Święty Tomasz z Akwinu - Gilbert Keith Chesterton - ebook + książka

Święty Tomasz z Akwinu ebook

Gilbert Keith Chesterton

0,0

Opis

Chesterton podyktował Świętego Tomasza z Akwinu błyskawicznie, jakby pod natchnieniem chwili, niemal nie korzystając ze źródeł, a osiągnął efekt zdumiewający.

Etienne Gilson, jeden z największych tomistów XX w., okrzyknął jego dzieło „bez porównania najlepszą książką, jaką napisano o św. Tomaszu”.

Być może Chesterton potrafił tak doskonale zrozumieć swojego bohatera, bo był do niego bardzo podobny. Obaj uznawani byli w szkole za tępaków, imponowali wzrostem i tuszą, uprawiali „niezwykłe hobby, jakim jest myślenie” i wyrażali swoje myśli w setkach tomów, których wystarczyłoby „do zatopienia okrętu albo zapełnienia biblioteki”. Mieli ten sam polemiczny temperament, przenikliwość i genialny dar syntezy.

Ze spotkania tych dwóch nieprzeciętnych osobowości powstała niezwykła biografia, przypominająca impresjonistyczny portret namalowany przy użyciu wielu kontrastowych barw albo średniowieczny obraz, składający się z wielu osobnych scen z życia jednej postaci. Z tej różnorodnej mozaiki wyłania się spójny wizerunek wielkiego filozofa na tle epoki i szerszej perspektywy dziejów, sięgającej aż po nasze czasy. Chesterton nazywa bowiem św. Tomasza „lekarzem współczesnego świata (…) wezwanym do łoża śmierci”, a jego słowa nie tylko nie straciły, ale wręcz zyskały na aktualności.

Nasza kultura, gorączkowo poszukująca istoty człowieczeństwa, a zarazem chorobliwie kwestionująca jej podstawy, potrzebuje trzeźwej diagnozy Chestertona, który proponuje nam lekarstwo w postaci życiowej mądrości Akwinaty i wiary we Wcielenie.

 

Nowe tłumaczenie uzupełniono o fragmenty, które w pierwszym polskim przekładzie zostały usunięte przez peerelowską cenzurę, a także o niepublikowane szkice Chestertona o św. Tomaszu, odkryte niedawno w archiwach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 269

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­nału:St. Tho­mas Aqu­inas
The Ar­ticle „G. K. Che­ster­ton on St. Tho­mas Aqu­inas: Some Newly Di­sco­ve­red Pa­ges” was first pu­bli­shed in The Che­ster­ton Re­view, vol. XXX, nos. 1 & 2, Spring/Sum­mer 2004 (pp. 27-49). The ori­gi­nal pu­bli­ca­tion in­c­lu­des a com­men­tary and re­fe­ren­ces by Mark Ar­mi­tage. The trans­la­tion of this es­say is pu­bli­shed with per­mis­sion from The Che­ster­ton Re­view. Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Fun­da­cja Pro­do­teo, War­szawa 2024
Re­dak­tor pro­wa­dzący – Ja­cek Fron­czak
Re­dak­cja ję­zy­kowa – Jo­anna Mo­raw­ska
Ko­rekta – Bar­bara Ma­niń­ska
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych – Ja­dwiga To­po­low­ska
Pro­jekt gra­ficzny książki – Sta­ni­sław Tu­chołka • pan­book.pl
Skład – Ma­ria Anna Szy­przak
Wy­da­nie 1
ISBN 978-83-67634-46-5 (EPUB)
Fun­da­cja Pro­do­teo ul. Rudzka 9 lok. 54 01-689 War­szawapro­do­teo.pl ebook do­stępny na: con­tra­gen­ti­les.pl/ksie­gar­nia

OD TŁU­MA­CZA

Po co nam nowe tłu­ma­cze­nie książki, wzna­wia­nej od lat w zna­nym prze­kła­dzie z 1949 roku? Czy dłu­gie funk­cjo­no­wa­nie na rynku wy­daw­ni­czym nie jest wy­star­cza­ją­cym pro­bie­rzem ja­ko­ści? Oka­zuje się, że nie za­wsze tak bywa. Dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści po­sta­no­wi­łam przyj­rzeć się bli­żej pol­skiemu wy­da­niu Świę­tego To­ma­sza z Akwinu i po­rów­nać je z ory­gi­na­łem aku­rat w cza­sie, gdy przy­pa­dają trzy ważne ju­bi­le­usze: 800-le­cie uro­dzin, 750-le­cie śmierci i 700-le­cie ka­no­ni­za­cji tego świę­tego (o czym nie mia­łam po­ję­cia).

Ze zdu­mie­niem od­kry­łam nie tylko, że pol­ski tekst się ze­sta­rzał i że wiele sfor­mu­ło­wań uży­tych przez pierw­szego tłu­ma­cza jest dys­ku­syj­nych (bo tego można się było spo­dzie­wać), ale że zo­stał zwy­czaj­nie ocen­zu­ro­wany. Z tek­stu Che­ster­tona usu­nięto wszel­kie wzmianki o bol­sze­wi­kach, ko­mu­ni­zmie i so­wiec­kiej Ro­sji; Che­ster­ton jako mi­ło­śnik pro­stych lu­dzi i kry­tyk roz­pa­sa­nego ka­pi­ta­li­zmu pi­szący o spra­wach wiary (czyli o zja­wi­skach zda­niem ko­mu­ni­stów wy­ssa­nych z palca i zu­peł­nie ode­rwa­nych od rze­czy­wi­sto­ści) był jesz­cze do za­ak­cep­to­wa­nia przez cen­zurę so­cja­li­stycz­nego pań­stwa, ale Che­ster­ton wi­dzący w ko­mu­ni­zmie nowe wcie­le­nie daw­nych he­re­zji – już nie. Znikł na­wet przy­tyk pod ad­re­sem G.B. Shawa, o któ­rym Che­ster­ton na­pi­sał, że jako je­dyną złotą za­sadę uznaje brak zło­tej za­sady, bo wi­docz­nie woli że­la­zne za­sady, ta­kie jak w Ro­sji.

Druga rzecz to nie­do­sko­na­łość prze­kładu wy­ni­ka­jąca, jak się wy­daje, z nie­wy­star­cza­ją­cej zna­jo­mo­ści ję­zyka an­giel­skiego u pierw­szego tłu­ma­cza (Ar­tur Cho­jecki, uro­dzony w Ży­to­mie­rzu w 1880 roku, był psy­cho­lo­giem i po­li­glotą, tłu­ma­czył także z fran­cu­skiego i ro­syj­skiego, nie był jed­nak an­gli­stą). Stąd op­po­site extreme, czyli „prze­ciwna skraj­ność”, to w jego tłu­ma­cze­niu „krań­cowa osta­tecz­ność”, Chri­stian di­vi­nity, czyli „teo­lo­gia chrze­ści­jań­ska”, to „chrze­ści­jań­skie Bó­stwo”, a upshot, czyli „sku­tek”, to... „punkt wyj­ścia”. Nie­które prze­kła­ma­nia zmie­niają sens po­szcze­gól­nych wy­po­wie­dzi, a więc i wy­mowę ca­ło­ści. A jest to tylko garść przy­kła­dów z pierw­szego roz­działu.

Oczy­wi­ście prze­kład tej na po­zór nie­po­zor­nej książki przy­spo­rzyłby ko­lo­sal­nych kło­po­tów na­wet ty­ta­nom trans­la­cji. Zda­nie to na­pi­sa­łam świa­do­mie w stylu Che­ster­tona – dla któ­rego po­wtó­rze­nia i ali­te­ra­cja są głów­nym no­śni­kiem siły prze­kazu i naj­waż­niej­szym środ­kiem sty­li­stycz­nym, wy­ra­sta­ją­cym z od­wiecz­nej tra­dy­cji an­giel­skiej po­ezji. Nie­stety, w ję­zyku pol­skim są one trak­to­wane jako nie­zręcz­no­ści i prze­jaw złego stylu, dla­tego nie da się ich sto­so­wać w prze­kła­dzie tak czę­sto, jak w ory­gi­nale. Cał­ko­wite ich usu­nię­cie ozna­cza­łoby jed­nak, że głos pol­skiego Che­ster­tona brzmiałby zu­peł­nie nie­po­dob­nie do pier­wo­wzoru, dla­tego sta­ra­łam się je za­cho­wać wszę­dzie tam, gdzie nie było to zbyt ra­żące. Do tego na­leży jesz­cze do­dać grę słów i ba­wie­nie się do­słow­nym zna­cze­niem me­ta­fo­rycz­nych wy­ra­żeń, któ­rych cza­sem nie spo­sób od­dać w ob­cym ję­zyku. W ta­kich przy­pad­kach wy­siłki nie za­wsze prze­kła­dają się na za­do­wa­la­jące re­zul­taty, dla­tego z góry pro­szę o wy­ba­cze­nie.

Druga trud­ność to nie­zwy­kła umy­sło­wość Che­ster­tona – zdol­ność obej­mo­wa­nia w jed­nym zda­niu da­le­kich sko­ja­rzeń, alu­zji, głę­bo­kiej ana­lizy po­jęć i syn­tezy zda­rzeń, a przy tym wy­ra­ża­nia tego po­etyc­kim czy wręcz ma­lar­skim ję­zy­kiem. Za­cho­wa­nie wszyst­kich tych cech prozy Che­ster­tona w tłu­ma­cze­niu to za­da­nie nie­zwy­kle trudne. Ucie­ka­jąc się znów do jego stylu, można by po­wie­dzieć, że przy­po­mina ono próbę na­dą­że­nia za jeźdź­cem na roz­pę­dzo­nym ru­maku, który jed­nym sko­kiem po­ko­nuje strze­li­ste szczyty i prze­ra­ża­jące prze­pa­ści, a przy tym ani na chwilę nie traci z oczu celu po­dróży, choć po dro­dze, nie­jako przy oka­zji, sta­cza mnó­stwo po­je­dyn­ków, za­trzy­muje się w go­ścin­nych go­spo­dach i po­dzi­wia za­pie­ra­jące dech w pier­siach pej­zaże. I nie tylko po­dzi­wia, ale też bły­ska­wicz­nie utrwala, ope­ru­jąc sło­wami jak śmia­łymi po­cią­gnię­ciami pędzla.

Wszystko to spra­wia, że nowy prze­kład ma się do ory­gi­nału tak, jak blada re­pro­duk­cja w al­bu­mie do praw­dzi­wego dzieła sztuki. Po­zo­staje tylko na­dzieja, że mimo wszystko po­zwoli on pol­skiemu czy­tel­ni­kowi choć odro­binę le­piej po­znać i do­ce­nić za­równo św. To­ma­sza z Akwinu, jak i Che­ster­tona.

Magda So­bo­lew­ska

WSTĘP DO OBEC­NEGO POL­SKIEGO WY­DA­NIA

Bywa, że książki ta­kie jak Święty To­masz z Akwinu G.K. Che­ster­tona są my­lone z ty­po­wymi bio­gra­fiami. Czy­tel­nik bie­rze je do ręki, aby przejść obok bo­ha­tera od jego na­ro­dzin do śmierci, otrzy­mu­jąc od au­tora ro­dzaj ko­men­ta­rza do­ty­czą­cego „ży­cia i twór­czo­ści”. Jed­nak to zda­nie nie­zbyt pa­suje do twór­czego umy­słu Che­ster­tona, ru­chli­wego jak ku­li­sty pio­run – a w związku z tym jego książka o Akwi­na­cie jest czymś in­nym: bły­sko­tli­wym i gę­stym ese­jem, w któ­rym au­tor unosi się jak dron nad prze­strze­niami ży­cia brata To­ma­sza i z tej gór­nej per­spek­tywy na­mie­rza punkty wę­złowe jego ge­niu­szu.

Stąd mamy w tej książce, jak to u Che­ster­tona, wiele szyb­kich my­śli, mi­strzow­skich pa­ra­dok­sów, za­ska­ku­ją­cych po­rów­nań, kon­klu­zji kon­fron­tu­ją­cych dzieło śre­dnio­wiecz­nego do­mi­ni­ka­nina z fe­no­me­nami no­wo­cze­sno­ści. Czy­tel­nik ni­gdy się tu nie nu­dzi – ale jest fak­tem, że cza­sami może czuć jakby za­wrót głowy i po­trzebę roz­ło­że­nia przed sobą mapy dro­go­wej, żeby spraw­dzić, po ja­kim te­re­nie po­ru­sza się wraz z nar­ra­cją au­tora.

Taką sche­ma­tyczną mapą dro­gową niech bę­dzie więc ten wstęp, gro­ma­dzący w krót­kich sło­wach pod­sta­wowe dane bio­gra­fii in­te­lek­tu­alno-du­cho­wej Akwi­naty.

Czło­wiek, który prze­szedł do hi­sto­rii jako To­masz z Akwinu, uro­dził się w 1224 lub 1225 roku w ro­dzi­nie hra­biow­skiej na zamku Roc­ca­secca w oko­li­cach Akwinu. W wieku sze­ściu lat ro­dzice ofia­ro­wali go jako ob­lata be­ne­dyk­tyń­skiego do słyn­nego klasz­toru na Monte Cas­sino. Przez dzie­więć lat, od pią­tego do czter­na­stego roku ży­cia, znaj­do­wał się tam pod opieką na­uczy­cieli klasz­tor­nych, prze­cho­dząc kla­syczną szkołę tri­vium, ucząc się ła­ciny i my­śle­nia na tek­stach św. Grze­go­rza Wiel­kiego, św. Hie­ro­nima i św. Au­gu­styna. Nie­wąt­pli­wie także na Monte Cas­sino na­był świetną zna­jo­mość Pi­sma Świę­tego, tak waż­nego w mo­na­stycz­nej li­tur­gii i po­boż­no­ści.

Mały To­masz z Akwinu był za­pewne przy­kład­nym no­wi­cju­szem be­ne­dyk­tyń­skim – za­tem można było się spo­dzie­wać, że zgod­nie z pla­nami hra­biow­skiej ro­dziny zo­sta­nie w klasz­to­rze, złoży śluby jako mnich, a z cza­sem doj­dzie do god­no­ści opata. A jed­nak Opatrz­ność po­pro­wa­dziła go in­nymi dro­gami. Na tle swo­ich spo­rów z pa­pie­żem Grze­go­rzem IX ce­sarz Fry­de­ryk II roz­pę­dził bo­wiem pew­nego dnia słynny klasz­tor, a w kon­se­kwen­cji To­masz mu­siał wró­cić do domu ro­dzi­ciel­skiego.

Młody czło­wiek udał się na stu­dia do Ne­apolu, na uczel­nię za­ło­żoną – o pa­ra­dok­sie! – przez wspo­mnia­nego Fry­de­ryka II. Nie­wąt­pli­wie to tam ze­tknął się po raz pierw­szy nie tylko z lo­giką, ale i z pi­smami Ary­sto­te­lesa.

Gdy Akwi­nata miał dwa­dzie­ścia lat, po śmierci ojca po­sta­no­wił wstą­pić do za­konu św. Do­mi­nika. Cho­dziło o za­kon zu­peł­nie nowy i zu­peł­nie różny od do­tych­cza­so­wych, zwłasz­cza przez ru­chli­wość i że­bra­czy tryb ży­cia. Do­mi­ni­ka­nie, któ­rych mi­sją stało się ewan­ge­li­zo­wa­nie pącz­ku­ją­cych zbio­ro­wo­ści miej­skich i two­rzą­cych się wspól­not uni­wer­sy­tec­kich, byli też obecni w ży­ciu uni­wer­sy­tec­kiego Ne­apolu. Nie wia­domo, co w nich przy­cią­gnęło uwagę To­ma­sza (być może było to wła­śnie po­łą­cze­nie ra­dy­kal­nego ewan­ge­li­zmu ich ży­cia z in­te­lek­tu­alną wraż­li­wo­ścią ich po­szu­ki­wań na­uko­wych). Wiemy na­to­miast, że jego wła­sny wy­bór nie był wy­bo­rem jego ro­dziny, cią­gle ży­ją­cej mi­ra­żami efek­tow­nej ka­riery. Usi­ło­wano mu prze­szko­dzić, wię­żąc przez około rok. Był nie­ugięty i wy­grał. Dziś wi­dzimy, że wła­śnie Za­kon Ka­zno­dziej­ski oka­zał się wła­ściwą ramą – i nie­wąt­pli­wie kształ­tu­jącą formą – dla jego nie­prze­cięt­nego du­cha. Dzieła św. To­ma­sza za­wdzię­czamy w prze­wa­ża­ją­cej więk­szo­ści jego związ­kowi z uni­wer­sy­te­tem: po­wsta­wały jako efekt wy­kła­dów i dys­put. Ale św. To­masz stał się czło­wie­kiem uni­wer­sy­tetu wła­śnie dla­tego, że był do­mi­ni­ka­ni­nem. Za­kon po­słał go na stu­dia, a po­tem na ka­te­drę mi­strzow­ską.

Po spo­tka­niu z dwoma za­ko­nami i po za­czerp­nię­ciu z ich kom­ple­men­tar­nego do­świad­cze­nia du­cho­wego na­stą­piło w ży­ciu cią­gle mło­dego i doj­rze­wa­ją­cego Akwi­naty trze­cie ważne spo­tka­nie, tym ra­zem z po­je­dyn­czym czło­wie­kiem, współ­bra­tem za­kon­nym: ze św. Al­ber­tem Wiel­kim, u któ­rego To­masz po­bie­rał na­uki na uni­wer­sy­te­cie w Pa­ryżu i w stu­dium za­kon­nym w Ko­lo­nii. Św. Al­bert nie był może my­śli­cie­lem tak głę­bo­kim i do­cie­kli­wym, jak w przy­szło­ści jego uczeń; był na­to­miast uczo­nym wszech­stron­nym, nie­zwy­kłym eru­dytą o bo­ga­tych za­in­te­re­so­wa­niach: teo­lo­gicz­nych, fi­lo­zo­ficz­nych, a na­wet przy­rod­ni­czych. To za­pewne on otwo­rzył To­ma­szowi oczy na pa­sjo­nu­jący świat fi­lo­zo­fii arab­skiej i sta­ro­żyt­nej, zwłasz­cza od­kry­wa­nej wła­śnie fi­lo­zo­fii sa­mego – jak za­częto mó­wić – Fi­lo­zofa, czyli Ary­sto­te­lesa. Być może au­tor ten był już znany Akwi­na­cie ze stu­diów w Ne­apolu, lecz do­piero te­raz za­częło się od­kry­wa­nie istot­nych po­kła­dów jego my­śli.

Mają oczy­wi­ście ra­cję bio­gra­fo­wie To­ma­sza, któ­rzy wska­zują na ogromne zna­cze­nie tego spo­tka­nia z fi­lo­zo­ficzną my­ślą Ary­sto­te­lesa. Mają także ra­cję ci, któ­rzy – wbrew obie­go­wej opi­nii – pod­kre­ślają, że to spo­tka­nie nie za­owo­co­wało ja­kimś „ochrzcze­niem” po­gań­skiego Fi­lo­zofa, lecz za­sad­ni­czo nową i ory­gi­nalną wer­sją fi­lo­zo­fii re­ali­stycz­nej. In­nymi słowy wa­lor my­śli Akwi­naty nie po­lega po pro­stu na tym, że upra­wiał chrze­ści­jań­ską wer­sję ary­sto­te­li­zmu. To­masz, ko­rzy­sta­jąc i z Ary­sto­te­lesa, i ze śre­dnio­wiecz­nej fi­lo­zo­fii arab­skiej, i z neo­pla­toń­skiej tra­dy­cji, re­pre­zen­to­wa­nej na przy­kład przez św. Au­gu­styna, otwo­rzył wła­snymi si­łami nowy etap re­flek­sji i sfor­mu­ło­wał ory­gi­nalną dok­trynę fi­lo­zo­ficzną. W XX wieku zwrócą uwagę na tę ory­gi­nal­ność hi­sto­rycy fi­lo­zo­fii, na czele z Etienne’em Gil­so­nem, któ­rego To­mizm warto wspo­mnieć jako ewen­tu­alny na­stępny krok po lek­tu­rze książki Che­ster­tona.

Od czasu stu­diów u św. Al­berta Akwi­nata „za­mieszka” już na stałe we wspól­no­cie uni­wer­sy­tec­kiej. Jego ka­riera wy­kła­dowcy za­pro­wa­dzi go dwu­krot­nie do Pa­ryża, ale także do ko­le­giów do­mi­ni­kań­skich w Rzy­mie i Ne­apolu. Pra­wie do sa­mej śmierci już nie­mal wy­łącz­nie wy­kła­dał, ko­men­to­wał, dys­ku­to­wał i dyk­to­wał.

Po­zo­stał po tym po­tężny do­ro­bek au­tor­ski – cała bi­blio­teka dzieł fi­lo­zo­fu­ją­cego teo­loga, któ­rych spi­sa­nie było moż­liwe tylko dzięki po­łą­cze­niu jego oso­bi­stego ge­niu­szu i dys­cy­pliny z pracą in­sty­tu­cji uni­wer­sy­tec­kiej, a także pracą jego se­kre­ta­rzy. Na tle ogrom­nych prze­strzeni ko­men­ta­rzy (do Pi­sma Świę­tego i dzieł fi­lo­zo­ficz­nych Ary­sto­te­lesa) i po­świę­co­nych róż­nym za­gad­nie­niom tak zwa­nych kwe­stii dys­ku­to­wa­nych – nie­wąt­pli­wie naj­słyn­niej­sze są jego ca­ło­ściowe wy­kłady „na­uki świę­tej”, w tym zwłasz­cza Suma teo­lo­gii. Za­mie­rzona po­cząt­kowo jako skromny pod­ręcz­nik dla „po­cząt­ku­ją­cych” stu­den­tów teo­lo­gii, na pewno w wielu miej­scach prze­kro­czyła te ramy. Uży­wa­jąc udo­sko­na­lo­nej w XIII wieku tech­niki dys­puty (w któ­rej tak dużo za­leży od za­da­nia cel­nego py­ta­nia oraz zgro­ma­dze­nia „za” i „prze­ciw”), Akwi­nata prze­cho­dzi po ko­lei wszyst­kie kwe­stie, po­świę­cone ko­lejno Bogu, dziełu stwo­rze­nia, anio­łom, czło­wie­kowi, ce­lowi osta­tecz­nemu i szczę­ściu, uczyn­kowi ludz­kiemu, uczu­ciom, cno­tom i wa­dom – aby w ostat­niej czę­ści dzieła za­jąć się Chry­stu­sem – jako Bo­giem i czło­wie­kiem – oraz sa­kra­men­tami i rze­czami osta­tecz­nymi. Po­dzi­wiano nie­raz nie tylko ja­kość ro­zu­mo­wa­nia i wy­kładu To­ma­sza, ale też prze­my­ślaną „ar­chi­tek­turę” Sumy: plan tego utworu był na tyle przej­rzy­sty, że cho­ciaż au­tor nie zdo­łał go ukoń­czyć oso­bi­ście, bra­ku­jące ele­menty koń­cowe mógł uzu­peł­nić jego se­kre­tarz, „wy­ci­na­jąc” od­po­wied­nie frag­menty z po­dob­nego dzieła wcze­śniej­szego.

Ak­tyw­ność na­ukowa św. To­ma­sza – która była prze­cież spo­so­bem jego uświę­ce­nia – zo­stała kilka mie­sięcy przed śmier­cią prze­rwana wy­da­rze­niem do dziś trud­nym do zin­ter­pre­to­wa­nia. Szó­stego grud­nia 1273 roku w cza­sie od­pra­wia­nia Mszy świę­tej zo­stał na­gle po­ra­żony przez coś, co go do głębi po­ru­szyło i od­mie­niło (mira mu­ta­tione). Po­tem za­prze­stał cał­ko­wi­cie pi­sa­nia i wy­kła­dów, a na­wet po­padł w swo­iste odrę­twie­nie. Na py­ta­nie za­nie­po­ko­jo­nego se­kre­ta­rza od­po­wie­dział tylko: „Re­gi­nal­dzie, nie mogę, po­nie­waż wszystko, co na­pi­sa­łem, wy­daje mi się jak słoma”[1].

Od chwili tego ta­jem­ni­czego wy­da­rze­nia nikt nie wi­dział już św. To­ma­sza przy jego zwy­kłej pracy. Wi­dziano go na­to­miast mo­dlą­cego się, a tuż przed śmier­cią Akwi­naty zgro­ma­dzeni świad­ko­wie usły­szeli jesz­cze od niego wiele „wspa­nia­łych rze­czy” o wie­rze w re­alną obec­ność Chry­stusa w Eu­cha­ry­stii. Zmarł nie­długo po­tem, 7 marca 1274 roku.

Praca aka­de­micka była dla wy­bit­nego teo­loga spo­so­bem jego uświę­ce­nia. Św. Do­mi­nik, za­ło­ży­ciel Za­konu Ka­zno­dziej­skiego, chciał mó­wić za­wsze cum Deo aut de Deo – „z Bo­giem lub o Bogu”. Za­sada ta była nie­wąt­pli­wie ważna także dla św. To­ma­sza. Jed­nak nie na darmo Che­ster­ton na­zywa Akwi­natę „św. To­ma­szem od stwo­rze­nia”. Ow­szem, o ile u pod­staw jego ak­tyw­no­ści na­uko­wej znaj­duje się ta sama teo­cen­tryczna za­sada, która kształ­to­wała wcze­śniej­szych mi­strzów chrze­ści­jań­stwa – św. Au­gu­styna czy św. An­zelma – o tyle jej roz­wi­nię­cie, wy­kar­mione fi­lo­zo­ficz­nym re­ali­zmem Ary­sto­te­lesa (i za­pewne me­to­do­lo­gicz­nym re­ali­zmem św. Al­berta), było nieco od­mienne. Św. To­masz „od stwo­rze­nia” po­dą­żał w fi­lo­zo­fii dro­gami za­ufa­nia do naj­głęb­szej na­tury rze­czy stwo­rzo­nych i pra­gnie­nia po­zna­nia rzą­dzą­cych nią przy­czyn, uspra­wie­dli­wia­ją­cych re­al­ność i dzia­ła­nie. Ta ge­ne­ralna in­tu­icja jest z re­guły obecna w tek­stach wszyst­kich czo­ło­wych au­to­rów chrze­ści­jań­skich – ale nie zna­la­zła ni­gdy uwy­raź­nie­nia tak do­sko­na­łego i tak prze­ni­kli­wie re­ali­stycz­nego, jak w dziele św. To­ma­sza, za­ra­zem fi­lo­zofa i teo­loga.

W związku z jego dzie­łem po­wta­rza się czę­sto po­wie­dze­nie, cy­to­wane też prze­zeń, że „ła­ska Boża nie usuwa na­tury, lecz ją oczysz­cza i udo­sko­nala”. Dla­tego to wni­ka­nie w prawdę o na­tu­rze stwo­rzeń i ro­zu­mie­nie na­tu­ral­nych mo­ty­wów dzia­ła­nia ludz­kiego ni­gdy nie jest obo­jętne zdro­wej teo­lo­gii ka­to­lic­kiej. Akwi­nata na­leży do czo­łówki au­to­rów, któ­rzy po­zo­stali wierni tej za­sa­dzie. Dzięki temu mamy w jego my­śli cier­pliwe i kie­ro­wane zdrową cie­ka­wo­ścią prawdy do­cie­ka­nia nie tylko na te­mat Trójcy Świę­tej, hie­rar­chii aniel­skich, aktu wiary, zjed­no­cze­nia bó­stwa i czło­wie­czeń­stwa w Chry­stu­sie itp. – ale też na te­mat jed­no­ści psy­cho­fi­zycz­nej czło­wieka, po­wią­za­nia uczuć i spraw­no­ści, pracy ludz­kiego in­te­lektu, su­mie­nia, struk­tury de­cy­zji itp.

Jako teo­re­tyk, czyli ba­dacz struk­tury rze­czy­wi­sto­ści, To­masz wy­róż­nia się uwagą przy­ło­żoną do sa­mego faktu od­ręb­nego, zróż­ni­co­wa­nego by­to­wa­nia wie­lo­ści rze­czy – które wszyst­kie za­wdzię­czają akt ist­nie­nia Bogu jako pierw­szej przy­czy­nie spraw­czej. Jako ana­li­tyk prak­tyki mo­ral­nej czło­wieka, czyli etyk, umie zaś po­łą­czyć za­sadę he­ge­mo­nii in­te­lektu z sub­tel­nym roz­po­zna­niem wpływu uczuć, spraw­no­ści i prawa na po­stę­po­wa­nie ludz­kie.

Li­sta roz­ma­itych za­sług św. To­ma­sza mo­głaby być długa. Ogra­niczmy się do pod­kre­śle­nia tego, że jego myśl wy­raża ka­to­licką har­mo­nię na­tury i ła­ski: z jed­nej strony nie od­biera ni­gdy zna­cze­nia temu, co na­tu­ralne i do­cze­sne – lecz za­wsze na tle pry­matu Boga i nad­przy­ro­dzo­no­ści. Istotna jest u au­tora Sumy teo­lo­gii scho­la­styczna umie­jęt­ność łą­cze­nia wiary i ro­zumu, a więc rów­nież fi­lo­zo­fii i teo­lo­gii.

O zwią­za­nej z tym „nie­prze­mi­ja­ją­cej no­wo­ści my­śli św. To­ma­sza z Akwinu” na­ucza w spo­sób au­to­ry­ta­tywny pa­pież Jan Pa­weł II w en­cy­klice Fi­des et ra­tio: „To­masz uznaje, że na­tura – wła­ściwy przed­miot ba­dań fi­lo­zo­fii – może się przy­czy­nić do zro­zu­mie­nia Bo­żego Ob­ja­wie­nia. Wiara za­tem nie lęka się ro­zumu, ale szuka jego po­mocy i po­kłada w nim uf­ność. Jak ła­ska opiera się na na­tu­rze i po­zwala jej osią­gnąć peł­nię [S. Th., I, 1, 8 ad 2], tak wiara opiera się na ro­zu­mie i go do­sko­nali. Ro­zum oświe­cony przez wiarę zo­staje uwol­niony od ułom­no­ści i ogra­ni­czeń, któ­rych źró­dłem jest nie­po­słu­szeń­stwo grze­chu, i zy­skuje po­trzebną moc, by wznieść się ku po­zna­niu ta­jem­nicy Boga w Trójcy Je­dy­nego. Choć Dok­tor Aniel­ski pod­kre­ślał z mocą nad­przy­ro­dzony cha­rak­ter wiary, nie za­po­mi­nał też o war­to­ści, jaką jest ro­zum­ność wiary; prze­ciw­nie, umiał pod­dać ją głę­bo­kiej ana­li­zie i do­kład­nie okre­ślić jej sens... Z tego wła­śnie po­wodu Ko­ściół słusz­nie przed­sta­wiał za­wsze św. To­ma­sza jako mi­strza sztuki my­śle­nia i wzór wła­ści­wego upra­wia­nia teo­lo­gii” (n. 43).

Nie dziwi, że my­śli­ciel o ta­kich wa­lo­rach był wie­lo­krot­nie wy­róż­niany przez Ko­ściół i wska­zy­wany jako wzór czy prze­wod­nik. Co prawda bez­po­śred­nio po jego śmierci ad­wer­sa­rze i prze­ciw­nicy z in­nych szkół teo­lo­gicz­nych sta­rali się rzu­cić na Akwi­natę cień oskar­że­nia o zbyt­nie no­wa­tor­stwo. Ale jego ka­no­ni­za­cja, czyli uzna­nie oso­bi­stej świę­to­ści, przy­szło dość szybko (w 1323 roku). W erze po So­bo­rze Try­denc­kim To­masz zo­stał ogło­szony dok­to­rem Ko­ścioła (1567), a więc umiesz­czony na li­ście tych świę­tych teo­lo­gów, któ­rych uznano za pew­nych prze­wod­ni­ków w kwe­stiach wiary. Od tego czasu nie­ustan­nie Ko­ściół wska­zuje go jako wzór – szcze­gól­nie wy­raź­nie w trzech en­cy­kli­kach: Aeterni Pa­tris Le­ona XIII (1879), Stu­dio­rum du­cem Piusa XI (1923) i Fi­des et ra­tio Jana Pawła II (1999). W do­ku­men­tach ko­ściel­nych na­zy­wano św. To­ma­sza „Dok­to­rem Po­wszech­nym” (Do­ctor Com­mu­nis) – jakby dla pod­kre­śle­nia, że uzy­skał mi­strzo­stwo nie tylko w jed­nej wy­spe­cja­li­zo­wa­nej dzie­dzi­nie (jak wielu in­nych dok­to­rów Ko­ścioła), lecz nie­jako w ca­łej mą­dro­ści.

Je­śli cho­dzi o do­ko­ny­waną współ­cze­śnie ocenę do­robku św. To­ma­sza z Akwinu jako my­śli­ciela, jest zna­mienne, że na­wet same po­chwały by­wają bar­dzo różne: o ile dla jed­nych Dok­tor Po­wszechny jest ge­nial­nym twórcą wiel­kiej re­wo­lu­cji po­ję­cio­wej, o tyle dla dru­gich wciela przede wszyst­kim ideał po­nad­cza­so­wej „fi­lo­zo­fii wie­czy­stej”; o ile dla jed­nych jest wciąż nie dość od­kry­tym pro­ro­kiem no­wych cza­sów (zgoła „mo­der­ni­stą” wśród współ­cze­snych so­bie kon­ser­wa­tyw­nych teo­lo­gów au­gu­sty­ni­ków), o tyle dla dru­gich uosa­bia ge­niusz za­sie­dzia­łej w dzie­jach Eu­ropy cy­wi­li­za­cji chrze­ści­jań­skiej, chri­stia­ni­tas, z jej apo­geum po­kry­wa­ją­cym się cza­sowo ze „zło­tym wie­kiem scho­la­styki”. Co­kol­wiek by po­wie­dzieć o zwią­za­nych z tymi po­chwa­łami bie­gu­nowo róż­nych sta­no­wi­skach i mo­ty­wa­cjach, wszystko to wska­zuje na bo­gac­two dzie­dzic­twa To­ma­szo­wego.

We wspo­mnia­nych tu po­chwa­łach wielu spła­cało oso­bi­sty dług wdzięcz­no­ści wo­bec Dok­tora Aniel­skiego – gdyż zwłasz­cza w końcu XIX wieku i w na­stęp­nych dzie­się­cio­le­ciach bar­dzo wiele ży­wych umy­słów i twór­czych oso­bo­wo­ści znaj­do­wało opar­cie czy dro­go­wskaz w od­kry­ciu To­ma­sza i jego Sumy. Nie­je­den do­słow­nie na­wra­cał się na wiarę i do Ko­ścioła dzięki temu od­kry­ciu, zda­jąc so­bie sprawę, że ge­niusz Akwi­naty musi być owo­cem cze­goś znacz­nie wię­cej niż oso­bi­sty ta­lent i duch epoki.

Coś z tego od­kry­cia i po­czu­cia długu wdzięcz­no­ści mamy też w Świę­tym To­ma­szu z Akwinu Che­ster­tona. Na­wró­cony przez za­chwyt dla or­to­dok­sji i wier­ność zdro­wemu roz­sąd­kowi, au­tor tej książki nie­wąt­pli­wie zo­ba­czył w Akwi­na­cie – po­nad epo­kami – wiel­kiego po­bra­tymca i to­wa­rzy­sza drogi, a ra­czej tego, kto w dro­dze nie­sie po­chod­nię dla in­nych. Ta po­chod­nia – którą Che­ster­ton bie­rze z rąk To­ma­sza i nią cza­sami nie­źle wy­ma­chuje – świeci także dla lu­dzi obec­nego czasu.

dr Pa­weł Mil­ca­rek

SŁOWO WSTĘPNE

Ni­niej­sza książka nie pre­ten­duje do miana cze­goś wię­cej niż po­pu­larny szkic na te­mat wy­jąt­ko­wej po­staci hi­sto­rycz­nej za­słu­gu­ją­cej na więk­szą po­pu­lar­ność. Jej cel zo­sta­nie osią­gnięty, je­śli skłoni tych, któ­rzy za­le­d­wie sły­szeli o św. To­ma­szu z Akwinu, do się­gnię­cia po lep­sze książki na jego te­mat. To nie­unik­nione ogra­ni­cze­nie ma jed­nak pewne kon­se­kwen­cje, które chyba le­piej od razu wziąć pod uwagę.

Pierw­sza kon­se­kwen­cja jest taka, że zwra­cam się w du­żej mie­rze do tych, któ­rzy nie przy­na­leżą do wspól­noty wy­zna­nio­wej św. To­ma­sza i być może in­te­re­sują się nim tak, jak ja in­te­re­so­wał­bym się Kon­fu­cju­szem czy Ma­ho­me­tem. Jed­nak sama ko­niecz­ność przed­sta­wie­nia wy­ra­zi­stego szkicu wy­maga uka­za­nia, gdzie od­cina się on od in­nych my­śli, po­mię­dzy my­ślą­cymi ina­czej. Je­śli pi­sał­bym szkic o Nel­so­nie prze­zna­czony głów­nie dla ob­co­kra­jow­ców, mu­siał­bym za­pewne szcze­gó­łowo wy­ja­śniać wiele spraw oczy­wi­stych dla każ­dego An­glika, na­to­miast po­mi­nąć, gwoli zwię­zło­ści, wiele szcze­gó­łów, które wielu An­gli­ków chcia­łoby po­znać. By­łoby jed­nak bar­dzo trudno na­pi­sać bar­dzo żywą i po­ru­sza­jącą opo­wieść o Nel­so­nie, cał­ko­wi­cie za­ta­ja­jąc, że wal­czył z Fran­cu­zami. Po­dob­nie da­remna by­łaby próba na­pi­sa­nia szkicu o św. To­ma­szu z po­mi­nię­ciem tego, że wal­czył z he­re­ty­kami, ale fakt ten może sam w so­bie utrud­nić osią­gnię­cie celu, w ja­kim zo­stał użyty. Mogę je­dy­nie wy­ra­zić na­dzieję, a na­wet prze­ko­na­nie, że ci, któ­rzy uwa­żają mnie za he­re­tyka, nie będą wi­nić mnie za wy­ra­ża­nie wła­snych prze­ko­nań, a tym bar­dziej za wy­ra­ża­nie prze­ko­nań mo­jego bo­ha­tera. Jest tylko je­den punkt, w któ­rym kwe­stia ta do­ty­czy mo­jej bar­dzo pro­stej nar­ra­cji. Cho­dzi o prze­ko­na­nie, które wy­ra­żam raz czy drugi w tej książce, że szes­na­sto­wieczna schi­zma była tak na­prawdę spóź­nioną re­woltą trzy­na­sto­wiecz­nych pe­sy­mi­stów. Była ude­rze­niem po­wra­ca­ją­cej fali sta­rego au­gu­stiań­skiego pu­ry­ta­ni­zmu prze­ciwko ary­sto­te­le­sow­skiej wiel­ko­dusz­no­ści. Bez tego nie mógł­bym osa­dzić w hi­sto­rii opi­sy­wa­nej przeze mnie po­staci hi­sto­rycz­nej. Ca­łość zo­stała po­my­ślana jako orien­ta­cyjny szkic po­staci z kra­jo­bra­zem w tle, a nie jako kra­jo­braz z po­sta­ciami.

Druga kon­se­kwen­cja jest taka, że w ta­kim uprosz­cze­niu trudno po­wie­dzieć o fi­lo­zo­fie coś wię­cej niż to, iż wy­zna­wał ja­kąś fi­lo­zo­fię. Za­mie­ści­łem je­dy­nie, by tak rzec, próbki jego fi­lo­zo­fii.

I wresz­cie ostat­nia kon­se­kwen­cja jest taka, że wła­ści­wie nie da się na­le­ży­cie przed­sta­wić jego teo­lo­gii. Pewna zna­joma dama się­gnęła po wy­bór my­śli św. To­ma­sza z ko­men­ta­rzem i za­częła z na­dzieją czy­tać roz­dział nie­win­nie za­ty­tu­ło­wany Pro­stota Boga. Na­stęp­nie odło­żyła książkę z wes­tchnie­niem i rze­kła: „Je­śli to ma być Jego pro­stota, to cie­kawe, jak wy­gląda Jego zło­żo­ność”. Z ca­łym sza­cun­kiem dla tego do­sko­na­łego to­mi­stycz­nego ko­men­ta­rza mu­szę stwier­dzić, że nie chciał­bym, żeby moja książka zo­stała odło­żona po pierw­szym rzu­cie oka z po­dob­nym wes­tchnie­niem. Przy­ją­łem sta­no­wi­sko, że bio­gra­fia jest wpro­wa­dze­niem do fi­lo­zo­fii, a fi­lo­zo­fia – do teo­lo­gii i że ja sam mogę je­dy­nie prze­pro­wa­dzić czy­tel­nika tuż poza pierw­szy roz­dział tej opo­wie­ści.

Po­nadto nie uwa­ża­łem za ko­nieczne brać pod uwagę tych kry­ty­ków, któ­rzy od czasu do czasu de­spe­racko sta­rają się przy­po­do­bać pu­blicz­no­ści przez przy­ta­cza­nie uryw­ków śre­dnio­wiecz­nej de­mo­no­lo­gii – w na­dziei, że uda się im prze­ra­zić współ­cze­snych od­bior­ców sa­mym tylko nie­zro­zu­mia­łym ję­zy­kiem. W moim prze­ko­na­niu każdy wy­kształ­cony czło­wiek wie, że Akwi­nata i wszy­scy mu współ­cze­śni – a także wszy­scy jego prze­ciw­nicy przez wiele ko­lej­nych stu­leci – wie­rzyli w de­mony i tym po­dobne fakty, ale nie uwa­ża­łem za sto­sowne wspo­mi­nać o nich z tej pro­stej przy­czyny, że nie do­dają one na­szemu por­tre­towi wy­ra­zi­sto­ści i wy­jąt­ko­wo­ści. Żadne z nich nie były ko­ścią nie­zgody mię­dzy pro­te­stanc­kimi i ka­to­lic­kimi teo­lo­gami przez wszyst­kie wieki ist­nie­nia ja­kiej­kol­wiek teo­lo­gii, a św. To­masz jako wy­znawca tych po­glą­dów nie wy­róż­niał się ni­czym poza tym, że wy­zna­wał je dość wstrze­mięź­li­wie. Nie oma­wia­łem tych spraw nie dla­tego, że mam ja­kiś po­wód, by je ukry­wać, ale dla­tego, że nie do­ty­czą one oso­bi­ście tej jed­nej osoby, którą mam za za­da­nie przed­sta­wić. I bez tego trudno zmie­ścić tak wielką po­stać w tak szczu­płych ra­mach.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

WSTĘP DO OBEC­NEGO POL­SKIEGO WY­DA­NIA
[1] Cyt. za: J.A. We­ishe­ipl OP, To­masz z Akwinu, tłum. Cze­sław We­so­łow­ski, W dro­dze, Po­znań 1985, s. 399.