Tajwan. Piękna wyspa w oku tajfunu - Piotr Plebaniak - ebook

Tajwan. Piękna wyspa w oku tajfunu ebook

Piotr Plebaniak

0,0
48,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Autor bestsellera 36 forteli oraz wybitnego przekładu Sztuki wojny zaprasza nas na podróż na Tajwan, na którym mieszka od 21 lat.

Ta książka zawiera ponad dwieście kolorowych zdjęć, dziesiątki opowieści i legend, dziesiątki opisów obyczajów, zwyczajów, praktyk i zabobonów... A także porad dla tych, którzy chcą Tajwan odwiedzić. Autor opisuje codzienną i niecodzienną pracę straży pożarnej, policji, celników, nauczycieli... Jedzie razem z czytelnikami do najsłynniejszych lub zupełnie nieznanych miejsc... Zbiera kawę i herbatę, sadzi kapustę, przyodziany w zbroję rycerską opowiada dzieciakom o egzotycznej Polsce, pomaga budować aborygeńskie chaty,

Autor rozmawia też ze znanymi postaciami życia publicznego, artystami i politykami., hodowcami, farmerami, właścicielami sklepów... O swojej pracy i misji życiowej opowiadają znani biznesmeni, były burmistrz Taichungu, a zarazem boss triady, kandydatka na burmistrza Tainanu, dyrektor szpitala zatrudniającego 2500 personelu, gubernatorka prefektury Hualien na wschodnim wybrzeżu, naczelnicy plemion aborygeńskich, dyrektor szkoły i myśliwi do dziś żyjący z lasu.

Wszystko to tworzy wyjątkowo pełny obraz miejsca, o którym słyszymy na co dzień, ale którego niemal wcale nie znamy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Tajwan

Piękna wyspa w oku tajfunu

Tom I Trylogii Tajwańskiej

Piotr Plebaniak

Tajwan

Piękna wyspa w oku tajfunu

Wydawnictwo Chiron

Kraków 2026

Piotr Plebaniak

Tajwan

Piękna wyspa w oku tajfunu

Część I Trylogii Tajwańskiej

Wydawnictwo Chiron

Kraków 2026

Copyright by Piotr Plebaniak, 2018–2026.

Copyright for the Polish edition by Piotr Plebaniak, 2026.

© All rights reserved.

Pełny tytuł i podtytuł

Tajwan. Piękna wyspa w oku tajfunu

Redakcja językowa i pierwsza korekta

Grzegorz Antoszek

Konsultacja

(Z uwagi na brak cenzury politycznej i ideologicznej, konsultanci pozostają anonimowi)

Opracowanie map i rycin oraz zdjęcia (jeśli nie opisano inaczej)

Piotr Plebaniak

Ilustracja na okładce:

Piotr Plebaniak

Zdjęcia i grafiki (jeśli nie podpisane)

Piotr Plebaniak

Pozostałe zdjęcia:

Lin Maoyao (林茂耀), Artur Radny oraz anonimowi darczyńcy prywatni i instytucjonalni

Wydawca

Wydawnictwo Chiron

Wydanie I (druk 2026-08)

ISBN 978-83-971970-0-8 (oprawa miękka)ISBN 978-83-969971-9-7 (e-book)

Informacja o dystrybucji

[email protected]; https://chiny.pl/dla-ksiegarzy

Informacja o dystrybucji

[email protected]; https://chiny.pl/ksiazki

Motto

Poetyckie wyjaśnienie i przekład motta w dalszej treści książki.

Niezależnie, wręcz mistyczne znaczenie poniższej frazy tym silniej da się poczuć nie teraz, ale po lekturze całości.

十去,六死,三留,一回頭

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

„Utopia” na krańcu świata

Wstęp–impresja

Przez ostatnie cztery dekady Tajwan był miejscem absolutnie wyjątkowym. I będzie jeszcze takim przez kilka lat, zanim splot okoliczności, który powołał do życia tę ostatnią oazę spokojnego, bezpiecznego świata, wkręci ją w chaos i degenerację porządku, których doświadczają obecnie inne kraje, nazywane umownie Zachodem.

Do tej wyjątkowości Tajwanu skrytą aluzję niesie tytuł wstępu. Utopia to umowny przekład tytułu bodaj najsłynniejszego eseju-opowiastki z czasów późnej chińskiej starożytności. To Opowieść o Źródle Brzoskwiniowego Kwiecia1 pióra, a raczej pędzelka Tao Yuanminga, poety epoki Dynastii Północnych.

Opowieść jest opisem przygody pewnego rybaka, który zagubił się w odnogach leniwie snującej się przez dziką krainę rzeczki. Ów człek wysiadł ze swego czółna pośrodku tytułowego sadu brzoskwiniowego, w którym roznosił się aromat świeżych ziół, a płatki kwiecia opadały z koron drzew na wodę, trawy i samego rybaka. Rybak znalazł szczelinę skalną, przez którą z niemałym trudem przecisnął się… by odkryć ukrytą przed światem krainę szczęśliwości.

Fikcyjna kraina swój błogi i leniwy spokój zawdzięczała odseparowaniu się od najbardziej niszczycielskich burz dziejowych swojej i wcześniejszych epok. Jej mieszkańcy byli uciekinierami wojennymi, szukającymi spokojnego zakątka, w którym mogliby osiąść. Ukryli się przed wojennym chaosem w czasach największej zawieruchy – powstania i upadku totalitarnego reżimu Pierwszego Cesarza, niesławnego władcy dynastii Qin.

Ich los ma w sobie wręcz oczywiste paralele z losem mieszkańców wyspy. Tych, którzy przybyli na wyspę z Czang Kaj-szekiem, by uciec przed zwycięzcami chińskiej wojny domowej. Byli to w znacznej części zwykli ludzie: szeregowi żołnierze, urzędnicy rządowi, akademicy. Oderwani od swoich bliskich, żyjąc w zawieszeniu i niepewności, na Tajwanie musieli układać sobie drugie życie.

Ale przede wszystkim esej nawiązuje do tych, którzy są dalekimi potomkami migrantów z północy Chin, a którzy teraz nazywają siebie Minnańczykami i Hakka. W szerszym kontekście wiersz poety przełomu IV i V wieku dotyka sprawy licznych eksodusów rdzennej ludności Chin, której fale migracyjne docierały daleko poza chiński matecznik cywilizacji – środkowy bieg Rzeki Żółtej daleko na północy. Te migracje były następstwem coraz to kolejnych fal inwazji ludów stepowych lub zapaści porządku politycznego. Uciekinierzy zawędrowali aż do prowincji Fujian i Guandong na dalekim południu, a dziś stanowią dominujący etnos na Tajwanie.

Starożytny autor ustami rybaka informuje wieśniaków o czterech stuleciach rozkwitu, a potem upadku dynastii Han, która wyrosła po upadku opresyjnego Qin. O bliższych mu państwach zakładanych na popiołach Han czy mocarstwu Jin (266–420), któremu niemal udało się stworzyć stabilne imperium. Niemal.

Po nim przyszedł okres kolejnych fal najazdów barbarzyńskich. Przybysze-najeźdźcy tworzyli szereg państw, które nazywane są zbiorczo Dynastiami Północnymi. Równoległym procesem politycznym były Dynastie Południowe, zakładane przez migrujących na południe Hanów (rdzennych Chińczyków). To ten pełen wojen cykl zapaści chińskiej państwowości, trwający kilka stuleci, to czas, w którym poecie przyszło żyć i tworzyć.

Gdy moi tajwańscy rozmówcy nagabują mnie do wyrażenia szczerej opinii o ich ojczystej wyspie, wykonuję unik i obracam sprawę w żart-nie-żart. Na odczepkę przerabiam jeden ze słynnych passusów eseju. Ale w tym eseju niemal każda linijka stała się słynnym lub rozpoznawanym przysłowiem – chengyu.

W mojej trawestacji mieszkańcy krainy szczęścia, czyli Tajwanu, nie znali ni wojny domowej po upadku dynastii Qing w 1911 roku, ni Mao Zedonga i jego rewolucji kulturowej, ni białego terroru Czang Kaj-szeka (1947–1987), ni aktualnego prezydenta Tajwanu, ktokolwiek by nim nie był w chwili wygłaszania facecji. Żart zwykle osiąga zamierzony cel – jednym grepsem trafiam w tutejsze tabu unikania drażliwych tematów. W takich chwilach indagujący zarzucają próbę wyciągnięcia ze mnie prywatnych opinii. Oni sami też robią takie uniki.

Do zmyślonej krainy szczęśliwości mógł dostać się człek prosty, wolny od umysłowych, a może i duchowych ciężarów wyrafinowania i cywilizacji, uciekający z piekła spętanych rytuałem konfucjańskich stosunków społecznych. Sugestię tę podsuwa sam język dzieła, w którym słowo „rybak” jest homofonem głupca, osoby prostej, a przez to na swój sposób wolnej od trosk i szczęśliwej. Sama kraina, odcięta od świata, była oazą spokoju pośród targanego zawieruchą, pełnego wojen i przemocy świata. Miejscem, które wielkie trendy świata2 postanowiły pozostawić jego losowi.

Na Tajwan ja sam trafiłem pchany splotem przypadków i decyzji – tych celowych i tych niezamierzonych – brzemiennych w konsekwencje i będących dalekimi skutkami planów, których wypadkowa wówczas i dziś jest czymś nie do końca nienazwanym… Dających się wpisać do rubryk formularza kilku słów wyjaśnienia szukać można równie bezowocnie, co fikcyjnej zaginionej doliny.

Tajwan nie jest zapomnianą krainą na uboczu. Omiatany jest geopolityczną burzą – tytułowym tajfunem wydarzeń i niebezpieczeństw. Jest epicentrum najdonioślejszych wydarzeń ostatnich dekad. Miejscem, w którym trwa produkcja i rozwój technologii kluczowej dla trwania dominacji Zachodu i Stanów Zjednoczonych nad resztą świata.

Starożytna, kształtująca się już w neolicie chińska kosmologia posłuży mi do opisania miejsca i roli Tajwanu w porządku rzeczy i w biegu geopolitycznych przepychanek. Pomoże pokazać, co jest przyczyną tego, że wyspa w oku tajfunu jest oazą równie beztroskiego życia dla jej mieszkańców, co te, które wiedli wieśniacy w Utopii…

Fikcyjna kraina beztroskiego wieśniaczego życia za swoją obronę miała nieprzebyte, pokryte gęstwiną góry i rzeczne rozlewiska. W realnym świecie obroną Tajwanu, jego piękna i zamieszkujących go ludzi jest coś zupełnie innego. Basztami w murach obronnych Tajwanu, na którym panuje pokój i harmonia społeczna, jest wysiłek ludzi dawno umarłych i tych wciąż żyjących, w pełni sił. Ich kolektywny akt poświęcenia, ich międzypokoleniowa wspólnota tożsamości, ich aspiracje stworzenia bezpiecznej przyszłości są siłą, która powołała do życia oazę spokoju, którą współczesny Tajwan jest dla swoich mieszkańców.

Choć okres spokoju trwa już całe dekady, jest ulotny i kruchy. Ulega potężnym i niepowstrzymanym wpływom trendów historii. Jest podatny na wydarzenia, które starożytni chińscy filozofowie potrafili trafnie opisać, ale nie podejmowali się ich nazwać. Nakazywali oni bowiem swoim uczniom, by kroczyli Drogą Środka, z dala od nieprzewidywalnych skrajności.

My, współcześni, ukuliśmy koncepcję czarnych łabędzi. Są to wydarzenia nieprzewidywalne, gdyż logika lub pozorny brak logiki ich zajścia nie wynika z praw rządzących systemem, w którym zachodzą. Te anomalie, z których zwykle nic dobrego nie wychodzi, powoływane są do życia w konfiguracjach okoliczności tak rzadkich, że mało kto jest w stanie wyłapać prawidłowość.

Starożytni chińscy filozofowie, studiujący naturę Dao, zaszli niewiele bliżej niż my w rozumieniu tych zjawisk. Dostrzegli, że czarne łabędzie, przynoszące gwałtowne odwrócenie trendów zdarzeń, pojawiają się, gdy nieostrożnie lub nieuważnie kroczymy drogą skrajności i ryzyka, miast bezpiecznie kroczyć Drogą Środka (zhongyong, 中庸). Ta filozoficzna przestroga przed skrajnościami wyjaśnia konstytutywną cechę kulturową Hanów – ostrożność i awersję do ryzyka. Wgląd ten będzie nam już za chwilę bardzo, ale to bardzo potrzebny do tego, aby zrozumieć, jakimi ścieżkami i dlaczego poruszają się serca mieszkańców wyspy.

Odpoczynek po procesji bogini Mazu, Miasteczko Meishan w centralnym Tajwanie.

II

Dla współczesnego Tajwanu wydarzeniem krytycznym jest osiągnięcie prymatu w dziedzinie produkcji najbardziej zaawansowanych układów logicznych – procesorów o mocy obliczeniowej wręcz szokującej dla prekursorów tej technologii z lat sześćdziesiątych XX wieku, a którzy dali światu technologię półprzewodników.

Od niezakłóconej produkcji i dostaw tego cudu nauki i inżynierii zależy funkcjonowanie całego świata. To sprawia, że Tajwan, ze wszystkich praktycznych względów, zyskuje rangę miejsca, które starożytni stratedzy, w tym autor Sztuki wojny, określają słowem e, 阨. Słowo to desygnuje miejsce o tak krytycznym znaczeniu, że zmagające się o nie mocarstwa, drogą niewypowiedzianego uzgodnienia, rezygnują z próby przejęcia nad nim kontroli. Taki akt zaboru prowadziłby bowiem do zniszczenia równowagi sił. W takich chwilach sprawy stają się dokuczliwie nieprzewidywalne, a pozostali nie mają innego wyjścia, jak zawiązać sojusz – nawet ze śmiertelnymi wrogami – by zaatakować pomysłodawcę.

I tak właśnie Tajwan wskoczył w dynamiczny obszar stabilności – w oko tajfunu. Tajwańczycy modlą się do dusz swoich przodków i całego panteonu bóstw opiekuńczych, aby wyprosić sobie spokojne życie, z dala od dziejowych zawieruch i móc wykarmić i odchować swoje dzieciaki.

Osiągnięty prymat w krytycznej technologii stał się dla Tajwanu „silikonową tarczą”. Tak nazywa się mętlik geopolitycznych i technologicznych zależności w globalnej gospodarce i łańcuchach wartości. To logika ich tańca sprawia, że ChRL nie zaryzykuje zajęcia wyspy siłą. Taki pomysł doprowadziłby do krachu w pierwszej kolejności Chiny… A świat znalazłby się na skraju katastrofy cywilizacyjnej. Taki ruch sprawiłby, że i Chiny, i Tajwan pchnięte zostaną z bezpiecznego kręgu stabilności ku wirującej wokół wichurze, niosącej niepewność, nieprzewidywalność i niemożliwe do skalkulowania ryzyko.

Największa siła psychohistorii strzegąca Tajwanu to to, że działanie całego współczesnego świata zależy od realizowanej na nim produkcji. Ale cykl wzrostu i słabnięcia sił rządzących światem ludzi w końcu sprawi, że Krzemowa Tarcza przestanie działać. Siła w wiecznym cyklu zawsze transformuje w słabość. Zarówno Chińczycy w ChRL, jak i Amerykanie, ale także Japończycy – a więc zarówno wrogowie, jak i sojusznicy – robią wszystko, co w ludzkiej mocy, aby powołać do życia działającą alternatywę dla tajwańskiego prymatu produkcji układów logicznych. Ta sytuacja jest manifestacją innej starożytnej koncepcji − cykliczności przemian symbolizowanej ikonicznym symbolem Yin-Yang. Nawet w największym natężeniu jednej z dwóch komplementarnych sił sprawczych, grających na Wszechświecie symfonię przeznaczenia, każdy stan rzeczy niesie w sobie zalążek przemiany w swoje przeciwieństwo. Osiągnięcie apogeum siły nie powstrzyma upadku w skrajną bezsiłę − takim przykładem czasem wyjaśnia się wieczne prawidło cykli trwania państw i imperiów.

Póki co, dla mieszkańców Tajwanu wyspa, na której mieszkają, jest przede wszystkim piękną krainą społecznej harmonii. Tę nadzwyczajną spójność społeczną i ład wewnętrzny Tajwan osiągnął w sposób… wyjątkowo wyjątkowy.

Zerknijmy na Japonię. Społeczeństwo leżącej za miedzą Japonii w ostatnich kilku dekadach to przykład wręcz szokująco wysokiego poziomu spójności społecznej. To tak zwane społeczeństwo wysokiego zaufania, którego przykładem jeszcze do niedawna była Szwecja i kraje takie jak Australia czy Kanada. Swoją spójność społeczeństwo Tajwanu osiągnęło jednak nie dzięki homogeniczności etnicznej, jak Japonia, ale przez szczególne okoliczności: konieczność okiełznania sił zupełnie przeciwnych.

Społeczeństwo wyspy jest niezwykle wręcz zagmatwaną i splątaną mieszanką ludów, etnosów, kultur i wpływów cywilizacyjnych. Wszystkie te zbiorowości, aby przetrwać, muszą współpracować i odłożyć na bok większość wzajemnych animozji. To prawidło przekazał mi prof. Jerzy Smolicz (1935−2006). Z kilku serii wykładów i seminariów oferowanych przez Instytut Socjologii UW, nie przegapiłem ani jednego – woziłem nawet profesora w jego sprawach, przy okazji chłonąc to, czego nie mówił w czasie seminariów.

Smolicz wniósł wybitny wkład w formułowanie polityki wielokulturowości Australii, przede wszystkim w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku. Nieraz powtarzał złotą regułę przetrwania zwaśnionych lub konfrontujących się tożsamościowo grup: „albo będziemy żyć razem, albo zawiśniemy razem”. Tajwańczycy zdają się rozumieć tę zasadę szóstym zmysłem… ale wciąż podprogowo. Po przeczytaniu rozdziałów o zasiedlaniu/kolonizowaniu wyspy, zrozumiecie dlaczego.

Za chwilę powiemy sobie więcej o epopei, jaką przeżyli mieszkańcy Tajwanu, gdy docierały tu kolejne tsunami pretendentów do posiadania wyspy oraz osadników i kolonizatorów, przybywających czy to z przylegającej do Tajwanu prowincji Fujian, czy z północy, czy zza oceanów.

Siłą, która w końcu, w drugiej połowie XX wieku, doprowadziła Tajwan do dzisiejszego status quo, było zagrożenie w postaci inwazji z kontynentu – z Chin. To zwycięstwo komunistów Mao Zedonga, jednej z dwóch sił zmagających się o wadzę nad podnoszącym się z niewoli i zacofania państwem chińskim, było siłą sprawczą, która teleportowała na Tajwan rządzoną przez Kuomintang Republikę Chińską. Pechem ówczesnych mieszkańców Tajwanu było to, że na wyspie zjawili się nie tylko uciekinierzy wojenni, ale że pojawił się koherentny, zdyscyplinowany dekadami walk reżim polityczny wraz z armią. Dowodzący tym homeostatem Czang Kaj-szek zabrał się do budowania na wyspie siły narodowej i militarnej, która miałaby pozwolić mu na powrót na kontynent… Taki powrót był spełnieniem marzeń nie tylko dla przybyszy. Bardzo szybko dokładnie tego samego – powrotu Czanga na kontynent – zapragnęli całym sercem mieszkańcy, którzy spod władzy Japończyków ledwie cztery lata wcześniej wpadli – z deszczu pod rynnę – w objęcia administracji RCh. Reżim ten już w 1945 roku wprzągł Tajwan w tryby wysiłku wojennego i konfrontacji z komunistami. Dla ludności, która osiedlała się na wyspie we wcześniejszych stuleciach – Hoklo (minnańskiej) czy Hakka, pochodzącej z prowincji Fujian oraz Guandong, życie stało się gehenną.

Impas geopolityczny sprawił, że ta kolejna fala ludności przybywającej z kontynentu nie zalała zachodnich równin wyspy. Nie spłukała z nich minnańskiej poprzedniej fali. Nie rzuciła jej w wysokie góry i na wschodnie wybrzeże, jak to było z aborygenami. Nie rozproszyła się i nie rozpuściła lokalnych etnosów w zalewie własnej tożsamości. To zrobiła poprzednia fala – minnańsko-hakkijska – z ludnością aborygeńską, a potem sama z kolonizatorów stała się w połowie XX wieku grupą kolonizowaną. Fala z lat 1945–1949 narzuciła mieszkańcom wyspy dokuczliwą degradację hierarchiczną – rolę obywateli drugiej klasy.

I oto jest! Zaginiony świat tradycyjnej kultury chińskiej, którego mieszkańcy deklarują, że nie są Chińczykami. Geopolitycznie – relikt zimnej wojny. Językowo – relikt lingwistyczny. O tym, że język tajwański jest reliktem migracji z czasów starożytnych, opowie w książce wybitna ekspertka od języków antycznych profesor Ke Shuling (柯淑齡). Historycznie – ostoja reżimu, który miast przegrać walkę o przetrwanie, zdołał ziścić na Tajwanie ideał swojego założyciela, Ojca Narodu, Sun Jat-sena – stworzenia społeczeństwa idealnie łączącego najlepsze cechy Cywilizacji Chrześcijańskiej i wzorców konfucjańskich.

Jak Japonię można nazwać mikro-cywilizacją, odciętą od świata swoją wyspiarską lokalizacją, tak ja nazywam Tajwan Zaginionym Światem, zlepkiem artefaktów dawnych światów, które w innych miejscach zmiotła z powierzchni świata nowoczesność i tak zwany postęp.

Na Tajwanie znajdziemy przepiękne świątynie, nietknięte ideologicznym „szaleństwem” rewolucji kulturalnej (1966−1976). Powiemy dzień dobry opiekunom tych miejsc, w wielu przypadkach dożywającym swych dni starszym panom. W języku, architekturze i obyczajach znajdziemy pozostałości po okresie, w którym wyspą zarządzali Japończycy. Znajdziemy piętno wydarzeń takich jak chińska wojna domowa, która samej wyspy nie tknęła, a jedynie zbryzgała wodnym pyłem zawieruch i burz dziejowych należących do poprzednich epok.

Wszystko to trwa w czymś, co dla przybyszów z zewnątrz jest pewnego rodzaju „zawieszeniem”. Ale póki co jest też tym, co opisuje tytuł książki: piękną wyspą w oku tajfunu. Życiem na zboczu wulkanu, nad przepaścią niepewności, która dla samych mieszkańców stała się codziennością, skrupulatnie wypychaną ze strumienia myśli. Bo i co by dało codzienne roztrząsanie myśli o braku przyszłości? Lepiej już być niczym rybak ze starożytnej opowieści.

Wszystko co powyżej, napisałem w dawnej stolicy wyspy – mieście Tainan. Jak żadne inne jest ono pełne okruchów przeszłości: starych, czasem wręcz miniaturowych świątynek… ciągle zadbanych. Miasto w swoim sercu skrywa gąszcz wąskich uliczek i zaułków, przy których uchowały się mikroskopijne zakłady rzemieślników czy klimatyczne apteki, pachnące historią i tradycyjnymi, obcymi dla Polaków medykamentami.

Podświetlony promieniami wschodzącego słońca pył wodny poderwany przez energię supertajfunu Mangkhut, dewastującego Filipiny 1000 kilometrów na południe (wrzesień 2018).

W tym gąszczu, który wieczorami, zwłaszcza dla obcych, zmienia się w labirynt, spaceruje młodzież, mijając staruszków, którzy przechadzają się coraz bardziej niepewnym krokiem uliczkami znanymi od dzieciństwa. Tamtędy kiedyś spieszyli do pracy lub przechadzali się w czasie wolnym, by objadać się smakołykami serwowanymi przez całe hordy straganiarzy. Myśli starców błądzą po innych czasach i epokach, o których żywa jeszcze pamięć zaraz stanie się martwym drukiem wypełniającym stare, schowane w zapomnianym kartonie książki, po które nikt już nie sięga.

Ta książka jest zbiorem opowieści o wszystkich tych ludziach. Młodych i starych. O ludziach, miejscach i wydarzeniach. O krzywdach i blaknięciu pamięci. O chaotycznych rymach sił historii, które sprawiły, że wszyscy ci mieszkańcy Tajwanu, czasem wbrew opinii pamiętliwych krewnych zza „Czarnej Wody”, nazywają Tajwan swoim domem.

Tainan, Tajwan, listopad 2025

1 Całą opowieść możecie znaleźć w moich Opowieściach z dawnych Chin, s. 217–221. Wszystkie przywołane rozdziały innych moich książek udostępniam on-line. Ich lista znajduje się w aneksie na s. <?>.

2 Chiń. tianxia dashi, 天下大勢. Koncepcja ta oznacza nieokiełznane siły dziejowej czy kosmicznej konieczności, wobec której ludzkie wysiłki i plany są nic nie znaczącym pyłkiem. Dobrym przekładem w konkretnej sferze życia są „siły rynku”. Zgłębić te trendy historii (to alternatywne anglojęzyczne tłumaczenie) i przewidywać przyszłe zdarzenia mogą wyłącznie ci, którzy pojęli niewysłowione Dao, czyli naczelną zasadę powodującą biegiem rzeczy. Ja sam tę chińską koncepcję nazywam siłami psychohistorii, za kultową powieścią Isaaca Asimova. SP Wstęp oraz r. I.2 „Jak patrzą na świat…”.

Część I Historia Tajwanu

Zanim pojawili się ludzie

…i chwilę po tym

Wyspa Tajwan wzniosła się ponad poziom morza zaledwie 4–5 milionów lat temu. Narodziny nastąpiły w wyniku nasuwania się płyty tektonicznej Morza Filipińskiego na płytę eurazjatycką. Te trwające od milionów lat procesy rozciągają swój wpływ na południe do Filipin. Na północy granicą obszaru tektonicznego jest archipelag Riukiu.

Rejon Tajwanu jest zaledwie częścią pasa aktywności tektonicznej, który ochrzczony został mianem Pacyficznego Pierścienia Ognia (ang. Pacific Ring of Fire). Ruch płyt generuje w całym tym kręgu regularnie trzęsienia ziemi – od tych niewyczuwalnych do tych, w których giną ludzie.

Ostatnie bardzo silne trzęsienie ziemi nawiedziło Tajwan w kwietniu 2024 roku. Jego epicentrum zlokalizowano kilkadziesiąt kilometrów od miasta Hualien na wschodnim wybrzeżu. Kataklizm zdewastował największą atrakcję turystyczną Tajwanu – wąwóz Taroko. Obruszone skały i pył skalny zostały następnie wypłukane przez tajfuny. W wielu miejscach całe gigatony pyłu i głazów przez całe lato tamtego roku zalewały drogi oraz niweczyły wysiłki ludzi, którzy starali się udrożnić dostęp do wąwozu i innych atrakcji turystycznych regionu.

Od kontynentu Tajwan oddzielony jest Cieśniną Tajwańską, której szerokość w najwęższym miejscu wynosi 130 kilometrów. W obecnej epoce geologicznej i glacjalnej dno cieśniny położone jest nie głębiej niż 100 metrów. To dzięki tej płytkości w ostatnim okresie zlodowacenia, kiedy powierzchnia oceanu opadło o całe 140 metrów, dno cieśniny stało się mostem lądowym, przez który na wyspę dostali się pierwsi ludzie. Współcześnie w cieśninie nad powierzchnię wody wynurza się jedynie urokliwy archipelag Peskadorów, odległy od Tajwanu o 45 kilometrów.

Wypchnięta do góry krawędź płyty euroazjatyckiej tworzy dziś przepiękne, pokryte bujną roślinności góry, które niemal przez całą długość wyspy Tajwan przekraczają wysokość 3000 metrów. Zajmują one dwie trzecie jej powierzchni, w praktyce całą jej zachodnią stronę. Najgwałtowniej pną się one w górę w rejonie miasta Hualien i na północ od niego. To zapewne ten spektakularny widok kazał Portugalczykom nazwać wyspę „Piękną”.

Sprasowane warstwy osadów dennych starożytnych mórz. Lokalizacja: szosa nr 29 w rejonie Namaxia. Widoczny fragment ma wysokość około 310 metrów od poziomu rzeki.

Prehistoria i starożytność

Gdy na początku holocenu (10–11 tys. lat temu), czyli współczesnej epoki geologicznej, most lądowy znalazł się pod wodą i na wyspę przedostała się ostatnia fala migracji, której pochodzenie udało się nauce zadowalająco prześledzić. Ale to nie wtedy na wyspie pojawili się pierwsi ludzie i fauna. Najwcześniejsze aktualnie znane ślady ludzkiej obecności na wyspie datuje się na 20–30 tysięcy lat. Te ślady ludzkiej obecności niezmordowani archeolodzy odkryli na dnie Cieśniny Tajwańskiej – w rejonie Peskadorów. Znaleziono ludzkie szczątki datowane na dwa ostatnie okresy zlodowacenia i odsłonięcia dna cieśniny. Odkryto nawet kości nieznanego wcześniej gatunku Homo. Ocieplenie tworzące z Tajwanu wyspę nastąpiło około 10–20 tysięcy lat temu.

Dostępne nam materiały wskazują, że japońskie wyspy Riukiu zostały zasiedlone przez wyprawy kolonizacyjne z Tajwanu. I tu docieramy do debaty, w której współcześni badacze spierają się o pochodzenie i historię ekspansji ludów austronezyjskich Pacyfiku. Jedną z głównych hipotez jest ta, wedle której osadnicy z kontynentu, którzy dotarli na Tajwan około 6000 lat temu, uczynili z wyspy punkt startowy wypraw kolonizujących Archipelag Filipiński, a następnie dalsze archipelagi i samotne wysepki, z Wyspą Wielkanocną jako najdalszym i najbardziej imponującym osiągnięciem.

Hipotezę tę potwierdzają jedynie fragmentaryczne i wyrywkowe dowody, więc trzeba do niej podchodzić ostrożnie. Jednym z kluczowych dowodów na jej słuszność jest datowany na 8000 lat szkielet odnaleziony na Liang, jednej z tysięcy wysepek wybrzeża Fujian. Z odkrytego w 2011 szkieletu wypreparowano materiał genetyczny. Potrzeba było aż trzech lat, aby w mitochondrialnym DNA odkryć fragmenty kodu charakterystycznej, lokalnej mutacji. To z obecności i częstotliwości tej mutacji u ludów austronezyjskich wywiedziono wniosek, że powstała ona około 8–11 tysięcy lat temu właśnie na wybrzeżach współczesnej prowincji Fujian, aby w kolejnych tysiącleciach rozprzestrzenić na cały Pacyfik i Oceanię. Współcześnie istniejące ludy aborygeńskie Tajwanu mają w tej wizji być potomkami tych, którzy na wyspie pozostali.

Jednym z najstarszych śladów kultury materialnej na Tajwanie jest Jaskinia Ośmiu Bóstw (Baxiandong, 八仙洞) na wschodnim wybrzeżu, tuż przy szosie krajowej numer 11. Bywały okresy, w których mijałem to miejsce kilka razy w tygodniu, gnając od jednego do drugiego festiwalu ludu Amis, który zasiedla nie tylko niemal całe wschodnie wybrzeże wyspy, ale i dolinę ryftową nieco w głębi.

Patrząc na podobne przypadki wymiany populacji, prehistoryczne szczątki z całą jednak pewnością nie są pozostałościami prahistorycznych Amisów – odległość w czasie jest zbyt wielka. Te skromne pozostałości datowane są na 5–15 tysięcy lat wstecz. O pradawnej, zaginionej kulturze ani jej powiązaniach ze współczesnymi aborygenami nie wiemy kompletnie nic. Mamy jakieś kawałki naczyń, koraliki… To wszystko. To właśnie usłyszałem od jednego z kierowników prac archeologicznych prowadzonych w mieście Hualien, i nie tylko od niego.

Innym śladem ludzkiej obecności są pyłki roślinne w osadach na dnie położonego w centralnym Tajwanie Sun Moon Lake, Jeziora Słońca i Księżyca, nazwanego tak z uwagi na kształt przypominający te dwa ciała niebieskie. Naukowcy wykryli ślady stosowania systemu żarowego, czyli wypalania połaci lasu po to, by wydarty Naturze kawałek ziemi przekształcić w pola uprawne. Aktualnie pozyskane dane świadczą, że w okresie od 11 do 4,5 tysiąca lat temu w rejonie jeziora uprawiano ryż.

Nazwy historyczne wyspy

„Ktokolwiek odkrył ocean, na pewno nie były to ryby.” To powiedzonko wyczytałem w jakiejś zapomnianej już powieści SF we wczesnym dzieciństwie. Prawidło odnosi się do wszystkich miejsc, których nazwy, tzw. egzonimy, wymyślali nie ich mieszkańcy, a przybywający tam podróżnicy z wielkich mateczników cywilizacji.

Najstarsze znane nam nazwy Tajwanu, niektóre używane do dziś, wprowadzali do obiegu mieszkańcy bardzo odległych krain. Zanim Tajwan został odkryty przez resztę świata, zamieszkujące go liczne ludy austronezyjskie nie miały nazw na całą wyspę. Nazywały jedynie swoje własne terytoria plemienne.

Na pierwszą wzmiankę o Tajwanie lub jego ogólnych okolicach natykamy się w kronikach chińskich z okresu Trzech Królestw. Zapis z początku III wieku n.e. wspomina w niejasny sposób o krainie nazwanej Yizhou, 夷州. Pierwszy znak tej nazwy w pismach starożytnych miał za desygnat barbarzyńców od wschodniej strony „centrum ludzkiej cywilizacji” – Państwa Środka. Współczesne interpretacje wyjaśniają, że kronikarzom chodziło o zamieszkane przez dzikie plemiona wyspy i wysepki na południowym wschodzie. Warto tu wspomnieć, że starożytne mocarstwa i imperia, z imperium Pierwszego Cesarza na czele, nie zdołały opanować regionów kontynentu przylegających do Tajwanu. Te bardzo trudne w dostępie, górzyste regiony to dzisiejsze prowincje Guandong i Fujian. Z nich to wywodzą się dominujący dziś demograficznie na Tajwanie Minnańczycy oraz Hakkijczycy. Uniknięcie podboju wynikało z górzystego charakteru obszaru, który zamieszkiwali.

Wyspa z jej mieszkańcami została „odkryta” przez żeglarzy portugalskich gdzieś pomiędzy rokiem 1542 a 1544. Zauroczeni zapewne jej wschodnim wybrzeżem, zwłaszcza klifami jego północnej części, nazwali ją Ilha Formosa – piękną wyspą. Przybysze szybko zdali sobie sprawę ze śmiertelnego niebezpieczeństwa lądowania na wyspie. Zamieszkujące wybrzeża ludy austronezyjskie niemal bez wyjątku praktykowały ludożerstwo i kolekcjonowanie trofeów w postaci czaszek zabitych wrogów. Wszelka inicjowana przez żeglarzy wymiana kulturowa i integracja z tubylcami mogła więc skończyć się wyłącznie w jeden sposób – od środka1.

Praktyka obcinania i kolekcjonowania głów wrogów, głównie osób z sąsiadujących plemion, rozbuchała się w pewnym okresie poza granice rozsądku. Dochodziło do tego, że naczelnicy plemion i szamani zachęcali młodych wojowników do opóźnienia ożenku po to tylko, aby wprawni zabójcy dłużej dostarczali czaszki, budując tym prestiż plemienia… I klanu naczelnika też, oczywiście.

Można więc śmiało bronić twierdzenia, że europejskie mocarstwa kolonialne – oprócz realizowania własnych, niewybaczalnych bestialstw, jak choćby eksterminacja aborygenów australijskich na Tasmanii – faktycznie cywilizowały resztę świata – rękami chrześcijańskich misjonarzy. To wieczne prawidło ekspansji imperiów i wielkich cywilizacji. Plaga podboju i błogosławieństwo cywilizowania niemal bez wyjątków zachodzą równolegle – we wszelkich miejscach na ziemi i wszelkich okresach2.

Ihla Formosa – ta właśnie nazwa gościła na mapach morskich przez kolejne trzy stulecia. Nazwę Tajwan wprowadzili do obiegu Holendrzy, którzy w rejonie współczesnego miasta Tainan, na półwyspie w estuarium rzeki Yen, założyli fort, który stał się ważną placówką handlową Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Przedsiębiorcy ci oparli się na zapisie niejakiego Chen Di, Minnańczyka, który w 1603 roku dokumentując stan osady rejonu Anping, nazwał pobliską łachę laguny, wcinającej się w tamtym stuleciu nieco w głąb lądu, mianem Dayuan (大員), co można przetłumaczyć na „wielką krągłość”. Była to adaptacja fonetycznie podobnej nazwy rejonu fortu z języka tamtejszego ludu Siraya (Xilaya). Nazwę osady nadaną przez Europejczyków znamy w jej kilku wariantach – mamy więc Tayouan, Taioan czy Daeuan. Z biegiem czasu przybysze rozszerzyli zasięg tej nazwy na całą Piękną Wyspę, Tajwan.

Holenderski muszkieter z okresu założenia Fortu Zelandia.

Po zbrojnym rozbiciu Królestwa Tungning, założonego przez Koxingę, lojalistę dynastii Ming, administracja kolejnej dynastii – mandżurskiej Qing – uczyniła jego terytorium położone na Tajwanie subprefekturą prowincji Fujian (Taiwan ting, 臺灣廳). Nastąpiło to 17 października 1683 roku. Już rok później podniesiono rangę obszaru do Prefektury Taiwan (Taiwan fu, 臺灣府), formalnie przyjmując Tajwan, 臺灣, za oficjalną chińskojęzyczną nazwę wyspy.

I to jest miejsce, w którym wypada rozwikłać współczesne komplikacje dotyczące tego, kto, kiedy i co ma na myśli, gdy mówi „Tajwan”.

W Polsce, w rozumieniu potocznym Tajwan to rzadziej wyspa rozumiana jako obiekt geograficzny, a częściej „tery-torium administrowane przez instytucje rezydujące w mieście Tajpej”. Rząd ten jest kontynuacją reżimu Republiki Chińskiej, której istnienie proklamowano 1 stycznia 1912 roku. Po angielsku skrót formalnej nazwy tego bytu politycznego to R.O.C. – Republic of China. Po polsku to RCh – Republika Chińska. Rzeczony podmiot administruje nie tylko samą wyspą Tajwan, ale też kilkoma wysepkami, których Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza nie zdołała podbić mimo tego, że leżą tuż przy wybrzeżu kontynentu lub daleko od wyspy Tajwan. Niezdolność ta wynikała z ingerencji Stanów Zjednoczonych i braku własnej marynarki wojennej.

Dwie wyspy przy brzegu kontynentu to Kinmen i Matsu. Teoretycznie są one częścią prowincji Fujian, a więc obszaru administrowanego przez Pekin. Na Kinmen, tuż obok miejscowego portu, do 2018 roku funkcjonował rząd prowincji Fujian (台灣福建省政府), który w 1949 roku ewakuował się na wysepkę. Aktualnie ten organ administracji przemianowano na Połączone Centrum Obsługi Kinmen i Mazu (ang. Kinmen-Matsu Joint Services Center).

■

1 „Za takie żarty będziesz pożarty!” – taką naganę mógłbym otrzymać od wydawcy, gdyby nie decyzja o samodzielnej publikacji… Decyzja podjęta została z troski o wierność prawdzie, a nie luksusowym poglądom o beztroskim dostrojeniu się ludów pierwotnych do pięknej i szczodrej Natury.

2 Fascynującym wglądem antropologicznym w tę kwestię jest główny wątek rozdziału „Wojny są potrzebne…” w Siłach Psychohistorii.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Chiński Dziki Zachód

Migracje ludów minnańskich i Hakka od XVII do XIX wieku

Holendrzy i Koxinga zniknęli z wyspy… ale przynajmniej nie w żołądkach jej pierwszych kolonizatorów. Nie zostali zabici i zjedzeni jak rozbitkowie i inni przybysze czy kolejne fale bezimiennych, zapomnianych ludzi i ludów migrujących przez most lądowy i dokonujących tzw. wymiany populacji we wcześniejszych tysiącleciach. Na wyspie pojawili się ludzie, których obecność była emanacją innych sił i procesów cywilizacyjnych…i była liczona w stuleciach i dekadach.

Wokół już niemal współczesnego Tajwanu pojawiły się siły będące emanacją potężnych imperiów i cywilizacji. To one, kolektywnie, gdy już raz stworzyły przyczółek cywilizacji i zaawansowanego państwotwórstwa (ang. statecraft) na wyspie Tajwan, miały go już jedynie rozszerzać. Rozszerzać kosztem poprzednich, prehistorycznych fal migracyjnych. Bo przecież nie będziemy tacy naiwni, by mniemać, że kolejne ludy, plemiona, wyprawy osadnicze czy zagnani tajfunami podróżni nie walczyli o prawo do życia, terytoria łowieckie, lokalizacje wiosek i domostw czy pola pod uprawy także między sobą?

Możemy tylko zgadywać, jak zaciekłe wojny i wojenki toczyły poszczególne ludy austronezyjskie, gdy wyodrębniały się, kształtowały swoją kulturę… aby i tak ulec inwazjom silniejszych sąsiadów czy bezlitosnej naturze.

Za paralelę i lustrzane odbicie tych zmagań możemy wziąć historię zasiedlania Ameryki Północnej przez ludy pierwotne, ich stan ciągłej wojny, a dopiero potem zajmowanie przez osadników z królestw atlantyckich Europy.

Na długo przed pojawieniem się tych ostatnich ludy, szczepy, konfederacje i plemiona obu kontynentów żyły w stanie bezustannej wojny lub zagrożenia nią. Porywały dzieci i kobiety, dokonywały eksterminacji i czystek. Zniewalały i dokonywały masowych mordów rytualnych. Koronnym przykładem skali opresji i zniewalania jednych przez drugich jest imperium Azteków, które Hernán Cortés zdołał podbić i zniszczyć. Cortés zdołał tego dokonać swoją garstką ludzi. On był tylko iskrą buntu i zebrania armii 200 tysięcy wojowników z powodowanych nadzieją członków podbitych ludów i plemion, które niewyobrażalnie okrutni Aztecy ujarzmiali, eksterminowali i zniewalali.

Niemal doskonałym rymem dla Tajwanu jest tzw. Komanczeria, czyli potężne quasi-imperium prerii Ameryki Północnej. Komancze, dzięki przywiezionym przez Hiszpanów koniom, stali się postrachem nie tylko dla osadników z Europy, ale przede wszystkim dla swoich sąsiadów, rasowych pobratymców. Ich porażające okrucieństwo i biegłość w posługiwaniu się łukiem z pozycji jeźdźca sprawiły, że preria od współczesnego Kolorado do Oklahomy stała się wielką strefą no-go − zamkniętą dla handlu i osadnictwa europejskiego mimo teoretycznie miażdżącej przewagi technicznej i kulturowej.

Nagrobek jednego z wojowników Lakota na preriach przy strumieniu Little Big Horn.

Komanczowie na polu otwartej konfrontacji byli niepokonani. Dopiero metodyczna eksterminacja populacji bizonów, stanowiących materialną podstawę ich egzystencji, doprowadziła do likwidacji ich potęgi. W identyczny sposób konni barbarzyńcy centralnej Azji uniemożliwili handel i kontakty dyplomatyczne carskiej Rosji i imperium Mandżurów. Trzeba było skoordynowanego wysiłku tych potęg, by spacyfikować, a często eksterminować całe ludy stepowe. Dwa imperia wspólnym działaniem nieodwołalnie dokonały dzieła likwidacji „sposobu życia” „żyjących na łonie Matki Natury miłujących pokój autochtonów”.

Ujętą w pierwszy cudzysłów frazę można wyczytać na nagrobkach wojowników Lakota, Dakota, Czejenów i Arapaho, zabitych w czasie słynnej bitwy pod Little Big Horn z 1876 roku, na porosłych trawą, surowych wyżynach stanu Montana. Ludzie ci walczyli o świat, który prawem sił psychohistorii skazany był na odejście w przeszłość. Był to, musimy pamiętać, świat, w którym okrucieństwo i wojny nie były patologią czy dysfunkcją w ścisłym sensie tych słów. Były esencją systemu hierarchicznego, a więc i motywacyjnego, który animował i społeczności, i jednostki. Pozyskiwanie przez wojowników pozycji społecznej było mechanizmem tak kluczowym i integralnym dla tego „sposobu życia”, że wyrwanie się z pułapki niedoli i wzajemnego zniewalania oraz zabijania musiało zostać dokonane poprzez wyrugowanie jej przez siłę zewnętrzną. W tej właśnie dwuznaczności etycznej, z tą ofertą usunięcia starej opresji i zastąpienia jej nową, przychodzi zawsze cywilizacja i postęp. I eksterminujący poprzednich mieszkańców najeźdźca. „Jak wzniośle to brzmi!”, ktoś mógłby skwitować. Ano, czasem wzniośle, a czasem wręcz przeciwnie.

Ta sarkastyczna wizja powyżej to moja pułapka na czytelników zarażonych wirusem tzw. „idei szlachetnego dzikusa”. Życie ludów pierwotnych nie toczyło się w harmonii z otoczeniem i nie było pasmem sielanki i wspólnego śpiewu przy zbieraniu darów Natury. Wręcz przeciwnie! Na Tajwanie współcześni, dalecy potomkowie tych plemion uwięzionych w epoce niewiele wykraczającej z neolitu, dziś bawiący się smartfonami podłączonymi do sieci 5G i jeżdżący na zakupy do supermarketów, z całą pewnością nie przyjęliby oferty powrotu do ich pradawnego „sposobu życia”. Słuchałem opowieści o życiu w górskich wioskach zaledwie 100 lat temu. To „tradycyjne” życie, odebrane przez paskudnych kolonizatorów minnańskich, a potem „sk…na” Czang Kaj-szeka było pełne głodu, przemocy, trzeszczącej biedy i dyscypliny narzucanej pięścią własnej elity. Pytałem o to nie tylko współczesnych aborygenów tajwańskich , ale i amerykańskich z obu Ameryk.

Wracamy na Tajwan. Jak rozbicie Komanczerii na preriach Ameryki Północnej, jak wyrugowanie i spacyfikowanie ludów koczowniczych Azji Centralnej, i tak dalej, i tak dalej… tak i migracje ludów minnańskich na Tajwan umożliwiły ogólny postęp cywilizacyjny, czyli – podeprę się świeższym przykładem procesu powstawania Izraela – zagospodarowanie obszarów wcześniej marginalnych tak, aby wzrosła ich pojemność demograficzna. Jego głównymi składnikami były technologia broni palnej, rozwój technik rolniczych i hodowlanych.

W przypadku Tajwanu dochodzi czynnik cywilizowania i wzmocnienia wpływu władzy cesarskiej w górzystych obszarach prowincji Fujian na kontynencie. Te i inne składniki generowały presję demograficzną. Stały się impulsem migracyjnym dla wszystkich tych, którzy mogli, chcieli bądź musieli szukać szczęścia za setką kilometrów owiewanej silnymi północnymi wiatrami cieśniny. Podstawowym motywatorem była dla nich oczywiście bieda i przeludnienie – w podobny sposób jak miało to miejsce z irlandzką biedotą transportowaną masowo do Nowego Świata z Europy. Zagospodarowanie terenów dziewiczych było impulsem, który dawał ludziom coś, co przez całą historię ludzkości jest kluczem – nadzieję. Nadzieję na uwolnienie się z pułapki braku mobilności społecznej. Na przyszłość choć odrobinę lepszą i godniejszą od tego, na co skazani są teraz.

Ci osadnicy dysponowali bronią i wsparciem materialnym z kontynentu, które pozwalały im podjąć równą walkę z przeciwnikiem, który do tej pory czynił wszelkie wizyty na wyspie aktami samobójstwa. Ludy i plemiona austronezyjskie były asymilowane, wyrzucane ze swoich terytoriów, wybijane w ciągnących się latami bataliach na pograniczu.

Napływ osadników w XVIII wieku nie byłby zasadniczo możliwy bez „zielonego światła” ze strony władz cesarskich, a więc nie Chińczyków, a Mandżurów. W pewnym momencie zredukowały one zakres wcześniejszych restrykcji – decyzję podjął cesarz Qinlong, rządzący Chinami w latach 1735–1796.

Ciągłe wspominanie o Mandżurach jest konieczne, gdyż w naszych umysłach pokutują takie percepcje jak to, że „Chińczycy podbili Mongolię”, albo „Chińczycy podbili Tybet”. Nie! Tych podbojów dokonali Mandżurowie. Mongolię Wewnętrzną Mandżurowie zdobyli w 1636 roku, a więc na osiem lat przed przejęciem Chin. Mongolię zewnętrzną podbili w 1691 roku. W posiadanie Tybetu władająca Chinami mandżurska dynastia Qing (a nie „Chiny Qingów”!) weszła w przez podbicie Chanatu Dżungarskiego, założonego przez zachodni odłam Mongołów. Dżungarowie podbili Tybet w 1620 roku i utrzymali go do 1658, więc Qingowie nie podbili niepodległego Tybetu. Oni go odbili poprzedniemu najeźdźcy, wybijając przy tym około 80% populacji swoich poprzedników.

Jednym spośród mrowia przykładów niezrozumienia geopolitycznych przepychanek przez zwykłych konsumentów kultury jest portal lifeoftaiwan.com, którego twórcy w dziale „Historia Tajwanu” zatytułowali jedną z sekcji „Taiwan as part of the Chinese Empire: 1683 to 1895” (Tajwan jako część Imperium Chińskiego: 1683–1895).

Piszę o tym nie bez kozery… i narażam się na emocjonalną reakcję zarówno Hanom z Pekinu, jak i z Tajpej. Problemem jest sukcesja po rozpadającym się imperium Qingów przez powstającą w 1911 i 1912 roku Republikę Chińską.

Republika to byt polityczny, ustanowiony przez rdzennych Chińczyków Han. Ustanowił on sam siebie suwerenem nie tylko Mandżurii, ale i innych terytoriów, które podbili Mandżurowie. W świetle tych faktów roszczenia chińskie, a więc te wysuwane i przez RCh, i ChRL, są oparte na fikcji zarówno w sferze polityki, jak i etyki.

Podobnie gmatwa się sytuacja z oddaniem przez Japonię Formozy i Peskadorów Chinom w 1945 roku, ale o tym napiszę nieco więcej w następnym rozdziale. Teraz wróćmy do kolonizacji i zagospodarowania Tajwanu przez ludy minnańskie, będące pod zwierzchnictwem mandżurskim.

Migranci pochodzili z obszarów najbliższych Tajwanowi – prowincji Fujian i Guandong. Byli to Minnańczycy i Hakkijczycy. Propaganda współczesnego ChRL wrzuca ich do jednego worka z etykietą „Chińczycy Han” na wierzchu. Okres cywilizowania obu ludów zamieszkujących Fujian i Guandong jest znacznie krótszy niż mniejszości zamieszkujących północne części Chin, wliczając w nie nawet rejon rzeki Jangcy. Łatwo jest komuś, kogo świat jest odległy o 10 tysięcy kilometrów, dać się nabrać na ten niezbędny Chinom zabieg budowania mitu jedności narodowej.

Szybko powstawały i rozrastały się osady w miejscach, w których dziś lokują się główne miasta wyspy: Chiayi, Hsinchu i Tajpej. Tajwan był pełen tumultu. Odległa władza centralna i mnogość niezależnych grup migracyjnych, konflikty z aborygenami, konflikty między rodami i klanami. Wszystko to sprawiało, że Tajwan nie był bezpiecznym miejscem. Może nie do Dzikiego Zachodu należałoby odwołać się przy porównaniach, ale do Dzikich Pól, obszaru braku cywilizacji i impulsów państwotwórczych, który jest areną wydarzeń sienkiewiczowskiej Trylogii?

Przejawiała się też inna prawidłowość wczesnych faz kolonizacji i rugowania ludności miejscowej. Historyczny rym do niej widzimy choćby we współczesnej, masowej, niekontrolowanej migracji ludności hinduskiej i muzułmańskiej do państw dominujących Europy, Kanady czy Australii.

Migranci na osiemnasto- i dziewiętnastowieczny Tajwan w znacznej większości byli młodymi bądź w sile wieku bezżennymi mężczyznami. Nazywano ich niezbyt grzeczną frazą „gołe gałęzie” (guanggun, 光棍, ang. bare branches). W swoim oryginalnym znaczeniu fraza opisuje bezżennego mężczyznę, który − zwykle uwikłany w działalność przestępczą lub pozbawiony przynależności klanowej − nie sprowadzi na świat potomka, który byłby przedłużeniem rodu.

Filibusterzy, bukanierzy, guanggun i wokou

Guanggun są rymem dla zjawiska znanego z okresu kolonizowania i cywilizowania obu Ameryk – filibusterów. W XIX wieku nazywano tak amerykańskich awanturników (najsłynniejszy to William Walker), którzy organizowali prywatne wyprawy wojskowe, aby podbijać kraje Ameryki Środkowej bez oficjalnej zgody rządu Stanów Zjednoczonych. „Kradli” państwa, tak jak dawni piraci kradli statki. Pierwowzorem dla nazwy było holenderskie słowo vrijbuiter, które powstało z połączenia vrij (wolny) i buit (łup). Dosłownie oznaczało więc „wolnego strzelca polującego na łupy”.

Na ruszt tego rozumowania trzeba dorzucić bukanierów (ang. buccaneers, fr. boucanier) Ameryki Środkowej. Tamtejsi aborygeni piekli i wędzili dziczyznę na rusztach o nazwie barbacoa. (Tak, to stąd pochodzi współczesne słowo barbecue!) Francuscy osadnicy, którzy w XVII wieku nielegalnie osiedlali się na północnym wybrzeżu Hispanioli (dzisiejsze Haiti) i Tortudze, przejęli tę technikę. Sam ruszt zaczęli nazywać boucan, a proces wędzenia mięsa – boucaner.

I stąd wzięli się niesławni bukanierzy. Początkowo bukanierzy nie byli piratami. Byli to myśliwi, głównie francuscy wygnańcy i zbiegowie, którzy polowali na zdziczałe bydło i świnie pozostawione przez Hiszpanów. Mięso wędzili na boucanach i sprzedawali przepływającym statkom.

Kiedy Hiszpanie próbowali ich przepędzić ze swojego dominium, wybijając zwierzynę płową, myśliwi – pozbawieni źródła dochodu – przenieśli się na morze. Zachowali jednak swoją nazwę, stając się najskuteczniejszymi najemnikami i piratami tamtej ery.

Tu trzeba dopowiedzieć, że plagą akwenów prowincji Fujian i wyspy Tajwan byli głównie japońscy piraci wokou 倭寇, wyrzutkowie społeczni działający na niemal identycznych zasadach co bukinierzy.

Zobacz ramkę o „piractwie” ludu Paiwan na s. 72.

W osobnym rozdziale o Minnańczykach poznacie wręcz zadziwiające detale o tych czasach. Na tą hordę nieszczęśników „szukających swojego miejsca na świecie” – przywołałem tu słynną wypowiedź współczesną – składali się nękani biedą desperaci, którzy przybywali na wyspę wbrew zakazom władz prowincji Fujian. Byli wśród nich także przestępcy, uciekający przed wymiarem sprawiedliwości. Wszyscy oni walczyli ze sobą o możność przetrwania i szansę na zbudowanie przyszłości. Ludzie o niezwykle zróżnicowanym statusie i historii życia przenosili z kontynentu i zaszczepiali swoje organizacje. Walczyli ze sobą i budowali swoje struktury władzy. Konkurowali z aborygenami o prawa do ziemi i wody.

Zarysowana tu paralela z najazdem demograficznym z obszarów tzw. „trzeciego świata” i muzułmańską na Zachód ma swoją moc wyjaśniającą oba procesy wymiany populacji. Ludzie będący de facto osadnikami kierowali się i kierują się własnymi motywami przetrwania czy uczieczki ze społeczności, w której nie było dla nich miejsca. Ale na innej, autonomicznie działającej płaszczyźnie decyzji, oba procesy były sterowane, wzmacniane i uruchamiane przez „siły wyższe” – władze cesarskie, głwy rodów minnańskich i interesy wpływowych grup interesów wszelkiej maści.

Na XIX-wiecznym Tajwanie napór nie dawał wcześniejszym mieszkańcom szans we współzawodnictwie o dostęp do zasobów, które wcześniej były ich niekontestowaną własnością. Nastąpiły miniaturowe, bo w skali zaledwie Tajwanu, wędrówki ludów, w tym wypędzenia i przesiedlenia wymuszane przez administrację. To nieprzeliczony ogrom bardzo smutnych opowieści, których kilka poznacie w tej książce.

W rezultacie tych wszystkich procesów ludy z równin od strony kontynentu uległy asymilacji i rozpuściły się w masie przybyszy. Był to proces aktywnie promowany i wymuszany przez administrację cesarską, która przestała się bać tego, że wyspa stanie się matecznikiem antymandżurskiej rebelii, jak i samych migrantów. Część z nich zawędrowała do odległych i mało atrakcyjnych miejsc w górzystych regionach Tajwanu. Tam, z urwaną ciągłością żywej pamięci, do czego przyczynił się walnie okres rządzącego żelazną ręką Czang Kaj-szeka, po dziś dzień borykają się ze swoją przeszłością i tożsamością.

Wiek XIX

W połowie XVIII wieku administracja prowincji Fujian zleciła wykonanie mapy, która pokazywała dobrze postęp „cywilizowania” Tajwanu – na dobre i na złe. Na Qianlong Taiwan Ditu (Mapa Tajwanu Cesarza Qianlonga) zaznaczono 600 osad chińskich i ponad 300 aborygeńskich. Wtedy wybrzeże wschodnie wciąż żyło jak w epoce kamienia łupanego, symbolicznie jedynie ucywilizowanej przez handel z zachodnią, równinną częścią wyspy.

Mapa Tajwanu Cesarza Qianlonga, fragment zwoju obrazujący północną część wyspy. Geograficzna północ w kierunku na dół.

Do 1811 roku populacja poddanych cesarza na Tajwanie przekroczyła 2 miliony. Wielki kocioł mieszania genów aborygenów, Hakkijczyków i Minnańczyków gulgotał w najlepsze. Uprzedzając nieco dalszą część opowieści, nadmienię, że współczesne badania genetyczne populacji Tajwanu wykazały, że nawet do 20% ludności ma jakiś dający się wykryć w testach ślad krwi austronezyjskiej.

Druga połowa XIX wieku to czas, w którym nastąpił kolejny znamienny obrót trendów świata – zaczęła się liczyć geostrategiczna lokalizacja Tajwanu. Widziały to i mocarstwa zachodnie, i Japończycy. Na wyspie ponownie zaczęli pojawiać się chrześcijańscy misjonarze. Pierwsi z nich byli rozbitkami statku, który uległ katastrofie w 1859 roku na samym południowym końcu wyspy.

Po trzech wojnach opiumowych połowy tego stulecia niektóre porty Tajwanu stały się „portami traktatowymi”. Obywatele imperiów kolonialnych, w tym Japonii, cieszyli się w nich specjalnymi przywilejami, w tym immunitetem zwalniającym z aresztowania przez policję.

Koniec XIX wieku to gwałtowne przyłączenie Tajwanu do reszty świata. Na wyspie pojawili się Francuzi. Uwikłali się oni w zacięte zmagania z Qingami o kontrolę nad Wietnamem. W 1884–1885 zajęli na krótko Keelung, a także archipelag Peskadorów w Cieśninie Tajwańskiej1. Sukcesy francuskie sprawiły, że władze cesarskie zmobilizowały się do utrzymania kontroli nad wyspą. Budowano forty i linie kolejowe. A wyspę podniesiono do statusu pełnoprawnej prowincji.

Tak właśnie, w wymuszonym skrócie, wyglądał czas, w którym wyspa zmieniła właścicieli. W którym masy ludzkie, składające się z jednostek popychanych swoimi własnymi powodami i motywacjami, kolektywnie zmieniły oblicze Tajwanu. Zmieniły na wyspie wszystko.

Mam nadzieję, że widzisz już, Czytelniku, że nazwanie Pięknej Wyspy chińskim dzikim zachodem nie jest aktem taniego efekciarstwa. Jest może minimalnie mylące i wieloznaczne, bo „chiński” oznacza „minnański”. Przede wszystkim jest jednak wskazaniem niezwykle doniosłej prawidłowości tego, jak rozprzestrzenia się cywilizacja. Iteracjami tego procesu są dzieje ludów, mocarstw i imperiów, rozgrywane przez potężne siły, dopisujące kolejne rymy do tej samej pieśni.

Za najeźdźcami przychodzą kolejni najeźdźcy i z najeźdźców – mocą wykutego w granicie prawa historii, strącani są do do roli podbijanych.

■

1 Ja sam zostawiłem w pamięci o tym okruchu dziedzictwa historycznego swój symboliczny ślad. W celebrowanym filmie dokumentalnym o historii wyspy (Taiwan: A People’s History, 2007) grałem rolę francuskiego admirała Amédée Courbeta (1827–1885) Przy castingu zdecydował parametr zbieżności wyglądu: deficytu owłosienia nagłownego, utrudniającego skalpowanie. Musieli przy tym dubbingować język francuski, z którego oprócz merci (dziękuję) oraz dosadny komentarz z bitwy pod Waterloo innego francuskiego generała – Pierre’a Cambronne’a. Aha, potrafię jeszcze przywołać dwie linijki wiersza „Chanson d’automne” poety Paula Verlaine’a będące hasłem potwierdzającym dla francuskiego ruchu oporu uruchomienie desantu w Normandii w 1944 roku.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.

Ludność minnańska (Hoklo)

Minnańczycy (grupa etniczna Hoklo) stanowi trzon populacji współczesnego Tajwanu. Historia ich obecności na wyspie to opowieść o pionierskiej odwadze, brutalnych konfliktach i niezwykłej zdolności do przetrwania pod rządami kolejnych reżimów. Ich tożsamość została ukształtowana przez „czarną wodę” Cieśniny Tajwańskiej oraz trudną koegzystencję z rdzennymi mieszkańcami (aborygenami austronezyjskimi) i konkurentami w kolonizacji.

Minnańczycy (gremialnie z Hakkijczykami, co jest nie do końca doprecyzowane) często w publikacjach i blogosferze łącznie określani są mianem pierwszego ludu xianmin 先民, co można przełożyć na polską „ludność rdzenną” – tak zrobił w swojej książce o Tajwanie dr Jacoby. Chyba tak zrobił, gdyż w swojej publikacji nie podaje chińskiego odpowiednika terminu „rdzenna ludność”, którym w całej swojej książce nazywa migrantów minnańskich i hakkijskich. A słowo te w powszechnym użyciu w języku polskim ma za desygnat ludy pierwotne, aborygenów – tych, którzy byli gospodarzami jakiegoś miejsca od początku (ab origin; chiń. yuanzhumin 原住民).

Takie nazewnictwo tworzy dwa problemy. Narusza honorowy prymat zasiedlania wyspy przez ludy austronezyjskie, o których wiemy dzięki badaniom archeo-DNA, że wywodzą się z tego samego odcinka wybrzeża Fujian, co Minnańczycy. Obie fale migracji dzielą po prostu tysiące lat, a sami współcześni aborygeni tajwańscy to także nie jest fala migracji, która nie była tą pierwszą. Jak to się mówi… „to skomplikowane”. „Skomplikowane”? To czytajcie dalej!

Termin xianmin ma na Tajwanie bardzo konkretne zabarwienie historyczne i emocjonalne. Nie odnosi się ono do wszystkich przodków w sensie biologicznym, ale do konkretnej grupy, która ukształtowała fundamenty dzisiejszego społeczeństwa – kolonizatorów minnańskich. Byli to pionierzy, którzy „otwierali” wyspę (kaishan開山) – karczowali dżungle, budowali systemy irygacyjne i zakładali pierwsze miasta. Użycie słowa xianmín zamiast po prostu „imigranci” ma na celu oddanie im prymatu i pozycji dominującej. Podkreśla także ich trud, odwagę i poświęcenie w walce z chorobami tropikalnymi, nieprzyjaznym terenem… oraz aborygenami. To oni cywilizowali wyspę!

Sprawa i jej percepcja przez współczesną ludność minnańską i hakkijską jest źródłem silnego sentymentu do tych pionierów, którzy uzdatniali góry i równiny wyspy dla następnych pokoleń. Porównanie tego odczucia do sentymentu oraz nostalgii, jaką odczuwaj mieszkańcy USA do czasu zasiedlania środka i zachodu kontynentu, uważam za niezwykle trafne.

Kontynuacja tego wątku w zakończeniu książki. Zapraszam do krótkiej wycieczki na s. 749.

Mapa batymetryczna Cieśniny Tajwańskiej. Źródło: Yu-Hsin Cheng, Ming-Huei Chang, CC BY-SA 4.0 (zmod.)Zob. także wizualizację zimowych pasatów na s. 99.

„Dziesięciu wyruszy, sześciu zginie, trzech zostanie, jeden zawróci”十去六死三留一回頭

Tym powiedzeniem, uywtym jako motto niniejszej ksiąki, opisywali Minnańczycy przedsięwzięcie migracyjne na Tajwan. Dość dobrze opisywało ono faktyczny los migrantów, z których wielu świetnie opisuje hiszpańskie słowo-idiom desperados. Sześciu na dziesięciu umierało w czasie przeprawy przez Czarną Wodę, od chorób czy w konfliktach na miejscu. Trzech docierało na Tajwan i osiedlało się, tworząc trzon populacji Hoklo. Jeden na dziesięciu tracił determinację i przytłoczony brutalnością życia na Tajwanie, brakiem perspektyw na wypracowanie własnego kawałka ziemi lub ciągłymi wojnami, wydawał ostatnie oszczędności by powrócić na kontynent.

Przekroczenie „Czarnego Rowu” (heishuigou黑水溝) –tak nazywali Minnańczycy i Hakkijczycy przedostanie się na wyspę przez Cieśninę Tajwańską. Ów rów zabijał nieprzewidywalnymi tajfunami i zdradliwymi prądami. W burzliwych wodach wiele dżonek, których konstrukcja nie była dość odporna do mierzenia się z warunkami silnych wiatrów i prądów, a ponadto przeładowanych i źle wyważonych, szło na dno przy pierwszej większej fali.

U śmiałków i desperatów pchanych do podróży biedą, obyczajem było zabieranie ze sobą kadzidła z rodzinnej wioski. Praktycznie każdy migrant niósł popiół z lokalnej świątyni, wierząc, że bóstwo będzie ich chronić także na nowym lądzie. Te małe woreczki z popiołem stały się zalążkiem tysięcy świątyń na Tajwanie, które po dziś dzień pełnią rolę centrów lokalnej tożsamości.

Głównym powodem ciemnego zabarwienia wody jest silny, ciepły prąd oceaniczny, który płynie z południa na północ wzdłuż wschodnich wybrzeży Filipin i Tajwanu – jego odnoga wpada do Cieśniny Tajwańskiej. Prąd zderza się z masami wody pchanymi wiatrem od północy.

Z mapy powyżej nawet my, amatorzy, zobaczymy, że akwen nie jest „płaskim” obszarem wodnym. Jego wyjątkowa nieprzewidywalność wynika z oddziaływania ciepłego prądu Prądu Japońskiego (Kuroshio), którego odnoga wpływająca do cieśniny zderza się i z chłodniejszym prądem przybrzeżnym, i z masami wody pchanymi wiatrem pasatów z północnego wschodu. Nagromadzenia piachu i mułu spychane są przez ruch niespokojnej wody w „przepaść”– poza krawędź płycizny nazwanej Taiwan Bank. Permanentne zagrożenia dla żeglarzy urozmaicają oczywiście zupełnie nieprzewidywalne tajfuny i nieco słabsze sztormy tropikalne.

Dwa miejsca są szczególnie zdradliwe. Pierwsze z nich to okolice Peskadorów i rejon na wysokości miasta Chiayi. To tam południowy, ciepły prąd morski kotłuje się i miesza z masami chodnych wód z północy. Z kolei na samym południu dno morskie gwałtownie opada, a prądy stają się mocno nieprzewidywalne i turbulentne. Dla migrantów płynących na prymitywnych dżonkach, wpłynięcie w „czarną wodę” oznaczało znalezienie się w strefie czegoś, co śmiało można nazwać rosyjską ruletką.

Warunki na pokładach były fatalne. Cholera, czerwonka i szkorbut pieczętowały los migrantów krótko po dotarciu do brzegu. Innym czynnikiem wykluczającym migrantów (kolonizatorów) z procesu ewolucji była endemiczna na Tajwanie malaria i inne „mizmaty”. Tajwan był wtedy uważany za „miejsce pełne trujących oparów” i faktycznie nim był. Sama malaria zabijała tysiące osadników rocznie.

Migracja Minnańczyków z prowincji Fujian w XVII i XVIII wieku była desperacką ucieczką przed endemicznymi deficytami żywności i głodem, nękającymi mieszkańców Guandongu i Fujian. Ale do połowy XVIII wieku władający Chinami Mandżurowie (dynastia Qing) zakazywali migracji na Tajwan. To dlatego, zamiast w ludzkich warunkach, ludzie przedostawali się na wyspę na łapu-capu. Sporadycznie, gdy na horyzoncie pojawiały się łodzie patrolowe byli wyrzucani za burtę przez przemytników.

Ten administracyjny zakaz migracji na wyspę, dotyczący zwłaszcza kobiet, miał swoją logikę. Mandżurski reżim, obawiał się, że Tajwan stanie się bazą demograficzną rebeliantów wrogich dla reżimu rządzącego Kontynentem – zabraniał legalnie migrującym mężczyznom zabierania ze sobą żon i dzieci.

Ta okoliczność tłumaczy też, dlaczego na wyspę przemykali się niemal wyłącznie samotni mężczyźni. Z tych, którzy dotarli do brzegu, tylko około 30% udawało się faktycznie zapuścić korzenie. Dlaczego tak mało? Tajwan nie był pusty. Nowo przybyli musieli walczyć o ziemię z aborygenami oraz już zasiedziałymi ziomkami przybyłymi z Fujian. Śmiertelność w wyniku konfliktów etnicznych (fenlei xiedou分類械鬥) była gigantyczna. I to nie były awantury o miedzę. To były zbrojne potyczki i niemal regularne wojny w których uczestniczyły setki, a w porywach tysiące ludzi. Prym w tych endemicznych konfliktach wiodły silne rody minnańskie.

Przycupnięta między słupem wysokiego napięcia a kolejką na Alishan świątynia Sprawiedliwych Obywateli (patrz następny rozdział). W lewym dolnym rogu czarki z kaoliangiem.
Armie bezżennych lo-han-kha

Lo-han-kha (chiń. luo Han jiao羅漢腳) to „armie”, a raczej zjawisko społeczne wynikające z nasilenia migracji. Byli to ci mężczyźni, którzy przetrwali migrację, ale utracili łączność z ze swoimi klanami i z braku kobiet na wyspie skazani byli na los bezżennych włóczęgów. Ponieważ lo-Han-kha nie mieli żon ani dzieci, ich skłonność do ryzyka była ekstremalna – nie mieli nic do stracenia.

Gdy wybuchał konflikt między klanami przybywającymi z dwóch miast Quanzhou i Zhangzhou, liderzy klanów rekrutowali lo-Han-kha, w miejsce żołdu oferując im wyżywienie, alkohol, obietnicę łupów a czasem integrację. Ci właśnie najemnicy stanowili pierwszą linię frontu w wiecznym stanie wrzenia – krwawych potyczkach, bitwach, wojnach. Bez tej armii młodych, gniewnych i bezżennych mężczyzn, konflikty etniczne na wyspie nigdy nie przybrałyby tak dokuczliwej skali.

Lo-Han-kha ginęli masowo: w walkach, od chorób lub z głodu, a przy tym nie mieli potomstwa, które mogłoby składać im ofiary na ołtarzach przodków. Tajwańczycy zaczęli się ich bać jako „głodnych duchów”. Aby udobruchać te tysiące bezimiennych dusz, budowano małe kapliczki Duchów Odpowiadających na Prośby (youyingong有應公). Do dziś można znaleźć na Tajwanie malutkie, przydrożne kapliczki będące rezydencjami takich opiekunów jak „Pana Dziesięciu Tysięcy (wszystkich) Dobroci” (Wanshan-ye萬善爺). To najczęściej spotykana nazwa dla zbiorowych kapliczek przy mogiłach osób, które nie zostały zidentyfikowane. W takich mogiłach chowano także poległych w bitwach klanowych, których rodzin nie było stać na pełny rytualny pochówek. Jeśli spoczywają tam kości Lo-Han-kha, wierzy się, że te duchy, jako osoby, które za życia były zaradne i twarde, teraz skutecznie dopomagają w hazardzie lub biznesie. O ile się je nakarmi regularnie paląc kadzidełka.

Lo-Han-kha to była masa krytyczna dla konfliktów, które wyznaczały ludziom role wedle pochodzenia i przynależności klanowej. Ci o pochodzeniu Hoklo to klany i rody z Fujianu. Hakkijczycy przyjeżdżali głównie z Guangdongu. To na tych liniach tożsamości pomiędzy dynamicznie morfującymi stronami konfliktów dochodziło do najgorszych rzezi.

Sytuacja poprawiła się, gdy administracja Qingów pozwoliła na sprowadzanie kobiet z kontynentu. „Włóczędzy” zaczęli osiadać, zakładać rodziny i przekształcać się w rolników, co ostatecznie uspokoiło sytuację na wyspie.

Jak widzicie, Tajwan nie był ziemią obiecaną dla każdego. Był naturalnym filtrem, który przepuścił tylko najbardziej odpornych, agresywnych i zdeterminowanych. To dlatego dzisiejsza mentalność na Tajwanie jest postrzegana jako znacznie bardziej „pionierska” i produkująca mentalność niezależną niż ta w macierzystej prowincji Fujian.

Wyjątkowym źródłem informacji o tym okresie jest The Island of Formosa… Jamesa W. Davidsona. Choć książka została wydana w 1903 roku, do dziś pozostaje najważniejszą, monumentalną kroniką kolonizowania Tajwanu. Davidson był amerykańskim konsulem na wyspie i dysponował niedoścignioną przewagą informacyjną – dostępem do źródeł pierwotnych. Jako jeden z pierwszych zachodnich badaczy tak skrupulatnie zebrał dane od chińskich urzędników, zapisy z dynastii Qing oraz relacje ustne migrantów. Był obecny na Tajwanie w momencie przekazywania władzy z rąk chińskich w japońskie. Miał dostęp do archiwów, które później uległy rozproszeniu lub zniszczeniu1.

Dodatkowym czynnikiem wzmacniającym deficyt kobiet na wyspie był przesąd, że obecność kobiety na pokładzie rozgniewa boginię morza Mazu, co sprowadzi sztorm. Skutkiem tej kumulacji przyczyn pierwsi osadnicy byli prawie wyłącznie mężczyznami. Brak kobiet wśród migrantów doprowadził między innymi do powstania zjawiska małżeństw z kobietami z nizinnych plemion aborygeńskich. Proces ten nie zawsze był pokojowy – często polegał na wymuszaniu małżeństw w zamian za długi lub ochronę. Ogólnie, ten „męski fundament” wyjątkowo głęboko wpłynął na późniejszą kulturę klanową wyspy. Tajwańczycy opisują spraw powiedzeniem:

„Mamy przodków z kontynentu, ale nie mamy prababć z kontynentu”2.

Powiedzenie wymaga nieco głębszego wyjaśnienia. Dosłownie brzmi ono: „Mamy dziadków z Tangshan, ale nie mamy babć z Tangshan”. Tangshan (唐山) to historyczne określenie Chin kontynentalnych używane przez migrantów – dosłownie „Góry dynastii Tang”). Co grało w duszy użytkownikom powiedzenia, jest jasne. Dla osadników z Fujianu i Guangdongu Tajwan był „ziemią poza granicami”, a Tangshan – górzysta Fujian – był mityczną ojczyzną.

Te interakcje doprowadziły do powstania specyficznej fuzji dwóch kultur. Minnańczycy przejęli od rdzennych mieszkańców wiedzę o uprawie ziemniaków i taro, a Aborygeni od przybyszy – techniki uprawy ryżu. W tym procesie znajdziemy bonusowe wyjaśnienie innej ciekawostki, bardzo popularnego zwyczaju budowania małych kapliczek Księcia Ziemi (Tudi Gonga). Miały one „ułagodzić” duchy poprzednich właścicieli… aborygeńskich.

Wydarzeniem, o którym Tajwańczycy mówią niechętnie, jest fakt, że Minnańczycy często wypierali Aborygenów w głąb wyspy poprzez podstępne „umowy dzierżawy”, które de facto były pozaprawnym wywłaszczeniem. Wiele dzisiejszych rodzin minnańskich posiada w swojej linii krwi geny aborygeńskie, do których przez lata wstydzono się przyznawać ze względu na hierarchię społeczną narzuconą przez dynastię Qing i współczesne, niepisane zasady hierarchicznego kategoryzowania współmieszkańców.

Tu musimy skoczyć na chwilę do współczesności i „rewelacji” wedle których 85% populacji chińskiej (minnańskiej i hakkijskiej) Tajwanu ma geny aborygeńskie. W głośnej książce We Are Not From China (pol. Nie jesteśmy z Chin) dr Marie Lin, po przeprowadzeniu badań DNA populacji współczesnej, postawiła tezę, która została natychmiast upolityczniona. Liczba 85%, zaokrąglana w dół do 80%, stała się potężnym narzędziem w rękach zwolenników deklarowania przez Tajwan niepodległości, a przede wszystkim wyrugowania z umysłów mieszkańców pomysłu, że są tożsamościowo Chińczykami (a myśleliście, że to całkowicie naturalny proces?!). Logika była prosta. Skoro 85% Tajwańczyków ma krew aborygeńską, to „nie jesteśmy Chińczykami”, a przynajmniej tego sortu, co ci komunistyczni. A więc roszczenia Pekinu do wyspy jako „części chińskiej rodziny” nazywanej Han są bezzasadne.

Inni naukowcy sformułowali zarzut. Te same markery HLA (ludzkich antygenów leukocytarnych) występują powszechnie u grup etnicznych w południowych Chinach (prowincje Fujian i Guangdong)3. Zatem posiadanie tych genów nie musi oznaczać „domieszki aborygeńskiej z Tajwanu”. Inaczej, wspólne DNA to prosta konsekwencja posiadania wspólnych, pradawnych korzeni wszystkich ludów austronezyjskich i południowochińskich, których drogi rozeszły się tysiące lat temu.

Ja osobiście zamieszanie wygenerowane przez dr Lin uważam za perfekcyjnie rozegrany epizod wojny narracyjnej, toczonej przez DPP do celów politycznych – przede wszystkim do operacji psychologicznej formatowania młodych wyborców tożsamością konfliktującą z „chińskością wyspy” i nacjonalizmem Han przywiezionym przez waishengrenów i Kuomintang w 1949 roku.

Obraz tej kwestii „złapałem” w trakcie interakcji z aktywistami nawiązujących wrogie interakcje ze mną w czasie festiwali aborygeńskich. Spora część tych ludzi, co mam udokumentowane nagraniami, to ludzie wręcz chorobliwie nienawidzący Kuomintangu. Ze 100-procentową pewnością (przepytałem osoby trzecie) postawa jest wyniesiona z domów rodzinnych, a w przypadku aktywistów zagranicznych – z sesji indoktrynacyjnych. Takie rzeczy nigdy nie biorą się znikąd. W kontekście współczesnego Tajwanu są kontrsiłą względem Hańskiego (Chińskiego) nacjonalizmu, która również ma swoich wręcz fanatycznych zwolenników oraz wyznawców (zob. kwestia triad waishengrenów, s. 479).

Ten wątek chcę zakończyć niespodziewanie… spojrzeniem z dystansu. Proszę przenieście się na chwilę do zakończenia filozoficznego tej książki, na s. 749.

To tyle. Idźmy dalej.

Osadnicy/kolonizatorzy minnańscy nie byli jednolitą grupą. Wśród nich były już wspomniane możne klany z miast Zhangzhou i Quanzhou. Przez cały XVIII i XIX wiek Tajwan był areną krwawych walk między tymi dwiema i wszelkimi innymi grupami (ośrodkami władzy), wliczając aborygenów. Walki dotyczyły wszystkiego: od dostępu do wody i lasu po różnice w akcencie. To była era „prawa dżungli”, gdzie jedyną w miarę skuteczną ochroną długoterminową był własny klan.

Przesądem wyprodukowanym przez ten konflikt było wierzenie, że mieszkańcy Zhangzhou nie mogą jeść z mieszkańcami Quanzhou przy jednym stole, bo jedzenie „zamieni się w truciznę”. Świątynie bóstw opiekuńczych obu grup były budowane tak, aby ich fronty nie „patrzyły” na siebie, co miało zapobiegać magicznym atakom.

Japończycy, po przejęciu Tajwanu w 1895 roku złamali kręgosłup klanów i spacyfikowali sytuację. Gdy wyspa stała się kolonią Japońską, nowi administratorzy nie tyle brutalnie stłumili opór ludności minnańskiej, co przynieśli nowoczesną administrację, opartą na wzorcach zachodnich, a więc sprzyjających rozbijaniu struktur klanowych. Wprowadzili rejestrację ludności i zakazali endemicznych, a wręcz tradycyjnych walk klanowych. Dla Minnańczyków był to szok kulturowy – nagle główna treść ich życia, jego główny wątek, został zakazany. Musieli na dodatek stać się „poddanymi cesarza” i uczyć nowego języka.

Patrząc na to oczami samych Japończyków, przebogaty pakiet obyczajów, przesądów i konfliktów by dla nich niezrozumiały, obcy, przerażający, barbarzyński. Wrogi. W skład minnańskiego pakietu wchodziły takie rzeczy jak krępowanie stóp u kobiet oraz palenie ogromnych ilości kadzideł przy wszelkich okazjach. Uznawszy te przejawy kultury lokalnej za zacofanie, administratorzy cesarscy wprowadzili ruch „zerwania z przesądami”. To kontrsiła wobec tych wysiłków cywilizujących stała się z biegiem dekad zaczątkiem dla nowoczesnej tożsamości tajwańskiej, odrębnej dla tej kontynentalnej, a więc chińskiej.

O okresie japońskim współcześnie mówi się z mieszanymi uczuciami. Ówcześni ludzie, choć w domu mówili w dialekcie tajwańskim, w szkole uczyli się japońskiego, co stworzyło dualizm kulturowy. Z jednej strony to czas ucisku, a z drugiej to właśnie Japończycy przynieśli na wyspę nowoczesną cywilizację. Głównym czynnikiem zacierającym pamięć po negatywnych aspektach japońskich rządów był „biały terror” i incydent 228 z 1947 roku (zob. s. 87).

Wyjątkowo cennym wglądem w percepcję tego zjawiska stała się awantura i dyskusja pod postem na Fecebooku, w którym autor zamieścił autorski rysunek (powyżej). Wedle oficjalnych, szacunkowych wyliczeń arytmetycznych, ilość ofiar śmiertelnych tych dwóch reżimów to w obu okresach to 40–60 tys. przeciw 15–35 tys. – ofiary reżimu Chang Kaj-szeka to około 60% ofiar japończyków.

Trzeciego okienka w obrazku brak! Zawierałoby ono skrajnie silne tabu – za silne nawet dla internetowego prowokatora. Okienko powinno przedstawiać wręcz górę kości i kamień z symbolem grupy etnicznej, która póki co nigdy nie zdołała wybić się do posiadania państwowości. Minnańczyków. Grupę, która uciskana przez kolonizatorów japońskich i kuomintangowskich, była najbardziej bezlitosnym i pragmatycznym kolonizatorem dla zepchniętej do najniższego statusu ludności aborygeńskiej. Ktoś – moje interakcje i obserwacje potwierdzają to dobitnie – wykorzystuje te ukryte tragedie do wyprodukowania ekstremistów, gotowych do użycia w na tę chwilę nieznanym celu i w nieznanych okolicznościach.

Najciekawszymi wypowiedziami debaty o opresji reżimu Czang Kaj-szeka była kwestia ciągłości politycznej między dyktaturą KMT, a aktualnym rządem, która „pozwala” na pociąganie do odpowiedzialności odszkodowawczej reżim, który jest opozycją polityczną wobec sprawców4. Inną gorącą kwestią była już wspomniane w innym miejscu alternatywa: bez ucisku Czang Kaj-szeka wyspę czekał los znacznie gorszy – rządy komunistów.

Nowe prawo w Kanadzie

20 lutego 2026 roku rząd federalny Kanady podpisał trzy nowe porozumienia z plemieniem Indian Musqueam. Uznano w nich tytuł własności i prawa rdzennej ludności do rozległego obszaru terytoriów, obejmują-

cego części Vancouver, Burnaby, Richmond oraz teren Uniwersytetu Kolumbii Brytyjskiej (UBC).

Sprawa wywołała znaczne zamieszanie, burzę w mediach społecznościowych oraz obawy wśród właścicieli prywatnych nieruchomości dotyczące ich tytułów własności. Uznanie tytułu własności rdzennej ludności według wykładni rządu federalnego formalnie uznaje, że naród Musqueam posiada „niewygaszone (ang. unextinguished) prawa i tytuł własności rdzennej ludności” na swoim terytorium.

Nie są to traktaty, które natychmiast przenoszą własność, ale raczej „porozumienie o uznaniu praw”, które ustanawia ramy prawne dla przyszłych negocjacji dotyczących zarządzania gruntami, podziału zasobów i współzarządzania. Inaczej, Umowy te technicznie rzecz biorąc nie „przekazują” istniejących gruntów będących własnością prywatną (w pełnym prawie własności) tzw. Pierwszym Narodom. Zamiast tego tworzą one podwójny system, w którym tytuł własności rdzennej ludności jest uznawany jako istniejący równolegle z prowincjonalnymi prawami własności.

To właśnie te „współistnienie” stało się powodem potężnego poruszenia w debatach publicznych. Brak szczegółowych informacji dla opinii publicznej: Na początku marca pełny tekst umów nie został jeszcze opublikowany, co wywołało spekulacje na temat tego, co oznacza „uznanie tytułu własności” w odniesieniu do zagospodarowanych obszarów miejskich. Umowa ta została zawarta po przełomowej decyzji Sądu Najwyższego Kolumbii Brytyjskiej z sierpnia 2025 roku (Cowichan Tribes przeciwko Kanadzie), w której orzeczono, że tytuł aborygeński może mieć zastosowanie do własności prywatnej, podważając dotychczas akceptowany status własności „fee simple” (absolutnej).

Chociaż eksperci prawni twierdzą, że umowy nie mają bezpośredniego wpływu na indywidualnych właścicieli domów, uznanie tytułu własności rdzennej ludności za mające „pierwszeństwo i nadrzędność” powoduje niepewność wśród deweloperów i w odniesieniu do przyszłych transakcji dotyczących gruntów.

Istnienie niniejszej ramki ma poważne uzasadnienie. W USA i Kanadzie ideologie antyzachodnie mają za rdzeń percepcję zbudowania obu krajów na „ukradzionej ziemi”. Są one wykorzystywane do animowania ruchów antykapitalistycznych wspieranych i finansowanych w ramach współczesnego marksizmu i wprowadzania „sprawiedliwszego podziału bogactw świata” na rzecz tzw. globalnego południa… Co na sztandarach ma wymalowane nikt inny jak… ChRL. Dla Pekinu sprawa jest instrumentem erodowania legitymizacji istniejących porządków politycznych i spójności społecznej na Tajwanie.