Straszyć nie jest łatwo - Marcin Pałasz - ebook + książka

Straszyć nie jest łatwo ebook

Marcin Pałasz

4,7

Opis

Pełna humoru i zaskakujących zwrotów akcji opowieść o sympatycznych duchach zamieszkujących opuszczony od stu lat dworek. W domostwie są też wilkołak, wampir, nimfa błotna – brak tylko ludzi i straszyć nie ma kogo. Kiedy więc pojawia się ekipa remontowa, a w ślad za nią  nowi właściciele dworku – dość zwariowana rodzinka z  dwunastoletnim Kacprem –  nieco podupadłe i zaniedbane zjawy nie posiadają się z radości, że znów będą miały zajęcie. Tymczasem w kontakcie z nowymi mieszkańcami i światem pełnym nieznanych urządzeń okazują się  zaskakująco nieporadne i zagubione. Obawiają się wręcz, że straciły swe magiczne moce, bo nowi mieszkańcy  nie zwracają uwagi na ich stare, wypróbowane sztuczki i w ogóle się nie boją.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 113

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (15 ocen)
12
2
1
0
0
Sortuj według:
aim7573

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna opowieść.
00

Popularność




Copyright © Marcin Pałasz

Copyright © Wydawnictwo BIS 2014

ISBN 978-83-7551-690-6

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Rozdział 1w którym nie bardzo wiadomo, co się dzieje

Mały jak zwykle nie potrafił usiedzieć na miejscu.

Podczas gdy Szurek ostrożnie balansował na gzymsie, co chwilę dla zabawy udając, że jest człowiekiem i spada, Mały niczym biała błyskawica śmigał z jednego końca dachu na drugi, pohukiwał i wydawał ponure (w zamierzeniu) wycia. W czasie gdy babcia Dusia statecznie zajmowała miejsce pod kruszącym się kominem, szydełkując ciepły szalik z pajęczyny dla Małego, on sam wyciągał się niczym makaron i z wizgiem znikał w przedpotopowej rynnie tylko po to, by za moment wyskoczyć z jednego z malutkich, okrągłych okienek strychu.

Zjawomir Upiorzyński, zwany zwykle przez wszystkich po prostu Dziadkiem, patrzył na to wszystko pobłażliwie, kołysząc się lekko tuż nad starymi dachówkami wiekowego domu, gdzie zażywał conocnej kąpieli w srebrzystych promieniach księżycowego światła. Była pełnia, toteż należało korzystać z okazji, póki można.

– Ej ty, uważaj! – warknął gniewnie Szurek, gdy znienacka Mały wychynął zza jednego z mniejszych kominów prowadzących do dawno nieużywanej kuchni starego dworu. Mały – nic nie robiąc sobie ze słów starszego od niego o całe sto pięćdziesiąt osiem lat Szurka – zachichotał tylko i popędził prosto na niego. Skręcił dopiero w ostatniej chwili. Szurek zamachał rękami, starając się odzyskać równowagę na skraju gzymsu, zachwiał się mocniej, pisnął cienko... i tym razem spadł naprawdę.

Dziadek z łagodnym wyrzutem spojrzał na speszonego Małego.

– No i co narobiłeś najlepszego? – spytał, podczas gdy winowajca starał się zrobić jeszcze mniejszy, tak aby nie było go widać. – Mój Boże, skąd w tym dziecku tyle energii…?

– Odezwał się – mruknęła pod nosem Dusia. – Nie krzycz na niego. Dom ma tylko trzy piętra, Szurkowi nic nie będzie. A co do nadmiaru energii, to gdybym nie pamiętała, co sam wyprawiałeś w dzieciństwie, tobym niczego nie mówiła…

– A ty znowu swoje – zmieszał się Dziadek. – Poza tym wszystko ci się poplątało, to było tak dawno temu…

– Nie tak znowu dawno! – zaperzyła się Dusia, podnosząc z dachu kolejny motek starannie zwiniętej pajęczyny. – Ledwie tysiąc osiemset lat! Nie rób ze mnie przy młodzieży jakiejś zgrzybiałej staruszki!

– Było, minęło…

– Było i trwało – powiedziała z mocą Dusia. – Nawet dużo później, gdy powinieneś był myśleć o poważniejszych rzeczach, tobie tylko głupoty były w głowie!

– Głupoty?!

Dusia zachichotała złośliwie.

– Wspomnę tylko tę historię z królem Popielem, kiedy był jeszcze mały – powiedziała słodkim głosem. – Pamiętasz, jak przyjechał tu na wakacje ze swoją mamą? Kto ukazywał mu się w lustrze jako dziewczynka zamiast jego prawdziwego odbicia? Może ja?! – otrząsnęła się ze zgrozą. – Biedne dziecko przez długi czas wiązało sobie kokardki we włosach, a wszyscy myśleli, że jest chory, i mu współczuli. Wcale się nie dziwię, że skończył tak marnie…

– O tym nie słyszałem – rozległ się smutny głos Szurka, który właśnie wypełzał z rynny prowadzącej z parteru. – Popiel…? Mnie chyba jeszcze wtedy nie było na świecie?

– Nie było – powiedziała Dusia. – Zjawomirze, te rynny stanowczo trzeba wyczyścić. Spójrz na to biedne dziecko, jak ono wygląda…!

Istotnie, Szurek wyglądał jak siedem nieszczęść. To znaczy, bardzo przypominał w tej chwili Małego, tyle było na nim uczepionych śmieci, kurzu i zeschłych liści. Ale Mały wyglądał tak na co dzień, bo rozpierała go energia i nie mógł się powstrzymać od myszkowania po różnych dziwnych zakamarkach. Szurek natomiast zazwyczaj był bialutki, czysty, mglisty i błyszczący… czyli dokładnie taki, jak powinien.

– Dziadek nie pełza w rynnach – mruknął Mały pod nosem. – Na pewno tego nie zrobi. A ja jestem za mały na takie sprzątanie. Zresztą Szurek pewnie ma na sobie wszystkie śmieci z tej rury, więc po co czyścić?

Dziadek westchnął, nagle rozmarzony, całkowicie ignorując temat czyszczenia rynny, na co zresztą faktycznie nie miał najmniejszej ochoty.

– Ach, to były czasy – wymamrotał i uniósł się kilka centymetrów nad dachówkami. – Tylu ludzi tu mieszkało, tyle pracy było…!

Babcia Dusia, usłyszawszy te słowa, machała szydełkiem coraz wolniej, aż w końcu zamarła, zapatrzona gdzieś w nocną ciemność. Również westchnęła mimowolnie.

– O tak – przyświadczyła z nostalgią. – Chciałoby się znowu postraszyć, a tu proszę. Od dwustu lat dwór stoi pusty. Nikt w nim nie mieszka…

– Okolica kompletnie wyludniona! – jęknął Dziadek. – Ze wszystkich stron podobno otaczają nas dziesiątki mil lasów, a w pobliżu jest tylko jedna wioska. W dodatku malutka.

– Skąd wiesz?

– Łakuś mi mówił. Mają tam, co prawda, szkołę…

– Co to jest szkoła? – zaciekawił się Mały, przycupnąwszy obok Dziadka. Wpatrzony w niego, zaczął machinalnie otrzepywać się z kurzu i szczątków liści, spod których zaczęła wreszcie prześwitywać jego naturalna, srebrzystobiała barwa.

– To takie miejsce, gdzie uczą się dzieci ludzi – mruknął Szurek z wyżyn swoich stu dziewięćdziesięciu jeden lat.

Ważniak jeden – pomyślał w tym momencie Mały z urazą. – Myśli sobie pewnie, że wielki dorosły z niego, a nawet jeszcze porządnie znikać nie potrafi…

Istotnie, z niejasnych powodów znikanie nie wychodziło Szurkowi najlepiej, w odróżnieniu od Małego, który pomimo młodego wieku przejawiał w tym nadspodziewane zdolności.

– No właśnie – podjął Dziadek smętnie. – Szkoła to takie miejsce, gdzie uczą się dzieci. Podobno teraz już wszystkie dzieci muszą chodzić do szkoły. A jeszcze sto lat temu… Ech, gdzie te czasy strachliwych guwernantek! Pamiętam tę starą Francuzkę, która trzysta lat temu uczyła tu dzieci ówczesnego pana hrabiego. Ta dopiero była strachliwa! Wystarczyło zabrzęczeć łańcuchem w korytarzu, nocną porą zawyć cicho pod jej drzwiami… Ależ robił się krzyk, ależ rejwach…!

Dusia zamarła nagle z szydełkiem uniesionym niczym szpada.

– Ależ, Zjawomirze! – wykrzyknęła. – Zupełnie zapomniałam wam o tym powiedzieć, ale podobno całkiem niedawno byli tu jacyś ludzie!

Na długą chwilę zapadło milczenie.

– Czasem przecież to się zdarza – powiedział w końcu Dziadek, machnąwszy ręką. – Szkoda tylko, że są to wyłącznie dzieciaki z wioski, albo jacyś zbłąkani grzybiarze. Prawie nikt nie wchodzi na teren posiadłości, a przecież sami wiecie, że nie możemy straszyć nigdzie indziej!

– A czemu nie przeniesiemy się gdzieś dalej, gdzie są ludzie? – zaciekawił się Mały, któremu przed chwilą udało się ukradkiem obsypać plecy Szurka całą garścią kurzu. – Może zaczniemy straszyć w wiosce?

– Wiesz dobrze, że nie możemy oddalać się za bardzo od dworu – burknął Szurek i kichnął znienacka prosto w stos liści. – Nie umiemy. Robimy się niespokojni i musimy wracać.

– A Łakuś umie – powiedział z żalem Mały. – Nie mówiąc już o Rudolfie.

– Rudolf to zupełnie inna sprawa. Zresztą, wyłącznie dzięki niemu wiemy przecież, co w ogóle dzieje się na świecie – westchnął Dziadek. – On bywa czasem we wsi… w swoich celach. Ale często pamięta, aby wygrzebać skądś jakieś stare gazety. Z nich właśnie jakiś czas temu dowiedziałem się, że podobno ludzie polecieli na Księżyc…!

– Plotki – powiedział Szurek sceptycznie i ponownie kichnął. – Skąd tu tyle tego kurzu…? Na Księżyc polecieli? Niby jak? Na bocianach? Poza tym przecież od razu by z niego pospadali z powrotem na Ziemię.

– Twardowski był na Księżycu – zauważył Mały rozsądnie. – I jakoś nie spadł.

– Może miał dobre buty. Albo był przyklejony.

– Czy wy w ogóle nie słuchacie, co się do was mówi?! – warknęła Dusia gniewnie. – Ja o ludziach tutaj, a wy o Księżycu. Łakuś mówił mi, że byli tu niedawno! W ciągu dnia!

– A czemu my ich nie widzieliśmy? – zdziwił się Szurek.

– Słońce akurat świeciło, więc spaliśmy na strychu – wyjaśniła Dusia. – Trudno oczekiwać, byśmy w taką pogodę spacerowali wokół domu. W blasku słońca… brrr! Nie chcę zrobić się czarna!

– Pamiętam, jak kiedyś przysnąłem tu na dachu – zadumał się Dziadek. – I obudziłem się już po świcie. Całkiem czarny.

– To było okropne! – poświadczyła Dusia z przekonaniem. – Jeszcze nigdy nikogo tak się nie wystraszyłam, jak ciebie wtedy.

– Małemu też niewiele brakuje – mruknął Szurek kąśliwie. – On i bez słońca robi się czarny. Wystarczy mu stara rynna i piwnica. Moim zdaniem on kocha śmieci.

– A ty kochasz błąkać się po bagienku za mostem – odciął się zjadliwie Mały. – Ciekawe czemu? Czy to nie ma czegoś wspólnego z tą krzywozębą nimfą bagienną? Zaraz, jak ona ma na imię…?

– Zgryzelda wcale nie ma krzywych zębów! – zaprotestował gorąco Szurek. – Ona… ona ma tylko taką twarz!!!

– To czemu tak się nazywa? – spytał Mały z bezlitosną logiką.

– Dzieci, spokój – powiedziała Dusia bez nadziei, że jej słowa odniosą skutek. – A chociaż najwyraźniej was to nie interesuje, to powiem wam jeszcze, że ci ludzie, o których mówił Łakuś, byli w domu…

W tej chwili gdzieś całkiem blisko dworu rozległo się przeciągłe, żałosne wycie. Gdy spojrzeli w tamtą stronę, ujrzeli kosmaty, czworonożny cień, który uganiał się za własnym ogonem tuż obok sadzawki oświetlonej blaskiem księżyca w pełni.

– O wilku mowa… – mruknął Dziadek.

– O wilkołaku – poprawiła go łagodnie Dusia. – Łakuś nie cierpi, gdy porównuje się go do zwykłego wilka. Raz, gdy grzybiarze uciekali przed nim, krzycząc: „Ratunku, wilk!!!”, wpadł z tego powodu w ciężką depresję.

Łakuś zawył ponownie, a wtedy woda w sadzawce wzburzyła się nieco.

– A pójdziesz mi stąd, zarazo jedna…! – rozległ się skrzypiący, starczy głos, przeplatany cichym bulgotem i jakimś dziwnym, rytmicznym syczeniem. – Nie dość, żem stara, to jeszcze spać po nocach nie dają…

– Oho, zdenerwowała się – rzekł Szurek półgłosem, porzucając rozmyślania o kontrowersyjnym uzębieniu Zgryzeldy. – Ale przynajmniej wiadomo, że jeszcze żyje. Coś dawno nie było jej widać…

– Żyje, żyje – uspokoił go Dziadek. – Ma teraz aparat do oddychania. Rudolf przyniósł go z wioski. W przychodni mieli dwa.

– A może ci ludzie jeszcze wrócą? – powiedział nagle Mały, patrząc na Łakusia, który posłuszny głosowi z sadzawki zamilkł i siedział obok starej, ocembrowanej studni, wpatrzony z zadumą w księżyc. – Może będzie kogo straszyć?

– Było ich tylko dwóch – westchnęła Dusia. – Za to obejrzeli ponoć cały dwór, z wyjątkiem strychu. Byli podobno nawet w piwnicy, choć bardzo krótko.

– Wcale się nie dziwię – Szurek aż się otrząsnął z przestrachem. – Pewnie dotarli do Szafy…

Gdy Mały to usłyszał, poczuł, jak przechodzą go ciarki. Tak, ta stara Szafa nie była miejscem, do którego warto się zbliżać w pojedynkę. A nawet w towarzystwie.

– Nie przestraszyli się Łakusia? – zaciekawił się Szurek, wracając do tematu.

– Podobno wybiegli z dworu tak szybko, że zdążył się tylko przywitać. Ale oni wtedy uciekli jeszcze szybciej.

– Przecież on jest taki sympatyczny! – zdziwił się Mały. Pokręcił głową i zamilkł, wpatrzony w księżyc opadający coraz niżej nad horyzontem.

– Ludzie są dziwni – oświadczył wreszcie stanowczo, po czym ziewnął potężnie.

– Dłużej już nie wytrzymam! – jęczała Dusia, siedząc na brzegu studni. – Mam dość! Chcę usiąść na dachu pod moim kominem i spokojnie się opalać! I robić na drutach! Albo szydełkować! Zjawomirze, zrób coś!!!

Księżyc po raz kolejny stał w pełni i na przekór jej lamentowi świecił wesoło, od czasu do czasu przysłaniając się małymi, puszystymi obłoczkami.

Dziadek zgrzytnął zębami i zapatrzył się na stary dwór, który w tej chwili – pomimo że oświetlony jedynie blaskiem księżyca i gwiazd – przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Szyb w oknach już nie było, przy ścianach stały rusztowania, wokół budynku widniały wielkie stosy kamieni, piachu i jakichś worków wypełnionych dziwnymi substancjami, wszędzie leżały deski i niepojęte dla nich narzędzia…

A wszystko zaczęło się dosłownie kilka dni po ich ostatniej, pamiętnej rozmowie na dachu, podczas ubiegłej pełni. Ledwo co zdążyli się zaciekawić, kto też mógł odwiedzić stary dwór, opuszczony od prawie dwóch wieków i zagubiony w środku wielkiego, starego lasu, a tu nagle coś zaczęło się dziać. W dodatku w jakim tempie!

– Tęskniliśmy za ludźmi – mruknął Szurek zgryźliwie, latając nad studnią i okrążając Małego, który siedział na osłaniającym ją okrągłym omszałym daszku. – No to teraz mamy ludzi. W nadmiarze. Tyle tylko, że jakichś dziwnych.

– Nie chcą zostawać na noc – bąknął Mały z wyraźnym żalem. – Nawet postraszyć ich nie można. I w ogóle są cały czas zajęci.

– Zajęci?! – zajęczała Dusia. – To ma być zajęcie?? Oni rujnują nasz dom! Mój Boże, co oni zrobili z dachem! Przecież jeden z kominów wpadł przez sufit na nasz strych! Gdybym była człowiekiem, umarłabym na serce!

– Faktycznie, dach jest chwilowo nieużyteczny – zgodził się Dziadek, starając się spokojnym tonem ułagodzić nieco Dusię. – Myślę jednak, że to nie potrwa zbyt długo.

– Oczywiście, że nie potrwa! – warknęła Dusia. – W takim tempie zrównają to miejsce z ziemią do następnej pełni! A my siedzimy tu z założonymi rękami i niczego nie robimy!

– A co możemy zrobić? – spytał Szurek posępnie. – Jest tak, jak mówi Mały: nie śpią tu, tylko przyjeżdżają co rano tą dziwną, wielką karocą bez koni. W dodatku ona dymi, warczy i śmierdzi. – Fuknął z niesmakiem. – Ja nie rozumiem, jak takie coś jeździ! Mam podejrzenia, że oni trzymają te konie w środku, pod klapą. Tak męczyć zwierzęta, przecież to bestialstwo!

– To się nazywa samochód – wyjaśnił Dziadek machinalnie. Jako jedyny z nich dość regularnie czytał gazety przynoszone mu przez Rudolfa, dzięki czemu wiedział nieco więcej o tym, co aktualnie dzieje się na świecie. – A konkretnie ciężarówka. Służy do przewożenia różnych rzeczy. I jeździ bez koni.

Szurek, usłyszawszy to, prychnął tylko, a po namyśle dodatkowo popukał się w głowę, okazując w tym momencie kompletny brak szacunku dla Dziadka i rozbawienie jego wiarą w tak absurdalne informacje. Karoca bez koni, kto to słyszał?

– Gdyby tak ich postraszyć… – rozmarzył się Mały, który jeszcze nigdy w życiu nie miał nawet najmniejszej okazji do prawdziwego straszenia ludzi. Całą sprawę znał wyłącznie z teorii oraz z opowieści Dusi i Dziadka. Niekiedy dla zabawy straszył Łakusia, ale co to było za straszenie, skoro Łakuś sam był wilkołakiem?

– W dodatku jutro ma być burza – burknął markotnie Szurek. – Łakuś tak mówił, a on zawsze ma rację, gdy chodzi o pogodę. Nie lubię burzy.

– Czemu? – zdziwił się szczerze Mały. – Przecież jest tak fajnie! Im więcej chmur, tym ciemniej w ciągu dnia, a wtedy nawet spać się nie chce!

Dusia nagle charknęła krótko, wlepiając wytrzeszczone oczy w Małego i Szurka, zakrztusiła się, zamachała rękami, straciła równowagę i z krótkim okrzykiem „Znowu…?!” wpadła do studni.

– Trzeci raz dzisiaj wpadła – mruknął posępnie Dziadek po chwili milczenia. – Być może to z nerwów. Mam jednak podejrzenia, że ona chyba się starzeje…

– Słucham? – spytała lodowato Dusia, bezszelestnie wyłoniwszy się ze studni. – Czy ja dobrze słyszałam? Ktoś tu mówił o starości? W dodatku ktoś, kto – nie wypominając – sam do tego stopnia cierpi na starcze zaburzenia, że budzi się w świetle słonecznym?!

– Ależ, Dusiu – bąknął skruszony Dziadek, który za późno ugryzł się w język. – Po prostu nerwowy się robię, może to przez tę nadchodzącą burzę?

– Banda tumanów – prychnęła Dusia. – Straszyć wam się chce, ale żadnemu z was nie przyszło do głowy, że możemy wystraszyć ich w czasie burzy, gdy zrobi się ciemno. Jeśli będzie tak dużo chmur, jak mówił Łakuś, to sukces zapewniony…

– Będzie dużo chmur – oznajmił jakiś nowy głos, po czym zza studni wyłoniła się bura, kosmata, czworonoga postać. – Dzień dobry. To znaczy, dobry wieczór.

– Wieczór już minął – mruknął zgryźliwie Szurek, który nie wiedzieć czemu nie przepadał zbytnio za Łakusiem i wilkołakami ogólnie. – Noc już mamy…

– W takim razie dobranoc – zgodził się Łakuś bez oporów. – Będziecie straszyć?

– Będziemy! – Dziadek, mówiąc to, wydał się nagle jakby młodszy, większy i bardziej imponujący niż zazwyczaj. Oczy zasnuła mu mgła rozmarzenia. – Och, co to będzie za dzień!

Łakuś z radości popędził w kółko za własnym ogonem, po czym wskoczył na daszek studni i zawył do księżyca, nie mogąc pohamować entuzjazmu.

– A cicho mi