Święty Franciszek z Asyżu - Gilbert Keith Chesterton - ebook

Święty Franciszek z Asyżu ebook

Gilbert Keith Chesterton

0,0

Opis

Chesterton napisał Świętego Franciszka z Asyżu jako swoją pierwszą książkę po nawróceniu na katolicyzm. W postaci świętego, podziwianej także przez niewierzących, widział most łączący Kościół ze współczesną kulturą.

Trudno wyobrazić sobie dwie bardziej odmienne postacie niż G.K. Chesterton i św. Franciszek z Asyżu. Pierwszy – człowiek olbrzymiej postury, miłośnik cygar, dobrego jedzenia i wesołej kompanii, szermierz słowa; drugi – drobny i szczupły, wyniszczony postami, nieufny wobec wiedzy książkowej. Mimo to łączy ich wiele: doświadczenie zwątpienia, które przezwyciężyła wiara, nonkonformizm wobec współczesnych sobie trendów oraz zachwyt nad dziełem stworzenia. Od obu możemy uczyć się miłości do każdego człowieka i przeżywania życia jako wielkiej przygody z Bogiem.

W Świętym Franciszku z Asyżu Chesterton ukazuje historię biedaczyny z Asyżu jako prawdziwy poemat, pełen dramatyzmu, ale bez teatralności. Autor prowadzi polemikę ze współczesnością, demaskując hipokryzję, zadufanie i przesądy, często skrywane pod maską postępowości i nowoczesności. Jednocześnie zaprasza nas byśmy spojrzeli bez uprzedzeń na średniowiecznego świętego, jego epokę i całą rzeczywistość.

Nowy przekład szkicu uzupełniają dwa teksty – jeden dotyczący sztuki Giotta, drugi o znaczeniu średniowiecza – oraz młodzieńczy wiersz „Trubadur Boży”, które pokazują trwały wpływ św. Franciszka na jednego z najwybitniejszych współczesnych obrońców wiary.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 199

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału – St. Francis of Assisi

Essay „Foreword to: Giotto: The Legend of St. Francis” was published in The Chesterton Review, the journal of the G.K. Chesterton Institute for Faith & Culture, (vol. XXV, no. 4, 1999), pp. 427-435. Essay „What the Middle Ages Meant to Europe” was published in The Chesterton Review, the journal of the G.K. Chesterton Institute for Faith & Culture, (vol. XXVI, no. 4, 2000), pp. 445-448. Poem „The Troubadour of God” was published in The Chesterton Review, the journal of the G.K. Chesterton Institute for Faith & Culture, (vol. XII, no. 4, 1986), pp. 435-43.

All translations published with permission from The Chesterton Review.

Copyright © for this edition by Fundacja Prodoteo, Warszawa 2026

Redaktor prowadzący – Jacek Fronczak

Redakcja i korekta – Joanna Morawska

Projekt okładki i stron tytułowych – Jadwiga Topolowska

Projekt graficzny książki – Stanisław Tuchołka • panbook.pl

Skład – Maria Anna Szyprzak

Opracowanie e-wydania – Karolina Kaiser •

Wydanie 1

ISBN 978-83-67634-84-7 (PDF)

ISBN 978-83-67634-83-0 (EPUB)

Fundacja Prodoteo

ul. Wybrzeże Gdyńskie 27

01-531 Warszawa

ebook dostępny na: contragentiles.pl/ksiegarnia

Wstęp do obecnego polskiego wydania

Święty Franciszek należy do częstych tematów w sztukach. I jednocześnie jest świętym przedstawianym na wiele sposobów.

Dostrzec to można jasno w bazylice Matki Bożej Anielskiej w Kalwarii Zebrzydowskiej[1]. Skoro to kościół franciszkański, siłą rzeczy musi być tu ołtarz Serafickiego Ojca. Taki ołtarz jest, trzeba się jednak długo wpatrywać, by dostrzec na nim Franciszka. Uwagę przykuwa jasna postać u dołu obrazu, ale skoro na głowie ma camauro, to raczej papież, a nie nasz święty. Obok są jeszcze dwie osoby. Ale czemu cała trójka patrzy w dół? W końcu zauważamy sylwetkę Biedaczyny z Asyżu. Święty zajmuje centralne miejsce płótna. Wyłania się on z mroków w założonym na głowę kapturze i z dłońmi ukrytymi w rękawach. Takie przedstawienie przypomina trochę styl Caravaggia, tylko że jest tu mniej światła niż u włoskiego mistrza.

Przenieśmy teraz wzrok wyżej, prawie pod sufit, by zobaczyć drugiego Franciszka. Fresk Włodzimierza Przerwy-Tetmajera jest pełen światła, ruchu i emocji. Prawie słychać dźwięk skrzypiec anioła akompaniującego świętemu, który chwali Boży majestat obecny w Jego dziełach, takich jak choćby tatrzańska sosna stanowiąca tło malowidła ściennego.

Dwa różne przedstawienia. A możemy dołożyć inne. Franciszek ikon, na których trzyma księgę – symbol mądrości, Ewangelii i opartej na tejże Ewangelii Reguły. Franciszkowi XX wieku towarzyszą najczęściej ptaszki, wilk albo gołąbek pokoju. Barokowe Franciszki z czaszką i krzyżem, medytujące na pustyni nad marnością życia i przebijane promieniami stygmatów. Który z tych obrazów przedstawia nam prawdziwego Poverella? Może wszystkie są prawdziwe? Może Franciszek to tak bogata osobowość, że trzeba niejednego płótna, by wyrazić jego życie? Zdrowy rozsądek podpowiada, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż nasze teorie na temat rzeczywistości, a stąd wnioskować możemy, że ta wieloaspektowość jest czymś pożądanym. Ten sam zdrowy rozsądek mówi nam jednak, że czasem nasze teorie mogą z ową rzeczywistością nie mieć nic wspólnego. Zatem oceniajmy mądrze.

Popatrzmy teraz na inne obrazy przedstawiające św. Franciszka – te malowane piórem. Już średniowieczne biografie pokazują, że spór o to, jaki naprawdę był Biedaczyna, nie zaczął się w czasach współczesnych. Niewątpliwie jednak znacznie się nasilił, szczególnie po 1894 roku, kiedy to Paul Sabatier w Vie de S. François d’Assise przedstawił nam obraz człowieka niezwykłego, przełamującego schematy, lecz z czasem przez te zastane struktury stłamszonego. Franciszek Sabatiera to jasny punkt na ciemnym i ponurym tle opresyjnego Kościoła. Ten wizerunek jest nam doskonale znany, bo na nim oparł swój wstęp do przekładu Kwiatków Leopold Staff. Możemy się z niego dowiedzieć, że „Rzym musiał ruchowi nowemu narzucić pęta i uczynić go powolnym narzędziem w swym ręku”, jak również że Reguła „z pierwowzorem swym ma wspólne tylko imię Franciszka”[2]. W ten sposób Sabatier i Staff stali się przekazicielami idei braci spirytualnych z przełomu XIII i XIV wieku, którzy swoją specyficzną wizję Franciszka i franciszkanizmu pragnęli narzucić innym za wszelką cenę. Stary spór ożył pod nową nazwą „kwestii franciszkańskiej”. Archiwariusze przetrząsali stare rękopisy, a uczeni spierali się o interpretacje i wizje. Polemika ta na swój sposób przypomina Leben-Jesu-Forschung, poszukiwania historycznego Jezusa[3], i nie bez znaczenia jest to, że obydwie dysputy są tak samo datowane: od końca XIX wieku aż po czasy dzisiejsze. Jest ewidentne, że na kształt obydwu wpływały te same siły. Samo ciśnie się na usta stwierdzenie, że wszelkie fakty o Jezusie czy Franciszku muszą ustąpić, gdy na scenę wchodzi badacz, który autorytarnie ogłasza prawdę niby o danej postaci, lecz w rzeczywistości o własnych przedzałożeniach. Z tego spostrzeżenia nie chcę czynić jednak ogólnej zasady. Jakiś życiorys, jakaś interpretacja faktów może być chora, nie znaczy to, że wszystkie cierpią na tę samą przypadłość. Oceniajmy mądrze. Niemniej uświadomienie sobie, że wszelka próba dotknięcia przeszłości może być naznaczona piętnem tkwiącej w mym umyśle teraźniejszości, to bardzo dobra rzecz. Uczy pokory.

Jak odczytuje Biedaczynę z Asyżu Chesterton? Skrótowo można powiedzieć, że po swojemu. Tak się jednak składa, że jest to stosowny klucz. Chesterton był bowiem katolikiem, i to takim, który mocno przemyślał katolicyzm, choć konwertował zaledwie rok przed wydaniem książki. Gdy piewcy humanizmu rozpoznają we Franciszku prekursora renesansu, a ekolodzy – świetlany przykład troski o środowisko naturalne, Chesterton we Franciszku spotkał swojego brata w wierze. Wszystko, czym Franciszek był, co czynił i mówił, wynikało przede wszystkim z wiary, głębokiej wiary w Tego, który przyjął „prawdziwe ciało naszego człowieczeństwa i naszej ułomności”[4]. Biedaczyna nie wierzył w jakiegoś Boga. Wierzył w Boga, który stał się człowiekiem. Gdy Franciszek budował pierwszą żywą szopkę; stawał przed papieżem (i przed sułtanem); kiedy zbierał kamienie na odbudowę kościółka św. Damiana, wszystko to było dla niego prostą konsekwencją faktu, że Słowo stało się Ciałem. Humanizm Franciszka nie wziął się skądinąd, jak z jego katolicyzmu. To właśnie jest dla Chestertona kluczem do jego biografii; nie w szczegółach opisu oczywiście, bo Chesterton nigdy w swoich książkach biograficznych (z autobiografią włącznie) detalami się nie przejmował. Skupiał się na odmalowaniu tego, czego nie da się ująć w suchym wyliczeniu dat i faktów.

Jedną z konsekwencji Wcielenia jest coś, co można by oddać w stwierdzeniu: ważne jest nie tylko to, co boskie, lecz także to, co ludzkie. Wiara, ale i sposób jej wyrażenia. To drugi biegun chestertonowego odczytania Franciszka „po swojemu”. Chesterton jako dziennikarz, pisarz, poeta, jako mistrz słowa spotkał kolegę po fachu, Bożego Trubadura, kogoś, kto nie tyle pisał poezję, co sam był poezją. Wszystkie jego gesty mają coś wspólnego z teatrem, przelewają się ekspresją, przemawiają i poruszają. Jest Franciszek nie tylko dzieckiem Kościoła, ale i dziedzicem tradycji minstrelów, a oba te nurty łączą się w jego pojemnym sercu.

Podobieństwo Franciszka i Chestertona nie kończy się na tym, że obaj mieli poetycką duszę. Była to bowiem poetyckość szczególnego rodzaju, którą za Wiktorem Szkłowskim określmy jako „udziwnienie”. W świecie, w którym przestaliśmy być artystami życia, gdzie skrzecząca pospolitość „włazi w usta, uszy, oczy”[5], nie dostrzegamy, jak niezwykłe może być to, co zwykłe. Co robi z takim światem poeta? Udziwnia. Pokazuje nam to, co dobrze znamy, lecz w taki sposób, jakbyśmy widzieli to pierwszy raz[6]. Gdy Trubadur Boży nazywa słońce „Panem Bratem”, pokazuje nam, że jest ono czymś więcej niż kulą plazmy i grawitacyjnym atraktorem. To samo czyni Chesterton w swoich powieściach, gdy każe nam lądować na brzegach Albionu jak na nieznanej wyspie albo wślizgiwać się przez okno do kochanki, którą okazuje się własna żona. Mnie osobiście z całej książki najgłębiej zapadła w pamięć właśnie ta metafora: jeśli chcesz dobrze patrzeć na świat, musisz stanąć na głowie.

Piotr Anicet Gruszczyński OFM

1Problem św. Franciszka

Szkic o św. Franciszku z Asyżu można napisać współczesnym językiem na jeden z trzech sposobów. Między nimi autor musi dokonać wyboru, przy czym trzeci sposób, przyjęty tutaj, wydaje się pod pewnymi względami najtrudniejszy. W każdym razie taki by się wydawał, gdyby dwa pozostałe nie okazały się po prostu niemożliwe.

Po pierwsze, autor mógłby potraktować tego wielkiego i najniezwyklejszego na świecie człowieka jako bohatera świeckiej historii i wzór cnót społecznych. Mógłby przedstawić owego boskiego demagoga jako jedynego całkiem szczerego demokratę, którym zapewne był w istocie. Mógłby napisać (choć niewiele z tego wynika), że św. Franciszek wyprzedził swoją epokę. Mógłby stwierdzić (całkiem zgodnie z prawdą), że św. Franciszek zapowiadał wszystko, co we współczesnej mentalności najbardziej liberalne i przyjazne: umiłowanie przyrody, umiłowanie zwierząt, zmysł wrażliwości społecznej, świadomość duchowych niebezpieczeństw dostatku, a nawet dobytku. Wszystkie te sprawy, których nie rozumiał nikt przed Wordsworthem, były dobrze znane św. Franciszkowi. I wszystko, co Tołstoj odkrył jako pierwszy, św. Franciszek już wcześniej przyjmował za pewnik. Można by go przedstawić jako bohatera nie tylko ludzkiego, ale wręcz humanitarnego; właściwie jako pierwszego bohatera humanizmu. Uznano go przecież niejako za gwiazdę zaranną renesansu. Wobec tego wszystkiego jego teologię ascetyczną można by pominąć lub zlekceważyć jako wypadek epoki, który na szczęście nie okazał się wypadkiem śmiertelnym. Wyznawaną przez niego religię można by uznać za przesąd, ale przesąd nieunikniony, z którego nawet geniusz nie zdołałby się całkowicie wyzwolić; wobec czego potępianie św. Franciszka za wyrzekanie się siebie albo przesadne krytykowanie go za zachowanie czystości byłoby niesprawiedliwe. To prawda, że nawet z tak niezaangażowanego punktu widzenia jego postać wciąż wyglądałaby heroicznie. Nadal dałoby się wiele powiedzieć o człowieku, który próbował zakończyć krucjaty rozmową z Saracenami lub wstawiał się za ptakami u samego cesarza. Autor mógłby opisać w duchu czysto historycznym całą tę wielką franciszkańską inspirację, której wpływ zaznaczył się w malarstwie Giotta, w poezji Dantego, w misteriach, które przyczyniły się do powstania współczesnego dramatu i w tak wielu innych zjawiskach docenionych już przez współczesną kulturę. Mógłby spróbować tego wzorem wcześniejszych autorów, niemal bez poruszania jakichkolwiek kwestii religijnych. Krótko mówiąc, mógłby chcieć opowiedzieć historię świętego bez Boga, co przypominałoby nakaz spisania życiorysu Nansena bez najmniejszej wzmianki o biegunie północnym.

Po drugie, autor mógłby popaść w przeciwną skrajność i wybrać niejako bezczelną bogobojność. Mógłby obrać teologiczny entuzjazm za swój wyłączny motyw przewodni, tak jak był on wyłącznym motywem dla pierwszych franciszkanów. Mógłby potraktować religię jako rzeczywiste zjawisko, tak jak traktował ją rzeczywisty Franciszek z Asyżu. Czerpałby niejako surową radość z demonstrowania paradoksów ascezy i świętej pokory wywracającej świat do góry nogami. Na całej historii wycisnąłby piętno stygmatów, a posty wyliczał jak starcia ze smokiem, aż mglisty współczesny umysł uznałby św. Franciszka za postać nie mniej mroczną od św. Dominika. Krótko mówiąc, przedstawiłby coś, co wielu w naszym świecie uznałoby za rodzaj fotograficznego negatywu, za odwrócenie wszystkich blasków i cieni; coś, co głupim wydałoby się nieprzeniknione jak ciemność i nawet dla wielu mędrców byłoby ledwie dostrzegalne, jakby napisane srebrem na białym tle. Takie studium św. Franciszka byłoby nieczytelne dla tego, kto nie podziela jego religii i może jedynie częściowo czytelne dla tego, kto nie podziela jego powołania. Zależnie od instancji wydającej wyrok, uznano by je albo za nazbyt podłe, albo za nazbyt szlachetne dla świata. Jedna trudność z wykonaniem tego zadania to jego niewykonalność. Żeby napisać żywot świętego, trzeba samemu być świętym. W obecnym przypadku zaś obiekcji wobec obrania tego kierunku nie sposób pokonać.

Po trzecie, autor może próbować zrobić to, czego ja sam się tu podjąłem; jak już wspomniałem, wybór ten pociąga za sobą pewne szczególne trudności. Pisarz może zająć stanowisko zwykłego współczesnego obserwatora i badacza, skoro nadal w dużej mierze je podziela, a niegdyś bez reszty mu hołdował. Może wyjść z punktu widzenia kogoś już podziwiającego św. Franciszka, ale jedynie za to, co taki ktoś uważa za godne podziwu. Innymi słowy: ma prawo przyjąć, że czytelnik jest przynajmniej tak oświecony jak Renan czy Matthew Arnold, a równocześnie światłem tego oświecenia próbować wyjaśnić to, co Renan i Matthew Arnold pozostawili okryte mrokiem. Może próbować użyć tego, co zrozumiałe, do wyjaśnienia tego, czego nie można zrozumieć. Czyli powiedzieć współczesnym angielskim czytelnikom: „Oto postać historyczna, która pociąga nas od dawna swoją wesołością, romantyczną wyobraźnią albo duchem uprzejmości i braterstwa, ale posiada także inne (najwyraźniej równie autentyczne i wyraźne) cechy, które w waszych oczach wyglądają całkiem obco i odpychająco. Ostatecznie jednak był to jeden człowiek, a nie pół tuzina ludzi. Tam, gdzie wy widzicie brak konsekwencji, on wcale jej nie dostrzegał. Przekonajmy się, czy to, co już rozumiemy, pomoże nam pojąć resztę, dziś okrytą jakby podwójnym cieniem – z powodu jej posępnej natury oraz ironicznej odmienności”. Nie chcę przez to rzecz jasna powiedzieć, że faktycznie osiągnę tę psychologiczną pełnię w moim skromnym, lakonicznym szkicu. Chodzi mi raczej o to, że nie przyjmuję żadnych kontrowersyjnych założeń poza jednym: zwracania się do życzliwego widza. Nie oczekuję z jego strony ani mniejszej, ani większej aprobaty. Materialista może nie dbać o to, czy niespójności uda się pogodzić. Katolik może nie dostrzegać żadnych niespójności wymagających pogodzenia. Zwracam się tu jednak do zwykłego współczesnego człowieka, nastawionego życzliwie, choć sceptycznie, i mogę jedynie żywić dość mglistą nadzieję, że podejście do historii wielkiego świętego od strony tego, co bezsprzecznie barwne i powszechnie lubiane, być może pozwoli czytelnikowi zrozumieć nieco lepiej niż przedtem spójność całej postaci; że takie podejście da nam choćby blade pojęcie o tym, dlaczego poeta, wysławiający jako swego pana słońce, tak często chował się w ciemnej grocie, albo dlaczego święty, który tak łagodnie traktował brata wilka, tak ostro odnosił się do brata osła (jak przezywał własne ciało); dlaczego trubadur, który twierdził, że jego serce płonie miłością, stronił od kobiet; dlaczego śpiewak wysławiający siłę i wesołość ognia celowo tarzał się w śniegu; dlaczego pieśń wołająca z iście pogańską namiętnością: „Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę naszą matkę ziemię, która […] wydaje różne owoce z barwnymi kwiatami i trawami” niemal kończy się słowami: „Pochwalony bądź, Panie mój, przez siostrę naszą, śmierć cielesną”[7].

Renan i Matthew Arnold zupełnie nie zdali tego egzaminu. Wystarczyło im, że towarzyszyli Franciszkowi z pochwałą na ustach, dopóki nie zatrzymały ich własne uprzedzenia – uparte uprzedzenia sceptyków. Gdy tylko Franciszek robił coś, czego nie rozumieli albo co im się nie podobało, wcale nie próbowali tego zrozumieć, ani tym bardziej polubić; po prostu odwracali się do całej tej sprawy plecami i „więcej z nim nie chodzili”. W ten sposób nikt nie posunie się ani o krok na ścieżce historycznych dociekań. Ci dwaj sceptycy byli doprawdy zmuszeni porzucić całą opowieść w rozpaczy, nie dostrzegając w tej najprostszej i najszczerszej z postaci historycznych nic poza kłębowiskiem sprzeczności, zasługującym na pochwałę tak jak zepsute jajko, które wikary – poczęstowany nim przez biskupa – określił z grzeczności jako „częściowo dobre”. Arnold wspomina ascezę Alverno niemal z pośpiechem, jak gdyby była to nieszczęsna, lecz niezaprzeczalna skaza na tak pięknej historii, czy też raczej żałosne załamanie i niedorzeczny patos u jej kresu. Otóż zdradza to całkowitą ślepotę na sedno opowieści w ogóle. Przedstawić górę Alverno jako zwyczajne fiasko Franciszka to nic innego, jak przedstawić Kalwarię jako zwyczajne fiasko Chrystusa. Obie te góry są poza wszystkim innym właśnie górami i nie ma sensu twierdzić (jak Czerwona Królowa z książki O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra), że w porównaniu z innymi górami trzeba by uznać je za doliny[8]. Miały one bowiem całkiem wyraźnie stanowić momenty kulminacyjne i punkty odniesienia. Traktować stygmaty jako swego rodzaju skandal, być poruszonym do głębi, ale tylko ich bólem, to dokładnie to samo, co uznawać pięć ran Jezusa Chrystusa za pięć plam na Jego charakterze. Można nie darzyć sympatią idei ascetyzmu, podobnie jak idei męczeństwa; można nawet odczuwać całkiem uczciwą i naturalną niechęć do całej koncepcji ofiary symbolizowanej przez krzyż. Jeśli jednak jest to rozumna niechęć, to nie traci się przez nią zdolności dostrzegania sedna całej historii: historii męczennika czy choćby historii mnicha. Nie da się racjonalnie interpretować Ewangelii, jeśli uznaje się Ukrzyżowanie za postscriptum, przykry kontrast albo wypadek w życiu Chrystusa; jest to oczywiste sedno całej opowieści, rysujące się równie ostro jak miecz – ten miecz, który przeniknął serce Bożej Rodzicielki.

Nie da się też racjonalnie interpretować historii człowieka przedstawianego jako Zwierciadło Chrystusa, jeśli się nie pojmuje ostatniej fazy jego życia jako Męża Boleści i przynajmniej z artystycznego punktu widzenia nie docenia stosowności otrzymania przez niego, w obłoku tajemnicy i odosobnienia, niezadanych ręką ludzką, nieuleczalnych wiekuistych ran, które uzdrawiają świat.

Sugestię praktycznego pogodzenia wesołości i surowości muszę pozostawić samej opowieści. Skoro jednak wspomniałem Matthew Arnolda, Renana i innych racjonalistycznych wielbicieli św. Franciszka, postaram się tu podpowiedzieć, co moim zdaniem powinni zachować w pamięci czytelnicy tego pokroju. Owi znakomici pisarze widzieli w stygmatach przeszkodę, bo religia ich zdaniem stanowiła rodzaj filozofii. Traktowali ją jak coś bezosobowego, podczas gdy jedyną najbliższą ziemską paralelę tego zjawiska stanowi jak najbardziej osobista namiętność. Człowiek zwykle nie tarza się w śniegu z powodu jakiejś tendencji, zgodnie z którą wszystkie rzeczy spełniają prawo swego istnienia. Nie obywa się bez jedzenia w imię czegoś – innego niż my sami – co kieruje się ku sprawiedliwości. Robi natomiast takie i tym podobne rzeczy pod wpływem całkiem innego impulsu. Robi je, gdy jest zakochany. Pierwszy fakt, jaki trzeba uświadomić sobie w związku ze św. Franciszkiem, koresponduje z pierwszym faktem rozpoczynającym jego historię: że gdy wpierw nazwał się trubadurem, a potem oznajmił, że jest trubadurem nowszego i szlachetniejszego rodzaju romantycznej pieśni, nie używał metafory, ale rozumiał sam siebie lepiej niż owi uczeni. Franciszek był, aż po ostatnią agonię ascezy, właśnie trubadurem. Był zakochany. Zakochany w Bogu oraz szczerze i prawdziwie zakochany w ludziach; to drugie powołanie mistyczne występuje zapewne o wiele rzadziej. Ktoś zakochany w ludziach to niemal całkowite przeciwieństwo filantropa; w rzeczy samej pedantyczność tego greckiego słowa zawiera jakby wymierzoną w siebie satyrę. Można by rzec, że filantrop kocha antropoidów. Święty Franciszek nie kochał jednak ludzkości, tylko ludzi, tak samo jak nie kochał chrześcijaństwa, tylko Chrystusa. Kto chce, niech mówi, że był pomyleńcem zakochanym w zmyślonej osobie – w zmyślonej osobie jednak, a nie w zmyślonej idei. Najlepszej wskazówki do zrozumienia ascetyzmu i wszystkiego, co się z nim wiąże, dostarczają współczesnemu czytelnikowi historie zakochanych, którzy zachowywali się trochę jak pomyleńcy. Przedstawmy tę historię jako baśń o jednym z trubadurów i o szaleństwach, na jakie był gotowy dla damy swego serca, a zniknie cała jej współczesna zagadkowość. W takiej romantycznej opowieści nie byłoby sprzeczności między tym, że poeta zbiera kwiaty w blasku słońca, a tym, że znosi niewygody czuwania na mrozie i śniegu; między wysławianiem przezeń wszelkiego ziemskiego, cielesnego piękna a powstrzymywaniem się od jedzenia; między wysławianiem złota i purpury a przewrotnym chodzeniem w łachmanach; między żałosnym łaknieniem szczęśliwego życia a pragnieniem bohaterskiej śmierci. Łatwe rozwiązanie wszystkich tych zagadek stanowi prostota każdej szlachetnej miłości; ta miłość jednak była tak szlachetna, że dziewięciu na dziesięciu ludzi nawet o niej nie słyszało. Jak zobaczymy potem, podobieństwo św. Franciszka do ziemskiego zakochanego ma bardzo praktyczny związek z wieloma życiowymi problemami, takimi jak jego relacje z ojcem, przyjaciółmi i ich rodzinami. Współczesny czytelnik niemal na każdym kroku będzie się przekonywał, że gdyby tylko odbierał tę miłość jak coś rzeczywistego, odbierałby jego ekstrawagancje jak coś romantycznego. Zamieszczam tu tę wstępną uwagę, bo choć daleko jej do ostatecznej prawdy o całej sprawie, z pewnością jest to najlepsze do niej podejście. Czytelnikowi nie zaświta nawet sens opowieści słusznie robiącej na nim wrażenie wariactwa, dopóki nie zrozumie, że dla tego wielkiego mistyka religia nie była czymś w rodzaju teorii, tylko czymś w rodzaju przygody miłosnej. Ten wstępny rozdział ma jedynie na celu wyjaśnienie ograniczeń niniejszej książki, adresowanej wyłącznie do tej części współczesnego świata, która w św. Franciszku widzi pewien współczesny problem: adoruje go, a przy tym prawie nie akceptuje, czyli docenia świętego niemal pozbawionego świętości. Jedyne uzasadnienie podjęcia się przeze mnie próby wykonania tego zadania jest takie, że przez wiele lat sam przeżywałem różne etapy tego stanu ducha. Tysiące rzeczy, które dziś częściowo pojmuję, wydawałyby mi się wówczas całkiem niepojęte; wiele rzeczy, które dziś uznaję za świętość, tropiłbym wówczas jako kompletny zabobon; wiele rzeczy, które dziś, oglądane od środka, wydają mi się jasne i oświecone, uczciwie uznałbym za mroczne i barbarzyńskie dawno temu, kiedy patrzyłem na nie z zewnątrz – w dzieciństwie, gdy chwała św. Franciszka z Asyżu po raz pierwszy rozpaliła moją wyobraźnię. Ja także mieszkałem w Arkadii, ale nawet w Arkadii spotkałem kogoś w brązowym habicie, kto kochał lasy bardziej niż bożek Pan. Figurka w brązowym habicie stoi na gzymsie kominka w pokoju, gdzie piszę te słowa, i jest to jedyny taki wizerunek, który na żadnym etapie mojej pielgrzymki nie wydawał mi się obcy. Jakaś harmonia łączy blask ognia na kominku z tą pierwszą przyjemnością, jaką sprawiły mi jego słowa o bracie ogniu; wspomnienie jego osoby jest bowiem na tyle dawne, że miesza się z innymi, bardziej swojskimi marzeniami tych pierwszych dni. Nawet fantastyczne cienie rzucane przez ogień tworzą jakby pantomimę cieni rodem z dziecięcego pokoju; już wtedy jednak były to cienie jego ulubionych zwierząt i ptaków – takich, jakimi on je widział: groteskowych, lecz otoczonych aureolą Bożej miłości. Jego brat wilk i brat baranek zdawali mi się wtedy niemal tak bliscy jak Brat Lis i Brat Królik jakiegoś bardziej chrześcijańskiego Wuja Remusa[9]. Z wolna dostrzegałem wiele innych, wspanialszych cech tego człowieka, ale nigdy nie utraciłem owego dawnego spojrzenia. Jego postać stoi niejako na moście łączącym dzieciństwo z moim nawróceniem na wiele innych spraw, romantyzm jego religii przenikał bowiem nawet w głąb racjonalizmu tej mglistej wiktoriańskiej epoki. O tyle, o ile sam tego doświadczyłem, mogę poprowadzić innych troszeczkę dalej tą samą drogą, ale będzie to tylko troszeczkę dalej. Nikt nie wie lepiej niż ja teraz, że jest to droga, po której lękaliby się stąpać nawet aniołowie, ale choć jestem pewien porażki, nie paraliżuje mnie strach, bo mój bohater cierpliwie znosił głupców.

[1] Wnętrze bazyliki można obejrzeć na wirtualnym spacerze: https://kalwaria.wkraj.pl/html5/index.php?id=56421#56413/230,0

[2]Kwiatki świętego Franciszka z Asyżu, tłum. i wstęp L. Staff, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1978, s. 10, 12.

[3] Zob. A. Thompson, Franciszek z Asyżu. Nowa biografia, tłum. E. Kopocz, Wydawnictwo Franciszkanów „Bratni Zew”, Kraków 2013, s. 178.

[4] Św. Franciszek, św. Klara, Pisma, tłum. K. Ambrożkiewicz, Wydawnictwo „M”, Kraków 2015, s. 159.

[5] S. Wyspiański, Wesele, Kraków 1901, s. 50.

[6] Zob. A. Milbank, Chesterton and Tolkien as Theologians: The Fantasy of the Real, T&T Clark, 2009, s. 31–32.

[7]Pisma św. Franciszka z Asyżu, tłum. K. Ambrożkiewicz, Ojcowie Kapucyni, Warszawa 1976, s. 178 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[8] L. Carroll, O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra, tłum. M. Słomczyński, Świat Książki, Warszawa 2004, s. 33.

[9] Postacie z książki Uncle Remus J.C. Harrisa.