Szatan. Szatan i Judasz: seria Szatan - Karol May - ebook

Szatan. Szatan i Judasz: seria Szatan ebook

Karol May

3,0
19,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Grupa przyjaciół wyrusza na nieznane im wcześniej tereny Dzikiego Zachodu, gdzie przyjdzie im walczyć ze złem, aby zapanowała sprawiedliwość. Nierzadko nagroda okazuje się być naprawdę dużo warta. Poświęcenie, wzajemna pomoc i wiara w przyjaźń mogą być podstawą do tego, aby ocalić wiele istnień.

Seria "Szatan" zawiera opowiadania:

1. Święty dnia ostatniego

2. Yuma Shetar

3. The Player

4. Klęska Szatana

W niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 682

Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Karol May

Szatan i Judasz: seria Szatan

Translacja anonym

Saga

Szatan i Judasz: seria SzatanTranslacja Anonim tytuł oryginału Satan und Ischariot Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1925, 2020 Karol May i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726427028

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Klęska Szatana

I

POD ZIEMIĄ.

Konie nasze uginały się pod ciężarem, ponieważ z przezorności zaopatrzyliśmy się w żywność, paszę, we wszystko, co było niezbędne na trzy — cztery dni. Między rzeczami, które, jak należało przypuszczać, mogły nam się przydać, zabraliśmy również paczkę świec i pęk długich woskowych pochodni. Znaleźliśmy spory ich zapas na wozie. Ponieważ używa się ich do pracy podziemnej, przeto Melton nabył je od kupca w Ures. Na wozie znaleźliśmy również trzy beczułki z oliwą palną. Wskazywało to, jak zresztą wiele innych okoliczności, że Melton szczegółowo przygotował swój „business“, zanim jeszcze dobił targu z hacjenderem. Tak więc obrobił interes z Yuma i przekazał im do transportu wszystko, co mogło być natychmiast przydatne do robót kopalnianych. Herkules opowiadał mi, że trzystu Yuma miało przeszło czterysta koni, a więc o sto ponad liczbę. Jeżeli nawet odliczymy sześćdziesiąt koni dla wychodźców, to pozostaje czterdzieści ciężko obładowanych zwierząt, które miały potaszczyć transport w góry.

 Oczywiście, zanim rozjechaliśmy się z Winnetou, wtajemniczyłem go w swoje zamierzone poczynania, aby mógł mnie łatwo odszukać w razie, gdyby mi się co przytrafiło i gdybym nie wrócił po czterech dniach. Przedewszystkiem więc powiedziałem Apaczowi, że zamierzam zbadać jaskinię Playera i podziemny korytarz, odkryty przez Herkulesa. Tu się zaczynała nitka, któraby go prowadziła, gdyby musiał nas odszukać.

 Ponieważ poprzedniego dnia zboczyliśmy z właściwego kierunku, więc musieliśmy — ja i Mimbrenjo — wrócić na ostatni odcinek wczorajszej drogi. Z zadowoleniem stwierdziłem brak śladów po koniach i wozach. Jeżeli nawet gdzie niegdzie dały się zauważyć rzadkie odciski, to można było przypuszczać, że dzień, który obecnie wschodził, zatrze je doszczętnie. Teraz byłem przekonany, że ewentualni wywiadowcy Meltona nie znajdą śladów naszego obozowiska.

 Po blisko czterogodzinnej jeździe na południe, skierowałem się na wschód i wkrótce dotarliśmy do zapowiedzianej przez Playera granicy roślinności. Tutaj zaczynała się pustynia. Zatrzymaliśmy wierzchowce na krańcu trawnika, aby dać im paszę i godzinny odpoczynek. Poczem ruszyliśmy w dalszą drogę.

 Jechaliśmy przez prawdziwą pustynię. Ziemia układała się w długie, niskie fale, oddzielone od siebie płytkiemi wgłębieniami; dookoła były skały, kamienie, lub piasek. Ani źdźbła trawki. Nagi kamień ssał promienie rozognionego słońca, dopóki się nie nasycił, poczem upał utworzył wysokie na cztery czy pięć stóp, drżące jezioro żaru nad ziemią. Trudno było oddychać. Pot parował z całego ciała. Nie było rady. Pędziliśmy bez wytchnienia przed siebie; aby nie tracić dnia, musieliśmy przybyć do Almaden przed zapadnięciem zmroku.

 Nie rozmawialiśmy ze sobą. Mimbrenjo nie ośmielił się do mnie przemówić, a jednostajność zaś drogi nie dawała mi bodźca do rozmowy. Jechaliśmy w milczeniu, dopóki sobie nie uświadomiłem, że Almaden leży na północ od nas. Skręciliśmy przeto w tym kierunku, badając grunt, poszukując tropu.

 Kiedy słońce przybiło do widnokręgu, wyłoniła się przed nami woddali niska, jednakże ostro od horyzontu odcinająca się skała, olbrzymiejąca w miarę, jak się do niej zbliżaliśmy.

 — To na pewno Almaden — rzekłem. — Teraz należy podwoić czujność.

 — Czy mój wielki brat Old Shatterhand zsiądzie z konia? — zapytał skromnie Mimbrenjo.

 Jeźdźca o wiele łatwiej spostrzec, niż piechura. Wprawdzie sam porzuciłbym siodło, ale cieszyła mię jego uwaga, ponieważ dowodziła roztropności. Zsiedliśmy z koni i, prowadząc je za uzdy, poszliśmy naprzód.

 Ziemia nie była już falista. Kroczyliśmy po płaskim gruncie, który niby pierścień okalał Almaden. Stąd sięgał wzrok daleko. Nie widać było nigdzie ludzkiego stworzenia, co, oczywiście, nie sprawiło nam przykrości.

 Lecz nagle zaczęła się spadzista pochyłość. Staliśmy na brzegu wgłębienia, pośrodku którego sterczała Almaden; mówiąc ściślej, staliśmy na brzegu wyschłego jeziora ze skalistą wyspą, która dziś nosiła nazwę Almaden.

 Wskutek jednostajności okolicy mimo woli zboczyłem z kierunku! do Almaden dotarliśmy nie z południowej, lecz z południowo-zachodniej strony. Było to niebezpieczne — przypuszczałem bowiem, że Indjanie wypatrują nas od strony zachodniej, — lecz zato pozwoliło mi odrazu ujrzeć skałę, o której opowiadał Player i Herkules, a którą musiałbym w innym wypadku dopiero odszukać.

 Ogromny blok skalny, sterczący z dna wyschłego jeziora, u góry był płaski i tworzył niemal prawidłowy sześcian, o ścianach biegnących prawie dokładnie w czterech kierunkach wiatrów. Ponieważ stanęliśmy przy południowo-zachodniej krawędzi, widzieliśmy przeto stronę południową i zachodnią. Pierwsza wznosiła się prosto, miała wszakże głębokie rysy na powierzchni, pośrodku zaś — tunel, który, jak łatwo było zauważyć, biegł pod górę. Potwierdzało to słowa Playera, że płaskowzgórze jest dostępne z południowej i północnej strony.

 Zachodnią ścianę stanowiła pionowa powierzchnia, nieprawidłowa tylko w dolnej części pośrodku, gdyż leżał tam głaz, który, oderwawszy się od ścian, runął niegdyś wdół. Widzieliśmy dokładnie kamienie wypełniające lukę między głazem, a ścianą.

 Moglibyśmy tam dotrzeć po dziesięciu lub piętnastu minutach marszu, nie odważyłem się jednak, aczkolwiek nie widać było dookoła żywej duszy. Na górze, na plateau, niechybnie czuwali ludzie i mogliby nas łatwo spostrzec.

 Przedewszystkiem należało wybadać, gdzie są Indjanie. Naturalnie, sam się tego podjąłem, chłopca zostawiając przy koniach. Zwróciwszy się na zachód, skradałem się wzdłuż brzegu byłego jeziora. Musiałem bardzo uważać, gdyż nic mnie nie kryło i gdybym kogoś spostrzegł, w tejże chwili byłbym sam spostrzeżony.

 Uszedłszy spory szmat drogi, zauważyłem na północno-zachodniej stronie małe, rzadkie chmurki, czy fale, które powoli wznosiły się rozprzestrzeniały i niknęły. Był to niezawodnie dym, słaby dym z indjańskiego ogniska, nieconego na skąpym podkładzie drzewa. Mogłem jeszcze chodzić normalnie przez parę chwil, poczem zacząłem biec jak zwierzę czworonożne.

 Wkrótce zobaczyłem pięć, czy sześć namiotów, koło których krzątali się ludzie. Gdybym chciał jeszcze bliżej podejść, musiałbym się czołgać na brzuchu. Od namiotów dzieliła mnie odleglość tak mała, że z łatwością rozpoznałem zdobiące je malowidła.

 Każdy Indjanin maluje na namiocie, przynajmniej na letnim, swoje imię, lub obraz, odnoszący się do wybitnego zdarzenia z życia. Na jednym więc wił się olbrzymi, na czerwono wymalowany wąż. Na drugim widniał koń, na innym — niedźwiedź. Między namiotami kręcili się Indjanie, lub też siedzieli na ziemi, paląc fajki. Dwie włócznie opierały się o namiot z wężem. Był to zapewne namiot wodza.

 Wiedziałem już, gdzie obozują Yuma. Chciałem się wycofać, kiedy troje osób, dwóch mężczyzn i kobieta, wyszło z owego namiotu. Kobietę poznałem odrazu: była to Judyta, piękna Żydówka. Jednym z mężczyzn był Melton, drugi Indjaninem, niewątpliwie mieszkańcem namiotu. Rozmawiali przez chwilę, poczem Indjanin wrócił do siebie, Melton zaś z Żydówką poszedł dalej. Wspierała się na jego ramieniu — o, gdyby Herkules widział tę poufałość!

 Byłem zadowolony, że już na początku zobaczyłem Meltona — okoliczność ta groziła mi jednak poważnem niebezpieczeństwem. Oboje podeszli na tak bliską odległość, że mogłem się słusznie przerazić. Leżałem na piasku. Z szybkością, na jaką mnie stać było, wyrzucałem piasek przed siebie. Usypałem górkę dość wysoką, aby, nie rzucając się w oczy, mogła mnie ukryć przed spojrzeniem, przynajmniej niezbyt podejrzliwem.

 Nie lękałem się wcale. Gdyby mnie nawet Melton zobaczył, nic straconego. Wiedziałem, co w takim wypadku należy czynić. Schwyciłbym go i miał zakładnika, którym mógłbym się opędzić Indjanom. Jednakże lepiej, że się tak nie stało; minęli mnie, nie spojrzawszy w moją stronę. Rozmawiali i śmieli się; w lepszym byli humorze, niż jej ojciec, który tkwił teraz głęboko we wnętrzu skały. Szli w kierunku północnego jej zbocza i zniknęli za krawędzią zachodnią.

 Teraz mogłem powrócić; z początku czołgałem się na brzuchu, potem pobiegłem na czworakach, wreszcie na nogach. Słońce ukryło się za widnokręgiem i zapadł tak krótki w tamtych stronach zmierzch. Wróciłem wreszcie do koni. Musieliśmy wykorzystać krótki czas, kiedy jest już dość ciemno, aby nie wystawiać się na widok, a dość jeszcze jasno, aby bez wielkiego trudu odkryć wejście do jaskini.

 Kiedy nadeszła taka chwila, zjechaliśmy wdół, na dno wyschłego jeziora. Dotarłszy do skały, zsiedliśmy z koni, wspięli się po kamieniach, aby usunąć je z kąta skały. Wkrótce ujrzeliśmy przed sobą dziurę, która coraz bardziej się rozszerzała. Kiedy była już dość pokaźna, zapaliłem woskową pochodnię i zlazłem wdół, w jaskinię, To obszerne wydrążenie dokładnie odpowiadało opisowi Playera. Miało wysokość dwóch ludzi i mogło z łatwością pomieścić setkę. W małej bocznej jaskini zebrała się bardzo zimna woda. Zbadanie dna odłożyłem na później — przedtem musiałem wprowadzić konie.

 Trzeba więc było powiększyć wejście. Rzecz oczywiście niezbyt przyjemna, lecz uporaliśmy się z tem i przeprowadzili wierzchowce, które uległością i rozwagą ułatwiły nam robotę. W nagrodę napiły się wody i dostały porcję maisu. Teraz mogłem zbadać dno jaskini, a raczej obejrzeć je, ponieważ patrzenie w przepaść nie jest badaniem.

 Była to prawdziwa otchłań. Gdy rzuciłem kamuszek, usłyszałem dopiero po dłuższej chwili słaby odgłos uderzenia o dno.

 Player nie mógł odkreślić szerokości otchłani, ponieważ nie miał światła. Natomiast moja pochodnia świeciła tak jasno, że stojąc na jednym brzegu, widziałem, wyraźnie przeciwległy. Ciemność oszukała Playera, ja zaś wiedziałem, że przepaść nie jest szersza nad dziesięć, jedenaście łokci. Tymczasem młody Mimbrenjo ukląkł i badał grunt. Dłubał palcem, później zaczął skrobać nożem.

 — Czy Old Shatterhand zechce zobaczyć, że tu znajduje się dołek? — rzekł, klingą wyskrobawszy ziemię.

 — Utworzyła go — odpowiedziałem — woda kapiąca ze sklepienia.

 — W tym wypadku wydrążenie byłoby okrągłe. Tak jednak nie jest.

 — Zobaczymy.

 Nachyliłem się i pomogłem mu grzebać. Istotnie. Czworokątny, na łokieć głęboki dołek.

 — Poszukajmy, czy niema jeszcze drugiego, — rzekłem.

 Wkrótce odkryliśmy trzy inne. Usunęliśmy ziemię, która je pokrywała. Mimbrenjo spojrzał na mnie pytająco. Ośmieliłem go przeto:

 — Jeśli mój młody brat chce coś powiedzieć o tych wgłębieniach, to proszę, niech mówi.

 — Nie mam nic do powiedzenia — odparł. — Drąży się w ziemi dółki poto, aby w nich coś schować. Co jednak mogło tkwić w tych oto wgłębieniach? Old Shatterhand wie zapewne.

 — Nietrudno się domyślić, ale język mego brata nie ma na to nazwy. Czy wiesz, czem jest kołek lub klamra?

 — Nie wiem.

 — Drzewo lub żelazo, które wbite w ziemię przytrzymuje największe ciężary. W danym wypadku ciężarem był most nad przepaścią. Bezwątpienia na drugim jej brzegu pozostały takie same cztery dołki.

 — Ale gdzie się podział most?

 — Niema go już. Zapewne ci, którzy z niego ostatnio korzystali, strącili go w otchłań. Zależało im na tem, aby nikt nie potrafił przedostać się na drugą stronę. W tym celu zatkano też dołki. Ale oczy mego młodego brata są ostre i przenikliwe.

 — Nie oczy, lecz stopy wyczuły, że ziemia wtem miejscu jest miększa, niż gdzie indziej. Gdyby most stał podawnemu, moglibyśmy przejść na drugą stronę.

 — Przejdziemy i tak. Dostaniemy się do tunelu, który wylot ma na płaskowzgórzu, lecz posiada również inne zamaskowane wejście. Trzeba je odszukać.

 — Kiedy? Dziś wieczór?

 — Nie, jutro. Wejście zatkane i poomacku nie potrafię go znaleźć, światła zaś zapalać nie można. Poradzimy sobie przy świetle dziennem. — Tymczasem posilimy się, poczem wyjdę na zwiady.

 — Czy Old Shatterhand zabierze mnie ze sobą?

 — Nie. Z przyjemnością zabrałbym cię, lecz musisz zostać przy koniach.

 — Tu stoją bezpiecznie. Nie znajdą ich Yuma.

 — Istotnie, ale konie nie są obeznane z miejscem. Zlęknione są, tylko przy naszym boku zachowują się spokojnie. Jeśli je pozostawimy w mrokach, możemy po powrocie znaleźć rumaki w przepaści.

 Chłopiec musiał zostać. Po spożyciu owocowej wieczerzy ruszyłem na zwiady. Niewiele spodziewałem się odkryć w takich ciemnościach. Dobrnąłem do północnego kantu skały i usiadłem na kamieniach, czekając, aż gwiazdy rozbłysną jaśniej.

 Siedziałem godzinę. Dookoła panowało głuche milczenie. Gwiazdy, dotychczas blade, roziskrzyły się jarko. Zamierzałem już powstać i pójść naprzód, gdy rozległy się wpobliżu czyjeś kroki. Przypuszczając, że nadchodzący przejdzie koło mnie, schroniłem się za głazem. Po chwili ujrzałem Indjanina, który przystanął wpobliżu mego ukrycia i wzrokiem powiódł dokoła. Nie widząc nikogo, westchnął, zbliżył się jeszcze bardziej i usiadł na kamieniu, w odległości trzech kroków ode mnie.

 To było fatalne, fatalne w najwyższym stopniu. Kamienie były tak rozstawione, że niesposób wycofać się bez szmeru. Nie pozostawało mi nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać na jego odejście.

 — Uff! — zawołał po długiej pauzie Indjanin stłumionym głosem. Podniósł się z kamienia i podążył parę kroków naprzód. Ktoś nadchodził — to była Żydówka. Ukryty za kamieniem, podsłuchałem niezwykle ciekawą rozmowę.

 Indjanin nazywał siebie „Wężem“. Był więc mieszkańcem namiotu, który widziałem, i dowódcą trzechset Yuma, którzy tu obozowali. Władał angielskim i hiszpańskim w sposób, jak na Yuma, niezwykły — ona zaś nie posiadała ani dwudziestej części jego wiedzy; nie umiała też słowa po Indjańsku. Mimo to porozumiewali się doskonale, wyręczając w razie potrzeby gestami.

 Wziął ją za rękę, doprowadził do kamienia, na którym był siedział i rzekł:

 — Przebiegły Wąż już sądził, że Biały Kwiat nie przyjdzie. Dlaczego kazałaś mi czekać?

 Musiał swoje pytanie kilkakrotnie w rozmaitej formie powtórzyć, zanim zrozumiała i odrzekła:

 — Melton mnie zatrzymywał.

 Teraz on nie rozumiał. Powtórzyła słowa i zobrazowała myśl znakami.

 — Co teraz robi? — zapytał Wąż.

 — Śpi — wyjaśniła raczej pantominicznie, niż słownie.

 — Czy Melton sądzi, że Biały Kwiat również śpi?

 — Tak.

 — W takim razie jest głupcem, słusznie oszukanym, ponieważ sam pragnie oszukiwać. Biały Kwiat nie powinna mu wierzyć. Okłamuje ją, nie dotrzyma danego przyrzeczenia.

 Każdemu zdaniu towarzyszyły liczne gesty wyjaśniające. Ponieważ przedstawienie prawdziwego przebiegu rozmowy byłoby uciążliwe dla mnie, jak dla czytelnika, więc opiszę ją tak, jakgdyby oboje porozumiewali się gładko.

 — Czy wiesz, co mi Melton przyrzekł?

 — Wyobrażam sobie. Czy nie powiedział ci, że otrzymasz wielkie skarby?

 — Tak. Melton sądzi, że na tej skale zarobi miljon. Wowczas zostanę jego żoną, będę miała brylanty, perły i wszelkiego rodzaju kosztowności, zamek w Sonora i pałac w San Francisko.

 — Nie dostaniesz ani klejnotów, ani złota, ani pałacu. Melton dużo zarobi, ale nic z tego nie będzie posiadał.

 — Jakto?

 — To jest nasz sekret. Ale gdyby nawet stało się tak, jak on pragnie, tybyś nic z tego nie miała. Jesteś jedynym kwiatem na tem ustroniu. Dlatego myśli o tobie. Kiedy zobaczy inne, ciebie porzuci.

 — Niech się tylko ośmieli! Zemszczę się i wyjawię wszystkie jego występki.

 — Nie będziesz mogła. Tu można łatwo zdeptać kwiat, który wyblakł, a stał się niebezpiecznym. Wierzaj mi, żadna z twoich nadziei przy nim się nie spełni.

 — Mówisz tak, ponieważ chcesz mnie posiąść. Daj mi dowód.

 — Przebiegły Wąż może ci dowieść. Powiedz, dlaczego pozwoliłaś zesłać ojca do podziemi?

 — Ponieważ miał zostać nadzorcą i zarobić sporo pieniędzy.

 — Ojciec twój jest związany, jak inni, musi pracować jak inni, i nie otrzymuje lepszego pokarmu, niż inni. Wiem, że obiecano go wypuszczać od czasu do czasu z szybu, aby mógł się z tobą widzieć i odetchnąć świeżem powietrzem, lecz przyrzeczenie to nie będzie spełnione.

 — Zmuszę Meltona, aby dotrzymał słowa!

 — Nie wierz! Nad takim mężczyzną tysiąc najpiękniejszych kobiet świata nie mogłoby uzyskać żadnej władzy. Zażądaj spotkania z ojcem, a przekonasz się, że nie uczyni ci zadość.

 — W takim razie porzucę go!

 — Spróbuj — zaśmiał się czerwonoskóry — uwięzi cię we wnętrzu skały, gdzie twoją piękność i zdrowie pożre trucizna rtęci. To kłamca, powtarzam. Moje serce natomiast szczerze myśli o tobie. Dam ci słowo na to, co on kłamliwie przyrzeka. Gdybym chciał, byłbym o wiele, o wiele bogatszy od Meltona.

 — Bogaty Indjanin?! — roześmiała się Judyta.

 — Wątpisz? My jesteśmy prawymi posiadaczami kraju, którego gwałtem pozbawiają nas biali. Przy naszym trybie życia, co nam po złocie, srebrze, skarbach! Wiemy jednak, gdzie się złoto znajduje w olbrzymich ilościach, a nie powiemy tego białym. Lecz gdyby Biały Kwiat chciał zostać moją squaw, dałbym jej tyle złota srebra, ileby zapragnęła; dałbym to wszystko, co Melton przyrzekł kłamliwie.

 — Czy naprawdę? Wiele złota, klejnotów, pałac, zamek, piękne szaty i wiele służby?

 — Wszystko, wszystko czego zapragniesz! Kocham cię tak, jakbym nie mógł kochać żadnej czerwonoskórej. Mógłbym cię uczynić moją squaw wbrew twojej woli, gdyż my, Indjanie, porywamy dziewczęta, których inaczej nie możemy dostać. Lecz ty zostań moją squaw dobrowolnie! Nie użyję przemocy. Poczekam, aż sama oddasz mi serce. Czy nie uczynisz tego już teraz?

 Powstał, skrzyżował ręce na piersiach i oglądał ją badawczo. Milczała. Chętnieby przystała na miłostkę z pięknym, młodym wodzem, nie kłopocąc się o następstwa. Lecz on żąda, aby została jego żoną. Czyżby rzeczywiście Melton chciał ją oszukać? Czy naprawdę Indjanin mógłby się zbogacić, gdyby zechciał?

 Indjanin stał przed Żydówką, wbijając w nią ostre spojrzenie, jakgdyby usiłował podpatrzeć najtajniejsze jej myśli. Po dłuższem wreszcie milczeniu, rzekł:

 — Wiem, o czem myśli Biały Kwiat. Kocha bogactwo, przyjemności miejskiego życia wśród bladych twarzy. Czerwonoskóry posiada tylko namiot, konia i broń. Mieszka w lasach i sawanach i nie rozumie się na sztukach i rozkoszach białych ludzi. Jakżebyś więc mogła zostać squaw Indjanina? Czyż nie o tem myślałaś?

 — Tak.

 — Wierzaj mi, będzie inaczej, gdy zechcesz. Powiedz tylko: tak — a natychmiast pójdę spełnić twoje życzenia. Moja ręka nie dotknie twojej, zanim nie przyniosę tyle złota, ile ci trzeba.

 To na nią podziałało.

 — Mógłbyś naprawdę — zawołała — mógłbyś przynieść mi tyle złota?

 — Mogę.

 — A Melton, czy naprawdę mnie oszukuje?

 — Wybadaj go, zażądaj widzenia się z ojcem. Ale nie mów nic o naszej rozmowie.

 — Dobrze. Wybadam go. Jeśli nie uczyni zadość memu żądaniu, porzucę go i pójdę do ciebie.

 — Nie pozwoli. Zmusi cię, abyś pozostała w jego namiocie.

 — Co zatem czynić?

 — Czekać tylko, czekać aż zgłoszę się po ciebie, Melton jest w naszej władzy. Zastrzelę go, jeśli wbrew twojej woli zechce cię dotknąć. Dopóki się nie zdecydujesz, przychodź tu co wieczór o tej samej porze. Jeżeli nie przyjdziesz, będę wiedział, że coś ci zagraża, pójdę do niego, aby cię zabrać.

 — Czy dotrzymasz słowa?

 — Przebiegły Wąż jest mądry, ciebie jednakże nie oszuka. Możesz na mnie polegać. Howgh!

 Odszedł, nie uścisnąwszy nawet jej ręki. Ona zaś, kiedy się oddalił o trzy, czy cztery kroki, skoczyła, pobiegła za nim i zarzuciła mu ręce dookoła szyi. Usłyszałem szmer pocałunku. Naraz cofnęła się i usiadła na kamieniu. Czy był to odruch wyrachowania? nagłego wzruszenia? czy może podziękowanie zgóry za złoto, które jej przyrzekł? Być może, wszystko razem. Indjanin stał przez chwilę oszołomiony, poczem wrócił do niej powoli i rzekł:

 — Biały Kwiat dał mi dobrowolnie to, o co teraz nie ośmieliłbym się prosić. Niech wie, że odtąd nikt inny nie powinien jej pocałować. Z samego rana wypróbujesz Meltona. Jutro wieczorem tu powrócę. Biada Meltonowi, leżeli Białemu Kwiatu uczyni coś złego. W podzięce za pocałunek powiem ci coś więcej. Otóż z bladych twarzy, które przyprowadziliśmy, jeden zginął. Był to wysoki, silny mężczyzna. Znasz go.

 — Znam.

 — Tak, znasz go lepiej, niż innych.

 — Skąd wiesz?

 — Powiedziało mi spojrzenie, którem cię oglądał. Czy kochasz go?

 — Nie. Przybiegł tutaj za mną.

 — Nie zmartwi cię więc wiadomość o jego śmierci?

 — Nie żyje? Skąd wiesz?

 — Wellerowie ścigali go i zabili. Dziobią go już sępy.

 Trwała chwilę w milczeniu. Wreszcie zawołała:

 — Bardzo dobrze, że się tak stało. Był mi obmierzły — pozbyłam się go nareszcie!

 — Tak — nie wróci już. Do jutra. Howgh!

 Oddalił się szybko. Zamyślona siedziała w odrętwieniu. Potem końcami palców poruszyła, jak zazwyczaj przy odpędzaniu złych myśli. Pocichu zaczęta nucić melodję uliczną, wreszcie wstała i poszła. Jakże łatwo mogłem poznać drogę na płaskowzgórze. Trzeba było tylko iść za nią, lecz znając dobrze zwyczaje czerwonoskórych, wiedziałem, że Indjanin uwija się wpobliżu. Zrezygnowałem z niebezpiecznej pokusy i wróciłem do jaskini, zadowolony z rezultatów tej krótkiej wyprawy nocnej.

 Zbadać drogę mogłem później, na dziś było mi to niepotrzebne. To, co podsłuchałem, przynosiło mi więcej korzyści. Dzięki temu mogliśmy podążyć wprost do celu, a nie czekać na posiłki Mimbrenjów, mających pokonać Yuma. Im dłużej myślałem, tem możliwszy wydawał mi się fakt, do niedawna jeszcze absurdalny, mianowicie, że ja sam, bez Winnetou, bez czyjejkolwiek pomocy, mógłbym osiągnąć swój cel, i to nie zdejmując strzelby z ramienia.

 Co to za stworzenie ta Judyta! Jak spokojnie przyjęła wiadomość o śmierci byłego narzeczonego. Biedny Herkules! Poczułem natomiast szacunek dla Przebiegłego Węża. Był to człowiek z charakterem, lepszy w każdym razie, niż zapowiadało jego imię. Można było wejść z nim w układy. Kochał Żydówkę, która wskutek tego stała się bardzo cennym objektem wymiany. Przyznaję się: chciałem pojmać Judytę, aby uzyskać władzę nad Przebiegłym Wężem i jego Yuma.

 Ze świtem wzięliśmy się do pracy. Przysłoniłem kamieniami wejście do jaskini i zeszliśmy nadół, aby wspiąć się na skałę z innej strony. Widzieliśmy stąd obozowisko Indjan. Nie było w niem jeszcze śladu życia. Mimo to poruszałem się z całą przezornością. Znalazłszy zakręty, upatrzone przez Herkulesa, zatrzymaliśmy się przy tym, który wskazał. Miał słuszność; poznałem miejsce natychmiast. Niezaprawiony w tych rzeczach, zamaskował otwór w taki sposób, iż wytrawne spojrzenie łatwo go odkrywało. Miejsce to jednak nie mogło być widoczne z obozu Indjan. Dlatego pozwoliliśmy sobie na zupełną swobodę.

 Po usunięciu kamieni powstał bardzo obszerny otwór. Zeszliśmy wdół po głazach, które Herkules ułożył w schody. Były obciosane, co zdradzało nieindjańskie pochodzenie tunelu, prowadzącego naukos do podziemi.

 Z początku zbadałem prawą stronę tunelu, naturalnie korzystając ze światła pochodni. Po kilku zaledwie krokach dotarliśmy do przepaści, dzielącej nas od jaskini. Konie usłyszały nasze głosy i podeszły aż do krawędzi. Spędziwszy noc w jaskini, przestały się lękać. Okrzykami pragnąłem oddalić je od przepaści. Kiedy zawołałem na mojego Hatatitla: — Iteszkosz! — połóż się! — rozkaz spełnił natychmiast. Koń Apacza położył się obok niego. Byłem więc pewien, że przed moim powrotem nie ruszą się z miejsca.

 Znaleźliśmy na brzegu cztery dołki, odpowiadające dokładnie wczorajszym. A więc istotnie wisiał tu niegdyś most. Wróciliśmy, aby zapuścić się w głąb tunelu.

 Był wyższy nad miarę wzrostu ludzkiego i na trzy stopy szeroki. Na ścianach widniały ślady dłuta i świdra. Oporniejsze kamienie rozwalono dynamitem — a więc tunel był założony przez białych.

 Szliśmy coraz dalej, nie spotykając przeszkód. Powietrze, wbrew oczekiwaniu, było wcale znośne. Ta okoliczność zwróciła moją uwagę na płomień pochodni, który zlekka się pochylał w kierunku korytarza. A wiec istniała tu cyrkulacja powietrza. Świeży ciąg dął od zewnątrz w głąb tunelu. Musiał przeto mieć jakieś wyjście. Czyżby tunel łączył się z szybem? Bardzo możliwe.

 Uszliśmy przeszło trzysta kroków, gdy Mimbrenjo wskazał na jakiś wmurowany kamień.

 — Napis, — rzekł — lecz nie indjański.

 Oświetliłem wskazane miejsce i z łatwością odczytałem: Alonso Vargas of. en min. ycomp. A. D. MDCXI. Uzupełniając skróty: Alonso Vargas, oficial en minas y companneros, Anno Domini MDCXI., co znaczy: Alonso Vargas, górnik, oraz towarzysze w roku pańskim 1611. A więc dwieście pięćdziesiąt lat minęło od czasu, gdy dzielny górnik hiszpański wydrążył te podziemia. Zanotowałem napis, ponieważ nie sądziłem dotychczas, aby Hiszpanie już wówczas przeniknęli do tak odległych okolic Meksyku, zwanego przez nich Nową Hiszpanją.

 Szliśmy coraz dalej, aż do końca tunelu. Stanowił go mur kamienny. Aczkolwiek nie dostrzegłem w nim żadnego otworu, płomień pochodni był stale pochylony. Okazało się, iż mur tworzył rodzaj rzeszota. Tam, gdzie zbiegały się kanty głazów, nie było cementu, wskutek czego powstały liczne, a niewidoczne otworki. Na jednym z głazów znalazłem napis: E. L. 1821. E. L. — były zapewne czyjeś inicjały; cyfra oznajmiała, że tunel został zamurowany w roku 1821. W tym samym chyba roku zdjęto most nad przepaścią i zakorkowano wejście do jaskini, ale w jakim celu? Otworki w murze pozostawiono, aby powietrze mogło swobodnie krążyć i aby późniejszego przybysza nie zadusiły nagromadzone gazy zabójcze.

 Co mieliśmy czynić? Nasłuchiwaliśmy. Za murem — ani szmeru. Odważyłem się zapukać — żadnej odpowiedzi. A jednak serce moje skakało z radości — wiedziałem bowiem, że za tym murem znajdę swoich ziomków. Jeśli tak miało być istotnie, jakże łatwo mógłbym ich uwolnić. Trzeba było tylko przedostać się przez mur. Trzeba było wydrążyć otwór odpowiedniej miary. Ale czem? Nie mieliśmy innych narzędzi prócz noży. W ciągu całego dnia pracy zdołalibyśmy usunąć tylko jeden głaz. Jednakże wziąłem się ochoczo do roboty.

 Pracowaliśmy dopóki pochodnie płonęły, a i potem jeszcze poomacku. Zmęczeni, wróciliśmy do jaskini, gdzie konie wciąż jeszcze leżały na tem samem miejscu. Teraz mogły się podnieść i posilić. A my, skoro tylko zażegnaliśmy głód, wróciliśmy do podziemi, biorąc ze sobą kilka pochodni i większą ilość świec. Heble i łomy miała zastąpić broń.

 Po ciężkiej pracy, o godzinie siódmej wieczorem, usunęliśmy pierwszy głaz. Spojrzałem przez otwór: ciemność głęboka i milczenie. Z drugim głazem uporaliśmy się o wiele łatwiej, po dwóch godzinach pracy. O godzinie dziesiątej usunęliśmy trzeci. O północy leżało u naszych stóp już siedem usuniętych kamieni. O pierwszej po północy mogliśmy się przeczołgać przez dość szeroki otwór, co też natychmiast uczyniliśmy, zachowując najwyższą ostrożność, gasząc nawet pochodnie.

 Stwierdziwszy, że nic nam nie grozi, zapaliliśmy świecę. Jak spostrzegłem, mur z tej strony tak był pomalowany, iż nie różnił się od otaczających skał.

 Znaleźliśmy się w szerokim korytarzu, o znacznej wysokości, wspartym na naturalnych słupach — na pozostawionych blokach skalnych. W tej części był już rozkopany i nie dawał żadnych korzyści. Stąd ta cisza, tak głęboka. Zbadaliśmy lewą stronę, gdzie po niewielu krokach się kończył.

 Skierowałem się przeto w prawo. Wzdłuż murów leżało mnóstwo przeróżnych narzędzi. Przeciąg był tu wyraźniejszy. Wkrótce weszliśmy do sześciennej komory. Pośrodku ujrzałem wielką skrzynię. Do czterech jej boków przymocowane były sznury skręcone z rzemieni, przywiązane u góry do łańcucha. Nad skrzynią widniał otwór nieco większy, niż podstawa skrzyni. Był tu na pewno szyb, skrzynia zaś windą. Leżały jeszcze inne najrozmaitsze przedmioty, na które chwilowo nie zwróciłem żadnej uwagi, zaintrygowany dwojgiem drzwi z nieociosanego drzewa, zamkniętemi na ciężkie zasuwy. Jedne nawprost korytarza, drugie z prawej strony, oboje prawdopodobnie prowadziły do tej części kopalni, gdzie odbywały się roboty.

 Przedewszystkiem skierowałem się ku stronie prawej. Odsunęliśmy obydwie zasuwy, Mimbrenjo trzymał pochodnię. W chwili, gdy otworzyłem drzwi, wpadła na mnie jakaś postać kobieca, wbiła wszystkie paznogcie w moją szyję i wrzasnęła:

 — Podły łotrze! Znowu przyszedłeś! Puścisz mnie, albo cię zaduszę!

 Powitanie niezbyt przyjazne. Nie obruszyłem się jednak, ponieważ niezawodnie było skierowane pod innym adresem. Oderwałem od szyi ręce wściekłej istoty, w której ze zdumieniem poznałem Judytę, i, trzymając je zdala od twarzy, odpowiedziałem:

 — Przepraszam panią, zechce pani zwrócić uwagę na pomyłkę. Nie przyszedłem tu poto, aby ginąć z delikatnej rączki.

 Mimbrejo oświetlił moją twarz, Judyta poznała mię i krzyknęła:

 — Ach, to pan? Dzięki Bogu! Nie pozostawi mnie sennor w tym lochu!

 — Nie. Uwolnię panią, Lecz kto panią uwięził?

 — Melton, ten potwór, ten szatan wcielony!

 — Ale w jaki sposób sennoritę tutaj sprowadził? Wszak niełatwo pani ulega przemocy.

 — Oszukał mię. Poszłam za nim dobrowolnie. Zjechaliśmy wdół we skrzyni.

 — Powiedział zapewne, że zobaczy się pani z ojcem?

 — Tak podział mi to. Miałam sprowadzić ojca na górę. Wie sennor, że ojciec jest w podziemiu uwięziony?

 — Wiem. Wogóle wiem nieco więcej, niż się pani spodziewa. Wiem naprzykład, że młody wódz Yuma, Przebiegły Wąż, wczoraj rozmawiał z pewną damą, która go tak zachwyciła, iż obiecał jej złota, klejnotów, zamek, pałac, piękne ubiory i wiele służby.

 Nie zarumieniła się nawet. Odpowiedziała zupełnie swobodnie:

 — Pan z nim rozmawiał?

 — Nie.

 — Czy Wąż był już u Meltona?

 — Nie wiem. Należy sądzić, że pójdzie do niego, jeśli jeszcze nie poszedł.

 — Czekam nań. Kiedy sennora poznałam, sądziłam, że on pana przysłał po mnie. Przedtem jednak brałam pana za tego łotra Meltona.

 — A jednak trzymała pani z Meltonem.

 — Tak, ponieważ wiele przyrzekał.

 — Złota, klejnotów, pałac i zamek? Czy istotnie wierzyła mu pani? To, że zwabił pani ziomków, aby ciężko nań pracowali, musiało chyba sennoritę pozbawić zaufania do tego człowieka. Jakże właściwie wyobrażała sobie pani ich los?

 — Wcale dobrze. Mieli pracować nad wydobyciem pewnej ilości centnarów rtęci, co nie trwa wszak długo. Melton zbogaciłby się ogromnie, puściłby na wolność robotników, wynagradzając ich tak sowicie, iż zapewniłby im przyszłość bez pracy.

 — I pani w to uwierzyła?

 — Tak.

 — Hm. Los ich wyglądałby nieco inaczej. Wskutek panujących w podziemiach mroków, wskutek złego pożywienia i rtęciowych oparów, po dwóch, trzech latach, żaden z robotników nie pozostałby przy życiu. Byłoby to najokropniejsze masowe morderstwo, jakie tylko można sobie wyobrazić, a znaczna część winy spadłaby na panią.

 — Po dwóch czy trzech latach? Praca miała trwać zaledwie kilka miesięcy.

 — W takim krótkim czasie nie można się zbogacić tak dalece, aby tylu ludziom zapewnić przyszłość bez troski. Czy pani istotnie zamierzała zostać żoną Meltona?

 — Dlaczegożby nie?

 — A teraz chce pani poślubić Przebiegłego Węża?

 — Tak, aby ukarać Meltona!

 — Lecz dawny narzeczony, który był pani tak wierny?

 — Cóż on mnie obchodzi? Zresztą — nie żyje.

 — Tak. Pożarły go sępy. Sennorita posiada tyle właśnie sumienia, co Melton. Mam wielką pokusę zamknąć panią ponownie i pozostawić ją własnemu losowi.

 Dotychczas stała między mną a drzwiami. Teraz. zerwała się z miejsca i krzyknęła:

 — Tego pan nie uczyni! Nikt nie zdoła mię zamknąć w tym lochu.

 — Nie uczynię tego. Będzie pani wolna.

 — Byłabym wolna, nawet gdyby mię pan tutaj pozostawił, gdyż wódz na pewno przyjdzie mnie wyzwolić.

 — Jeśli będzie mógł.

 — Kto mu przeszkodzi?

 — Melton.

 — Wódz ma go w swojej mocy.

 — Wąż mówił to wczoraj, ale teraz bardzo możliwe, iż Melton ma nad nim przewagę. Jeśli tak się stało, to z pani winy.

 — Jakto?

 — Objaśnię panią, jeśli się przedtem dowiem, o czem rozmawiałaś z Meltonem. Przebiegły Wąż radził wystawić Meltona na próbę. Jakże to pani zrobiła?

 — Zażądałam widzenia się z ojcem. Odpowiedział, że muszę jeszcze poczekać, ponieważ obecność ojca w sztolni jest nieodzowna. Nie zadowoliłam się tą odpowiedzią, trwałam przy swojem żądaniu i zagroziłam mu, że go porzucę.

 — Cóż Melton na to?

 — Roześmiał się i powiedział, że wszak nie odejdę bez ojca. Wówczas, zagroziłam mu zemstą wodza.

 — Ah, właśnie pomyślałem to sobie. Zdradziła się pani, że porozumiewasz się z Indjaninem.

 — Cóż to szkodzi? Niech wie, że nawet pozbawiona ojca nie pozostałam bez opieki i obrony.

 — Zaraz sennorita zrozumiesz, żeś postąpiła niezbyt sprytnie. Sądzę, iż nietylko powołałaś się pani na Indjanina, jako na swojego obrońcę, ale, żeś jeszcze coś ponadto wygadała?

 — Czemu nie miałam odpowiadać, skoro pytał?

 — Powiedziała mu pani zapewne, że Przebiegły Wąż przyrzekł sennoricie to samo szczęście i ten sam dobrobyt, co Melton?

 — Tak.

 — I że zabije Meltona, jeśli odważy się zrobić pani coś złego?

 — To szczególnie musiałam zaakcentować.

 — Niech pani dziękuje Bogu, że ja się tutaj zjawiłem. Albowiem Przebiegły Wąż nie zdoła wydobyć pani z tego szybu.

 — Ależ, on na pewno przyjdzie!

 — Nie zrobi tego, bo nie może. Dzięki pani, Melton został doskonale poinformowany o swoim rywalu i wie, czego się ma po nim spodziewać.

 — To nic nie szkodzi. Wiem, że Melton zależny jest od Indjan i nie może narażać się ich wodzowi.

 — Ja zaś wiem, że wcale się go nie lęka. Los pani jest tego najlepszym dowodem. Mimo sennority pogróżek, uwięził ją w kopalni. To chyba dowód przekonywujący, iż Melton nie obawia się Indjanina.

 — Wkrótce dowie się o swojej pomyłce. Powiedziałam mu, że Przebiegły Wąż będzie na mnie czekał i zgłosi się po mnie, jeśli nie przyjdę.

 — Ach, to już największy bąk, jakiego mogła pani strzelić! Melton jest uprzedzony i uzbroi się odpowiednio na przyjęcie czerwonego. Sądzę, że pani obrońca sam potrzebuje obrony.

 — Myśli pan, iż Melton się odważy? Całe plemię Yuma pomściłoby śmierć swojego wodza.

 — Myli się pani. Melton, którego pani sama nazwała szatanem wcielonym, nie jest tak głupi, aby wyjawić to, co zamierza, lub czego może już dokonał. Łatwo potrafi usunąć wodza w taki sposób, że nikt się o tem nie dowie. Może pani być przekonana, iż gadatliwością naraziłaś swego obrońcę na najwyższe niebezpieczeństwo.

 — Jeżeli tak jest w rzeczywistości, to sądzę, że pan go wybawił Melton natychmiast chwyci się najgorszych środków.

 — Czy wie pani, gdzie są jej ziomkowie? Melton chyba pani opowiadał.

 — Mówiliśmy często o nich, lecz bardzo pobieżnie.

 — Ale ci ludzie muszą jeść i pić. Kto im dostarcza wiktu?

 — Melton mówił, że wody jest dosyć w podziemiach. Prowiantów zaś dostarczają im dwaj Indjanie.

 — Czem ich żywią?

 — Wyłącznie plackami z maisu, które wypiekałam wraz z kobietami indjańskiemi.

 — Ponieważ robotnicy znajdują się tu nie z własnej woli, więc zapewne poczyniono odpowiednie zarządzenia, aby przeszkodzić ich ucieczce. Czy nie wie pani, jakie?

 — Zakuto im nogi i ręce w okowy.

 — Jakże mogą ci biedacy pracować?

 — Chwilowo jeszcze nie pracują. Czekają na przybycie kilku białych nadzorców i instruktorów.

 — Czy są rozmieszczeni każdy zosobna, czy też razem?

 — O ile wiem, razem.

 — Dwaj Indjanie, którzy zaopatrywują ich w żywność, są przecież wystawieni na niebezpieczeństwo?

 — Nie, ponieważ dzielą ich od wychodźców mocne drzwi. Mam nadzieję, że pan potrafi je otworzyć?

 — Z całą pewnością.

 — I wypuści pan uwięzionych?

 — Oczywiście.

 — Co się stanie z Meltonem? Pozwoli mu sennor uciec?

 — Pozwolę mu zawisnąć na szubienicy.

 — Powiem panu, jak sennor ma się do tego zabrać. Nie powinien pan się do niego zbliżyć poza mieszkaniem, gdyż niechybnie sennora zastrzeli.

 — Nie przypuszczam.

 — O, jednak Melton nie wychodzi z domu bez dwóch rewolwerów, które odkłada jedynie w mieszkaniu. Niech pan go w domu zaskoczy.

 — Pójdę za temi wskazówkami, aczkolwiek nie lękam się owych rewolwerów.

 — Czy zna pan jego mieszkanie?

 — Nie. Wiem tylko, że leży na poziomie szybu. Sądzę, że pani mogłaby mnie poinformować.

 — Owszem, znam je dokładnie. Zostało zbudowane przez niejakiego Euzebjusza Lopeza.

 — Euzebjusz Lopez? Poprzednio natknąłem się na litery E. L.; to inicjały jego nazwiska. Mieszkanie jest jednocześnie kryjówką, nie może przeto być obszerne.

 — Jest dość pokaźne. Dawniej na górze w skale była rynna, którą Lopez zamurował. W ten sposób powstał kryty korytarz; zaczyna się w szybie i prowadzi do mieszkania. Rynna była bardzo szeroka i Lopez przedzielił ją murami. Utworzyło się kilka pokojów, w których mieszkamy. Ściana zewnętrzna wygląda jak skała, wskutek czego zdołu nie poznać, że na górze mogą mieszkać ludzie. Oknami są wydrążenia, nie wpadające w oko.

 — Na jaką trzeba zejść głębokość, aby się dostać do korytarza?

 — Może dwadzieścia stopni po drabinie.

 — Widzę jednak skrzynię, wiszącą na łańcuchu. Sądzę, że na górze jest kołowrót, który wciąga skrzynię do góry.

 — Owszem, jest.

 — W takim razie drabina zbyteczna.

 — Drabina prowadzi tylko do korytarza. Z korytarza zaś wdół idzie winda.

 — Dobrze. A mieszkanie?

 — Składa się z czterech pokojów. Dwa na końcu korytarza, dwa inne — z obu jego stron.

 — W którym znajdę Meltona?

 — Z prawej strony mieszkają stare Indjanki, z lewej ja mieszkałam; nawprost zaś, prawa para drzwi prowadzi do Wellerów, lewa do Meltona.

 — Jakie zamki są w drzwiach?

 — Niema żadnych. Drzwi nie są z drzewa. To jedynie maty, zwisające z góry.

 — Kto wciąga windę do góry?

 — Indjanie, którzy czuwają na górze. Są to... Uwaga!

 Zwróciła się w kierunku szybu. Stamtąd brzęczał łańcuch skrzyni. Widzieliśmy, jak podnosiła się powoli do góry,

 — Tam nie śpią jeszcze — rzekłem. — Poco wciągają skrzynię? Czyżby chciał kto zjechać?

 — Teraz przekona się pan, żeś nie miał racji, gdyż z pewnością jedzie wódz indjański.

 — Sądzi pani zbyt pochopnie. Jeśli ktoś zjedzie, to na pewno będzie to Melton, albo stary Weller.

 — Wellera dzisiaj tu niema.

 — Gdzie jest?

 — Pojechał z wieloma Indjanami odszukać pana w razie pańskiego przybycia zawiadomić o tem Meltona. Zapewne nie spostrzegł sennora, gdyż byłby już wrócił.

 — A więc nie jego mamy się tutaj spodziewać. Będzie to Melton.

 — Najlepsza sposobność, aby go złapać!

 — To jeszcze zależy od wielu okoliczności. Trzeba być przezornym. Weller mógł już wrócić, może być przy Meltonie. Musimy czekać na dalszy rozwój wypadków. Dlatego też panią proszę, abyś się pozwoliła z powrotem zamknąć.

 — Zamknąć? — zapytała przerażona. — Nie, na to nie pozwolę. Jestem wściekle zadowolona, że się wydostałam.

 — Daję pani słowo, że ją na pewno wypuszczę. Chcę tylko zobaczyć, kto tu przyjdzie i w jakim celu; powinien przeto zastać wszystko po dawnemu.

 Opierała się, lecz wkońcu uległa. Zamknąłem drzwi na zasuwy i ukryłem się wraz z Mimbrenjem za wielkim stosem drzewa, nagromadzonego tam, gdzie zaczynała się rozkopana część korytarza. Światło pogasiliśmy.

 W tej chwili dobiegł nas szmer opuszczanej skrzyni. Wzmagał się z chwili na chwilę. Z góry padał odblask; skrzynia uderzyła o grunt. Stał w niej Melton z latarką na pasie. Wysiadł z windy i wyciągnął przedmiot, w którym mimo oddalenia poznałem skrępowanego człowieka. Tu, na dole, akustyka była doskonała. Dlatego słyszałem każde słowo Meltona. Wołał szyderczo:

 — Tęskniłeś do swego Białego Kwiatu! Dlatego sprowadziłem cię, abyś mógł ją ujrzeć. Uważaj!

 Doszedł do drzwi, które więziły Judytę, otworzył je i zawołał:

 — Zechce pani łaskawie wyjść do nas. Oczekuje panią radosne oszołomienie.

 Judyta wyszła. Doprowadził ją do leżącego na ziemi Indjanina i zapytał:

 — Zna go pani? Mam nadzieję, że pani Węża sobie przypomina.

 — Przebiegły Wąż! — krzyknęła zaskoczona. — Spętał go pan!

 — Tak. Widzi pani, jaki bohater z ukochanego! Przyszedł, aby pociągnąć mnie do odpowiedzialności i aby panią uwolnić, i oto sam został strącony w podziemia. Nigdy już nie ujrzy światła słonecznego. Za wiele mi pani o nim opowiadała, abym mu miał darować życie!

 — Chce go pan zamordować? — zapytała, zdjęta strachem.

 — Zamordować? Co za wyrażenie! Czy należy to koniecznie nazwać mordem, jeśli Węża zakopię i okryję piękną kołdrą, aby natychmiast zasnął? Jeśli się nie obudzi — to już jego sprawa, nie moja.

 — A więc pogrzebie go pan żywcem.

 — Owszem, jeśli pani sprawia przyjemność tak, a nie inaczej to nazwać.

 — Zwierzę, nie człowiek!

 — Niech się pani nie śpieszy z wnioskami. Natychmiast pani okażę, że nie jestem zwierzęciem, acz człowiekiem, i to człowiekiem bardzo dobrym. Zanim bowiem umrze, pozwolę wam spędzić ze sobą dwie, lub trzy godziny. Niech mi pani da swoje ręce; zwiążę je na plecach, abyś nie mogła nadużyć mojej dobroci i odkopać swego adoratora.

 Ociągając się, rzekła:

 — Nie sądź, że ujdzie ci to bezkarnie. Yuma pomszczą śmierć swego wodza.

 — Ani myślą. Nie wiedzą, że ja jestem sprawcą jego zniknięcia. Pani ręce! Proszę po raz ostatni!

 Wyciągnęła ręce, mówiąc:

 — Zwiąż mnie. Nie chcę z panem walczyć, ponieważ brzydzę się pańskiego dotknięcia. Lecz kara cię nie minie!

 — Chce pani zostać prorokinią, Judyto? To nieopłacalny interes; dzisiejsza ludzkość cierpi na brak wiary.

 Związał jej ręce na plecach i cisnął do ciemnego lochu, z którego była wyszła. Nie stawiała oporu. Wrzucił za nią Indjanina, zamknął drzwi, zaryglował, poczem przyłożył do nich ucho i nasłuchiwał. Światło latarki nadawało jego twarzy wyraz prawdziwie djabelski. Wreszcie wrócił do skrzyni i za pomocą zwisającego sznura dał znać do góry, aby go wciągnięto zpowrotem. Skrzynia zaczęła się podnosić. Światło znikło, a wraz z niem odgłos potrąceń skrzyni o mur.

 Mój Mimbrenjo nie szepnął jeszcze ani słówka, od chwili, gdyśmy przeczołgali się przez otwór w murze. Teraz jednak był do takiego stopnia zdumiony mojem zachowaniem, że nie mógł dłużej milczeć.

 — Biały, — rzekł — którego chcieliśmy schwytać, był tutaj. Mogliśmy łatwo i szybko się uwinąć. Dlaczego Old Shatterhand wypuścił go z rąk?

 — Ponieważ i tak jestem pewny tego kąska. Kiedy zaskoczymy Meltona później, ogarnie go dwakroć większa groza.

 Zapaliłem światło i otworzyłem drzwi, do których całem ciałem przywarła Żydówka. Odetchnęła głęboko i rzekła:

 — Dzięki Bogu! Już lękałam się, że pan nie nadejdzie!

 — Ja dotrzymuję słowa. Czy rozmawiała pani z wodzem?

 — Jeszcze nie. Z głębokiej troski zaniemówiłam. Słyszał pan, co mówił Melton?

 — Wszystko.

 — Jakże łatwo mógł pana odkryć. A wówczas znów byłabym w jego mocy.

 — Nie, wówczas on byłby w mojej. Porozumiem się z Przebiegłym Wężem. Chwalić Boga, że Melton tak z nim się obszedł. Dał mi do ręki atut, którym go pokonam.

 Zbliżyłem się do Indjanina i przeciąłem więzy. Podniósł się szybko i zapytał Żydówki:

 — Kim jest ta biała twarz? Znajduje się w naszym szybie, a jednak do nas nie należy?

 — Mój czerwony brat dowie się zaraz, kim jestem odpowiedziałem, zamiast dziewczyny. — Nie zrozumiał, co Melton powiedział białej córze, ponieważ posługiwał się językiem obcym. Dlatego pytam się Węża, czy wie, co Melton zamierzał z nim uczynić?

 — Wiem. Miałem umrzeć. Chciał mnie zagrzebać żywcem.

 — Czy sądzi mój brat, że Melton mógłby wprowadzić w czyn swoją groźbę?

 — Na pewno; w przeciwnym razie nie byłby bezpieczny.

 — Cóż się miało stać z białą dziewczyną, którą Przebiegły Wąż chciał pojąć za squaw?

 — Miała zginąć, jak reszta białych, którzy tu pracują i którzy nigdy już nie ujrzą światła dziennego.

 — Mój brat się myli, gdyż ujrzą je najbliższego poranku. Wyprowadzę ich z szybu.

 — Melton nie pozwoli.

 — Nie będzie mógł pozwolić, ponieważ go o to nie poproszę. Przyszedłem tutaj, aby wyzwolić wszystkich jeńców, jak wyzwoliłem ciebie.

 — Nie jestem jeszcze wolny — jakże bowiem wydostanę się z szybu?

 — Pytasz się o to? Masz tylko czekać, aż Melton wróci. Nietrudno będzie zaskoczyć go znienacka i powalić. Ale możemy się bez tego obejść. Wyprowadzę Przebiegłego Węża i białą córę nieznaną im drogą. Wówczas będzie mógł mój czerwony brat pojąć Biały Kwiat za squaw, wybudować jej pałac i zamek.

 Moja osoba, obecność i każde słowo były dlań zagadką. Bawił mnie wyraz zdumienia, powlekający jego oblicze.

 — Mój biały brat zna nie znaną mi drogę z szybu? — zapytał. — Wie również, ze kocham białą kobietę i co jej przyrzekłem? Czy nie zechce mi powiedzieć, kim jest?

 — Moje imię W języku Yuma brzmi Tave–schala.

 — Tave-schala! Old Shatterhand! — zawołał, cofając się o dwa kroki i patrząc na mnie, jak na upiora, — Old Shatterhand tu, pomiędzy nami, w naszym szybie!

 Nie dowierzał własnym uszom.

 — Jeśli nie wierzysz, zapytaj się białej dziewczyny.

 — Old—Shatter—hand, wróg naszego plemienia! Pośród naszego obozu, w sercu Almaden!

 — Mylisz się, nie jestem wrogiem waszego plemienia; byłem zawsze przyjacielem wszystkich czerwonych plemion.

 — Lecz ty właśnie zabiłeś Małe Usta, syna naszego wodza!

 — Zmusił mię do tego, ponieważ chciał zabić młodego Mimbrenja, jego brata i siostrę.

 — Wódz zaprzysiągł ci zemstę!

 — Wiem o tem; ale czy z tego powodu ty również jesteś moim wrogiem śmiertelnym?

 — Muszę słuchać wodza.

 — Żaden czerwony wojownik nie jest nikomu podległy, a tem bardziej ty. Wasz wódz może swoją sprawę sam ze mną załatwić, — niepotrzebni mu pomocnicy. Oswobodziłem cię, dowodząc tym czynem, że nie jestem wrogiem Yuma. Gdybym nim był, zabiłbym wszystkich waszych wojowników, których spotkałem po drodze z hacjendy del Arroyo. Było ich czterdziestu; żadnego nie zgładziłem, a tylko wziąłem do niewoli.

 — Wszystkich—do—niewoli? — powtórzył zdumiony. Gdzie się znajdują?

 — Przy oddziele Mimbrenjów, z którym przybyłem.

 — Czy Mimbrenjowie są przy tobie?

 — Nie. Pod dowództwem Winnetou, wielkiego Apacza, czekają na mój powrót w takiem miejscu, którego nie potraficie odszukać. Sam z młodym Mimbrenjem wyruszyłem w drogę, aby zbadać Almaden. Sam też oswobodzę wszystkie blade twarze, zamknięte w podziemiach, sam jeden, nie potrzebując niczyjej pomocy.

 Nadmierne zdumienie zacinało mu język i tamowało słowa. Mówiłem w dalszym ciągu:

 — Nietrudno nam będzie zwyciężyć Yuma, którzy czuwają w Almaden. Nie życzyłbym sobie jednak przelewu krwi. Niech Przebiegły Wąż powie, czy chce zostać moim wrogiem, czy przyjacielem?

 Indjanin wydawał mi się człowiekiem bardzo uczciwym. Dlatego obchodziłem się z nim oględnie. Zastanawiał się przez kilka minut, patrząc na mnie uważnie, poczem rzekł:

 — Kazano mi być wrogiem Old Shatterhanda. Muszę być posłuszny rozkazowi. Ocalił jednak mnie i Biały Kwiat, przeto pragnę ofiarować Shatterhandowi przyjaźń. Nie mogę uczynić tego, czego serce pożąda, ani tego, do czego skłania mnie rozkaz; nie będę przyjacielem Old Shatterhanda, ani jego wrogiem. Może ze mną zrobić, co tylko zechce.

 — Mój brat mówi bardzo rozsądnie. Czy jednak zastosuje się do roli, którą mu wyznaczę?

 — Tak. Nie uniknąłbym śmierci; odbierz mi życie, a nie będę się bronił.

 — Odbiorę ci nie życie, tylko wolność, przynajmniej na jakiś czas. Czy będziesz się uważał za mojego jeńca?

 — Tak.

 — Czy muszę cię związać, abyś nie umknął?

 — Czy zwiążesz mnie, czy nie, pozostanę przy tobie, dopóki mi nie powiesz, że jestem wolny. Lecz niczego więcej ode mnie nie żądaj. Nie udzielę ci ani pomocy, ani wskazówek.

 — Dobrze więc, zgoda zapadła. Jesteś moim jeńcem i słuchasz moich wskazań. Niepotrzebna mi twoja pomoc w tem co czynię.

 Uwolniłem również ręce Żydówki i udałem się na poszukiwanie robotników. Droga, która zaprowadziła mię do Judyty, była niewielka. Rozpoczęto tu kopanie nowego tunelu; poniechano go jednak, nic w tym kierunku nie znalazłszy. Robotnicy znajdowali się zapewne za drugiemi drzwiami. Kiedy otworzyłem je, znaleźliśmy się jakgdyby w komorze, z której prowadziły trzy korytarze w różnych kierunkach. Powietrze nieznośne. Czuć było siarką; oddychało się z trudem. Dwa korytarze otwarte naprzestrzał. Przed trzecim wartowały drzwi o dwóch zasuwach. Zobaczyłem tu również zamknięte okienko z rodzaju tych, jakie spotyka się się w więzieniach. Otworzyłem je, ale musiałem się szybko cofnąć przed straszliwemi wyziewami, bijącemi z wnętrza. Płomień świecy ledwo nie zagasł, gdy ją trzymałem wpobliżu otworu.

 Jeszcze gorzej się działo, kiedy otworzyłem drzwi. Buchnęły na mnie gęste wyziewy, niemożliwe do opisania. W porównaniu z tem, powietrze pod pokładem emigracyjnego okrętu należało nazwać najczystszym ozonem i aromatem. Drzwi były o wiele niższe od innych, odpowiednio do korytarza, który biegł za niemi. Poruszać się można było, jedynie skurczywszy we dwoje. W takich to warunkach pracowali emigranci! Leżeli pokotem tuż za drzwiami, mężczyźni, kobiety, dzieci. kiedy padł na nich blask naszego światła, podnieśli się wszyscy, zabrzmiał zgiełk łańcuchów, do których były przymocowane okowy, skuwające im ręce i nogi. Dzieci poczęły płakać ze strachu; kobiety błagały o chleb; mężczyźni klęli, obryzgiwali mnie pianą wściekłości, skupili się, aby mnie otoczyć.

 Zaciskano i podnoszono pięści; była to chwila najwyższego podniecenia. Lecz parę głośnych słów przemieniło niebezpieczną nienawiść w coś wręcz odwrotnego. Skakano z radości, obejmowano mnie, pomimo oków i łańcuchów. Każdy chciał uścisnąć moją dłoń; niektórzy nawet całowali mnie, wielu płakało z radości. Sporo czasu upłynęło, zanim uspokoili się na tyle, że mogłem się od nich czegoś dowiedzieć.

 Wódz przyglądał się temu zdaleka. Kiedy nieco rozluźniło się dokoła mnie, podszedł i rzekł:

 — Powiedziałem, że Old Shatterhand nie uzyska ode mnie żadnej pomocy. Jednakże coś chciałbym mu powiedzieć: tam, w rysie muru, leży klucz, którym się otwiera okowy.

 Był widocznie wzruszony widokiem nieszczęśliwych. Pięć minut nie upłynęło, a wszystkie okowy były zdjęte i odrzucone. Teraz oswobodzeni chcieli wyjść, wyjść na wolność. Z trudnością przywołałem ich do spokoju. Zgiełk mógł łatwo dojść do Meltona i ostrzec go, więc spodziewając się napaści, zarządziłem, aby zabrano jako broń wszystkie narzędzia, młoty i piły.

 Naraz uwaga tłumu skupiła się na czerwonoskórym. Wiedzieli, kim jest i jaką rolę odgrywał w przestępstwie Meltona. Chcieli się nań rzucić. Ledwo zdołałem uchronić go przed lynchem. Zapewniłem ich, że jest moim zakładnikiem i, jako taki, może im się bardzo przydać.

 Poszliśmy drogą, prowadzącą do jaskini. Ponieważ mogliśmy chodzić tylko gęsiego, utworzył się więc długi szereg. Zapaliliśmy wszystkie światła, które mi pozostały, jak również lampki górnicze, które wisiały na ścianach. Oczywiście, ponieważ otchłań zagradzała drogę bezpośrednią do jaskini, przeto musieliśmy wydostać się z podziemi przez opisany już otwór. Kiedy ostatni wyszedłem, zasypaliśmy tunel ziemią. Dotarliśmy wreszcie do jaskini. Była dość obszerna, aby nas wszystkich pomieścić.

 Była już godzina trzecia, lub czwarta, — czas najwyższy na schwytanie Meltona. Chciałem się wprawdzie szczegółowo rozmówić z wychodźcami, lecz musiałem odłożyć to na później, ponieważ przed świtem należało opuścić Almaden. Wybrałem dziesięciu najsilniejszych mężczyzn, którzy mieli nam towarzyszyć; pozostałym zabroniłem wydalać się z jaskini, łatwo bowiem mogli zostać odkryci. Złożyli solenne przyrzeczenie. Co się tyczy wodza, byłem pewny, że dotrzyma słowa. Zresztą, gdyby usiłował uciec, znalazłby śmierć z rąk wychodźców. —

 Drogę na płaskowzgórze każdy z dziesięciu emigrantów znał dobrze, ponieważ tędy ich prowadzono. Dotarliśmy bardzo prędko. Można było nie lękać się straży: gdyby nawet usłyszeli odgłos kroków, z pewnością przyjęliby nas za swoich.

 Domek nad szybem oprócz drzwi posiadał klika otworów okiennych. Stąd biło światło. Głośnemi krokami podeszliśmy wprost do domu i weszli wszyscy, a raczej wtłoczyliśmy się raptem. Trzej Indjanie wartownicy, leniwie rozwaleni, porwali się z miejsca, lecz natychmiast wsiedliśmy im na piersi i spętali ich własnemi pasami. Z ustami zakneblowanemi, zostali wyniesieni i ułożeni na takiej odległości, że z domu nie można było ich dostrzec. Dziesięciu emigrantów pozostało przy nich. Zarządziłem to ze względu na Meltona, który nie powinien się był odrazu zorjentować w sytuacji.

 Mogłem go schwytać o własnej mocy. Dla pewności jednak zabrałem ze sobą młodego Mimbrenja, na którym mogłem bardziej polegać, niż na dziesięciu białych, nie byli bowiem obeznani z życiem awanturniczem.

 W domku znaleźliśmy kilka małych latarek. Zapaliłem jedną i zawiesiłem na guziku od kamizelki, aby łatwo dała się zasłonić płaszczem. Sądziłem, że znajdę tu kołowrotek od windy. Nie widziałem go; znajdował się więc niżej — dlaczego? — nie obchodziło mię to w danej chwili. Sterczał wierzchołek drabiny. Zszedłem po niej, za mną zaś Mimbrenjo.

 Otwór był tutaj o wiele szerszy, niż na dole. Wkrótce znalazłem się w czworokątnej bocznicy szybu. Opodal stał kołowrót nad prowadzącą do głębi dziurą. Na trzech ścianach wisiały wszystkie niezbędne narzędzia, w czwartej był wybity obszerny otwór — początek poszukiwanego korytarza. Nasłuchiwałem: w głębi panowała cisza; weszliśmy, posuwając się głuchemi krokami.

 Zasłoniłem latarkę, tylko czasem rzucając smugę światła na drogę. Korytarz był długi, zdawało się, że nie ma końca. Wreszcie ujrzeliśmy z prawej i lewej strony drzwi. Były zasłonięte matami. Zdawało się, że wszystko śpi. Jednakże, kiedy zbliżyłem się jeszcze o kilka kroków, usłyszałem rozmowę. Głos dobiegał z poza lewych drzwi, a więc z pokoju Meltona. Podeszłem bliżej, uchyliłem nieco rąbka maty. Paliła się tu świeca, pozwalając dokładnie obejrzeć wnętrze. Pokój był duży. W kącie na lewo znajdowało się posłanie z kołder. Pośrodku stał zgruba ciosany stół, na nim leżały dwa rewolwery i nóż; dokoła zaś — z gałęzi plecione krzesła, a raczej stołki. Na ścianie z prawej strony wisiały dwie strzelby, obok nich — obszerna torba skórzana, z pewnością zawierająca patrony. Melton siedział przy stole i rozmawiał z Indjanką, która była wzorem ludzkiej szpetności. Stała między stołem a drzwiami. W chwili, gdym rzucił na pokój pierwsze spojrzenie, przemawiał Melton w żargonie indjańsko-hiszpańskim.

 — Chyba współczucie nakazuje wam wypytywać się o jej los.

 — Współczucie? — odpowiedziała skrzypiącym głosem. — Cieszymy się z głębi serca! Nie znosimy jej, niemniej niż ona nas.

 Niewątpliwie mowa była o Judycie.

 — Wobec tego ucieszysz się bardziej wiadomością, że ona już nigdy nie wróci. Same jesteście sobie paniami. Służcie mi tylko wiernie. a sowicie was wynagrodzę.

 — Jesteśmy ci wierne, sennor, ponieważ przyrzekłeś nam wiele pięknych rzeczy, a nie wątpimy. że dotrzymasz obietnicy. Obyś mógł tylko pokonać wrogów, których się spodziewasz.

 — O, nie lękam się wcale. Szaleńcy, sami oddają się w nasze ręce. Zresztą, nie dotrą tutaj. Ostrzeżeni przez wywiadowców, wyjdziemy na ich spotkanie i wytępimy co do nogi.

 — Słyszałyśmy, że towarzyszy im wielki Winnetou i pewien bardzo dziarski biały wojownik. Tego nie znam ale wiem, że niełatwo pokonać wielkiego Apacza. Jego przebiegłość przekracza granice wyobraźni. Być może, wywabi naszych ludzi z Almaden, aby zająć je tem łatwiej.

 — To mu się nie uda. Ale gdyby tutaj przybył, wiadomo wam, co należy czynić. Nóż leży przy kołowrocie. Lecz nawet gdyby nas pokonał, nie mógłby zdobyć skały, która służy za wspaniałą, niedostępną twierdzę. Wbrew naszej woli nikt tu nie wejdzie, szczególnie zaś Winnetou i biały, o którym mówiłaś.

 Nie chciałem już dłużej słuchać jego pustych przechwałek, ponieważ czas naglił do pośpiechu. Odsunąłem zasłonę, wszedłem do pokoju i rzekłem:

 — Myli się pan bardzo, master Melton; jak pan widzi, jesteśmy już tutaj!

 W tej samej chwili schwyciłem ze stołu rewolwery i nóż, i stanąłem między nim a bronią, wiszącą na ścianie. Cofnął się przede mną, jak przed upiorem.

 — Old Shatterhand! Do stu djabłów! — zawołał. — A więc jest tutaj i Winnetou Precz, precz, spełnij swoją powinność, gdyż jest to biały, o którym mówiłaś!

 Okrzyk był skierowany do Indjanki. Zerwała się z miejsca, aliści schwyciłem ją i odrzuciłem wgłąb z taką siłą, że aż przewróciła się na pościel. Nadbiegł Mimbrenjo, aby ją przytrzymać; miotając się, a nie mogąc wyrwać, krzyknęła kilka indiańskich słów. Zrozumiałem tylko dwa: ala i akwa, pierwsze było imieniem kobiecem, drugie oznaczało nóż. Okrzyk był chyba skierowany do drugiej starej Indjanki, która się znajdowała u drzwiami. Nie mogłem się tem zająć, ponieważ musiałem skupić uwagę na Meltonie, który, klnąc, usiłował mi rozbić głowę jedyną swoją bronią — stołkiem. Podbiegłem w porę, podniosłem go do góry i rzuciłem o mur, z takim rozmachem, że zwalił się na ziemię jak złamany. W tej chwili w korytarzu odezwał się głos kobiecy. Melton chciał się podnieść, trzymałem go jednak mocno za szyję. Usiłował odepchnąć mnie kolanami — daremnie. Teraz pośpieszył mi na pomoc, zresztą zbyteczną, młody Mimbrenjo, który ogłuszył był starą dzielnem uderzeniem. W kącie leżały lassa; jednem z nich związał Meltona, podczas gdy ja go trzymałem. Skorośmy nędznika obezwładnili, rzekłem do swego towarzysza:

 — Zostań tutaj. Muszę wyjść, ponieważ tam się coś stało.

 Kiedy wyszedłem z pokoju, usłyszałem zgiełk łańcucha. Pobiegłem szybko naprzód, korzystając ze światła latarki. A kiedy stanąłem u kołowrotu, ujrzałem starą Indjankę. Zanim zdążyłem jej przeszkodzić, przecięła rzemień, łączący łańcuch windy z kołowrotem. Łańcuch runął z ciężkim brzdękiem wgłąb szybu.

 Teraz zrozumiałem słowa Meltona: — Wiadomo wam, co należy uczynić. — W razie klęski i niebezpieczeństwa, Indjanki miały spuścić windę, przeciąć rzemień i w ten sposób uniemożliwić, na długi przynajmniej czas, drogę do szybu. Robotnicy zginęli niechybnie; nie mogliby więc świadczyć kto im zgotował zagładę. Byłem głęboko wstrząśnięty. Tak złowrogiego, tak piekielnego pomysłu nie spodziewałem się nawet po Meltonie. Indjanka chwyciła się drabiny. Odciągnąłem ją i przywlekłem do pokoju, gdzie leżał Melton. Zobaczywszy nas, rzucił na starą zakłopotane spojrzenie i zapytał:

 — Czy łańcuch odcięty?

 — Tak — skrzeknęła potakująco.

 Roześmiał się i rzekł szyderczym głosem:

 — Djabeł wie, jakżeście się tu dostali, master. Szczęście panu dopisało. Atoli cel pańskiej wyprawy stracony.

 — Jaki cel? — zapytałem, podejmując grę.

 — Zna go pan lepiej, niż ja; nie powiem panu nic, co mogłoby posłużyć jako dowód przeciwko mnie.

 — Szukam robotników z hacjendy del Arroyo. Gdzie są?

 — Nic o nich nie wiem. Poszukaj ich pan sam. Są dopiero w drodze do Almaden — wyprzedziłem ich.

 — Poco pan strącił łańcuch w otchłań szybu?

 — Ja? Słyszał pan wszak, że uczyniła to Indjanka.

 — Uczyniła to na pański rozkaz.

 — Pan tego pewien? Proszę, wybadaj Indjankę! Chętnie odpowie na wszystko, o co zapytasz. Ja jednak żądam stanowczo, abyś mnie puścił Almaden jest moje; ja tu jestem panem, a ja tu rozkazuję i jeżeli mnie natychmiast nie puścisz, podniesiesz wszystkie konsekwencje!

 — Nie lękam się konsekwencyj. Co się z panem stanie, czy odzyskasz kiedykolwiek wolność, — to już sąd rozstrzygnie.

 — Sąd? Oszalał pan? Gdzie tu jest sąd?

 — Jest już w drodze. Śledztwo wyjaśni, kto wynajął Yuma, aby napadli na hacjendę del Arroyo i w popiół ją obrócili. Odszuka się robotników. Sądzę, że jeżeli znajdziemy ich, opowiedzą nam wiele chwalebnych rzeczy o panu.

 — Wobec tego życzę sennorowi, abyś ich odnalazł, roześmiał się — i abyś był szczęśliwszy w tem przedsięwzięciu, niż ja. Nie widziałem ich bowiem od czasu, gdy rozstałem się z nimi na hacjendzie.

 — Są więc istotnie w drodze. Załatwiłem tu już wszystko i wracam do hacjendy, więc spotkamy się niezadługo. Ponieważ pan mi towarzyszy, przeto będzie sennor miał przyjemność powitać emigrantów i przekonać się o ich życzliwości.

 Twarz Meltona wyrażała szatańskie szyderstwo.

 — Bardzo mnie to cieszy, sir. Ich świadectwo będzie dowodem nieprawności pańskiego napadu na mnie. Niech pan pomyśli o skutkach!

 — Może być tylko jeden skutek: stryczek dla pana. Mam dosyć dowodów przeciwko sennorowi, sądzę nawet, że potrafię skłonić Yuma do świadczenia przeciw panu.

 — Niech pan tylko spróbuje! — rzekł, śmiejąc się na potęgę.

 — Na pewno spróbuję. Sądzę, że znajdzie się jeszcze co innego. Ponieważ jest pan następcą hacjendera, więc masz kontrakty z moimi ziomkami, zarówno jak akt kupna hacjendy, podpisany w Ures. Prawdopodobnie posiada pan jeszcze inne kompromitujące listy oraz papiery. Czy mogę sennora zapytać, gdzie się znajdują?

 — Proszę, niech pan pyta, ilekroć się panu spodoba. Nie mam nic przeciwko temu.

 — Ale pan mi nie odpowie. Wobec tego poszukam na własną rękę.

 Przeszukałem ubranie, które nosił, i inne, które wisiały w pokoju. Specjalnie ominąłem najprawdopodobniejszą skrytkę i udałem się do innych pokojów. W pokoju Wellerów nic nie znalazłem. W pokoju Judyty i Indjanek leżało sporo żywności, która nam mogła się przydać. Miałem bowiem żywność tylko dla siebie i Mimbrenja. Kiedy wróciłem do Meltona, zapytał, szydząc ze mnie:

 — Znalazł pan na pewno, master? Nie ulega wszak żadnej wątpliwości, że Old Shatterhand odrazu każde pismo nosem zwącha!

 — Jest to tak pewne, że nawet osobiście nie zadam sobie trudu. Mój młody towarzysz opuka ściany. Na pewno znajdzie wydrążoną skrytkę. Ludzie pańskiego pokroju zwykłe mają takie schowki.

 — Niech puka! Mnie to tylko zabawi.

 Mimbrenjo zaczął szukać, ja zaś uważnie obserwowałem Meltona. Każdy kryminolog wie, że w rewizjach mieszkaniowych najlepszą wskazówką są oczy i wyraz twarzy ukrywającego. Umówiłem się po cichu z Mimbrenjem, aby szukał drążonych miejsc w ścianach i w podłodze. Przyczem, gdybym chrząknął, miał chwilowo oddalić się od podejrzanego miejsca, aby wnet doń powrócić. Udawałem, że całą uwagę skupiam na ruchach chłopca, w istocie zaś nie spuszczałem oczu z Meltona. Aby tego nie zauważył, stanąłem w cieniu.

 Melton spoglądał na chłopca z pewnością siebie, która wszakże opadała w miarę, jak chłopiec zbliżał się do posłania. Kiedy podszedł bliżej, zakaszlałem pocichu. Oddalił się i natychmiast twarz Meltona przybrała wyraz zadowolenia. Ponieważ powtarzało się to kilkakrotnie, więc nabrałem przekonania, że skrytka znajduje się w samem posłaniu, lub wpobliżu. Przestałem tedy chrząkać, kiedy Mimbrenjo ponownie się do niego zbliżył. Wskutek tego przeszukał je starannie. Melton był zaniepokojony, lecz rychło odzyskał humor, gdyż chłopiec, nic nie znalazłszy, szukał gdzie indziej.

 Byłem pewny, że trzeba przeszukać podłogę pod posłaniem. Nie chcąc jednak, aby Melton wiedział o pomyślnym wyniku, kazałem Mimbrenjowi zaprzestać poszukiwań. Melton odnowa zaczął z nas szydzić. Nie odpowiadając na drwiny, pozostawiłem go wraz z Indjankami pod opieką chłopca i udałem się do dziesięciu wychodźców, którzy czuwali przy pojmanych wartownikach. Jeden wystarczał, aby podołać zadaniu. Reszta musiała pójść za mną po żywność. Niebawem wnieśliśmy czerwonoskórych jednego po drugim do pokoju Indjanek, poczem wychódźców, odesłałem z prowiantem do jaskini, nie chcąc, aby Melton ich zobaczył.

 Przeniosłem kobiety do wartowników, Meltona zaś do pokoju Judyty. Zacząłem badać podłogę pod posłaniem. Stanowiła ją mocno ubita ziemia. Zapukałem — usłyszałem głuchy odzew. Odgrzebawszy ziemię nożem, natrafiłem na płaski kamień. Pod nim było wgłębienie, w którem znalazłem torbę skórzaną, zaszytą dla ochrony przed wilgocią w kawał skóry. Otworzyłem ją, aby przelotnie obejrzeć zawartość. Tkwiły tu listy i liczne papiery, kontrakt z moimi ziomkami i akt kupna hacjendy. W specjalnej skrytce leżał pakiet obligacyj na dość znaczną sumę. Schowałem torbę do kieszeni, zagrzebałem dołek i przywróciłem wszystko do dawnego stanu. Zabrawszy broń Meltona, poszliśmy po jeńca. Wpakowałem mu knebel w usta. Ponieważ nie chiał wyjść, więc przywiązaliśmy go do lassa i pociągnęli wgórę. Drabinę połamałem, zasypując jej szczątkami przejście do korytarza, aby opóźnić pościg Yuma.

 Uderzeniami kolby zmusiłem Meltona do pójścia z nami. Kiedyśmy doszli do kamienia, z za którego podsłuchałem rozmowę Judyty z Przebiegłym Wężem, przywiązałem Meltona do skały, aby nie zobaczył robotników przedwcześnie.

 W jaskini płonęły świece; zastaliśmy moich ziomków przy śniadaniu. Oznajmiłem im, że musimy natychmiast opuścić Almaden. Słowa te przyjęli z radością.

 Konie przeznaczyłem dla najsłabszych. Mimbrenjo wyprzedzał pochód, ja zaś z Meltonem szliśmy na tyłach w znacznem oddaleniu, Przebiegłemu Wężowi skrępowaliśmy ręce na plecach. Aczkolwiek darzyłem go zaufaniem, sądziłem jednak, że zbytek przezorności nie zawadzi. Umieściłem go pośród emigrantów.

 Oczywiście, poprzednio zasypaliśmy jaskinię. Gdy pochód się oddalił dostatecznie, wróciłem po Meltona. Odwiązałem go od skały, lecz z powodu panującego mroku związałem mu ramię rzemieniem, przymocowanym do mego ramienia. Ponieważ pamiętał jeszcze ciosy kolbą, więc szedł ze mną potulnie.

 Zmierzałem tą samą drogą, którą przybyłem, a więc w kierunku południowym. Wiedziałem, że w tę właśnie stronę podążył Mimbrenjo.

 Podczas gdyśmy poowli, szli noc poczęła szarzeć. Kiedy rozjaśniło się na niebie, nie widziałem już Almaden. Nie widziałem również swoich towarzyszy. Umyślnie chodziłem powoli, chciałem bowiem jak najbardziej oszołomić Meltona widokiem wychodźców. W półgodzinnem oddaleniu od miejsca, gdzie mieliśmy skręcić na zachód, obrałem ten kierunek i przyśpieszyłem kroku, aby wyprzedzić znacznie swoich towarszyszy. Wkrótce zobaczyłem za sobą długą ciemną linię z dwoma wyraźniejszymi punktami. Linję stanowili piechurzy, punktami zaś były wierzchowce z jeźdźcami. Melton patrząc wciąż przed siebie, nie spostrzegł ich. Milczał przez całą drogę; teraz atoli, zmęczony szybkiem chodzeniem, rzekł:

 — Dokąd mnie pan ciągnie z taką szybkością. sir? Przypuszczam, że do hacjendy del Arroyo?

 — Z całą pewnością, szanowny master, — odpowiedziałem.

 — Pieszo?! Kiedyż według pana przybędziemy, tem bardziej, że wybrałeś złą drogę?

 — Tą samą drogą przybyłem. Sądzę więc, że jest dobra.

 — Ależ gdzie tam! To droga okrężna. Prosta i krótsza prowadzi na północ, Taki doświadczony biegacz jak pan powinien o tem wiedzieć.

 — Pańska droga jest dla mnie fałszywa. Na północy uwijają się Yuma z Wellerem, których wysłałeś na zwiady. Widzisz więc, że ptak nie głupi, aby miał pójść w zastawione sidła.

 — Weller nie spocznie, dopóki nie uwolni swego syna i dopóki nie napadnie na was z Yuma.

 — Weller mnie nie przeraża. Syna nie może już uwolnić, ponieważ zadusił go Herkules. Kiedy zaś schwycimy starego, w co nie wątpię, pomówimy z nim krótko. Opowiadał panu pewnie, że usiłował wraz z nieboszczykiem synem zamordować Herkulesa. Ponieważ Herkules czaszkę ma twardą, więc wylizał się z ran. A teraz wyskakuje ze skóry, czekając na starego. Niema też obawy, aby Weller napadł nas z Yuma. Ci dobrzy ludzie rychło się spostrzegą, że przyjazń wasza zdradliwa i bardzo niebezpieczna.

 — Chciałbym znać powód.

 — Tym powodem jest Przebiegły Wąż.

 — W jaki sposób? To mój najwierniejszy sprzymierzeniec; odda Wellerowi do rozporządzenia wszystkich wojowników.

 — Sądzi pan, że Weller ich zażąda?

 — Tak, — z chwilą, gdy dowie się o mojem zniknięciu.

 — Tak, tak! Sądzę, że w obozie spostrzegą nietylko pańskie, lecz również zniknięcie Przebiegłego Węża. A może pan nie wie, że wódz nagle zginął?

 — Absolutnie! Zginął? Gdzie?

 — W szybie.

 Raptownym ruchem odwrócił twarz, jakgdyby otrzymał cios w głowę. Obejrzał mnie szeroko wybałuszonemi oczami i zawołał:

 — W szybie?! Jak pan to rozumie?

 — Nie inaczej, niż było w rzeczywistości. Został uwięziony wraz z piękną Judytą przez niejakiego Meltona.

 — Człowieku, czy jesteś przy zdrowych zmysłach?!

 — Przy wielce zdrowych. Judyta została uwięziona, mimo że groziła panu zemstą wodza, z którym się zaręczyła poprzedniego wieczora. Kiedy zniknęła, wódz zgłosił się po nią, a wówczas spętałeś go i wtrąciłeś do lochu.

 — Człowieku, czytasz romans fantastyczny, zgoła niewiarogodny.

 — To będzie istotnie podobne do romansu, jeśli dodam, że czerwonoskóry został uwięziony w tym samym lochu, co Judyta.

 — Mówi pan tak, jakbyś był wszechwiedzącym!

 — Nie trzeba być wszechwiedzącym, aby mówić o tem, co się widziało i słyszało.

 — Jak?! Co?! — pytał się, podczas gdy głos mu nabrzmiał lękiem, a oczy wylazły z orbit. — Pan widział to i słyszał?

 — Naturalnie.

 — Musiał więc pan być w szybie!

 — Naturalnie.

 Zatrzymał się, obejrzał mnie, jakby we śnie i zapytał:

 — Jakże pan dostał się na górę?

 Nie chciałem mu jeszcze wyjawić całej prawdy, odpowiedziałem więc:

 — Czyż nie mogłem wciągnąć się na łańcuchu windy?

 — Nie, ponieważ pociągnąłem wówczas skrzynię do samej góry.

 — Aha, pociągnąłeś wówczas skrzynię do samej góry. Zdradził się pan sam!

 — Do kata, tak! Ale tylko wobec pana. Nikt ci nie uwierzy! Zresztą Weller już się postara, abyś nie mógł świadczyć. Jesteś na pewno w sojuszu z djabłem. Ale nie ufaj mu. Djabeł to kiepski przyjaciel — zawodzi w chwili, gdy jest najbardziej potrzebny.

 — Tak, stwierdził pan to po sobie. Teraz czujesz się przez szatana opuszczony — odpowiedziałem, odwracając głowę, ponieważ wstrętem przejmowała mnie jego twarz. — Prawidłowa i męska piękność rysów Meltona znikła naraz; wyglądał szpetnie, djabelsko szpetnie!

 — Ja opuszczony?! — krzyknął. — Mylisz się bardzo. Nie masz znowu nade mną tak silnej władzy, jak przypuszczasz. Co zrobisz ze mną, jeśli tu usiądę i nie ruszę się z miejsca?

 Przy tych słowach rzucił się na ziemię.

 — Poczułeś już uderzenie kolby, — odpowiedziałem — która i tym razem zmusi cię do posłuszeństwa.

 — Odważ się tylko! Bij mnie, uderz! Zostanę tu i pozwolę się raczej na śmierć zatłuc, aniżeli ruszę z miejsca. Nie jesteśmy znowu tak daleko od Almaden i Yuma. Będą szukać, znajdą nasze ślady i już wkrótce mnie uwolnią.

 — Nie sądź pan, że to bagatelka! Aby tego dowieść, nie będę cię zmuszał do pójścia. Pozostaniemy tutaj, czekając na przyjście twoich Yuma. Wówczas się okaże, czy zechcą zadzierać ze mną. Nie zwiążę ci nawet nóg, abyś mógł, kiedy przybędą, pobiec im na spotkanie.

 Usiadłem przy nim; ułożył się wygodnie, splunął w moją stronę i odwrócił się, aby mnie nie widzieć. To było mi na rękę, ponieważ z tej pozycji nie mógł zauważyć zbliżających się wychodźców. Ukazali się woddali. Wkrótce widziałem ich twarze. Mimbrenjo szedł na przodzie. Zbliżył, się już na tyle, że usłyszałem ich kroki. Melton nasłuchiwał, podniósł tułów i odwrócił głowę. Po chwili zerwał się na nogi, spoglądając na nich, jak na zjawy, i zawołał:

 — Do piorunów, co ja widzę! Kto się tu zbliża?

 — Pańscy Yuma, aby cię uwolnić, — odpowiedziałem. — Spodziewam się, że ucieszy pana tak rychłe spełnienie nadziei!

 — Zatracony łotrze! Jesteś naprawdę w sojuszu z djabłem!

 Mówiąc to, kopnął mnie i zaczął umykać z taką szybkością, na jaką pozwoliły mu skrępowane ręce. Ta próba ucieczki była naprawdę śmieszna. Stałem spokojnie, nie ścigając go zgoła. Wyręczyli mnie w tem wychodźcy, którzy z oddalenia czterdziestu, pięćdziesięciu kroków poznali Meltona i rzucili się za nim z głośnemi okrzykami. Tylko Mimbrenjo stał na miejscu i zawołał do mnie ze śmiechem:

 — Ptak o związanych skrzydłach niedaleko uleci.