Mały Lord - Frances Hodgson Burnett - ebook

Mały Lord ebook

Frances Hodgson Burnett

5,0

Opis

 

Siedmioletni Cedryk wiedzie szczęśliwe, choć skromne życie u boku matki w Nowym Jorku. Dzięki nieprzeciętnej urodzie i ujmującej osobowości chłopiec zjednuje sobie serca wszystkich spotkanych osób. Jego los zmienia się diametralnie, gdy do drzwi puka tajemniczy prawnik z wiadomością, że Cedryk jest jedynym żyjącym potomkiem hrabiego Dorincourt i dziedzicem jego bajecznej fortuny. Chłopiec wyrusza do Anglii, aby zamieszkać z dziadkiem – człowiekiem powszechnie nielubianym, który przez całe swoje długie życie nie znał miłości innej niż własna.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




I

Sam Cedryk nie miał o niczym pojęcia. Nikt mu o tym nigdy nie wspomniał. Wiedział, że jego tata był Anglikiem, to powiedziała mu mama, ale tata umarł, gdy chłopiec był tak mały, że niezbyt dobrze go pamiętał, poza tym, że był wysoki, miał niebieskie oczy, długie wąsy i że wspaniale dało się na nim jeździć na barana po pokoju. Po śmierci taty Cedryk szybko zrozumiał, że lepiej nie rozmawiać o nim z mamą. Kiedy ojciec zachorował, odesłano Cedryka z domu, a kiedy wrócił, było już po wszystkim. Matka, która wcześniej również ciężko chorowała, zaczynała dopiero siadać w fotelu przy oknie. Była blada i chuda, z jej ślicznej twarzy zniknęły dołeczki, a oczy miała duże i smutne. Ubierała się na czarno.

– Najdroższa – powiedział Cedryk (w ten sposób zawsze zwracał się do niej tata i chłopiec nauczył się tak mówić) – Najdroższa, czy mój tata czuje się lepiej?

Poczuł, że jej ramiona drżą, więc podniósł w górę otoczoną lokami główkę i spojrzał jej w twarz. Dostrzegł w niej coś, co sprawiło, że poczuł, jakby zaraz miał się rozpłakać.

– Najdroższa – powtórzył – czy on wyzdrowiał?

I w tej samej chwili jego kochające serce podpowiedziało mu, że lepiej będzie objąć mamę za szyję, wycałować i przytulić swój miękki policzek do jej policzka. Zrobił to, a ona położyła mu twarz na ramieniu i gorzko zapłakała, tuląc go tak, jakby nigdy już nie miała wypuścić z objęć.

– Tak, wyzdrowiał – łkała – jest całkiem, całkiem zdrów, ale my... my nie mamy już nikogo poza sobą. Zupełnie nikogo.

Wtedy pomimo młodego wieku Cedryk zrozumiał, że jego duży, przystojny młody tata już nie wróci, że umarł, podobnie jak umierali inni ludzie, choć nie mógł do końca pojąć, jaka dziwna rzecz wywołała cały ten smutek. Ponieważ mama zawsze płakała, gdy mówił o tacie, chłopiec postanowił w duchu, że lepiej nie będzie o nim zbyt często wspominał. Odkrył także, że lepiej nie pozwalać jej siedzieć bez ruchu i bez słowa patrzeć w ogień albo za okno. On i mama nie znali zbyt wielu ludzi i prowadzi życie, które można by uznać za bardzo samotne, choć Cedryk nie wiedział, że takie jest, dopóki nie podrósł i nie dowiedział się, dlaczego nie mają gości. Usłyszał, że jego mama jest sierotą i nie miała na świecie nikogo, dopóki tata się z nią nie ożenił. Była bardzo piękna, mieszkała jako dama do towarzystwa u pewnej bogatej starej damy, która nie była dla niej dobra. Pewnego dnia kapitan Cedryk Errol, który przyszedł z wizytą, zobaczył, jak dziewczyna biegnie po schodach ze łzami na rzęsach. Wyglądała tak uroczo, niewinnie i smutno, że kapitan nie mógł o niej zapomnieć. Po wielu przejściach, gdy już dobrze się poznali i bardzo pokochali, wzięli ślub, choć wzbudziło to nieprzychylność kilku osób. Jednak najbardziej rozgniewał się ojciec kapitana, który mieszkał w Anglii. Był to bardzo bogaty i ważny stary szlachcic o niezwykle trudnym charakterze i silnej niechęci do Ameryki i Amerykanów. Miał jeszcze dwóch synów, starszych od kapitana Cedryka. Zgodnie z prawem pierworodny syn miał odziedziczyć tytuł szlachecki i wielkie posiadłości. Gdyby najstarszy syn umarł, dziedzicem zostałby kolejny, więc mimo że kapitan Cedryk należał do tak potężnego rodu, istniała mała szansa, że sam stanie się bogaty.

Tak się jednak złożyło, że natura obdarzyła najmłodszego syna darami, których poskąpiła jego starszym braciom. Miał on piękną twarz i wspaniałą, silną, pełną wdzięku sylwetkę. Miał promienny uśmiech i słodki, radosny głos. Był odważny i szlachetny, miał najlepsze w świecie serce i sprawiał, że wszyscy go kochali. Inaczej rzecz się miała z jego starszymi braćmi: żaden z nich nie był przystojny, dobry ani inteligentny. Kiedy uczyli się w Eton, nie byli lubiani, kiedy poszli na studia, nie przykładali się do nauki, trwonili czas i pieniądze i zyskali niewielu prawdziwych przyjaciół. Stary hrabia nieustannie doznawał z ich strony rozczarowań i upokorzeń. Jego dziedzic nie przynosił zaszczytu szlacheckiemu nazwisku i nie zanosiło się, aby wyrósł na kogoś innego niż samolubny, rozrzutny człowiek pozbawiony męskich i szlacheckich cech. To bardzo bolesne, myślał stary hrabia, że dopiero trzeci syn, któremu miał przypaść jedynie niewielki majątek, jest tym, który posiada wszystkie talenty, wszystkie powaby, całą siłę i urodę. Czasami niemal nienawidził przystojnego młodzieńca, ponieważ zdawał się on posiadać zalety, które powinny iść w parze z dostojnym tytułem i wspaniałymi dobrami, a mimo to w głębi swojego dumnego, upartego starego serca nie mógł nie czuć wielkiej słabości do najmłodszego syna. To właśnie w jednym z napadów rozdrażnienia wysłał go w podróż do Ameryki. Myślał, że odprawi go na jakiś czas, aby nie denerwować się ciągłym porównywaniem młodzieńca z jego braćmi, którzy swoim nieokrzesaniem przysparzali mu wtedy wielu zmartwień.

Ale po jakimś pół roku zaczął odczuwać samotność i w duchu tęsknił za swoim najmłodszym synem, napisał więc do kapitana Cedryka, nakazując mu powrót. List rozminął się z listem od kapitana, w którym zawiadamiał o swojej miłości do pięknej Amerykanki i planowanym małżeństwie. Hrabia wpadł we wściekłość. Choć miał wybuchowy charakter, nigdy w życiu nie dał się aż tak ponieść złości. Służący, który znajdował się akurat w tym samym pokoju, myślał, że jego lordowska mość dostanie ataku apopleksji. Przez godzinę miotał się jak tygrys, a potem usiadł i napisał do syna list, w którym zakazał mu zbliżać się do rodzinnego domu bądź kontaktować z ojcem i braćmi. Zapowiedział, że może sobie żyć, jak mu się podoba i umrzeć, gdzie mu się podoba, że zostaje na zawsze wyklęty z rodziny i że już nigdy nie może oczekiwać wsparcia ze strony ojca.

Kapitan bardzo się zasmucił, gdy przeczytał ten list. Bardzo lubił Anglię i kochał piękny dom, w którym się urodził. Kochał nawet swojego starego ojca furiata i współczuł mu z powodu jego rozczarowań, ale wiedział, że nie może oczekiwać od niego życzliwości. Z początku nie bardzo wiedział, co począć. Nie został przyzwyczajony do pracy i nie miał doświadczenia zawodowego, posiadał jednak odwagę i wielką determinację. Sprzedał więc swoją nominację w armii angielskiej i po niejakich trudach znalazł posadę w Nowym Jorku, po czym ożenił się. Stanowiło to wielką zmianę w stosunku do jego dawnego życia, ale ponieważ był młody i szczęśliwy, wierzył, że ciężka praca wspaniale zaowocuje w przyszłości. Wynajął domek w cichej uliczce, gdzie urodził się jego synek, i wszystko było tak radosne w swojej prostocie, że ani przez chwilę nie żałował, iż poślubił piękną damę do towarzystwa bogatej staruszki z tego tylko powodu, że była taka urocza, że on kochał ją, a ona jego. Bo też w istocie była urocza, a jej synek przypominał zarówno ją, jak i ojca. Choć przyszedł na świat w cichym i skromnym domku, zdawało się, że nigdy nie było szczęśliwszego dziecka. Po pierwsze, zawsze był zdrowy i dlatego nigdy nie przysparzał nikomu kłopotów. Po drugie, miał tak urocze usposobienie i tak czarujący sposób bycia, że stanowił pociechę dla wszystkich. A po trzecie, był śliczny jak z obrazka. Zamiast urodzić się łysym, przyszedł na świat z bujnymi, miękkimi, złotymi włosami, które wywijały się na końcach i nim skończył pół roku, zmieniły się w luźne loki. Miał duże brązowe oczy, długie rzęsy i śliczną twarzyczkę. Mocne plecy i krzepkie nogi sprawiły, że w wieku dziewięciu miesięcy nagle nauczył się chodzić. Już jako małe dziecko odznaczał się tak dobrymi manierami, że rozkosznie było zawrzeć z nim znajomość. Zdawał się uważać, że każdy jest jego przyjacielem, a gdy będąc w wózku, został przez kogoś nieznajomego zagadnięty na ulicy, posyłał tej osobie urocze, poważne spojrzenie brązowych oczu, a potem śliczny, przyjazny uśmiech. W efekcie w sąsiedztwie cichej uliczki, gdzie mieszkał Cedryk, wszyscy, włączając w to sklepikarza na rogu uważanego za najbardziej nieprzyjemną istotę na świecie, cieszyli się na jego widok i z przyjemnością z nim rozmawiali. A chłopiec z każdym miesiącem robił się coraz ładniejszy i bardziej ujmujący.

Gdy był już na tyle duży, aby wychodzić na spacer z opiekunką, ciągnąc mały wózeczek, ubrany w białą szkocką spódniczkę i duży biały kapelusz zsunięty na tył kędzierzawej jasnej główki, był tak ładny, silny i rumiany, że zwracał powszechną uwagę. Po powrocie do domu opiekunka opowiadała jego mamie, jak to damy zatrzymywały się w powozach, aby na niego popatrzeć, i jak cieszyły się, gdy rozmawiał z nimi w swój radosny, dziecięcy sposób, jak ktoś znany od zawsze. Tym, co najbardziej w nim urzekało, była owa radosna, nieustraszona, niezwykła zdolność zawierania przyjaźni z ludźmi. Myślę, że brała się ona stąd, iż chłopiec miał bardzo ufną naturę i dobre serduszko, które było przychylne wszystkim i pragnęło, aby każdemu było równie dobrze, jak jemu samemu. To sprawiało, że chłopiec z łatwością odczytywał nastroje otaczających go osób. Być może zdolność tę wzmocniło również częste przebywanie z rodzicami, którzy zawsze byli kochający, uprzejmi, czuli i taktowni. Nigdy nie zdarzyło się, żeby chłopiec usłyszał w domu nieżyczliwe czy nieuprzejme słowo, zawsze był kochany, obsypywany pieszczotami i traktowany z czułością. Dlatego też jego dziecięca dusza pełna była dobroci i niewinnych, ciepłych uczuć. Słyszał, jak do mamy zwracano się pięknymi, pełnymi miłości słowami i dlatego sam ich używał, kiedy do niej mówił. Widział, że tata opiekuje się nią i bardzo się o nią troszczy, on sam więc również nauczył się o nią dbać.

Kiedy zatem dowiedział się, że tata już nigdy nie wróci i zobaczył, jak smutna jest mama, do jego dobrego serduszka stopniowo zakradła się myśl, że musi zrobić co w jego mocy, aby ją rozweselić. Był tylko małym dzieckiem, ale myśl ta towarzyszyła mu, ilekroć wspinał się jej na kolana, całował ją i kładł swoją kędzierzawą główkę na jej ramieniu, kiedy przynosił jej zabawki i książki z obrazkami albo kiedy zwijał się spokojnie u jej boku, gdy leżała na kanapie. Był za mały, aby wymyślić coś innego, więc robił to, co potrafił i stanowił dla matki większą pociechę, niż był w stanie pojąć.

– Ach, Mary! – usłyszał, jak raz mówiła do starej służącej. – Jestem pewna, że na swój dziecinny sposób próbuje mi pomóc. Wiem, że tak jest. Czasami patrzy na mnie kochającym, zdumionym wzrokiem, tak jakby mi współczuł, a potem podchodzi, głaszcze mnie albo coś pokazuje. To prawdziwy mały mężczyzna, naprawdę myślę, że on wszystko rozumie.

Gdy Cedryk podrósł, miał wiele uroczych zwyczajów, które ogromnie bawiły i ciekawiły ludzi. Tyle czasu spędzał w towarzystwie matki, że niemal nie dbał o niczyje inne. Razem spacerowali, rozmawiali i bawili się. Kiedy był jeszcze całkiem mały, nauczył się czytać. Od tej pory wieczorami kładł się na dywaniku przed kominkiem i czytał na głos, czasami bajki, czasami grube książki, które czytają starsi, a czasami nawet gazetę. W takich chwilach Mary często słyszała w kuchni, jak pani Errol śmieje się z zachwytu nad uroczymi rzeczami, które mówił.

– I faktycznie – powiedziała Mary sklepikarzowi – nie można się nie śmiać z tych jego niedzisiejszych obyczajów i staroświeckich powiedzonek! W wieczór, gdy mianowano nowego prezydenta, przyszedł do mnie do kuchni i stanął koło pieca, a wyglądał jak z obrazka z rękami w kieszonkach i swoją niewinną twarzą poważną jak u jakiego sędziego. I powiada do mnie: „Mary”, powiada, „bardzo interesuję się wyborami”, powiada. „Jestem publikaninem, tak samo jak Najdroższa. Czy ty też jesteś publikanką, Mary?” „Przykro mi”, mówię, „jestem dymokratką!”. A on patrzy na mnie takim wzrokiem, co to chwyta za serce, i powiada: „Mary”, powiada, „kraj popadnie w ruinę”. I od tego czasu nie ma dnia, coby nie kłócił się ze mną o poglądy polityczne.

Mary lubiła Cedryka i była z niego bardzo dumna. Służyła u jego matki, odkąd się urodził, a po śmierci jego ojca pracowała jako kucharka, pokojówka, opiekunka i wszystko inne. Była dumna z jego pełnego wdzięku ciałka i dobrych manier, a zwłaszcza z jasnych kręconych włosów, które falowały mu nad czołem i spływały na ramiona. Gotowa była pracować od świtu do nocy, aby pomagać jego mamie szyć dla niego stroje i utrzymywać je w porządku.

– Rystokrata, co? – mawiała. – Rety, chciałabym zobaczyć inne dziecko na Piątej Alei, co by wyglądało tak jak on i prezentowało się równie przystojnie. Każden jeden mężczyzna, kobieta czy dziecko ogląda się za nim, jak idzie w swojej czarnej aksamitnej spódniczce uszytej ze starej sukni pani, z podniesioną główką i powiewającymi lokami. Wygląda jak młody lord.

Cedryk nie wiedział, że wygląda jak młody lord. Nie wiedział nawet, co to takiego lord. Najlepszym jego przyjacielem był sklepikarz na rogu ulicy – ów nieprzyjemny sklepikarz, który nigdy nie był nieprzyjemny dla chłopca. Nazywał się Hobbs, a Cedryk ogromnie go podziwiał i szanował. Uważał go za bardzo bogatą i potężną osobę, tak wiele rzeczy miał w swoim sklepie: suszone śliwki, pomarańcze i herbatniki, a do tego posiadał konia i wóz. Cedryk lubił mleczarza, piekarza i handlarkę jabłek, ale najbardziej ze wszystkich lubił pana Hobbsa. Był z nim w tak zażyłych stosunkach, że odwiedzał go codziennie i często przesiadywał w sklepie, dyskutując na bieżące tematy. Zdumiewające, jak wiele znajdowali spraw do omówienia – na przykład Czwarty Lipca*. Kiedy zaczynali rozmawiać o Czwartym Lipca, rozmowa zdawała się nie mieć końca. Pan Hobbs miał bardzo złe zdanie o „Brytyjczykach” i relacjonował całą historię Rewolucji**, opowiadając wspaniałe i patriotyczne historie o nikczemności wroga i odwadze bohaterów wojny, a nawet przytaczał obszerny fragment Deklaracji Niepodległości.

Cedryk był tak podekscytowany, że oczy mu błyszczały, policzki pałały, a pocierane i targane loki utworzyły żółty wiecheć. Po powrocie do domu nie mógł się doczekać, aż zje obiad, tak bardzo chciał opowiedzieć o wszystkim mamie. Być może to właśnie pan Hobbs rozbudził w nim zainteresowanie polityką. Pan Hobbs lubił czytać gazety, Cedryk zatem słyszał dużo o tym, co dzieje się w Waszyngtonie. Pan Hobbs mówił mu też, czy prezydent dobrze wypełnia swoje obowiązki. A raz, gdy były wybory, chłopiec stwierdził, że wszystko to jest całkiem wspaniałe i pewnie gdyby nie pan Hobbs i Cedryk, kraj byłby zrujnowany.

Pan Hobbs zabrał chłopca na wielki marsz z pochodniami. Wielu uczestników wspominało później tęgiego mężczyznę stojącego pod latarnią i trzymającego na ramieniu ładnego chłopca, który krzyczał i machał czapką.

Niedługo po tych wyborach, gdy Cedryk skończył siedem lat, wydarzyła się pewna niezwykła rzecz, która spowodowała cudowną zmianę w jego życiu. Co ciekawe, w dniu, w którym to się stało, chłopiec rozmawiał z panem Hobbsem o Anglii i królowej. Pan Hobbs wypowiadał się w ostrych słowach o arystokracji, a szczególnie był oburzony na hrabiów i markizów. Poranek był gorący. Po zabawie w żołnierzy z kolegami Cedryk poszedł do sklepu odpocząć i zastał pana Hobbsa z bardzo zaciekłą miną pochylonego nad egzemplarzem „Ilustrowanego Kuriera Londyńskiego”, w którym znajdowało się zdjęcie jakiejś dworskiej uroczystości.

– Ach – rzekł – tak sobie teraz poczynają, ale pewnego dnia będą mieli dość, gdy ci, których depczą, powstaną i poślą ich do wszystkich diabłów: hrabiów, markizów i całą resztę! Ta chwila nadchodzi, więc lepiej niech uważają!

Cedryk jak zwykle usadowił się na wysokim stołku, zsunął kapelusz na tył głowy i włożył ręce do kieszeni w dyskretnym wyrazie uznania dla pana Hobbsa.

– Znał pan kiedyś jakiegoś markiza, panie Hobbs? – zapytał Cedryk. – Albo hrabiego?

– Nie – odparł z oburzeniem pan Hobbs – chyba nie. Chciałbym dorwać tutaj jednego z nich, to wszystko! Żadni pazerni tyrani nie będą mi tu siedzieli na beczkach z sucharami!

Sklepikarz tak był dumny z opinii, że butnie rozejrzał się wokół siebie i wytarł czoło.

– Może nie byliby hrabiami, gdyby mogli coś na to poradzić – powiedział Cedryk, czując niejasne współczucie dla ich nieszczęsnego położenia.

– Nie byliby!? – powtórzył pan Hobbs. – Oni się tym wprost chlubią! Tacy już są. To źli ludzie.

Byli zatopieni w rozmowie, gdy zjawiła się Mary.

Cedryk myślał, że może przyszła po cukier, ale nie. Była blada i wyraźnie czymś przejęta.

– Chodź do domu, kochanie – powiedziała – pani czeka.

Cedryk zsunął się ze stołka.

– Czy ona chce, żebym gdzieś z nią poszedł, Mary? – zapytał. – Do widzenia, panie Hobbs. Jeszcze się zobaczymy.

Chłopiec zdumiał się, widząc, że Mary przygląda mu się w osłupieniu i zastanawiał się, dlaczego kręci głową.

– Co się stało, Mary? – zapytał. – Czy to przez ten gorąc?

– Nie – rzekła Mary – ale dzieją się dziwne rzeczy.

– Czy Najdroższą rozbolała głowa od słońca? – zaniepokoił się chłopiec.

Ale nie o to chodziło. Kiedy dotarł do domu, przed drzwiami stał powóz, a w saloniku ktoś rozmawiał z mamą. Mary pośpiesznie zaprowadziła go na górę, ubrała w najlepszy letni garnitur z kremowej flaneli z czerwonym paskiem i rozczesała loki.

– Lordy, co? – usłyszał, jak mówi. – Ślachta i ziemiaństwo. Och! Czort z nimi! Lordy, doprawdy... co za pech.

Było to naprawdę bardzo zagadkowe, ale Cedryk był pewien, że mama wyjaśni mu, co oznacza to całe zamieszanie, pozwolił zatem Mary użalać się nad sobą, nie zadając pytań. Kiedy był już przebrany, zbiegł na dół i wszedł do salonu. W fotelu siedział wysoki, stary dżentelmen o ostrych rysach twarzy. Matka stała w pobliżu. Była blada, a w jej oczach dostrzegł łzy.

– Och! Cedryczku! – zawołała, podbiegła do synka, złapała go w ramiona, po czym ucałowała z przestrachem i troską. – Och! Cedryczku, kochanie!

Wysoki stary dżentelmen wstał i spojrzał na Cedryka swoim czujnym wzrokiem. Patrząc, potarł chudy podbródek kościstą dłonią. Wcale nie zdawał się niezadowolony.

– A więc – powiedział wreszcie powoli – a więc to jest mały lord Fauntleroy.

* Czwartego lipca przypada w USA Dzień Niepodległości, święto państwowe obchodzone w rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości [przypisy pochodzą od tłumaczki].
** Rewolucja – chodzi o wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych toczoną w latach 1775–1783 pomiędzy Wielką Brytanią i trzynastoma koloniami w Ameryce Północnej.

II

Nigdy jeszcze nie było bardziej zdumionego chłopca, niż był Cedryk w kolejnym tygodniu, nigdy też nie było tak dziwnego czy nierzeczywistego tygodnia. Historia, którą opowiedziała mu mama, była bardzo osobliwa. Chłopiec musiał wysłuchać jej dwa czy trzy razy, zanim zdołał ją zrozumieć. Nie mógł sobie wyobrazić, co pomyśli o niej pan Hobbs. Zaczynała się od hrabiów: jego dziadek, którego nigdy nie widział, był hrabią. Najstarszy wuj z czasem również zostałby hrabią, gdyby nie zginął, spadając z konia. A po jego śmierci drugi wuj zostałby hrabią, gdyby nie zmarł nagle w Rzymie na febrę. Potem jego własny tata, gdyby żył, zostałby hrabią, ale ponieważ wszyscy oni umarli i został tylko Cedryk, okazało się, że to on miał zostać hrabią po śmierci dziadka, a na razie był lordem Fauntleroy.

Usłyszawszy o tym, Cedryk zrobił się całkiem blady.

– Och! Najdroższa! – powiedział. – Wolałbym nie być hrabią. Żaden z chłopców nie jest hrabią. Czy i ja mogę nim nie być?

Ale wydawało się to nieuniknione. Kiedy wieczorem siedzieli razem przy otwartym oknie, patrząc na nędzną uliczkę, odbyli na ten temat długą rozmowę. Cedryk siedział na podnóżku w swojej ulubionej pozie, obejmując ramionami kolano, a jego oszołomiona twarzyczka była czerwona od wysiłku umysłowego. Jego dziadek chciał go ściągnąć do Anglii, a mama uważała, że musi jechać.

– Ponieważ – rzekła, błądząc za oknem smutnym wzrokiem – wiem, że twój tata by sobie tego życzył, Cedryczku. Bardzo kochał swój dom i jest wiele rzeczy, o których trzeba myśleć, a których mały chłopiec nie potrafi do końca pojąć. Byłabym samolubną matką, gdybym nie pozwoliła ci jechać. Kiedy dorośniesz, zrozumiesz dlaczego.

Cedryczek ze smutkiem pokręcił głową.

– Bardzo przykro będzie mi zostawić pana Hobbsa – rzekł. – Obawiam się, że będzie za mną tęsknił, a ja za nim. Za wszystkimi będę tęsknił.

Kiedy pan Havisham, który był prawnikiem hrabiego Dorincourt i przyjechał, aby zabrać lorda Fauntleroy do Anglii, zjawił się następnego dnia, Cedryk dowiedział się wielu rzeczy. Ale jakoś nie pocieszyła go wiadomość, że gdy dorośnie, będzie bardzo bogaty, że będzie miał liczne zamki, wielkie parki, głębokie kopalnie, wielkie posiadłości i dzierżawców. Martwił się o swojego przyjaciela, pana Hobbsa, i wkrótce po śniadaniu pełen obaw poszedł do sklepu.

Zastał go czytającego poranną gazetę i zbliżył się z wielką powagą. Czuł, że wiadomość o tym, co mu się przytrafiło, będzie dla pana Hobbsa wielkim wstrząsem i w drodze do sklepu zastanawiał się, jak najlepiej ją przekazać.

– Cześć! – powiedział pan Hobbs. – Dzień dobry!

– Dzień dobry – odrzekł Cedryk.

Nie wspiął się jak zwykle na wysoki stołek, ale usiadł na skrzyni z sucharami, objął ramionami kolano i przez kilka chwil był tak cicho, że pan Hobbs spojrzał pytająco znad gazety.

– Cześć! – powtórzył mężczyzna.

Cedryk zebrał całą swoją siłę ducha.

– Proszę pana – powiedział – pamięta pan, o czym rozmawialiśmy wczoraj rano?

– Cóż, zdaje mi się, że o Anglii – odparł pan Hobbs.

– Tak – powiedział Cedryk – ale czy pamięta pan, o czym rozmawialiśmy w chwili, gdy przyszła po mnie Mary?

Pan Hobbs potarł tył głowy.

– Wspominaliśmy o królowej Wiktorii i arystokracji.

– Tak – powiedział Cedric z wahaniem – i... i o hrabiach, prawda?

– No tak – odparł pan Hobbs – faktycznie wspomnieliśmy o nich, tak jest!

Cedryk poczerwieniał aż po kręconą grzywkę na czole. Jeszcze nigdy w życiu nie znalazł się w równie krępującej sytuacji. Bał się, że może ona być również nieco krępująca dla pana Hobbsa.

– Powiedział pan – ciągnął – że nie będą tu panu siedzieli na beczkach z sucharami.

– Tak powiedziałem! – odparł niezłomnie pan Hobbs. – I nie żartuję. Niech no tylko spróbują!

– Proszę pana, jeden z nich właśnie siedzi na tej skrzyni!

Pan Hobbs o mało nie zerwał się z krzesła.

– Co?! – zawołał.

– Tak – oświadczył Cedryk z należytą skromnością – jestem hrabią... albo nim będę. Nie chcę pana oszukiwać.

Pan Hobbs wyglądał na wzburzonego. Gwałtownie wstał i poszedł spojrzeć na termometr.

– Przegrzałeś sobie głowę! – zawołał, odwracając się, by przyjrzeć się obliczu młodego przyjaciela. – Gorąco dziś! Jak się czujesz? Nic cię nie boli? Kiedy to się zaczęło?

Mężczyzna położył swoją wielką dłoń na włosach chłopca. To było jeszcze bardziej krępujące.

– Dziękuję – odparł Cedryczek – nic mi nie jest. Z moją głową wszystko w porządku, panie Hobbs. Po to właśnie Mary przyszła zabrać mnie do domu. Pan Havisham mówił o tym mojej mamie, a on jest prawnikiem.

Pan Hobbs opadł na krzesło i przetarł czoło chustką.

– Jeden z nas ma udar słoneczny! – zawołał.

– Nie – zaprzeczył Cedryk – nie mamy udaru. Będziemy musieli się z tym pogodzić, proszę pana. Pan Havisham przyjechał aż z Anglii, żeby nam o tym powiedzieć. Mój dziadek go przysłał.

Pan Hobbs wpatrywał się oszołomionym wzrokiem w niewinną, poważną twarzyczkę.

– Kim jest twój dziadek? – zapytał.

Cedryk włożył rękę do kieszeni i ostrożnie wyciągnął kartkę, na której było coś napisane jego własnym krągłym, nierównym pismem.

– Niełatwo było to zapamiętać, więc sobie zapisałem – rzekł. Po czym wolno przeczytał: – „John Arthur Molyneux Errol, hrabia Dorincourt”. Tak się nazywa i mieszka w zamku... w dwóch lub trzech zamkach, zdaje się. Mój tata, który umarł, był jego najmłodszym synem i nie byłbym lordem ani hrabią, gdyby mój tata nie umarł, a mój tata nie byłby hrabią, gdyby jego dwaj bracia nie umarli. Ale że oni wszyscy umarli i nie ma nikogo oprócz mnie, żadnego chłopca, ja muszę być lordem i mój dziadek chce mnie sprowadzić do Anglii.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

III

Dostępne w wersji pełnej

IV

Dostępne w wersji pełnej

V

Dostępne w wersji pełnej

VI

Dostępne w wersji pełnej

VII

Dostępne w wersji pełnej

VIII

Dostępne w wersji pełnej

IX

Dostępne w wersji pełnej

X

Dostępne w wersji pełnej

XI

Dostępne w wersji pełnej

XII

Dostępne w wersji pełnej

XIII

Dostępne w wersji pełnej

XIV

Dostępne w wersji pełnej

XV

Dostępne w wersji pełnej

Ameryka, lata sześćdziesiąte XIX wieku. W domostwie zwanym Orchard House od pokoleń mieszka rodzina Marchów. Pod nieobecność ojca walczącego w wojnie secesyjnej opiekę nad czterema córkami sprawuje samodzielnie ich matka, Marmee.

Córki pani March – stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy – starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek.

Dobre żony to książka dla wszystkich, którzy chcą poznać dalsze losy małych kobietek – poważnej Meg, roztrzepanej Jo, łagodnej Beth i wytwornej Amy.

Upłynęło kilka lat i dziewczęta powoli wkraczają w inny świat, dorośleją, zmieniają się, przeżywają smutki i rozczarowania, nawet tragedie, ale jednocześnie życie nie skąpi im także radosnych i szczęśliwych chwil. Cztery siostry – cztery różne drogi życiowe.

Zanim znów podejmiemy naszą opowieść i spokojnie udamy się na ślub Meg, powinniśmy najpierw poplotkować nieco o rodzinie Marchów. Na wypadek gdyby któryś ze starszych czytelników uważał, że w historii tej zbyt wiele mówi się o „miłości” (nie sądzę, by młodsi czytelnicy mieli podobne zastrzeżenia), mogę tylko powtórzyć słowa pani March: – Czegóż innego można się spodziewać, kiedy w domu są cztery wesołe dziewczęta, a nieopodal pełen werwy, młody sąsiad?

Światowy bestseller amerykańskiej pisarki Louisy May Alcott. Dalsze losy bohaterów Małych kobietek i Dobrych żon (jest to trzecia część tetralogii Małych kobietek). Książka opowiada o życiu Jo Bhaer, jej męża i dzieciaków ze szkoły w Plumfield. Bezpośrednią inspiracją tej historii była śmierć szwagra Alcott, który pojawia się w jednym z ostatnich rozdziałów. Wszystkie książki cyklu, choć tak uroczo bajkowe, były jednak w dużej mierze oparte na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki, co dodaje im większego znaczenia i kolorytu.

Światowy bestseller Małe kobietki doczekał się kolejnych tomów, w których autorka, Louisa May Alcott, kontynuowała – na wyraźne żądanie czytelników – opowieść o losach swoich bohaterów. Po dziesięciu latach czytelnik powraca zatem do Plumfield, aby poznać dalsze losy sióstr March, ich dzieci i wychowanków. Życie małej wspólnoty toczy się wokół college’u ufundowanego przez pana Lauriego, jednej z pierwszych koedukacyjnych uczelni w Ameryce. Tymczasem chłopcy Jo – Rob, Ted, Tom, Nat, Emil, Demi i Dan – stają na progu dorosłości. Każdy z nich wybiera drogę życia zgodną ze swoim charakterem i powołaniem. I choć niektórym z nich przyjdzie okupić te wybory wielkim wysiłkiem, żaden z chłopców nie przegra swojego życia.

Przepiękna, mądra klasyczna powieść dla wszystkich młodych sercem i duszą.

Osierocona Mary Lennox zostaje odesłana pod opiekę wiecznie nieobecnego i nieszczęśliwego wuja, Archibalda Cravena. Pozostawiona sama sobie dziewczynka odkrywa w pobliżu domu tajemniczy ogród, skryty za wysokim murem. Zapomniany i zamknięty od dziesięciu lat zakątek wielkiego parku wydaje się przyciągać ją z jakąś niezwykłą mocą. Mary spostrzega, że mimo zaniedbania i braku opieki wciąż rosną tam róże i inne wrażliwe, wymagające pielęgnacji kwiaty. Natura pokazuje swoją siłę, wystarczy odrobina starań, by rozkwitła pełnym blaskiem. Ale nie tylko ogród potrzebuje opieki i pielęgnacji. Mary dowiaduje się, że nie jest jedynym dzieckiem zamieszkującym dziwny dom wuja. Jej kuzyn Colin zaś nie ma pojęcia, co czeka na niego, gdy odważy się wejść z Mary do ogrodu. Razem ze swoim przyjacielem Dickiem i jego oswojonymi zwierzętami dzieci spędzają tam każdy dzień, starannie strzegąc swojej tajemnicy. Zaś ogród staje się miejscem prawdziwie magicznym, pełnym niespodzianek i zmieniającym całe ich życie na lepsze...

Siedmioletnia Sara Crewe trafia prosto z Indii do londyńskiej pensji panny Minchin. Dziewczynce rozpieszczanej przez samotnego ojca ma i tutaj nie zbywać na niczym. Traktowana jest jak księżniczka. Przełożona pensji, będąc pod wrażeniem fortuny kapitana Crewe’a, pozwala jej na dużo więcej niż innym uczennicom, a kiedy dowiaduje się jeszcze, że jej pupilka ma stać się w przyszłości właścicielką kopalni diamentów, jej zachwyt nie ma granic. Choć z drugiej strony nic nie potrafi zmienić niechęci, jaką w głębi serca czuje do dziewczynki.

Dlatego też, gdy kopalnie okazują się mirażem, jej zawód nie ma granic i panna Minchin postanawia zamienić swoją „wzorową uczennicę” w posługaczkę i to tylko dlatego, że wyrzucenie dziewczynki na bruk mogłoby źle wyglądać.

Z kolei Sara, która nawet będąc nieprawdopodobnie bogatą, zachowywała szlachetność i skromność, wykazuje niezwykły hart ducha i walczy, by w najbardziej upokarzających sytuacjach nie zatracić tego, co uważa za ważne. Wciąż stara się zdobywać wiedzę i pomagać potrzebującym. I choć czasami jest bardzo trudno, właśnie wtedy zachowuje się jak prawdziwa księżniczka.

Tytuł oryginału: Little Lord Fauntleroy

Copyright © 2022, wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-782-2

Projekt okładki, wybór ilustracji oraz skład książki:

Zuzanna Malinowska Studio

Opracowanie: MG, Dorota Ring

Ilustracje: Reginald B. Birch

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk