Światłocień - Bartłomiej Bożek - ebook
NOWOŚĆ

Światłocień ebook

Bartłomiej Bożek

0,0

Opis

Bartłomiej Bożek zaprasza swoich czytelników w niesamowitą podróż po zaułkach codzienności i zwykłego życia w stolicy Demokratycznej Republiki Konga – Kinszasie.

Światłocień ukazuje głębię i skomplikowane strony ludzkiej egzystencji.

W tej reporterskiej wyprawie odmienności kulturowe są pokazane przez pryzmat naocznego obserwatora. Autor dokładnie i precyzyjnie analizuje swoje przeżycia i doświadczenia, nie obawiając się przy tym konfrontacji z najdotkliwszymi problemami kongijskiego społeczeństwa.

Okazuje się, że można poznać Afrykę zupełnie na nowo.

A opisywany w Światłocieniu świat wydaje się tak żywy i prawdziwy, że można niemal go dotknąć…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 252

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bartłomiej Bożek

ŚWIATŁOCIEŃ

ŚWIATŁOCIEŃ

Text © Bartłomiej Bożek, 2026

Fotografie © Bartłomiej Bożek, 2026

Projekt okładki i DTP: Yulia Nikitina

Redaktor prowadząca: Barbara Szymanek

Redakcja: Angelika Kotowska

Korekta: Anna Fathi

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

Romana Dmowskiego 3/9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

ISBN 978-83-68590-37-1

„Często myślę, że noc jest bardziej żywa i bogaciej ubarwiona niż dzień”.

List 533

Arles, 1888

Vincent Willem van Gogh

Pierwsze słowo

Niniejsza książka jest w pełni subiektywnym zbiorem wspomnień z Afryki, spisanych przez pewnego człowieka. Nie rości sobie prawa do przedstawiania prawd obiektywnych dotyczących wspomnianej części świata ani praw uniwersalnych tam odkrytych, o ludzkości na ten przykład. Niektóre zawarte tu myśli mogą mieć taki wydźwięk dla czytelnika przede wszystkim ze względu na wybraną formę ekspresji. Po raz drugi jednak zaznaczę – takimi przekonaniami nie są…

Moim założeniem było spisanie luźno powiązanych doświadczeń, a celem przyświecającym następnym stronom jest przekazanie czytelnikowi pewnego rodzaju przeżycia. Całość jest więc achronologiczna i wyrywkowa. Z rzadka opisuję poszczególne postacie, a jeśli już – to ich imiona na potrzeby tej książki zostały zmienione.

Intencją piszącego jest próba sprowokowania reakcji wewnętrznej czytelnika. Narzędziami, które świadomie tu wybrałem, są sploty wypadków i emocji oraz całkowicie osobiste opisy wydarzeń z dorzuconymi – chciałoby się niemal napisać: prywatnymi – komentarzami. Może też, innymi słowy, chodziło o zaczepkę. Osoba czytająca te historie ma się czuć przeniesiona do przedstawionego świata dzięki zabiegowi „wciągania” jej w kolejne opisy.

Dlatego że Kinszasa to przeżycie.

Przekazanie osobistego odczucia jest operacją skomplikowaną. Wszak każde jest jednostkowe, inaczej subiektywne, niedostępne dla innych tak po prostu. Każda osoba ma swoje własne, unikalne przeżycia, niepodobne do tych będących udziałem innego człowieka. Wprowadzenie kogoś w nasze doświadczenia jest nie lada wyzwaniem – przez wielu uważanym za praktycznie i teoretycznie niemożliwe.

Czy wobec tego wyznaczyłem sobie za cel coś niemożliwego? Żadną miarą.

Takie próby były podejmowane przez wieki, przez reprezentantów różnych dziedzin. Od historiografów, przez polityków, po artystów. Idea im przyświecająca była często bardzo podobna: przekazać w pełni subiektywne przeżycie, komuś, kto tego nigdy nie doświadczył i prawdopodobnie nigdy nie doświadczy. Tak, żeby ta osoba mogła nie tylko zarejestrować intelektualnie wydarzenie z opisem i datą, nie tylko oddać swój głos w wyborach na kandydata, z którym prywatny system emocjonalny wydaje się tożsamo skonfigurowany, nie tylko przeczytać książkę.

Uchwycenie ulotnych wrażeń, zarejestrowanie ich w for­mie uniwersalnie dostępnej, a następnie wyeksponowa­nie – oto kolejne frazy opisujące w jeszcze inny sposób mój zamiar. Trafne i merytoryczne. Mające jednak drugie odniesienie – konkretne oraz samo w sobie będące dodatkowym wytłumaczeniem.

Wystarczy pomyśleć o płótnie przekazującym subiektywne odczucia malarza. Użyte kolory wzbudzają przelotne wrażenia. Zawarta w obrazie ekspresja wymaga jednak reakcji. Odczytywane ruchy pędzla wzywają obserwatora do przeżycia tego samego, czego mógł doświadczyć twórca.

Do podobnego doświadczenia estetycznego zapraszam również czytelnika Światłocienia. Nie chodziło mi bowiem o opowiedzenie określonej historii, dokładnie datowanej i opisanej w rygorystyczny sposób, zgodnie z zaistniałymi faktami czy normami akademickimi. Komponując poniższe zdania, chciałem dotknąć tej samej strefy egzystencji ludzkiej, której dotyka malarz poprzez płótno. Pragnąłem znaleźć kanał komunikacji przeżycia, jego utrwalenia i prezentacji.

Autor

Rozdział pierwszy Przylot

To było podczas jednego z tych upalnych letnich dni, kiedy po raz pierwszy decyzja o wylocie do Afryki zaczęła się urzeczywistniać. Byłem niedaleko Lyonu, w trakcie przygotowań do festiwalu młodych. Obsługa logistyczna struktury żywnościowej zajmowała mi całe dnie, często też wylewała się na długie wieczory i wczesne ranki. Zatwierdzałem zamówienia na kolejne dni, sprawdzałem daty dostaw, kontaktowałem się z samymi dostawcami. W pamięcie zapadł mi pewien Włoch, który był odpowiedzialny za sprzedaż z oddziału żywności suchej. Zawsze miał wiele do powiedzenia, szczególnie kiedy coś w dostawie było nie tak, na przykład gdy brakowało czegoś w zamówieniu albo gdy to zamówienie nie było dostarczane na czas. W takich wypadkach – oczywiście – nigdy on ani jego współpracownicy nie byli winni, tylko ja albo osoby, które składały zamówienie. I tak któregoś razu już nie mogłem wytrzymać jego opowieści o tym, jak to ciężko mu jest w tej pracy, więc zwyczajnie podniosłem głos w trakcie rozmowy telefonicznej, aż do krzyku, gdyż on sam nie miał nawet najmniejszej ochoty mnie słuchać. Jego celem było przekonanie mnie o mojej winie w sytuacji jego odpowiedzialności za spartaczenie zamówienia… Ale wróćmy może do wylotu do Afryki.

Zaproponowano mi polecieć do Kinszasy. Jakoś w styczniu 2020 roku. W pierwszej chwili, gdy usłyszałem tę propozycję, nie do końca wierzyłem własnym uszom. Ja w Afryce? Po co? Jak to? Z czym i kiedy?! Mechanicznie, albo raczej spontanicznie, od razu odpowiedziałem: „TAK”. A co tam. Jadę. A raczej lecę. Wydawało się, że przełknąłem to bardzo dobrze i szybko. Z tym że po kilku tygodniach zacząłem sobie uświadamiać, że chodzi naprawdę o Afrykę i że to w gruncie rzeczy jest daleko, a najbardziej – że nie miałem bladego pojęcia, co tam się wydarzy. Wejście w dołek wątpliwości było drugim etapem. I on też trwał jakiś czas. A potem to już tylko porządna radość z przygody i zaakceptowanie niewiadomej. Fajnie było o tym rozmawiać. Na szczęście znałem kilka osób, które już tam były. Opowiadały mi więc o niektórych rzeczach, bazując na własnym doświadczeniu. Czasem to dodawało smaku, czasem to były niewielkie ostrzeżenia co do tamtejszej rzeczywistości. W każdym razie otrzymywałem pierwsze strzępki obrazów tego, co na mnie czekało. Co z tego pamiętam? W kilku słowach: przygoda, upały, korki drogowe, bieda, niestabilność społeczna, muzyka.

Jednak miesiąc po podjęciu przeze mnie decyzji wybuchła pandemia. Wiadomość o jakimś wirusie gruchnęła znienacka i nie wiadomo skąd. Usłyszeliśmy o tym, że w Chinach zaczęto zakazywać opuszczania domów i że to jakiś lockdown się nazywa. Tylko że to daleka Azja, te Chiny. Nikt się tym jakoś dogłębnie nie przejął. W pewnym momencie wirus pojawił się we Włoszech. Zaniepokojenie zaczęło narastać. Kilka dni później plotki o lockdownie dotarły do Francji. Nagle usłyszeliśmy, że ma to być wprowadzone również i tam. Pojawił się lekki strach o to, co będzie w przyszłości. O to, jak będzie wyglądać teraz życie, jak w tym zamknięciu w ogóle będzie wyglądać świat. Nikt do końca nie wiedział, co to jest, ten lockdown. I pewnego piątku prezydent wygłosił orędzie do narodu. Mówił, że to tak, jakbyśmy wchodzili w stan wojenny, i że trzeba będzie się przygotować na czas nowych rzeczy.

Pytanie o to, w jaki sposób polecę do Afryki, przyszło szybko. Jak tam lecieć, jeśli nie można nawet wyjść na zewnątrz? Covid nie schodził nam z ust. W pewnym momencie nie wiedzieliśmy już nawet, jak mówić o czymś innym niż ten cały koronawirus. Niepewność była poważna. Kto zachoruje? Kiedy? Dopiero po kilku miesiącach słupki zachorowań na wykresach zaczęły spadać, a możliwość starania się o wizę pojawiła się na horyzoncie. Pomyślałem, że dobrze byłoby skontaktować się z kimś, kto był już tam na miejscu, w Kinszasie. Zapytałem więc o numer telefonu do Marka, naszego tamtejszego szefa. Porozmawialiśmy dobre pół godziny. Opowiedział mi o ichnim lockdownie, który być może obowiązywał realnie tylko w określonych obszarach centrum miasta. W jego dzielnicy wszystko wyglądało jak zazwyczaj. Poradził mi odnośnie do ubrań, aby były z naturalnych materiałów, żeby dobrze reagowały na wysokie temperatury i pocenie, polecił też nabycie nowego laptopa do pracy oraz podjęcie kroków wizowych. Te zaczynały się tam, w Kinszasie!

Otóż konieczne było wystąpienie o oficjalne zaproszenie od kogoś, kto już na miejscu przebywał. Gdy takie zaproszenie zostało wydane, następna faza prowadziła do ambasady kraju osoby zaproszonej. Tylko że w Kinszasie nie było ambasady Polski! W wyniku restrukturyzacji, po pełnych przemocy protestach studentów, została ona zamknięta, a najbliższa znajdowała się w Angoli. Marek zaproponował zatem, żeby zarówno zaproszenie do kraju, jak i podanie o wydanie wizy wysłać do ambasady Demokratycznej Republiki Konga w Paryżu. Tak to działało dla Francuzów, więc powinno zadziałać i dla mnie. Papiery poszły, pozostało czekanie. W tamtym okresie w ogóle nie odczuwałem ciężaru tej niepewności nadchodzącej decyzji o wizie. Zaledwie kilka razy, i to w sposób bardzo nieznaczny, przeszyła mnie myśl o jakiejkolwiek zmianie kierunku podróży, jeśli odpowiedź byłaby negatywna. I tak naprawdę codzienne zajęcia pochłaniały mnie na tyle, że nawet o tym zbyt często nie myślałem. A poza tym lockdown został zniesiony, więc perspektywa wyjazdu wydawała się realna. Wiadomości spływające od linii lotniczych czy poszczególnych państw generalnie były różne, każdy radził sobie nieco inaczej w otwieraniu społeczeństwa na erę po covidzie. To tu, to tam lockdown był znoszony raczej szybko, gdzie indziej z większą ostrożnością. Słychać było również o różnych problemach przedsiębiorstw transportowych.

Jakoś w połowie lipca 2020 roku otrzymałem list o pozytywnym rozpatrzeniu wniosku o wizę do Konga. Pierwszą osobą, której o tym powiedziałem, był właśnie Marek. Poradził mi działać niezwłocznie, żebym mógł tam polecieć już pod koniec sierpnia. Do listu oprócz decyzji dołączony był inny dokument, który pouczał o kolejnych krokach. Należało dokonać bezzwrotnej wpłaty na konto ambasady DRK* w Paryżu oraz przesłać pocztą paszport w celu ostemplowania wizą. Wpłaty dokonałem, a paszport wysłałem następnego dnia listem poleconym. Najciekawsze było to, że otrzymałem list zwrotny z wizą w paszporcie bodaj dwa tygodnie później. Bardzo szybko! Marek stwierdził, że odkąd był w Kinszasie, czyli wtedy już sześć lat, nigdy wcześniej nie widział tak dobrze zorganizowanej akcji. W ten sposób załatwiliśmy kwestie formalne mojego wylotu.

Sam bilet raz zmieniałem. Bo leciałem z inną osobą. Na początku każdy z nas kupił sobie jeden. Później chcieliśmy się zgrać, żeby polecieć tym samym samolotem, więc zadecydowałem o zmianie mojego lotu. Jako że miało to miejsce po pierwszym lockdownie i linie lotnicze ciągle borykały się z problemami, nigdy nie otrzymałem zwrotu kosztów za pierwszy bilet. Próbowałem kontaktować się z nimi wiele razy, też już z Kinszasy, ale odpowiedzi telefoniczne nie dawały żadnych efektów. Podobnie kontakt mailowy. Liczba osób, które wtedy straciły pieniądze w liniach lotniczych, była zatrważająca.

Walizki miałem przygotowane już od jakiegoś czasu. Włożyłem do nich tylko rzeczy niezbędne – zgodnie z radami Marka. Czekały na moment wylotu. Przygotowałem nawet stary telefon z przyciskami, bo ponoć w niektórych dzielnicach Kinszasy łatwo było dać się okraść z zawartości kieszeni, więc lepiej byłoby mieć w nich stary i niewiele wart telefon.

Wylot zaplanowany był na 1 września 2020 roku o dziewiątej rano z lotniska Charles De Gaulle w Paryżu. Pomyślałem, żeby być na tym lotnisku tak z półtoragodzinnym wyprzedzeniem – w razie co. Zaraz po wejściu na lotnisko okazało się, że ten zapas czasowy był zdecydowanie zbyt mały. Poradzono mi niezwłoczne udanie się do punktu zdawania bagażu i tam zrozumiałem dlaczego. Przed moimi oczami ukazała się wielopoziomowa kolejka do oddania bagażu. Wielopoziomowa, bo trzy czwarte osób przede mną miało po kilka opasłych walizek czekających złowrogo na wózkach. Co więcej, w miarę upływu czasu zauważyłem, że większość z tych osób przekroczyła limit wykupionego bagażu i starała się negocjować możliwość dorzucenia choć kilku kilogramów! I nikt z tej kolejki przede mną nie wydawał się spieszyć… Po upływie około trzydziestu minut zacząłem się zastanawiać, czy uda mi się zdać bagaże przed wylotem i czy w ogóle wejdę na pokład. Kolejka wydawała się nie topnieć, a raczej tylko posuwać milimetrami do przodu. Zacząłem rozmawiać z osobami wokół mnie na temat godziny odlotu. Ogarnął mnie niepokój. Na szczęście ktoś z obsługi tego lotu zaczął wywoływać pasażerów do Kinszasy, by ci wyszli poza kolejki i szybciej zdawali bagaże.

Wtedy dotarła do mnie jeszcze jedna rzecz. Badanie na obecność covidu miało swoją datę ważności. Należało je wykonać nie więcej niż dwadzieścia cztery godziny przed wylotem. Moje wykonano z trzydziestosześciogodzinnym wyprzedzeniem. Poczułem, że podnosi mi się ciśnienie. Co, jeśli ktoś to sprawdzi? Nie pozwolą mi lecieć?! Po chwilowym zastanowieniu osoby sprawdzającej test na covid został zatwierdzony. Złożyłem bagaże, a następnie biegiem skierowałem się do bramek wejściowych do samolotu. Biegłem w tłumie, rozpychając się łokciami. Ludzi jakby przybywało tylko po to, żeby mi utrudnić mój slalom. Lotnisko Charles De Gaulle ma to do siebie, że jest bardzo duże, więc pokonywana odległość wydawała się zwiększać, zamiast zmniejszać, niczym dywan rozwijany pod nogami. W końcu dobiegłem do bramek, a tam tłum tak ściśnięty, że nie dało się już posuwać sprytem do przodu. Trzeba było czekać na swoją kolej, a ta mogła przyjść bardzo późno. Na szczęście ktoś z obsługi lotu znów zaczął nas wywoływać. Tłum się rozstąpił. Po kontroli w końcu znalazłem się przy bramce przed samolotem. Jako jeden z ostatnich pasażerów.

Uśmiechnięta obsługa pozwoliła mi na szybkie wejście do samolotu. Spoglądałem na siedzących wewnątrz. Wszyscy mieli założone maski pocovidowe. Znalazłem mojego towarzysza podróży na dalszym siedzeniu. Nie obyło się bez selfie. Znajdowaliśmy się w sporym Boeingu 737, z trzema rzędami siedzeń – po cztery w środkowej części i po trzy w bocznych. Usadowiłem się na swoim miejscu, po czym rozejrzałem wokół. Wylatujemy. Tuż po covidzie i wśród pogłosek, że ponoć kolejny lockdown nadchodzi. Nareszcie.

Lot trwał nieco ponad osiem godzin. Pierwsze trzy upłynęły pod znakiem ekscytacji podróżą. Kolejne dwie starałem się oglądać jakiś film, a później to już tylko czekanie na lądowanie. W sumie poszło szybko. A przynajmniej tak to sobie przypominam. Mieliśmy krótki postój samolotowy w Brazzaville, niecałą godzinę. Sporo pasażerów wysiadło, kilku wsiadło. Nie obyło się też bez sprzątania pokładu. Przelot do samej Kinszasy trwał z godzinę. Niecodzienne uczucie, bo samolot wzbija się jeszcze raz bardzo wysoko, osiąga pułap lotu i po kilku minutach podchodzi do lądowania. Tym razem to było już to. Pilot ogłosił, że jesteśmy na ziemi Demokratycznej Republiki Konga.

Nie czekałem zbyt długo z wyjściem z samolotu. Przepuściłem kilka osób przede mną, po czym wziąłem bagaż podręczny i powędrowałem wąską alejką do drzwi. Jak tylko przekroczyłem próg samolotu, uderzył mnie upał. Wylądowaliśmy około dziewiętnastej. Słońce w Kinszasie przemieszcza się z zegarmistrzowską regularnością cały rok. Wstaje około piątej trzydzieści, a zachodzi około osiemnastej trzydzieści. Powodem jest położenie okołorównikowe. Zatrzymałem się dosłownie na kilka sekund tuż za włazem wyjściowym. Przed moimi oczami rozpościerał się więc ciemny mrok, a najbliższe źródło światła pochodziło z lotniska. W gruncie rzeczy to był mój pierwszy doskórny kontakt z afrykańską aurą. To było jak skok do basenu z wrzącą wodą. Odczucie przysłowiowej duchoty spadło na mnie nagle. Uczucie nieznacznej ciężkości.

Prosto z samolotu skierowano nas do nieopodal stojących kontenerów, w których mieliśmy być sprawdzeni pod kątem koronawirusa. Wyglądało to prawie jak biały tunel, w którym przechodziliśmy od drzwi do drzwi. Raz tylko ktoś spojrzał na wyniki mojego testu. A potem wejście do budynku lotniska. Na nasze bagaże czekaliśmy długo. Sala odbioru była rozległym parterowym pomieszczeniem o dość niskim suficie. Ściany były pokryte starą warstwą farby, dla mojego oka wydawały się tłuste od potu. Pas bagażowy poruszał się jakby w zwolnionym tempie. Walizki pojawiały się na nim z prędkością niepełnosprawnego ślimaka! Jedna za drugą, czasem z kilkumetrowymi odstępami, powoli wtaczały się na pas odbioru bagażów, jakby czas nigdy nie istniał, jakby wieczność wkraczała tu i teraz do teraźniejszości w bezceremonialnie powolny sposób.

Wreszcie podjechały moje walizki. Zgarnąłem obydwie, a w tak zwanym międzyczasie stanęła obok mnie jakaś osoba, która mówiła w lingala i wydawała się starać mi pomóc. W pierwszym momencie nawet nie zareagowałem, zbyt zajęty ogarnianiem moich bagaży na wózku. Jednak ona dalej szła za mną. Mój towarzysz podróży, pochodzący z DRK, widząc całą sytuację, powiedział coś do niej w lingala, a ta odeszła.

Następnym krokiem było sprawdzanie bagaży. Dokładnie tak. Owa czynność też miała swoją lokalną specyfikę. Trzeba było stać w długiej kolejce ustawionej przed przestarzałą maszyną skanującą walizki. Należało je ustawić na samodzielnie przesuwającym się pasie, który wprowadzał bagaże do sześciennego metalowego pojemnika. Po wyjeździe z tej puszki walizki dosłownie staczały się po pasie transmisyjnym na podłogę. Z tego, co się później dowiedziałem, ta maszyna służyła jedynie jako narzędzie do sprawdzania, od kogo można by wyciągnąć łapówkę. Jeśli w takiej walizce znajdowało się coś, co okazywało się wartościowe dla sprawdzającego, ten nie wahał się wziąć takiej walizki na bok i pod pretekstem zepsutego kółka albo wagi przekroczonej o pół kilograma mówić o niemożności przepuszczenia bagażu. Jeżeli pasażer był na bieżąco z lokalnymi zwyczajami, to wiedział, że powinien wówczas jak najszybciej wcisnąć jakieś pieniądze w rękę sprawdzającego. Jeśli natomiast nie był tego świadom, mógł tam spędzić wieki na negocjacjach, starając się udowodnić bezprawne odebranie bagażu, lecz na próżno. Bez doraźnej wpłaty gotówkowej nic nie mógł wskórać.

Przeszliśmy przez ten etap kontroli bez problemów. Nasze bagaże okazały się średnio interesujące. Poszliśmy dalej w pusty korytarz, który tuż przed nami skręcał w prawo. Białe ściany emanowały pustką, niespotykaną na lotniskach. Z powodu pandemii wstęp na lotnisko był drastycznie reglamentowany. Jedynie pasażerowie legitymujący się ważnym biletem lotniczym mogli wejść do środka. W ten sposób doszliśmy do drzwi wyjściowych, a za nimi na dystansie kilkudziesięciu metrów jawił się tłum ludzi. Odgrodzeni prowizorycznie wyglądającą barierką, byli tam, stłoczeni w masie, jeden przyklejony do drugiego, wyglądający na tutejszych osobnicy o ciemnych twarzach, ale o bardzo kolorowych ciuchach. Po co oni tam tak naprawdę byli? Czego tam szukali? Tego typu pytania przebiegały przez moją głowę dokładnie w momencie, w którym wychodziłem na zewnątrz. Wtedy też nagle kilka osób do mnie podbiegło. Tak z pięć, może sześć. Każdy coś chciał albo coś oferował. Najczęściej pomoc przy bagażach. Albo pomoc w niesieniu plecaka. Pomoc w transporcie. Pomoc w innej kwestii – kompletnie oczywiście zbędna. Zaraz potem koledzy, którzy tam na mnie czekali, przybiegli jakby w sukurs. Nie zauważyłem nawet, jak się zbliżali, tylko jak już przebijali się przez krąg owych oferujących pomoc. Jeden, zbliżając się, krzyknął tylko do mnie, że bierze wózek z walizkami. Drugi odganiał oferującego jakąś inną bezsensowną pomoc z prawej. Trzeci ustawił się za mną, krzycząc, że bierze plecak. Otoczyli mnie jak w kordonie bezpieczeństwa, żebyśmy mogli przejść przez cały tłum ludzi oferujących pomoc.

Doszliśmy do samochodu. Przyjechali po mnie Toyotą Hilux, przystosowaną do dróg afrykańskich. Zapakowali moje walizki do bagażnika, po czym wsiedliśmy do samochodu. Siedziałem z tyłu po prawej stronie. Nie rozumiałem do końca, co się właśnie wydarzyło. Później mi wytłumaczono, że owi „pomocnicy” trudnią się tym zajęciem na co dzień. I że robią to, żeby okraść nowo przylatujących, nieznających jeszcze atmosfery życia w Kinszasie. Tak naprawdę to zawód zarobkowy ubogich ludzi z pobliskich dzielnic – nakłonić jakiegoś Europejczyka do przyjęcia od nich pomocy i wyczyszczenia mu kieszeni, albo nawet zabrania walizek. W gruncie rzeczy, kiedy przyjeżdżasz do Kinszasy, musisz być przebiegły. To była jedna z myśli, która się we mnie narodziła po kilku minutach. W przeciwnym wypadku już na przylotach mógłbym albo stracić bagaże, albo pieniądze, a kto wie co jeszcze. Przeszyło mnie takie poczucie wzmożonej ostrożności. Późniejsze wydarzenia tylko to potwierdziły, a nawet wzmogły. Poza tym odczuwałem również swojego rodzaju kontakt-szok z czymś całkowicie nieznanym. Nie wiedziałem, co mówić. Jak się zachowywać. Odczuwałem mieszankę ekscytacji, ciekawości nowości, strachu i niepewności. Moi koledzy rozmawiali w bardzo otwarty sposób o lotnisku, wydarzeniach ostatnich tygodni, co jakiś czas pytali nas, co tam w Europie albo u mnie. Moje odpowiedzi były zwięzłe.

Z lotniska pojechaliśmy w lewo. Powiedziano mi, że przylatuję w dobrym czasie, bo w tygodniu odpoczynku, i że jedziemy do Menkao. Wiedziałem, że to jest podmiejska wioska. Po kilkuset metrach jazdy oświetloną drogą wjechaliśmy w ciemność. Było gorąco, ale znośnie. W samochodzie wszystkie okna były otwarte. Moją twarz smagał lekki, bardzo ciepły wiatr. Uczucie gorąca było lżejsze niż na lotnisku. Przyleciałem w porze suchej. W naszym rozumieniu można byłoby pisać o tamtejszej zimie. Temperatura w ciągu dnia nie przekraczała dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, a w nocy mogła spadać do piętnastu, choć w niektórych odległych regionach nawet dużo niżej. Ponadto od trzech miesięcy nie było żadnych opadów deszczu. Toteż przyglądając się przesuwającemu się pejzażowi w świetle wieczornego księżyca, można było rozróżnić okruchy pyłu unoszące się w powietrzu. Były tak wyraźne, jakby piasek z podłoża unosił się razem z atomami tlenu i wirował, połyskując niczym płatki śniegu.

Wydawało mi się, że znaleźliśmy się pośrodku niczego. Oddaleni od wszelkich oznak życia. Niby otoczeni ciepłą ciemnością. Posuwający się szybko naprzód po wyboistej drodze. W dal, gdzieś do przodu. W pewnym momencie na jednym z wybojów podskoczyliśmy za wysoko i kierowca miał obawy związane z możliwym uszkodzeniem opony. Zdecydował więc o zatrzymaniu pojazdu. Zjechaliśmy na pobocze, oczywiście w regularnych podskokach samochodu spowodowanych jakością tegoż, która – mówiąc pokrótce – była niedobra, to znaczy zwykły piach z rozrzuconymi to tu, to tam dołkami. Kiedy auto się zatrzymało, kierowca wraz z jednym z pasażerów wysiedli na oględziny. Po kilku okrążeniach wokół samochodu stwierdzili, że nic się nie stało.

Siedziałem z tyłu i kontemplowałem sytuację. Zatrzymaliśmy się na drodze biegnącej w górę, na wyżynę Bateke. To na jej rozległym początku usadowiona była wioska Menkao. Słowo „Bateke” pochodzi od nazwy plemienia, które większościowo zamieszkiwało tę wyżynę. Legenda głosi, że to oni sprzedali teren w centrum miasta Kinszasa – nazywany Ngombe – białym, po czym przenieśli się na wyżynę. W ten sposób zaczęła się kolonizacja stolicy. W czasie, w którym tam byłem, zawiązała się wojna plemienna właśnie między Bateke i drugim plemieniem rdzennie zamieszkującym ten teren. Poszło o zaszłości historyczne dotyczące sprzedaży ziemi białym i przeprowadzki na wyżynę. Nagle zaczęło to stanowić stary-odnowiony problem. W ciągu tych kilku lat regularnie dochodziło do brutalnych aktów przemocy między plemionami. Próbowały interweniować służby bezpieczeństwa z miasta, lokalna policja, a nawet kardynał. Nic nie skutkowało zawieszeniem broni. Tuż przed moim wylotem z Afryki spotkaliśmy nawet jednego z tajnych agentów policyjnych wysłanych w celu stabilizacji sytuacji, który spędzał swój czas na negocjacjach z wodzami i z szamanami obydwu plemion.

Ale wracając do przerwy w podjeżdżaniu na wyżynę – samochód okazał się cały i zdrowy. Dzięki temu kilkuminutowemu postojowi mogłem zauważyć też to, co znajdowało się po drugiej stronie wzniesienia. W nieprzeniknionej ciemności dostrzegłem kontury oddalonej doliny, a w niej zanurzony las. Wszystko było ledwo widoczne. Jakby czerń miała swoje odcienie, a w momencie skupienia wzroku na niej dawała możliwość rozróżnienia niektórych składników w niej schowanych. I tak były tam elementy czarne, szaro-czarne, ciemnoczarne, brunatno-czarne, niezrozumiale czarne, czy zwyczajnie rozmyte czarne. To było jak odkrywanie nowego świata, który wcześniej wydawał się odstraszający i nieznany, a który w tym szczególnym momencie dawał się czuć i zobaczyć, a do tego pokazywał, że nie jest straszny. Powiedzenie, że strach ma wielkie oczy, dla kogoś, kto poznał tę czerń, jest prawdziwe. Boimy się tego, co tak naprawdę dzieje się w nas, a nie tego, co się znajduje na zewnątrz. Nasze reakcje wewnętrzne sprawiają, że otaczająca rzeczywistość jest straszna. Lęk jest sprawą wewnętrzną, a nie zewnętrzną. Głębokość ciemności, która mnie wtedy uderzyła, wzbudzała nie strach, ale ciekawość, a z czasem nawet podziw. Ciemność jest bujna, pełna życia, zamieszkana. To prawda, że może być jednocześnie nieokiełznana, dzika albo zapełniona przemocą, ale to ludzie czynią taki użytek z jej natury. Ciemność daje schronienie zagubionym i poranionym przez życie. Po to, żeby nie musieli okazywać w świetle dnia swojego ubóstwa, żeby nie musieli wystawiać się na szyderstwo. Ciemność przyjmuje zagubionych, żeby dać im dach nad głową. Ciemność żywi tych, których społeczeństwo nie chce już karmić. To był moment, w którym aklimatyzowałem się w ciemności jak nigdy wcześniej.

Samochód odpalił i pojechaliśmy dalej. Pozostała droga była nieco krótsza. W niedługim czasie dojechaliśmy do wioski. Na wjeździe do niej były postawione dwie opony, które blokowały przejazd. Na poboczu zauważyłem grupę ludzi ubranych na ciemnoniebiesko. Jeden z nich podszedł do okna kierowcy, a drugi do opony, która blokowała przejazd. Po krótkiej negocjacji i małej zapłacie mogliśmy jechać. Okazało się, że takie przymusowe przystanki znajdują się wzdłuż drogi prowadzącej przez tę rozległą wyżynę. To był swoisty punkt celny, zorganizowany przez kilka lokalnych osób w kolaboracji z policją. Czasem przepuszczali za darmo, czasem za niewielką łapówką. Chociaż duże przewozy towarowe, na przykład węgla, były obligowane do płacenia wyższej kwoty niż samochody pasażerskie.

W Menkao zastał nas mrok. W wiosce nie było elektryczności, poza prywatnymi generatorami napędzanymi benzyną. Przejeżdżaliśmy główną drogą. Po dwóch stronach widać było niewielkie zabudowania murowane albo blaszane. Po prawej rozpościerał się zakurzony plac handlowy, widoczny jedynie z tego, co miało być fasadą, natomiast po lewej, za przestrzenią – tak mi się wydawało – nieużytkową, stały niewielkie budynki. W kilka sekund przejechaliśmy przez wioskę. Na końcu, po drugiej stronie, był jeszcze jeden punkt celny. Tym razem obyło się bez łapówki i mogliśmy szybko jechać dalej. Tutaj ponoć już nas znali. Przez sam ten zwykły fakt pozwolili nam jechać bez zbędnych tłumaczeń. Dalej posuwaliśmy się drogą, wokół której budynki stawały się coraz rzadsze, aż w końcu zniknęły.

Wokół nas był las. W tym właśnie momencie zjechaliśmy z głównej drogi w lewo. Jeden z towarzyszy powiedział: „Witamy u nas!”. „U nas” oznaczało – za lasem, w okolicach wioski i gdzieś w sawannie. Wjechaliśmy w obszar, który był porośnięty trawą wysokości człowieka, i jechaliśmy dalej. Zapuszczaliśmy się w głąb tej trawiastej równiny, drogą piaszczystą, nieoświetloną i z dużymi dołkami. Chwilę później uboczna trawa była krótsza i można było zauważyć rozpościerający się horyzont. Gdzieniegdzie widać było ubogie domostwa, z jednym lub dwoma pomieszczeniami, z sanitariatami na zewnątrz, często w piachu za domem. Mrok. Następnie droga skręciła w lewo. Przed nami, w nieokreślonej oddali, widać było jakieś światła, nagle, pośrodku ciemności. A prosto przed nami wysoką wieżę ciśnień. Przejechaliśmy obok niej. Powiedziano mi, że nie była oddana do użytku, ponieważ poprzedni wykonawca nie dał rady dokopać się do wody, która znajdowała się tak głęboko, że ciężko było określić jej dokładne położenie. Chwilę później droga doprowadziła nas na otwartą przestrzeń z niską trawą. Z lewej widać było dwa zabudowania połączone wspólnym tarasem. Z prawej, nieco dalej, stał inny budynek, wybudowany na planie litery „L”. Pomiędzy nimi znajdowały się trzy niewielkie altanki, niby ganki, niby tarasy. Zadaszone, o wielkości mogącej pomieścić dziesięć do piętnastu osób na ścisk, z podłogą betonową, jakby wybrzuszały się z ziemi.

Z tych wszystkich zabudowań wydzierało się światło, niby kopuła energetyczna, hermetycznie zamknięta. Ponad nią znajdowała się ciemność. Czarna. Smolista. A jeszcze nieco wyżej stężenie tej czerni rozjaśniało się gwiazdami. Sklepienie nad Menkao było, jest i będzie nie do zapomnienia. Z pozycji równikowej gwiazdy wyglądają inaczej niż w Europie, inaczej niż w Polsce. Tam, u progu wyżyny Bateke, były pełne. I było ich pełno. Jakby namnożyły się tam przez miliony lat i od tamtej pory już się nie ruszały. I jakby dalej się multiplikowały. Było ich mnóstwo. Ogromne, mniejsze, błyszczące, pyłowe, bliźniacze. Poukładane w jedyną w swoim rodzaju mozaikę. Niektóre spadały! Podnosząc głowę, na pierwszy rzut oka można było pomyśleć, że to rozgwieżdżone niebo przypomina skórę dalmatyńczyka rozpostartą ponad nami. Albo jakby drobny biały kurz rozsypany na czarnej powierzchni.

Samochód zatrzymał się. Dojechaliśmy na miejsce.

* Demokratyczna Republika Konga.

Rozdział drugi Menkao

Zaprowadzono mnie do mojego pokoju. Na pierwszy rzut oka było tam surowo, tak brutalnie prosto. Podłoga była pokryta beżowymi płytkami, otrzymanymi w darze z Europy. Jedno piętrowe łóżko było odziane w tkaną siatkę do ochrony przed komarami, moustiquaire. Dwa materace, które tam się znajdowały, wyglądały, delikatnie mówiąc, na trochę zużyte. Dalej, w głębi pokoju po lewej stronie stało zwyczajne drewniane biurko z jednym krzesłem. Naprzeciwko biurka znajdowało się małe pomieszczenie, w którym było miejsce na umywalkę i wnękę prysznicową. Wnękę, bo do pełnej instalacji brakowało główki wypuszczającej wodę oraz wody.

W Menkao nie było wywierzysk, kiedy tam jeździłem. W wiosce nie było żadnej wody poza deszczówką albo tą zakupioną od różnych sprzedawców. W porze deszczowej tubylcy zbierali wodę do dostępnych pojemników, a ci, którzy mogli, później starali się ją kumulować w specjalnie przeznaczonych do tego zbiornikach. W trakcie pory suchej, kiedy zapasy się kończyły, a było to szybko, bo tamtejsze zbiorniki wodne nie były w stanie zbierać dużo i na długo, trzeba było kupować wodę od lokalnych sprzedawców. Z tego, co było nam wiadomo, był jeden, który przywoził pięciolitrowe bidony wody niepitnej na sprzedaż w wygórowanych cenach. Poza tym można było kupić jeszcze woreczki z pitną wodą i oczywiście plastikowe butelki. W obydwu przypadkach produkowane poza krajem i kontynentem.

Swoją drogą, to jest jeden z powodów wysokiego poziomu zaśmiecenia w Kinszasie i okolicach. Szczególnie w mieście – gdzie okiem nie sięgnąć, widać plastikowe butelki i torebki na ziemi. Rozrzucone gdzie popadnie, złożone w hałdy skupisk na poboczach, głęboko zapychające istniejącą niewielką ilość ścieków miejskich. W znikomej części spalane wieczorami tuż przed wejściami na prywatne posesje w ramach codziennego zamiatania u siebie. Któregoś razu w mieście widziałem nawet blaszaną chatkę zbudowaną na wzniesieniu udeptanym z plastiku. W takich momentach zawsze zadawałem sobie pytanie typu: „O co właściwie chodzi w życiu?”. Jakby spotkanie diametralnie innej rzeczywistości egzystowania odsyłało mnie do stawiania sobie pytań zasadniczych, do szukania zrozumienia, dlaczego rzeczy w świecie funkcjonują w określony sposób, a nie w inny. Takie uderzenie po podstawowych wymiarach życia. Ekologia? Potrzebna, ale cóż ona znaczy w momencie, gdy wody pitnej nie ma i nie będzie przez najbliższe cztery miesiące? W tym wypadku woda z pojemników plastikowych, nawet jeśli zbyt droga, jawi się jako unikalny artefakt. Nadużywanie jej do zwykłego mycia się nie wchodziło więc w rachubę.

Tym samym żeby wziąć prysznic w obiekcie, w którym się znalazłem, trzeba było poszukać sobie plastikowego wiaderka. Było ich sporo na stanie, więc to nie był problem. W ogóle wiaderko było narzędziem o wielorakim użytku. Robiło się w nim pranie, ręczne oczywiście. Jeszcze do tego wrócę. Z wiaderka można było też robić sobie coś w rodzaju torebki podręcznej do przenoszenia różnych przedmiotów. Wiaderko służyło także w kuchni. Kiedy już się je zdobyło, można było iść po wodę. Ta znajdowała się w oddzielnych zbiornikach retencyjnych do tego przeznaczonych. Było ich tam bodaj sześć, każdy o różnej pojemności, a trzy z nich były przystosowane do zbierania wody deszczowej poprzez zamontowane rury, które doprowadzały do nich wodę z dachów. W moim pierwszym dniu podszedłem do jednego z nich z wiaderkiem. W dolnej części zbiornika znajdował się kran. Postawiłem pod nim moje wiaderko, po czym je napełniłem. Okazało się również, że moment napełniania wiaderka był punktem czasowym zgoła strategicznym w ciągu dnia. Bo jeśli się to robi rano, to przy okazji porannej przechadzki do korytarza wspólnych WC. Natomiast jeśli robi się to wieczorem, to następnego ranka będzie już z głowy. Kiedy wiaderko napełnione wodą wracało do przestrzeni prysznicowej, powstawał nowy dylemat. Jak się myć?! Wody z wiaderka należało jakoś użyć. I tu też możliwe były dwa wyjścia. Albo bezpośrednio rękami, albo z użyciem innego, mniejszego pojemnika na wodę, na przykład plastikowego kubka z uchem. W drugim wypadku można było uniknąć namydlenia czystej wody w wiaderku. W pierwszym – dokładność spłukiwania przechodziła na pierwszy plan. Osobiście używałem obydwu rozwiązań, w zależności od tego, czy pamiętałem o przyniesieniu do pokoju oddzielnego kubeczka, czy nie.

Po odłożeniu moich dwóch walizek w pokoju udaliśmy się na kolację. To był pierwszy posiłek po przylocie. Wyszedłszy z mojego pokoju, trzeba było iść w lewo. Dodam też, że pokoje były usadowione w budynku w kształcie litery „L” w taki sposób, że prawy dolny czubek litery był skierowany końcem w stronę południową i też w kierunku pierwszego budynku. Dochodząc więc do naszej litery „L” od strony południowej, od razu docieraliśmy przed pokoje. Rozciągały się one aż do załamania w prawo. Na styku znajdowały się sanitariaty, a dalej po prawej wspólna sala, używana do wielorakich potrzeb, w zależności od sytuacji. Wychodząc z pokoju, wychodziło się na zewnątrz. Korytarz przypokojowy był chroniony tylko blaszanym zadaszeniem.

W dużej sali ustawiono stół złożony z kilku innych, pojedynczych. Był on przykryty materiałem produkowanym we wszystkich krajach afrykańskich. Wygodnym w użyciu. Możliwym do wykorzystania także w ubiorze. Pagne. Na stole stały już przygotowane talerze, sztućce, plastikowe kubki i woda w karafkach. Posiłek znajdował się na oddzielnym stole serwisowym z boku. Były tam dwa termosy, jeden czerwony, drugi niebieski, oraz talerz z niepokrojonym arbuzem. W pierwszym z termosów znajdował się makaron spaghetti, a w drugim to, co z tym makaronem było przewidziane do jedzenia. Coś jak sos, tylko że jeszcze takiego nie widziałem. Tłusty. Pełen niewielkich kawałków mięsa z kurczaka. Razem z kostkami i skórą. Płynny. Kleisty.

Następnie siedliśmy do stołu. Jako że były dwie nowe osoby, w tym i ja, zdecydowano o zaserwowaniu piwa. Piwo w Kongu ma status więcej niż niezwykły. To wolny czas spędzony razem. To braterstwo. To prawdopodobnie jedyna rozrywka dostępna dla wszystkich. To udana zabawa. To prawidłowa stypa. Czas poza pracą. Czas ze znajomymi. Posiłek z mięsem kozim. Czas negocjacji przedślubnych. Piwo jest tam pozostałością po belgijskiej kolonizacji i jej umiłowaniu do tego napoju.

Piwo jest w ogóle jedynym produktem krajowym. Do dziś jeszcze istnieją tam dwie fabryki piwa. Funkcjonują one w historycznej konkurencji, która od niedawna staje się mniej znacząca. Każda proponuje kilka rodzajów piw. Piwosze decydują na podstawie preferencji własnego podniebienia o wyborze smaku i pozostają mu wierni na zawsze. To znaczy, że każdy ma swój ulubiony rodzaj piwa, od którego nie odstępuje. Jeśli zdarzyłoby się odwrotnie, wybuchłby niemały sąsiedzki skandal. Bo tak się nie robi. W zależności też od rodzaju ulubionego piwa można było określić niektóre cechy charakteru danej osoby. Fani ciemnego i mocniejszego piwa to ci z mocnym charakterem, lepszym statusem społecznym, smakosze i szefowie. Lżejsze ciemne piwo było dla lokalnych twardzieli. Jedno jasne klasyczne dla ludzi starszych. Inne jasne dla tych, co tak po prawdzie nie chcieli nigdy pić, ale z powodów socjalnych nie umieli całkowicie odmówić. I tak dalej…

Zdecydowałem się na to dla lokalnych twardzieli. Siedzący wokół stołu głośno skomentowali ten wybór. Ostatnią rzeczą do dodania na temat piwa jest jego dystrybucja. Otóż odbywa się ona na, powiedziałbym, starych zasadach. Piwo w Kinszasie jest sprzedawane w szklanych butelkach po pół litra. Gdzieniegdzie istnieją jakieś rodzaje w puszkach, ale to margines. Rozmiar butelek w roku dwutysięcznym został zmniejszony. Wcześniej najmniejsze liczyły sześćset mililitrów. Istnieją osobne punkty sprzedaży przeznaczone tylko dla napojów. Można w nich znaleźć piwo, słodkie napoje gazowane i czasem wodę.

Zaopatrzenie owych sklepików odbywa się w sposób regularny, w zależności od miejsca do kilku razy w tygodniu. W momencie dostawy ciężarówka suto załadowana kratami piwa podjeżdża pod sklepik. Prowadzenie owego wehikułu w Kongu jest nie lada wyzwaniem. Przede wszystkim – ze względu na stan ulic. Te były sążniście pokryte otworami, wydawałoby się, bez dna. Kierując samochodem, trzeba na nie uważać, żeby nie uszkodzić pojazdu. Legenda głosi, że któregoś dnia jeden z nowo przyjezdnych białych wjechał w jedną z tych dziur – wypełnioną wodą po deszczu. Nie wiedział jeszcze, jakie mogą być tego konsekwencje. Pewnie myślał, że przejedzie przez te kałuże jak w Europie. Jakże wielkie musiało być jego zaskoczenie, kiedy przednie koła samochodu w momencie wjeżdżania w to, co wydawało się tylko kałużą, zapadły się w głąb ziemi. Więcej, okazało się, że dziura była tak głęboka, iż pochłonęła samochód w połowie, aż do końca drzwi przednich kierowcy. Nieostrożność mogła kosztować bardzo drogo tego kierowcę.

Myśląc o kierowcach ciężarówek z piwem, trzeba pamiętać o jeszcze bardziej zwiększonej ostrożności. Któregoś wieczoru, kiedy wracałem motorem do domu, byłem świadkiem wypadku ciężarówki wiozącej piwo. Dojeżdżałem do sławą owianego ronda Ngaba. To było na koniec nadzwyczaj skwarnego dnia. Ruchy powietrza podczas poruszania się motocyklem były jak błogie momenty wytchnienia. Tuż przy samym rondzie zauważyłem ludzi w niecodziennym pośpiechu, niektórzy nawet biegali. Zwiększyło to moją czujność. Pomyślałem, że coś się musiało wydarzyć i muszę na siebie uważać. Dojechałem do ronda, a tam zauważyłem kilku kierowców motocykli z klatkami piwa na kolanach. Nie mogę w tym miejscu nie pochwalić ich zdolności utrzymywania równowagi podczas prowadzenia motocykla z jedną klatką piwa na lewym kolanie i drugą na prawym.

Zacząłem myśleć, że to mógł być wypadek. Mój motocykl zaprowadził mnie na miejsce zdarzenia. Jedna z ciężarówek rozwożących piwo źle weszła w zakręt i zwyczajnie wywróciła się na bok. Widziałem wiele stłuczonych butelek. Ludzi kradnących w pośpiechu, co tylko się dało. Grupy ludzi nieopodal, które już zaczęły konsumpcję płynu. Powiedziano mi, że pod ciężarem wywrotki zginęła jedna kobieta.