską sylwetkę trzymającą miotacz ognia. Wreszcie. Ktoś z pracowników znalazł w sobie odwagę i ruszył na ratunek. Szkoda, że tylko jeden.
Hanna zachwiała się i upadła. Dopiero kiedy zderzyła się z podłożem, zrozumiała, jak bardzo jest poraniona. Chyba straciła sporo krwi. Resztki adrenaliny wyparowały, pozostawiając tylko potworny ból i osłabienie. Próbowała podeprzeć się rękami i podnieść, ale na darmo. Pokąsane ręce odmawiały posłuszeństwa. I wtedy chłopak z miotaczem ognia krzyknął rozdzierająco, po czym upadł na kolana. Co się stało, do cholery?
Klatka piersiowa tego człowieka nagle się wybrzuszyła i pękła niczym obłożony gumkami arbuz, rozsiewając dookoła kawałki płuc i żeber. Tryskająca jucha pokryła trawę kobiercem czerwieni. Z powstałej dziury wyleciało kilka pomidorów. Najwyraźniej zaszły go od tyłu, wczepiły się w plecy i przegryzły na wylot.
Kilkadziesiąt owoców wyskoczyło z pobliskich krzewów i zbliżyło się do Hanny, znowu formując krąg. Podchodziły bez pośpiechu, napawając się jej rozpaczliwymi, nieskutecznymi próbami odzyskania pozycji pionowej. W świadomość dziewczyny wdarły się krzyki, mnóstwo krzyków. Zrozumiała, że pomidory przedostały się do przetwórni i rozpoczęły rzeź. Sądząc po wrzaskach, radziły sobie świetnie.
Owoce zbliżyły się już na wyciągnięcie ręki. Kilka sztuk, te najbardziej niecierpliwe, chwyciło zębami lewą łydkę dziewczyny. Gryzły, gryzły, nieprzerwanie gryzły, wywołując koszmarny ból, przedzierając się przez skórę, mięśnie i ścięgna. W końcu rozległo się chrupnięcie kości. Trzy pomidory wspólnie oderwały stopę od ciała i pognały z nią przed siebie, pozostawiając krwawy ślad.
Reszta oprawców tylko stała, rozciągając paszcze w przeraźliwych uśmiechach. Hanna jęczała, a one szydziły z niej, karmiły się spowodowanym przez nie cierpieniem.
– Zgi-niesz – powiedział nagle jeden z nich.
Zaraz, powiedział? Musiało jej się przesłyszeć. Miała halucynacje wywołane bólem. Przecież to niemożliwe, by…
– Zgi-niesz! – zawołały pomidory chóralnie. – Zgi-niesz! Zgi-niesz! – skandowały.
Kiedy zaatakowały zmasowaną falą, Hanna nie wątpiła, że mówią prawdę.
Mieszka w Lublinie. Publikowała między innymi w „Fantazjach Zielonogórskich” i „Magazynie Biały Kruk”. Jej opowiadanie ukazało się w antologii morskiej „Odmęt” (Planeta Czytelnika 2024), antologii wampirycznej „Martwce” (Planeta Czytelnika 2025) i antologii nordyckiej „Sagasenna” (Planeta Czytelnika 2025). Lubi larpować, strzelać z łuku i podróżować po świecie. Fascynuje się kulturą Japonii, mitologiami i dystopiami. Często przesadza – zazwyczaj rośliny doniczkowe. Od lat zbiera kamienie nieszlachetne i nie ma w tym żadnego umiaru.
