71,99 zł
Leczenie czy niewola?
Kronika medycznego terroru w cieniu segregacji
Zimą 1911 roku dwunastu pacjentów, uznanych w dokumentach za „niebezpiecznych szaleńców”, zamiast leków otrzymało do rąk siekiery. Pod nadzorem lekarza ruszyli do lasu, by własnymi siłami wykarczować teren i wznieść mury gmachu, z którego mieli już nigdy nie wyjść. Tak powstało Crownsville – szpital psychiatryczny dla Czarnych w stanie Maryland.
Reportaż Antonii Hylton to wstrząsająca historia instytucji, która oficjalnie miała leczyć, a w rzeczywistości stała się narzędziem terroru. Przez dekady placówka ta funkcjonowała niczym obóz pracy, gdzie diagnozy służyły usankcjonowaniu niewolnictwa, zaś eksperymenty medyczne i „terapie” – od elektrowstrząsów po lobotomię – przypominały tortury. To tutaj systemowy rasizm decydował o tym, kogo traktować jak pełnoprawnego obywatela.
Autorka prowadzi śledztwo oparte na materiałach ocalałych w archiwach, zeznaniach świadków oraz przywołując losy własnej rodziny. Szaleństwo to akt oskarżenia wobec systemu pełnego niesprawiedliwości i nadużyć, a także osobista misja przywrócenia godności ofiarom, których cierpienie miało zostać wymazane z historii.
Antonia Hylton pokazuje nie tylko, jak rasizm i pseudonauka oparta na uprzedzeniach potrafią stworzyć instytucję systemowej przemocy. Dzięki rozmowom z potomkami pacjentów i byłymi pracownikami szpitala w Crownsville autorka przywraca ofiarom podmiotowość i ich własną historię – sukcesywnie niszczoną i unieważnianą przez kadrę lekarską. I są to historie, których warto słuchać, bo – choć w innych czasach i dekoracjach – niestety wciąż odtwarzają się na nowo. Lektura obowiązkowa.
Agata Komosa-Styczeń, autorka książki Wyspa niechcianych kobiet
Antonia Hylton, z wnikliwością niestrudzonej badaczki, a jednocześnie z empatią i uważnością na historie osób, dla których Crownsville stało się więzieniem, miejscem kaźni, ale też domem – jedynym im znanym, przeprowadza czytelnika przez dziesięciolecia historii instytucji i Ameryki. To opowieść o segregacji rasowej, linczach i pogardzie, o lęku wiszącym w powietrzu. (Jak tu nie zwariować? – pyta autorka). Ale też o ludziach, którzy tak samo jak ona dokładają starań, by oddać głos pacjentom szpitala. Dzięki Hylton ich historia wybrzmiała. Jak pieśń, której już nie da się zapomnieć.
Aneta Pawłowska-Krać, autorka książki Głośnik w głowie. O leczeniu psychiatrycznym w Polsce
Głębokie, często wstrząsające studium segregacji w leczeniu (a właściwie nieleczeniu) chorób psychicznych. To ważny wkład w literaturę poświęconą zarówno opiece psychiatrycznej, jak i prawom obywatelskim.
„Kirkus Reviews”
Szaleństwo to aż nazbyt prawdziwa historia, szczegółowo zrelacjonowana, która opowiada o przywróceniu świata sprzed wojny secesyjnej. Pod pretekstem leczenia psychiatrycznego tak zwanych upośledzonych umysłowo Czarnych przywrócono niewolnictwo, tyle że pod inną nazwą. Antonia Hylton z wrażliwością i dociekliwością pisze o ludziach na zawsze odmienionych przez to miejsce.
Robert Kolker, autor książki W ciemnej dolinie. Rodzinna tragedia i tajemnica schizofrenii
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 462
Rok wydania: 2026
Marka wydawnicza Bo.wiem
Seria: Mundus
Tytuł oryginału: Madness: Race and Insanity in a Jim Crow Asylum
Copyright © 2024 by Antonia Hylton
This edition published by arrangement with Grand Central Publishing, a division of Hachette Book Group, Inc., New York, NY, USA. All rights reserved.
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2026
Copyright © for the Polish translation by Jan Dzierzgowski, 2026
Wydanie I, Kraków 2026
All rights reserved
Konsultacja merytoryczna
dr hab. Anna Pochmara-Ryżko
Projekt logo serii
Bartłomiej Drosdziok
Projekt okładki istron tytułowych serii
Agnieszka Mitoraj
Projekt okładki
Marta Jaszczuk
Na okładce: Collection of the Maryland State Archives
Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy oprawie autorskim iprawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie zniniejszej książki wcałości lub zjej fragmentów zwyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.
ISBN 978-83-233-5632-5 (druk)
ISBN 978-83-233-7777-1 (epub)
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków
tel. 12 663-23-80
Dystrybucja: tel. 12 631-01-97
tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]
Sklep internetowy: www.bowiem.wuj.pl
Tym, których kocham
Ta książka to przede wszystkim hołd złożony historii mówionej. To obraz pamięci zbiorowej, doświadczeń i duszy pewnej amerykańskiej społeczności – społeczności, której opowieści zbyt często znajdowały się na marginesie. Historie mówione są tak stare jak każda afrykańska i diasporyczna tradycja. Żaden dziennikarz ani żaden historyk nie zdoła rzetelnie przedstawić naszych społeczności, jeśli nie uszanuje i nie zastosuje takiego podejścia. Krytycy podkreślają czasami, że pamięć bywa zawodna, że ustne relacje mogą zostać wypaczone pod wpływem różnych zewnętrznych czynników, że niekiedy wkradają się w nie uprzedzenia – ale przecież dotyczy to wszelkiego rodzaju źródeł. Spędziłam niezliczone godziny, czytając protokoły z zebrań, listy i rozważania urzędników nadzorujących szpital Crownsville, i zapewniam: w przypadku oficjalnych, spisanych dokumentów występują te same problemy, o których przed chwilą wspomniałam. W książce przeplatam relacje ponad czterdzieściorga byłych pacjentów i pracowników Crownsville z informacjami zaczerpniętymi z materiałów przechowywanych w Archiwum Stanu Maryland i w prywatnych archiwach personelu, korzystam też z artykułów prasowych, pochodzących zarówno z mainstreamowych czasopism, jak i z gazet wydawanych przez Czarnych. Wszystkie te źródła uzupełniają się, zamiast ze sobą rywalizować. Pozwalają tchnąć życie w opowieść o placówce i epoce, które zbyt długo były opacznie rozumiane, wybielane, ignorowane.
Książka to również efekt dziesięciu lat zmagań z systemem, który – moim zdaniem – w przyszłości powinien stać się bardziej otwarty i dostępny dla zwykłych ludzi. Obecnie ani badacze, ani obywatele zainteresowani tematem nie mogą tak po prostu przyjść do Archiwum Stanu Maryland i poprosić o materiały dotyczące Crownsville. Mówimy tu o zastrzeżonych dokumentach, stan jest bowiem zobowiązany chronić prywatność pacjentów, mam jednak nadzieję, że z biegiem lat staną się one dostępne dla historyków i dla członków rodzin, pragnących dowiedzieć się więcej o swoich bliskich i znaleźć odpowiedzi.
W 2014 roku spędziłam miesiące w moim pokoju w akademiku, przygotowując wniosek do Rady do spraw Badań, musiałam też ukończyć kurs w zakresie etyki badań i obchodzenia się z danymi osobowymi pacjentów. Uzyskanie dostępu do archiwów szpitala Crownsville wymagało zgody ze strony przedstawicieli Uniwersytetu Harvarda i stanu Maryland. Potrzebowałam pisemnych rekomendacji. Potrzebowałam również cierpliwości, bo zdarzało się, że na rozpatrzenie moich próśb czekałam całymi tygodniami. Gdy wreszcie otrzymałam dostęp do materiałów (skądinąd nie do wszystkich), przekonałam się, że część dokumentów, które mogłyby powiedzieć mi więcej na temat życia i doświadczeń pacjentów Crownsville, nigdy nie trafiła do archiwum. Okazało się, że urzędnicy stanowi zniszczyli lub zgubili większość akt sprzed 1960 roku. Niektóre uległy skażeniu azbestem. Od jednego z urzędników dowiedziałam się, że zbiory dokumentów zawierających dowody na znęcanie się nad pacjentami zniszczono krótko po tym, jak przeszedł na emeryturę. Krótko mówiąc, poświęciłam wiele miesięcy na przygotowania i uczenie się pracy z danymi wrażliwymi, a tymczasem na końcu okazało się, że zamiast tego w archiwum zachowały się głównie dokumenty pisane z perspektywy ludzi zarządzających Crownsville, odzwierciedlające ich poglądy i priorytety. Czułam frustrację, lecz się nie poddawałam.
Dotarcie do pacjentów, którzy nadal żyli i byli w stanie udzielić mi wywiadu, nastręczało rzecz jasna ogromnych trudności. Większość dawnych pacjentów zmarła. Niektórzy przebywają w więzieniach. Inni z powodów osobistych nie mogli ze mną rozmawiać. Przez całą książkę staram się oddać im głos, pragnę, by wybrzmiał mocniej dzięki relacjom, wierszom i dziełom sztuki, które po sobie pozostawili, a także dzięki wspomnieniom ludzi, którzy ich kochali. W wielu przypadkach zmieniłam imiona pacjentów oraz pewne szczegóły z ich życia, aby chronić ich prywatność.
Dziękuję Sonii King, pastorce i byłej pacjentce Crownsville. Niedługo dobrze poznacie historię jej życiowej podroży. Pierwszy raz zatelefonowałam do niej bez uprzedzenia i właściwie sądziłam, że się rozłączy. Nikt nie ma obowiązku opowiadać mi o sobie – a już zwłaszcza o swoim pobycie w szpitalu. Ale Sonia była pełna ciepła, serdeczna i odważna. Chciała, żeby świat dowiedział się, że odpowiednio dobrana terapia, leki i wsparcie społeczności mogą całkowicie odmienić życie człowieka. Pragnęła zapewnić czytelników, którzy zmagają się z problemami psychicznymi, że zawsze, zawsze zasługują na pomoc. I że mogą pozbyć się brzemienia wstydu.
Przez trzy lata prowadziłam też wywiady z członkami mojej rodziny. Czułam, że muszę być szczera wobec czytelników i opowiedzieć o moich motywacjach, a także o tym, co mnie ukształtowało. Nie mogłam poprzestać na ogólnikowej wzmiance, że pochodzę z rodziny dotkniętej traumą psychiczną. Od lat moi bliscy idą drogą ku zmianie, ku zdrowieniu, ku nowym odkryciom. Nie mam wątpliwości, że doświadczenia te wpływały na pytania, które zadawałam, i na decyzje podejmowane przeze mnie podczas pisania książki. Zależało mi na przedstawieniu tu pewnych strategii samopoznania i prowadzenia rozmów bez oceniania drugiego człowieka, aby książka mogła stać się inspiracją dla innych.
Wiele razy przychodziłam do tego parku z Bliską Osobą. Było to w starych, dobrych czasach, kiedy ja, moje sześcioro rodzeństwa i dwadzieścioro kilkoro kuzynostwa bez przerwy śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Spędzaliśmy w parku całe dnie, czy to latem, czy zimą, cieszyliśmy się każdą porą roku w Nowej Anglii. Próbowaliśmy nauczyć naszego tchórzliwego psa pływania w stawie, wyławialiśmy z wody śliskie kijanki. Właśnie tam pierwszy raz w życiu zobaczyłam nagrobek. Mój ojciec i starsza siostra Ellie wyjaśnili mi wtedy, że pewnego dnia każdy z nas umrze i zostanie pochowany. Źle zareagowałam na te rewelacje, mimo to lubiłam wracać do parku. Czułam tam nadzieję, park kojarzył mi się z rodziną, z poczuciem przynależności. Razem z siostrami i braćmi turlałam się z tamtejszych pagórków. Jedliśmy śnieg, odmrażaliśmy sobie nosy.
Dzisiaj park służy nam jako neutralne terytorium dobre do prowadzenia negocjacji. Ilekroć tam przychodzę, zastanawiam się, czy każda rodzina, w której są ludzie ze stwierdzonymi chorobami psychicznymi, ma takie miejsce. Miejsce, gdzie dwie planety mogą zbliżyć się do siebie bez obaw, że nastąpi fatalne w skutkach zderzenie.
Zimą 2021 roku co kilka tygodni spotykałam się w tym parku z Bliską Osobą. (Nie ujawniam tu jej imienia: omówiłam z nią tę kwestię, powiedziała, że sama zdecyduje, czy i kiedy opowie światu swoją historię). Dopiero co wróciła do miasta z bardzo dalekiej podróży. Dobiegał końca najgorszy rok naszego życia. Bliska Osoba cierpiała. Nie ufała psychiatrom ani terapeutom, nie dopuszczała ich do siebie. Szukaliśmy pomocy, szukaliśmy grup wsparcia, ale okazało się, że w całym stanie Massachusetts nie ma żadnego czarnego psychiatry, który mógłby się z nami spotkać. Tylko jedna przychodnia zaoferowała naszej rodzinie jakiekolwiek wsparcie, dowiedzieliśmy się jednak, że na razie Bliska Osoba zostanie wpisana na listę oczekujących, a pierwsza wizyta odbędzie się najwcześniej za kilka miesięcy. Do tego nie mogliśmy wykluczyć, że Bliska Osoba ze względu na swój stan ostatecznie nie przyjdzie w wyznaczonym terminie albo zrezygnuje z kolejnych wizyt. Wówczas cały proces musiałby się zacząć od początku.
Rozpaczliwie pragnęłam, żeby Bliska Osoba wydobrzała, poza tym miałam już dość spotkań w parku i wystawania na mrozie. Zaczynałam nienawidzić tego miejsca. Dawniej kojarzyło mi się z dzieciństwem i stabilnością – teraz przypominało, że nie powinnam odwiedzać Bliskiej Osoby w domu. Poza tym zżerał mnie wstyd, tak intensywny, że aż się trzęsłam. Wstyd, bo kilka dni wcześniej, podczas policyjnej interwencji w domu Bliskiej Osoby, musiałam błagać funkcjonariuszy, żeby nie strzelali. Wyrzucałam z siebie słowa w nieprawdopodobnym tempie, tłumaczyłam, że Bliska Osoba jest wykształcona, wymieniałam wszystkie jej sukcesy i osiągnięcia. Czułam, że to żałosne, ale z jakiegoś powodu próbowałam przekonać policjantów, że Bliska Osoba to dobry, wartościowy człowiek.
Poza tym wstydziłam się, bo pragnęłam, żeby znalazła się jakaś placówka, w której mogłabym umieścić Bliską Osobę. Placówka zapewniająca szansę na powrót do zdrowia lub odpoczynek, a przynajmniej bezpieczeństwo. Żeby byli tam specjaliści w białych kitlach, ale nieuzbrojeni. Żeby lekarze obiecali mi, że Bliskiej Osobie nie stanie się żadna krzywda. Żeby powiedzieli: „Teraz odsypia, zapewnimy jej najlepszą możliwą terapię”. Ponieważ jednak od dawna zbierałam informacje na temat systemów opieki psychiatrycznej w Stanach Zjednoczonych, wiedziałam, że nikt nie mógł tego zagwarantować ani w przeszłości, ani obecnie. A w każdym razie nikt nie mógł zagwarantować tego Bliskiej Osobie.
Bliska Osoba uważała, że prześladuje ją grupa białych supremacjonistów. Zakleiła wszystkie okna w domu taśmą izolacyjną, nie korzystała z żadnych urządzeń elektronicznych, bo była przekonana, że służą do jej obserwowania i podsłuchiwania. Nie włączała klimatyzatora, gdyż supremacjoniści mogli go wykorzystać, żeby wpuścić do domu trujący gaz. Bała się prowadzić samochód po zmroku. Do organizacji należeli wszyscy jej sąsiedzi, zarówno staruszkowie, jak i młode małżeństwa z dziećmi w wózkach. Supremacjoniści w każdej chwili mogli się włamać do domu. Bliska Osoba spodziewała się, że zostanie uprowadzona. „Błagam”, powtarzała podczas naszych spotkań w parku, „zrób coś. Powiedz komuś”. Od prawie roku nie przespała porządnie całej nocy.
Poza tym czuła, że ją zawiodłam. To właśnie bolało mnie najbardziej. Przyszła do parku, żeby mi to powiedzieć. Sądziła, że będę w stanie zdemaskować organizację supremacjonistów, ujawnić jej działania. Że zatelefonuję do kogoś i opiszę światu całą tę historię. Pod pewnymi względami obawy Bliskiej Osoby wydawały się uzasadnione: media prawie co tydzień donosiły o tym, że ekstremistyczne, ultraprawicowe organizacje rosną w siłę, werbują nowych członków, że prezydent spotyka się z ich przywódcami, że urządziły szturm na Kapitol. Bliska Osoba uważała to za dowód, że jest prześladowana. Jak wobec tego miałam ją przekonać, że nic jej nie grozi, a przynajmniej nie bezpośrednio? Widmo przemocy na tle rasowym krążyło po całym kraju. Nie zapukało do drzwi Bliskiej Osoby, mimo to i tak budziło jej lęk.
Patrzyłam na Bliską Osobę, na jej twarz pozbawioną nadziei, twarz człowieka pokonanego. To moja wina, pomyślałam. Najbardziej ciążyła mi świadomość, że Bliska Osoba za chwilę się odwróci i ruszy przed siebie, wyjdzie z parku święcie przekonana, że nie zrobiłam wszystkiego, co w mojej mocy. Że jej koszmar jest mi zupełnie obojętny. Nie miała mi już nic do powiedzenia. Cały świat był przeciwko niej.
Łatwiej przychodziło mi pisanie o problemach Bliskiej Osoby niż rozmawianie o nich z przyjaciółmi i znajomymi, których kocham i na których zawsze mogę polegać. Pragnęłam zajmować się historią psychiatrii i chorób psychicznych z dwóch powodów: po pierwsze wściekałam się, że w Stanach Zjednoczonych brakuje odpowiedniego wsparcia i opieki, zwłaszcza dla ubogich i dla mniejszości rasowych, po drugie zaś czułam niezaspokojoną ciekawość. Właśnie dlatego zarówno w pracy dziennikarskiej, jak i w życiu osobistym nieustannie wracałam do tych tematów.
Prowadząc wywiady i zbierając materiały w terenie, często czuję się przybita, kiedy kolejni ludzie, których spotykam, opowiadają mi, że nie stać ich na terapię lub na leczenie szpitalne, choć wiedzą, że go potrzebują. Takich ludzi jest mnóstwo. Na próżno szukają lekarzy czy terapeutów, którzy wyglądają tak samo jak oni, a przynajmniej potrafią uszanować ich osobiste i kulturowe doświadczenia. Słucham historii o chorych, którzy częściej mają do czynienia z policją i wymiarem sprawiedliwości niż z pomocą społeczną lub szpitalami. Ponadto kiedy doświadczają przemocy lub ubóstwa, otoczenie okazuje im coraz mniej współczucia.
Pracownicy socjalni, lekarze rodzinni i nauczyciele powtarzają, że w Stanach Zjednoczonych rozwija się kryzys zdrowia psychicznego. Według Narodowego Sojuszu na rzecz Osób Chorych Psychicznie co piąty dorosły i co szóste dziecko boryka się z tego rodzaju problemami. Przybywa ludzi z depresją, coraz więcej osób ma myśli samobójcze, coraz częściej dochodzi do przedawkowania narkotyków. Tymczasem wiele programów terapii nie jest finansowanych w ramach publicznego ubezpieczenia zdrowotnego.
Lekarze i psychiatrzy od lat alarmują, że rośnie odsetek samobójstw wśród młodych ludzi z grup mniejszościowych. Doktor Tami Benton, szefowa oddziału psychiatrii w Filadelfijskim Szpitalu Dziecięcym, jedna z nielicznych czarnych specjalistek zajmujących się psychiatrią dziecięcą, powiedziała mi, że czarne dzieci, które do niej trafiają, czują nieprawdopodobnie silny stres i lęk o przyszłość. Znaczna część z nich uważa, że społeczeństwo nie zapewnia im żadnej pomocy. Ubezpieczenie nie pokrywa kosztów terapii w większości przychodni czy szpitali. Każdego dnia przeciętnie pięć razy doświadczają jakiegoś rodzaju dyskryminacji; czasami chodzi o mniejsze sprawy, czasami o większe. Poza tym czują, że biali lekarze nie potrafią ich zrozumieć. Benton tłumaczyła mi: „Kiedy czarny dzieciak zgłasza się na oddział psychiatryczny, zazwyczaj zakłada się, że ma problemy behawioralne. Nikt nie bierze pod uwagę, że może chodzić o depresję”. Jej zdaniem spośród czarnych dzieci, które szukają pomocy w szpitalach, bo zmagają się z kryzysem zdrowia psychicznego, niecała połowa jest w stanie kontynuować leczenie.
Bliska Osoba mówi, że również była traktowana protekcjonalnie i pogardliwie zarówno na oddziałach ratunkowych, jak i w najlepszych przychodniach. Chciała tylko, żeby ktoś jej wysłuchał i żeby okazał współczucie. „Pacjentów, zwłaszcza czarnych, wszyscy mają gdzieś”, opowiadała. „Mamy się nie odzywać. To jak więzienie, tyle że bez krat. Nikt nie próbuje odnosić się do nas po ludzku”. Lekarze postawili diagnozę, ale tak ogólnikową, że „właściwie łapałaby się na nią połowa ludzi w tym kraju”. Za każdym razem Bliska Osoba wracała do domu, czując, że wszyscy chcieli się jej jak najszybciej pozbyć. I że system opieki psychiatrycznej stoi na głowie.
W mojej rodzinie było sporo chorób psychicznych, od zwykłej depresji i zaburzeń lękowych po zaburzenia związane z używaniem alkoholu i schizofrenię. Kiedy dorastałam, nikt o nich nie mówił. Nikt nie wyjaśnił mi ani sześciorgu mojego rodzeństwa, że prawdopodobnie będziemy potrzebowali szczególnych narzędzi, żeby jakoś sobie poradzić. Ostrzegano nas jedynie, że możemy zachorować na cukrzycę, bo wśród krewnych trafiały się takie przypadki. Szkoda, że nie wspomniano również o problemach psychicznych. Tak czy inaczej, z czasem sami się o nich dowiedzieliśmy, trochę z plotek, a trochę przy okazji spotkań z dalszą rodziną.
Choć nie nauczono mnie odpowiedniego języka, żeby mówić o tych sprawach, bardzo wcześnie uświadomiłam sobie, że nasze traumy i choroby są powiązane z historią Ameryki, a zwłaszcza z naszą tożsamością rasową. Czasami tym, co doprowadzało do pogorszenia sytuacji, była fatalna jakość wsparcia, które nam oferowano. Potrzebowaliśmy pomocy, ale zamiast tego spotykaliśmy się z dyskryminacją. Niekiedy w ogóle nie mogliśmy liczyć na żadne leczenie.
Na studiach zaczęłam rozumieć więcej. W 2011 roku trafiłam na Harvard i zapisałam się między innymi na wykład „Szaleństwo i medycyna” prowadzony przez profesor Anne Harrington, szefową niewielkiego, dość specyficznego Wydziału Historii Nauki. Historia rozwoju współczesnej psychiatrii szybko mnie zafascynowała. Pierwszy raz zobaczyłam sławny obraz przedstawiający francuskiego lekarza Philippe’a Pinela, który uwalnia z kajdan „obłąkanych” z paryskiego szpitala Salpêtrière i tym samym rozpoczyna nową, rzekomo bardziej humanitarną epokę leczenia chorób psychicznych. Czytałam książki Michela Foucaulta Historia szaleństwa wdobie klasycyzmu i Narodziny kliniki, analizowałam objawy „nerwicy frontowej” (nazywanej dziś zespołem stresu pourazowego) obserwowane u weteranów pierwszej wojny światowej, przeglądałam seksistowskie reklamy pierwszych leków psychiatrycznych, kierowane głównie do wiecznie zestresowanych pań domu z lat pięćdziesiątych. Nieustannie zadawałam sobie jednak pytanie: gdzie w tym wszystkim są Czarni? Co się z nimi dzieje, kiedy wariują? Albo kiedy wariują ich bliscy lub sąsiedzi?
Pewnego razu wpadł mi w ręce tekst zawierający wzmiankę o Crownsville, dawnym Marylandzkim Szpitalu dla Obłąkanych Murzynów. Był to jeden z nielicznych amerykańskich szpitali psychiatrycznych działających w epoce segregacji rasowej przeznaczony dla Czarnych, którego archiwum zachowało się do naszych czasów. Zachowały się też budynki. Wiele szpitali psychiatrycznych dawno popadło w ruinę, a dokumentację medyczną zniszczono. W niektórych nie raczono nawet prowadzić porządnych akt czarnych pacjentów. Crownsville nadal istnieje. Jego archiwum opowiada niezwykłą historię, która mogła wydarzyć się tylko w Stanach Zjednoczonych.
Na przykładzie tego szpitala można zrozumieć, jak wielką, choć niedocenioną i przemilczaną rolę w dziejach amerykańskiej psychiatrii odgrywali czarni pacjenci. Szczytowy okres jego rozwoju przypada na połowę XX wieku. W Crownsville przebywało wówczas około 2700 ludzi. Od wielu dekad był to jedyny szpital psychiatryczny w Marylandzie przyjmujący Czarnych. Setki źródeł – dokumenty archiwalne, relacje chorych, zdjęcia, artykuły gazetowe, rządowe raporty, wspomnienia – dowodzą, że najważniejsze przemiany kulturowe i społeczne znajdowały odzwierciedlenie w jego funkcjonowaniu. Emancypacja niewolników, zniesienie segregacji rasowej, deinstytucjonalizacja, czyli masowe zamykanie szpitali psychiatrycznych, a także lawinowy wzrost liczby więźniów – wszystko to zapisało się w dziejach Crownsville. Wspólny mianownik wszystkich tych wielkich przemian był taki, że Czarnych, którzy potrzebowali pomocy i opieki, często pozostawiano bez żadnego wsparcia.
Nie chodzi tu zatem wyłącznie o historię tego konkretnego szpitala, lecz o upamiętnienie wielu pokoleń lekceważonych i maltretowanych pacjentów. O społeczność Czarnych i jej dostęp do opieki zdrowotnej, zarówno w przeszłości, jak i obecnie. O walkę, aby Czarni mogli zostawać lekarzami i specjalistami. O władzę i o to, żeby leczyli cię ludzie, którzy wyglądają jak ty.
Postanowiłam więc wrócić do Crownsville, żeby skorygować niewłaściwie interpretowane, przestarzałe narracje. Dziennikarze często mawiają, że ich zadaniem jest pisać „pierwszą wersję tego, co trafi później do podręczników historii”. Zgadzam się, uważam jednak, że niekiedy powinniśmy wykorzystywać nasze umiejętności i źródła również po to, by wskazywać pewne błędy w podręcznikach, z których obecnie się korzysta. Powinniśmy uświadamiać ludzi, że przeszłość bywa bardziej skomplikowana, niż sądzili.
Mam nadzieję, że moja książka pomoże lepiej zrozumieć zarówno obecny, niesprawny system opieki psychiatrycznej, jak i system więziennictwa. Opowieść o Crownsville zmusza do zadania kilku pytań. Na przykład: czy istnieje różnica między zdiagnozowaniem u czarnego pacjenta nieuleczalnej choroby psychicznej a uznaniem, że Czarni skazani za przestępstwa z pewnością dopuszczą się recydywy? W jakim stopniu dawne praktyki przyczyniły się do tego, że wielu przedstawicieli mniejszości rasowych nie chce obecnie korzystać z opieki psychiatrycznej, bo czuje, że to nie dla nich, oraz do tego, że więzienia są pełne ludzi cierpiących na choroby psychiczne? Podczas pracy wielokrotnie pytałam lekarzy, a także pacjentów i ich rodziny, co należy zrobić, żeby poprawić sytuację.
Tamtego dnia w parku nie mogłam pomóc Bliskiej Osobie. Brakowało mi odpowiednich umiejętności i siły sprawczej. Mam jedynie nadzieję, że ta książka da wam coś nowego. Może pozwoli lepiej zrozumieć pewne sprawy. Może na nowo przemyślicie naszą wspólną historię. A może nabierzecie pewności siebie, aby opowiedzieć, jak wasze rodziny zmagały się z niesprawnymi systemami opieki psychiatrycznej w Ameryce.
Od autorki
Wstęp
Amerykańskie szaleństwo
Cover
