Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 359 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett

Tajemniczy ogród jest jedną z najpopularniejszych angielskich powieści obyczajowych i należy do światowej klasyki literatury dziecięcej. Główną bohaterką powieści jest dziewięcioletnia Mary Lennox. Dziewczynka urodziła się w Indii, skąd przyjeżdża do Anglii do swojego wuja po nagłej śmierci swoich rodziców. Wielki dom wuja otoczony jest tajemniczym ogrodem, którego część jest ogrodzona i dla nikogo niedostępna. Mary udaje się znaleźć klucz do zamkniętej części ogrodu, gdzie poznaje syna wuja Colina. Colin jest bardzo nieszczęśliwym i nieznośnym dzieckiem, żyje w przekonaniu, że jest ciężko chory. Pod wpływem Mary i coraz częstszych wypraw do tajemniczego ogrodu chłopiec się zmienia, nabiera zdrowia, urody, radości życia. Zmienia się także Mary, samolubna brzydula przemienia się w piękną i szlachetną dziewczynę. W ten sposób Tajemniczy ogród daje wyraz przekonaniu o uzdrowicielskiej mocy przyrody, charakterystycznej dla Frances Hudson Burnett.

Powieść jest lekturą w klasie VI szkoły podstawowej i w gimnazjum

 

Opinie o ebooku Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett

Fragment ebooka Tajemniczy ogród - Frances Hodgson Burnett

Tytuł oryginału:The Secret Garden
Projekt okładki:Artur Lobus
Ilustracje:Andrzej Mitura
Redakcja:Joanna Rodziewicz
LEKTURA DLA KLASY VI SZKOŁY PODSTAWOWEJ I DLA GIMNAZJUM
© Copyright by Siedmioróg
ISBN 978-83-7791-547-9
Wydawnictwo Siedmioróg ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław
Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg:www.siedmiorog.pl
Wrocław 2016
Konwersja:eLitera s.c.

Rozdział I

NIE MA JUŻ NIKOGO

Kiedy Mary Lennox wysłano do Dworu Misselthwaite, aby zamieszkała ze swym wujem, wszyscy mówili, że wśród znanych dzieci jest ona najbrzydszą i najbardziej niesympatyczną dziewczynką. I była to prawda. Mary miała drobną, szczupłą twarzyczkę, zawsze naburmuszoną, i jasne, cienkie włosy o żółtawym odcieniu. Jej twarz była również żółta, ponieważ dziewczynka urodziła się w Indiach i często coś jej dolegało. Ojciec Mary pełnił ważne funkcje w angielskich władzach, był zawsze zajęty i bardzo często chorował, a jej matkę – wielką piękność – obchodziły jedynie przyjęcia, zabawy oraz różne rozrywki w towarzystwie wesołych ludzi. Wcale nie chciała mieć małej córeczki i kiedy Mary się urodziła, oddano ją pod opiekę ajah – hinduskiej niańki, której wytłumaczono, że jeśli chce przypodobać się pani domu – memsahib – to musi trzymać dziecko jak najdalej od niej. Tak więc trzymano dziewczynkę z dala od matki, kiedy była chorowitym, rozkapryszonym i brzydkim niemowlęciem, trzymano ją z dala, kiedy stała się małym, chorowitym dzieckiem, toczącym się niepewnie na nóżkach. Mary nie pamiętała, aby kiedykolwiek zbliżył się do niej ktoś inny poza ciemnoskórą niańką i hinduskimi służącymi. Służba, zawsze posłuszna, ustępowała jej we wszystkim, obawiając się gniewu pani domu, gdyby płacz dziecka zakłócił spokój. Tym sposobem, kiedy Mary miała sześć lat, była najbardziej despotycznym i samolubnym stworzeniem, jakie widział świat. Młoda angielska guwernantka chciała nauczyć Mary czytać i pisać, ale po trzech miesiącach musiała zrezygnować z posady, a inne guwernantki, jej następczynie, rezygnowały po jeszcze krótszym czasie. Tak więc, gdyby Mary sama nie uznała, że chce nauczyć się czytać książki, nigdy nie poznałaby liter.

Pewnego straszliwie upalnego ranka – miała wtedy około dziewięciu lat – obudziła się bardzo rozzłoszczona, a wpadła w jeszcze większą złość ujrzawszy, że służąca stojąca przy łóżku nie jest jej niańką.

– Dlaczego przyszłaś? – powiedziała do obcej kobiety. – Nie pozwalam ci tu zostać. Przyślij tu moją ajah.

Kobieta wydawała się wystraszona, wyjąkała tylko, że ajah nie może przyjść, a kiedy Mary, wpadłszy w furię, zaczęła ją bić i kopać, wystraszyła się jeszcze bardziej i powtarzała, że ajah nie może przyjść do panienki sahib.

Tego ranka w powietrzu wisiało coś tajemniczego. Wszystko toczyło się inaczej niż co dnia i chyba brakowało kilkorga z hinduskiej służby, ci zaś, których Mary udało się dostrzec, przemykali chyłkiem z poszarzałymi i przerażonymi twarzami. Nikt jednak nie chciał z nią rozmawiać. W miarę jak mijały godziny ranka, coraz mniej zwracano na nią uwagę i w końcu zostawiono dziewczynkę samą sobie. Wyszła do ogrodu i zaczęła się bawić pod drzewem w pobliżu werandy. Udawała, że robi grządkę kwiatową i wtykała duże szkarłatne kwiaty róży chińskiej w małe kopczyki ziemi. Przez cały ten czas narastała w niej złość i mruczała pod nosem przekleństwa, jakimi obrzuci nianię po jej powrocie:

– Świnia! Świnia! Córka świń! – mówiła, ponieważ nazwanie Hindusa świnią było największą ze wszystkich obelg.

Mary zgrzytała zębami i powtarzała to w kółko, kiedy usłyszała, że jej matka wychodzi z kimś na werandę. Była w towarzystwie młodego mężczyzny o jasnych włosach, rozmawiali z sobą dziwnie ściszonymi głosami. Mary znała tego człowieka o jasnych włosach, wyglądającego jak chłopiec. Słyszała, że jest bardzo młodym oficerem, dopiero co przybyłym z Anglii. Dziewczynka patrzyła na niego, ale przede wszystkim przyglądała się matce. Zawsze to robiła, kiedy tylko miała okazję ją widzieć, ponieważ memsahib – Mary tak nazywała matkę – była wysoka, smukła i bardzo ładna i zawsze tak pięknie ubrana. Miała faliste, kręcone włosy przypominające jedwab, mały, delikatny i dumny nosek, a jej duże oczy śmiały się do świata. Wszystkie stroje matki były cienkie i powiewne i Mary powiadała, że są „pełne koronek”. Tego ranka wyglądały tak, jakby miały więcej koronek niż kiedykolwiek, ale oczy memsahib wcale się nie śmiały. Wielkie i przerażone, wznosiły się błagalnie ku twarzy młodego oficera.

– Czy jest aż tak źle? Och, czy to prawda? – pytała.

– Fatalnie – odpowiedział młody człowiek drżącym głosem. – Fatalnie, pani Lennox. Już dwa tygodnie temu powinna była pani udać się na płaskowyż.

Memsahib załamała ręce.

– Och, wiem, powinnam była wyjechać! – zawołała. – Zostałam tylko dlatego, aby wziąć udział w tym bzdurnym uroczystym obiedzie i przyjęciu. Och, jaka byłam głupia i szalona!

W tej samej chwili z pomieszczeń dla służby dobiegło tak głośne zawodzenie, że młoda kobieta kurczowo chwyciła oficera za ramię, a Mary zaczęła drżeć od stóp do głów. Zawodzenie stawało się coraz gwałtowniejsze, nie do wytrzymania.

– Co to takiego? Co to takiego? – krzyknęła pani Lennox.

– Ktoś właśnie umarł – odpowiedział młodziutki oficer. – Nie powiedziała pani, że zaraza wybuchła wśród służby.

– Och, nie wiedziałam! Niech pan ze mną idzie! Niech pan idzie ze mną! – zawołała i wbiegła do domu.

*

Potem działy się przerażające rzeczy, wyjaśniła się tajemnica tamtego poranka: wybuchła cholera w najbardziej zabójczej postaci i ludzie marli jak muchy. Ajah zapadła na cholerę w nocy, a zmarła rano. Właśnie dlatego służba tak przeraźliwie zawodziła. Trzy inne osoby zmarły przed nadejściem następnego poranka, a pozostali służący uciekli, śmiertelnie przerażeni. Panika szalała wszędzie, a ludzie umierali jeden po drugim.

Mary skryła się w dziecinnym pokoju w zamieszaniu i zamęcie drugiego dnia panowania zarazy i wszyscy o niej zapomnieli. Nikt nie myślał o dziewczynce, nikomu nie była potrzebna, a ona nic nie wiedziała o dziwnych rzeczach, które się wydarzyły w domu. W ciągu tych godzin Mary płakała i spała na przemian. Wiedziała tylko tyle, że ludzie są chorzy, i docierały do niej tajemnicze odgłosy budzące lęk. Raz weszła chyłkiem do jadalni, która była pusta, choć na stole stało jeszcze jedzenie, a krzesła i talerze wyglądały tak, jak gdyby odepchnięto je gwałtownie, a obiadujący poderwali się w pośpiechu. Dziewczynka zjadła trochę owoców i herbatników, a ponieważ chciało jej się pić, wychyliła prawie pełną szklankę wina. Wino miało słodki smak, a Mary nie wiedziała, że jest bardzo mocne. Po krótkiej chwili poczuła się senna, więc wróciła do pokoju dziecinnego i znów się tam zamknęła, wystraszona krzykami dochodzącymi zewsząd i tupotem pospiesznie biegnących ludzi. Pod wpływem wina ogarnęła ją taka sennność, że ledwie mogła wytrzymać z otwartymi oczyma. Położyła się więc na łóżku i natychmiast zasnęła.

W tym czasie wydarzyło się wiele rzeczy, ale płacz, zawodzenia oraz odgłosy wnoszenia i wynoszenia rzeczy z domu nie obudziły dziewczynki.

Kiedy się wreszcie obudziła, leżała nieruchomo patrząc na przeciwległą ścianę. W domu panowała zupełna cisza. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek było w nim tak cicho. Nie słyszała ani głosów, ani kroków i zastanawiała się, czy wszyscy już wyzdrowieli i zaraza minęła, zastanawiała się, kto teraz będzie się nią opiekował. Nie płakała z powodu śmierci niańki. Przyjdzie nowa ajah, która może zna jakieś nowe opowieści. Stare historyjki już trochę Mary znudziły. Nie była dzieckiem czułym i serdecznym i tak naprawdę nikt nigdy jej nie obchodził. Cały ten zgiełk, bieganie dookoła i zawodzenie z powodu cholery przestraszyły ją i była zła, ponieważ myślała, że wszyscy o niej zapomnieli. Wpadli w taką panikę, że nie pamiętali o małej, nielubianej dziewczynce. Z pewnością jednak zaraza już minęła i ktoś sobie o niej przypomni i przyjdzie, żeby zobaczyć, co się z nią dzieje.

Ale nikt nie przyszedł i gdy tak leżała czekając, miała wrażenie, że w domu robi się coraz ciszej i ciszej. Usłyszała jakiś szelest na macie podłogi i kiedy spojrzała w dół, zobaczyła sunącego ostrożnie małego węża, który obserwował ją oczkami jak małe klejnoty. Nie wystraszyła się, ponieważ było to nieszkodliwe, małe stworzenie, które nie zrobiłoby jej krzywdy; mały wąż starał się jak najśpieszniej opuścić pokój. Gdy go tak obserwowała, prześliznął się pod drzwiami i zniknął.

– Jak tu dziwnie i cicho – powiedziała głośno. – Wydaje się, jakby w domu nie było nikogo, tylko ja i ten wąż.

Niemal w następnej minucie usłyszała kroki na podwórzu, a potem na werandzie. Były to kroki mężczyzn; weszli oni do bungalowu rozmawiając ze sobą przyciszonymi głosami. Nikt nie wyszedł im na spotkanie i nie przywitał ich, otwierali, jak się zdaje, po kolei wszystkie drzwi i zaglądali do pokojów.

– Cóż za straszna pustka, jakie spustoszenie! – usłyszała głos. – Taka śliczna, śliczna kobieta! Przypuszczam, że dziecko także, bo było jakieś dziecko, chociaż nikt nigdy go nie widział.

Kiedy parę minut później otworzyli drzwi pokoju dziecinnego, Mary stała na środku. Było to brzydkie, rozzłoszczone stworzenie, z buzią wykrzywioną z gniewu. Mary czuła się haniebnie zaniedbana, opuszczona i głodna. Pierwszym mężczyzną, który wszedł do środka, był duży, tęgi oficer, którego kiedyś widziała rozmawiającego z jej ojcem. Wyglądał na zmęczonego i stroskanego, ale kiedy ją zobaczył, tak się przestraszył, że niemal odskoczył do tyłu.

– Barney! – wykrzyknął. – Tu jest dziecko! Samotne dziecko! W takim miejscu! Boże, zmiłuj się! Kim ono jest?

– Jestem Mary Lennox – powiedziała mała dziewczynka, prostując się sztywno. Uznała, że nazwanie jej domu „takim miejscem” było bardzo niegrzeczne ze strony tego człowieka. – Zasnęłam, kiedy wszyscy chorowali na cholerę, i dopiero co się obudziłam. Dlaczego nikt nie przychodzi?

– To jest to dziecko, którego nikt nigdy nie widział! – wykrzyknął mężczyzna zwracając się do swych towarzyszy. – Naprawdę o niej zapomniano!

– Dlaczego o mnie zapomniano? – spytała Mary tupiąc nogą. – Dlaczego nikt nie przychodzi?

Młody człowiek o nazwisku Barney spojrzał na nią z wielkim smutkiem. Mary nawet się zdawało, że dostrzega, jak mruga oczami, jak gdyby chciał strząsnąć łzy z powiek.

– Biedne dziecko! – powiedział. – Nie ma już nikogo, kto by mógł przyjść.

W taki to dziwny i nieoczekiwany sposób Mary dowiedziała się, że nie ma już matki ani ojca; że oboje umarli, a ich ciała wyniesiono nocą, i że ci nieliczni służący hinduscy, których zaraza ominęła, opuścili dom tak szybko, jak tylko zdołali, i żaden z nich nawet nie pomyślał, że była tu jakaś panienka sahib. To dlatego w domu panowała taka cisza. Naprawdę w całym domu nie było nikogo prócz Mary i sunącego z szelestem małego węża.

Rozdział II

ACH, MARIANNO, KRNĄBRNA PANNO

Mary lubiła z daleka przyglądać się swojej matce i uważała, że jest ona bardzo ładna. Ponieważ jednak wiedziała o niej bardzo niewiele, trudno było oczekiwać, że będzie ją darzyć miłością lub że bardzo odczuje jej brak. I rzeczywiście wcale nie tęskniła za matką, a ponieważ była dzieckiem samolubnym, wszystkie myśli skupiła na własnej osobie. Niewątpliwie czułaby się bardzo niespokojna i przestraszona, że została sama na świecie, gdyby była starsza, ale była jeszcze małą dziewczynką i sądziła, że, tak jak było dotąd, ktoś się nią na pewno zaopiekuje. Myślała tylko o tym, czy znajdzie się wśród miłych ludzi, którzy będą dla niej grzeczni i – jak to czyniła ajah oraz inne hinduskie służące – pozwolą jej robić, co tylko będzie chciała.

Wiedziała, że nie pozostanie dłużej w domu angielskiego duchownego, gdzie ją od razu umieszczono. Nie chciała tam pozostać. Angielski duchowny był biedny i miał pięcioro dzieci, mniej więcej w tym samym wieku. Nosiły liche, znoszone ubrania i ustawicznie się kłóciły i wyrywały sobie zabawki. Mary nie cierpiała ich niechlujnego domu i była tak niemiła, że już pierwszego dnia żadne dziecko nie chciało się z nią bawić. Drugiego dnia dali jej przezwisko, które ją złościło.

Basil wymyślił je pierwszy. Basil był małym chłopcem z bezczelnymi niebieskimi oczami i z zadartym noskiem i Mary go nie cierpiała. Bawiła się sama pod drzewem właśnie tak, jak bawiła się w dniu, w którym wybuchła cholera. Robiła małe kopczyki z ziemi i ścieżki mające udawać ogród, kiedy nadszedł Basil i zaczął się przyglądać zabawie. Widać spodobała mu się, bo podsunął dziewczynce myśl:

– A może ustawisz tu kupki kamieni, żeby udawały skalny ogródek? – powiedział. – O, tam, w środku – i przechylił się przez nią, żeby pokazać, gdzie powinna ułożyć kamyki.

– Wynoś się! – krzyknęła Mary. – Nie potrzebuję chłopców. Wynoś się!

Przez krótką chwilę Basil wyglądał na zagniewanego, a potem zaczął się drażnić. Zawsze się drażnił ze swymi siostrami. Tańczył wokół niej i robił miny, śmiał się i śpiewał:

Ach, Marianno, krnąbrna panno,

Jakie masz w ogródku kwiatki?

Mam muszelki, łubin wielki,

Srebrne dzwonki, fiołki, bratki.

Śpiewał tak, aż usłyszały go pozostałe dzieci i także zaczęły się śmiać. Im bardziej Mary się złościła, tym częściej śpiewały „Ach, Marianno, krnąbrna panno.” I potem już, tak długo, jak z nimi mieszkała, nazywały ją między sobą „Marianna, krnąbrna panna” i tak się do niej zwracały.

– Odeślą cię do kraju – powiedział jej Basil – pod koniec tygodnia. – A my się z tego cieszymy.

– Ja też się z tego cieszę – odpowiedziała Mary. – Gdzie jest kraj?

– Patrzcie, ona nie wie, gdzie jest kraj! – oświadczył Basil z pogardą siedmiolatka. – To Anglia, oczywiście. Tam mieszka nasza babcia i w zeszłym roku rodzice wysłali do niej naszą siostrę Mabel. Ale ty nie jedziesz do babci. Ty żadnej babci nie masz. Jedziesz do swojego wuja. On się nazywa pan Archibald Craven.

– Nic o nim nie wiem – warknęła Mary.

– Wiem. Ty nic nie wiesz – odpowiedział Basil. – Dziewczyny w ogóle nic nie wiedzą. Słyszałem, jak tata i mama rozmawiali o nim. Mieszka w ogromnym, starym, opuszczonym domu na wsi i wszyscy trzymają się z dala od niego. Nie chce nikogo widywać, a nawet jeśliby chciał, to i tak nikt by się nie zgodził odwiedzić go. Taki jest zły. To garbus i jest okropny.

– Wcale ci nie wierzę – powiedziała Mary i odwróciwszy się do niego plecami, wetknęła palce w uszy, bo nie chciała słyszeć nic więcej.

Później jednak długo nad tym myślała i gdy tego wieczora pani Crawford powiedziała, że za parę dni odpłynie do Anglii do swego wuja, pana Archibalda Cravena, który mieszka we Dworze Misselthwaite, przyjęła tę wiadomość z tak kamienną twarzą i tak obojętną miną, że pastor i jego żona nie wiedzieli, co o tym myśleć.

Próbowali być dla niej dobrzy i serdeczni, ale kiedy pani Crawford usiłowała ją pocałować, dziewczynka odwróciła twarz, i stała sztywno, kiedy pan Crawford poklepał ją po ramieniu.

– Takie z niej nieładne, niesympatyczne dziecko – powiedziała później współczująco pani Crawford. – A jej matka była śliczną kobietą. Miała też ujmujący sposób bycia, tymczasem u żadnego dziecka nie widziałam tak odpychających manier jak u Mary. Dzieci nazywają ją „Marianna, krnąbrna panna” i chociaż to z ich strony niegrzeczne, trudno się im dziwić.

– Może, gdyby matka częściej pokazywała się w pokoju dziecinnym, Mary mogłaby nauczyć się ładnych manier. Teraz, kiedy ta piękna kobieta nie żyje, ze smutkiem można powiedzieć, że wiele osób nigdy nawet nie słyszało, że miała dziecko.

– Myślę, że ona bardzo rzadko albo i wcale nie widywała córki – westchnęła pani Crawford. – Kiedy niania zmarła, nie został nikt, kto by temu małemu stworzeniu poświęcił chociaż odrobinę uwagi. Pomyśl tylko o tych służących, którzy uciekli i zostawili ją całkiem samą w opustoszałym bungalowie. Pułkownik McGrew powiedział mi, że oniemiał z wrażenia, gdy nieoczekiwanie otworzył drzwi i zastał ją stojącą samotnie pośrodku pokoju.

*

Długą morską podróż do Anglii Mary odbyła pod opieką żony oficera, która wiozła własne dzieci, aby je umieścić w angielskiej szkole z internatem. Była bardzo pochłonięta troską o swojego synka i córeczkę i odetchnęła z ulgą, gdy w Londynie przekazała Mary kobiecie przysłanej przez pana Archibalda Cravena. Kobieta nazywała się pani Medlock i była jego gospodynią we Dworze Misselthwaite.

Była to tęga osoba z bardzo rumianymi policzkami i bystrymi, czarnymi oczyma. Nosiła jaskrawoczerwoną suknię i pelerynę z czarnego jedwabiu z frędzlami, na które nanizane były dżety. Na głowie miała czarny czepek przybrany purpurowymi kwiatami z aksamitu, które drżały, kiedy tylko poruszyła głową. Mary nie poczuła do niej najmniejszej sympatii, ale ponieważ bardzo rzadko czuła sympatię do ludzi, nie było w tym nic szczególnego; a poza tym pani Medlock również nie zachowała się grzecznie.

– Daję słowo! Niezbyt piękne z niej dziecko! – oświadczyła. – A my słyszeliśmy, że jej matka to była piękność! Niewiele urody dała jej w spadku, prawda, proszę pani?

– Może wyładnieje, kiedy będzie starsza – powiedziała dobrodusznie żona oficera. – Rysy ma dosyć ładne, gdyby tylko nie ta żółtawa cera i niemiły grymas twarzy. Dzieci zmieniają się tak bardzo.

– Mocno będzie się musiała zmienić – odparła pani Medlock. – A skoro o tym mowa, to w Misselthwaite nie ma nic takiego, co by pozwoliło dzieciom wyładnieć.

Obie sądziły, że Mary ich nie słucha, ponieważ stała w pewnej odległości przy oknie prywatnego hotelu, do którego się udały w Londynie. Obserwowała przejeżdżające omnibusy i dorożki oraz przechodzących ludzi, ale słyszała wszystko całkiem wyraźnie i bardzo ją zainteresowała osoba wuja i miejsce, gdzie zamieszka. Jakiż będzie jej nowy dom i jaki okaże się wuj? Czy jest garbusem? Nigdy nie widziała garbusa. Może w Indiach nie było garbatych ludzi?

Ponieważ od jakiegoś czasu mieszkała u obcych i nie miała swojej ajah, zaczęła się czuć samotna i nachodziły ją dziwaczne myśli, całkiem dla niej nowe i nieznane. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego nawet wtedy, kiedy ojciec i matka żyli, zawsze jej się wydawało, że nie należy do nikogo. Inne dzieci zdawały się należeć do swoich ojców i matek, a ona naprawdę nigdy nie była czyjąkolwiek małą córeczką. Miała służące i jedzenie, i ubrania, ale nikt się nią nie interesował. Nie wiedziała, że działo się tak dlatego, iż była dzieckiem niesympatycznym; ale przecież nie zdawała sobie sprawy, że jest niemiła i niegrzeczna. Często myślała, że inni ludzie są niemili, ale nie wiedziała, że ona sama również jest taka.

Uważała, że pani Medlock ze swą pospolitą, czerwoną twarzą i dziwacznym, fiokowatym czepkiem jest najbardziej niemiłą osobą, jaką w życiu widziała. Kiedy następnego dnia wyruszyły w podróż do hrabstwa York, szła przez dworzec kolejowy z podniesioną głową i starała się trzymać od niej jak najdalej, bo myśl, iż ludzie mogliby sobie wyobrazić, że jest córką takiej osoby, doprowadzała ją do wściekłości.

Ale ani Mary, ani jej myśli w najmniejszym stopniu nie zakłócały równowagi ducha pani Medlock. Była kobietą nie mającą zamiaru „znosić” żadnych głupot ze strony dzieci. Tak by przynajmniej oświadczyła, gdyby ją o to zapytano. Nie miała ochoty pojechać do Londynu, gdy córka jej siostry Marii brała ślub, ale przyjechała tu natychmiast, gdy polecił jej pan Craven. Bardzo sobie ceniła nieuciążliwą i dobrze płatną posadę gospodyni we Dworze Misselthwaite, a jedynym sposobem jej utrzymania było wykonywanie tego, czego chciał jej chlebodawca. Nigdy nie ośmieliła się nawet zadać pytania.

– Kapitan Lennox i jego żona zmarli na cholerę – powiedział w swój chłodny, lakoniczny sposób pan Craven. – Kapitan Lennox był bratem mojej żony, a ja jestem opiekunem ich córki. Dziecko trzeba tu przywieźć. Musi pani pojechać do Londynu i sprowadzić ją tutaj.

Spakowała więc swój mały kuferek i odbyła podróż.

Mary siedziała w kącie przedziału wagonu. Była gniewna i zirytowana. Nie miała żadnej książki do czytania lub oglądania, więc splotła na kolanach swoje chude, małe rączki w czarnych rękawiczkach. Czarna sukienka sprawiała, że jej twarz wyglądała jeszcze bardziej żółtawoziemiście niż zwykle, a proste, cienkie, jasne włosy wysuwały się smętnie i bezładnie spod kapelusza z czarnej krepy.

W całym moim życiu – myślała pani Medlock – nie widziałam dziecka bardziej p o p a p r a n e g o niż to. (Popaprany to jest słowo w gwarze hrabstwa York i znaczy zepsuty, rozkapryszony i uparty). Nigdy jeszcze nie spotkała się z dzieckiem siedzącym tak długo spokojnie i bezczynnie. Obserwowanie dziewczynki znużyło ją wreszcie, więc zaczęła szybko mówić szorstkim tonem:

– Myślę, że nie będzie źle, jak ci coś opowiem o tym miejscu, do którego jedziesz – powiedziała. – Czy wiesz coś o swoim wuju?

– Nie – odpowiedziała Mary.

– Nigdy nie słyszałaś, jak twój tata i mama o nim mówili?

– Nie – odparła Mary marszcząc się. Zmarszczyła się, ponieważ przypomniała sobie, że rodzice nigdy z nią o niczym nie rozmawiali. Z całą pewnością nigdy jej nic nie opowiadali.

– Hmm – mruknęła pani Medlock wpatrując się w dziwną małą twarzyczkę, na której nie było widać żadnego zainteresowania. Przez kilka chwil milczała, a potem zaczęła znowu:

– Myślę, że nie będzie źle, jak ci coś opowiem, żebyś była przygotowana. To jest dziwne miejsce, dokąd jedziesz.

Mary nie odezwała się ani słowem i jej jawna obojętność nieco speszyła panią Medlock, która westchnęła jednak i ciągnęła dalej:

– To wielgachny dom, o, jest na co popatrzeć, tylko że bardzo ponury, a pan Craven jest z niego dumny na swój sposób – również ponury. Dom stoi na skraju wrzosowiska, ma sześćset lat i jest tam prawie sto pokoi, choć większą część zamknięto na klucz, i jest tam piękne, stare umeblowanie i obrazy, i rzeczy, które tam były setki lat temu, i duży park wkoło domu, i ogrody, i drzewa, z gałęziami, co dotykają ziemi... – Pani Medlock urwała i znów zaczerpnęła oddechu. – A więcej nie ma już nic – zakończyła nagle.

Mimo woli Mary zaczęła słuchać. To wszystko tak w niczym nie przypominało Indii, a to, co nowe, dość ją pociągało. Nie chciała jednak zdradzić się, że opowieść ją zainteresowała. Był to jeden z tych jej nieprzyjemnych zwyczajów.

– No, i co o tym myślisz? – spytała pani Medlock.

– Nic – odrzekła Mary. – Nie znam takich domów.

Ta odpowiedź sprawiła, że pani Medlock zaśmiała się krótko.

– Ech – powiedziała – przecież ty jesteś jak stara kobieta. Czy wcale cię to nie ciekawi?

– To nieważne – odparła Mary – czy mnie to ciekawi, czy nie.

– Masz rację – potwierdziła pani Medlock – to nie jest ważne. Po co masz mieszkać we Dworze Misselthwaite, nie wiem, chyba że jest to najłatwiejsze wyjście z sytuacji. On się nie zamierza tobą zajmować, to pewne i postanowione. On się nigdy o nikogo nie troszczy.

Przestała mówić, jak gdyby właśnie coś sobie w porę przypomniała.

– Pan Craven ma krzywe plecy – powiedziała. – To go źle nastawiło do świata. Był skwaszonym młodym człowiekiem i te wszystkie jego pieniądze i ogromny dom nie przynosiły mu nijakiego pożytku, dopóki się nie ożenił.

Mimo iż miała zamiar nie zdradzać zainteresowania, Mary zwróciła ku niej oczy. Nigdy nie myślała o garbusie jako o człowieku żonatym i była nieco zaskoczona. Pani Medlock to zauważyła, a jako osoba gadatliwa, ciągnęła dalej z większym jeszcze przejęciem. Uznała to w każdym razie za dobry sposób zabicia czasu.

– Było to kochane, śliczne stworzenie, a on by przewędrował cały świat, żeby zerwać dla niej źdźbło trawy. Nikt nie myślał, że za niego wyjdzie, ale wyszła i ludzie mówili, że go poślubiła dla jego pieniędzy. Ale tak nie było, tak nie było – oświadczyła zdecydowanie. – Kiedy umarła...

Mary drgnęła mimo woli.

– Och! Czy ona umarła? – wykrzyknęła, chociaż wcale nie miała zamiaru. Przypomniała sobie francuską bajkę, którą kiedyś czytała; bajka nosiła tytuł: „Knyps z czubkiem.” Była to historyjka o biednym garbusie i pięknej księżniczce, a przypomnienie to sprawiło, że nagle zrobiło jej się żal pana Archibalda Cravena.

– Tak, umarła – odparła pani Medlock. – I z tego powodu on już całkiem zdziwaczał. Od tamtej pory nikt go nie obchodzi. Nie chce się widywać z ludźmi. Przeważnie jeździ po świecie, a kiedy jest w Misselthwaite, zamyka się w zachodnim skrzydle dworu i nie pozwala, aby ktokolwiek poza Pitcherem przychodził do niego. Pitcher to stary chłop, ale opiekował się nim, kiedy pan Craven był dzieckiem, i zna jego nawyki i obyczaje.

Wszystko to brzmiało jak wzięte z książki i wcale nie dodało ducha Mary. Dom o stu pokojach, przy czym prawie wszystkie stały nie używane i miały drzwi zamknięte, dom znajdujący się na skraju wrzosowiska – czymkolwiek to ostatnie mogło być – to brzmiało posępnie. Człowiek o krzywych plecach, który się także zamknął i odciął od innych! Z zaciśniętymi wargami wyglądała przez okno wagonu i wydało jej się rzeczą całkiem naturalną, że zaczął lać deszcz spływając po szybach szarymi, ukośnymi strugami. Gdyby ta ładna żona żyła, mogłaby sprawić, że wszystko wyglądałoby weselej, bo przypominałaby trochę jej własną matkę, bo wybiegałaby i wbiegała do domu i chodziłaby na przyjęcia, tak jak to robiła jej matka w sukniach „pełnych koronek.” Ale cóż, już jej tam nie ma.

– Tylko się nie spodziewaj, że go zobaczysz, ręczę, że tak nie będzie – powiedziała pani Medlock. – I lepiej się też nie spodziewaj, że trafisz tam na ludzi, co będą z tobą gadać. Będziesz musiała bawić się sama i sama się o siebie troszczyć. Powie ci się, do jakich pokoi możesz wchodzić, a od jakich masz się trzymać z daleka. Ogrodów jest tam dosyć. Ale kiedy będziesz w domu, to masz nie łazić i nie plątać się po nim i nie wtykać nosa, gdzie nie trzeba. Pan Craven na to nie pozwala.

– Wcale nie chcę nigdzie wtykać nosa – odparła Mary; i równie nagle jak przedtem zrobiło jej się żal pana Archibalda Cravena, tak teraz przestała go żałować i pomyślała, że zasługuje na to wszystko, co go spotkało.

Zwróciła twarz ku spływającym deszczem szybom wagonu kolejowego, wpatrując się w szarą ulewę, która wyglądała, jakby się nigdy nie miała skończyć. Patrzyła na nią tak długo i uporczywie, aż szarość przed jej oczyma zaczęła coraz bardziej gęstnieć, i zasnęła.

Rozdział III

PRZEJAZD PRZEZ WRZOSOWISKO

Spała długo, a kiedy się obudziła, pani Medlock kupiła na jednym z dworców koszyk ze śniadaniem: porcje kurczęcia, wołowiny na zimno i chleba z masłem oraz gorącą herbatę. Deszcz zdawał się lać jeszcze gęstszymi strugami niż przedtem i wszyscy na dworcu mieli na sobie mokre i połyskujące płaszcze nieprzemakalne. Kierownik pociągu zapalił lampy w wagonie, a pani Medlock z ogromnym zadowoleniem oddawała się piciu herbaty i spożywaniu kurczęcia i wołowiny. Zjadła bardzo dużo, po czym zasnęła. Mary siedziała patrząc na nią i jej wymyślny czepek przekrzywiony na bok głowy, aż sama ponownie zasnęła w kącie przedziału, ukołysana pluskiem deszczu o szyby. Kiedy się znów obudziła, było już całkiem ciemno. Pociąg zatrzymał się na jakimś dworcu, a pani Medlock nią potrząsała.

– Aleś zdrowo spała! – powiedziała. – Pora otworzyć oczy! Jesteśmy na dworcu Thwaite i czeka nas długa jazda.

Mary wstała usiłując utrzymać oczy otwarte, a pani Medlock zbierała tymczasem pakunki i walizki. Dziewczynka nie zaproponowała, że jej pomoże, ponieważ hinduskie służące w Indiach zawsze zbierały i nosiły rzeczy i wydawało jej się całkiem naturalne, że inni ludzie powinni ją obsługiwać.

Był to mały dworzec kolejowy i chyba nikt poza nimi nie wysiadł z pociągu. Zawiadowca stacji przemówił rubasznym, dobrodusznym tonem do pani Medlock, wymawiając słowa z dziwnym rozlewnym akcentem. Mary odkryła później, że była to gwara hrabstwa York.

– Widzę, że wróciłaś – powiedział. – I przywiozłaś z sobą tę małą dziewuszkę.

– Aha, to ona – odparła pani Medlock, również w gwarze hrabstwa York, i energicznie wskazując Mary głową. – A jak się ma twoja kobieta?

– A dosyć sobie dobrze. Pojazd czeka na ciebie przed dworcem.

Kareta stała na drodze przed małą wysuniętą platformą. Mary zauważyła, że był to elegancki pojazd. Elegancki lokaj pomógł jej wsiąść. Jego długi, nieprzemakalny płaszcz i nieprzemakalne okrycie kapelusza połyskiwały i ociekały deszczem jak wszystko wokół.

Kiedy lokaj zatrzasnął drzwi karety i usiadł na koźle obok stangreta, pojazd ruszył. Dziewczynka usadowiła się w kącie karety o miękkich i wygodnych siedzeniach, nie miała jednak ochoty znów zasnąć. Spoglądała przez okno, ciekawa, jak wygląda droga do tego dziwnego domu, o którym opowiadała pani Medlock. Nie była wcale dzieckiem lękliwym, czuła jednak, że licho wie, co się może wydarzyć w domu o stu pokojach, prawie wszystkich zamkniętych, w domu stojącym na skraju wrzosowiska.

– Co to takiego wrzosowisko? – zapytała nagle panią Medlock.

– Za jakie dziesięć minut wyjrzyj przez okno, a zobaczysz – odparła kobieta. – Zanim dojedziemy do dworu, musimy przejechać jakie osiem i pół kilometra przez wrzosowisko Missel. Wiele to nie wypatrzysz, bo noc jest ciemna, ale coś tam dojrzysz.

Mary nie zadawała już więcej pytań, ale z oczyma utkwionymi w okno pojazdu czekała w swym kącie. Latarnie karety rzucały światło na niewielką przestrzeń przed nimi i dostrzegała w przelocie zarysy mijanych domów. Opuściwszy dworzec przejechali przez malutką wioskę i zobaczyła pobielane chaty i światła gospody. Minęli potem kościół i plebanię i coś na kształt witryny małego sklepu w chacie, z wystawionymi na sprzedaż przeróżnymi rzeczami, zabawkami i cukierkami. Później wyjechali na gościniec i zobaczyła drzewa i żywopłoty. A potem długo nie pokazało się nic ciekawego, przynajmniej Mary wydawało się, że jedzie już bardzo długo.

Wreszcie konie zaczęły iść wolniej, jak gdyby się wspinały na wzgórze, i nagle drzewa i żywopłoty jakby zniknęły. W istocie dziewczynka nie mogła dostrzec niczego. Z lewej i z prawej strony była tylko gęsta ciemność. Pochyliła się do przodu i przycisnęła twarz do szyby okna, i właśnie w tej chwili powóz gwałtownie podskoczył.

– O! Teraz to jużeśmy na wrzosowisku, nie ma dwóch zdań – oświadczyła pani Medlock.

Lampy pojazdu rzucały żółte światło na nierówną drogę, która robiła wrażenie wyrąbanej poprzez krzewy i niskie zarośla ginące w rozległej, ciemnej przestrzeni, rozpostartej przed nimi i wokół nich. Jakiś szczególny, dziki szum, wzniecany przez zrywający się wiatr, docierał do karety.

– To nie jest... to nie jest morze, prawda? – spytała Mary, obracając się do swej towarzyszki.

– Nie, to nie morze – odpowiedziała pani Medlock. – Ale też nie są to pola ani góry, ino całe mile i mile nieużytku, a na nim nic nie rośnie krom wrzosu i niskich krzaków, i nic tam nie żyje, tylko dzikie kucyki i owce.

– Tak mi się wydaje, że to mogłoby być morze, gdyby na nim była woda – powiedziała Mary. – Teraz właśnie to szumi jak morze.

– To wiatr dmie przez krzaki – powiedziała pani Medlock. – Po mojemu to dzikie i dosyć sobie ponure miejsce, choć dużo ludzi je lubi, a w szczególności, kiedy wrzos kwitnie.

Jechali dalej i dalej w ciemnościach i choć deszcz ustał, wiatr gnał ze świstem, wydając dziwne odgłosy. Droga pięła się w górę i opadała, kilkakrotnie też pojazd przejeżdżał przez małe mostki, pod którymi z wielkim hałasem rwała woda. Mary miała wrażenie, że ta jazda nigdy się nie skończy i że rozległe, ponure wrzosowisko jest szeroko rozciągniętym przestworzem czarnego oceanu, przez który się przeprawia po wąskiej grobli suchej ziemi.

– To mi się nie podoba – powiedziała do siebie. – To mi się nie podoba – powtórzyła i jeszcze mocniej zacisnęła wąskie wargi.

Konie pokonywały wznoszący się pod górę odcinek drogi, kiedy po raz pierwszy dostrzegła jakieś światełko. W tej samej chwili dostrzegła je pani Medlock i wydała głębokie westchnienie ulgi.

– Uf, ale się cieszę, że widzę to mrugające światełko! – wykrzyknęła. – To jest światełko w oknie domku dozorcy. W każdym razie za kawałek czasu dostaniemy filiżankę dobrej herbaty.

To było rzeczywiście „za kawałek czasu,” bo kiedy kareta przejechała przez bramę parku, zrobili jeszcze trzy kilometry aleją, a drzewa (które prawie stykały się koronami w górze nad nimi) sprawiały, że jechali jak gdyby długą, ciemną nawą.

Z nawy tej wydostali się na otwartą przestrzeń i zatrzymali przed niebywale długim, ale niskim domem, który wydawał się rozwleczony wokół kamiennego dziedzińca. Z początku Mary sądziła, że w oknach nie widać żadnych świateł, ale kiedy wysiadła z pojazdu, ujrzała, że w jednym narożnym pokoju na piętrze jarzyło się przyćmione światło.

Potężne drzwi wejściowe, zrobione z solidnych płycin dębowych o osobliwych kształtach, nabijane były wielkimi żelaznymi gwoździami i zaopatrzone w wielkie sztaby z żelaza. Prowadziły do ogromnego holu, tak słabo oświetlonego, że Mary wcale nie miała ochoty przyglądać się postaciom w zbroi i twarzom portretów wiszących na ścianach. Stojąc tak na kamiennej posadzce, wyglądała jak jakaś bardzo drobna, dziwna, czarna figurka – i czuła się równie mała, dziwna i zagubiona, jak wyglądała.

Nienagannie ubrany, chudy stary człowiek stał obok służącego, który otworzył im drzwi.

– Masz ją zabrać do jej pokoju – powiedział chrypiącym głosem. – On jej nie chce widzieć. Rano jedzie do Londynu.

– Bardzo dobrze, panie Pitcher – odparła pani Medlock. – Potrafię sobie radzić, póki wiem, czego się ode mnie wymaga.

– Masz dopilnować, żeby go nie niepokojono i żeby nie oglądał tego, czego oglądać nie chce. Tego się od ciebie oczekuje, pani Medlock – powiedział pan Pitcher.

A potem Mary Lennox została zaprowadzona na górę szeroką klatką schodową i przez długi korytarz, i znów w górę po paru schodach, i przez drugi korytarz, i przez następny, aż wreszcie jakieś drzwi się otworzyły i znalazła się w pokoju z ogniem na kominku, a na stole stała kolacja.

Pani Medlock oświadczyła bez ceregieli:

– No, i jesteśmy! Będziesz mieszkać w tym pokoju i w sąsiednim, i masz się ich trzymać, nie chodzić dalej. Żebyś mi o tym pamiętała!

W taki oto sposób panna Mary przybyła do Dworu Misselthwaite i w całym swym życiu nie czuła się tak krnąbrna jak teraz.

Rozdział IV

MARTA

Rano Mary się obudziła, ponieważ do jej pokoju weszła młoda służąca, aby napalić w kominku, i klęcząc na dywaniku z hałasem wygarniała żużle i popiół. Przez kilka chwil Mary leżała obserwując ją, a potem zaczęła rozglądać się po pokoju. Nigdy dotąd nie widziała podobnego pokoju i uznała, że jest dziwaczny i mroczny. Ściany pokrywał gobelin z wyhaftowanym na nim krajobrazem leśnym. Pod drzewami widać było fantazyjnie ubranych ludzi, a daleko przebłyskiwały wieżyczki zamku. Byli tam także myśliwi i konie, i psy, i damy. Mary miała wrażenie, że razem z nimi znajduje się w lesie. Przez okno osadzone w głębokiej niszy dostrzec mogła wznoszący się ku górze wielki obszar nagiej ziemi, na którym nie było chyba żadnego drzewa i który trochę przypominał niekończące się, monotonne morze o fioletowawej barwie.

– Co to takiego? – spytała pokazując przez okno.

Marta, młoda służąca, która właśnie podniosła się sprzed kominka, spojrzała i także pokazała palcem.

– To tam? – spytała.

– Tak.

– To wrzosowisko – powiedziała z szerokim, dobrodusznym uśmiechem. – Czy się ci podoba?

– Nie – odpowiedziała Mary. – Nie cierpię go.

– Bo ty do niego jeszcze nie nawykłaś, to dlatego – powiedziała Marta, wracając ponownie do swojej pracy. – Teraz widzi ci się wielgachne i gołe. Ale będziesz je lubić.

– A ty lubisz? – spytała Mary.

– Aha, ja lubię – odparła Marta, pucując wesoło czarną kratę kominka. – Ja je po prostu kocham. Ono wcale nie jest gołe. Jest pokryte rosnącymi różnościami, co słodko pachną. Jak przyjdzie wiosna i lato, to jest całkiem piękne, kiedy kwitnie żarnowiec i janowiec, i wrzos. Pachnie miodem i tyle tam świeżego powietrza, i niebo tak wysoko wisi, i pszczoły, i skowronki to tak pięknie hałasują, bzykając i śpiewając. Ej! Za nic bym nie chciała mieszkać daleko od wrzosowiska!