Wydawca: Initium Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2011

Świt Zmierzchu. Czarne Kamienie ebook

Anne Bishop  

4.59259259259259 (27)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 584 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świt Zmierzchu. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Świt Zmierzchu to podobnie jak Serce Kaeleer zbiór czterech opowiadań uzupełniających naszą wiedzę o zdarzenia, które rozgrywają się na kartach poszczególnych tomów sagi Czarnych Kamieni. Dowiemy się między innymi, w jaki sposób Surreal i Rainier poradzili sobie z traumą po tym, jak zostali podstępem uwięzieni w Domu Strachów, jaki los spotkał Falonara, niewiernego kochanka Surreal (którego postać zaznaczały dotąd jedynie niejasne aluzje), poznamy tragiczny finał romansu Saetana z Sylvią, a także zaskakującą przyszłość Daemona w czasach, kiedy i Czarownica, i Wielki Lord Piekła odeszli, zmieniając się w szepty w Ciemności.

Opinie o ebooku Świt Zmierzchu. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Fragment ebooka Świt Zmierzchu. Czarne Kamienie - Anne Bishop

Anne Bishop

Świt zmierzchu

Czarne Kamienie – KSIĘGA IX

Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska

Kraków 2010

Tytuł oryginału: Twilight's Dawn

Copyright © 2011, Anne Bishop

All rights reserved

www.annebishop.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

Cover illustration by Larry Rostant

Represented by Artist Partners Ltd

Tłumaczenie z języka angielskiego: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Anna Płaskoń-Sokołowska, Katarzyna Wróbel

Ilustracja na okładce: Larry Rostant

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

Zamówienia hurtowe:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail:biuro@olesiejuk.pl

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail:telemarketing@azymut.pl

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail:platon@platon.com.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-29-3

Dla wszystkich Czytelników, którzy odbyli ze mną tę podróż.

Kamienie

Biały

Żółty

Oko Tygrysa

Różowy

Letnie Niebo

Purpurowy Zmierzch

Opal*

Zielony

Szafir

Czerwony

Szary

Szaroczarny

Czarny

Składając Ofiarę Ciemności, dana osoba może otrzymać Kamień o trzy poziomy niższy od Kamienia otrzymanego na mocy Przyrodzonego Prawa.

Przykład: Biały otrzymany na mocy Przyrodzonego Prawa może obniżyć się do Różowego.

Im niższy poziom, tym większa moc.

Uwaga autorki:

„Sc” w nazwach Scelt, Sceval i Sceron należy wymawiać jak „sz”.

Podziękowania

Bardzo dziękuję Blairowi Boone'owi za to, że nadal jest moim pierwszym czytelnikiem, Debrze Dixon za to, że jest moim drugim czytelnikiem, Dorannie Durgin za opiekę nad moją stroną internetową, Nadine Fallacaro i Julie Green za cenne informacje medyczne, Jennifer Jackson i Anne Sowards za ich niewyczerpany entuzjazm wobec tej sagi, Davidowi Rapkinowi i Johnowi Sharianowi za ożywienie postaci w audiobooku oraz Pat Feinder − tak po prostu.

I ŚWIĄTECZNE PREZENTY

Akcja opowiadania rozgrywa się po wydarzeniach opisanych w „Splątanych Sieciach”.

JEDEN

Daemon Sadi przeszedł przez mostek oddzielający posiadłość rodu SaDiablo od publicznej ziemi. Po jednej stronie znajdowała się sieć lądowiskowa i siedziba jego rodu, po drugiej − publiczna droga prowadząca do wioski Halaway.

Miękki śnieg przyczepiał się do nogawek jego spodni, kiedy szedł ku wiosce, rozkoszując się samotnością. Oczywiście, żeby mógł napawać się tą chwilą, wcześniej musiał czmychnąć z własnego domu. Zdawał sobie sprawę z tego, że coś jest nie do końca w porządku, skoro najsilniejszy mężczyzna w Królestwie Kaeleer przemyka na palcach obok trzech drzemiących szczeniaków Sceltie. W tej chwili jednak nie chciał zastanawiać się, czy ma pozwalać, by te małe kłębki futra dyktowały mu warunki, czy też powinien wykorzystać swoją rangę i mocą zmusić je do posłuszeństwa. W tej chwili, w ten mroźny poranek chciał po prostu być sam. Nikt nie marudził, że zimno mu w łapy. Nikt się nie skarżył, że nie może dotrzymać kroku. Nikt nie nalegał na postój co kilka metrów tylko po to, żeby obwąchać teren. I nikt nie będzie się dąsał, że on – noszący Czarny Kamień Książę Wojowników Dhemlanu − nie chce schować pod płaszcz kulki mokrego futra i tulić jej do białej, jedwabnej koszuli.

Samotność. Rozkoszna samotność. A o ile jego matka stworzyła podarek, o który ją prosił, zapowiada się również całkiem niezła zabawa.

Zbliżał się Winsol: trzynaście dni świąt ku czci Ciemności i Czarownicy − żyjącego mitu, ucieleśnionych marzeń. To będzie pierwszy Winsol, odkąd pełni rolę władcy terytorium Dhemlanu, i trzeci, odkąd zamieszkał w Kaeleer. Przez pierwszy rok jego umysł był nadal niestabilny po latach spędzonych w Wykrzywionym Królestwie, wciąż gościło w nim szaleństwo, w które wtrąciły go rozpacz i poczucie winy. Wtedy obchodziło go tylko to, że odnalazł Jaenelle Angelline całą i zdrową – i nadal skłonną go kochać.

W drugim roku Jaenelle chorowała. Uwolniła pełną moc, by zapobiec wojnie pomiędzy Kaeleer i Terreille. Ocaliła od zguby oba Królestwa, ale tym samym zniszczyła swoje ciało. Nie powinna była przeżyć – i nie przeżyłaby, gdyby nie krewniacy i Prządka Marzeń, którzy dokonali rzeczy niemożliwej − odtworzyli żyjący mit, Królową, będącą Czarownicą.

Jednak w tym roku byli z Jaenelle razem, byli małżeństwem i największy problem, jaki mieli, to nieprzerwany strumień zaproszeń na przyjęcia i imprezy publiczne, na których musieli się pokazywać w ramach pełnienia swoich funkcji.

Daemon przemierzał puste jeszcze ulice Halaway. W większości domów świeciły się już światła. Na świeżym śniegu nie było widać na razie żadnych śladów, ale wkrótce kupcy otworzą swoje sklepy, a ulice zapełnią się ludźmi. Mała wioska tętnić będzie życiem, zajęta przygotowaniami do świąt.

Wkrótce jego oczom ukazał się domek, w którym mieszkała Tersa. Spojrzał na ścieżkę prowadzącą do drzwi, a potem na drugą, wiodącą do sąsiedniego domku należącego do Manny, starszej kobiety, którą uważał raczej za przyjaciółkę niż byłą służącą. Uśmiechnął się, za pomocą Fachu usunął śnieg ze ścieżek i ruszył do drzwi.

Zapukał, zaczekał minutę, po czym zapukał ponownie. Przy trzeciej próbie wzmocnił pukanie odrobiną Fachu i irytacji, więc dźwięk rozbrzmiał w domku niczym solidny grzmot.

Po kilku sekundach drzwi się otworzyły, a młoda kobieta, która stanęła w progu, warknęła:

– Skoro nikt nie otwiera, można się chyba domyślić, że jest za wcześnie na wi…

Na jego widok zamrugała szybko. Uśmiechnął się do niej. Była to wędrowna Czarna Wdowa, która mieszkała z Tersą w ramach swojego szkolenia.

– Witam, pani Allisto – powiedział grzecznie.

– Książę Sadi. – Ton jej głosu nie był szczególnie uprzejmy. Ponieważ jednak Daemon był tym, kim był, nie mogła tak po prostu zamknąć mu drzwi przed nosem.

Choć wyraźnie miała na to ochotę. Najprawdopodobniej nie należała do kobiet, które budzą się o świcie w dobrym humorze, Daemonowi to jednak nie przeszkadzało. Po kilku miesiącach małżeństwa z Jaenelle opanował do perfekcji kilka cennych sztuczek, niezastąpionych w stosunkach z czarownicą, która budzi się w fatalnym nastroju.

– Tersa prosiła, żebym przyszedł wcześnie – wyjaśnił, prześlizgując się obok Allisty. – Mam trochę czasu, więc może przygotuję śniadanie dla was obu?

Zrzucił z ramion płaszcz, zniknął go i poszedł do kuchni, nie dając Alliście szansy na odpowiedź.

No dobrze, Tersa może nie prosiła, żeby zjawił się aż tak wcześnie, ale na pewno już nie spała – a on chciał wyjść niepostrzeżenie z zamówionym prezentem, nim na ulicach pojawią się tłumy.

– Dzień dobry, kochana – powiedział, wchodząc do kuchni.

Tersa odwróciła się od blatu i patrzyła na niego przez chwilę. Potem uśmiechnęła się.

– To chłopiec. Mój chłopiec.

Jej chłopiec. Jego matka była złamaną Czarną Wdową, zagubioną w szaleństwie, które Krwawi nazywali Wykrzywionym Królestwem, zagubioną w marzeniach i wizjach, w drobnych ułamkach swego rozbitego umysłu. Pamiętała go jako dziecko, nim został jej odebrany. Pamiętała go jako młodzieńca z okresu, gdy on sam nie wiedział nawet, kim ona dla niego jest. A czasami pamiętała go jako mężczyznę, którym był teraz. Jednak bez względu na to, jak postrzegała go danego dnia, zawsze był dla niej chłopcem. Jej chłopcem.

– Przyszedłem zrobić ci śniadanie – powiedział Daemon, obdarzając kobietę swoim najładniejszym, chłopięcym uśmiechem. – I porozmawiać o prezentach.

Zmrużyła złociste oczy, jakby zamierzała zaprotestować. Potem wzruszyła ramionami i odwróciła się z powrotem do blatu.

– Są jajka i bekon, i chleb na tosty – oznajmiła krótko.

– No to będzie śniadanie – stwierdził Daemon. – Jak mam ci przyrządzić jajka?

Zawahała się, a on zaczął się zastanawiać, czy zdoła mu odpowiedzieć na to pytanie, czy też jej umysł ruszył już inną ścieżką, odległą od tak przyziemnych rzeczy jak bekon i jajka.

– Chcę jajecznicę – powiedziała wreszcie.

Objął ją ramieniem, musnął ustami jej skroń, a jego serce przepełniła miłość do matki.

– Ja też chętnie zjem jajecznicę.

* * *

Lucivar Yaslana wyhamował skrzydłami i miękko wylądował na ścieżce prowadzącej do domku Tersy. Czujnie popatrzył na budynek, a potem na sąsiedni.

Manny przez większość swojego życia była służącą, przywykła więc do pracy fizycznej i od niej nie stroniła. Wciąż pełniła obowiązki gospodyni Tersy i Allisty, a takie rozwiązanie odpowiadało wszystkim trzem kobietom. Jednak nie była już młoda, poza tym było nieco zbyt wcześnie, by zdążyła sama odgarnąć śnieg.

Lucivar podejrzliwie patrzył na idealnie równą granicę pomiędzy zaśnieżonym trawnikiem i uprzątniętą ścieżką. Takiego efektu nie zdołałaby osiągnąć nawet domowa czarownica, a już na pewno nie za pomocą zwykłej miotły czy szufli. Ktoś najwyraźniej użył Fachu, żeby usunąć śnieg.

Przykucnął, wyciągnął rękę i poczuł ciepło.

A potem ten ktoś rzucił rozgrzewające zaklęcie na płyty ścieżki, żeby świeży śnieg na nich topniał.

Drzwi domku otworzyły się.

Lucivar wstał i jeszcze raz spojrzał na ścieżki, a potem na Daemona.

– Wiesz co, bękarcie? Nie ma nic złego w używaniu Fachu, ale nie zaszkodziłoby ci, gdybyś czasami osobiście odgarnął trochę śniegu.

– Skoro mam się napocić, służąc kobiecie, wolę zajęcia innego rodzaju – odparł Daemon.

Lucivar uśmiechnął się szeroko.

Byli braćmi. Przyrodnimi, ale nigdy nie podkreślali tego faktu. Obaj mieli czarne włosy, jasnobrązową skórę i złociste oczy długowiecznych ras. Odziedziczyli wygląd głównie po swoim hayllańskim ojcu − Wielkim Lordzie Piekła. Twarz Daemona była piękniejszą, bardziej wysublimowaną wersją twarzy Saetana, Lucivar natomiast miał mniej regularne rysy. Jednak główna różnica między nimi kryła się w tym, co Yaslana odziedziczył po swojej matce. Posiadał mianowicie ciemne, błoniaste skrzydła, które odróżniały Eyrieńczyków od Krwawych z Hayll i z Dhemlanu.

Przyglądali się sobie przez chwilę, po czym usta Lucivara ponownie ułożyły się w uśmiech, tym razem leniwy i arogancki.

– Wcześnie wstałeś – stwierdził, zbliżając się do brata.

– Ty widocznie jeszcze wcześniej, skoro przybyłeś tu z Ebon Rih – odparował Daemon. – Musiałeś wyruszyć bladym świtem.

Lucivar pokręcił głową.

– Mieszkam dalej na wschód, słońce wcześniej tam wstaje. Ale istotnie, wyruszyłem o świcie.

– Z wyboru?

– Na ognie piekielne, nie. Ta bestyjka budzi się razem ze słońcem, a jeśli pozwolę Marian pospać chwilę dłużej, czuję się mniej winny, że to głównie ona się nim zajmuje.

– A właśnie. Jak się miewa mój kochany bratanek? Liczy już dni do Winsolu?

– Tak jakby – mruknął Lucivar. Uśmiechnął się ponuro, słysząc śmiech Daemona. – W zeszłym roku Winsol pewnego dnia po prostu nadszedł. W tym roku mały z wyprzedzeniem wykombinował sobie, że Winsol nadchodzi.

– Aha.

– O tak. Więc co rano przychodzi do naszego łóżka, otwiera mi na siłę oczy i pyta: „Tata, to już Winsol?”.

Usta Daemona wygięły się w uśmiechu, ale jego złociste oczy były pełne współczującego zrozumienia.

– Nie możesz podnieść osłony wokół łóżka?

– Próbowałem. Niestety taka, która jest w stanie go powstrzymać, stanowi również barierę dla Marian. A ona nie lubi wpadać na osłonę, kiedy wraca z łazienki.

– Lucivarze?

Usłyszał troskę brata, zawartą w tym jednym słowie.

– Podnoszę jaśniejszą osłonę wokół pokoju Daemonara – budzi mnie, kiedy tylko zaczyna się wiercić – wyjaśnił.

To była konieczność. Dzięki tej osłonie Daemonarowi nie groziło nic ze strony ojca. Książę Wojowników był urodzonym drapieżnikiem, naturalnym zabójcą. Jeśli zostanie gwałtownie obudzony, nie myśli, tylko atakuje. Kiedy Daemonar wskoczył na niego za pierwszym razem, jego zapach psychiczny dotarł do otumanionego snem mózgu Lucivara na tyle szybko, że zdołał powstrzymać cios zdolny zabić chłopca.

Obecność Marian mu nie przeszkadzała. Był do niej tak przyzwyczajony, że mogła go dotykać, dosiadać czy robić cokolwiek chciała, nim się w pełni obudził, nie prowokując jego morderczej furii. Ale Daemonar był chłopcem i Księciem Wojowników, a w ciągu ostatnich tygodni rozwinął się tak bardzo, że Lucivar rozpoznawał w nim najpierw kastę, a dopiero potem swojego syna.

Więc choć pozwalał mu otwierać sobie oczy, tak naprawdę nigdy już nie spał, gdy Daemonar wchodził do ich sypialni.

Daemon spojrzał wymownie na domek Tersy i uniósł brew, jakby chciał zadać pytanie – albo domagał się odpowiedzi.

– Nie twój interes, bękarcie – stwierdził Lucivar.

Istotnie. I obaj o tym wiedzieli. Wiedzieli też, że Daemon czuje potrzebę chronienia Tersy i że w przeszłości okazywał się brutalnie skuteczny, jeśli chodzi o usuwanie mężczyzn, którzy wykazywali niewłaściwe zainteresowanie jej osobą.

Wiedzieli jednak również, że Lucivar Yaslana wyrobił sobie w Terreille reputację mężczyzny nieprzewidywalnego, nieokiełznanego i niezwykle brutalnego wobec kobiet, więc troska Daemona nie była tak do końca nieuzasadniona.

– No cóż. – Daemon przerwał niezręczną chwilę milczenia. – Lepiej wrócę do Pałacu, nim wszyscy się obudzą.

Lucivar kiwnął głową.

– Przyjedziemy pod koniec tygodnia, żeby pomóc wam szykować Pałac na Winsol.

– Jak to „szykować”?

Lucivar zamrugał szybko, zaskoczony, ale gdy upewnił się, że Daemon nie udaje, rzucił bratu współczujące spojrzenie.

– Ponieważ jestem żonaty dużo dłużej niż ty, posłuchaj mojej rady. Nigdy nie stawiaj takich pytań. One oznaczają tylko kłopoty.

Daemon sapnął.

– W Pałacu jest służba. Masa służby. To ona będzie szykować Pałac na Winsol.

Współczujące spojrzenie ustąpiło miejsca złośliwemu uśmieszkowi.

– Dużo się jeszcze musisz nauczyć.

– Nieprawda. Jeszcze nie zawekowali jedzenia, ponieważ to się robi w pierwszy dzień Winsolu, ale wczoraj Helena ściągnęła ze strychu mnóstwo ozdób świątecznych. Na ognie piekielne, jedna z młodych służących nawet zawiesiła dzwonki na szyjach małych Sceltie.

– Czy przyszły podzwonić na skargę do twojego gabinetu? – spytał Lucivar.

– Oczywiście. Ale wilczek uznał, że dzwonki są fajne, więc teraz szczeniaki biegają po Pałacu i dzwonią, a wilczek wtóruje im wyciem.

– Rozumiem, że w tym roku powitasz gości dzwoniącym wyciem? – W lot interpretując spojrzenie brata, Lucivar dodał szybko: – Jeśli spróbujesz mi przyłożyć, skończysz na ziemi.

Daemon zacisnął powieki.

– Może powinienem uciec z domu? – mruknął.

– Nie wolno nam tego robić. Uwierz mi. Możemy się schować na godzinę czy dwie, ale nie wolno nam uciekać przed świętami.

– A kto tak mówi?

– Kobiety, które nas poślubiły.

Daemon westchnął.

– Czy mi się zdaje, czy życie było prostsze, kiedy byliśmy niewolnikami w Terreille?

– Pod pewnymi względami tak. Ale na pewno nie takie zabawne. Zobaczymy się za kilka dni.

Lucivar cofnął się, żeby zrobić Daemonowi przejście. Wolał zachować ostrożność, ponieważ Sadysta też wyrobił sobie odpowiednią reputację, zaczekał więc, póki brat nie zniknął mu z oczu. Dopiero wtedy podszedł do drzwi i zapukał.

Allista wyglądała jak kot, którego zanurzono w wodzie, a potem wytarto pod włos. Zawahała się, nim wpuściła go do środka.

– Mała czarownica jest jeszcze śpiąca – stwierdziła Tersa, kiedy Lucivar wszedł do kuchni. – Ale chłopcy wstają wcześnie, żeby zdążyć ze swoimi sprawami.

Każdego innego dnia chętnie zastanowiłby się, co Tersa ma na myśli, ale dziś któreś z nich musiało się skupić i wypadło na niego.

Umysł Tersy został rozbity wiele wieków temu, ale nadal na swój sposób kobieta była wspaniała i pełna mocy. Zrezygnowała ze zdrowych zmysłów, by odzyskać Fach Klepsydry. Nauczyła się czerpać moc z własnego szaleństwa w sposób, którego nie pojmował nawet Saetan.

Lucivar ją kochał. To było takie proste. Zaczął składać jej wizyty dwa razy w miesiącu z tych samych powodów, dla których odwiedzał Luthvian, własną matkę – z obowiązku. Jednak w przeciwieństwie do Luthvian, która nienawidziła syna z powodu dziedzictwa, jakie mu przekazała, Tersa akceptowała fakt, że Lucivar ma skrzydła i do szpiku kości jest eyrieńskim wojownikiem. Nie krytykowała go z powodu tego, kim był – lub kim nie był. Nie atakowała go fizycznie ani słownie. Mógł siedzieć w jej kuchni i cieszyć się jej towarzystwem, a ona zawsze sprawiała wrażenie, jakby jego obecność była dla niej przyjemnością.

Powinien był powiedzieć Daemonowi o tych wizytach. Może nie zaraz po przybyciu brata do Kaeleer, ponieważ Sadi musiał sobie wtedy radzić z całą masą innych problemów, ale później powinien choć wspomnieć o tym, zamiast pozwolić, żeby sprawa wyszła na jaw kilka tygodni temu, kiedy musieli rozwiązać problem tego cholernego Domu Strachów. Nie był pewien, dlaczego tego nie zrobił. Może bał się, że Daemon zabroni mu odwiedzać Tersę? W końcu była matką Sadiego i skoro jej syn przebywał na miejscu, zastępstwo przestało być już potrzebne. A może, jak jego ojciec, instynktownie nie wspominał o żadnych znajomościach, żeby Luthvian nie czuła się porzucona i odsunięta? Nawet teraz, kiedy jego matka stała się szeptem w Ciemności i naprawdę odeszła, nadal trzymał w tajemnicy swoje wizyty u Tersy. Tak czy inaczej, kiedy Daemon przybył do Kaeleer, odwiedziny te były już starym zwyczajem, a Lucivar z nikim o nich nie rozmawiał.

– Chcesz jeść? – spytała Tersa. – Zostało trochę jajecznicy i kilka tostów. Chłopiec zrobił.

Nie mógł odmówić. Nikt nie potrafił robić takiej jajecznicy jak Daemon – nawet jego ukochana żona, domowa czarownica. Choć oczywiście nigdy w życiu nie przyznałby tego przy ludziach. A już na pewno nie przy Marian.

Ponieważ Allista nie przyłączyła się do nich, uznał, że już jadła, a nawet jeśli nie, to poradzi sobie sama. Wyjął z szuflady widelec, wziął miskę, oparł się o blat i zaczął jeść.

– Powinieneś usiąść przy stole – stwierdziła Tersa.

– Tu mi dobrze. – Wyglądała, jakby chciała go zganić, więc zmienił temat: – Jadłaś?

– Jadłam.

Uchwycił wahanie w jej odpowiedzi. Na pewno coś zjadła – Daemon nie wyszedłby stąd, gdyby tego nie dopilnował. Była jednak chuda jak ktoś, kto głodował całymi latami, i nawet teraz, kiedy miała pod dostatkiem jedzenia, czasami coś ją tak rozpraszało, że zapominała o posiłkach. Więc on sam nigdy nie tracił okazji, żeby ją nakarmić.

Nabrał jajecznicy na widelec i wyciągnął w stronę Tersy.

– Otwieraj – zażądał.

Zacisnęła usta.

Westchnął – ale nie spuścił wzroku z jej twarzy i nie cofnął ręki.

– Mam się kompromitować wydawaniem zabawnych dźwięków jak przy karmieniu Daemonara?

Otworzyła usta, zaskoczona, i nim zdążyła się zorientować, przeżuwała pierwszą porcję jajecznicy. Zmarszczyła brwi, na co Lucivar uśmiechnął się promiennie. Przez dłuższą chwilę jadł, nim znów zaproponował jej poczęstunek, jednak Tersa machnęła na niego ręką i wzięła sobie własny widelec.

Skończyli jajka – dopilnował, żeby zjadła ostatni kęs – a potem dojadł tosty, popijając kawą.

– Udało ci się? – spytał, gdy zmywał naczynia i ustawiał je na suszarce.

Tersa zmarszczyła brwi.

– Udało mi się, ale…

Z uśmiechem wytarł dłonie w ścierkę.

– Pokaż.

Za pomocą Fachu przywołała małą drewnianą ramkę i postawiła na kuchennym stole. Upleciona na niej sieć zawierała zaklęcie iluzji. Tersa uruchomiła je i po stole ruszył mały czarny żuk. Z każdym krokiem stawał się coraz większy, a kiedy osiągnął rozmiar męskiej dłoni, wybuchł, rozchlapując dość zielonego soku, by wprawić w ekstazę małego eyrieńskiego chłopca.

– Masz pudełko? – spytała Tersa.

Lucivar przywołał podłużne drewniane pudełko ze szklanym wieczkiem, które przygotował specjalnie na tę okoliczność. Na tyle mocno cenił sobie własną skórę – i własne małżeństwo – żeby dopilnować, by żuk pozostał w pudełku.

Kiedy Tersa włożyła sieć w przeznaczoną na nią przegródkę, oboje jeszcze raz obejrzeli żuka. Lucivar uśmiechnął się, gdy zielony sok zachlapał szklane wieczko, a potem zniknął.

– Kochana, to prawdziwy majstersztyk!

Tersa przyglądała mu się niepewnie.

– Może powinnam spytać twojego ojca.

Nie było to ani stwierdzenie, ani pytanie. Raczej ostrożne badanie gruntu.

Przestąpił z nogi na nogę, niepewny, czy jej słowa bardziej go zaniepokoiły, czy zaintrygowały.

– Dlaczego?

– Już robiłam niespodzianki dla moich chłopców i potem były kłopoty. Omal ich nie zraniłam. Nie chcę znowu kłopotów. Twój ojciec będzie wiedział, co robić. – Pokiwała głową, jakby podjęła decyzję. – Tak, twój ojciec będzie wiedział.

Lucivar zniknął pudełko i uznał, że to dobry moment, by skłonić Tersę do myślenia o czymś innym – nim skontaktuje się z jego ojcem.

Chłopcy. Moi chłopcy.

Miał wrażenie, że ziemia wiruje mu pod nogami. Oddech utknął w jego krtani. Czuł się tak, jakby porwał go prąd, który mógł być zarówno słodkim wietrzykiem, jak i gwałtownym podmuchem burzy.

– Dla jakich chłopców, kochana? – spytał.

– Dla moich. – Popatrzyła na niego, nagle onieśmielona i pełna wahania.

Boleśnie słodkie słowa. Po raz pierwszy Lucivar rozważył możliwość, która nigdy wcześniej nie przyszła mu do głowy.

– Czy jestem jednym z twoich chłopców, Terso? – spytał.

To była matka Daemona. Niewykluczone, że znał ją w dzieciństwie, którego nie pamiętał. Ona znała go jako dziecko – więc on też musiał ją znać. Że też wcześniej nie przyszło mu to do głowy.

– Dziewczynka – powiedziała Tersa z wahaniem. – Luthvian. Taka zła, ponieważ chciała tego, co nie mogło się stać. Taka zła, ponieważ chciała zaprzeczyć temu, co było.

Wyciągnęła przed siebie rękę, choć go nie dotknęła. Jej ciepły wzrok spoczywał na tym, czego nigdy nie chciała widzieć jego matka.

– Żagle na księżyc – powiedziała cicho. – Rozwinięte w słońcu chorągwie. Była zawsze taka zła z powodu rzeczy równie naturalnej jak ręka czy noga. Taki głupi powód, żeby nienawidzić dziecka.

– Terso?

Jej oczy miały nieobecny wyraz. Nie widziała już kuchni, w której stała, nie wiedziałaby, gdzie się znajduje, gdyby ją o to spytał. Przed jej oczyma przewijały się teraz wspomnienia sprzed tysiąca siedmiuset lat. Widziała Luthvian. Widziała jego, kiedy był w wieku Daemonara, może nawet młodszy.

– Chciała chłopca, ale nie chciała, żeby chłopiec był chłopcem – powiedziała. – Ale kim innym mógłby być? Całusy i pieszczoty… Miłość ich ojca jest silna i potrzebują jej, ale potrzebują też delikatniejszego uczucia. Całusów i pieszczot. I małych niespodzianek. – Uśmiechnęła się. – Zbierają kwiaty na łące. Chłopiec przynosi mi kwiaty. Mówię mu, jak się nazywają te, które znam, kiedy układamy je w wazonie. Ojciec dopowiada mu resztę. Obu chłopcom. Ale dziewczynka nie chce kwiatów z łąki. To za proste, zbyt eyrieńskie. Nie przyjmie kwiatów, więc chłopiec ze skrzydłami przynosi je mi. W jego sercu jest taki ogień, taki śmiech. I psoty. Ten błysk w jego oczach. O tak, psoci. Ale nie ma w tych psotach podłości. To chłopiec. Będzie silnym mężczyzną. Ona nie będzie patrzeć, więc nie zobaczy. Przychodzi do mnie po całusy i pieszczoty. I po małe niespodzianki.

Lucivar poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. Zamrugał szybko.

Podszedł o krok bliżej, dotknął palcami ramienia Tersy. – Terso? Czy jestem jednym z twoich chłopców?

Popatrzyła na niego niepewnie, ale pokiwała głową.

– Mój chłopiec ze skrzydłami.

Wziął ją w ramiona i przytulił delikatnie. Wreszcie zrozumiał, dlaczego wizyty u niej tyle dla niego znaczą. Nie pamiętał tych czasów, nie pamiętał jej wtedy, ale jego serce ją rozpoznało i wiedziało, kim dla niego była.

– Dziękuję – wyszeptał w jej potargane włosy. – Dziękuję. – I dodał w myślach: mamo.

* * *

Jaenelle odsunęła się od nakrytego do śniadania stołu i popatrzyła na leżący przed nią przedmiot.

– To myszka w szklanej kuli.

– Zgadza się. – Daemon uśmiechnął się do iluzji, którą przygotowała dla niego Tersa.

– Ta myszka ma na sobie oficjalny strój urzędnika dworskiego.

– Zgadza się.

– I zamierzasz to podarować Lucivarowi? Księciu Wojowników Ebon Rih? Mężczyźnie, który uważa, że jedyną funkcją dokumentów jest podcieranie sobie nimi tyłka?

– Zgadza się.

Myszka zaczęła nagle piszczeć z emfazą, jedną łapką machając, a w drugiej ściskając zwój dokumentów. Oczywiście piski były ledwie słyszalne przez szkło, ale ich ton był całkowicie jednoznaczny. Szczególnie gdy zwierzątko zaczęło podskakiwać ze złości.

– On jest zdolny zostawić to na widoku podczas wizyt urzędników dworskich – powiedziała Jaenelle. – Bez osłony wzrokowej. Wiesz dobrze, że jest do tego zdolny.

– Wiem. Ale uznałem, że może to go powstrzyma od uduszenia jakiegoś pompatycznego dupka.

Jaenelle wydęła usta i przyjrzała się myszce. Potem westchnęła.

– Masz rację. Kilka razy wyraźnie miał na to ochotę.

– Tym bardziej należy mu podarować coś, co go rozśmieszy. – Daemon pocałował ją w czubek głowy i sięgnął po szklaną kulę. – Jadę do Stołpu pokazać to ojcu, więc…

– Nie możesz dziś jechać.

Zamarł z ręką nad kulą.

– Nie mogę?

– Przecież musisz mi pomóc w przygotowaniach. To będzie pierwszy Winsol, kiedy oficjalnie podejmujemy rodzinę. Trzeba się zająć szczegółami.

Jasne, oczywiście.

– Pod koniec tygodnia przyjedzie Marian, żeby mi pomóc – ciągnęła Jaenelle. – A Winsol zaczyna się już w przyszłym tygodniu. Musimy przejrzeć listy.

– Jakie listy?

Odwróciła się na krześle i popatrzyła na Daemona zabójczym wzrokiem.

Miał wrażenie, że jego nogi zmieniają się w galaretę – i to bynajmniej nie w taką jak wtedy, gdy Jaenelle ma ochotę na ostry seks.

– Będę w gabinecie – powiedział słabo.

– To dobrze – odparła słodko jego żona. – Przyjdę, jak tylko skończę śniadanie. Mam nadzieję, że nie miałeś nic zaplanowanego na rano.

Na ognie piekielne, Matko Noc, niech Ciemność zlituje się nad nami.

– Jedynie zadowolenie mojej pani – odparł.

Jaenelle pociągnęła go za marynarkę. Posłuszny niewypowiedzianemu rozkazowi, pochylił się i musnął wargami jej usta.

– W twoim głosie brakuje pewności, książę – stwierdziła. – Ale ponieważ to twój pierwszy Winsol w roli męża, przebaczę ci.

Pocałowała go – a on miał nadzieję, że przebaczy mu jeszcze wiele rzeczy w ciągu najbliższych kilku dni.

DWA

Książę Sadi,

upraszam o twoją obecność w domu twojej matki. Proszę, spotkaj się tamze mną po kolacji.

SaDiablo

Daemon zapukał do drzwi domku Tersy. Raz.

To nie mogło być coś bardzo poważnego, ponieważ nie poproszono go o natychmiastowe przybycie. Jednak taki rozkaz ze strony ojca był z pewnością czymś niezwykłym. Bo upraszanie o czyjąś obecność to, zgodnie z Protokołem, rozkaz.

A fakt, że nie było to nic „bardzo poważnego”, nie oznaczał jeszcze, że sprawa nie była poważna sama w sobie.

Na ognie piekielne! Co się takiego stało od czasu jego wczorajszej porannej wizyty, że Wielki Lord przybył osobiście do Halaway? I dlaczego go o tym nie uprzedzono?

Zapukał ponownie do drzwi, a potem otworzył je sam, niemal przewracając Allistę, która już za nimi stała.

– Gdzie? – zawarczał, zbyt niespokojny, by silić się na uprzejmości.

– W salonie – odparła.

Otworzył drzwi do salonu – i zamarł.

Jego ojciec siedział w fotelu przy kominku. Założył nogę na nogę, złączył dłonie i oparł podbródek na pomalowanych na czarno paznokciach palców wskazujących. Przed drugim fotelem stała Tersa, nerwowo wykręcając palce, wyraźnie wzburzona.

Pokój wyglądał dziwnie. Choć Daemon nie spuszczał wzroku z ojca, podświadomie czuł, że pokój wygląda dziwnie. Po chwili uświadomił sobie dlaczego. Nie pamiętał tamtej sytuacji, ale był pewien, że kiedy po raz ostatni widział rodziców w takich pozach, był dużo, dużo młodszy i dużo, dużo niższy.

– Wejdź, książę. I usiądź – powiedział Saetan. Popatrzył na Tersę. – Kochana, możesz przynieść nam kawy?

Tersa kiwnęła głową.

– I ciastka z orzechami. Chłopcy potrzebują słodyczy, kiedy otrzymują burę. – Rzuciła Daemonowi roztargnione spojrzenie i wyszła.

Bura? – pomyślał, a jego serce powoli wracało do normalnego rytmu, kiedy zrozumiał, że jego matka nie jest ranna ani chora. O nie. Nie będzieżadnej bury.

Spojrzał ojcu w oczy.

– Jestem dorosły – zaznaczył.

Saetan z niezmąconym spokojem wytrzymał jego wzrok.

– Kiedy stąd wyjdziesz, będziesz znowu dorosły. Ale tu i teraz jesteś synem. Siadaj.

Usiadł. To upokarzające, że jego ciało usłuchało polecenia, nim jego umysł zdążył podjąć decyzję.

Saetan odetchnął głęboko, powoli wypuszczając powietrze z płuc.

– Twoja matka martwi się o swoich chłopców.

– Nic nie zrobiliśmy.

Kto, na ognie piekielne, wypowiedział te słowa? I dlaczego w oczach Saetana błysnęła pełna rozbawienia panika, nim odzyskał ten swój niezwykły spokój?

– Kiedy byliście z Lucivarem mali i któryś z was powiedział, że nic nie zrobił, wiedziałem, że mamy o czym rozmawiać – stwierdził Saetan. – Siedzieliśmy potem tak długo, jak było trzeba, by zakończyć tę rozmowę.

Tak długo, jak było trzeba, to znaczy dopóty, dopóki on czy Lucivar nie ugiął się pod ciężarem tego spojrzenia i nie wyznał, co zbroił.

I niech to szlag, choć minęła cała wieczność, spojrzenie Saetana nadal działało.

– To nic takiego – powiedział Daemon.

– Tersa nie wezwała mnie bez powodu.

Daemon szybko poszukał alternatywy. Nie było żadnej. Przypomniał sobie, że i tak zamierzał pokazać prezent Saetanowi, więc przywołał kulę i postawił ją na stoliku obok fotela. Kiedy myszka odgrywała swoje przedstawienie, palce Wielkiego Lorda wędrowały coraz wyżej, aż zatrzymały się między oczami.

Kiedy zaklęcie dobiegło końca, a myszka skuliła się, gotowa zacząć spektakl od początku, Saetan opuścił ręce i zapytał zduszonym głosem:

– Zamierzasz to podarować swojemu bratu?

– Tak.

– Rozumiem. – Pokręcił głową i westchnął, a Daemon usłyszał w tym westchnięciu rozbawienie i poczuł wielką ulgę.

– Schowaj to – polecił Saetan, wskazując kulę.

Zrobił to z ochotą, po czym spytał:

– Przyjechałeś z tego powodu? – Patrzył na zamknięte drzwi salonu. Czy Tersa czekała na jakiś znak, żeby tu wrócić?

– Po tym, co wydarzyło się w nawiedzonym domu, twoją matkę niepokoją niespodzianki dla chłopców. Chciała zasięgnąć mojej opinii.

– Chłopców? – powtórzył Daemon, gdy dotarło do niego znaczenie tego słowa.

Przypływ… Nie wspomnień. Nie do końca. Raczej jakby zapisanych gdzieś głęboko uczuć.

– Należeliśmy do niej, kiedy byliśmy mali, prawda? – zapytał powoli. – Obaj.

– Luthvian urodziła Lucivara, ale to Tersa go kochała. – Saetan zapatrzył się w ogień płonący na kominku. – Pod pewnym względem tak właśnie powinno być. Gdyby Tersa nie nalegała, żebym przeprowadził Luthvian przez jej dziewiczą noc, Lucivara nie byłoby na świecie. Była odpowiedzialna za jego poczęcie w tym samym stopniu, co dwoje ludzi, którzy poszli tamtej nocy do łóżka. Więc on naprawdę jest jej skrzydlatym chłopcem.

Daemon wbił wzrok w dywan, próbując rozpoznać uczucia, które były jeszcze bardziej nieuchwytne niż wspomnienia. Próbował przeniknąć jakoś przez splątaną więź łączącą go z Lucivarem. Kochali się, nienawidzili się, walczyli ze sobą i o siebie. Były takie rzeczy, które by zrobił – i których by nie zrobił – gdyby nie Lucivar, ale żadna z nich nie była warta ceny, jaką byłoby nieposiadanie brata. Szczególnie takiego brata.

Nagle poczuł gorycz. Podniósł wzrok i przekonał się, że ojciec mu się przygląda.

– Ponieważ Tersa chciała przyjąć odrzuconego chłopca, dziwię się, że Luthvian… – Urwał.

– Twoja matka była wtedy mniej więcej w takim stanie jak teraz – powiedział cicho Saetan. – Wędrowała ścieżkami marzeń i wizji, to prawda, ale nie zawędrowała jeszcze tak głęboko w Wykrzywione Królestwo, żeby nie mogła odszukać jego granic. Gdyby dało się ją przekonać do zamiany, Luthvian przyjęłaby cię bez mrugnięcia okiem, ponieważ byłeś dokładnie tym, o czym marzyła – byłeś wszystkim, czym nie był twój brat.

Daemon zesztywniał, a powietrze wokół niego wyraźnie się ochłodziło.

– Nie próbowała chyba namówić Tersy do zamiany? – Zadławił się własnymi słowami. Za bardzo przypominały mu lata niewoli, których nigdy nie zapomni.

– Luthvian nie lubiła twojego brata, więc ty nie lubiłeś jej. Na ognie piekielne, Daemonie, aż zapierało mi dech w piersiach, kiedy usiłowała namówić cię, żebyście coś razem zrobili, tylko ty i ona. Ledwie potrafiłeś składać słowa w zdania, a mimo to byłeś taki zimny i przeraźliwie grzeczny, że nie pozostawiałeś najmniejszej wątpliwości, co do niej czujesz.

I dobrze.

Saetan przyjrzał się Daemonowi.

– Obaj jesteście Książętami Wojowników, jesteście zaborczy wobec każdego, na kim wam zależy, a gdy wasze terytoria zachodzą na siebie, dochodzi do konfliktów, szczególnie jeśli musicie się kimś dzielić. Dla dobra Tersy muszę wiedzieć, czy tu nie chodzi o coś więcej. Więc odpowiedz mi na jedno pytanie: Czy to dla ciebie problem, że Lucivar spędza czas z twoją matką?

– Z naszą matką. – W chwili gdy Daemon wypowiedział te słowa, coś w nim wskoczyło na swoje miejsce. O rzeczach, które są najcenniejsze, najważniejsze, trzeba mówić ostrożnie, o ile w ogóle. Lata niewoli nauczyły tego ich obu. Prędzej czy później Lucivar powiedziałby mu o wizytach u Tersy. Był tego pewien. – Tersa jest naszą matką.

– Świetnie. – Saetan odetchnął. − Więc teraz napijemy się kawy i zjemy ciastka z orzechami, a ja zapewnię Tersę, że robienie małych niespodzianek na Winsol nie ściągnie na jej chłopców żadnych poważnych kłopotów.

– Zaczekaj. – Daemon uniósł rękę. – O co poprosił ją Lucivar? Nie powiesz mi?

Ojciec tylko na niego spojrzał i wybuchnął śmiechem.

TRZY

Daemon zapukał niedbale do drzwi pokoju kamerdynera i wszedł do środka. Nie wiadomo, kto był bardziej zaskoczony – on czy Beale. Dobre maniery wymagały, by wyszedł, jakby niczego nie zauważył. Ciekawość okazała się jednak silniejsza.

– Czy akustyka w tym pokoju jest dobra? – zapytał, zamykając drzwi.

Beale opuścił flet.

– To prywatne miejsce do ćwiczeń – oświadczył.

Zabrzmiało to tak ostro, ze szczególnym naciskiem na słowo „prywatne”, że gdyby Daemon był chłopcem, a nie dorosłym mężczyzną, na pewno zostałby wyrzucony za drzwi silnym kopniakiem i nawet fakt, że był synem Wielkiego Lorda, nie powstrzymałby wzburzonego kamerdynera.

– Beale… – Daemon rozejrzał się po pokoju. Dwa sekretarzyki, jeden obok drugiego, półki na najlepsze srebra, butelki wina, przygotowane na następne kilka dni.

Na ognie piekielne, Pałac miał przynajmniej jeden pokój muzyczny. Dlaczego ten człowiek ćwiczy tutaj, w ukryciu?

– Zapewne jest ci wygodniej ćwiczyć tutaj, kiedy masz kilka wolnych chwil – powiedział powoli, czując, że powinien starannie dobierać słowa. W żaden sposób nie chciał dać do zrozumienia, że Beale zaniedbuje swoje obowiązki. – Ale na pewno masz też kilka wolnych chwil wieczorami, nawet mimo licznych przygotowań, jakich wymaga napięty kalendarz imprez − mój i pani.

Beale taksował go spojrzeniem. Daemon nie był pewny, jakie są kryteria jego oceny, ale wątpił, by wypadła ona pozytywnie.

Wreszcie kamerdyner przerwał ciszę.

– Mamy wolny czas, nawet mimo większej liczby obowiązków. Wielki Lord zawsze nalegał, żeby wszyscy, którzy tu pracują, mieli też własne życie. Ponieważ pracuje tu tak wiele służby, a większa jej część również mieszka w Pałacu, mamy własne życie towarzyskie i własne rozrywki. Kilka osób gra na różnych instrumentach, więc co tydzień organizujemy wieczory muzyczne, a raz na kwartał – koncert. Ci, którzy lubią czytać, spotykają się na dyskusjach literackich. Co tydzień są również wieczory przy kartach. Ponieważ Pałac przyjmuje uczniów i szkoli ich w obowiązkach służby, takie rozrywki zapewniają młodszym służącym zabawę bez konieczności udawania się do wioski. A że zasady obowiązujące w Pałacu są surowe – i surowo przestrzegane – skutki nieudanej partii kart nie są tutaj dotkliwe.

– Jak na przykład przegranie całej pensji? – domyślił się Daemon.

– Właśnie.

Daemon poczuł się niezręcznie i odwrócił wzrok.

– Pałac należy do mnie od roku. Czy powinienem był o tym wiedzieć?

Beale odłożył flet do futerału.

– Dbanie o interesy rodziny SaDiablo to ciężkie zadanie, książę. Podobnie jak rządzenie Dhemlanem. Ponadto spoczywa na tobie trudny – i ważniejszy – obowiązek pomagania pani w odzyskiwaniu zdrowia. Nie sądzę, byś w zeszły Winsol był w stanie zająć się czymś więcej.

Wnikliwa ocena, pomyślał Daemon, kiwając głową.

– W tym roku pani ma się dobrze, a zasady rządzenia Dhemlanem zostały ustalone, więc możesz myśleć o innych sprawach – kontynuował kamerdyner.

Już miał się z nim zgodzić, kiedy zauważył wyraz oczu Beale’a i zaskoczony ponownie zaczął oceniać informacje, jakie właśnie otrzymał.

– Na czym polegają obowiązki, które powinienem podjąć? – zapytał ostrożnie.

Beale uśmiechnął się.

– Przyjęcie dla służby tradycyjnie organizowane jest w pierwszy wieczór Winsolu. Po nim są tańce, ale zaczyna się od krótkiego koncertu. Wielki Lord i pani zwykli przyłączać się do nas na tę część, po czym udawali się wypełnić swoje obowiązki towarzyskie. Śpiewali jedną z tradycyjnych dhemlańskich pieśni winsolowych, tę przepiękną pieśń o cieple rodziny w najciemniejszą noc. W zeszłym roku Wielki Lord przybył osobiście, żeby nam ją odśpiewać.

– Czy w tym roku pani zamierza śpiewać? – spytał Daemon.

– Tak, już nam to obiecała.

Pokiwał głową. Jego głos nie odpowiadał może profesjonalnym standardom, ale potrafił utrzymać tonację i umiał czytać nuty, więc mógł występować na prywatnych imprezach.

– Masz muzykę?

– Tak. – Beale otworzył szufladę sekretarzyka i wyjął plik papieru nutowego. – Na wierzchu jest pieśń dhemlańska. Następna to pieśń, którą pani i Wielki Lord śpiewali dla gości. Napisana w starym języku.

Daemon jęknął. Stary język miał przepiękne brzmienie, ale niezwykle trudno było go opanować.

– Być może, jeśli nauczysz się melodii, będziesz mógł im towarzyszyć – zasugerował Beale.

– Tak byłoby lepiej. – Dużo lepiej. – Dziękuję za nuty. – Daemon otworzył drzwi, gotów się wycofać.

– Miło będzie nam cię gościć, książę.

Przeczuwając, że lista rzeczy, które będzie musiał zrobić przed Winsolem, właśnie znacznie się wydłużyła, Daemon pospieszył do swojego gabinetu. Po chwili zatrzymał się gwałtownie, widząc Lorda Marcusa, który czuwał nad jego finansami, oddającego przy wejściu płaszcz i kapelusz Holtowi.

– Czy byliśmy umówieni? – spytał.

– Nie do końca – odparł Marcus. – Przyszedłem w nadziei, że będziesz mógł poświęcić mi godzinę czy dwie.

Godzinę czy dwie? O Matko Noc.

– Oczywiście. Holt? Poproś, proszę, panią Beale o kawę.

– Oczywiście. Są też gotowe świeże wypieki – powiedział Holt. – Przyniosę je do kawy.

– Dziękuję. – Daemon zawędrował już dzisiaj do gospodarczej części Pałacu, wabiony cudownym aromatem dolatującym z kuchni, ale kiedy zbliżył się do drzwi i usłyszał, jak pani Beale warczy na tych, którzy „próbują kraść ciastka, nim ostygną”, uznał, że woli zachować jaja, i wycofał się. A uświadomiwszy sobie, że jego obecność w okolicach kuchni wymaga usprawiedliwienia, wszedł do pokoju kamerdynera. I właśnie w ten sposób wpakował się w przywilej wokalnych występów. Zastanawiał się, czy zapachy dolatujące z kuchni nie zostały przypadkiem wzmocnione Fachem specjalnie, żeby go tam zwabić. I niech to, dał się złapać.

– Czy przyszedłeś dodać jakąś pozycję do mojej świątecznej listy zajęć? – spytał, kiedy już wprowadził Marcusa do swojego gabinetu i usadowił się w jednym z foteli w jego nieoficjalnej części.

– Obawiam się, że tak. – Marcus postawił wypchaną skórzaną teczkę na podłodze koło swoich nóg. – Zostałem dyskretnie poinformowany przez Beale’a i Heltona, że tradycyjne premie świąteczne rozdaje się w pierwszy wieczór świąt, żeby służący, którzy jadą do swoich rodzin, mieli pieniądze na dodatkowe wydatki.

– Rozumiem. – W zeszłym roku rozdał koperty w dzień Winsolu i nikt nie powiedział ani słowa na ten temat. Najwyraźniej był to kolejny z jego nowych obowiązków, który powinien wypełniać w należyty sposób. – W porządku. Czy masz listę ludzi pracujących w Pałacu i majątku?

– Mam. – Marcus zawahał się. – Czy mogę coś zasugerować?

– Najwyraźniej mam dzisiaj dzień sugestii – stwierdził sucho Daemon. – Śmiało.

– Powinieneś zatrudnić sekretarza.

– Jesteś przepracowany?

– Trochę, ale nie o to chodzi. Zajmuję się twoimi inwestycjami i osobistymi majątkami w Kaeleer, a firma, która pracowała dla twojego ojca, nadal opiekuje się resztą inwestycji rodu SaDiablo, sądzę jednak, że potrzebujesz kogoś, kto pomógłby ci w sprawach bieżących. Kogoś o odpowiedniej randze i obyciu, kto mógłby reprezentować cię w majątkach SaDiablo albo na dworach królowych. Mam wrażenie, że Wielki Lord zatrudniał w takim charakterze twojego starszego brata Mephisa. Powinieneś rozważyć zatrudnienie kogoś o podobnej pozycji.

Daemon omal z miejsca nie odrzucił takiego pomysłu. Po chwili uświadomił sobie jednak, że ma już kogoś, kto dla niego pracuje i spełnia te kryteria – o ile książę Rainier zechce oficjalnie podjąć takie obowiązki.

– Pomyślę o tym.

Marcus wydawał się zaskoczony, ale i zadowolony – póki pod drzwiami gabinetu nie rozległo się zmieszane z wyciem dzwonienie. Wtedy zrobił minę, jakby połknął coś kwaśnego.

– Czy powinienem wiedzieć o czymś jeszcze? – spytał Daemon.

Marcus pokręcił głową, unikając patrzenia w oczy rozmówcy.

Zaniepokojony Daemon zaczął naciskać.

– Twoja żona i córka miewają się dobrze?

– Tak. – Marcus spojrzał na drzwi gabinetu i znowu się skrzywił.

Daemon połączył w myślach to, co wiedział o córce Marcusa, z tym, co działo się w tej chwili za drzwiami, i spytał niewinnie:

– Skończyłeś już świąteczne zakupy? Masz wszystkie prezenty?

Marcus poruszył się niespokojnie.

– Moja córka chce dostać szczeniaczka, ale nie zdecydowaliśmy się jeszcze co do rasy – powiedział. – Ani czy w ogóle go kupimy – dodał pospiesznie.

Na szczęście Holt wniósł właśnie tacę z kawą i ciastkami. Daemon skupił się na niej z nadzieją, że wyraz jego twarzy zostanie zinterpretowany wyłącznie jako niecierpliwe wyglądanie łakoci.

– Przyjdziesz tu jeszcze raz przed nocą Winsolu, prawda? – Naprawdę starał się, żeby jego głos brzmiał obojętnie. – Może zabierzesz ze sobą córkę?

Najwyraźniej jednak nie zabrzmiało to tak, jak tego chciał, ponieważ ręka Marcusa zamarła w bezruchu nad talerzem. Spojrzał na niego przerażony.

– Nie – powiedział. – Ona wspomina, że chciałaby mieć za towarzysza spokrewnionego Sceltie, ale ja nie wyobrażam sobie, żeby jakaś kulka futra okazała się najwyższym rangą członkiem rodziny.

Zważywszy na to, jakie szczenięta mieszkały w tej chwili w Pałacu, rzeczywiście istniała taka możliwość.

– Pomyśl raczej, że za towarzysza zabaw będzie miała równocześnie doskonałego obrońcę. – Daemon próbował go uspokoić. – Wyświadczysz mi osobistą przysługę, jeśli przy następnej wizycie zabierzesz ją ze sobą, żeby obejrzała szczeniaki. Potraktuj to jak prezent ode mnie. Poza tym to, że twoja córka im się przyjrzy, nie oznacza jeszcze, że któregoś wybierze. – Czy raczej że któryś wybierze ją, poprawił się w myślach.

Marcus mruknął pod nosem słowa rażąco kontrastujące ze świątecznym nastrojem, zjadł dwie tartinki z owocami i orzechowe ciastko, wytarł dłonie w serwetkę i otworzył teczkę, dając dobitnie do zrozumienia, że temat szczeniaków uważa za zamknięty.

Przejrzeli razem listę osób zatrudnianych przez rodzinę SaDiablo, a Daemon w większości zatwierdził sumy premii proponowane przez Marcusa. Nikt nie skomentował faktu, że książę podwoił premię samego Marcusa. W końcu o tej porze roku nieuprzejmością byłoby nazwanie łapówki po imieniu.

Marcus westchnął, kiedy chował papiery do teczki.

– Wyślę premie do innych posiadłości, a koperty dla pracowników Pałacu przyniosę osobiście.

– I zabierzesz ze sobą córkę?

– I zabiorę ze sobą córkę. – Marcus znów westchnął. – Potrafisz negocjować, książę.

Daemon uśmiechnął się.

– Mogło być gorzej, Marcusie.

– Jakim cudem?

– Mogła poprosić o kotka.

CZTERY

– Wejdź. – Daemon podniósł głowę znad papierów rozłożonych na biurku, kiedy drzwi do gabinetu otworzyły się. Oparł się wygodnie, skrzyżował nogi i złożył palce, opierając podbródek na długich, pomalowanych na czarno paznokciach. Patrzył, jak Rainier, utykając, zmierza powoli do krzesła dla gości i siada na nim z przesadną ostrożnością.

Tej jesieni Rainier i Surreal wraz z siedmioma plebejskimi dziećmi wpadli w pułapkę, która miała uśmiercić członków rodu SaDiablo.

Dom Strachów. Daemon nadal nie był pewny, czy to arogancja, czy szaleństwo skłoniły pisarza, który odkrył swoje pokrewieństwo z Krwawymi, do stawienia czoła tym, którzy nosili najciemniejsze Kamienie w całym Królestwie. Sama świadomość, jak bliscy byli złapania się w tę pułapkę, była dla nich wszystkich gorzką nauczką. Gdyby Lucivar nie był eyrieńskim wojownikiem noszącym Szaroczarny Kamień, Surreal i Rainier nie wyszliby żywi z tego przeklętego domu. A tak skończyło się na śmierci trojga plebejskich dzieci oraz kilku innych osób, które odegrały ostatnie w swym życiu role − role drapieżników w tej chorej, perwersyjnej grze. Surreal została ranna, a resztki trucizny do dziś krążą w jej ciele. Natomiast Rainier…

On był tancerzem, pomyślał ze smutkiem Daemon. Wszystko ma swojącenę.

– Jak twoja noga? – zapytał, choć wszyscy wiedzieli, że nie goi się tak, jak powinna. Na ognie piekielne, Rainier chodził lepiej kilka tygodni wcześniej, kiedy wraz z nimi oglądał Dom Strachów urządzony przez Jaenelle i Marian dla dzieci. Prawdziwy Dom Strachów, którego zabójczą wersję stworzył Jarvis Jenkell.

Rainier wzruszył ramionami. Był blady, a jego twarz zdradzała napięcie mimo wysiłku, jaki czynił, żeby się uśmiechać. W jego zielonych oczach czaił się strach, którego nie był w stanie ukryć.

– W niektóre dni lepiej, w inne gorzej – powiedział wymijająco. − Chciałem cię poprosić o opinię w pewnej sprawie.

Próbujesz zmienić temat, chłopcze? W porządku, pozwolę ci prowadzićw tym tańcu. Chwilowo.

Za pomocą Fachu Rainier przywołał prostokątne pudełko i umieścił je na biurku, dokładnie przed Daemonem.

Pudełko na biżuterię, uznał Daemon, pochylając głowę, żeby przyjrzeć się misternym kwiatom i liściom wyrzeźbionym na wieku. Było to prawdziwe dzieło sztuki i już samo w sobie stanowiło idealny prezent winsolowy, ale kiedy je otworzył, aż zagwizdał z wrażenia.

Złota rękawica. Koronkowa robota, jeśli pominąć szpony, które wieńczyły palce tego cudeńka. Przepiękna broń.

– To prezent winsolowy dla Surreal – powiedział Rainier. – Myślisz, że jej się spodoba?

– Jest piękna – odparł Daemon. – I zabójcza. Na pewno jej się spodoba. – Zamknął pudełko i oddał Rainierowi, a potem zaproponował mu brandy.

Coś było nie tak. Bardzo nie tak.

Rainier od lat był nauczycielem tańca. Na ognie piekielne, uczył nawet Jaenelle – młody Książę Wojowników, który potrafił stawić czoła Czarownicy i sabatowi złożonemu z jej przyjaciółek − młodych królowych. Teraz pracował dla niego, a on płacił mu hojną pensję.

Już na pierwszy rzut oka Daemon rozpoznał dzieło Banarda. Wprawdzie jubiler tworzył też biżuterię, której cena nie zrujnowałaby kieszeni przeciętnego człowieka, ale ta rękawica na pewno do takich egzemplarzy nie należała.

Czego chciał dowieść Rainier?

– Jakie masz plany na Winsol? – spytał Daemon.

– Jadę do Dharo. Chcę spędzić kilka dni z rodziną – odparł Rainier, jeszcze bardziej siląc się na uśmiech.

Dlaczego? – zastanawiał się Daemon. Oni zwykle wolą, żeby trzymałsię od nich z daleka.Czy Rainier nie odwiedził ich kilka tygodni temu? Akurat wtedy, kiedy jego noga przestała się dobrze goić?

– Chyba że jestem ci do czegoś potrzebny – dodał Rainier.

– Nie, nie jesteś… – Coś mu wpadło do głowy, ale uznał, że nie otrzyma szczerej odpowiedzi bez zadania bólu. Więc go zada.

– Powiadomiono mnie, że istnieje tradycyjny winsolowy taniec. Rozsądnie byłoby, gdybym się go nauczył.

– Nie oczekuj tego ode mnie – warknął Rainier. – Jestem kulawy.

Nie musiał głęboko szukać goryczy, która dręczyła tego Księcia Wojowników.

– A kogo za to winisz, Rainierze? – spytał niebezpiecznie łagodnie, odchylając się w fotelu i znów składając palce.

– Nikogo nie winię – parsknął Rainier. – Po prostu tak się stało.

– Tak, stało się, ponieważ wypełniłeś swoje obowiązki – chroniłeś i broniłeś.

– Ale niedostatecznie. Troje dzieci zginęło, a Surreal została otruta. Nie ochroniłem ich dostatecznie dobrze i straciłem… – Przełknął z trudem ślinę, wyraźnie walcząc ze sobą, by nie powiedzieć za dużo. – Byłem tancerzem. Tylko to umiem. Tylko tym chciałem być. I nigdy już nie będę.

– Jesteś pewien? – spytał Daemon.

– Tak, jestem pewien!

Daemon zawahał się, ale wiedział, że musi to powiedzieć.

– Wszystko ma swoją cenę, książę. Będąc eskortą, zawsze jest się wystawionym na niebezpieczeństwa.

– Wiem o tym.

– Naprawdę? Zostałeś ranny w bitwie. Wszystko jedno, jak ta bitwa wyglądała: taka jest prawda. Nie jesteś pierwszym mężczyzną, który musi odbudować swoje życie z powodu odniesionych ran. I zapewne nie ostatnim. – Wiedząc, że jego słowa nie dotarły do Rainiera, Daemon uwolnił nieco własnej frustracji. – Mogłeś stracić nogę. Na ognie piekielne, Rainierze, mogłeś tam zginąć!

– Może tak byłoby lepiej – powiedział cicho Rainier.

Daemon poczuł, jak jego furia podnosi się z głębiny Czarnego Kamienia – słodka, zimna i zabójcza. Rainier nie był głupi. Wiedział, kto by na niego czekał, gdyby rozkleił się do tego stopnia, żeby popełnić samobójstwo. Chłopak uważał, że ma kłopoty? Niech zaczeka, aż Saetan z nim porozmawia – szczególnie jeśli zmieni się w żyjącego demona szybciej, niż powinien.

To jednak mogło wyjaśniać, dlaczego Rainier kupił prezent, na który nie było go stać. Należało jak najszybciej zawiadomić Lucivara.

– Jaki jest stan twoich finansów? – spytał Daemon.

Rainier zamrugał szybko. Na jego policzki wystąpiły czerwone plamy.

– Wybacz, książę, ale to nie twoja sprawa.

– Właśnie uznałem, że moja. Chcesz się przekonać, jak szybko mogę zdobyć o tobie prywatne informacje, czy sam mi powiesz?

Rainier skulił ramiona.

– Mam się dobrze. Mam oszczędności.

– Twoja pensja będzie nadal wypłacana, jak zwykle kwartalnie.

– Pensja za co? – spytał z bolesnym śmiechem Rainier. – Na niewiele się zdam.

– Mam kilka przemyśleń w tej sprawie. Chwilowo jednak powinieneś skupić się na dochodzeniu do zdrowia. – Daemon powiedział to na tyle lodowato, by w oczach Rainiera zagościła obawa. – Zajmę się czynszem za twoje mieszkanie w Amdarh, pokryję również wszelkie inne niezbędne wydatki, na przykład na jedzenie.

– Nie potrzebuję od ciebie ani łaski, ani litości – warknął Rainier.

– I żadnej z nich nie dostaniesz, więc zamilknij. – Daemon zorientował się, że ktoś obdarza Rainiera dużymi dawkami jednego i drugiego, a to mogło go okaleczyć znacznie bardziej niż niesprawna noga.

Westchnął.

– Będziesz się musiał pogodzić z tym, co możesz, a czego nie możesz teraz robić. W tym ci nie pomogę, ale przez jakiś czas mogę ci to ułatwiać. Jesteś dobrym Księciem Wojowników, Rainierze. I dobrą eskortą. Zbyt dobrą, by cię tracić tylko z powodu kłopotów z równowagą.

Dał się słyszeć kolejny bolesny wybuch śmiechu.

– Dobrze to ująłeś, książę.

– Po Winsolu spędzisz kilka tygodni w Ebon Rih u Lucivara. – I niech Ciemność zlituje się nad tobą. – Więc sugeruję, byś odwiedził rodzinę w Dharo i cieszył się świętem.

– Mogę iść? – spytał Rainier, a jego ton był odrobinę zbyt grzeczny.

– Tak, możesz iść. Szczęśliwego Winsolu, książę.

Rainier wstał z trudem i oparł się na lasce.

– Szczęśliwego Winsolu.

Daemon podejrzewał, że obaj życzą sobie nawzajem w tej chwili wielu innych rzeczy, które tak naprawdę mają niewiele wspólnego ze szczęściem.

Upewnił się, że Rainier zdążył wyjść z Pałacu, i opuścił gabinet. Nie zaszedł jednak daleko, ponieważ Beale już na niego czekał.

– Pani Karla uprasza o twoją obecność, książę – powiedział kamerdyner.

Wiedział, kiedy do Pałacu przybyła Królowa Glacii. Trudno było przeoczyć ten zapach psychiczny – i obecność czarownicy noszącej Szary Kamień.

– Czeka na ciebie w swoim apartamencie – dodał Beale.

– A pani Angelline?

– Pani udała się do Stołpu. Zamierza wrócić na kolację, ale powiedziała, że jeśli się spóźni, powinieneś zacząć bez niej.

Daemon ruszył korytarzami Pałacu do części, w której znajdowały się apartamenty rodziny. Kiedy Jaenelle miała piętnaście lat, sabat przyjechał do niej z wizytą. Później czarownice, a także towarzyszący im chłopcy otrzymali tu swoje apartamenty. Nawet teraz, kiedy wszystkie panowały na swoich terytoriach jako królowe, pałacowe pokoje nadal do nich należały. Tu był ich drugi dom, miejsce, w którym zbierały się jako przyjaciółki i siostry.

Apartament Karli wychodził na dziedziniec Jaenelle. Daemon zapukał do drzwi, ale nie otrzymał odpowiedzi. Jego dłoń zawisła nad klamką, postanowił jednak spróbować jeszcze raz, tym razem inaczej, nim uzna, że ma powody do zmartwienia.

Karla? – zawołał na psychicznej nici.

Wejdê, proszę – odparła. Jestem na dziedziƒcu.

Wszedł do bawialni, po czym wyszedł przez przeszklone drzwi prowadzące na balkon. Zatrzymał się tam, uspokojony widokiem Karli stojącej koło fontanny. Wystawiała twarz do słońca. Zszedł na dziedziniec najbliższymi schodami i podszedł do niej.

– Buzi-buzi – powiedziała Karla, obdarzając go figlarnym uśmiechem.

Uniósł do ust rękę, którą mu podała, i ucałował jej dłoń.

– Kochana, czy tu nie jest trochę za zimno? – spytał.

– Musisz mieć bardzo rzadką krew, jeśli uważasz, że tu jest zimno. Powinieneś był włożyć płaszcz.

Przynajmniej podniósł osłonę wokół butów, żeby ich nie przemoczyć i nie zniszczyć.

Wzięła go pod ramię i westchnęła.

– Zima w Glacii jest dla mnie zbyt ostra, więc chciałam spędzić trochę czasu w przyjemniejszym klimacie.

– Czyli tam, gdzie na ziemi leży tylko trochę śniegu, a powietrze nie zamarza ci w płucach przy każdym oddechu? – spytał sucho Daemon.

– Właśnie.

Poczuł, że Karla drży, więc poprowadził ją ku schodom.

– Wystarczy – powiedział.

– Rządzisz się.

– Chronię.

– Rządzisz się.

Wyszczerzył zęby.

– Buzi-buzi.

Karla roześmiała się.

Nie wiedział, czy to kolejny dowód na idealne wyczucie czasu Beale’a, czy może Karla wcześniej wyraziła takie życzenie, ale kiedy weszli do bawialni, okazało się, że chwilę wcześniej Holt przyniósł tam tacę z kawą i ciasteczkami.

– Dobrze wyglądasz – powiedział Daemon, nalewając im kawy.

Rzeczywiście tak było, choć jej wychudzona twarz postarzała ją o jakieś dziesięć lat. Trudno było powiedzieć, czy wynikało to z trudów rządzenia Glacią, czy może swoje plony wciąż zbierało otrucie sprzed dwóch lat.

– Pochlebstwem nie wyżebrzesz ode mnie ostatniego ciastka – odparła Karla, przyjmując filiżankę. – Przeważnie czuję się dobrze. Och, odczuwam w nogach zmianę pogody, więc zdarzają się nieprzyjemne dni, ale w przeciwieństwie do ludzi, których mózg przywiązany jest do penisa, robię to, co powinnam, żeby poczuć się lepiej, i dbam o siebie.

Cholera.

– Rozumiem, że nie jest to towarzyska wizyta?

– Jaenelle poprosiła mnie, żebym przyjechała i rzuciła okiem na Rainiera. I wydała swoją opinię jako Uzdrowicielka.

Daemon zesztywniał.

– Jaenelle poprosiła o drugą opinię?

– Też uważasz, że coś jest nie tak? – Karla napiła się kawy. – Bez względu na to, jaki Kamień nosi Jaenelle, i tak jest najlepszą Uzdrowicielką w całym Królestwie. Jeśli nie może czegoś uleczyć, to znaczy, że tego nie da się uleczyć. Jestem żywym świadectwem jej umiejętności. Nie powinnam była przeżyć zamachu, kiedy mój wuj Hobart próbował odzyskać władzę nad Glacią. A już na pewno nie powinnam czuć się tak dobrze, jak się czuję.

– Czy ty… – Daemon przełknął łyk kawy, by zwilżyć nagle wyschnięte gardło. – Czy czasami żałujesz, że nie pozwoliła ci umrzeć? Nie chodziłabyś o lasce, nie miałabyś słabych nóg, gdybyś zmieniła się w żyjącego demona.

– W tym momencie przemawia przez ciebie twój fiut – stwierdziła Karla.

– Nieprawda… – Urwał. Pomyślał. – Rainier.

– Tak. Rainier.

Odstawił filiżankę na stolik przed kanapą.

– Nie dojdzie do siebie, prawda?

– Nie. Jego noga nigdy nie będzie już taka jak kiedyś. Nigdy nie będzie mógł się na niej opierać. Ten eyrieński miecz przeciął wszystkie mięśnie i większość kości. Gdyby Rainier padł i został na ziemi, każda z nas – Gabrielle, ja, Jaenelle – uleczyłaby go i przywróciła jego nodze sprawność. Może nawet w takim zakresie, że mógłby robić, co zechce, pod warunkiem że by na nią uważał. Ale on usztywnił ją osłonami i walczył dalej.

– Zrobił to, co musiał.

– Wiem. Ale właśnie dlatego nie odzyska sprawności w nodze i doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

– Tak?

– Tak. On z tym walczy, Daemonie. Nie wiem, co robi ani dlaczego, ale widzę skutki. Jaenelle odbudowywała jego kości i mięśnie tak wiele razy, że nie ma już prawie na czym pracować. Coś go do tego skłania, ale jeśli nie przestanie forsować tej nogi, naprawdę pozostanie kaleką.

– On nie jest głupi – powiedział Daemon.

– Nie – odparła cicho Karla. – On się boi. A to jest jeszcze gorsze.

– Mogę coś zrobić?

Pokręciła głową.

– Nie, nic. Ja też nie mogę zrobić nic, czego nie próbowałaby już Jaenelle.

– Może łatwiej jest mu żyć z nogą, która uniemożliwia taniec, niż z taką, która jest prawie sprawna, ale niewystarczająco?

– Może, ale nie sądzę, żeby Rainier był aż takim dupkiem. – Karla wybrała sobie ciastko. – Czy on ma odbyć specjalne szkolenie z Lucivarem?

– Tak. I został uprzedzony, że jeśli sam się tam nie zjawi, Lucivar go odszuka i osobiście zaciągnie do Ebon Rih.

– No to jestem pewna, że wszystko się ułoży – tak czy inaczej.

Ponieważ Daemon mógł sobie wyobrazić, jak się sprawy ułożą, jeśli Rainier wda się w konflikt z Lucivarem, zmienił temat.

– Jak się ma Della? Pewnie nie może się doczekać Winsolu?

Karla roześmiała się.

– W tym roku jest bardziej podniecona tym, że pozwoliłam, by zaczęła się szkolić w podstawach uzdrawiania.

Daemon również wziął sobie ciastko.

– Zwykle nie rozpoczyna się szkolenia w tak młodym wieku, prawda? To jeszcze dziecko. – Dziecko, które straciło matkę, kiedy cała wioska została wyrżnięta przez Eyrieńczyków na usługach Dorothei i Hekatah SaDiablo. Dziecko, które uratowały arceriańskie koty i które spędziło wśród nich wiele miesięcy i zdążyło zdziczeć, nim zostało zaadoptowane przez Karlę.

– Nie jest naturalną Uzdrowicielką – nie należy do tej kasty – ale ma instynkt i bardzo ją to interesuje. Chce się specjalizować w leczeniu krewniaków.

Daemon starał się zachować niezmieniony wyraz twarzy, ale mu się nie udało.

– Czy ćwiczy na KaeAskavim?

– Kiedy tylko ma okazję. Między innymi dlatego tu jestem. Jeśli chcesz się czegoś dowiedzieć o krewniakach, pytasz Jaenelle. Della i KaeAskavi spotykają się teraz, tylko kiedy mieszkamy w domku na wsi. Dom w Sidrze jest dla niego zbyt frustrujący.

– Miejskie ulice nie są przystosowane dla kota tych rozmiarów.

– Och, to nie sprawa ograniczonej przestrzeni – powiedziała Karla, a w jej lodowato błękitnych oczach pojawił się przewrotny błysk. – Raczej tego, ile zwierzyny chodzi wokół. A on nie może na nią zapolować.

– Mówimy o koniach, prawda?

– Przecież sam wiesz.

O Matko Noc…

– Mamy kawę i ciastka, a ja mam jeszcze godzinę, nim będę musiała wracać – zmieniła temat Karla. – Może opowiesz mi teraz wszystko, o czym chciałbyś poinformować sabat?

Daemon prędzej zjadłby własną rękę, niż dał się zapędzić do tego kąta. Wykręcił się więc najlepiej, jak potrafił – odłożył swoje ciastko na talerz i pozwolił jej zjeść wszystkie.

– Tchórz – stwierdziła Karla.

– A żebyś wiedziała.

Zaczęła się śmiać.

– Wprawdzie masz fiuta, ale jesteś w porządku, Sadi. – Wyciągnęła do niego talerz. – Proszę. Podzielimy się. I nie będziesz musiał plotkować.

– Dlaczego chcesz zaraz wracać? Glacia jest po drugiej stronie Królestwa, to kawał drogi. Nie opłaca się przyjeżdżać na tak krótko. Od dawna nie spędziłyście wieczoru wspólnie z Jaenelle – zamruczał, dodając do swojego głosu odrobinę perswazji i szczyptę czaru. – Zostań. Możesz przecież wyjechać wczesnym rankiem. Zamówię ci Wóz z kierującym, żebyś mogła się zdrzemnąć albo popracować w drodze do domu.

Karla zamrugała szybko.

– Na ognie piekielne, dobry jesteś. Niemal czułam, jak topnieją mi kości.

Uśmiechnął się do niej i pozwolił, by zaklęcia rozwiały się w powietrzu.

– Uprzedziłam wprawdzie, że mogę tu zostać na noc – powiedziała Karla – ale nie chciałam robić z tego pewnika.

– Martwisz się, że Della została sama w domu? – Czy któryś z Krwawych, którzy wspierali wuja Karli i przeżyli walki sprzed dwóch lat, spróbowałby skrzywdzić dziecko?

– Tak, ale nie z tych powodów, o których myślisz. Spokojnie, Sadi. Widzę w twoich oczach gotowość do walki, jeśli tylko wskazać ci wroga.

– Więc czym się martwisz? – spytał podejrzanie łagodnie. Miała rację – wystarczyło jedno jej słowo, by bez namysłu ruszył do Glacii i wyeliminował wszelkie problemy prześladujące Karlę i jej adoptowaną córkę.

– Książę Hagen, mój Dowódca Straży, bardzo lubi dzieci, ale nie ma własnych. Della znalazła sobie w nim zastępczego ojca, a on traktuje ją jak przybraną córkę.

– Zatem w czym problem?

– Zasady obowiązujące na co dzień mają tendencję do… zawieruszania się, kiedy nie ma mnie dłużej niż dobę. To zaskakujące, naprawdę. Nikt na przykład nie może sobie przypomnieć, dlaczego trzeba jeść warzywa. Nikt nie ma pojęcia, o której godzinie dziewczynka w wieku Delli powinna iść spać. A przecież w innych sprawach ten mężczyzna potrafi być stanowczy. Mogłabym przysiąc, że pobierał nauki u wujka Saetana.

– Więc kiedy cioci Karli nie ma w domu…

– Oni doskonale się bawią. – Westchnęła dramatycznie. – No dobra, zostanę.

– A ja z wielką przyjemnością zabawię cię ploteczkami. – Tylko nieo mnie – dopowiedział w myślach. Wziął sobie ciastko. – Po co Jaenelle pojechała do Stołpu?

Karla zawahała się.

– Chyba chciała usłyszeć drugą opinię.

* * *

– Mała czarownico. – Saetan oparł się o stół w prywatnej bibliotece Stołpu i skrzyżował ramiona na piersi. Nie wiedział, dlaczego akurat dzisiaj, ale wiedział, że ten dzień nadejdzie. A ponieważ to wiedział, okiełznał nieco mocniej swój temperament. Był już prawie Winsol. Nie chciał, żeby walka zepsuła święta.

Będzie jednak musiał ją stoczyć. Mógł to wyczytać w sposobie, w jaki się poruszała, i w wyrazie jej oczu.

– Mam zacząć porządkować książki? – zapytał.

Popatrzyła na pusty stół i z uśmiechem pokręciła głową.

To był tradycyjny – i bardzo użyteczny – wybieg: udawać, że sortuje stare książki, kiedy któryś z członków jego licznej rodziny postanawiał zwierzyć mu się ze swoich kłopotów. Przynajmniej było tak do dnia, kiedy odkrył, że sabat udaje razem z nim. Później mógł go używać już tylko wobec chłopców, także wobec własnych synów, którzy jak dotąd nie zorientowali się w sytuacji.

– Nie, nie ma potrzeby, byś porządkował książki – powiedziała Jaenelle, ale po chwili zawahała się. – Tato, chcę ci zadać pytanie.

– Na temat?

– Rainiera.

Nie tego się spodziewał. Odprężył się nieco.

– Jego uzdrowienie nie przebiega tak, jak powinno.

Złapała pukiel swoich złocistych włosów i szarpnęła tak mocno, że Saetan aż się skrzywił.

– Może to dlatego, że nie potrafię… że nie jestem…

– Nie – powiedział z łagodnością, która była wystarczającym ostrzeżeniem dla każdego, kto go znał. A Jaenelle, jego córka i Królowa, znała go najlepiej.

Opuściła ręce i zajrzała mu głęboko w oczy.

– Może jeśli odzyskam swoją moc…

– Nie. – Saetan wyprostował się, a potem opuścił ręce i chwycił za brzeg stołu. – Ta część twojego życia należy do przeszłości.

– Nie straciłam Hebanowego Kamienia, jak wszyscy sądzą. Może mogłabym…

– Na ognie piekielne, nie zrobisz tego.

Dostrzegł w niej zmianę i rozpoznał moment, w którym to już Czarownica patrzyła na niego szafirowymi oczami Jaenelle.

– Nie wiesz, dlaczego wszystko jest inne, Wielki Lordzie – odezwała się swoim mrocznym głosem.

– Owszem, wiem, pani. Udałem się do Arachny. Rozmawiałem z Prządką Marzeń. Widziałem splątaną sieć, która tworzy wcielone marzenie. I widziałem jedną cienką nitkę pajęczego jedwabiu, która zmieniła marzenie, kiedy do nas wróciło. Był jeszcze jeden marzyciel. Ty sama.

Cofnęła się, niespokojna.

– Od jak dawna wiesz?

– Od pewnego czasu, jeszcze przed waszym ślubem. – Urwał, a potem dodał sucho: – W każdym razie jakoś pomiędzy potajemnym ślubem a tym oficjalnym. Rzecz w tym – i wiedz, że mówię zupełnie serio – że moja córka ma wreszcie takie życie, jakiego dla siebie chciała. Przyjęcie z powrotem Hebanowego zniszczyłoby to życie. – Poza tym nie było pewności – żadnej pewności – że Jaenelle nadal mogłaby być naczyniem dla takiej mocy, że przyjęcie na powrót Hebanowego nie zabiłoby jej. – Więc musisz zrozumieć, że stanę do walki nawet z moją Królową, by tylko chronić życie mojej córki. Mała czarownico, ty nigdy nie chciałaś takiej mocy, więc odzyskasz ją tylko po moim trupie. Musisz mnie zupełnie zniszczyć, ponieważ jeśli trzeba, będę z tobą walczył całą swoją mocą.

Zbladła niepokojąco.

– Mówisz serio.

– Owszem, mówię serio. Wszystko ma swoją cenę, pani. To cena, jaką będziesz musiała zapłacić, jeśli zechcesz odzyskać Hebanowy.

Uderzenie serca. Drugie. Nie stała już przed nim Czarownica. To Jaenelle przyglądała mu się udręczonymi oczami.

– Ale Rainier… – wyjąkała.

– Przypomnę ci kilka rzeczy, o których najwyraźniej zapomniałaś. – Jego strofujący głos onieśmieliłby najśmielsze dziecko. Nawet to, z którym w tej chwili rozmawiał. – Kiedy miałaś siedemnaście lat, uleczyłaś Lucivara. Zważywszy na to, w jakim był stanie, kiedy Prothvar przyniósł go do twojej chatki w Ebon Rih, nie powinien był przeżyć. Ale ty nie tylko uleczyłaś złamane kości i obrażenia wewnętrzne. Odbudowałaś też jego skrzydła z tych nielicznych zdrowych fragmentów, jakie zostały.

– Nosiłam wtedy Czarny i mogłam czerpać z trzynastu rezerwuarów mocy – powiedziała Jaenelle, a Saetan słyszał w jej głosie frustrację. – A w przypadku Lucivara to było wszystko albo nic. Mógł z tego wyjść cało albo umrzeć.

– Czarny to nie Hebanowy – zauważył Saetan. – Nigdy nie użyłaś Hebanowego do uleczania, ponieważ był zbyt ciemny, zbyt silny. Używałaś Czarnego.

– Świt Zmierzchu to nie Czarny – warknęła.