Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Stulecie Winnych. Tom III. Ci, którzy wierzyli ebook

Ałbena Grabowska  

4.4 (15)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 442 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stulecie Winnych. Tom III. Ci, którzy wierzyli - Ałbena Grabowska

W roku 1971, nieopodal Brwinowa, w Pruszkowie na świat przychodzą kolejne w rodzinie Winnych bliźniaczki, córki Basi  – Julia i Urszula. Dziewczynki dorastają w kraju ogarniętym kryzysem. Polskie „tu i teraz” oznacza, że wszystko – od mięsa począwszy, poprzez słodycze, na przyborach szkolnych skończywszy, trzeba zdobywać. Oznacza to "kombinowanie” lub „wystawanie” w kilometrowych kolejkach. Rzeczywistość uczy swoiście pojmowanej zaradności – dewizy kupuje się od cinkciarzy, kwiaty od badylarzy, a produkty zza żelaznej kurtyny – w Peweksie. Młode bohaterki  dorastają z Jeremim, chłopcem, który przyszedł na świat tego samego dnia, co one, a którego skomplikowane losy już na zawsze wpiszą się w historię rodziny Winnych. Szczególnie mocna przyjaźń wiąże go z Julią.

Nadchodzą czasy ciekawe, ale i trudne dla tysięcy polskich rodzin, w tym także dla Winnych – budzą się dążenia niepodległościowe, na które odpowiedzią są represje władz skierowane przeciw opozycji. Razem z Winnymi przeżyjemy wprowadzenie stanu wojennego, pierwsze wolne wybory.

W tle – skoro życie Winnych toczy się w Pruszkowie – obserwujemy narodziny mafii, z którą już zawsze miasto to będzie się kojarzyć.

Czy nowa, kapitalistyczna rzeczywistość będzie przyjazna Winnym?

Ałbena Grabowska – lekarz neurolog-epileptolog (obecnie pracuje w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym, pełni także funkcję sekretarza Polskiego Towarzystwa Epileptologii). Imię Ałbena, oznaczające kwitnącą jabłoń, zawdzięcza swoim bułgarskim korzeniom. Matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania. Wydała między innymi powieść Lot nisko nad ziemią oraz dwa tomy sagi Stulecie Winnych: Ci, którzy przeżyli (2014), oraz Ci, którzy walczyli (2015)

Opinie o ebooku Stulecie Winnych. Tom III. Ci, którzy wierzyli - Ałbena Grabowska

Fragment ebooka Stulecie Winnych. Tom III. Ci, którzy wierzyli - Ałbena Grabowska

Redakcja: Melanż
Korekty: MAREK KOWALIK, Melanż
Projekt serii: NATALIA BARANOWSKA / manukastudio.pl
Okładka: JAROSŁAW SKŁADANEK
Skład: MARIA KOWALEWSKA
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Zdjęcia: I strona okładki – © LightWave/Corbis/Fotochannels
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2015 Text © copyright by Ałbena Grabowska 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-64776-49-6
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Pamięci moich dziadkóworaz ojca – Zofii, Stefanai Janusza Grabowskich.

1971 ROK

Jak wiele zależy od jednego, pozornie mało znaczącego wydarzenia, przekonał się doktor Julian Czerwiec na sobotnim dyżurze 26 czerwca 1971 roku. Z samego rana zadzwonił do niego kolega, informując, że niestety utknął na działce na Zegrzu i nie przyjedzie zmienić Juliana na dyżurze w szpitalu na Wrzesinku w Pruszkowie. Prawdę mówiąc, doktor Czerwiec nie był zdziwiony tym telefonem, bo kolega słynął z lenistwa, a na dodatek był szwagrem ordynatora oddziału ginekologii i położnictwa, na którym Julian pracował. Bywało więc, że pozwalał sobie na niekoleżeńskie poczynania wobec innych lekarzy. Pogoda była przepiękna, zalew, nad którym kolega miał domek, aż się prosił, żeby spędzić tam całą sobotę i niedzielę.

Julian poniekąd rozumiał więc kolegę, ale nie chciał się poddać bez walki. To byłaby jego druga doba w szpitalu, a noc miał ciężką i marzył o tym, żeby wrócić do domu i położyć się do łóżka. Sarknął zatem ze zniecierpliwieniem i powiedział do słuchawki, że zaraz wychodzi ze szpitala i lepiej by było, żeby doktor Marek Taneczny jednak się pofatygował i wypełnił swój obowiązek. Kolega mu przerwał, mówiąc, że nawet gdyby chciał, to niestety nie może, gdyż jego samochód rozkraczył się i właśnie to jest powodem owego „utknięcia”.

– Przykro mi, stary – rzucił jeszcze, zanim odłożył słuchawkę i wrócił na plażę.

– Akurat ci przykro, chamie jeden...– mruknął do siebie Julian. Potem ze złością przekręcił gałkę radia tranzystorowego, w którym Wojciech Młynarski właśnie śpiewał ...jesteśmy na wczasach w tych góralskich lasach... Westchnąwszy ciężko, otworzył szafkę i przeklął pod nosem, gdyż nie znalazł niczego do jedzenia, a ze szpitalnego śniadania właśnie lekkomyślnie zrezygnował, zakładając, że zaraz znajdzie się w domu i zje przygotowane przez mamusię parówki i lekko ściętą jajecznicę.

– No nic... – powiedział i postanowił przespacerować się do małego sklepu spożywczego na rogu ulicy i tam zakupić kefir i bułkę.

W chwili kiedy ruszył ku drzwiom, zadzwoniła jego matka i oznajmiła, iż upadła tak nieszczęśliwie, że chyba złamała nogę, a na pewno skręciła. Po wygłoszeniu tej hiobowej wieści płynnie przeszła do pytania, czy Julian nie mógłby wcześniej wrócić do domu i zająć się nią. Na pytanie syna, skąd dzwoni, odpowiedziała z oburzeniem, że skąd mogłaby dzwonić w sobotni poranek, jeśli nie od sąsiadki. Sąsiadka, która użyczała matce telefonu, mieszkała piętro wyżej, więc informacja, że matka tam dotarła, uspokoiła Juliana. Noga nie mogła być złamana, skoro matka mogła pokonać dwadzieścia schodków, by skorzystać z jedynego telefonu w całym bloku. Mówienie, że nic jej nie jest, było jednak równie bezpieczne jak włożenie głowy do paszczy krokodyla, więc Julian z dobrze udawanym przejęciem powiedział rodzicielce, że przyjedzie niestety dopiero jutro, ponieważ kolega wywinął mu numer, wskutek którego musi tkwić w pracy kolejną dobę. Wysłuchał pełnych oburzenia argumentów, że „tak nie można” i rad „żeby coś zrobił”, a potem kazał matce się położyć z uniesioną wyżej nogą i odpoczywać. Na koniec dodał, że bardzo się o nią martwi, matka zdecydowanie się przepracowuje, myśli o wszystkich innych, tylko nie o sobie i bardzo proszę, takie są skutki. Odłożył słuchawkę, kiedy upewnił się, że rodzicielka nie będzie mu jutro ciosać kołków na głowie.

– I to by było na tyle w kwestii spokoju – mruknął, kiedy wrócił z kefirem i bułką paryską na oddział, a jedna z pielęgniarek zawiadomiła go, że dwie położnice jednocześnie zaczynają rodzić. I że drze się tylko jedna, ale za to za dwie.

– Zaraz idę – ziewnął i zjadł spokojnie bułkę, popijając kefirem, a potem nastawił radio i wysłuchał wiadomości o dziewiątej.

Potem westchnął i już miał wstać i pójść na porodówkę, kiedy drzwi pokoju lekarza dyżurnego otworzyły się z hukiem i w progu stanęła kobieta z rozwianymi czerwonymi włosami.

– Niech pan się ruszy i pomoże mojej siostrze! – wrzasnęła bez żadnych wstępów, wymachując rękoma.

Julian zdziwił się nieco, czemu ktoś wpuścił na oddział kobietę, która nie rodziła i nawet nie była w widocznej ciąży. Nie zamierzał także wypełniać poleceń zdenerwowanych kobiet, choćby bardzo pięknych. Ostatecznie to on był tutaj panem i władcą i to jego poleceń słuchano. Za wrzeszczącą nieznajomą stanęła siostra Kalina, która była co prawda niemal dwa razy mniejsza od kobiety, ale za to miała wielką wprawę w wyprowadzaniu z oddziału nieproszonych gości, zwłaszcza tatusiów, którzy usiłowali wtargnąć na niedostępne piętro i zobaczyć swoje dziecko. Teraz też stanęła za „furią” i stanowczym gestem złapała ją za łokieć, mówiąc niepasującym do drobnej sylwetki niskim głosem:

– Proszę pani, proszę natychmiast stąd wyjść! Tu nie wolno przebywać rodzinie!

– Niech się pan ruszy, mówię! – wrzasnęła tamta, strącając rękę Kalinki jak uprzykrzoną muchę. – Nasza babcia umarła przy porodzie!

– Proszę pani! – Niezrażona Kalinka pociągnęła tamtą mocniej, a Julian wstał i powiedział pojednawczym tonem, że już idzie i wszystko będzie dobrze. Naprawdę nie miał ochoty na słuchanie wrzasków, nawet z ust tak pięknych jak te należące do krzyczącej. Na szczęście zdążył zjeść, bo najwyraźniej na porodówce działo się coś, co mogło zająć mu ładnych parę godzin. Podniósł ręce w uspokajającym geście i przeklinając w duchu wyż demograficzny, skierował kroki ku sali porodowej, dając znak siostrze, żeby wyprowadziła nieproszonego gościa. Kalinka próbowała przynajmniej usunąć dziewczynę z drogi doktora, ale ta stała jak wbita w podłogę. Siostra pociągnęła ją jeszcze raz, gniewnie przypominając, że tym razem to ona utrudnia pracę doktorowi i położnym, którzy zamiast zająć się pacjentkami, poświęcają czas na przepychanki z rodzinami. Dziewczyna odwróciła się i ponownie odsunęła gniewnie Kalinkę od siebie, ale tym razem położna stanęła jak wryta i zagapiła się pełnym uwielbienia wzrokiem na rudą.

– To pani? Naprawdę pani? – wykrztusiła.

– Owszem, ja! – wrzasnęła tamta i wysunęła palec wskazujący w kierunku Juliana. – Ruszy się pan czy nie?! Konował cholerny!

Julian miał dość. Wyminął szybko Kalinkę i kobietę, w którą położna się wpatrywała z mieszanką strachu, oburzenia i uwielbienia, a następnie poszedł szybkim krokiem na porodówkę. Z miejsca powitał go krzyk. Krzyczała gruba, spocona dziewczyna, która leżała pod oknem z podwiniętą koszulą i owłosionymi nogami, grubymi jak pieńki. Druga dyżurująca położna, Anielka, spojrzała na nią z niechęcią, a potem przeniosła wzrok na Juliana i powiedziała:

– Rozwarcie ledwie kilka centymetrów...

– Niech pani tak nie krzyczy. – Lekarz podszedł do grubej. – Bo dziecku zabraknie powietrza. Poza tym to dopiero początek.

Anielka pokiwała głową.

– Mówiłam tej pani, że początek, ale ona nie słucha, tylko krzyczy i prze. Będzie przedgłowie...

– A tu co? – Julian wskazał pacjentkę, która leżała na drugim łóżku i płytko oddychała.

Kalinka, która weszła na salę, złapała go za ramię.

– Widziałeś, kto to był? – spytała.

– Co my tu mamy? – Julian zignorował Kalinkę, bo po pierwsze, nie miał pojęcia, kim była zdenerwowana kobieta, a po drugie, doskonale wiedział, że Kalinka z najdrobniejszymi szczegółami mu o tym opowie. Wpatrzył się w czarnowłosą położnicę, która leżała wyczerpana na leżance, i coś mu się w niej stanowczo nie spodobało.

– Nie chodziło o to, że nie krzyczała – opowiadał potem matce. – Chociaż o to też. Tylko miała zupełnie niebieskie wargi. Jak ja się wkurzyłem...

– Dlaczego mnie nie zawołałaś wcześniej? – rzucił wściekle w stronę Anielki, która nie widziała wcześniej u misiowatego doktora podobnej furii. – Czy ty nie widzisz, kretynko, że ona nam tu zejdzie?

– Proszę pani – powiedział do kobiety, która łapała powietrze jak ryba – jak często są skurcze?

– Co dwie minuty – szepnęła położnica. – Niech mnie pan zoperuje... Jestem lekarzem, proszę... Ja już nie mam siły...

Nie musiała prosić. Julian zmełł przekleństwo w ustach, przysięgając sobie, że doprowadzi do zwolnienia Kalinki i Anielki, bo o niczym innym nie myślały, tylko o lakierach do pazurów i pończochach. Błyskawicznie zawiadomił, kogo trzeba, że będzie cięcie „na jodynę” i jak tylko mógł najszybciej, zaczął operować. Pół godziny później Julian wyjął pierwszą dziewczynkę, która była w nie najgorszym stanie i dostała osiem punktów w skali Apgar na dzień dobry, a po minucie już dziesięć. Druga dziewczynka ledwie oddychała, była okręcona pępowiną i szara na całym ciele. Jak na złość dyżur pediatryczny miała Grażynka Szczęsna, którą Julian w myślach przezywał „nieszczęsną Grażyną”, taka była niemrawa. Szczęście w nieszczęściu, że po pierwsze, podkochiwała się w nim, odkąd zaczęła pracować na Wrzesinku, a drugi fart stanowiła dyżurująca z nią siostra Michalina, która była brzydka jak noc, nie podkochiwała się w nikim, ale za to bardzo dobrze pracowała. Mrugnął do niej i powierzył jej mniejszą, słabszą dziewczynkę, a potem zaszył kobiecie macicę, brzuch i kazał przewieźć na salę pooperacyjną. Sam wyszedł prędko z bloku operacyjnego i zaczął oglądać się za rudą, piękną „furią”, ponieważ słusznie podejrzewał, że ktoś taki jak ona nie da się tak łatwo wyrzucić z oddziału.

Siedziała na podłodze, wprost pod gabinetem lekarskim, i wyłamywała palce. Na jego widok zerwała się i posłała mu niespokojne spojrzenie, a Julian zakochał się w jednej chwili. Niepotrzebna mu była wiedza, że ma przed sobą znaną aktorkę Katarzynę Borkowską. Owszem, oglądał „Przygody pana Michała” i jeszcze kilka innych znanych filmów, ale nawet jej nie poznał. Tego, w jakim filmie piękność występowała, dowiedział się potem od Kalinki. Natomiast w tej chwili widział tylko wielkie zielone oczy, miedziane długie włosy i figurę pełną gracji.

– Co z nią? – spytała, chwytając go za rękę, co spowodowało, że Julianowi zrobiło się gorąco. – Wszystko w porządku?

– O tak... – wybąkał. A po chwili spytał dla porządku: – A kim pani jest dla pacjentki?

– To moja siostra bliźniaczka – wyjaśniła krótko. A potem zaczęła tłumaczyć zdenerwowana: – Zaczęło się wczoraj wieczorem i od razu było za szybko... Miała jechać na Starynkiewicza, bo tam pracuje, ale powiedziała, że nie zdąży i przyszliśmy tutaj. Piechotą, bo oni niedaleko mieszkają. To znaczy siostra z mężem... Ale męża, to znaczy szwagra teraz nie ma, więc ja z nią mieszkałam...

– No tak... – powiedział jeszcze bardziej bez sensu, bo dziewczyna trzymała go wciąż za rękę.

– O przepraszam – zmitygowała się i cofnęła dłoń, a on poczuł wielki żal. – Co z nią, co z dzieckiem?

– Siostra jest na sali pooperacyjnej. A dzieci...

– Dzieci? – zdumiała się. – To jest więcej niż jedno? Miała taki duży brzuch, ale nie mówili, że dwoje. Oni oboje są lekarzami, siostra i szwagier.

– Właściwie dwie – sprostował Julian Czerwiec. – Dwie dziewczynki.

Kobieta zasłoniła usta dłonią.

– Mój Boże – powiedziała. – Jak mama i ciocia, jak ja i Baśka... Teraz też. Ale nasza babcia umarła przy porodzie, więc musi mi pan pokazać moje siostrzenice. I chcę wejść do siostry. Babcia zmarła, bo coś było nie tak. Ja, wie pan, panie doktorze, czułam od samego początku, że jest źle, bo ona naszego Karola urodziła tak szast-prast, a tu takie kłopoty...

Julian, owszem, był pod wrażeniem, ale nie mógł pozwolić na to, żeby obca osoba pogwałciła prawa panujące w latach 60. i 70. na oddziałach położniczych. A pierwsza i główna zasada brzmiała: żadnych odwiedzin. Nie było od niej najmniejszych wyjątków. Ani tatuś, ani mamusia, ani siostra, żeby nie wiem jak piękna, nie mieli wstępu. Istniały jeszcze inne zasady. Na przykład że rządzi lekarz dyżurny i to on decyduje o wszystkim. Były jeszcze prawa pomniejsze, czyli te egzekwowane przez położne, szare eminencje dzierżące berło władzy nad samotną, bezbronną rodzącą kobietą. I zasady zupełnie małe, które zabierały dla siebie salowe, bez których położnice zarosłyby brudem, a ich dzieci zapłakały się na śmierć. Było to w istocie nieludzkie i wiele lat później zmieniło się, ale wówczas taka była rzeczywistość i nie przewidywano od tego wyjątków.

– Co to, to nie – powiedział Julian z całą stanowczością. – Proszę powiedzieć rodzinie, że wszystko jest w porządku. Pierwsza dziewczynka jest większa i silniejsza, a druga... Chwilowo w inkubatorze. Może pani jutro zadzwoni albo kto inny z rodziny, to powiem co i jak. Albo ktoś inny pani powie.

Odetchnęła z ulgą.

– Wie pan, że moja babcia i babunia też się urodziły 26 czerwca? To znaczy babcia tego dnia, a babunia dzień później, chociaż są bliźniaczkami, jak my z siostrą. A dlaczego nie było wiadomo, że siostra będzie miała bliźniaki? – spytała. – To jest możliwe? Ona przecież jest lekarzem, a szwagier... Ma teściów lekarzy. W ciąży opiekował się nią profesor...

– Bardzo panią przepraszam – przerwał wywody Julian. – Ale muszę zająć się pacjentkami, a pani... A pani mi przeszkadza.

Wyglądała na urażoną, ale kiwnęła głową, mając na twarzy trochę zrozumienia przemieszanego ze szczyptą podejrzliwości.

– Ja tu przyjdę jutro rano. Do pana. – Wycelowała w niego palec. – Niech pan powie siostrze, że wszystko będzie dobrze.

A potem wymaszerowała z oddziału, pozostawiając po sobie delikatną woń wody toaletowej, chyba zagranicznej, a w myślach Juliana nadzieję, że dotrzyma słowa i naprawdę wróci.

Tego dnia na oddziale szpitala na Wrzesinku trójka aniołów stróży uwijała się jak w ukropie. Najmniej roboty miał pierwszy anioł, który jak tylko doprowadził do operacji i szczęśliwego rozwiązania, chuchnął na malutką dziewczynkę, starszą córkę Basi z Winnych, i odszedł spokojny, że dziecku nic nie będzie. Drugi już nie był tak beztroski. Dziecko ciężko oddychało, więc anioł usiadł przy nim i oddechem ogrzewał wnętrze inkubatora, który niestety się psuł i co chwila wyłączał, czego nikt nie zauważył po wyjściu uważnej siostry Michaliny do domu. Anioł pracował ciężko, ciągnął dziecko w stronę życia sekunda po sekundzie, minuta po minucie, szepcząc, że ma ono w życiu do spełnienia bardzo ważną misję i dlatego bezwzględnie musi przeżyć. Pod koniec dnia dziewczynka zaczęła wreszcie wierzyć swojemu aniołowi i odważyła się wziąć głębszy oddech. To nie było bolesne, a nawet przyjemne, więc spróbowała raz jeszcze. Drugi oddech smakował czymś słodkim i dziecko się uspokoiło. Zaraz też przyszły jakieś osoby i po kilku krótkich, nerwowych okrzykach naciskając na guziki, sprawiły, że dziewczynce zaczęło być bardzo ciepło. Już nie żałowała, że zamiast odejść w stronę światła i miłych, melodyjnych śpiewów, jakie ją wabiły z oddali, posłuchała łagodnego głosu i uwierzyła aniołowi, że na tym świecie będzie jej dobrze i miło. A kiedy jeszcze nakarmiono ją słodkim mlekiem, zupełnie się uspokoiła i zasnęła, a anioł mógł na chwilę się oddalić, by odpocząć.

Trzeci anioł popatrzył za odlatującymi kolegami z mieszaniną zazdrości i żalu, ale został i skupił się na swoim podopiecznym, który przyszedł na świat na tej samej sali porodowej. Jeremi Wiśniewski urodził się w tej samej chwili, w której Julian wyjął z rozciętego brzucha Basi drugą, maleńką dziewczynkę. Tyle że nad nim nikt się nie roztkliwiał, ani doktor Czerwiec, który nie mógł być w dwóch miejscach naraz, ani położne, chociaż on wyskoczył z wrzeszczącej matki także ledwie żywy, w czepku owodniowym na głowie, szary jak popiół i ledwo oddychający.

– W czepku urodzony – powiedziała Anielka, przyglądając się brzydkiemu chłopcu z niechęcią, a jego matce z wyraźnym obrzydzeniem. Po czym dodała wbrew sobie: – Piękny chłopak. Pani zobaczy synusia...

– Nie chcę – burknęła skrzywiona z bólu matka i odwróciła głowę.

Z krocza kobiety ściekała krew, ona sama wydzielała woń potu i strachu, a samo dziecko pachniało czymś przypadkowym i niechcianym. Anielkę zdjęło współczucie, wzruszyła ramionami i zaniosła dziecko na salę dla noworodków. Mały Jeremi Wiśniewski wcale nie chciał walczyć o życie i oddech. Na początek zwymiotował wodami płodowymi, ale anioł stróż jednym dmuchnięciem przewrócił dziecko na bok, żeby się nie zachłysnęło. Potem kazał mu się rozwrzeszczeć. Nie było to zbyt mądre, ponieważ krzyk jednego dziecka spowodował, że dziesięć noworodków z sali jak na komendę zaczęło sekundować prowodyrowi w nieszczęściu. Dwie niechętne i skrajnie leniwe siostry oraz dwie położne wpadły na salę zobaczyć, co się dzieje, ale zobaczyły tylko tyle, że dzieci płaczą, co nie było niczym dziwnym w tym miejscu. Wykazały się jednak inicjatywą i w trosce o własny spokój dały każdemu z wrzeszczących dodatkową porcję jedzenia. Dla Jeremiego była to pierwsza porcja mleka, bo wcześniej nikt nie pomyślał, żeby dziecko nakarmić, skoro własna matka nie chciała mu dać piersi. Anioł tym razem doglądał, żeby mleko trafiło do przełyku, bo siostra, która latała po sali ze strzykawką, tego nie pilnowała i dzieci zachłystywały się na potęgę. Jeremi chciał zasnąć, ale trząsł się z zimna, niedokładnie przykryty przez siostrę. Anioł westchnął i wywalił korki na całym piętrze, w związku z czym aparatury zaczęły pikać, a niektóre nawet wyć przeraźliwie, więc siostry, a nawet ten miły młody doktor, wpadli do sali. Lekarz zaczął krzyczeć na te durne kobiety i one niechętnie, ale skutecznie poprzykrywały, kogo trzeba. Kiedy Jeremi w końcu zasnął, anioł poszedł już tylko na chwilę do jego matki, ale wycofał się, widząc, że kobieta leży na wznak i chrapie głośno. Spojrzał jeszcze na dwie małe dziewczynki, z których jedna spała w inkubatorze, a druga patrzyła szeroko otwartymi oczami wprost przed siebie, jakby jej szkoda było każdej minuty na spanie. Uspokojony, że wszystko poszło w miarę dobrze, odleciał w przestworza.

Niedaleko pruszkowskiego szpitala, w Brwinowie, Ania Winna-Śniegocka siedząc na swoim ulubionym fotelu i patrząc w dal, drgnęła lekko i powiedziała do swojego męża Michała:

– Już dobrze... Już wszystko dobrze.

Michał podszedł do żony, położył jej rękę na ramieniu i popatrzył głęboko w oczy.

– No pewnie, że wszystko będzie dobrze. – Uśmiechnął się. – Ja nie wątpiłem, że wszystko dobrze się skończy...

Ania chciała powiedzieć, że nic się nie skończyło, a zaledwie zaczęło, bo zawsze się zaczyna z chwilą, kiedy nowe dzieci przychodzą na świat, ale tylko spojrzała w szczere i kochające oczy męża. Dostrzegła w nich miłość i ból, więc nic nie powiedziała, tylko wzięła jego rękę w swoją, pocałowała jej wnętrze i uśmiechnęła się.

Do czasu wydarzeń marca 1968 roku Michał nie wiedział o jej darze. Pewnie dlatego, że kiedy się poznali, dar ów nie był jej tak bardzo potrzebny i Ania już nie „widziała” obrazów z przyszłości i przeszłości tak wyraźnie jak w dzieciństwie. Był głęboko uśpiony, pojawiał się w chwilowych przebłyskach. Na przykład wówczas, kiedy Ania poczuła, że kamienica, w której miała zamieszkać, nie wytrzyma bombardowania, albo kiedy zrozumiała, że losy jej i Róży Freilich na zawsze będą połączone. I tamtej marcowej nocy trzy lata wcześniej, która zmieniła w ich życiu właściwie wszystko. Rozmawiali potem o tym, co się wówczas stało, wielokrotnie, nie zawsze spokojnie, bo tamte wydarzenia położyły się głębokim cieniem na ich życiu.

Ania wstała wtedy nad ranem i zbudziła Michała, dygocąc na całym ciele, skrajnie przerażona. Początkowo nie zrozumiał, kiedy przekonywała go, że natychmiast muszą jechać do Warszawy, bo Ewa jest w niebezpieczeństwie. Próbował ją uspokoić, myśląc, że coś jej się śniło, ale ona zaczęła płakać, upierając się przy swoim. Przeraził się nie na żarty, kiedy zaczęła krzyczeć, że ich córka umiera i że właśnie umarło jej dziecko, a ona nigdy mu nie wybaczy, jeśli natychmiast nie pojadą ratować Ewy. Daremnie Michał pytał, skąd takie myśli, takie przypuszczenia, Ania trzęsła się jak w febrze, płakała i poganiała go. Starym trabantem pojechali do szpitala na Lindleya, mijając po drodze marcowe grudy śniegu zalegające na ulicach. Zatrzymała ich milicja, ale Michał wyjaśnił, że jedzie z bardzo chorą żoną do szpitala. Puścili ich, pewnie dlatego, że nie wyglądali na studentów. Nie zdążył zatrzymać samochodu, kiedy Ania wyskoczyła prawie w biegu, pobiegła w stronę szpitala i w mgnieniu oka zniknęła mu z oczu. Na szczęście znalazł ją po kilku chwilach w towarzystwie Basi, która, blada jak ściana, mówiła coś w uniesieniu, a po policzkach ciekły jej łzy.

– Nie wiem, gdzie jest... – Usłyszał, kiedy podszedł do żony i siostrzenicy. – Wybiegła ze szpitala, przed odprawą, grozi jej za to zwolnienie...

– Ale co się stało? – spytał zdumiony, zupełnie nie rozumiejąc sceny, jaka się przed nim rozgrywała.

– Dowiedziała się – powiedziała Ania krótko.

Zasłonił usta dłonią.

– Jakim cudem? – spytał.

Basia podała ciotce kartkę i zdjęcie. Ania wyglądała, jakby miała zemdleć.

– Pacjent, który nam umarł na stole, miał to w portfelu – powiedziała cicho Basia. – Wcześniej majaczył coś o Żydach, śmierci i getcie. A ona już dawno podejrzewała, że z nią coś nie tak. Tyle że myślała do tej pory, że jej ojciec to pierwszy cioci mąż, a nie wujek, tymczasem się okazało...

– Gdzie ona teraz jest? – przerwał jej Michał.

– Nie wiem. Pobiegła do domu, żeby ciocia jej jeszcze przed pracą wyjaśniła. Może się minęliście...

Ania uspokoiła się nieco. Zaczerpnęła głęboko powietrza i powiedziała do zdenerwowanej siostrzenicy:

– Wracaj do siebie i nie denerwuj się. W twoim stanie to niewskazane.

– Skąd ciocia? – spytała zdumiona, ale Ania objęła ją, pocałowała, a potem zostawiła w zadziwieniu.

Wyszli przed szpital. Michał też był zdenerwowany, ale starał się myśleć racjonalnie.

– Wracajmy do domu – poprosił żonę. – Nie mamy pojęcia, gdzie jej szukać...

– Ona jest gdzieś przetrzymywana, w jakimś więzieniu... – powiedziała Ania z przekonaniem, a on był coraz bardziej zdumiony tym, co się dzieje.

– Muszę zadzwonić do pracy, że nie przyjadę. Ty też może zawiadom szkołę – powiedział nieśmiało. – Musimy znaleźć pocztę...

Machnęła ręką nieuważnie. Potem poszła przed siebie jak somnambuliczka, a on za nią, aż do aresztu śledczego na Rakowieckiej, gdzie dowiedzieli się, że Ewa Gamelli została aresztowana za udział w rozruchach studenckich. Nie chcieli ich wpuścić do środka ani udzielić więcej informacji. Cudem ich nie aresztowano. Ania miotała przekleństwa i groźby, Michał zasłaniał ją własnym ciałem i próbował tłumaczyć milicjantowi, że ma do czynienia ze zdenerwowaną matką.

– Ona była w ciąży, rozumiesz?! – krzyczała Ania do funkcjonariusza. – Co jej zrobiliście, że teraz umiera?! Co?! To jakaś pomyłka, ona nie jest żadną studentką!

– Proszę się uspokoić, bo panią też zamkniemy – milicjanci przemawiali do niej i spokojnie, i z krzykiem, ale nie odpuściła, póki nie dowiedziała się, że Ewę przewieziono w końcu do szpitala wojskowego na Szaserów.

Na korytarzu Ania i Michał spędzili kilka godzin, podczas których Michał z jednej strony usiłował się dowiedzieć, skąd Ania wiedziała, gdzie szukać Ewy, z drugiej – każdego przechodzącego lekarza pytał o stan córki. Patrzył na rozczochraną, patrzącą przed siebie nieobecnym spojrzeniem kobietę siedzącą koło niego i zastanawiał się, jak to się mogło stać, że „wyczuła” niebezpieczeństwo grożące córce i wreszcie – skąd wiedziała o ciąży zarówno Ewy, jak i Basi. Na koniec zapytał, kim był tajemniczy człowiek ze zdjęciem w portfelu. Ania nie odpowiadała na żadne pytania, tylko kiwała się do przodu i do tyłu jak dotknięta chorobą sierocą.

Ewa odzyskała przytomność po operacji, ale rodziców nie wpuszczono do niej. Lekarz zawiadomił ich jedynie lakonicznie, że operacja się udała i córka teraz odpoczywa. A Michał i Ania zrobią najlepiej, jeśli wrócą do domu. Michał siłą zabrał żonę do Brwinowa, załatwił sobie i jej lewe zwolnienie, bo Ania była w tragicznym stanie. Nie jadła, nie spała, tylko nadal kiwając się w przód i w tył, mamrotała pod nosem, że babcia mówiła, żeby Ewie powiedzieć prawdę, ale ona jej nie słuchała i teraz takie nieszczęście. Michał sprowadził Manię, ale obecność bliźniaczki niewiele Ani pomogła.

– Ona mi tego nigdy nie wybaczy – powtarzała w kółko Ania.

– Oczywiście, że wybaczy – denerwowała się Mania. – Nie ma zresztą czego wybaczać. Co ma ci wybaczyć? Że wyniosłaś ją z piekła i kochałaś jak córkę?

– Ona mi tego nigdy nie wybaczy – powtarzała Ania i wodziła tępym wzrokiem dokoła.

– Bzdury jakieś – denerwował się Michał, sam przerażony wypadkiem Ewy, zwłaszcza kiedy poznał szczegóły całego zajścia.

Mania powiedziała mu o darze Ani i Michał uspokoił się nieco, bo nie mógł spać – z jednej strony targany niepokojem o córkę, z drugiej strony obawiając się własnej żony.

– Jutro pojedziemy do szpitala, weźmiemy ją do domu i wszystko się ułoży.

Pod szpitalem spotkali Benka, który oznajmił stanowczo, że zabiera żonę do domu. Oczywiście wtedy, kiedy będzie można ją zabrać ze szpitala.

– Nie wiem, czemu wy sądzicie, że pozwolę wam zabrać moją żonę do Brwinowa? – spytał zdumiony.

– Beneczku – zaczęła Mania, która także przyjechała z Ryszardem do szpitala. – Ty chodzisz do pracy, a my z mamą zajmiemy się Ewunią. Będzie potrzebowała...

– Będzie potrzebowała mnie – przerwał Mani Benek i dodał, nie patrząc na teściów: – Ja nie wiem, o co chodzi, ale musimy wszyscy się uspokoić.

Michał już się odwracał, żeby pójść do domu, bo uważał, że pośpiech jest złym doradcą, ale Ania wyrwała się i pobiegła schodami w górę do pokoju, w którym była Ewa. Michał słyszał tylko, jak Ewa krzyczy, żeby ją zostawić w spokoju, że nie chce widzieć nikogo prócz Benka.

– Wynoście się wszyscy, do diabła! – krzyczała, a Ania kuliła się przy każdym słowie, jakby dostawała cios.

W końcu zwrócono im uwagę, że tu jest szpital, chorzy ludzie i zdecydowanie wyproszono, a Ewę zabrano na badania. Michał nakłonił Anię do wyjścia i wrócili do domu. Kolejne dni były jednym wielkim koszmarem i Michał dałby wszystko, żeby je wymazać z pamięci. Ania próbowała dostać się do Ewy, żeby z nią porozmawiać, ale córka nie chciała jej widzieć. W końcu, kiedy mogła już wyjść ze szpitala, przywieziono ją do Pruszkowa, do domu. Jednak dostęp do Ewy nie był wcale łatwiejszy niż w szpitalu, bo Benek, który nie znał całej sytuacji, całą swoją niepewność i strach o Ewę zamienił w złość i pretensje do jej rodziców, a potem do całej rodziny. Złość i ból Ewy rozlewały się za to swobodnie po wszystkich Winnych, a rozpacz z powodu utraty dziecka sprawiała, że ciskała okrucieństwem z precyzją godną mistrzyni. Wszyscy Winni byli winni. Nie chciała rozmawiać nie tylko ze swoim ojcem, matką, ale także z Manią, kuzynkami, a nawet własnym bratem. Basia, która przecież mieszkała obok, kilka razy próbowała wejść do Gamellich i przemówić do kuzynki, ale szwagier nie chciał jej wpuścić. Kasia przyjechała, licząc na to, że jeśli Ewa nie będzie chciała rozmawiać, to przynajmniej pomilczą razem, Benek stanowił jednak zaporę nie do przejścia. Kasia nie dała za wygraną i próbowała rozmawiać ze szwagrem, ale ten zachowywał się jak zaczarowany i nie słuchał żadnych argumentów.

– Ona nie chce was widzieć, rozumiesz? – spytał ze złością i kazał jej się wynosić.

„Wynoś się” powiedział nawet do Mani, która rozpłakała się na tę obelgę i zaczęła im zarzucać niewdzięczność, a potem przypomniała Benkowi, że on także jest z Winnych.

– Nigdy – wycedził zimno i zatrzasnął przed Manią drzwi. – Po tym, co zrobiliście Ewie, nie jestem jednym z was. Ona też już nie.

Mały Michał przyglądał się temu wszystkiemu z rosnącym zdumieniem. W końcu zażądał wyjaśnień. Ojciec poinformował go o wszystkim, co powinien wiedzieć i wyjaśnił, że Ewa przeżywa szok i dlatego nie chce nikogo widzieć.

– Zawsze była inna niż my – powiedział mały Michał w zamyśleniu. – Wiedziała o tym i ciągle szukała. Powinniście byli jej powiedzieć...

– Babcia Bronka też tak mówiła. – Michał pomasował skronie. – Ale my z mamą doszliśmy do wniosku, że tak jest lepiej.

Chłopak uśmiechnął się smutno.

– Ja czegoś takiego swoim dzieciom nie zrobię... – powiedział. – Jak mogliście nas tak oszukać?

Ojciec rozzłościł się.

– A ty co? – warknął. – Też oszukany i zawiedziony?

– Mnie też skrzywdziliście. Moja siostra nie chce mnie widzieć, jakbym jej co złego zrobił. Nawet podobno powiedziała, że już nie jestem jej bratem.

– Jest zdenerwowana, mówi takie rzeczy, żeby sprawić wszystkim ból. Chce nas ukarać... Ale wierzę, że wszystko się ułoży. – Michał nie wierzył w to, co mówił. Głowa go bolała. Mijał już prawie miesiąc, a on nie przespał porządnie nawet jednej nocy. Teraz też czuł się, jakby był pijany.

– Nic się nie ułoży – powiedział jego syn. – Mama nie chce wyjść z pokoju, a ja potrzebuję wyjaśnień. Od niej, nie od ciebie. W pewnym sensie oszukaliście też i mnie! A Ewka... Ona może wam tego nigdy nie darować.

– Czy ty wiesz, jakim piekłem była wojna? – Michał starał się powstrzymać wybuch złości. – Czy ty wiesz, że cała jej rodzina zginęła? Twoja matka uciekała z nią tuż przed powstaniem w getcie, pod gradem kul. Jej pierwszy mąż zginął na ich oczach...

– Skąd mam wiedzieć, jakim piekłem była wojna, skoro żadne z was nigdy mi tego nie wyjaśniło? Wojnę znam z akademii ku czci, bo wy opowiadaliście nam tylko bajki. Czasami jakiś znajomy coś opowie albo w kinie obejrzę. Wy zawsze mówicie to samo. Że to takie straszne było, że ja nie rozumiem niczego – nie dawał za wygraną Michał, a jego ojciec zdumiał się wielce, bo nie pamiętał, żeby jego syn wypowiedział tyle słów naraz. Zwykle wyrażał siebie, grając na skrzypcach, ale tym razem nie schował się w pokoju i nie wziął instrumentu do ręki. – Wiem, nie przeżyłem wojny, nie walczyłem w powstaniu, nie widziałem, jak moi bliscy umierają...

– Właśnie – przerwał mu Michał, z niepokojem patrząc na zamknięte drzwi pokoju, w którym siedziała Ania. – Nie przeżyłeś niczego takiego, więc się z łaski swojej nie wypowiadaj.

– Nie przeżyłem, pewnie. Wszystko dostałem na srebrnej tacy, na nic nie zasłużyłem. Odkąd pamiętam, musiałem słuchać o powstaniu, o tym, jak wuja Ignacego odkopałeś w zakrystii kościoła...

– Nie musiałeś słuchać – Michał był zdumiony. – Prosiliście o te opowieści...

– Ja nie prosiłem. – Pokręcił głową syn. – A Ewka też nie prosiła o kłamstwa. Jeśli pytała, to dlatego, że coś jej się nie zgadzało. Ale mama opowiadała o porodzie, ty o tym, jaka była śliczna i czerwony płaszczyk miała. Zresztą ty więcej mówiłeś o jej dzieciństwie niż matka. Ciekawe dlaczego...

– To były wspomnienia dotyczące mojej córki Oli – powiedział spokojnie Michał, chociaż wszystko się w nim gotowało. – Miałem przed mamą żonę i córeczkę. Obie zginęły. Ola miała niespełna rok, kiedy wybuchła wojna. Łatwiej mi było, synu, opowiadać Ewie o... Oli.

Jeśli na Michale ta opowieść zrobiła wrażenie, to nie dał tego po sobie poznać.

– Miałeś kiedyś żonę i córkę, mama miała męża. A my jak te barany łykaliśmy wasze łgarstwa. Nie mogę...

– Chcieliśmy was chronić... – Próbował przekonać syna Michał, ale już sam powoli przestawał wierzyć w swoje słowa.

– I niczego się nie nauczyliście – dodał gorzko syn. – Może mi powiesz, gdzie mama jeździła? Na czyj pogrzeb?

Michał milczał. Domyślał się, kim był mężczyzna, którego Ania poszła pochować, ale nie chciał z nią o tym rozmawiać. Jeśli miał rację i jakimś cudem Ewa spotkała we własnym szpitalu pierwszego męża swojej matki, to on absolutnie nie chciał pytać, jak to się mogło stać. Wolał nie znać szczegółów, udawał przed sobą i Anią, że Ewa sama przypomniała sobie swoje najmłodsze lata, stąd wszystkie nieszczęścia. Obawiał się, że jego serce nie wytrzymałoby całej prawdy.

– Porozmawiaj proszę z Ewą – poprosił cicho, łapiąc syna za ramię. – Mama strasznie to przeżywa. Ewa nie chce jej widzieć, nie chce słuchać nikogo. Może ciebie zechce zobaczyć...

Michał poszedł, siostra go wpuściła, ale chyba tylko po to, żeby mu powiedzieć, że ich matka nie jest jej matką, ciotka ciotką, nawet kuzynki nie są jej rodziną. Słowem, wszyscy są obcy i winni tego stanu rzeczy. Na koniec dodała, że niestety Michał też nie jest jej bratem i najbardziej jest jej z tego powodu przykro.

– Powiedziałem – poinformował ojca po powrocie. – Ale ona jak zaczarowana. Nic nie dociera...

Stanisław podjął się mediacji w obawie, że jego ukochana córka Ania coś sobie zrobi. Pojechał z Andzią do Pruszkowa, ale i on nic nie wskórał. Ewa wpuściła go do domu, owszem, ale uparcie kręciła głową, twierdząc, że została oszukana, skrzywdzona i pozbawiona tożsamości.

Andzia z kolei próbowała przemówić do rozsądku swojemu synowi Benkowi. W końcu wiele lat funkcjonowała jako włoska mamma i teraz przypomniała sobie wszystkie z tym związane przywileje. Pokrzykując na syna, kazała mu wziąć się w garść, ustawić żonę do pionu, bo takim zachowaniem tylko rodzinę dręczy. Benek wysłuchał matki spokojnie, nawet słów o czarnej niewdzięczności Ewy w stosunku do Ani nie skomentował, ale pozostał niewzruszony.

– To są sprawy mojej żony i moje – oznajmił. – A mamie nic do tego.

Andzia miała ochotę sprać synowi tyłek, jak to robiła w dzieciństwie, albo wybuchnąć płaczem i dostać ataku duszności, ale sytuacja była na tyle napięta, że nie zrobiła ani jednego, ani drugiego. Powiedziała tylko synowi, żeby pamiętał, że rodzina jest najważniejsza. Krew wprawdzie nie woda, ale w obliczu wojny wszystko zostało rozcieńczone przez wodę taką czy inną, w jego przypadku na przykład o wodę, w której utopiono jego własnego ojca. Benek i tego argumentu wysłuchał z kamienną twarzą, jak i ostatniego, który Andzia miała w zanadrzu, że gdyby nie tragiczne okoliczności, on i Ewa nie spotkaliby się w ogóle.

Tymczasem Stasieczek wyszedł z pokoju Ewy załamany złością, jaką mu okazała, jakby nie był jej dziadkiem, tylko kimś obcym. Nie mówił już nic Benkowi, tylko wziął Andzię i wrócili do domu. Po drodze Andzi usta się nie zamykały, podobnie jak tego dnia, kiedy sprawa się wydała i Winni musieli zmierzyć się z trupem w szafie, który w tak tragiczny sposób ujrzał światło dzienne.

– To ty mnie, żonie swojej, nic nie powiedziałeś? – krzyczała na Stanisława Andzia, zamiast żałować Ewy, że dziecko straciła, albo współczuć Stanisławowi, który kiedy się dowiedział, co się stało, prawie umarł z żalu. Wymachiwała przy tym umączonymi rękoma, a mąż jej usiłował wytłumaczyć, że kwestia wyciągnięcia Ewy z getta przez Anię to nie jakieś zabawy, plotki czy insza inszość, żeby o tym przy makaronie rozprawiać. Przecież kiedy się ponownie spotkali ze Stanisławem i pokochali, to już od dawna wszystko się ułożyło i nie trzeba było wiele tłumaczyć.

– Poza tym Ewa jest, była i będzie córką Ani, moją wnuczką i szlus. – Uderzył pięścią w stół, ale Andzia się tym nie przejęła zupełnie, tylko pogroziła mu umączonym palcem.

– Ty mi tu Stasieczku z czymś takim nie wyjeżdżaj! – krzyknęła. – Trza mi było powiedzieć, jak Benitek się w niej zakochał. Mnie mówiliście, żebym mu imię zmieniła, że niby się kojarzy i żonie i dzieciom będzie trudno żyć. A tymczasem jakoś nie powiedzieliście, skąd jest Ewa...

– Z przykrością, moja kochana, muszę powiedzieć, że ty nijak nic nie rozumiesz... – uciął dyskusję Staszek, a Andzia się wreszcie zamknęła, ponieważ jej ukochany mąż zrobił się czerwony na twarzy, co znaczyło, że skoczyło mu ciśnienie i może dostać apopleksji. Andzia najbardziej się tego bała, bo chociaż nie wiedziała, czym ta „apopleksja” właściwie jest, to sama nazwa budziła grozę i ucieleśniała zło, przed którym instynktownie chciała męża ochronić. Poza tym Stasieczek i synowie byli jej całym światem. Kochała ich bardzo i naprawdę serce jej się krajało, kiedy widziała cierpienie któregoś z nich.

Nie odpuściła jednak i poszła znowu porozmawiać z Benkiem, tym razem pewna, że syn posłucha jej, przyzna rację, znajdzie w sobie Włocha, tupnie nogą i wszystko się w końcu jakoś ułoży.

– Niech się mama nie wtrąca – powiedział ponownie jej syn i wytrzymał najpierw oburzone spojrzenie, potem łzy w oczach, a na końcu wyrzuty, w których najczęściej pojawiały się słowa „starość” oraz „śmierć”.

– Jak ja mam się nie wtrącać? – spróbowała jeszcze. – Jak to moje poniekąd też dziecko jest, i ty Benitku też i oczywiście Stasieczek, który przecież pogodzić się nie może...

Po powrocie rozpłakała się w ramionach męża, bo dotarło do niej, że problem nie jest urojony, tylko głęboki jak studnia i prędzej wszyscy się utopią, niż wydostaną z niej na powierzchnię.

– Ja wychowałam Anię i Manieczkę... – z braku słuchaczy tłumaczyła Stasiowi, chociaż akurat on wiedział to bardzo dobrze. – Nie byłam przy tym, jak urodziły się dziewczynki, ale przecież teraz one wiedzą, że ja je kocham. I Ewunia to synowa, przy tym jak córka przecież albo wnuczka, bo Ania jak córka...

Jerzyk początkowo nie zaangażował się w całą historię, uważając, że kogo jak kogo, ale jego nie dotyczy na tyle, żeby się wtrącał. Ponieważ jednak chwytano się brzytwy, przypomniano sobie o nim i przekonano, żeby pojechał do Pruszkowa, gdzie miał w imieniu Andzi rozmówić się z bratem. Jerzyk sprawę popchnął do przodu o tyle, że udało mu się przegadać z Benkiem pół nocy i dowiedzieć istotnych informacji na temat stanu zdrowia szwagierki. Kiedy wrócił, mógł powiedzieć wszystkim zainteresowanym, że Ewa zaczęła rehabilitację, strzaskany krąg goi się ładnie i chyba nie będzie żadnych problemów z chodzeniem, bo Ewa wszystko czuje, rusza nogami, rękami i tu przynajmniej nie ma powodu do paniki.

– Gorzej z psychiką, bo ona strasznie przeżywa, że straciła dziecko... – relacjonował matce wyniki swoich mediacji.

– To straszne. – Kiwała głową Andzia. – Ale przecież będzie mogła mieć dzieci...

– Tyle że ona rozpacza tu i teraz. Dowiedziała się o czymś, co nią wstrząsnęło, a kiedy biegła, żeby wyjaśnić sprawę, złapano ją i nieludzko pobito. Niech mama to zrozumie. Benito nie wiedział, że ona się spodziewa dziecka, miała mu dopiero powiedzieć. A tu takie coś...

Andzia była pod wrażeniem, że jej dorosły syn tak dobrze zna tajniki kobiecej psychiki, ale chciała działać, a nie czekać na nie wiadomo co.

– A może ja coś im ugotuję, co? – spytała z nadzieją. – Przecież ona nie może, Benitek nie umie, a Basi i dziewczynek nie wpuszczają...

– Niech mama zostawi ich w spokoju – uciął dyskusję Jerzyk. – Im więcej ludzi chce tam wejść i rozmawiać, tym gorzej. Oni się zacinają i... nie ma rozmowy.

– Ale Ania taka biedna i nieszczęśliwa... – westchnęła Andzia.

– Niech to mama zostawi czasowi – powtórzył jeszcze raz. – Tu nie ma mądrych, a pokrzywdzeni są wszyscy. Można tylko się licytować, kto bardziej...

Ania zacięła się w sobie, siedziała w domu i płakała, ale już nie próbowała siłą wejść do domu Ewy, żeby z nią porozmawiać. Z czasem wróciła nawet do pracy. Mogiła Kazimierza vel Andrzeja Wolskiego zarastała trawą, bo po pogrzebie, na którym byli obecni Ania oraz Ludwiczek – wykidajło oraz królowa Izabelka, nikt nawet nie przystanął, żeby zadumać się nad losem opuszczonego grobu.

Miesiąc po całym zdarzeniu do Pruszkowa przyjechał Ignacy i używając autorytetu w postaci sutanny, wszedł, nie dając się zbyć zmęczeniem Ewy po ćwiczeniach czy nawet prawem do prywatności. W końcu przyjęła go, leżąc na specjalnym łóżku sprowadzonym z Warszawy, z kliniki ortopedii. Nie powiedziała nawet „dzień dobry” i uparcie patrzyła w drugą stronę.

– Mnie też każesz wyjść? – spytał, przysiadając na krześle przy jej łóżku.

– A posłuchasz mojej prośby? – spytała cicho i zwróciła wzrok w jego stronę.

Spojrzenie miała poważne i pełne żalu.

– Nie posłucham, bo przyszedłem tu wyjaśnić ci wszystko i powiedzieć o tamtych dniach...

– Tak, wiem. – Spojrzała z ironią. – Wszyscy chcieli dobrze. Były straszne czasy. Ludzie się zabijali, zabijali dzieci, a zwłaszcza... – tu głos jej się lekko załamał – Żydów. A mnie mama uratowała życie.

– To akurat prawda. – Pokiwał głową z powagą. – Gdyby cię wtedy nie wyniosła stamtąd, wszyscy by zginęli. Twoja biologiczna matka, Kazimierz, Ania...

– A czemu nie powiedziała mi prawdy? – To jedno wydawało jej się najważniejsze.

– Nie pamiętałaś... – powiedział. – Ania i Michał uznali, że tak będzie lepiej. Nie chcieli, żebyś się czuła inna czy gorsza. Babcia Bronia mówiła, żeby ci powiedzieć, ale Ania się bała.

– Czego się bała? – Najeżyła się Ewa.

– Tego samego, co dzieje się teraz. Pierwsze, co zrobiłaś, kiedy dowiedziałaś się prawdy, to odepchnęłaś nas wszystkich. Nie znasz szczegółów, ale to cię zupełnie nie interesuje. Ty masz swoją prawdę i wszystkich już osądziłaś.

– Chcę odnaleźć swoją rodzinę – powiedziała twardo.

– Możesz pójść wyłącznie na ich groby – powiedział z okrucieństwem tak niepasującym do jego posługi, ale zmusił się do tych słów. – Wszyscy zginęli. Twoja ciotka z dziećmi i mężem zostali rozstrzelani w getcie. Pozostali zginęli w Treblince. A, jeszcze twój brat – umarł na tyfus. Mogiły zbiorowe, miejsca pamięci narodowej, to ci zostało. Bo żadne z nich nie ma grobu...

Płakała cicho, wycierając rękoma oczy.

– Jak ja teraz będę żyła? – szlochała. – Co ja teraz zrobię?

Wziął ją za rękę, którą wyrwała natychmiast, ale nie poddał się i wziął ją ponownie, zatrzymując mocno w obu swoich dłoniach.

– Będziesz żyła dalej, bo tak po prostu musi być.

– Jakiego ja Boga będę miała? – spytała, wbijając w niego ciężkie spojrzenie. Na palcach poczuł jej paznokcie kaleczące mu skórę.

Odpowiedział instynktownie, że Boga mamy jednego, miłosiernego. Nie pozwolił jej zaprzeczyć, powiedzieć, że Bóg, gdyby istniał, nie pozwoliłby na taką niesprawiedliwość, taki rozlew krwi, tyle bólu i cierpienia. Kiedy uznał, że już czas, opowiedział, jak ją ochrzcił, jak sfałszował księgi kościelne, żeby Ania mogła z nią wrócić do domu jako ze swoją córką. Nie przestawała płakać.

– Ty mnie ochrzciłeś, nie licząc się z tym, kim jestem! – rzuciła mu w twarz. – Jak mogłeś?

Pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Sądzisz, że to była kwestia wiary? Że ja chciałem zasilić szeregi katolików? Albo Ania chciała cię pozbawić tradycji? Chodziło o to, żebyś miała papiery. Świadectwo chrztu...

– Spowiadałeś się kiedyś z tego?

– Nie – powiedział zgodnie z prawdą. – Ale to nie najcięższy z grzechów, który dźwigam.

– A jaki jest najcięższy? – spytała, dając do zrozumienia, że od tej odpowiedzi bardzo dużo zależy, żeby miarkował słowa i spróbował wrócić ją do rodziny, dać na nowo nadzieję. Roześmiał się, bo przez chwilę zastanowił się, co wybrać, tak wiele tajemnic się uzbierało, tak duży ciężar dźwigał w sobie.

– Kiedy wybuchło powstanie – zaczął, ale widząc, że krzywi się z niesmakiem, dodał szybko: – Wiem, że znasz tę opowieść, jak twój ojciec wykopał mnie spod gruzów, ale ja nie chciałem o tym rozmawiać...

Poprosiła o szklankę wody, tak jak chciałaby go powstrzymać przed opowieściami z czasów wojny, zatkać tę czarną dziurę i nigdy więcej jej nie otworzyć. Dawała mu szansę, ale on z niej nie skorzystał.

– Myśleliśmy, że to wszystko potrwa dwa dni, alianci nas uzbroją i wesprą, a siedzący z drugiej strony Warszawy Rosjanie pomogą. Tyle że tak się nie stało. Sama wiesz z historii. Codziennie się modliłem za dzieci, które posyłano na śmierć. Te wszystkie rozkazy, często bezsensowne, kosztujące życie tych chłopców i dziewczyn, takich młodych. Widziałem takie straszne rzeczy, Ewo...

– Ojciec też widział... – przerwała mu.

– Modliłem się, coraz bardziej tracąc wiarę, bo jak można takie rzeczy na ludzkość zsyłać, tak okrutnie doświadczać, a przecież...

– Bóg jest miłością i trzeba szukać w tym sensu... – Ewa pokiwała głową. – Myślałam, że stać cię na coś lepszego.

Nie słuchał siostrzenicy. Przywołał w pamięci tamte dni i obrazy.

– Była taka jedna łączniczka, Krysia Żelazkiewicz, pseudonim miała „Mewa”, bo umiała naśladować... – głos mu się załamał. – Taka radosna dziewczyna, taka...

Stanęła mu przed oczami, jakby to było dziś, zaśmiała się jak wtedy, kiedy zostawała po mszy w zakrystii i zasypywała go pytaniami o sens życia, istnienia i Boga, a on wierzył, że odpowiada miłemu dziecku, a nie kobiecie, która zaczęła przesłaniać mu obraz Jezusa.

– Znałem ją wcześniej i bardzo... lubiłem. Bałem się, że zginie jak jej brat gdzieś na froncie. W tych dzieciakach było dużo zapału, ale przecież większość z nich nie umiała walczyć. Jak się okazało, nie byliśmy zupełnie przygotowani do ataku na Niemców... Najlepsza łączniczka w całej Warszawie, najlepsza...

– Ale zginęła? – spytała Ewa z rezygnacją. – A ja nie zginęłam, bo mama mnie wcześniej z Warszawy wyniosła...

Nie o tym chciał opowiedzieć. Krysia wtedy przyszła do niego, bo ojciec próbował ją zatrzymać, płacząc, że już stracił syna i nie chce jeszcze stracić córki. A ona przecież miała rozkaz i musiała go wykonać. To było po tym, jak poznał Michała i po bombardowaniu kościoła. Zaprowadził ją na plebanię, próbował uspokoić, zastanawiał się, co ma zrobić, żeby nie poszła pomagać w ewakuacji powstańców. Płakała strasznie, bo jej brat przecież zginął i ojciec rozpaczał. Na domiar wszystkiego pod mur poszła jej najlepsza koleżanka, a małą Zośkę, sąsiadkę, wesołą kilkulatkę z warkoczykami, Niemcy zastrzelili w biały dzień, kiedy przedzierała się do studni po odrobinę wody dla swojej matki i braciszka. Powstanie padało, kościół był zbombardowany, z Warszawy nie zostało prawie nic. Nie wiedział, jak ją zatrzymać, a nie chciał powiedzieć, że nie przeżyje jej śmierci.

– Mam tylko księdza, tylko ksiądz mnie może zrozumieć, bo... Bo ja cię kocham! – krzyknęła wtedy.

Jeszcze próbował tłumaczyć Krysi, że on nie może, że nigdy nie zazna ziemskiej miłości, ale ona go nie słuchała, tylko pokrywała pocałunkami jego dłonie, potem twarz, aż w końcu powiedział jej słowa, które wcześniej tylko matce, a potem Jezusowi mówił.

– To najcięższy grzech, jaki dźwigam. Byłem z kobietą...

– Co się z nią stało? – spytała, patrząc na swojego wuja, jakby go widziała po raz pierwszy w życiu.

– Zginęła przeze mnie... – wyznał. – Wymogłem na niej obietnicę, że już nie wróci do walki, pójdzie do domu, do schronu i tam już zostanie.

– Skąd wiesz, że zginęła? – rzuciła Ewa. – Przepraszam, to chyba głupie pytanie.

– Snajper... Prosto między oczy... Nie strzelił we mnie, tylko w nią, a szliśmy razem. Niepojęte dlaczego... Trzymałem jej ciało w ramionach i kołysałem, modląc się do Boga, od którego wcześniej się odwróciłem, żeby do mnie też strzelił. Ale Bóg się nie ulitował. Zaczęły spadać bomby, snajperzy strzelali, ja kopałem grób gołymi rękoma, a nie miałem nawet draśnięcia. To była kara za ten grzech. Ona zginęła, a ja zostałem...

Długo milczeli. Nie naciskał, nie próbował nic mówić. Widział, że była wstrząśnięta samą opowieścią. Porównywała jego historię do swojego zwątpienia i zastanawiała się, co tak naprawdę chciał jej powiedzieć. Wreszcie się odezwała.

– To przecież nie twoja wina...

– Nie moja. – Pokiwał siwą głową. – Pewnie Boga wina, bo zesłał wojnę. Jej, bo mnie kochała. Moja, bo kochałem ją...

– Jak zginęła moja matka? – Nadal na niego nie patrzyła. – Ta żydowska matka?

– Spytaj swojej mamy... Zginęła na jej oczach. Tyle wiem.

Wstał z krzesła, uznawszy, że jego wizyta jest już zakończona. Musiał zresztą wracać do Warszawy, do kościoła świętego Andrzeja, w którym wciąż był proboszczem. Wychodząc, kiwnął głową Benkowi, który czekał w napięciu na wynik wizyty wuja. Pokręcił przecząco głową, kiedy ten pytał, czy zostanie na kolacji. Podszedł do automatu telefonicznego pod kolejką EKD i porozmawiał chwilę z Michałem.

– Będzie dobrze – powiedział. – Ona najbardziej przeżywa utratę dziecka.

Chwilę słuchał szwagra, a potem dodał:

– Nie, już do was nie dojadę... Nie, nie, wybacz, nie mogę. Muszę wracać do siebie, ale w sobotę zajadę. Tak, tak... Pozdrów ją i powiedz, że... To wciąż jej córka.

Wsiadł do kolejki i pojechał do Warszawy, ale nie wrócił na plac Trzech Krzyży, tylko długo krążył po warszawskich ulicach, odwiedzając miejsca, w których zostawił cząstkę swojej duszy z każdym zabitych spośród bliskich.

Ewa najpierw dopuściła do siebie Basię, która zapewniła ją, że nie gniewa się za tamte słowa, wszystko rozumie i to ona prosi o przebaczenie, że nie chciała Ewy słuchać, zrozumieć i pomóc. O straconym dziecku nie rozmawiały, a Basia czuła się winna, że jej kruszynka ku radości całej rodziny rosła zdrowo, podczas kiedy dziecko Ewy bestialsko zabito. Popłakały sobie obie, potem przyszła Kasia i dołączyła do chóru płaczek. Następnie przyjechała Mania głównie po to, żeby zbadać grunt i powiedzieć siostrzenicy, że ma nie krzywdzić swojej matki, która już w życiu tyle wycierpiała. Wreszcie pojawili się Ania z Michałem. Michałowi serce się krajało, kiedy oglądał córkę bladą, wychudzoną, leżącą w gorsecie w białej pościeli.

– Andzia ci pierogów przysłała z kapustą i grzybami, córeńko – powiedział. – Przecież lubisz.

– Dziękuję, tato – odrzekła jakby nigdy nic. – Tuczycie mnie tu jak gęś. Co chwila ktoś coś przysyła, ciasto, naleśniki...

– Mama nic nie przywiozła. – Uśmiechnął się. Wziął jej dłoń w obie swoje ręce i pocałował.

– A sama je? – głos Ewy był ledwie słyszalny.

– Andzia ją męczy. Gotuje, utyskując przy tym na to, że się marnuje, to je... – Uśmiechnął się.

– Tatusiu, ja już wiem o tym, że twoja córka umarła w powstaniu – rzuciła szybko. – Ja już wiem wszystko...

– Tak – powiedział z zadumą. – Ola zginęła w powstaniu, a jej mama... później. Ale nie wiesz wszystkiego... Odpowiem dziecko na każde twoje pytanie, chociaż Bóg mi świadkiem, że chciałbym zapomnieć... Musisz wiedzieć tylko jedno. To wszystko zrobiliśmy z miłości do ciebie...

Ania siedziała w pokoju Ewy kilka godzin i nigdy nie powiedziała nikomu, nawet Michałowi, o czym mówiły. Po tej rozmowie ani ona, ani Ewa nie były już takie same. Nic zresztą nie było takie same, prócz pozorów normalności, jakie u Winnych zapanowały w kwietniu 1968 roku.

Kiedy