Wydawca: Zwierciadło Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Stulecie Winnych. Tom II. Ci, którzy walczyli ebook

Ałbena Grabowska  

4.52631578947368 (19)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 404 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stulecie Winnych. Tom II. Ci, którzy walczyli - Ałbena Grabowska

Epicka opowieść o losach polskiej rodziny wpleciona w dramatyczne wydarzenia XX wieku rozpoczyna się z chwilą wybuchu I. wojny światowej, a kończy po stu latach – w czasach współczesnych.

1 września 1939 roku. Mania i Ania Winne, pierwsze w rodzinie z podwarszawskiego Brwinowa bliźniaczki są już dorosłe. W tym wyjątkowo burzliwym dla losów Polski dniu Mania rodzi kolejne bliźniaczki - Kasię i Basię. Szczęście związane z urodzeniem córek przyćmi zaginięcie jej męża Pawła. Czy oznacza to owdowienie? Wówczas nikt tego nie wie. Tego feralnego dnia niemieckie kule dosięgły również nestora rodu - Antoniego. Ciężar odpowiedzialności za rodzinę musi wziąć na siebie Ania - bliźniaczka Mani.

Podczas II wojny światowej rodzina Winnych przeżywa to samo, co setki tysięcy polskich rodzin. Niektórzy Winni walczą na europejskich frontach, inni zmagają się z okupacyjną codziennością: terrorem, głodem i groźbą wywózki do obozów koncentracyjnych. Mimo wojennej zawieruchy, życie płynie dalej: Winni kochają, nienawidzą, rodzą się im kolejne dzieci. Nadchodzi koniec II wojny światowej. Upragniona wolność niewiele ma jednak wspólnego z tym, o czym marzyli przez lata nazistowskiego terroru. Inwigilacja i represje ze strony komunistycznych rządów to chleb powszedni powojennych lat. Jak Winni poradzą sobie w nowej rzeczywistości?


Ałbena Grabowska – lekarz neurolog-epileptolog (obecnie pracuje w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym, pełni także funkcję sekretarza Polskiego Towarzystwa Epileptologii). Imię Ałbena, oznaczające kwitnącą jabłoń, zawdzięcza swoim bułgarskim korzeniom. Matka trójki dzieci, która nie wyobraża sobie życia bez pisania. Wydała między innymi powieść Lot nisko nad ziemią oraz I tom sagi Stulecie Winnych: Ci, którzy przeżyli (2014).

Opinie o ebooku Stulecie Winnych. Tom II. Ci, którzy walczyli - Ałbena Grabowska

Cytaty z ebooka Stulecie Winnych. Tom II. Ci, którzy walczyli - Ałbena Grabowska

czuła się w  domu tak strasznie samotna, że jego towarzystwo i  pomoc była czymś nieocenionym. Wprawdzie przeczucie mówiło jej, że nie jest to odpowiedni dla niej mężczyzna, ale przeganiała te wrażenia precz, widząc, jak godnie wykonuje poniżającą dla literata pracę. –  Boję się tego dnia, kiedy już nie będę tu potrzebny – wyznał jej któregoś wieczora, kiedy siedzieli pod jabłonką. Właśnie skończył zbierać ostatnie listopadowe plony.

Fragment ebooka Stulecie Winnych. Tom II. Ci, którzy walczyli - Ałbena Grabowska

Redakcja: Melanż
Korekty: MAREK KOWALIK, Melanż
Projekt serii: NATALIA BARANOWSKA / manukastudio.pl
Okładka: JAROSŁAW SKŁADANEK
Skład: MARIA KOWALEWSKA
Redaktor prowadzący: MAGDALENA CHORĘBAŁA
Dyrektor produkcji: ROBERT JEŻEWSKI
Zdjęcia: I strona okładki – © lambada/Vetta/Getty Images; skrzydełko – Miro Bestecki /archiwum Autorki
© Copyright by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2015 Text © copyright by Ałbena Grabowska 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.
ISBN 978-83-64776-37-3
Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o. ul. Karowa 31a, 00-324 Warszawa tel. (22) 312 37 12 Dział handlowy:handlowy@grupazwierciadlo.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Pamięci moich dziadkóworaz ojca – Zofii, Stefanai Janusza Grabowskich.

1942 ROK

Wojna przemawia do ludzi wieloma językami, ale zawsze jest to głos bestii. Któregoś dnia bestia wsączyła w ucho Zuzanny Birgenhoff kilka kropli jadu i ta, zaraz po obudzeniu, zgłosiła się do siedziby Gestapo przy alei Szucha w Warszawie, gdzie powiedziała, że w sąsiedniej kamienicy, przy ulicy Marszałkowskiej sześćdziesiąt mają miejsce konspiracyjne spotkania. Wiedzę swoją oparła na obserwacjach ludzi wchodzących do budynku, a następnie z niego wychodzących, zawsze pojedynczo, w odstępach kilkuminutowych. Ponadto stwierdziła, że co najmniej jeden z tych regularnie spotykających się w mieszkaniu na drugim piętrze chłopców, niósł ze sobą futerał na gitarę, w którym, jak Zuzanna przypuszczała, przenoszono broń. Dyżurny oficer SS z wielką przyjemnością zaprowadził informatorkę do wyżej sklasyfikowanego urzędnika, któremu łamaną niemczyzną powtórzyła swoją historię. Tamten zapisał wszystko jak trzeba, podziękował Zuzannie, która z czystym sumieniem poszła do domu, gdzie oddała się dalszej obserwacji sąsiadów swojej kamienicy oraz budynków do niej przylegających. Serce Zuzanny przed wojną było wyłącznie polskie, ale w czasie okupacji zniemczało z niejasnych powodów, z którymi pradziadek Niemiec niewiele miał wspólnego. Po jej wyjściu oficer wykonał kilka telefonów i następnego dnia o umówionej godzinie pod wskazaną kamienicę podjechała duża czarna ciężarówka, z której wysypało się kilkunastu żołnierzy. Mieszkańcy domu zostali wywleczeni przez bramę, a następnie ustawieni pod murem. Rozstrzelano dziesięć osób, w tym trzy kobiety i siedmiu mężczyzn, a dziesięciu młodych chłopców aresztowano. Jeden z nich, ten, który miał futerał na gitarę, próbował uciekać, ale seria z karabinu maszynowego powaliła go na środek Marszałkowskiej. W futerale nie było broni, tylko gitara, którą jeden z Niemców rozbił o mur kamienicy, trudno powiedzieć, dlaczego. Samochód z chłopcami odjechał z piskiem opon, przerażeni lokatorzy kamienicy wrócili do swoich mieszkań, a ci, których bliscy leżeli pod ścianą, rozpaczali.

Aresztowani byli torturowani i męczeni w podziemiach Szucha jeszcze kilka dni, przy czym dwóch z nich po pierwszym przesłuchaniu przyznało się do działalności konspiracyjnej polegającej na małym sabotażu, pozostali upierali się, że spotykają się na wieczorkach tanecznych. Odpowiednia perswazja wystarczyła, aby podali kontakty do swoich przełożonych, bądź innych osób, z którymi się porozumiewali. Nastąpiło jeszcze kilkanaście aresztowań, przesłuchań i wiele egzekucji osób związanych i niezwiązanych z działalnością konspiracyjną przy Marszałkowskiej numer sześćdziesiąt. W sumie dwadzieścia kilka matek straciło swoich synów i córki, kilka żon mężów, a braci sióstr. Ile dzieci zostało sierotami, pośrednio czy bezpośrednio w wyniku słów Zuzanny, nikt nie zliczy.

Sama Zuzanna była z siebie bardzo zadowolona, uważając, że spełniła obywatelski obowiązek wobec Niemiec, które nazywała teraz „prawdziwą ojczyzną”. Jej samopoczucie uległo pogorszeniu dopiero jakiś czas później, kiedy do masywnych drzwi zastukało dwoje młodych ludzi i po odczytaniu jej wyroku skazującego w imieniu Polski Podziemnej, dostała dwie kule prosto w białą pierś. Do tego czasu zdążyła jeszcze złożyć kilka doniesień bezpośrednio do uszu oberleutnanta Hansa Kochmanna, któremu donosiła przed, po i w trakcie, a najbardziej lubiła w trakcie, kiedy zamiast krzyczeć: „ach” czy „och” wykrzykiwała nazwiska znajomych i sąsiadów. Oberleutnant przyjmował to za dobrą monetę, czasami kogoś aresztował, a czasami ograniczał się tylko i wyłącznie do kwiecistych opisów, jak to w wyniku pomocy Zuzanny państwo niemieckie odnosi swoje wielkie zwycięstwo.

Tamtą egzekucję obserwowała z przerażeniem Ania Winna-Tarasiewicz, która razem ze swoim mężem Kazimierzem mieszkała trzy kondygnacje nad Zuzanną, na siódmym, ostatnim piętrze sąsiedniej kamienicy, czyli przy Marszałkowskiej sześćdziesiąt dwa. Podobne widoki w okupowanej Warszawie, łapanki z egzekucjami i masowe wywózki do obozów zagłady były wtedy na porządku dziennym. Ludzie przyzwyczaili się do wszechobecnego terroru i myśli, że wychodząc rano z domu, nie mają żadnej gwarancji, że wieczorem powrócą. Mimo to żyli z dnia na dzień, jedli, pili, pracowali, kochali, witali przychodzące na świat dzieci i grzebali zmarłych. To ostatnie, niestety, coraz częściej.

Na siódmym piętrze Ania razem z Kazimierzem zajmowała czterdziestometrowe mieszkanko składające się z dwóch pokoików przedzielonych kotarą z maleńkim balkonikiem, z którego widać było Wisłę oraz pola i lasy już nienależące do Warszawy. Kuchnia była przytulona do klatki schodowej cienką ścianą, przez którą słychać było kroki sąsiadów. Zimą w domu wiało okrutnie, a latem było gorąco nie do wytrzymania. Łazienki, niestety, w mieszkaniu nie było i trzeba było chodzić za potrzebą dwa piętra niżej do wygódki na korytarzu. W budynku była winda, ale funkcjonowała wyłącznie do piątego piętra, jakby na szóstym i siódmym ludzie mieli inne nogi niż ci z niższych pięter. Mimo to Ania Winna po ślubie zdecydowała się wynająć właśnie to mieszkanie, ponieważ dzięki swoim nadprzyrodzonym zdolnościom wiedziała, że kamienica ocaleje jako jedna z zaledwie kilku przy całej Marszałkowskiej. Zuzannę mijała na schodach, kiedy szła na tajne komplety kilkaset metrów dalej do szkoły Platerek, którą sama kończyła, albo wychodziła do kawiarni Stokrotka. W niej z obojętną miną obsługiwała zarówno Polaków, jak i Niemców, chociaż ci ostatni do kawiarni zaglądali rzadko, mając „swoje” lokale przy placu Unii Lubelskiej. Wiedziała, że sąsiadce źle z oczu patrzy, a jej głupota może napytać biedy, ale kłaniała się uprzejmie, nawet z pewną uniżonością, wiedząc doskonale, że takie jak ona muszą czuć się lepsze od innych. Tamci chłopcy oraz kolejni „konspiratorzy” padli ofiarą nieposkromionej chciwości i bezkresnej głupoty Zuzanny, której mało było pieniędzy, jakie dostawała od ciężko pracujących na roli rodziców i oberleutnanta Hansa. Ania swoim szóstym zmysłem czuła, że coś złego za sąsiadką idzie, ale myślała raczej o pokątnym handlu mięsem, kantach czy sprowadzaniu tłustych Niemców do domu, niż o rzeczywistym złu. Egzekucja zatem wstrząsnęła nią do głębi, zwłaszcza że przypomniała jej tamten dzień sprzed ponad dwóch lat, kiedy pod murem naprzeciw niemieckich karabinów stanął jej ukochany Paweł, a dziadek Antoni oddał za niego życie. Od tamtej godziny upłynęło mnóstwo wody w rzekach, wiele się zdarzyło, świat rozsypał się na kawałki, ale Ania nie mogła zapomnieć wzroku szwagra, który przygotowywał się na śmierć, a potem ciała dziadka z dziurą od kuli na piersi, rozłożonymi rękoma i spokojem na twarzy. Tamtego dnia jej siostra Mania urodziła dwie dziewczynki, babcia Bronia przestała mówić, a Paweł zamiast cieszyć się z darowanego życia, przepadł gdzieś bez wieści. Dopiero po kilku miesiącach okazało się, że zaciągnął się do wojska, kiedy przesłał z frontu list do swojej żony. Tego listu Mania nie pokazała nikomu, nawet jej – swojej siostrze bliźniaczce. Co w nim było, Ania mogła się jedynie domyślać, ale jego treść miała poznać dopiero wiele lat później, kiedy to, co wtedy napisał Paweł, nie miało już żadnego znaczenia. W chaosie zdarzeń, które wtedy nastąpiły, Ani zupełnie wyleciał z głowy niejaki Kazimierz Tarasiewicz, który zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia w pewne sierpniowe popołudnie, a co za tym idzie postanowił dotrzymać zawartej umowy i stawić się na umówione spotkanie dwudziestego września w Brwinowie. Potem opowiadał jej, jak z okupowanego Krakowa ruszył koleją, następnie furmankami, a nawet część drogi pokonał pieszo, dziwiąc się, że wojna wyszła poza obręb dawnej stolicy Polski. Jemu naprawdę się wydawało, że tylko tam panoszą się Niemcy, a reszta kraju jest może nie tyle wolna, ile o wiele mniej represjonowana. Kiedy dotarł pod koniec października do Brwinowa, brudny i obdarty, zapukał do okna drewnianego domku. Drzwi otworzyła mu Mania, która miała nadzieję, że to jej mąż Paweł stoi przed progiem domu i chce ją na powrót zabrać do mieszkanka nad biblioteką, które do pierwszego września zajmowali oboje, ciesząc się sobą, swoją miłością i oczekując dziecka. Kiedy zobaczyła brudnego i zarośniętego Kazimierza, krzyknęła nie tyle ze strachu, ile z rozczarowania, że to niewłaściwy mężczyzna puka do ich drzwi.

Tamtego dnia, kiedy Niemcy weszli do Brwinowa i postanowili zabić dla przykładu kilkunastu mieszkańców miasteczka, w tym Pawła, Mania z początku nie wiedziała, co się dzieje, a potem była tak zajęta własnym bólem, że nie zrozumiała, jaki był finał tej historii. Kiedy już dziewczynki jedna po drugiej przyszły na świat, chciała pokazać je mężowi, a wtedy okazało się, że Pawła nigdzie nie ma. Nie powiedziano Mani o śmierci Antoniego w obawie, że straci mleko, nie zabrano jej nawet na pogrzeb, tylko polecono leżeć w domu i karmić Kasię i Basię. Drugiego dnia Mania wyraziła głębokie zaniepokojenie, że Pawła wciąż przy niej nie ma i nie może zobaczyć córek. Domagała się na przemian męża, doktora, babci, siostry lub ojca, a najlepiej wszystkich naraz. Nie rozumiała, dlaczego przychodzi tylko Ania, mająca błędny wzrok i łykająca łzy. Doktor Brzozowski nie żył, daremnie Mania dopominała się wizyty właśnie tego medyka, który ją samą na świat przyjmował, albo chociażby prosiła, żeby babcia Bronia przyszła i zobaczyła prawnuczki. Zawołano innego doktora, który zostawił poważniej chorych, żeby zbadać Manię. Przyszedł jednak, orzekł, że wszystko jest w porządku i kazał „dochodzić do siebie”. Do położnicy nadal zaglądała tylko siostra, głaskała po główkach maleńkie dziewczynki, całowała Manię, a potem wybiegała, zanosząc się płaczem, bo zupełnie nie wiedziała, co ma robić i jak dalej żyć. Mania nadal nic nie rozumiała, histeryzowała strasznie, dzieci płakały, a w Brwinowie zapanował chaos daleko większy niż ten w tysiąc dziewięćset czternastym roku. Ludzie, kiedy już otrząsnęli się z pierwszego szoku, natychmiast zaczęli kopać tajne piwnice, gromadzić jedzenie, którego z racji ciepłego lata było w bród, robić przetwory na czarną godzinę, słowem zabezpieczać sobie wojenną przyszłość. Najgorsza była niekontrolowana wycinka drzew. Ludzie ryzykowali zdrowiem, a nawet życiem, ścinając sosny i dęby w okolicznych lasach, a potem tnąc pniaki siekierami na kawałki. Niejeden kark został złamany i niejedna ręka ucięta podczas próby zdobycia drewna na opał. U Winnych to Ania musiała wziąć na siebie ciężar zabezpieczenia rodziny, ponieważ Mania, rzecz jasna, nie mogła w niczym pomóc. Babcia leżała, patrząc w przestrzeń, dziadka już nie było, a ojciec zapadł w rodzaj letargu. Tadek i Wacek poszli na wojnę, twierdząc, że ojczyzna ich wzywa. Na wujów nie mogła liczyć. Stefan z Grażyną mieszkał w Siedlcach i nie dawał znaku życia, wuj Kajtek, ciocia Iwonka z synami pojechali do jej rodziców aż pod Poznań, składając mglistą obietnicę, że wrócą i zabiorą do siebie Bronisławę. Wuj Władek niewiele mógł pomóc, bo noga całkiem mu odmówiła posłuszeństwa, a Kazia i tak delikatna psychicznie, martwiła się nie tyle wojną, ile dziwnym zachowaniem swoich dwóch synów. Damian znikał gdzieś na całe dnie i nie chciał powiedzieć, dokąd chodzi, więc Kazia wmówiła sobie, że zapewne zamierza pójść do lasu i walczyć. Natomiast Jasiek jeździł codziennie do Pruszkowa rowerem, gdzie, jak twierdził, pracował w wyuczonym zawodzie elektryka w fabryce porcelany, która kto wie, co produkowała po wybuchu wojny, bo raczej, jak Kazia analizowała, nie szkło, nijak do wojny niepasujące. Ania nie mogła zatem liczyć na nikogo, prócz ojca.

Stanisław wyglądał tak strasznie jak wtedy, kiedy umarła mama Ani i Mani – Kasia, albo wtedy, kiedy musiał Władzię do grobu składać, a nie mógł ani jednym słowem wyrazić swojego żalu. Teraz mógł już płakać i w czterech ścianach dawać upust swojej nienawiści do Niemców, ale zabrakło mu słów i łez. Chodził niespokojnie z kąta w kąt, do wnuczek nie zaglądał, ale trzeba przyznać, że pomagał Ani, jak umiał. Rozumiał także, że trzeba zapełnić spiżarnię, zadbać o zwierzęta, ocieplić stodołę, a także kupić owies i siano dla krowy i koni, ale ledwie dźwigał się z łóżka, a jak już wstał, to marzył tylko o tym, żeby się położyć.

– Może kupimy obroku dla zwierząt? – spytał Anię któregoś dnia. – Potem zajmę się stodołą, bo dziury trzeba załatać na zimę...

– Tatku. – Ania pogłaskała go po ramieniu. – Najpierw jedzenie dla nas. Zróbmy to samo, co wtedy... Do tajnej piwnicy zapakujmy większość zapasów, a do tej przy domu tylko trochę. Gdyby nam kazali oddać jedzenie, to będziemy mieli tamten schowek.

– Tak – powtarzał Stanisław, łykając łzy. – Ojciec to dobrze wtedy obmyślił...

Patrzył na córkę, która jedna z całej rodziny wykazywała rozsądek, i kiwając głową, kopał, zbierał, rozdzielał i segregował według jej wskazówek. Od czasu do czasu siadał, żeby odpocząć, a wtedy ściskało go coś w piersi strasznie, kiedy przypominał sobie ojca, który teraz leżał na brwinowskim cmentarzu przysypany ziemią. Tym razem Stanisław nie mógł mieć nadziei, że pochował kogoś innego, mógł tylko pytać pana Boga, czemu znowu każe mu robić trumnę dla kogoś z rodziny.

– Trochę zarosła ta mała piwnica, ale nic to... – mówiła Ania, patrząc z niepokojem na Stanisława, który smutny był przeraźliwie, odzywał się półgębkiem i często gubił kontakt z rzeczywistością.

– Mała, ale nic to – powtarzał jak echo i pod czujnym spojrzeniem córki czyścił piwnicę pod osłoną nocy.

Kiedy wreszcie skończyli, Ania odetchnęła z ulgą, a Stanisław zajął się tym, co umiał najlepiej, czyli stolarką. Powoli, pracując dzień po dniu, ocieplił stodołę, a potem kupili owies za ostatnie pieniądze, które mieli, wychodząc z założenia, że zwierzęta to też domownicy. Przeważyły też względy praktyczne – gdyby zaczęli głodować, to dzieci przeżyją, pijąc mleko Krasuli, a i pracę łatwiej dostać, jak się ma konie.

W Brwinowie zapanowały niemieckie rządy, wydawano zarządzenia i nowe papiery. Ludzie bali się coraz bardziej, chociaż starsi prorokowali, że cały chaos potrwa ledwie kilka miesięcy i wojna skończy się szybciej niż poprzednia. Kiedy ogłoszono w radiu, że Anglia i Francja wypowiedziały trzeciego września wojnę Niemcom, większość mieszkańców Brwinowa odetchnęła z ulgą i zaczęła czekać, aż najeźdźcy zabiorą swoje manatki i umkną przed nadjeżdżającą armią z zachodu. Dziesiątego września na rynku zastrzelono Franka Glinkę, tylko dlatego, że szedł po zmroku i sobie podśpiewywał. Wtedy stało się jasne, że rośli żołdacy w ciemnych mundurach zagościli w całym kraju na dobre. Brwinowianie ustawili się grzecznie w okienku po kenkarty. Ania próbowała załatwić papiery nie tylko dla siebie, lecz także dla reszty rodziny. Niemiec wrzasnął jednak, że każdy osobiście ma się stawić, bo jak nie, to kula w łeb, jeśli ktoś go złapie bez dokumentów. Ania schyliła głowę, odebrała swoje dokumenty i szybko odeszła od okienka. Po godzinie wróciła i przedstawiła się jako Maria Winna-Bartosiewicz. Żołnierz spojrzał na nią podejrzliwie, ale Ania była inaczej ubrana, uczesana i sprawiała wrażenie, że pierwszy raz go widzi na oczy. Wydał jej kartę, odprowadzając wzrokiem i przysięgając sobie, że zapamięta tę rudą osóbkę z oczami jak gwiazdy i zainteresuje się, czy przypadkiem nie ma w sobie żydowskiej krwi. Bronia została zaprowadzona przez Anię i Stanisława. Wcześniej wnuczka tłumaczyła jej, że trzeba iść i wyrobić nowe papiery, bo ci, co zabili dziadka, mogą w każdej chwili zabić, kogo chcą, jak psa, a już dość śmierci było w ich rodzinie. Bronia nie powiedziała ani słowa, ale z pomocą Ani dźwignęła się z łóżka, pozwoliła umyć i ubrać w czarną sukienkę, którą miała na pogrzebie męża, a potem nieść Stanisławowi na rękach przez całą drogę. Kiedy już byli na miejscu, z wielkim trudem, wolniutko, podeszła do okienka po nowe dokumenty.

– Bhronisława Winna? – Niemiec przeczytał imię i nazwisko Broni, a ona dumnie podniosła głowę, a potem pokiwała nią kilka razy.

– Oma hat nicht gesagt[1]. – Ania pospieszyła z wyjaśnieniem. – Die Krankheit...[2]

I wykonała nieokreślony taniec rąk wokoło gardła. Urzędnik pokiwał głową i wypisał, co potrzeba dla Broni, a następnie dla Stanisława, Wacka i Tadzika. Po powrocie do domu Bronia na powrót przebrała się w koszulę nocną i zamknęła w pokoju, który do niedawna dzieliła z mężem.

– Nie mówi, od kiedy dziadka zabili – wyjaśniała Ania wujkowi Władkowi, a potem Stefkowi i Kajtkowi, kiedy udało jej się zebrać całą rodzinę, żeby porozmawiać o tym, co dalej robić. – I ta jej choroba bardzo się posunęła. Ledwie chodzi, tylko za potrzebą...

– Ja mamy zabrać nie mogę – powiedział wykrętnie Kajtek, który w Pobiedziskach zostawił żonę i dwóch synów u teściów, a sam wrócił do Brwinowa załatwić przeniesienie.

Ania spojrzała na Kajtka dziwnie, bo wiedziała, że ciocia Iwonka w przyszłości napyta sobie biedy, handlując z Niemcami, a jej bracia stryjeczni Michał i Janusz dołączą do armii, jeden polskiej, drugi, niestety, niemieckiej, co nie najlepiej skończy się dla Janusza.

– Może ja bym ją wziął do siebie do Siedlec? – zaproponował wuj Stefan, ale Władek i Stanisław zaprotestowali głośno, więc Stefek odpuścił.

Bronia została w Brwinowie, krucha i drobna jak sucharek. Z czasem zaczęła wstawać i pomagać przy dziewczynkach, ale wciąż nie wypowiadała ani słowa. Zgarbiona, przemykała się cicho między pokojami, gotowała i sprzątała na tyle, na ile pozwalało jej sztywniejące ciało. Radziła sobie z własnymi ograniczeniami, pokazując palcem, kiedy czegoś chciała, albo pisała na kartce. Tadzik i Wacek, a po ich wyjeździe Stanisław, nosili ją na rękach, kiedy tylko mogli, a ona przytulała się do ich szerokich piersi i głaskała po pokrytych zarostem twarzach.

Mania, która rodziła Kasię siedem godzin, a Basię kolejne dwie, przez pierwsze dni pytała tylko o to, gdzie jest Paweł. Zajścia na rynku nie pamiętała, albo nie chciała pamiętać, skupiała się na tym, co tu i teraz. Jej własne ciało było obolałe i zupełnie obce, w dodatku żyło własnym życiem, nie tak, jak ona chciała, ale tak, jak dyktowały mu dwie pomarszczone, ciągle płaczące istotki. Tęskniła za Pawłem i niepokoiła się brakiem zainteresowania ze strony rodziny. Mając jednak świadomość, że wygląda nie najlepiej, była nawet zadowolona, że leży w swoim panieńskim pokoju. Z czasem Ania zaczęła bywać u niej częściej, a ciotka Kazia, mimo strachu o swoją własną rodzinę, całe dnie spędzała w domu szwagra, pomagając przy Broni i dziewczynkach. Po tygodniu, kiedy Mania poczuła się na tyle lepiej, że mogła powoli wstać i pokuśtykać za potrzebą, zawołała siostrę i zapytała wreszcie, co się dzieje.

– Znowu jest wojna – odpowiedziała jej krótko siostra.

– Jaka wojna? – Mania rozejrzała się wokoło.

– Manieczko. – Ania pogłaskała ją po dłoni. – Niemcy najechali na Polskę. Nie słyszysz huku od Warszawy, wystrzałów i bomb?

Mania pokręciła głową i spojrzała zdumiona na ręce siostry, które, zwykle białe i delikatne, pokryte były pęcherzami od łopaty, ziemi i trawy.

– A tobie co w ręce się stało?

Ania westchnęła i przez kolejną godzinę najdelikatniej jak umiała, tłumaczyła siostrze, co i jak, włączając w to własne przeczucia i strzępki opowieści ojca i wujów. Mania siedziała oniemiała, wreszcie zaczęła trząść się jak osika i próbować wstawać, chcąc zobaczyć, czy ojciec oraz babcia z dziadkiem są cali i zdrowi. Ania uspokajała ją, jak mogła, ale w końcu musiała powiedzieć, że dziadek Antoni nie żyje, co spowodowało krzyk i szloch siostry, a dziewczynki zbudziły się i zaczęły płakać. W jednej chwili Mania uspokoiła się i spojrzała całkiem trzeźwo.

– Podaj mi Basię – zakomenderowała i odsłoniła białą pierś.

– Basia to która? – ze wstydem zapytała siostrę, patrząc bezradnie na dwa tobołki płaczące w pokoju.

Mania obrzuciła ją nieprzeniknionym spojrzeniem i pokazała palcem na jedną z córeczek, którą po odebraniu z rąk siostry, zaraz przystawiła do piersi.

– Czarna – wyjaśniła krótko.

Dziecko zaczęło jeść, ciamkając głośno, co Anię rozczuliło. Druga siostrzenica przestała płakać, jakby rozumiała, że jedzenie jest blisko, trzeba tylko cierpliwie poczekać na swoją kolejkę.

– Wiedziałaś, że będzie dwoje? – spytała, głaszcząc Kasię po rudej główce.

– Nie – Mania westchnęła głośno i skrzywiła się, próbując się poprawić. – Doktor też nic nie powiedział. Mówię ci, Anka, nie dziwię się, że nasza matka umarła przy porodzie. Boli tak, jakby kto rozżarzonym żelazem gmerał ci, wiesz gdzie.

– Wygoi się. – Tym razem Ania pogłaskała po głowie siostrę. – Kasia to po naszej mamie?

– Tak, po naszej, a Basia po mamie Pawła – powiedziała, odejmując jedną dziewczynkę od piersi i podając siostrze, a następnie przystawiając drugą, do drugiej piersi.

Chwilę siedziały w ciszy przerywanej ciamkaniem i westchnieniami dzieci, rozkoszując się najzwyczajniejszą rozmową, podczas kiedy znany im świat rozpadał się na kawałki.

– Dziwne – powiedziała Ania, przyglądając im się uważnie. – Jedna ma rude włoski i zielone oczy jak ty, druga czarna jak węgielek po ojcu. A przecież bliźniaczki jak my...

– Gdzie Paweł? – przerwała jej siostra, a jej wzrok nagle zrobił się zacięty. – Mów, bo wyjdę i zacznę go szukać!

Ania drgnęła. Popatrzyła na siostrę i wytrzymawszy jej wzrok, powiedziała cicho:

– Dziadek zasłonił go przed kulami. Ciebie zabrał do domu, kiedy zaczęłaś rodzić. Potem już go nie widziałam. Nie wiemy nawet, gdzie go szukać.

– Przecież wiedział, że dziecko przyjdzie na świat, przecież wiedział... – rozpłakała się na powrót Mania.

Ania usiłowała ją objąć, ale Mania ją odepchnęła.

– Myślisz, że nie wiem, co się działo?! – wrzasnęła i zaczęła uderzać pięściami w pościel. – Ty wszystko tak urządziłaś! Ty! To ciebie on...

– Maniu, proszę, przestań – błagała ją siostra, siłą powstrzymując się od płaczu.

Wreszcie udało jej się uspokoić płaczącą i krzyczącą Manię, utulić przestraszone dziewczynki i wyjść cicho na palcach z pokoju, który zawsze był jej przystanią i ostoją, a teraz nie było w  nim dla niej miejsca. Położyła się w pokoju gościnnym na łóżku, które ojciec zrobił w dobrych czasach, kiedy w domu było tyle ludzi, że co najmniej jedna osoba nie miała gdzie spać i musiała korzystać z łóżka gościnnego.

Mania płakała i leżała jeszcze przez wiele dni. Daremnie pocieszali ją ojciec i Ania, Bronia gładziła po włosach, a Wacek i Tadzik póki byli, nosili dziewczynki nocami, słaniając się potem za dnia na nogach. Pawła nikt nie był w stanie zastąpić.

Siedemnastego września przyjechał z Warszawy Ignacy, który zostawił własną parafię zaalarmowany listem ciotki Kazimiery o tym, że rodzina jest w rozsypce, a Jasiek, Wacek oraz Tadzik poszli walczyć z najeźdźcą. Natychmiast jak tylko przekroczył próg, zamknął się z babcią Bronią w jednym pokoju, udzielił jej rozgrzeszenia bez wysłuchania grzechów i modlił się przy jej łóżku przez godzinę. Bronia po tych modlitwach wstała i zaczęła żwawiej chodzić, nawet ogarnęła nieco kuchnię i ugotowała rosół, ale mimo najszczerszych chęci nie przemówiła ani słowem. Zaraz po spowiedzi Broni, Ignacy udał się do dawnego pokoju dziewczynek, który teraz zajmowała Mania razem z Kasią i Basią, wysłuchał grzechów Mani, a następnie ochrzcił dziewczynki. Był do tego przygotowany, miał wszelkie maści i oleje święte. W ceremonii uczestniczyli tylko, reprezentujący zdziesiątkowaną rodzinę, Ania i Stanisław, bo zmęczona Bronia poszła się położyć. Ani wydawało się, że brat cioteczny dziwnie na nią patrzy, kiedy trzymała dziecko do chrztu, ale była tak utrudzona pracą fizyczną i niewyspana z powodu obecności w domu małych dzieci, że w końcu doszła do wniosku, że na pewno jej się zdawało.

– Porozmawiamy chwilę? – Drgnęła, kiedy obok usłyszała jasny głos kuzyna Ignacego.

– Oczywiście – powiedziała, opuściła nogi z kanapy i wyszła z nim na podwórze. Popatrzyła na wschód, gdzie była Warszawa, i wzdrygnęła się, kiedy zobaczyła dym nad stolicą. Ignacy także popatrzył w tamtą stronę i się przeżegnał.

– Wracasz tam? – spytała Ania.

– Muszę – odpowiedział z mocą. – Jestem sługą bożym, a tam są moi parafianie.

– Codziennie widzę dym nad miastem. Przeraźliwe huki... Samoloty zrzucają bomby – mówiła cicho, nie patrząc na Ignacego. – Wyglądało to, jakby ktoś talię kart tasował, a potem je upuścił... Boję się, Ignasiu.

– Trzeba się modlić. – Objął ją i przytulił.

W jej głowie zaczęły kłębić się myśli przetykane krzykiem Mani, milczeniem babci i przede wszystkim widokiem przerażonych oczu Pawła i pustego wzroku dziadka Antoniego po śmierci. Zaniosła się płaczem. Ignacy gładził ją po plecach, pozwalając jej się wypłakać. Rozmazywała łzy rękoma i trzęsła się jak osika.

– Będzie jeszcze gorzej – powiedziała. – Ja to wiem... Śmierć, ból, rozpacz... Przyjdzie z obu stron i rozpanoszy się jak zaraza...

– Paweł żyje? – spytał Ignacy.

– Nie wiemy. – Pokręciła głową, wpatrując się w jabłoń obsypaną drobnymi, soczystymi jabłkami. – Kiedy to się stało, ja... niewiele pamiętam. Potem już go nie widziałam. Nie było go wśród zamordowanych. Wacek i Tadzik pomagali grzebać zmarłych...

– A co czujesz? – przerwał jej.

Spojrzała zdziwiona. Wszyscy w rodzinie wiedzieli o jej szczególnym darze, ale jeden Ignacy nigdy o tym nie mówił. Dla niego jej brzemię było skierowane przeciwko Panu Bogu i było niczym więcej niż grzechem.

– Żyje, ale nie wiem, czy kiedykolwiek wróci. Chyba sam tego na razie nie wie...

– Ja uważam, że wróci do swojej żony i dzieci – powiedział z mocą. – Nie próbuj tylko go szukać.

Spojrzenie czystych oczu przeszyło ją do głębi. Musiał wiedzieć o czymś, może od domyślającej się przecież wszystkiego Mani albo może z własnych obserwacji, kto tam wie.

– Nie szukam... – odparła zmęczonym głosem. – On musi sam się odnaleźć.

Pokiwał głową, a następnie razem poszli na cmentarz, gdzie zapalili świecę na świeżym grobie Antoniego i starych grobach rodzinnych. Przy grobie brata – Florka Ignacy pochylił się i dotknął płyty nagrobnej. Ania pomyślała, że wygląda, jakby dźwigał ogromny, bardzo ciężki krzyż na barkach. – Niedługo i ja będę mieszkała w Warszawie – powiedziała do niego, kiedy odjeżdżał, a on popatrzył na nią smutno i zniknął w zatłoczonym pociągu.

Wojna zaczęła się dla Jaśka Winnego piątego września trzydziestego dziewiątego roku, chociaż w piekle niepokoju i zranionych uczuć przebywał od kilku lat. Tego dnia, mimo chaosu obecnego dokoła, stał jak zwykle na dworcu, czekając na pociąg, który miał go zabrać do fabryki porcelany w Pruszkowie. Jan Winny nie lubił swojej pracy. Porcelanowe filiżanki przypominały mu Łucję Wierusz-Kowalską, która tak zdradziecko zostawiła go bez słowa wyjaśnienia i pojechała do Ameryki. Przyjął jednak tę pracę, bo nie chciał dłużej siedzieć w domu i wpatrywać się w prostokąt po jej obrazie na ścianie swojego pokoju. Wojny pewnie by nie zauważył, gdyby i jego nie spędzono na rynek i nie kazano patrzeć na egzekucję, w której, oprócz dziadka, zginął jego najlepszy przyjaciel i powiernik Maniek Radolik. Śmierć Mańka była dla Jaśka niczym uderzenie obuchem w głowę. Po wykopaniu dołów nie tylko dla nich dwóch, lecz także dla innych ofiar tamtego dnia, Jasiek zamknął się w sobie i podobnie jak babcia Bronia przestał odzywać. Za to bardzo dużo myślał. Głównie o tym, gdzie by chciał być w tej właśnie chwili albo gdzie powinien się znaleźć w obliczu tego, co spotkało jego samego, rodzinę oraz cały kraj. Tymczasem chodził do pracy, naprawiał przewody, elektryfikował, tylko unikał patrzenia na gotowe, przygotowane do wysyłki filiżanki. Porcelana była zresztą produkowana jeszcze tylko kilka dni po wybuchu wojny. Zaraz po tym, jak Anglia z Francją wypowiedziały Niemcom wojnę, a wiadomość została nadana przez fabryczny radiowęzeł, dyrektor fabryki wezwał Jaśka do siebie na rozmowę i w prostych, niemalże żołnierskich słowach, chociaż niedosłownie, powiedział, że filiżanek już robić nie będą, tylko co innego, póki Niemcy nie wkroczą do fabryki. Jasiek pokiwał głową i zajął się dostosowaniem mocy i natężenia do potrzeb nowej produkcji. W domu naturalnie nie mógł o tym powiedzieć. Rodzice niczego nie rozumieli, może dlatego, że chłopak prawie się do nich nie odzywał. Ojciec nie pozwalał mu pójść do pracy, krzycząc, że w czasie wojny talerzyków i spodeczków się nie wyrabia, tylko karabiny i pociski. Matka, jeśli była w domu, błagała go, żeby w ogóle z pokoju nie wychodził, tylko pilnował Damiana, co najwyżej pomagał przy wycince drzewa albo pakował kartofle do piwniczki. Jasiek za każdym razem wzruszał ramionami i wychodził do pracy jakby nigdy nic, nie bojąc się ani egzekucji, ani zbłąkanych kul, obojętny na to, co się z nim stanie. Można powiedzieć, że wypełniał swoją misję wobec ojczyzny, chociaż czynił to mechanicznie i bez żadnego zaangażowania emocjonalnego. Damianowi jednak któregoś dnia przemówił do rozumu pięścią i zabronił mu się szlajać byle gdzie, za to kazał zbierać ziemniaki z pola, gromadzić drewno i pilnować ojca, który całkiem zaniemógł, a rwał się do pracy.

Pierwszy strzał padł od strony Podkowy Leśnej. Jasiek obejrzał się zdumiony i poszukał wzrokiem strzelającego, ale szary świt nie pozwalał niczego dojrzeć. O piątej rano na stacji był tylko on i jeszcze jeden mężczyzna, który na dźwięk strzałów padł na ziemię i zaczął czołgać się w kierunku wyjścia. Czołgi pojawiły się znienacka, a na polach zaroiło się od zielonych mundurów. Na peron wpadło kilkudziesięciu polskich żołnierzy, rozłożyło się na pozycjach i zaczęło strzelać do wychodzących spod lasu Niemców.

– Padnij! – wykrzyknął wysoki żołnierz w stronę Jaśka, który stał zdumiony tym widokiem, wciąż ściskając w rękach kierownicę roweru.

Odruchowo wykonał polecenie, a kule świsnęły mu tuż nad głową. Rower upadł na ziemię, a jedna ze szprych odłamała się i sterczała ku górze. Przeczołgał się na wolne powietrze, ponieważ pod wiatą dworca nie było bezpiecznie. Bał się, że oderwane kulami fragmenty dachu spadną mu na głowę.

– Co robisz, człowieku?! – wrzasnął jeden z żołnierzy, widząc, że Jasiek wstaje i próbuje uprzątnąć gruz oraz zabezpieczyć rower. – Leż i się nie ruszaj!

Tuż obok niego rozległ się skowyt rannego żołnierza. Przytrzymywał brzuch ręką. Spomiędzy palców sączyła się krew. Jasiek nie zważając na kanonadę, podbiegł do mężczyzny.

– Zaniosę pana do lekarza – powiedział.

– Opatrunek – wyszeptał z trudem żołnierz. – W plecaku mam opatrunek.

Jasiek trzęsącymi się rękoma wyjął z plecaka bandaż i opatrunek.

– Odsuń się – zakomenderował blondyn w stopniu plutonowego.

Jasiek patrzył, jak tamten sprawnie zakłada opatrunek uciskowy. Kanonada nie ustępowała.

– Możesz iść, Gienek? – spytał rannego żołnierza.

Tamten pokiwał głową.

– Ja pomogę – zaofiarował się Jasiek, który niewiele rozumiał, ale był pewien, że ani dziś, ani jutro nie będzie naprawiał żadnych awarii w fabryce porcelany.

– Jak ruszymy na Parzniew, weźmiesz go i zaprowadzisz do lekarza, rozumiesz? – spytał plutonowy.

– Tak jest – powiedział. – Możecie na mnie liczyć.

Po chwili jednak opatrywał ramię innego żołnierza, który także został postrzelony. Do południa opatrzył kilkunastu żołnierzy, a nad trzema odmówił modlitwę, w ten sposób symbolicznie ich żegnając. Około dwunastej dowódca, pułkownik Ziemski, wydał rozkaz rozdzielenia batalionów. Jeden miał pozostać na zajmowanym stanowisku, to jest na dworcu, a drugi miał rozpocząć szturm na Helenów. Jasiek widział, jak na atakujących żołnierzy spadł grad kul z broni maszynowej i ostrzał z moździerzy, co zmusiło batalion do powrotu na dworzec. Pod niewielką wiatą przybywało postrzelonych żołnierzy, a Jasiek zyskał wprawę w opatrywaniu rannych. Przegrywali, ale kiedy wydawało się, że Niemcy zetrą w proch garstkę polskich żołnierzy, pierwszy batalion otrzymał wsparcie Czwartej Dywizji Pancernej oraz Trzydziestego Pierwszego Pułku Piechoty. Naturalnie Jasiek nie wiedział nic na temat dywizji, czy pułków, nie znał się na moździerzach, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że czołg jest machiną śmiertelnie niebezpieczną. Widział jedynie, że bitwa to krzyki, strzelanie i chaos, a szala zwycięstwa przechyla się na stronę tamtych.

– Dlaczego do nas strzelają? – Jasiek zapytał niezbyt mądrze wysokiego plutonowego, który wydawał rozkazy, strzelając jednocześnie z karabinu maszynowego.

– Jest wojna! – warknął tytułem wyjaśnienia. – Zmiataj do domu, chłopczyku!

Jasiek nie zamierzał jednak wracać. Podczołgał się do żołnierza, który zmarł pierwszy, i wyjął mu z zimnych rąk karabin. Położył się obok plutonowego i wycelował.

– Walisz w czołg, idioto! – wrzasnął plutonowy. – Strzelaj do żołnierzy.

Jasiek skupił się i wycelował ponownie. Jeden z żołnierzy idących prosto na nich padł pod jego strzałem.

„Zabiłem go”, pomyślał obojętnie.

Celował dalej. Żołnierzy niemieckich było coraz więcej i stało się jasne, że Polacy nie zdołają utrzymać dworca. Jeden z dowódców zarządził odwrót, ale przyszedł rozkaz od pułkownika Ziemskiego, żeby za wszelką cenę utrzymać pozycje.

– Żesz kurwa mać! – Kapral zmiął w dłoniach rozkaz. – Kończy nam się amunicja... Jak podejdą bliżej, to wystrzelają nas jak kaczki.

– Panie dowódco – powiedział Jasiek, korzystając z chwilowej przerwy w wymianie ognia. – Ja wiem, jak można to powstrzymać...

– Tak? – spytał mężczyzna ironicznie. – Masz jakiś pomysł, jak odeprzeć wroga, zanim przyjdzie wsparcie?

Kilkoro żołnierzy zarechotało słabo.

– Tak – potwierdził i szeptem streścił dowódcy, jakie ma zamiary.

Zdumiony żołnierz pokiwał głową i wyznaczył pluton, który miał pójść z Jaśkiem. Chłopak wziął nawinięty na wałek drut, skinął głową na mężczyzn i poprowadził ich od tyłu torami, instruując, co mają robić.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, chłopaku – powiedział dowódca, który przedstawił się jako porucznik Wojciechowski.

Jasiek wiedział. Kiedy zaczął się kolejny szturm, pierwsza linia żołnierzy piechoty nadziała się na cienki drut rozciągnięty wszerz drogi. Podcięte gardła towarzyszy broni powstrzymały Niemców tylko na chwilę. Następna tyraliera przecięła nożycami narzędzie zbrodni i ruszyła na stację kolejową. Pod gradem kul zginęli kolejni żołnierze.

– Jeszcze nie teraz – mruczał pod nosem Jasiek.

Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, ale Jasiek cierpliwie czekał. Jego nowi towarzysze z przerażeniem patrzyli na niemiecki czołg, który był coraz bliżej. Kiedy lufa kierowała się w ich stronę, Jasiek zamknął przewód. Prąd popłynął. Porażeni Niemcy krzyczeli, topiąc się pod wpływem wysokiego natężenia, a kolejni, którzy usiłowali ich wypchnąć z linii rażenia, sami padali ofiarą prądu. Czołg ruszył ostro do przodu, jakby kierowca chciał wziąć odwet na broniących dworca za zniszczenia, jakie zadali stronie niemieckiej. Wtedy dowódca odpalił założony przez żołnierzy ładunek wybuchowy. Huk ogłuszył żołnierzy i wyrwał ogromny kawał ziemi. Lej był głęboki na wysokość człowieka. Czołg wpadł do dołu i stanął pionowo. Prawa gąsienica odpadła i sterczała jak wysunięty, żelazny język. Nagle na peronie i wokół dworca zaroiło się od żołnierzy. Trzydziesty Szósty Pułk piechoty, który przybył jako wsparcie, korzystając z zamieszania, wkroczył na pozycje obronne. Przekazano wówczas porucznikowi, że mają się wycofać w stronę Puszczy Kampinoskiej.

– Odwrót – zarządził z ulgą dowódca.

Wykrwawiony, ale zwycięski oddział powstał, uformował szereg i ruszył na Błonie, a potem do Puszczy Kampinoskiej. Jasiek w cywilnym ubraniu, ale trzymający broń w ręku, wycofywał się razem z pułkiem, który od tej pory miał być jego domem, a żołnierze najbliższą rodziną. Był szczęśliwy.

Kiedy Kazimierz przyjechał do Brwinowa, Niemcy zdążyli zająć cały kraj, a ze wschodu nadeszli Rosjanie i znów było jak wtedy, kiedy ruska i niemiecka mowa kojarzyła się wyłącznie z głodem, kradzieżami i zabijaniem.

Zapukał do okna w nocy. Ania nic nie słyszała. Zmęczona płaczem dziewczynek i ciężką pracą, zasypiała zaraz, jak tylko głowę przyłożyła do poduszki. Za to Mania, śpiąca jak zając pod miedzą, zerwała się natychmiast i z bijącą nadzieją w sercu otworzyła drzwi. Widok obdartego, chudego brodacza zamiast męża, na którego czekała, zaskoczył ją ogromnie.

– Proszę się mnie nie bać – powiedział Kazimierz sam zdumiony podobieństwem istoty, która mu otworzyła drzwi, do kobiety, o której śnił od czasu, kiedy ją pierwszy raz spotkał w Stawisku. – Jestem znajomym pani Ani.

– Czekam na mojego męża – powiedziała Mania, po czym wpuściła go do sieni, a następnie kuchni. – Zrobić panu herbaty? Kim pan właściwie jest?

Powiedział kilka zdań o sobie, wycieńczony do głębi, a następnie zapytał, czy może gdzieś się przespać.

– W stodole. – Przyjrzała mu się uważnie. Nie podobał się jej ten obdarty mężczyzna, który wypił herbatę, parząc sobie wargi, nie zdjął nawet czapki, a ponadto patrzył na nią dziwnym wzrokiem. – Zaraz dam panu koc.

Nie dała mu nic do jedzenia, a Kazimierz nie miał odwagi zapytać, czy nie miałaby chociaż chleba z solą albo miski zupy. Wcisnęła mu do ręki ciężki koc, a on ukłonił się, podziękował i wyszedł. Usłyszał jeszcze płacz dziecka albo dzieci, a potem ledwo doszedł do wskazanego miejsca i zasnął natychmiast, chłonąc zapach siana.

– Co pan tu robi? – Rano usłyszał nad sobą znajomy, ostry głos.

– Umówiłem się z panią, ale spóźniłem o miesiąc – powiedział, przecierając oczy i uśmiechnął się. – Może jeszcze nie jest za późno...

Wyglądała jak furia. Błyskała zielonymi oczami, wyrzucając z kształtnych ust słowa pełne zdumienia i wyrzutów.

– Czy pan oszalał? – spytała. – Jak pana złapią, to zastrzelą...

Wciąż się do niej uśmiechał, ale mniej pewnie.

– Pójdę sobie, jeśli mnie pani odpędzi...

Nie odpędziła. Co więcej, zabrała po cichu do domu i nakarmiła, budząc zdumienie ojca i Mani. Potem odprowadziła lasem do Stawiska.

– Dalej pan sobie już poradzi – powiedziała, podając mu dłoń. – Pan Iwaszkiewicz na pewno pomoże panu wrócić do Krakowa.

Nie mógł wykrztusić ani słowa. Patrzył za nią, kiedy znikała w gęstym lesie. Pomyślał zawstydzony, że to on powinien ją odprowadzać, a nie odwrotnie. „Cóżeś ty sobie wyobrażał?”, spytał sam siebie, „że taka kobieta rzuci ci się w ramiona, tylko dlatego, że jechałeś tu dwa miesiące, ryzykując, że złapią i zabiją?”. Iwaszkiewiczowie pomogli. Dali schronienie i obiecali załatwić jakieś zajęcie. Do Krakowa Kazimierz nie miał po co wracać. Po śmierci rodziców, którzy pomarli na płuca w odstępie kilku miesięcy, mieszkał kątem u brata, zawadzając jego żonie i dzieciom. Wielokrotnie słyszał, jak Hala suszyła głowę Henrykowi, że szwagier darmo chleb je i całymi dniami snuje się z kąta w kąt, zamiast do jakiej roboty się wziąć. Henryk wprawdzie opędzał się od żony i kazał zamykać jadaczkę, ale coraz częściej dawał mu do zrozumienia, żeby przestał udawać hrabiego i znalazł jakąś pracę, bo z poezji nikt jeszcze nie wyżył. Jeszcze zanim wybuchła wojna, Kazimierz stracił pracę w „Tygodniku Literackim”, gdzie opublikował zaledwie kilka wierszy. W „Bluszczu” też go już nie chcieli. Druk zawdzięczał nie tyle talentowi, ile całowaniu po rękach tłustej sekretarki, która patrzyła na niego łakomie małymi oczkami. Za niezliczoną ilość czekoladek kupowanych z pensji kancelisty, udało się Kazimierzowi otrzymać kilka kiepskich recenzji swoich wierszy oraz opowiadań. Żeby wystawić sztukę, musiał bardziej się postarać. Przez pół roku uczył tępą córkę dyrektora teatru francuskiego, zupełnie za darmo. Żona reżysera była zachwycona tak zdolnym i oddanym jej jedynaczce dramatopisarzem, że przekonała męża do wystawienia bezsensownego dramatu pod tytułem „Medea i Aleksander Wielki”. Sztuka miała swoją premierę wiosną tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku, była grana przez tydzień, a potem zeszła z afisza, ponieważ nie było chętnych na bilety. Kazimierz przestał uczyć pannę Joannę francuskiego, którym sam ledwie się posługiwał, posunął jeszcze kilka razy żonę reżysera i uznał, że tyle w temacie dramatu. Zauroczony wizją kariery literackiej, stracił pracę w kancelarii u znanej rodziny prawniczej. Nie odczuwał żalu, bo przepisywanie cudzych tekstów wydało mu się zajęciem niegodnym poety ani dramatopisarza, za którego się uważał. Mając nadzieję na potencjalną przyjaźń z Iwaszkiewiczem, obiecał sobie, że nie zmarnuje takiej okazji i wróci do Stawiska. Historię miłości dziadka do brwinowskiej zakonnicy usłyszał od swojego byłego pryncypała i przywłaszczył ją sobie na potrzeby wizyty u Iwaszkiewiczów. A kiedy poznał Anię, pomyślał, że oto los sam mu daje do zrozumienia, gdzie jest jego miejsce. Pewnego wrześniowego dnia, pożegnał się z bratem i bratową, ją pocałował w rękę, a potem powiedział, że jedzie do Warszawy, bo tam ma pracę. Henryk miał niejakie wyrzuty sumienia, bo już szalała wojna, ale pełen ulgi wzrok żony, której było wszystko jedno, co się ze szwagrem stanie, ostatecznie przekonał go, że nie ma co Kazimierza zatrzymywać. W Krakowie szerzył się terror, aresztowania odbywały się za dnia i w nocy, więzienia przy Montelupich, św. Michała oraz przy Pomorskiej wypełniały się aresztantami, których wywożono następnie do obozów zagłady lub mordowano na miejscu. Uliczne łapanki stały się codziennością, życie poetyckie czy twórcze zamarło. Nikt nie miał głowy do pisania wierszy, wystawiania sztuk czy malowania obrazów. Z czasem oczywiście to się zmieniło, ale okupant był czujny i  kiedy ludzie zaczynali śpiewać czy tańczyć, natychmiast wracały egzekucje uliczne i wywózki. Kazimierz nie mógł liczyć na to, że w Krakowie ktoś poda mu pomocną dłoń albo potraktuje jak literata bez pracy. Lepsi i więksi od niego pracowali fizycznie, żeby wykarmić siebie i swoje dzieci. On był młody, silny i udawał w Stawisku, że może podjąć się każdej pracy.

– Panie Kazimierzu – powiedział do niego Jarosław drugiego dnia pobytu w Stawisku. – Mam pracę i lokum.

Praca polegała na wywożeniu śmieci, a lokum było małym pokojem w domu, w którym mieszkała rodzina służąca przed wojną u jednego z bogatych mieszkańców Podkowy Leśnej. Chętnie zgodzili się wynająć znajomemu „kochanego pana Jarosława” pokój z osobnym wejściem, tak ciasny, że właściwie mieściło się tam tylko łóżko i wieszak na ubrania, ale za to pozwolili korzystać z łazienki i kuchni. Kazimierz przełknął zniewagę, podziękował swoim dobroczyńcom i już następnego dnia dźwigał ciężkie kubły pełne śmierdzącej zawartości, ładując je na ciężarówkę i wywożąc na wysypisko. Nie powiedział Iwaszkiewiczom nic o swoim uczuciu do Ani Winnej, pamiętając scenę, jakiej był świadkiem u schyłku lata. Oni także nie wspomnieli słowem o okolicznościach ostatniego spotkania. Z Anią początkowo spotykał się po kryjomu, zachodził do Winnych po pracy. Najpierw przynosił zmarznięte kwiaty kradzione z ogrodów i zmęczone wiersze sklecone wieczorami. Potem odkrył, że bardziej niż te żałosne kwiaty przyda się im pomoc przy kopaniu ziemniaków, czy pracy w polu. Przychodził prawie codziennie, po skończeniu swojej wywózki śmieci, uśmiechał się do jej ponurego ojca i podejrzliwie patrzącej na niego siostry bliźniaczki, kopał, zbierał, budował i naprawiał. Stopniowo zyskiwał uznanie najpierw dziwnie zachowującej się Mani, potem ojca dziwaka, wreszcie samej Ani. Jej braci ani kuzyna nie dane mu było poznać, po tym jak zgłosili się na ochotnika do armii. Bracia wywędrowali na wschód, kuzyn na zachód, pogrążając Winnych w rozpaczy. Kazimierz walczyć bynajmniej nie zamierzał, w końcu był poetą, nawet jeśli chwilowo pracował jako śmieciarz i majster do wszystkiego.

Ania początkowo udawała, że nie widzi jego zalotów i zachowywała się tak, jakby pomagał im tylko jak przyjaciel. Po wyjeździe Tadzika i Wacka w poszukiwaniu armii albo śladów Jaśka czy Pawła, czuła się w domu tak strasznie samotna, że jego towarzystwo i pomoc była czymś nieocenionym. Wprawdzie przeczucie mówiło jej, że nie jest to odpowiedni dla niej mężczyzna, ale przeganiała te wrażenia precz, widząc, jak godnie wykonuje poniżającą dla literata pracę.

– Boję się tego dnia, kiedy już nie będę tu potrzebny – wyznał jej któregoś wieczora, kiedy siedzieli pod jabłonką. Właśnie skończył zbierać ostatnie listopadowe plony. Marchew, pietruszka i kapusta leżały starannie poskładane i przygotowane do tego, żeby zasilić obie piwnice, tajną i jawną.

– Bzdury jakieś – obruszyła się, obrzucając go uważnym spojrzeniem. – Co ja bym bez ciebie zrobiła?

– Jesteś kobietą, która zawsze sobie poradzi. Ja tylko pokornym cieniem, który w listopadowym słońcu usiłuje dać ci nieco ciepła...

Zachwyciły ją te słowa. Na jedną chwilę poczuła siłę bijącą od Kazimierza i zapragnęła mu powiedzieć, że nie jest żadnym cieniem, tylko promieniem słońca, na który tyle czekała.

– Kiedy się urodziłam – powiedziała zamiast tego – moja mama umarła. Byłam taka mała, że nie wiadomo było, czy przeżyję. Trzymali mnie w wełnie i puchu, żeby mi było ciepło. Nie pamiętam tego uczucia, ale musiałam czuć się tak, jak teraz przy tobie.

Objął ją ostrożnie, a ona położyła głowę na jego ramieniu. Wiele lat później, kiedy wspominała tamte słowa, zastanawiała się, jak jedno wrażenie i kilka zgrabnych słów może zmienić całe życie. Wtedy była przekonana, że żałobna ćma, która tłukła się w jej zbolałym sercu, została zastąpiona przez pięknego motyla, który przyniesie jej w darze spokój i spełnienie. Takie wrażenie już nigdy się nie powtórzyło, ale przez dłuższy czas Ania wmawiała sobie, że była wtedy szczęśliwa. Bliskości nie zdołała wskrzesić ani przed ślubem, ani po nim, nie pomagały pocałunki, zapewnienia czy nawet przeprowadzka z Brwinowa do Warszawy. Kazimierz nie zamienił się w księcia z bajki, przeciwnie, wyszły z niego wszystkie najgorsze cechy, a ona pozostała samotna z dala od rodzinnego domu.

Zmusił ją do przeprowadzki do Warszawy podczas pewnej nocy, kiedy usiłował wyegzekwować swoje prawa małżeńskie, ale nic z tego nie wychodziło.

– Nie denerwuj się – szeptała mu do ucha, śmiertelnie zmęczona, marząc tylko o tym, żeby odwrócić się i zasnąć.

– Nie denerwuję – burknął. – Ja tylko nie mogę tak żyć. Pełno tu ludzi, nawet w nocy nie ma spokoju.

Rzeczywiście niecałe pół godziny wcześniej przyszła do ich pokoju Mania i po krótkim pukaniu weszła do środka, omiatając wzrokiem Kazimierza bez koszuli i prosząc Anię, żeby jej pomogła przy dzieciach. Ania oczywiście natychmiast wstała, narzuciła szal i poszła utulać ciągle płaczącą Basię i pocieszać siostrę, która znów się załamała i płakała, że nie da rady wychować dziewczynek bez Pawła, że się rozchoruje ciężko albo sobie coś zrobi. Kiedy wróciła do pokoju, liczyła na to, że Kazimierz będzie już spał, ale, niestety, leżał z oczami otwartymi i wlepiał w nią oskarżycielski wzrok.

– Jeszcze nie poszłaś do babki – mruknął niezadowolony. – Może jej czego potrzeba...

Ania zacisnęła zęby i położyła się obok niedawno poślubionego małżonka.

– Byłam u babci i poczytałam jej książkę, zanim wróciłeś z pracy – powiedziała łagodnym tonem. – Niepotrzebnie się unosisz.

Pogłaskała go