Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tommy Phan, młody pisarz amerykański pochodzenia wietnamskiego, znajduje na schodach swojego domu dziwną szmacianą lalkę. Zaintrygowany, zabiera ją do domu. Wkrótce z wnętrza lalki wyłania się tajemnicza istota przejawiająca wobec niego mordercze zamiary. Rozpoczyna się dramatyczna ucieczka przed siejącym śmierć prześladowcą, który wydaje się niezniszczalny.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 83-7227-177-1
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Oświęcimiu | Galeria Książki
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Barcin im. Jakuba Wojciechowskiego
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 364
Rok wydania: 1999
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TIK-TAK
'Dean IR.
KOONT
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
KOONT
TIK-TAK
Z angielskiego przełożył Jan Kabat
r^_
ŚWIAT KSIĄŻKI
Tytuł oryginału TICKTOCK
Projekt okładki i stron tytułowych Elżbieta Pietras
Redakcja Elżbieta Gepner
Redakcja techniczna Alicja Jabłońska-Chodzeń
Korekta Zofia Skorupińska Maria Włodarczyk
W/91315
Licencyjne wydanie Bertelsmann Media Sp. z za zgodą Wydawnictwa Amber Sp. z o.o.
Copyright © 1996 by Dean R. Koontz Ali rights reserved
Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
Bertelsmann Media Sp. z o.o. dla klubu „Świat Książki" Warszawa 1999
Druk i oprawa w GGP
ISBN 83-7227-177-1 Nr 2189
Gerdzie, z obietnicą plaży, fal i naszego własnego Scootiego
Widzieć, czego nie widzieliśmy, być tym, kim nigdy nie byliśmy, wyjść z poczwarki i poszybować, opuścić ziemię, błękit całować, znów się urodzić, być kimś innym: prawda to jest, czy sen niewinny?
Czy przyszłość naszą można oddzielić od życia, które Bóg nam przydzielił? Czy każdy z nas jest istotą wolną -czy też ofiarą losu bezwolną?
Żal tych, co w drugie wierzą uparcie. Gdy brak wolności, świat nic nie warty.
Księga wszelkich smutków
Jak we śnie tak i na jawie nic nie jest takie jak się wydaje.
Księga wszelkich smutków
Rozdział pierwszy
Tego bezwietrznego listopadowego dnia z bezchmurnego nieba spłynął nagle cień, który prześliznął się po jasnobłękitnej corvetcie. Tommy Phan stał w ciepłym blasku jesiennego słońca obok samochodu, wyciągając dłoń, by wziąć od Jima Shine, sprzedawcy, kluczyki do wozu, gdy poczuł dotknięcie przesuwającego się cienia. Słyszał przez chwilę dziwny hałas, przypominający trzepot oszalałych skrzydeł. Zerknął w górę, spodziewając się, że ujrzy mewę, ale nigdzie nie dostrzegł ptaków.
W niewytłumaczalny sposób zrobiło mu się zimno, jakby ten cień niósł ze sobą chłodny powiew wiatru, ale powietrze było całkowicie nieruchome. Zadrżał, kiedy poczuł na dłoni ostrze lodu, i cofnął rękę akurat wtedy, gdy uświadomił sobie, zbyt późno, że to nie lód, tylko kluczyki. Zdążył skłonić głowę i zobaczyć, jak spadają na chodnik.
- Przepraszam - powiedział i zaczął się schylać.
- Nie, nie. Ja je podniosę - zaprotestował Jim Shine.
Marszcząc brwi, Tommy znów spojrzał w niebo. Nieskazitelny
błękit. I ani śladu jakiegokolwiek latającego stworzenia.
Na najbliższej ulicy rosły palmy o ogromnych liściach, pozbawione jednak gałęzi, na których mogłyby przysiąść jakieś ptaki. Nie było ich także widać na dachu salonu samochodowego.
- Ekscytujące, co? - spytał Shine.
Tommy spojrzał na niego, nieco zdezorientowany.
- Hę?
Shine znów wyciągał dłoń z kluczykami. Przypominał pulchnego chłopca ze szkolnego chóru, o niewinnych, błękitnych oczach. Lecz kiedy mrugnął, jego twarz wykrzywił lubieżny uśmiech, w zamierzeniu komiczny, jednak wprawiający w zakłopotanie, niczym oznaka najczystszego i zazwyczaj skrywanego zepsucia.
- Pierwsza corvetta to jak pierwsza dupa.
Tommy drżał i wciąż odczuwał niewytłumaczalny chłód. Wziął kluczyki. Nie przypominały już lodu.
Błękitna corvetta czekała, gładka i zimna jak wysokogórski strumień ześlizgujący się ze zbocza po wygładzonych kamieniach. Całkowita długość: sto siedemdziesiąt osiem i pół cala. Rozstaw osi: dziewięćdziesiąt sześć i dwie dziesiąte cala. Siedemdziesiąt i siedem dziesiątych cala szerokości, czterdzieści sześć i trzy dziesiąte wysokości, prześwit między zawieszeniem a nawierzchnią drogi minimum cztery i dwie dziesiąte cala.
Tommy znał dane techniczne tego wozu lepiej niż jakikolwiek kaznodzieja Biblię. Był Amerykaninem wietnamskiego pochodzenia; Ameryka była jego religią, autostrada - kościołem, a corvetta - świętym naczyniem, z którego miał otrzymać komunię.
Choć Tommy nie był pruderyjny, poczuł się nieco zakłopotany, kiedy Shine użył takiego porównania. Co najmniej przez chwilę corvetta była czymś lepszym niż jakakolwiek zabawa w łóżku, bardziej podniecającym, czystszym, samym wcieleniem szybkości, wdzięku i wolności.
Tommy potrząsnął miękką, lekko spoconą dłonią sprzedawcy i wśliznął się na siedzenie kierowcy. Trzydzieści sześć i pół cala dla głowy. Czterdzieści dwa dla nóg.
Serce waliło mu jak młotem. Nie było mu już zimno. Prawdę mówiąc, czuł na twarzy rumieniec.
Zdążył już podłączyć telefon komórkowy. Corvetta należała do niego.
Shine, uśmiechając się szeroko, nachylił się do okna samochodu i powiedział:
- Nie jesteś już zwykłym śmiertelnikiem.
Tommy uruchomił silnik. V8 w układzie widlastym. Blok odlany z jednego kawałka stopu. Głowice aluminiowe z hydraulicznymi popychaczami.
Jim Shine podniósł głos.
- Już nie jesteś jak inni ludzie. Teraz jesteś bogiem.
Tommy wiedział, że Shine naśmiewa się dobrotliwie z kultu
czterech kółek — a jednak niemal wierzył, że to, co mówi sprzedawca, jest prawdą. Siedząc za kierownicą corvetty, świadomy spełnienia dziecięcego marzenia, zdawał się pysznić mocą samochodu.
Nie wrzucając biegu, wcisnął pedał gazu. Silnik odpowiedział gardłowym pomrukiem. Trzysta koni mechanicznych.
Shine wyprostował się i stanął obok samochodu.
- Baw się dobrze.
- Dzięki, Jim.
Tommy Phan odjechał spod salonu Chevroleta i ruszył w kalifornijskie popołudnie, tak błękitne i pulsujące obietnicą, że człowiek niemal wierzył, iż będzie żyd wiecznie. Nie mając nic lepszego do roboty, jak tylko cieszyć się corvettą, skierował się na zachód, do Newport Beach, a potem na południe, słynną Pacific Coast Highway, mijając wielkie przystanie pełne jachtów, a potem jadąc przez Corona Del Mar, wzdłuż nowo zabudowanych wzgórz, zwanych Newport Coast. Po prawej stronie widniały plaże z łagodnymi falami i oceanem, na którym tańczył blask słońca. Słuchał stacji nadającej stare przeboje - Beach Boysów, Everly Brothers, Chucka Berry'ego, Little Richarda i Roya Orbisona.
Na skrzyżowaniu w Laguna Beach zatrzymał się obok innej corvetty: sting ray, klasyczny model z roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego trzeciego w kolorze srebra, o przypominającym dziób łodzi bagażniku i przedzielonym listwą tylnym oknie. Kierowca, typ podstarzałego surfingowca o blond włosach i wielkich jak u morsa wąsach, spojrzał na błękitną corvettę i Tom-my'ego. Tommy wykonał gest kciukiem i palcem wskazującym złączonymi w kółko, dając nieznajomemu do zrozumienia, że uważa jego wóz za doskonałą maszynę. Mężczyzna odpowiedział uśmiechem i podniesieniem kciuka. Tommy poczuł się jak członek tajnego sprzysiężenia.
Wraz ze zbliżającym się końcem wieku niektórzy twierdzili, że amerykański sen już się prześnił, a kalifornijski zmierzał ku przebudzeniu. Jednak tego wspaniałego jesiennego popołudnia oczy Tommy'ego jaśniały blaskiem tych wszystkich obietnic, które składała Ameryka i Kalifornia.
Szybko zapomniał o nagłym cieniu i niezrozumiałym chłodzie.
Jechał przez Laguna Beach i Dana Point do San Clemente, gdzie w końcu skręcił i, przynaglany zapadającym zmrokiem, znów skierował się na północ. Krążył bez celu. Nabierał wyczucia wozu. Ważąca trzy tysiące dwieście dziewięćdziesiąt osiem funtów maszyna, nisko zawieszona i mocna, doskonale trzymała się nawierzchni, zapewniając kierowcy intymną bliskość drogi
i nieporównywalne z niczym posłuszeństwo sportowego samochodu. Jechał trzypasmowymi ulicami, wijącymi się przez dzielnice domów jednorodzinnych, tylko po to, by przekonać się, że promień skrętu corvetty wynosi zgodnie z obietnicą czterdzieści stóp.
Wjeżdżając do Dana Point, tym razem wyjątkowo od południowej strony, zgasił radio, podniósł słuchawkę telefonu komórkowego i zadzwonił do swojej matki, która mieszkała w Huntington Beach. Odebrała po drugim sygnale i zaczęła mówić po wietnamsku, choć wyemigrowała z ojczyzny dwadzieścia dwa lata temu, tuż po upadku Sajgonu, kiedy Tommy miał zaledwie osiem lat. Kochał ją, choć czasem doprowadzała go do szału.
- Cześć, mamo.
- Tuong? - spytała.
- Tommy - poprawił ją, gdyż nie używał wietnamskiego imienia już od wielu lat. Phan Tran Tuong stał się dawno temu Tommym Phanem. Nie wstydził się rodziny, ale czuł się teraz o wiele bardziej Amerykaninem niż Wietnamczykiem.
Matka wydała z siebie długie, pełne cierpienia westchnienie, ponieważ znów musiała przejść na angielski. W rok po przyjeździe z Wietnamu Tommy nalegał, by mówili tylko w tym języku; jeszcze jako mały dzieciak chciał uchodzić za rodowitego Amerykanina.
- Ty śmiesznie mówić - zauważyła. Miała ciężki akcent.
- To przez telefon komórkowy.
- Jaki telefon?
- Telefon w samochodzie.
- A po co potrzebować telefon w samochodzie, Tuong?
- Tommy. Jest poręczny, nie dałbym sobie bez niego rady. Posłuchaj, mamo. Zgadnij, co...
- Telefony samochodowe dla wielkich gości.
- Już nie. Wszyscy je mają.
- Ja nie mam. Dzwonić i jechać - zbyt niebezpieczne.
Tommy westchnął i uświadomił sobie z leciutkim niepokojem,
że jego westchnienie brzmi identycznie jak matczyne.
- Nigdy nie miałem wypadku, mamo.
- Będziesz miał — stwierdziła zdecydowanym tonem.
Nawet posługując się jedną ręką, był w stanie bez trudu
prowadzić corvettę po długich, prostych odcinkach i szerokich łukach Coast Highway. Wspomaganie kierownicy. Napęd na tylne koła. Automatyczne przeniesienie napędu. Dosłownie płynął po jezdni.
- Tuong, nie widzieć cię od wieków - matka zmieniła temat.
- Spędzamy razem niedziele, mamo, a jest dopiero czwartek.
Chodzili w niedzielę do kościoła. Jego ojciec urodził się jako
katolik, a matka nawróciła się przed ślubem, jeszcze w Wietnamie, lecz wciąż w jej salonie stał niewielki czerwony buddyjski ołtarzyk. Leżały na nim zazwyczaj świeże owoce, a z ceramicznych pojemników sterczały kadzidlane pałeczki.
- Przyjeżdżać na kolację? - spytała.
- Dziś wieczór? O rany, nie, nie mogę. Widzisz, właśnie...
- Będzie com tay cam.
- ...właśnie kupiłem...
- Nie pamiętać, co to jest com tay cam, a może zapomnieć, jak gotować twoja matka?
- Oczywiście, że wiem, co to jest, mamo. Kurczak z ryżem przyrządzany w glinianym garnku. Pyszne.
- Być jeszcze krewetki i zupa z wodorostów. Pamiętać krewetki i wodorosty?
- Pamiętam, mamo.
Nad wybrzeże nadciągała noc. Na wschodzie, gdzie ląd się podnosił, widać było czarne, usiane gwiazdami niebo. Na zachodzie rozciągał się ocean, który przy linii brzegu, poznaczonego pasemkami spienionych fal, miał barwę atramentu, przechodzącą w indygo bliżej horyzontu, tam gdzie ostatnie ostrze krwawego blasku oddzielało wodę od nieba.
Krążąc w zapadającej ciemności, Tommy czuł się jednak trochę jak bóg, co przepowiedział Jim Shine. Ale nie cieszył się z tego powodu, gdyż w tym samym czasie czuł się też jak bezmyślny i niewdzięczny syn.
- Także pieczony seler z marchewką, kapustą i orzeszkami - bardzo smaczne. Mój sos nuoc mam - dorzuciła matka.
- Robisz najlepszy nuoc mam i com tay cam na świecie, ale...
- A może mieć tam w samochodzie razem z tym telefonem wok i jechać, i gotować jednocześnie?
- Mamo, kupiłem nową corvettę! - wypalił zdesperowany.
- Kupić telefon i corvettę?
- Nie, telefon mam od lat. Ale...
- Co to jest ta corvetta?
- Wiesz, mamo. Samochód. Sportowy samochód.
- Kupować sportowe samochody?
- Pamiętasz, zawsze mówiłem, że jak mi się poszczęści któregoś dnia...
- Jaki sport?
- Hę?
- Futbol?
Matka była uparta i bardziej konserwatywna od królowej brytyjskiej, miała też swoje nawyki, ale nie była tępa czy niedouczona. Wiedziała doskonale, co to jest sportowy samochód, i co to jest corvetta, gdyż ściany synowskiej sypialni były wy tapetowane zdjęciami tej maszyny. Wiedziała też, co dla Tommy'ego znaczy posiadanie corvetty, co ona symbolizuje; wyczuwała, że w tym wozie Tommy oddala się coraz bardziej od swoich korzeni, i nie pochwalała tego. Nie miała jednak zwyczaju robić awantur i strofować syna, uznała więc, że najlepiej wyrazi dezaprobatę, kiedy będzie udawać, że jego samochód i zachowanie w ogóle są dziwaczne i przekraczają zdolność jej pojmowania.
- Baseball? - spytała.
- Ten kolor jest określany jako „jasny aqua metalik". Jest piękny, mamo, bardzo przypomina barwę tego wazonu, który stoi na kominku w twoim salonie. Ma...
- Drogi?
- Hę? No cóż, owszem, ale to naprawdę dobry wóz. To znaczy... nie kosztuje tyle co mercedes...
- Wszyscy dziennikarze jeździć corvettami?
- Dziennikarze? Nie, ja...
- Wydać wszystko na samochód, spłukać się?
- Nie, nie. Nigdy bym...
- Jak się spłukać, to nie iść do opieki społecznej.
- Nie jestem spłukany, mamo.
- Jak się spłukać, to zamieszkać z powrotem w domu.
- To nie będzie konieczne, mamo.
- Rodzina zawsze tutaj.
Tommy poczuł się jak śmieć. Choć nie zrobił nic złego, miał nieprzyjemne wrażenie, że nadjeżdżające z naprzeciwka wozy obnażają go swoimi reflektorami, jak ostro świecące, policyjne lampy w pokoju przesłuchań, i że on, Tommy, próbuje ukryć jakąś zbrodnię.
Westchnął i skierował corvettę na prawy pas, włączając się do powolniejszego ruchu. Nie był w stanie dobrze prowadzić wozu, rozmawiając jednocześnie przez telefon komórkowy i tocząc pojedynek słowny z niezmordowaną matką.
- Gdzie twoja toyota? — spytała.
- Stanowiła część zapłaty za corvettę.
- Twoi koledzy jeździć toyota. Honda. Ford. Nigdy nie widzieć żadnego dziennikarza jechać corvettą.
- Wydawało mi się, że nie wiesz, co to jest corvetta.
- Wiem - odparła. - O tak, wiem. - Dokonała nagłego zwrotu o sto osiemdziesiąt stopni, co potrafią tylko matki, bez ryzyka, że przy okazji coś sobie nadwerężą. - Lekarze jeździć corvettą. Zawsze mądry, Tuong, dobre stopnie w szkole, mogłeś być doktorem.
Czasem miał wrażenie, że większość jego wietnamsko-amery-kańskich rówieśników studiuje medycynę albo już praktykuje. Dyplom lekarza był symbolem asymilacji i prestiżu, i wietnamscy rodzice nakłaniali swoje dzieci do medycznej profesji z takim samym zapałem, jak kiedyś żydowscy. Tommy, który ukończył studia dziennikarskie, nigdy nie byłby zdolny do usunięcia komuś wyrostka robaczkowego czy przeprowadzenia operacji kardiologicznej, a tym samym na zawsze pozostał kimś, kto stanowi dla ojca i matki powód do rozczarowania.
- I tak już nie jestem dziennikarzem, mamo, i to nie od wczoraj. Jestem teraz powieściopisarzem, nie dziennikarzem na pół etatu.
- Żadna praca.
- Sam się zatrudniam.
- Śmieszna nazwa żadnej pracy - nie ustępowała, choć ojciec Tommy'ego prowadził rodzinną piekarnię wraz z dwoma jego braćmi, którzy też nie zostali lekarzami.
- Ostatni kontrakt, jaki podpisałem...
- Wszyscy czytać gazety. Kto czytać książki?
- Mnóstwo ludzi.
- Kto?
- Ty je czytasz.
- Nie książki o jakichś zwariowanych detektywach z pistoletem w każdej kieszeni, co jeździć samochodami jak szaleńcy, bić się, pić whisky, gonić blondynki.
- Mój detektyw nie pije whisky...
- Powinien się ustatkować, ożenić z miłą wietnamską dziewczyną, mieć dzieci, stałą pracę, utrzymywać rodzinę.
- To nudne, mamo. Nikt nie miałby ochoty czytać o takim detektywie.
- Ten detektyw z twoich książek... to on ożenić się z blondyną, złamać serce swojej matki.
- To wilk samotnik. Nigdy się nie ożeni.
- To też złamać serce swojej matki. Kto chcieć czytać książki o matkach ze złamanym sercem? Zbyt smutne.
Tommy, zniecierpliwiony, stwierdził:
- Mamo, dzwoniłem tylko, żeby ci powiedzieć o corvetcie i...
- Ty przyjechać na kolację. Kurczak w glinianym garnku i ryż lepsze niż paskudne cheeseburgery.
- Dziś nie mogę, mamo. Jutro.
- Za dużo cheeseburgerów i frytek, ty niedługo wyglądać jak wielki, tłusty cheeseburger.
- Rzadko to jadam, mamo. Pilnuję diety i...
- Jutro na kolację tosty z krewetkami. Kałamarnica nadziewana wieprzowiną. Ryż. Kaczka z nuoc cham.
Tommy poczuł, jak ślina napływa mu do ust, ale nigdy by się do tego nie przyznał, nawet gdyby znalazł się w rękach oprawców dysponujących licznymi narzędziami perswazji.
- OK, przyjadę jutro, a po kolacji zabiorę cię na przejażdżkę corvettą.
- Wziąć ojca. Może lubić szybkie wozy. Ja nie. Ja prosta osoba.
- Mamo...
- Ale twój ojciec dobry człowiek. Nie wsadzać go do sportowego wozu, żeby pić whisky, bić się, gonić blondynki.
- Zrobię co w mojej mocy, żeby go nie zdeprawować, mamo.
- Do widzenia, Tuong.
- Tommy - poprawił ją, ale zdążyła już odłożyć słuchawkę.
Boże, jak ją kochał.
Boże, jak go doprowadzała do wściekłości.
Jechał przez Laguna Beach, wciąż podążając na północ.
Ostatnie czerwone ostrza blasku słonecznego zanikały. Zraniona noc na zachodzie już zdrowiała, od nieba po ocean, i cały świat pokrywał się ciemnością. Jedyny jaśniejszy akcent w tej czerni stanowiła nienaturalna poświata nad domami na wschodnich wzgórzach, a także odbicia świateł samochodów i ciężarówek pędzących wzdłuż wybrzeża. Błyski przednich i tylnych reflektorów wydały się nagle szalone i złowieszcze, jakby wszyscy kierowcy tych pojazdów pędzili na spotkanie z jakimś diabelskim stworem.
Tommy poczuł łagodne drżenie, a po chwili wstrząsnęła nim cała seria znacznie silniejszych dreszczy, które sprawiły, że zaczął szczękać zębami.
Jako powieściopisarz nigdy nie stworzył sceny, w której bohater dzwoni zębami, gdyż zawsze uważał, że to wyświechtany
banał; co ważniejsze, uważał, że w opisie takim nie byłoby ani krzty prawdy, ponieważ tak silne dreszcze są fizycznie niemożliwe. W ciągu swoich trzydziestu lat życia nigdy, nawet przez jeden dzień, nie przebywał w chłodnym klimacie, nie zaznał więc nigdy skutków złej pogody. Co prawda bohaterowie książek dzwonili zwykle zębami nie z zimna, tylko ze strachu, a Tommy Phan wiedział o nim sporo. Jako mały chłopiec uciekał z Wietnamu wraz z rodzicami i braćmi w dziurawej łodzi, przez Morze Południowochińskie. Groziła im straszliwa napaść ze strony tąjskich piratów, którzy zgwałciliby kobiety i zabili każdego, gdyby tylko zdołali wejść na pokład. Tommy odczuwał wtedy potworny strach, ale nie bał się aż tak bardzo, by zęby dzwoniły mu jak kastaniety.
Teraz dzwoniły. Zacisnął je, aż poczuł pulsowanie w szczękach, i dzięki temu opanowywał drżenie. Ale gdy tylko rozluźnił mięśnie, wszystko zaczynało się na nowo.
Chłód listopadowego wieczoru nie przeniknął jeszcze do wnętrza corvetty. Dreszcz, który trzymał go w swych kleszczach, był wywołany, o dziwo, jakąś wewnętrzną przyczyną, ale Tommy i tak włączył ogrzewanie.
Gdy doznał kolejnego ataku wstrząsów, przypomniał sobie to, co zdarzyło się wcześniej na parkingu przed salonem samochodowym: przelotny cień i ani śladu chmury czy ptaka, który mógłby go rzucić, głęboki chłód przypominający wiatr, który nie poruszył niczym prócz niego.
Oderwał wzrok od drogi i spojrzał na niebo, jakby mógł dostrzec na nim jakiś niewyraźny kształt, przemykający przez ciemność nad jego głową.
Jaki znów kształt, na litość boską?
- Straszysz mnie, Tommy - powiedział głośno. Potem roześmiał się oschle. - A teraz jeszcze gadasz sam do siebie.
Oczywiście, na niebie nie czaiło się nic groźnego.
Zawsze miał bujną wyobraźnię, dzięki czemu pisanie przychodziło mu łatwo. Być może urodził się już z silną skłonnością do fantazjowania - albo też jego inwencję rozbudził niewyczerpany zasób ludowych przypowieści, którymi zabawiała go i kołysała do snu matka, gdy był małym chłopcem, jeszcze w czasach wojny. Komuniści tak zawzięcie walczyli wtedy o Wietnam, bajkową krainę Mewy i Lisa. Kiedy wilgotne, ciepłe noce południowo-wschodniej Azji rozbrzmiewały ogniem broni maszynowej i pulsowały odległym grzmotem moździerzy i bomb, rzadko odczuwał strach, ponieważ łagodny głos matki wprowadzał go w czarodziejski świat duchów, bogów i zjaw.
Teraz, odrywając wzrok od nieba i znów spoglądając na drogę, Tommy Phan przypomniał sobie opowieść o Le Loi, rybaku, który zarzucił w morzu sieci i wyciągnął z jego głębin magiczny miecz, podobny do lśniącego arturiańskiego Excalibura, a także Magiczny klejnot kruka, Poszukiwanie szczęśliwej ziemi i Niezwykłą kuszę, w której to przypowieści biedna księżniczka My Chau zdradziła swego dobrego ojca z miłości do ukochanego męża i zapłaciła straszliwą cenę. Potem Kraby Da-Trang, Dziecko śmierci i wiele innych.
Zazwyczaj, gdy coś przypomniało mu jedną z legend opowiadanych przez matkę, nie mógł powstrzymać się od uśmiechu i czuł ogarniający go spokój, jakby ona sama właśnie się pojawiła i wzięła go w ramiona. Tym razem jednak te opowieści nie przyniosły ukojenia. Wciąż był niespokojny i odczuwał chłód pomimo strumienia ciepłego powietrza płynącego z nawiewu.
Dziwne.
Włączył radio, mając nadzieję, że jakiś stary, dobry rock and roli poprawi mu nastrój. Musiał chyba trącić niechcący przycisk i zgubić stację, której wcześniej słuchał, gdyż teraz nie było słychać nic prócz cichego szmeru, nie jednostajnego, lecz przypominającego odległy grzmot wody toczącej się strumieniami po kamienistym zboczu.
Oderwał na moment wzrok od drogi i wcisnął selektor stacji. Na elektronicznym wyświetlaczu natychmiast zmieniły się cyferki, ale z głośników nie popłynęła muzyka, tylko odgłos wody, tryskającej i przewalającej się, pełen grzmotu, ale i szeptu.
Wcisnął inny przycisk. Cyferki znów się zmienify, jednak dźwięk pozostał ten sam.
Spróbował z trzecim przyciskiem, bez powodzenia.
- No, świetnie. Wspaniale.
Jeździł tym samochodem zaledwie od kilku godzin, a już zdążyło się zepsuć radio.
Klnąc pod nosem, manipulował przy odbiorniku. Miał nadzieję znaleźć Beach Boysów, Roya Orbisona, Sama Cooke'a, Isley Brothers albo nawet któregoś ze współczesnych wykonawców, jak Juliannę Hatfield czy może Hootie and the Blowfish. Do diabła, niech to nawet będzie jakaś polka.
Na całym zakresie fal, od AM do FM, szum wody zagłuszył wszelką muzykę, jakby jakaś ogromna fala zalała wszystkie stacje wzdłuż Zachodniego Wybrzeża.
Kiedy próbował wyłączyć radio, dźwięk rozbrzmiewał nadal. Tommy był przekonany, że wcisnął właściwy guzik. Zrobił to jeszcze raz, bez rezultatu.
Charakter tego dźwięku zaczął się stopniowo zmieniać. Plusk--stukot-bulgot-szum-grzmot nie przypominał teraz spadającej wody, był raczej odgłosem dalekiego tłumu, wznoszącego okrzyki radości i skandującego; a może było to odległe, pełne gniewu szemranie niszczycielskiej tłuszczy.
Z bliżej nieokreślonych powodów Tommy Phan był zaniepokojony charakterem tej dziwacznej i nieharmonijnej serenady. Stukał w inne przyciski.
Głosy. Niewątpliwie głosy. Setki, może nawet tysiące. Głosy mężczyzn, kobiet, cieniutkie głosiki dzieci. Wydawało mu się, że słyszy pełne rozpaczy łkania, wołania o pomoc, krzyki przerażenia, gniewne pomruki - monumentalny, a jednak przytłumiony dźwięk, jakby niesiony echem przez rozległą zatokę czy dochodzący z czarnej otchłani.
Głosy przyprawiały o dreszcz - ale były też dziwnie wabiące, niemal hipnotyczne. Zorientował się, że wpatruje się w radio zbyt długo, rozprasza się, jednak ilekroć podnosił wzrok, udawało mu się skupić uwagę na drodze tylko przez kilka sekund, a potem znów kierował oczy na łagodnie świecący odbiornik.
A teraz, zza tego przytłumionego pomruku wielotysięcznej rzeszy, dobiegł niecierpliwy, basowy głos... kogoś innego... głos nieskończenie dziwny, władczy i rozkazujący. Był niski, ochrypły, prawie nieludzki, i wypluwał niezrozumiałe słowa jak grudki flegmy.
Nie. Dobry Boże w niebiosach, wyobraźnia płatała mu figle. To, co płynęło ze stereofonicznych głośników, było tylko szumem, zwykłym dźwiękiem, elektronicznym bełkotem.
Pomimo chłodu, który wciąż go prześladował, Tommy poczuł na czole i skroniach nagłe ukłucie kropelek potu. Dłonie też miał wilgotne.
Był przekonany, że zdążył już wcisnąć każdy przycisk na panelu radia. Jednak widmowy chór wciąż zawodził swą pieśń.
- Do diabła!
Zwinął prawą dłoń w pięść. Uderzył jej wierzchem w odbiornik, nie na tyle mocno, by się skaleczyć, ale by wcisnąć jednocześnie trzy czy cztery przyciski.
Z każdą upływającą sekundą gardłowe i zniekształcone słowa wypowiadane przez ten dziwny głos stawały się coraz wyraźniejsze, jednak Tommy wciąż nie mógł ich zrozumieć.
Jeszcze raz uderzył pięścią w odbiornik i usłyszał ze zdziwieniem własny, stłumiony okrzyk rozpaczy, który wyrwał mu się z gardła. W końcu, choć dźwięk dobiegający z głośników był irytujący, nie stanowił dla niego zagrożenia.
Czyżby?
Gdy zadawał sobie to pytanie, ogarnęło go irracjonalne przekonanie, że nie wolno mu słuchać tego szumu, że musi zasłonić sobie uszy dłońmi, że znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, jeśli zrozumie choć jedno słowo z tego, co dochodzi z radia. A jednak przewrotnie natężał słuch, by wyłowić jakiś sens z tego chaosu dźwięków.
- ...Phan...
To jedno słowo było niezaprzeczalnie wyraźne.
- ...Phan Tran...
Odrażający, przytłumiony flegmą głos mówił nieskazitelnie po wietnamsku.
- ...Phan Tran Tuong...
Imię Tommy'ego. Zanim je zmienił. Jego imię z Ziemi Mewy i Lisa.
- ...Phan Tran Tuong...
Ktoś go wołał. Najpierw z daleka, ale teraz z coraz mniejszej odległości. Szukał kontaktu. Połączenia. W głosie wyczuwało się jakiś... głód.
Zimno, niczym pełzające pająki, przenikało coraz głębiej, tkając pajęczynę lodu wokół jego kości.
Uderzył w radio po raz trzeci, tym razem mocniej, i odbiornik nagle zamilkł. Słychać było tylko warkot silnika, szum opon i ciężki łomot jego serca.
Lewa dłoń Tommy'ego, śliska od potu, zsunęła się z kierownicy. Poderwał głowę w chwili, gdy corvetta zjechała z szosy. Prawe przednie koło - potem tylne - zachrzęściło na poboczu. Strumienie żwiru uderzały ze świstem i grzechotem o podwozie. W świetle reflektorów zamajaczył porośnięty chwastami rów odpływowy, a suche krzewy drapały bok samochodu po stronie pasażera.
Tommy chwycił kierownicę obiema śliskimi od potu dłońmi i skręcił w lewo. Wóz szarpnął i zadrżał, wjeżdżając z powrotem na jezdnię.
Z tyłu rozległ się pisk hamulców. Zerknął w lusterko i poczuł, jak kłuje go w oczy światło reflektorów. Z wyciem klaksonu wyprzedził go ford explorer, unikając kolizji tylko o kilka cali. Wóz był tak blisko, że Tommy spodziewał się lada chwila zgrzytu rozdzieranego metalu. Ale po chwili ford oddalił się na bezpieczną odległość, tylne światła niknęły w ciemności.
Znów panując nad corvettą, Tommy zamrugał, by pot nie zalewał mu oczu, i przełknął z wysiłkiem. W ustach czuł kwaśny smak. Pogorszył mu się wzrok. Był zdezorientowany, jakby ocknął się z chorobliwego snu.
Choć przytłumiony flegmą głos dobiegający z radia przeraził go zaledwie kilka chwil wcześniej, Tommy nie był już taki pewien, że naprawdę usłyszał swoje imię wypowiedziane na falach eteru. Gdy wróciła mu nagle ostrość widzenia, zaczął się zastanawiać, czy i jego umysł nie został na chwilę przyćmiony. Łatwiej przyjmował do wiadomości możliwość ataku epilepsji, niż wierzył, że jakaś nadprzyrodzona istota dotarła do niego przez tak prozaiczne medium jak odbiornik w sportowym wozie. Może doznał nawet przejściowego udaru mózgowego, niewytłumaczalnego, lecz na szczęście krótkiego zaburzenia dopływu krwi do mózgu, co zdarzyło się minionej wiosny Salowi Delario, przyjacielowi i koledze po fachu.
Czuł teraz ból głowy, umiejscowiony nad prawym okiem. I było mu niedobrze.
Jadąc przez Corona Del Mar, nie przekraczał dozwolonej szybkości, gotów podjechać do krawężnika i zatrzymać wóz, gdyby znów pogorszył mu się wzrok... albo gdyby znów zaczęło dziać się coś dziwnego.
Zerkał nerwowo na radio. Nadal milczało.
Z każdą mijaną przecznicą strach stopniowo go opuszczał, ale na jego miejsce wkradała się depresja. Wciąż bolała go głowa i było mu niedobrze, ale teraz na dodatek czuł się wydrążony w środku, szary, zimny i pusty.
Znał dobrze tę pustkę. To było poczucie winy.
Prowadził swoją własną corvettę, samochód, któremu nie dorównywał żaden inny, najwyższe osiągnięcie amerykańskiej techniki, spełnienie chłopięcego marzenia, więc powinien być pogodny, radosny, ale on z wolna zanurzał się w jakimś morzu zwątpienia. Gdzieś pod nim rozciągała się emocjonalna otchłań.
Czuł się winny, że źle traktuje matkę, co było śmieszne, bo przecież ją szanował. Niezmiennie. Zdarzało mu się, co prawda, tracić z jej powodu cierpliwość i teraz myślał z bólem, że być może dosłyszała to w jego głosie. Nie chciał ranić jej uczuć. Nigdy. Ale czasem wydawało się, że ona tak beznadziejnie tkwi w przeszłości, uparcie i głupio przywiązana do swoich nawyków. Tommy martwił się jej niemożnością zasymilowania się z amerykańską kulturą. Kiedy przebywał w towarzystwie swoich przyjaciół - rodowitych Amerykanów, ciężki, wietnamski akcent matki irytował go, podobnie jak to, że zawsze trzymała się
0 jeden krok w tyle za ojcem. „Mamo, to są Stany Zjednoczone" - mówił jej. „Wszyscy są równi, nikt nie jest lepszy od innych, kobiety są tyle samo warte co mężczyźni. Nie musisz pozostawać w niczyim cieniu". Uśmiechała się wtedy jak do bardzo kochanego, ale nieco tępego syna, i mówiła: „Ja nie chodzić w cieniu, żeby musieć, Tuong. Chodzić w cieniu, bo tak chcieć". Tommy, zniecierpliwiony, tłumaczył: „Ale to źle". A ona, wciąż obdarzając go tym miłym, doprowadzającym do furii uśmiechem, upierała się przy swoim. „W tych Stanach Zjednoczonych źle okazywać szacunek? Źle okazywać miłość?" Tommy nigdy nie umiał wygrywać w tych bataliach, ale próbował: „Nie, ale można to robić inaczej". Posyłała mu chytre spojrzenie
1 kończyła dyskusję dobitnym stwierdzeniem: „A niby jak - wysłać kartkę z życzeniami?" Teraz, prowadząc wymarzoną corvettę, która sprawiała mu niewiele więcej przyjemności niż rozklekotany i kupiony okazyjnie pikap, Tommy czuł w środku chłód i czczość, a na twarzy rumieniec wstydu wywołany niemożnością zaakceptowania matki takiej, jaką była.
Tylko jedna rzecz jest ostrzejsza niż ząb węża - niewdzięczne dziecko.
Tommy Phan, niedobry syn. Prześlizguje się przez kalifornijską noc. Podły, nikczemny, niezdolny do miłości.
Zerknął w lusterko, niemal pewien, że ujrzy w swej twarzy parę połyskujących, gadzich oczu.
Wiedział naturalnie, że pławienie się w poczuciu winy jest niemądre. Czasem spodziewał się po rodzicach zbyt dużo, ale wykazywał więcej rozsądku od matki. Kiedy nosiła swoje ao dais, jeden z tych luźnych strojów składających się z bluzy i spodni, który wydawał się w tym kraju równie nie na miejscu jak szkocka spódniczka, sprawiała wrażenie takiej maleńkiej, jak dziewczynka w matczynym ubraniu, ale nie było w niej niczego bezbronnego. Trzezwa, o stalowej woli, potrafiła zachowywać się jak mały tyran, kiedy tylko chciała. Potrafiła sprawić, że jedno spojrzenie pełne dezaprobaty bolało bardziej niż smagnięcie biczem.
Te nieprzyjemne myśli, od których nie mógł się uwolnić, przeraziły Tommy'ego, a twarz oblał mu jeszcze silniejszy rumieniec wstydu. Podejmując straszne ryzyko, wielkim kosztem, matka i ojciec Tommy'ego zabrali go - a wraz z nim braci i siostrę - z Ziemi Mewy i Lisa, spod bezlitosnej pięści komunistycznej władzy, do tej krainy nieograniczonych możliwości, i za to powinien ich szanować i kochać.
- Jestem egoistycznym śmieciem - powiedział głośno. - Zwykłym draniem, ot co.
Zatrzymując się na granicy między Corona Del Mar a Newport Beach, pogrążył się jeszcze bardziej w morzu smutku i wyrzutów sumienia.
Umarłby, gdyby przyjął jej zaproszenie na kolację? Przyrządziła zupę z krewetek i wodorostów, com tay cam i smażone warzywa z sosem nuoc mam - jego trzy ulubione potrawy z dzieciństwa. Harowała w kuchni, mając nadzieję, że nakłoni go do odwiedzin, a on ją odtrącił, rozczarował. Nie było dla niego usprawiedliwienia, zwłaszcza że nie widział matki i ojca już od tygodni.
Nie. To nie tak. To ona powiedziała: „Tuong, nie widziałam cię od tygodni". Kiedy rozmawiał z nią przez telefon, przypomniał jej, że to dopiero czwartek i że spędzili razem niedzielę. Nie minęło kilka minut, a już podzielał jej urojoną teorię o porzuceniu rodziców!
Nagle odniósł wrażenie, że matka uosabia wszystkich stereotypowych złoczyńców ze starych filmów i książek wietnamskich: była równie chytra jak Ming, równie podstępna jak Fu Manchu.
Zamrugał, widząc przed sobą czerwone światło. Był przerażony, że nachodzą go tak wstrętne myśli o własnej matce. Zyskał tylko potwierdzenie: był świnią.
Tommy Phan chciał ponad wszystko być Amerykaninem; nie Amerykaninem wietnamskiego pochodzenia, po prostu Amerykaninem. Ale przecież nie musiał wyrzekać się swojej rodziny, nie musiał być niegrzeczny i podły wobec swej ukochanej matki, by osiągnąć ten pożądany status Amerykanina z krwi i kości.
Ming, bezlitosny stwór. Fu Manchu, Żółte Niebezpieczeństwo. Dobry Boże, stał się zawziętym bigotem. Zdaje się, że zaczynał wierzyć w biel swojej skóry.
Spojrzał na dłonie spoczywające na kierownicy. Miały kolor wypolerowanego brązu. Patrzył w lusterko i studiował ciemne, azjatyckie oczy, zastanawiając się, czy nie grozi mu zmiana prawdziwej tożsamości na fałszywą.
Fu Manchu.
Jeśli przychodziły mu do głowy takie rzeczy o własnej matce, to równie dobrze mógłby coś chlapnąć w jej obecności. Byłaby zdruzgotana. Na samą myśl o tym poczuł taki strach, że zabrakło mu tchu, usta zrobiły się suche jak pieprz, i nie był w stanie wydusić słowa przez zaciśnięte gardło. Okazałby więcej życzliwości, gdyby wyjął rewolwer i zastrzelił ją. Wypalił w samo serce.
A więc takim był synem. Synem, który strzela matce w serce słowami.
Światła zmieniły się z czerwonych na zielone, ale Tommy nie był w stanie od razu zdjąć nogi z pedału hamulca. Sparaliżował go straszliwy ciężar pogardy, jaką do siebie odczuwał.
Stojący za corvettą wóz zaczął trąbić.
- Chcę tylko żyć własnym życiem - powiedział żałośnie, kiedy w końcu przejechał skrzyżowanie.
Za dużo do siebie ostatnio mówił. Napięcie, jakiego wymagało życie po swojemu, i konieczność bycia dobrym synem doprowadzały go do obłędu.
Sięgnął po telefon, by zadzwonić do matki i spytać, czy zaproszenie na kolację jest wciąż aktualne.
„Telefony komórkowe dla wielkich gości".
„Już nie. Wszyscy je mają".
„Ja nie. Dzwonić i prowadzić zbyt niebezpieczne".
„Nigdy nie miałem wypadku, mamo".
„Będziesz miał".
Słyszał jej głos tak wyraźnie, jakby wypowiadała' te słowa właśnie teraz. Cofnął rękę z telefonu.
Po zachodniej stronie Pacific Coast Highway znajdowała się restauracja w stylu lat pięćdziesiątych. Pod wpływem jakiegoś impulsu wjechał na parking skąpany w czerwonym blasku neonu.
Wnętrze wypełniał aromat cebuli, hamburgerów skwierczących na grillu i marynat. Tommy usadowił się w boksie wyłożonym czerwonym winylem i zamówił cheeseburgera, frytki i czekoladowego shake'a.
W jego umyśle rozległ się głos matki: „Kurczak w glinianym garnku i ryż lepsze niż paskudny cheeseburger".
- Niech będą dwa cheeseburgery - poprawił Tommy, kiedy kelnerka skończyła przyjmować zamówienie i zamierzała się oddalić.
- Przepadł panu lunch, co? - zagadnęła.
„Za dużo cheeseburgerów i frytek, niedługo wyglądać jak wielki cheeseburger".
- I plasterki cebuli - powiedział zdecydowanym głosem Tommy, przekonany, że dalej na północ, w Huntington Beach, jego matka aż się skręca, uświadamiając sobie telepatycznie jego zdradę.
- Lubię mężczyzn z dużym apetytem - zauważyła kelnerka.
Była szczupłą, niebieskooką blondynką o zadartym nosku
i różowej cerze - z rodzaju tych, które widywała w sennych koszmarach jego matka.
Tommy zastanawiał się, czy go podrywa. Uśmiechała się zachęcająco, lecz z drugiej strony jej uwaga na temat apetytu mogła być zupełnie niewinna. Cheeseburgery, owszem, ale nie cheeseburgery i blondynka.
Zdołał tylko wykrztusić:
- Proszę o więcej sera i dużo cebuli.
Nałożył na burgery mnóstwo musztardy i ketchupu, po czym zjadł wszystko do ostatniego okruszka. Wypijając resztki shake'a z dna kubka, zasiorbał przez słomkę, czym zwrócił na siebie gniewne spojrzenia gości, którzy uważali, że daje zły przykład ich dzieciom.
Zostawił sowity napiwek. Gdy skierował się do wyjścia, kelnerka go zagadnęła:
- Wygląda pan teraz na bardziej zadowolonego niż wtedy, kiedy pan tu wchodził.
- Kupiłem dziś corvettę - stwierdził bez sensu.
- Wspaniale - powiedziała.
- Marzyłem o niej od małego.
- Jakiego jest koloru?
- Jasnobłękitny metalik.
- Wspaniale.
- Szybuje.
- Wierzę.
- Jak rakieta - dodał i uświadomił sobie, że niemal gubi się w przepastnym błękicie jej oczu.
„Ten detektyw w twoich książkach - on poślubić blondynę, złamać serce matki".
- No cóż - powiedział. - Powodzenia.
- Nawzajem - odparła kelnerka.
Zbliżył się do wyjścia. Na progu, przytrzymując otwarte drzwi, Tommy zerknął przez ramię w nadziei, że ona wciąż za nim patrzy. Odwróciła się już jednak i szła w stronę boksu, który opuścił. Jej szczupłe kostki i łydki były urocze.
Wiatr się nasilił, ale noc wciąż była ciepła jak na listopad. Po drugiej stronie Pacific Coast Highway, obok wejścia do salonu odzieżowego, majestatyczne rzędy ogromnych palm tonęły w blasku reflektorów przymocowanych do ich pni. Długie, zielone liście kołysały się jak bufiaste spódnice. Wiatr niósł ze sobą żyzny zapach bliskiego oceanu; nie przyprawiał Tommy'ego
0 dreszcz, tylko głaskał przyjemnie po karku i targał mu gęste, czarne włosy. Jeszcze niedawno buntował się przeciwko matce
1 wszystkiemu, co reprezentowała. Minęła ledwie chwila, a świat wracał już do normy.
Wsiadł do wozu i włączył radio. Znów działało bez zarzutu. Roy Orbison śpiewał Pretty W oman.
Tommy wtórował mu z wigorem.
Przypomniał sobie złowieszczy szum i dziwny, ochrypły głos, który zdawał się wołać go po imieniu przez radio, ale teraz z trudem uwierzył, że ten incydent był aż tak niesamowity, jak mu się to początkowo wydawało. Zdenerwował się rozmową z matką, czuł się jednocześnie wykorzystywany i winny, zły na nią, ale i na siebie, i dlatego zawiodła go percepcja. Grzmot wodospadu, dobiegający z głośników, wydawał się prawdziwy, ale Tommy, przygnieciony poczuciem winy, musiał się przesłyszeć, rozpoznając wśród pozbawionych sensu pomruków i pisków swoje imię.
Przez całą drogę do domu słuchał starego rock and rolla. Znał słowa każdej piosenki.
Mieszkał w skromnym, ale wygodnym jednopiętrowym domu w Irvine. Jego osiedle, podobnie jak inne w Orange County, zbudowano w stylu śródziemnomorskim; był on rozpowszechniony do tego stopnia, że czasem wydawał się kojąco jednorodny, ale i nudny, duszący, jakby główny szef koncernu Taco Bell postanowił na mocy specjalnego dekretu, że nikomu nie wolno mieszkać nigdzie indziej jak tylko w meksykańskiej restauracji. Dom Tommy'ego miał dach kryty pomarańczowymi dachówkami, bladożółte ściany i betonową ścieżkę z ceglanym murkiem po obu stronach.
Kupił sobie ten dom, kiedy miał zaledwie dwadzieścia siedem lat, dzięki temu, że powiększył swoją dziennikarską pensję o dochód z kilku kryminałów, które napisał podczas wolnych wieczorów i weekendów. Teraz jego książki zaczęły po raz pierwszy ukazywać się w twardej oprawie, a honoraria wzrosły na tyle, by mógł zaryzykować odejście z „Registera".
Prawdę mówiąc, odniósł większy sukces niż któryś z braci czy siostra. Lecz tamta trójka mocno wrosła w wietnamską społeczność, tak więc rodzice byli z niej dumni. Nie mogli być równie dumni z Tuonga, który zmienił imię i który chłonął chciwie wszystko co amerykańskie, gdy tylko postawił stopę na tej ziemi.
Podejrzewał, że nawet gdyby został miliarderem i przeprowadził się do wielkiego domu o ogromnej liczbie pokoi, zbudowanego na najwyższej skale z widokiem na Pacyfik, wyposażonego w toalety ze szczerego złota i żyrandole obwieszone nie kryształami, ale wręcz diamentami, to rodzice i tak uważaliby go za „skażonego" syna, który zapomniał o swoich korzeniach i odwrócił się plecami do dziedzictwa narodu.
Kiedy Tommy wjechał na podjazd, w świetle reflektorów zajaśniały grządki białych i koralowoczerwonych kwiatów, które wyglądały tak, jakby fosforyzowały.
Po chropowatej, obłażącej korze pobliskich drzew wspinały się szybko cienie i tłoczyły pośród wyższych gałęzi, gdzie w nocnej bryzie drżały posrebrzone blaskiem księżyca liście.
Kiedy już wjechał do garażu, a duże drzwi zamknęły się za nim, siedział jeszcze przez kilka minut w milczącym wozie, chłonąc zapach skórzanej tapicerki i napawając się dumą posiadacza. Gdyby mógł spać na siedząco za kierownicą, zrobiłby to.
Myślał z niechęcią o pozostawieniu corvetty w mrocznym garażu. Z racji swego piękna wóz powinien kąpać się w blasku reflektorów, jak dzieło sztuki w muzeum.
Już w kuchni, kiedy wieszał kluczyki na kołku obok lodówki, usłyszał dzwonek do drzwi. Dźwięk, choć wyraźny, był nieco inny niż zwykle, przypominał głuche i złowieszcze wezwanie z jakiegoś koszmaru sennego. Przekleństwo właściciela domu. zawsze jest coś do naprawienia.
Nie spodziewał się tego wieczoru nikogo. Chciał spędzić godzinę czy dwie w gabinecie i przejrzeć kilka stron książki, którą właśnie pisał. Stworzony przez niego prywatny detektyw, Chip Nguyen, narrator zrobił się ostatnio bardzo gadatliwy. Postać tego twardego, choć chwilami zbyt rozgadanego tajniaka wymagała poprawek.
Kiedy Tommy otworzył drzwi wejściowe, poczuł powiew lodowatego wiatru, który zaparł mu dech w piersiach. Owionął go wir martwych liści, setki maleńkich ostrzy, szeleszczących i szumiących. Zrobił dwa niepewne kroki do tyłu, zasłaniając ręką oczy. Aż westchnął z wrażenia.
Do ust przykleił mu się suchy, jakby papierowy, liść. Twardy ogonek ukłuł go w język.
Przestraszony, zacisnął zęby i poczuł gorzki smak. Potem splunął.
Wir zatańczył jeszcze i w końcu sam się pochłonął, równie szybko jak się pojawił, pozostawiając po sobie jedynie ciszę i bezruch. Powietrze nie było już zimne.
Tommy strzepnął liście z włosów i ubrania - z miękkiej flanelowej koszuli i niebieskich dżinsów. Drewniana podłoga przedpokoju była zaśmiecona kruchymi, brązowymi liśćmi, źdźbłami trawy i piaskiem.
- Co u licha?
Za progiem nikt nie czekał.
Tommy wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się po ciemnym ganku, który był niewiele większy od podestu - miał szerokość dziesięciu, a głębokość sześciu stóp.
Nikt nie stał na dwóch schodkach ani na ścieżce, która przecinała frontowy trawnik, nie było widać w pobliżu nikogo, kto mógłby nacisnąć dzwonek. Ulica, nad którą sunęły strzępiaste chmury oświetlone migotliwym blaskiem księżyca, była cicha i wyludniona. Panował wokół taki spokój, że Tommy miał wrażenie, jakby z powodu jakiejś awarii w maszynerii kosmosu czas zatrzymał się dla wszystkich i wszystkiego, z wyjątkiem niego.
Zapalił światło na ganku i zobaczył u swych stóp jakiś dziwny przedmiot. Była to szmaciana lalka, wielkości mniej więcej dziesięciu cali, leżąca na plecach, z szeroko rozpostartymi ramionami.
Marszcząc brwi, Tommy ponownie rozejrzał się wkoło, zwracając szczególną uwagę na zarośla, w których ktoś mógł przykucnąć i obserwować go z ukrycia. Nie dostrzegł nikogo.
Lalka u jego stóp wyglądała jak coś niedokończonego. Była pokryta całkowicie białym bawełnianym materiałem, nieubrana, pozbawiona rysów twarzy i włosów. Tam, gdzie powinny być oczy, widniały skrzyżowane szwy z surowych czarnych nici. Pięć podobnych szwów symbolizowało usta, a kolejna para tworzyła w okolicy serca literę X.
Tommy wyszedł na ganek. Kucnął obok lalki.
Nie czuł już gorzkiego smaku liścia, ale coś równie nieprzyjemnego, a może bardziej znajomego. Wysunął język, dotknął go, a potem spojrzał na czubek palca: mała czerwona smużka. Ogonek liścia skaleczył go.
Język nie bolał. Ranka była maleńka. Jednak z niejasnych powodów widok krwi go zaniepokoił.
Lalka trzymała w swej niezgrabnej dłoni, przypominającej rękawicę z jednym palcem, zwitek papieru. Był przymocowany do materiału prostą szpilką o lśniącym, emaliowanym łebku wielkości grochu.
Tommy podniósł lalkę. Była solidna i zaskakująco ciężka jak na swoje rozmiary, ale niezbyt sztywna - jakby wypełniona piachem.
Kiedy wyciągnął z jej dłoni szpilkę, martwa ulica wróciła na chwilę do życia. Ganek omiótł powiew zimnej bryzy. Krzewy zaszeleściły, a drzewa drgnęły, sprawiając, że na ciemnym trawniku błysnął promień księżyca. Potem znów zapanowała cisza i bezruch.
Papier był miejscami pożółkły, jak kawałek starodawnego pergaminu, lekko przetłuszczony i miał postrzępione krawędzie. Złożono go na czworo. Rozpostarty zajmował powierzchnię około trzech cali kwadratowych.
Pismo było wietnamskie: trzy kolumny ideogramów, wyrysowanych zgrabnie gęstym, czarnym atramentem. Tommy rozpoznał język, ale nie umiał odczytać treści.
Wyprostował się i spojrzał zamyślony na ulicę, potem na lalkę w swojej dłoni.
Zwinął papier i wsunął do kieszeni na piersi, po czym wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi. Na zasuwkę. I łańcuch.
Znalazłszy się w salonie, umieścił lalkę na stoliczku obok sofy, opierając ją o lampę z witrażowym, zielonym kloszem. Siedziała, przekrzywiając na prawo swoją okrągłą białą głowę, z rękami spuszczonymi wzdłuż boków. Jej dłonie w kształcie rękawic były otwarte, tak jak na ganku, tyle że teraz zdawały się czegoś szukać.
Położył szpilkę obok lalki. Jej czarna emaliowana główka lśniła jak kropelka oleju, a od ostrej końcówki odbijało się srebrzyste światło.
Zaciągnął zasłony na wszystkich trzech oknach salonu. To samo uczynił w jadalni i największym pokoju. W kuchni spuścił żaluzje.
Wciąż czuł się obserwowany.
Na górze, w sypialni przerobionej na gabinet, gdzie pisał swoje powieści, usiadł przy biurku, nie zapalając lampy. Jedyne światło docierało przez otwarte drzwi holu. Podniósł słuchawkę telefonu, zawahał się, a następnie wykręcił domowy numer Sala Delario, reportera z „Registera", w którym i on, Tommy, jeszcze do wczoraj pracował. Zgłosiła się automatyczna sekretarka, ale Tommy nie zostawił żadnej wiadomości.
Zadzwonił na pager Sala. Podał swój numer, zaznaczając „pilne".
W niecałe pięć minut później Sal oddzwonił do niego.
- Co ci tak spieszno, palancie? - irytował się. - Zapomniałeś, w co wsadziłeś swojego fiuta?
- Gdzie jesteś? - spytał Tommy.
- Haruję jak zwykle.
- W biurze?
- Przygotowuję serwis.
- Znów nie dotrzymałeś terminu - zgadł Tommy.
- Dzwonisz, żeby podawać w wątpliwość mój profesjonalizm? Jeden dzień bez roboty i już zdążyłeś zatracić całe poczucie zawodowej lojalności?
- Posłuchaj, Sal, muszę się czegoś dowiedzieć o gangach -powiedział Tommy, nachylając się nad biurkiem.
- Chodzi ci o grube ryby, które rządzą Waszyngtonem, czy o punków, którzy doją biznesmenów w Małym Sajgonie?
- Miejscowe gangi wietnamskie. Santa Ana Boys...
- ...Cheap Boys, Natoma Boys. Wiesz o nich dostatecznie dużo.
- Nie tyle co ty - odparł Tommy.
Sal był reporterem kryminalnym o dużej wiedzy na temat wietnamskich gangów działających nie tylko w Orange County, ale w całym kraju. Tommy natomiast, gdy jeszcze pracował w gazecie, pisał głównie o sztuce i rozrywce.
- Słuchaj, Sal, czy słyszałeś, żeby Natoma albo Cheap Boys grozili komukolwiek, wysyłając do niego czarny odcisk dłoni albo, powiedzmy, trupią czaszkę czy coś podobnego?
- Albo kładąc do łóżka odcięty łeb konia?
- Właśnie. Coś w tym rodzaju.
- Pomyliły ci się kręgi kulturowe, chłopcze. Ci faceci nie są na tyle grzeczni, żeby wysyłać ostrzeżenia. Przy nich mafia wygląda jak chór kościelny.
- A starsze gangi, nie mówię o ulicznych szczeniakach, tylko o bardziej zorganizowanych gościach, Black Eagles Eaele Seven?
- Black Eagles działają w San Francisco, Eagle Seven w Chicago. Tutaj jest teren Frogmenów.
Tommy oparł się o krzesło, które stęknęło pod jego ciężarem.
- Od nich też nie dostaje się końskiej głowy, co?
- Tommy, chłopcze, gdyby Frogmeni chcieli ci zostawić w łóżku odciętą głowę, to byłaby to twoja własna łepetyna.
- Pocieszające.
- A o co w ogóle chodzi? Zaczynasz mnie niepokoić.
Tommy westchnął i spojrzał w najbliższe- okno. Gęste, zbite
chmury zakryły właśnie księżyc, a przez ich mgliste krawędzie przesączało się gasnące srebrne światło.
- Może to ten kawałek, który napisałem w zeszłym tygodniu dla działu rozrywkowego - może ktoś mi grozi, chcąc się odegrać.
- Masz na myśli ten artykuł o małej łyżwiarce?
- Tak.
- I chłopcu, który jest cudownym dzieckiem fortepianu? A za co się tu mścić?
- No...
- A kogo mogłoby to wkurwić... może innego sześciolatka--pianistę, który uważa, że to o nim należy napisać i teraz chce cię przejechać swoim trzykołowym rowerkiem?
- No - bronił się Tommy, czując się teraz głupio - chodziło w tym artykule głównie o to, że większość dzieciaków z wietnamskiej społeczności nie trafia do gangów.
- No tak, pewnie, to faktycznie przykład kontrowersyjnego dziennikarstwa.
- Ale napisałem parę ostrych rzeczy o tych, którzy przyłączają się do gangów, zwłaszcza Natoma i Santa Ana Boys.
- Jeden akapit w całym kawałku i wydaje ci się, że załatwiasz gangi. Ci faceci nie są aż tak wrażliwi, Tommy. Kilka słów to za mało, żeby wkroczyli na drogę zemsty.
- Zastanawiam się...
- Nie obchodzi ich, co sobie myślisz, bo dla nich jesteś wietnamskim odpowiednikiem Wuja Toma. Poza tym za wysoko ich cenisz. Te dupki nie czytają gazet.
Ciemne chmury przewalały się z zachodu na wschód, napływając znad oceanu i gęstniejąc szybko. Księżyc niknął w nich, jak twarz tonącego w zimnym morzu, i jego blask na szybie powoli bladł.
- A gangi dziewczęce? - spytał Tommy.
- Wally Girls, Pomona Girls, The Dirty Girls... nie jest tajemnicą, że potrafią być okrutniejsze od chłopaków. Ale wciąż trudno mi uwierzyć, żeby były tobą zainteresowane. Cholera, gdyby tak łatwo się napalały, to już dawno wypatroszyłyby mnie jak rybę. No dobra, Tommy, powiedz, co się stało. Co cię tak spietrało?
- Lalka.
- Taka jak Barbie? - Sal był wyraźnie zaintrygowany.
- Trochę bardziej złowieszcza.
- No tak, Barbie nie jest już taką wredną suką, jak niegdyś. Kto by się jej teraz bał?
Tommy opowiedział Salowi o dziwnej szmacianej postaci z czarnymi szwami, którą znalazł na ganku.
- Coś jak miś puchatek zamieniony w punka - stwierdził Sal.
- Jest dziwaczna - przyznał Tommy. - I to bardziej niż ci się wydaje.
- I nie masz pojęcia, co tam jest napisane? Nie potrafisz czytać po wietnamsku, nawet trochę?
Wyciągając z kieszeni złożoną kartkę papieru i rozwijając ją, Tommy powiedział:
- Ani słowa.
- Co z tobą, palancie? Nie masz szacunku dla swoich przodków?
- A ty wciąż pamiętasz swoich, co? - spytał sarkastycznie Tommy.
- Pewnie. - By to udowodnić, Sal zaczął mówić coś szybko i melodyjnie po włosku. Po chwili przeszedł na angielski. - I piszę do mojej nonny na Sycylii eo miesiąc. W ubiegłym roku pojechałem do niej na dwa tygodnie.
Tommy poczuł się teraz jak ostatnia świnia. Zerkając na trzy kolumny ideogramów wyrysowanych na pożółkłym papierze, powiedział:
- No cóż, to dla mnie równie zrozumiałe jak sanskryt.
- Możesz to przefaksować? Spróbuję znaleźć w ciągu pięciu minut kogoś, kto to przetłumaczy.
- Dobra.
- Oddzwonię, jak tylko będę wiedział, co tam jest napisane.
- Dzięki, Sal. Aha, zapomniałbym, wiesz, co dziś kupiłem?
- Czy wiem, co kupiłeś? Od kiedy to faceci gadają o zakupach?
- Kupiłem corvettę.
- Poważnie?
- Tak. LT1 coupe. Jasnobłękitny metalik.
- Gratulacje.
- Dwadzieścia dwa lata temu — powiedział Tommy — kiedy po raz pierwszy przeszedłem z rodzicami przez urząd imigracyjny i postawiłem stopę na pierwszej amerykańskiej ulicy w tym kraju, zobaczyłem przejeżdżającą corvettę, i od razu wiedziałem, że muszę taką mieć. Ona mówiła o Ameryce wszystko. Fantastyczny wóz, który płynął po jezdni.
- Cieszę się, Tommy.
- Dzięki, Sal.
- Może wreszcie uda ci się poderwać jakąś dziewczynę i nie będziesz już musiał robić tego z nadmuchiwaną lalką.
- Dupek - stwierdził dobrodusznie Tommy.
- Prześlij faksem tę notkę.
- Już to robię - odparł Tommy i odłożył słuchawkę.
W kącie pokoju stał mały xerox. Nie zapalając światła, Tommy zrobił fotokopię kartki, kartkę schował do kieszeni i przesłał tekst Salowi siedzącemu w redakcji „Registera".
W minutę później zadzwonił telefon. To był Sal.
- Wsadziłeś to do faksu ze złej strony, młotku. Dostałem czystą kartkę papieru z twoim numerem na górze.
- Jestem pewien, że zrobiłem wszystko jak trzeba.
- Nawet twoja nadmuchiwana baba musi być tobą sfrustrowana. Prześlij to jeszcze raz.
Tommy zapalił lampę i znów podszedł do faksu. Uważał, by wsadzić kartkę właściwie. Tajemniczymi ideogramami do dołu.
Patrzył, jak wałki przesuwają pojedynczą kartkę papieru przez maszynę. W niewielkim okienku pokazał się numer faksu Sala i informacja „Przesyłanie". Strona z ideogramami wysunęła się z faksu, a po chwili w okienku ukazało się słowo: „Otrzymane". Potem maszyna wyłączyła się automatycznie.
Zadzwonił telefon.
- Czy mam tam przyjechać i pokazać ci, jak to się obsługuje? -spytał Sal.
- Chcesz powiedzieć, że znów dostałeś pustą kartkę?
- Tylko twój numer na górze.
- Tym razem zrobiłem to absolutnie prawidłowo.
- Więc jest coś nie tak z twoim faksem - stwierdził Sal.
- Widocznie — odparł Tommy, niezadowolony z odpowiedzi.
- Chcesz przywieźć tę kartkę tutaj?
- Jak długo tam będziesz?
- Kilka godzin.
- Mogę wpaść do ciebie.
- Zaciekawiłeś mnie.
- Jeśli nie zobaczymy się dzisiaj w nocy, to jutro rano.
- To mogła być jakaś mała dziewczynka - stwierdził nagle Sal.
- Hę?
- Jakaś inna łyżwiarka, zazdrosna o tę z twojego artykułu. Pamiętasz tę olimpijską łyżwiarkę, Tonyę Harding? Uważaj na swoje rzepki kolanowe, Tommy. Jakaś dziewczynka może szykuje się na ciebie z kijem baseballowym, na którym jest wypisane twoje imię.
- Dzięki Bogu, że nie pracujemy już w jednym budynku. Czuję się znacznie porządniejszy.
- Ucałuj ode mnie swoją dmuchaną kobitkę.
- Jesteś chorym degeneratem.
- Przy niej nie musisz się bać, że złapiesz coś paskudnego.
- Do zobaczenia.
Tommy odłożył słuchawkę i zgasił lampę. I znów jedynym źródłem światła była blada poświata sącząca się z holu.
Podszedł do najbliższego okna i zaczął obserwować trawnik przed domem i ulicę. Żółtawy blask latami nie wydobył z mroku nikogo, kto mógłby się skradać przez noc.
Niebo zalał głęboki ocean chmur zwiastujących burzę, zakrywając całkowicie księżyc. Firmament był czarny i posępny.
Tommy zszedł na dół, do salonu, gdzie odkrył, że lalka osunęła się na bok. Zostawił ją wspartą o lampę, w pozycji siedzącej.
Marszcząc brwi, Tommy wpatrywał się w nią podejrzliwie. Lalka wyglądała, jakby była wypełniona piachem i dobrze wyważona; powinna wciąż trwać niezmiennie tam, gdzie ją pozostawił.
Czując się głupio, zaczął obchodzić parter, sprawdzając drzwi. Wszystkie były zamknięte, nigdzie nie dostrzegł śladu nieproszonych gości. Nikt nie wszedł do domu.
Wrócił do salonu. Lalka mogła być nierówno oparta o lampę, pomyślał, a wówczas piach zaczął się przesypywać powoli na jedną stronę, aż w końcu ta przeklęta kukła przewróciła się.
Wahając się, nie bardzo wiedząc dlaczego, Tommy Phan podniósł lalkę. Przybliżył ją do swojej twarzy i zaczął przyglądać się jej dokładniej niż za pierwszym razem.
Czarne szwy w miejscu oczu i ust zostały wykonane grubą
nicią, równie mocną jak chirurgiczna. Tommy delikatnie potarł opuszkiem kciuka skrzyżowane szwy w jednym z oczu lalki... potem rządek pięciu krzyżyków, które tworzyły nieubłaganie zaciśnięte wargi.
