Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
ZJEDNOCZENI JEDI PRZYGOTOWUJĄ SIĘ DO KONTRATAKU NA BEZLITOSNYCH NIHILÓW W TEJ EKSCYTUJĄCEJ KONTYNUACJI WYDARZEŃ Z KSIĄŻKI STAR WARS. WIELKA REPUBLIKA. OKO CIEMNOŚCI. Przez ponad rok mistrzowie Jedi Avar Kriss i Elzar Mann byli rozdzieleni przez Wał Burzowy Nihilów. Po brawurowej ucieczce Avar ze Strefy Okluzji bliscy sobie Jedi ponownie się spotykają. Jednak choć kres rozłąki powinien budzić w nich radość i ulgę, oboje odczuwają głęboki smutek i gorycz, wywołane poczuciem klęski: nie zdołali ochronić galaktyki przez zagrożeniem ze strony Nihilów. Avar i Elzar starają się zmobilizować siły zakonu Jedi i Republiki, głęboko wierząc w słuszność służby światłu i życiu. Wspólnie prowadzą śmiałą misję w przestrzeni Nihilów, aby wyzwolić planetę Naboo i przekazać istotom uwięzionym za Wałem Burzowym przesłanie: Jedi nigdy nie opuszczają nikogo w potrzebie. Teraz, gdy los ponownie skrzyżował ze sobą ich ścieżki, ta dwójka nie może już dłużej zaprzeczać istnieniu między nimi szczególnej więzi, która od zawsze ich łączyła i czyniła silniejszymi. Gdy Avar i Elzar w końcu godzą się ze swoimi prawdziwymi pragnieniami, umocnieni poczuciem nowego celu opracowują plan, który ma raz na zawsze położyć kres konfliktu z Nihilami. Wspierani przez rycerzy Jedi Bella Zettifara, Burryagę i Vernestrę Rwoh, rozpoczynają polowanie na Marchiona Ro. Jednak aby odnaleźć tego niebezpiecznego przywódcę Nihilów, Jedi będą musieli stawić czoła bezimiennym koszmarom, których do tej pory nic nie zdołało powstrzymać…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 550
Tytuł oryginału: Star Wars: The High Republic. Temptation of the Force
Redakcja i korekta: Magdalena Kozłowska Konsultacja: Jacek Drewnowski
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
© & TM 2026 Lucasfilm Ltd. All rights reserved.
Wydawca: Wydawnictwo Olesiejuk an imprint of Dressler Dublin sp. z o.o.
ISBN 978-83-8424-825-6
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Olesiejuk ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydawnictwo@dressler.com.pl www.wydawnictwo-olesiejuk.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy to fikcja literacka. Wszystkie nazwy, miejsca i zdarzenia są fikcyjne i powstały w wyobraźni autorki, a jakiekolwiek podobieństwo do miejsc, zdarzeń i osób, żywych czy zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.
Dla Matta i Joanne Grattonów, mojego taty i mojej mamy, pierwszych fanów Gwiezdnych Wojen, jakich poznałam.
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce….
Liczne światy cierpią dotkliwie pod jarzmem Nihilów w STREFIE OKLUZJI, kontrolowanej przez bezlitosnego Marchiona Ro. Pomimo rozpaczliwych wysiłków Republiki, on i jego banda grabieżców wciąż pozostają nieuchwytni.
Mistrzyni Jedi Avar Kriss, której udało się uciec z okupowanej przestrzeni, wraz z Elzarem Mannem staje na czele zjednoczonych sił Jedi i Republiki w desperackiej próbie stawienia czoła Nihilom i przerażającym bezimiennym stworzeniom na ich usługach.
Jednak galaktyce zagraża teraz nowe niebezpieczeństwo – tajemnicza PLAGA pochłaniająca kolejne światy i zmieniająca w pył wszystko, co napotka na swojej drodze…
SEKTOR SESWENNA, STREFA OKLUZJI
Porter Engle dryfował na skraju jawy i snu.
To nie był pierwszy raz, kiedy zginął… czy może raczej prawie zginął – i prawdopodobnie nie ostatni. Mimo to wiedział, że pewnego dnia śmierć nieuchronnie w końcu się o niego upomni, a wówczas stanie się jednością z Mocą.
Ostatnim, co pamiętał, był widok kosmicznej próżni, rozpościerający się przed nim, gdy stał na poszarpanej krawędzi statku, pozbawiony swojego miecza świetlnego, z krwawiącym ramieniem, a stara Mirialanka patrzyła na niego z góry, szczerząc zęby w szaleńczym uśmiechu. „Żegnaj, Porterze Engle’u” – tak brzmiały jej słowa.
„Żegnaj, Porterze Engle’u. Nie jesteś sam”.
Nie, to nie były…
Porter jęknął cicho i ponownie odpłynął.
Pamiętał zgrzyt metalu, syk ostrza miecza uderzającego o beskar. Pamiętał, jak kogoś odesłał („Nie jesteś sam…”) – znowu, zawsze odsyłał innych, patrzył, jak odchodzą, odciągał ich…
Nie.
Tym razem to była Avar Kriss, zdeterminowana, by osiągnąć swój cel, przepełniona blaskiem nadziei.
Pamiętał białe warkoczyki przecinające powietrze i śmiech, pogoń za tym śmiechem, pogoń za obietnicami, łzami i mieczami świetlnymi, spadającymi na ziemię wokół niego jak lawina…
Generał Viess. Starsza. Silniejsza. „Żegnaj, Porterze Engle’u”.
A potem, na poszarpanej metalowej krawędzi tego, co kiedyś było pokładem hangarowym… Porter pamiętał, jak usiadł, aby powitać czułe objęcia Mocy. Zamknął oczy i pozwolił, by ból rozproszył się w świetle, a krew oblepiająca jego skórę stanowiła ciepłe przypomnienie o życiu, które zostawiał za sobą.
Wysączało się z niego stopniowo, a on wsłuchiwał się w Moc. Czuł, jak inne istoty miotają się we wnętrzu potrzaskanego wraku, słyszał jęk stali, eksplozje silników i szept ostrzy przecinających powietrze: Moc otaczała go ze wszystkich stron.
Porter Engle nigdy nie szukał śmierci, choć na przestrzeni długich lat jego życia często go nawiedzała. Teraz w końcu mógł ją powitać poprzez Moc.
Tyle tylko, że…
Był tutaj. Na łóżku z cienkim materacem, który uginał się dziwnie pod jego ciężarem, niczym materiał naciągnięty na metalowe pręty. Łóżko polowe. Głowa pulsowała mu tępym bólem, a w ramieniu czuł mrowienie. Usłyszał dźwięk, który powinien był rozpoznać. Znajomy. Rytmiczny.
Na Moc! Bolało go całe ciało.
Żył.
Nie był jeszcze gotów, by otworzyć oczy, więc ponownie wziął głęboki oddech i skupił się na analizie docierających do niego sygnałów. Miał na sobie coś, co wydawało się cienką, czystą szatą. Czuł zapach lekarstw i kojącą, cierpką woń dymu, przypominającą kadzidło. Nie miał butów ani opaski na oku. Lewe ramię w miejscu, w które dźgnęła go Viess, opasywał bandaż. Mógł poruszać palcami u rąk i nóg.
Podsumowując: nie było źle.
Sądząc po echu tego znajomego, rytmicznego dźwięku, pomieszczenie, w którym się znajdował, było niewielkie.
Ach! Tak. Przypomniał sobie. To muzyka. Rozpoznawał dźwięki.
Ktoś w pobliżu grał na czymś w rodzaju harfy, choć niespecjalnie dobrze.
Kiedy Porter skupił się mocniej, usłyszał szmer oddechu i szelest ubrania. Odległe, stłumione odgłosy życia za dobrze izolowanymi oknami. Być może miasta?
Rozesłał wici Mocy i po chwili odkrył w pomieszczeniu jeszcze jedną istotę. Wydawała się względnie spokojna, choć wyraźnie czymś sfrustrowana. Nie stanowiła jednak bezpośredniego zagrożenia…
W dole poruszały się kolejne, dobrze wyczuwalne poprzez Moc. Był na piętrze jakiegoś budynku. Sam, nie licząc harfisty.
Powoli odwrócił głowę w stronę źródła dźwięków i otworzył oczy, pozwalając, by światło dzienne wlało się pod powieki.
Muzykiem okazał się mężczyzna, ubrany w czarną tunikę i szatę przyozdobioną jaskrawoczerwonymi wstążkami, które mocno opasywały jego przedramiona. Stał nad poziomą harfą i delikatnie wygrywał na niej melodię, uderzając w struny małymi młoteczkami. Na jego młodej, przystojnej śniadej twarzy malował się wyraz najwyższego skupienia, a kosmyki czarnych włosów, które wyślizgnęły się z niestarannie upiętego koka, opadały mu na oczy.
Wyglądał na nieszkodliwego, a rany Portera zostały opatrzone, ale lepiej było nie ryzykować.
Engle usiadł ostrożnie i sięgnął po Moc. Odczekał, aż poczuje wokół siebie jej obecność, ostrą niczym sto kling, rezonującą w jego umyśle jak kyber…
Teraz!
Wybił się i przefrunął przez cały pokój między jednym uderzeniem młoteczka a drugim. Nim to ostatnie wybrzmiało, stał przyciśnięty bokiem do pleców mężczyzny, z jedną ręką owiniętą wokół jego szyi – zbyt luźno, by zabić, zbyt mocno, by nieznajomy zdołał oswobodzić się z uścisku.
Muzyk zastygł w bezruchu.
– Obudziłeś się – mruknął po chwili.
Porter odchrząknął.
– Kim jesteś? – spytał schrypniętym, zgrzytliwym głosem. Nieużywanym od Moc jedna wie, jak dawna. Może przez jeden dzień… a może całe tygodnie.
– Cair – przedstawił się cicho młody mężczyzna. Powoli opuścił młoteczki i delikatnie złożył je na strunach harfy. „Dulcimer” – słowo pojawiło się samoistnie w umyśle Portera. Widywał już takie instrumenty.
– Gdzie jesteśmy?
– W Seswenna City.
Engle skinął głową, mimowolnie zwijając prawą dłoń w pięść i nieświadomie zacieśniając uścisk na szyi Caira.
– Jak się tu znalazłem?
– Uratowałem cię – odpowiedział mężczyzna i po raz pierwszy Porter zarejestrował ton jego głosu: sztucznie radosny, rozmyślnie łagodny. Taki, jakim można by się zwracać do dzikiego drapieżnika.
W swoim długim życiu Porter Engle miał wiele wcieleń. Był również drapieżnikiem. Łowcą. Nie był to jego naturalny tryb – ani przez niego preferowany, skoro już o tym mowa – ale nadal znajdowali się w Strefie Okluzji, miejscu, w którym władzę wciąż sprawowali Nihilowie. Zamknął oczy na rozpadającym się nihilskim statku, a gdy otworzył je ponownie, znalazł się tutaj. Najrozsądniej było w tej sytuacji założyć, że ten cały Cair również należał do Nihilów. Pomimo muzyki, którą grał – i mimo iż Porter nie był skrępowany.
Engle prychnął i potrząsnął lekko młodym mężczyzną.
– Uratowałeś mnie, hę? Niby jak? Ten statek był pełen Nihilów – i tylko Nihilów.
– Cóż – bąknął Cair – czasami dostarczam im zaopatrzenie…
Porter z sykiem wciągnął powietrze przez zęby.
– Ale! – dodał prędko mężczyzna, unosząc ręce w geście kapitulacji. Uwagi Portera nie uszło to, że lewa była protezą, wykonaną z jakiegoś czarnego stopu. – Robię to tylko po to, żeby zachować swoje uprawnienia – no wiesz, w razie spotkania z droidami demontażowymi – i żeby móc się swobodnie poruszać po ich terenie. Poza tym przemycam różne rzeczy, tuż pod ich nosem. Informacje, towary, czasem nawet istoty żywe, choć bywa trudno…
– Trudno to mi uwierzyć w tę historię – wszedł mu w słowo Porter, bardziej rozdrażniony niż zwykle – z powodu wszystkiego, czego nie wiedział, a także bolącego ramienia i narastającej w nim złości. – Chcesz mi wmówić, że jakiś Nihil niebędący Nihilem po prostu natknął się na mnie, wyciągnął mnie z wraku i się mną zaopiekował?
Cair próbował wzruszyć ramionami, ale uścisk Portera skutecznie ograniczał mu zakres ruchu.
– Cóż… – rzucił ponownie. – Przypuszczam, że wcale nie tak trudno w to uwierzyć, jeśli ufasz Mocy.
W odpowiedzi Porter wybuchnął śmiechem i znów wzmocnił uścisk wokół szyi Caira.
– Mocy?
– Pokażę ci coś, staruszku – powiedział mężczyzna, obracając głowę i prezentując Porterowi błysk ciemnobrązowego oka oraz kącik uniesionych w uśmiechu ust.
Przez chwilę Engle starał się wpatrywać w to oko, próbując wybadać Mocą, czy Cair nie próbuje go zwieść. Jednak jedynym, co wyczuł, była szczerość, zabarwiona dreszczem strachu i podniecenia. Nic więcej.
Cóż. Porter nie przetrwałby tak długo, gdyby nie ryzykował raz po raz skoków z metaforycznych (a czasem nawet bardzo realnych) klifów.
– W porządku.
Uwolniwszy mężczyznę jednym płynnym ruchem, cofnął się, opuścił ręce wzdłuż ciała i zacisnął dłonie w pięści. Był ostrzem. A Moc była z nim.
Cair wyminął harfę i szybko okrążył łóżko, na którym spoczywał wcześniej nieprzytomny Ikkrukkianin. Po przeciwnej stronie pryczy stała mała metalowa szafka z kilkoma szufladami. Cair otworzył górną, a Porter napiął całe ciało, sięgając po Moc, na wypadek gdyby mężczyzna dobył z szafki blaster…
Ale nic takiego nie nastąpiło.
Zamiast tego Cair trzymał w dłoni miecz świetlny – miecz Portera, ten sam, który Jedi utracił na zniszczonym pokładzie statku generał Viess. Engle wpatrywał się w niego bez słowa, a młody mężczyzna obrócił rękojeść w dłoni, wyciągając ją w jego stronę.
– Nie znam zbyt wielu Jedi – przyznał. – Ale pochodzę z Jądra – nie zawsze tu mieszkałem. Nie zawsze tkwiłem pod butem Nihilów. Potrafię rozpoznać miecz świetlny, gdy go widzę – i umiem poznać Jedi, nawet bez ich szat.
Coś w jego słowach sprawiło, że Porter poczuł się, jakby na jego barkach osiadł nagle jakiś ogromny ciężar. Wziął głęboki oddech i sięgnął Mocą po miecz.
Cair rozwarł palce i broń pokonała w mgnieniu oka krótki dystans, lądując z gracją w nadstawionej dłoni. Porter miał wrażenie, że minęły całe lata, odkąd ostatni raz trzymał ją w ręku.
– Ile czasu minęło, odkąd mnie znalazłeś?
– Nieco ponad miesiąc – odparł Cair. – Z powodu odniesionych obrażeń musiałeś przez jakiś czas pozostawać w stanie hibernacji. Poza tym, szczerze mówiąc, pod okupacją Nihilów nie mam dostępu do najlepszych leków, więc trochę minęło, nim udało mi się znaleźć to, czego potrzebowałem.
– Hm, ta twoja ręka wygląda całkiem przyzwoicie – zauważył Porter, mimo iż zaczynał wierzyć temu całemu Cairowi.
– To długa historia – westchnął mężczyzna, poruszając czarną protezą. Po chwili jednak otrząsnął się z ponurych myśli i podszedł ze wznowioną werwą do Portera. – Słuchaj, wiem, jak działa Moc. Jestem pewien, że doprowadziła mnie do ciebie z jakiegoś powodu. Staram się pomagać tutejszym, jak mogę. Nie mam, co prawda, zdolności Jedi, ale tacy jak my robią, co w ich mocy…
– Wiem – mruknął Porter. W ciągu ostatniego roku widział tak wiele… Był świadkiem zarówno niewyobrażalnego zła, jak i prawdziwych aktów altruizmu i męstwa.
– Mógłbyś nam pomóc. Wiem całkiem sporo na temat organizowania tajnych operacji, szpiegostwa i przemytu, ale nie znam się na taktyce i…
Porter przerwał mu, kręcąc głową.
– Zapomnij.
– Ale…
– Poszukaj kobiety nazwiskiem Rhil Dairo i ugnaughckiego pilota, Belina, który tak jak ty pracuje dla Nihilów. Oni ci pomogą.
– Och. – Cair zamrugał, jakby jego umysł miał problem z przetworzeniem tak wielu informacji naraz.
– Nie jestem twoim więźniem, prawda? – spytał Porter.
– Nie! – zaprzeczył natychmiast Cair, otwierając szerzej oczy.
– W takim razie zabieram się stąd. Gdzie moje rzeczy?
Mężczyzna wskazał na pojemnik obok łóżka polowego.
– Buty, pasek, kurtka – wszystko znajdziesz tam.
Engle skinął głową, ubrał się pośpiesznie, a następnie podszedł do jedynych drzwi w pomieszczeniu.
– Zaczekaj!
Porter zignorował mężczyznę, zaciskając mocniej palce na rękojeści miecza świetlnego. Czuł, że to słuszna decyzja. Wiedział, dokąd musi się udać.
Nim jednak dotknął przycisku na panelu obok drzwi, zatrzymał się przelotnie i obejrzał na Caira.
– Jeśli spotkasz innych Jedi… albo usłyszysz o kimś z zakonu, nie mów, że mnie widziałeś. Nie wspominaj, że żyję.
– Dlaczego? – Młody mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.
Porter zacisnął usta i spojrzał mu prosto w oczy. Czuł przemożną, frustrującą potrzebę otworzenia utraconego oka, fantomowe przekonanie o tym, że wciąż je ma, choć minęło już tyle czasu. „Potrzebna mi nowa opaska” – westchnął w duchu, na głos powiedział zaś:
– Nie chcę, żeby Jedi mnie szukali. Nie mogą za mną podążyć tam, dokąd zamierzam się udać.
Z tymi słowy Porter Engle wdusił przycisk na panelu i drzwi rozsunęły się z sykiem.
– Wyjaw mi przynajmniej swoje imię! – zawołał w ślad za nim Cair. – Nikomu go nie zdradzę, obiecuję.
– Taak – mruknął pod nosem Porter, niemal do samego siebie, ale mimo to skinął głową. – Porter Engle.
– Dziękuję – powiedział Cair. – A więc żegnaj, Jedi Porterze Engle’u. Jeśli Moc jest z nami, nasze drogi jeszcze się skrzyżują.
Porter powinien się ucieszyć, słysząc od kogoś ze Strefy Okluzji zapewnienie o wierze w Moc. Mimo to w tej chwili mógł myśleć tylko o jednym: o tym, dokąd zamierzał się udać. O tym, co go czeka.
„Żegnaj, Porterze Engle’u”.
CORUSCANT
Avar Kriss szła bezszelestnie korytarzem Świątyni Jedi, trzymając w jednej ręce ceramiczną flaszkę kwasokamiennego miodu pitnego, a w drugiej pudełko bułeczek z orzechami keldov. Gdy dotarła do kwater Elzara Manna, zatrzymała się, schowała alkohol pod pachę i przycisnęła dłoń do chłodnych metalowych drzwi.
W większości pomieszczeń w Świątyni pieśń Mocy rozbrzmiewała spokojnie i swobodnie – i to miejsce nie było wyjątkiem. Avar rozesnuła wici swojej świadomości, szukając nimi obecności przyjaciela. Był tam. Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech, ale nim zdążyła zapukać, drzwi się otworzyły. Stał w nich nie kto inny, a sam Elzar, drapiąc się po brodzie, ale na jej widok natychmiast opuścił rękę.
– Avar.
– Elzarze. – W jej uśmiechu coś się zmieniło – pojawiły się w nim jakaś delikatność i wyczekiwanie. – Rano odlatuję i…
– Wiem – powiedział tylko, wpatrując się w nią bez mrugnięcia.
Czekała, śledząc linie płytkich zmarszczek, okalających jego oczy – oznak stresu i napięcia. Jego broda była gęsta, choć krótsza niż u Stellana. Miał na sobie tylko dolne warstwy świątynnych szat – białą tunikę i białe spodnie – i był boso. Kiedy zauważył jej spojrzenie, poruszył palcami u stóp.
– Czy mogę wejść? – zapytała, w ostatniej chwili powstrzymując się od dodania: „Ostatnim razem, gdy odeszłam… źle to rozegrałam. Nie chcę znów cię zostawiać. Nie chcę, żebyśmy się rozstawali”.
– Oczywiście. – Gdy się cofnął, weszła do środka, przyciskając pudełko z bułeczkami do brzucha.
– Czy to z Tal-Iree? – spytał teatralnym szeptem.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
– Wciąż jest dokładnie tam, gdzie dawniej, w tej alejce w Dzielnicy Jadeitowej!
– Przyniosę talerze – mruknął z ukontentowaniem, kierując się do szafki w kącie.
– I kubki! – Avar postawiła miód pitny na podłodze, a potem zdjęła buty i powiesiła na wieszaku nie tylko pelerynę, ale i wierzchnią złotą szatę. Po chwili namysłu pozbyła się również pasa i miecza świetlnego.
Choć od jej powrotu z terytorium okupowanego przez Nihilów minęło już sześć tygodni, nadal nie zdołała ponownie przyzwyczaić się do noszenia wszystkich tych warstw formalnego stroju Jedi. Mimo to ceniła świątynne szaty za to, co symbolizowały: bycie cząstką całości, linią melodyczną w wielkiej symfonii. Szkoda, że ta nowa misja ponownie wymagała od niej anonimowości. Elzar z kolei od zawsze nienawidził oficjalnych szat, a teraz przyszło mu je nosić codziennie. Cóż, wyglądało na to, że oboje będą się musieli dostosować…
Avar pochyliła się, rozciągając tylne mięśnie ud i łydek, i sięgnęła po alkohol.
– Są trzy – powiedział nagle Elzar.
Zaskoczona, podniosła na niego wzrok. Stał przy blacie, na którym spoczywała ciemna taca z dwoma talerzykami i kubkami, i wpatrywał się w otwarte pudełko.
Avar przełknęła ślinę.
– Kiedy weszłam do sklepu, poczułam się tak oszołomiona… Pachniało dokładnie tak samo, jak wtedy. Menu też wciąż jest takie, jak kiedyś, stoliki nadal wyszczerbione, a nad ladą wisi ten sam obraz. Odruchowo wzięłam to, co zawsze, a kiedy już się zorientowałam, nie mogłam się zmusić do prośby o zmianę zamówienia…
Elzar skinął głową i wyłożył ciastka na tacę. Kiedy się do niej odwrócił, po jego ustach błąkał się smutny uśmiech.
– Widzę, że czujesz się już jak u siebie? – rzucił półżartem.
– Ten bałagan jest zbyt znajomy, żebym nie czuła się tu jak w domu – odcięła się.
Kwatery Elzara były równie skromne, co wszystkie inne w Świątyni. Jedyne odstępstwo od normy stanowiły mały stolik, niskie łóżko, mata do medytacji i dość pokaźna liczba wkomponowanych w różne przestrzenie półek, zaśmieconych najrozmaitszymi drobiazgami: głównie trudnymi do zidentyfikowania elementami jakichś układów mechanicznych, narzędziami, częściami komputerów i datapadami. Z oparcia samotnego krzesła zwieszało się kilka elementów garderoby. Avar odsunęła od stóp łóżka stos czegoś, co wyglądało jak kawałki poszycia droida, opadła na cienki dywan i oparła się plecami o mebel. Odkorkowała flaszkę, a po chwili dołączył do niej Elzar.
– Rozcieńczyłaś? – zapytał, gdy nalewała trunek do kubków.
– Sokiem z różanasa – odparła lekkim tonem. W gruncie rzeczy to właśnie po niego zapuściła się do Dzielnicy Jadeitowej. Kiedy mieli po piętnaście lat i pstro w głowie, dolewali go do kwasokamiennego miodu ze względu na Stellana – nie dlatego, że miał coś przeciwko samemu alkoholowi, ale żeby po prostu osłodzić jego smak.
Wznieśli toast i wypili. Nie smakowało tak dobrze jak wtedy, gdy byli młodsi – prawdopodobnie dlatego, że teraz nie towarzyszył im dreszczyk emocji spowodowany obawą, że zostaną przyłapani. Wtedy… nie mieli jeszcze pojęcia, co przyniesie los. Jasne: nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości, ale jako nastolatka Avar sądziła, że będzie wyjątkiem. Ona, Elzar i Stellan: wszyscy byli wyjątkowi.
Cóż, w pewnym sensie miała rację.
Wzięła jedną z bułeczek i rozdarła ciemnobrązową skórkę, odsłaniając bogate wnętrze. Wskazała podbródkiem na stół.
– Wygląda jak części urządzenia Sunvale.
– Eksperymentowałem z różnymi powłokami i próbowałem maksymalnie uprzystępnić formę modułu, aby pasował do układów różnych typów statków. Samego wnętrza – kabli, systemu sterowania i podzespołów komputerowych – nie tykam. To, co zaprojektowali Avon i Keven, to dla mnie w większości czarna magia.
– Cieszę się, że pomagasz. – Avar wgryzła się w bułeczkę i wsparła ramieniem o jego ramię.
– Chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci wrócić na drugą stronę Wału Burzowego bez jakiejś cząstki mnie?
Te proste, a jednak niosące ze sobą tak głębokie przesłanie słowa sprawiły, że niemal zakrztusiła się swoją bułeczką.
Wiedziała, jak niebezpieczna jest czekająca ją misja. Nowo opracowana technologia przekraczania Wału Burzowego nie została jeszcze przetestowana. Zadaniem Avar była koordynacja działań Jedi i Koalicji Obrony Republiki, KOR, w celu ustalenia jej skuteczności i kierowanie wyprawami. Istniała spora szansa, że będzie to bilet w jedną stronę. Wał Burzowy wciąż pozostawał praktycznie nieprzebyty. Nikt inny nie wiedział o tym lepiej niż ona: była pierwszą osobą, której udało się go przekroczyć, po roku nieudanych prób.
– Kiedy już opanujemy ten proces… to nie będzie zbyt ekscytujące – westchnęła. – Będziemy po prostu skakać tam i z powrotem, ewakuując ludzi i dostarczając towary do kontaktów Maz Kanaty w Strefie Okluzji. Być może nadal są tam jacyś inni Jedi, którzy… – Urwała, myśląc o Porterze Engle’u, który poświęcił się, aby odwrócić uwagę nihilskiej generał Viess od ucieczki Avar. Trudno było wyobrazić sobie śmierć kogoś takiego jak nieustraszone Ostrze Bardotty. Ale nawet najpotężniejszy Jedi nie mógł przeżyć eksplozji statku, nie mówiąc o przetrwaniu w próżni kosmicznej.
Otrząsnąwszy się z ponurych myśli i upiwszy łyk miodu, podjęła:
– To będzie niekończący się ciąg misji, za każdym razem z innymi priorytetami, innymi celami. Akcje ratunkowe, pomoc humanitarna…
– Brzmi nieźle. Jak coś, co może zrobić różnicę. – Słyszała w słowach Elzara to, czego nie mówił: „Lepsze to niż zabawa w politykę. Niż cokolwiek, czym się tu zajmuję”.
– Niebezpieczeństwa, eksperymentalne sposoby użycia Mocy, wątpliwi sojusznicy. Brzmi jak – zauważyła, spoglądając na niego kątem oka – misja idealna dla Elzara Manna.
Skrzywił się.
– Bardziej przydam się tutaj, na Coruscant.
– Dlaczego?
– Jestem tu od prawie półtora roku, pełniąc funkcję pośrednika między Radą a kanclerz. Gdybym teraz odszedł, mogłoby dojść do… problemów. Kanclerz mi ufa.
– El… – powiedziała łagodnie, z lekką nutą wyrzutu w głosie. Wiedziała, że odpowiedź, której jej udzielił, była formułką przygotowaną specjalnie z myślą o Senacie lub opinii publicznej. Być może innych Jedi. Ona jednak zwyczajnie tego nie kupowała. Znała go zbyt dobrze.
Przez długi czas milczał. Avar słyszała go w Mocy. Przez ostatni rok cierpiała katusze, nie mając pojęcia, czy jeszcze kiedykolwiek usłyszy jego głos – tę pokrzepiającą, niezbędną jej do życia jak tlen melodię jego znajomej pieśni. A ten brak, kiedy tak rozpaczliwie jej potrzebowała, nauczył ją bardzo wiele o tym, czego naprawdę pragnęła. Kim była.
Chwyciła bułeczkę Elzara, oderwała kawałek i podsunęła przyjacielowi pod nos, a on uśmiechnął się blado i pozwolił, by wsunęła mu go do ust. Przeżuwał w skupieniu, bez reszty pochłonięty zaprzątającymi jego głowę myślami.
Na przestrzeni lat stali się sobie tak bliscy, jak tylko mogą być dwie istoty ludzkie. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny i nie miała wątpliwości, że wie, jakiej odpowiedzi powinien jej udzielić. Czekała cierpliwie, aż odnajdzie odpowiednie słowa. Aż będzie gotów.
Dawno temu… wyznałby jej wszystko, bez wahania. Przyszedłby do niej sam, przejmując inicjatywę, nawet jeśli było to niezgodne z naukami Jedi. Och, jak bardzo tego pragnęła! Zbyt długo trzymała go na dystans, pozwalając, by między nich wkradł się chłód, by podzieliły ich ostre słowa – z powodu jej własnych, mylnych przekonań dotyczących egoizmu i przywiązania, poczucia obowiązku i celu. Teraz zrozumiała, że ta całość, której była cząstką, nie miała racji bytu bez niego, bez Elzara.
Tyle tylko, że… teraz to on nie był gotowy.
Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i złożyła na nich ręce. Popełniła tak wiele błędów… Zwłaszcza w ostatnich miesiącach istnienia Gwiezdnego Blasku. Pod pretekstem wykonywania swojej pracy podążyła za gniewem, niemal pozwoliła, by zawładnęła nią chęć zemsty, i prawie uległa pokusie ciemnej strony. Po tamtych druzgocących wydarzeniach z udziałem Drengirów dysonans ciemności wybrzmiewał tak głośno… Avar po prostu nie była w stanie trwać na posterunku podczas upadku Gwiezdnego Blasku, nie było jej tu, by pomóc – lub opłakiwać wszystkich, którzy zginęli wskutek katastrofy: cywilów, załogi statków, Jedi… A potem, gdy powinna służyć wsparciem Elzarowi, kiedy wyciągnął do niej rękę, pogrążony w żalu i szukający pokrzepienia, odepchnęła go i odeszła. Zostawiła go w potrzebie. Opuściła przestrzeń Republiki i porzuciła samą siebie.
Uwięziona w Strefie Okluzji, odnalazła siebie na nowo. Zaczęła nawiązywać kontakty – z Porterem Engle’em, zrzędliwym ugnaughckim pilotem Belinem, Rhil Dairo – a kiedy ponownie zaczęła współpracować z innymi, znów odkryła melodię swojej własnej pieśni Mocy.
Wróciła do domu.
Jednak wciąż pozostawało mnóstwo do zrobienia – i właśnie dlatego znów wyruszała na niebezpieczną, ryzykowną misję. Tym razem nie zamierzała jednak opuścić Elzara, poddać się bez walki. Potrzebowali siebie nawzajem. Uznała więc, że warto odrobinę go przycisnąć.
– Czy to dlatego, że nie możesz ponownie stawić czoła Wałowi Burzowemu?
Elzar zamknął oczy. Komuś postronnemu mógłby się wydać oazą spokoju, ale Avar znała go zbyt dobrze – widziała wyraźnie, jak wiele kosztuje go próba zachowania pozorów. Dostrzegała to w napiętych liniach wokół jego ust i ledwie zauważalnym drgnięciu małych mięśni w okolicach skroni.
– Kiedy ostatni raz zrobiłem coś jak należy?
Zaskoczona, zaczerpnęła gwałtownie tchu. Nie zawiódł jej. Wiedział – powiedziała mu o tym – jak wiele znaczyła dla niej jego wiadomość. Że był dla niej jak kotwica pośród wzburzonych fal sztormu, nawet wtedy, gdy dzielił ich tak wielki dystans. Popełnił błędy, jasne, ale, podobnie jak ona, powrócił do bezpiecznego portu Mocy. Tak wiele osób tutaj, na Coruscant – w tym sama kanclerz i Rada Jedi – słuchało jego rad. Ufali mu.
– Wiem – mruknął, jakby czytał jej w myślach. – Wiem, że czasem udaje mi się znaleźć rozwiązanie tego czy innego problemu. Jestem uparty, a nawet nieustępliwy. Kiedy czegoś pragnę, potrafię wymyślić sposób, aby to osiągnąć. Ale kiedy coś idzie nie po mojemu… tak łatwo jest się poddać gniewowi. Nie potrafię tego przezwyciężyć.
– Nie możesz przestać… czuć – powiedziała, dotykając delikatnie jego kolana.
Wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego.
– W ciągu ostatnich dwóch lat każdemu z nas zdarzały się potknięcia – dodała. – Wszyscy poznaliśmy smak porażki.
– Ale mimo to za każdym razem podnosimy się i próbujemy jeszcze raz, ze zdwojonym wysiłkiem.
– Tak.
– Co jednak, jeśli to za mało? Niektórych rzeczy nie da się naprawić.
– Masz na myśli to, co… zrobiłeś na pokładzie Gwiezdnego Blasku? – Avar wzięła głęboki oddech. – Próbowałeś mi o tym powiedzieć na Eiramie, kiedy obwiniałam się za to, co się stało, i nie mogłam, nie chciałam tego słyszeć. Czułabym się… zaszczycona, gdybyś spróbował ponownie – teraz, kiedy jestem gotowa cię wysłuchać.
– Radzę sobie z tym coraz lepiej – zaczął. – Godzę się z tym, co się wydarzyło. W większości. Gdybym nie próbował ci o tym powiedzieć, mógłbym to po prostu stłumić i pozwolić, by wciąż trawiło mnie od środka, niczym jątrząca się rana. Jednak te słowa… pozostały we mnie, kiedy cię nie było. Myślałem o tym w kółko, raz za razem, aż w końcu zaakceptowałem, że to po prostu… się wydarzyło. Nie mogę jednak pogodzić się z myślą, że to mogłoby się powtórzyć. Gniew, który czułem, patrząc, jak Wielki Mistrz Veter został stracony w tak bezlitosny sposób… i po tym… kiedy flota… Co, jeśli zdołam utrzymać się w ryzach tylko wtedy, gdy nie będę miał nic, co mógłbym zaatakować? Nic, na czym mógłbym wyładować swój gniew?
Avar ścisnęła jego kolano.
– Chancey Yarrow tam była. Była tam. Jako nasza więźniarka, ponieważ współpracowała z Nihilami. Ale tego dnia starała się ocalić Gwiezdny Blask, a ja ją… zabiłem. Nie zastanawiałem się nad tym, nie zawahałem się ani sekundy – po prostu to zrobiłem. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. To był… mrok. Nie byłem tym, za kogo się uważam – ani osobą, którą chcę być. I zapłaciliśmy za to najwyższą cenę. Straciliśmy… wszystko.
– Nie wszystko. – Avar spojrzała na niego i ścisnęło ją w gardle na widok łzy spływającej po jego policzku. – Chodź do mnie – wyszeptała, przyciągając go do siebie. Nie protestował. Gdy otoczył ją ramieniem, poczuła, że w jej oczach również wzbiera zdradziecka wilgoć.
Właśnie tak powinno to wyglądać tuż po upadku Gwiezdnego Blasku. Ich dwoje, razem, wspierających się nawzajem. Ale go odtrąciła – ponownie – i jakaś cząstka Avar (właściwie to całkiem spora część) wciąż nie mogła uwierzyć, że nadal jej ufał. Na tyle, by dać jej kolejną szansę. Nie była pewna, czy zasługuje na to zaufanie.
Opuściła go. Ale on nigdy jej nie porzucił. Nawet gdy dzielił ich Wał Burzowy, niezliczone lata świetlne, mnóstwo nieporozumień, gniewu, porażek i strat, po roku żalu i konieczności stawiania czoła niewyobrażalnym przeciwnościom losu – nie, ponad roku! – nigdy jej nie skreślił.
Avar wiedziała – była tego pewna tak, jak istnienia samej Mocy – że Elzar Mann nigdy jej nie opuści. Nawet w gniewie.
Kiedyś świadomość tego faktu wytrąciłaby ją z równowagi. Uznałaby, że ich relacje są zbyt bliskie, podszyte egoizmem. Niepotrzebny galimatias emocji, wpływu hormonów i zbędnego przywiązania.
Teraz nie traktowała już tego w ten sposób. W głosie przyjaciela, gdy dotarła do niej jego wiadomosć, pokonując szmat galaktyki i Wał Burzowy, Avar wyczuła bezgraniczną, niezachwianą wiarę. W nią. W Moc. W nadzieję.
Pogodzenie się z tym uczyniło ją silniejszą. Gdy uświadomiła sobie – i pogodziła się z tym, że go kocha, spłynął na nią spokój, który ją umocnił.
Mimo to bała się, że jeśli mu to teraz wyzna, tym razem on ucieknie.
– Stellan… – zaczął Elzar, ale urwał. Najwyraźniej nie był jeszcze gotów dokończyć. Avar dała mu czas. Oddychała, skupiona na rytmicznym biciu własnego serca, na cieple jego ramienia. W końcu podjął: – Stellan powiedziałby mi, żebym pojednał się z samym sobą, z Mocą. A potem, żebym porozmawiał o tym z Radą. Szukał wsparcia.
– Zgadza się – potwierdziła, starając się zignorować rzeczy, które sama z rozmysłem ukrywała przed Radą.
– Tęsknię za nim. Za nimi wszystkimi. Ale on po prostu…
– Ja też – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.
Zmienił pozycję, osuwając się na podłogę i wspierając policzek o jej udo. Przeczesała palcami jego włosy i pogładziła go po brodzie, wilgotnej od łez. Opowiadał jej o tym, jak się czuł, o paraliżującym przerażeniu, spowodowanym świadomością tego, co zrobił, i o bezgranicznym lęku wywołanym przez bezimiennych, grasujących na terenie stacji kosmicznej. Mówił o tym, jak straszne były te długie godziny na pokładzie Gwiezdnego Blasku – i o ostatnich chwilach spędzonych ze Stellanem. Opowiedział jej też o tym, jak poprowadził flotę KOR do ataku na Wał Burzowy – tylko po to, by bezradnie patrzeć, jak tak wiele osób ginie, nadaremno. Znów. Wyznał, że wie, jak samolubny był, rozpaczliwie pragnąc jej powrotu, jak desperacko chciał usłyszeć jej odpowiedź na swoje wezwanie.
A ona słuchała. Słuchała jego głosu i melodii jego Mocy. I powtarzała szeptem jego imię, ilekroć potrzebował je usłyszeć.
Rankiem obudzili się na podłodze, półprzytomni i zapłakani. Śmiejąc się z samych siebie, wypili kaf. Avar wyraźnie widziała, że wciąż jest znużony. Czuła ten sam strach i gniew, które dręczyły i jego, od tak dawna. Ale w jakiś sposób… było lepiej. Zdołają przez to wszystko przejść – wspólnie. Nie mogło być inaczej.
Kiedy ruszyła w stronę drzwi, chwycił ją za rękę.
– Za każdym razem, gdy będziesz wracać przez Wał Burzowy, daj mi znać.
Dotknęła policzka Elzara, a potem wplotła palce w jego brodę.
– Obiecuję.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu; ciszę mącił jedynie szmer ich idealnie zsynchronizowanych oddechów. Sięgnęła ku niemu poprzez Moc, odnajdując w jej pieśni nuty jego melodii. Poczuła, jak odpowiada na jej wezwanie. Łącząca ich więź nie była już tak silna, jak kiedyś. Ale to musiało wystarczyć. To był dobry początek.
Rozstali się bez słowa – nie pozostało już nic do dodania – i każde z nich wróciło do swoich obowiązków.
NORISYN, STREFA OKLUZJI
Marchion Ro się nudził. Od bardzo, bardzo dawna.
Był znudzony, zmęczony i wściekły. Czasami ożywiał się lekko, pobudzony przez akty okrucieństwa, które dawniej napełniłyby go bezbrzeżną radością, a czasem przekręcał nóż, który wbił dawno temu – tylko po to, aby poczuć nikłe echo satysfakcji.
Rzeczy, które kiedyś go motywowały, zmieniły się w nużące obowiązki.
Ale to… To było – cóż, co najmniej interesujące.
Stał na dziobie, przytrzymując się jedną dłonią relingu. Barka wisiała nisko nad lasem kryształów, dorównujących wysokością dorosłemu człowiekowi. Cała ta strona księżyca została przekształcona w farmę surowych kryształów hestalt i sztucznych kyberów. Od ponad roku księżyc mienił się i iskrzył dymnoszarymi i różowymi fraktalami kwarcu – zbieranymi co miesiąc i przewożonymi na pokład stacji kosmicznej Uderzenie Gromu, aby włączyć je do układu zasilającego doktor Mkampy, podtrzymującego jego Wał Burzowy.
Tutaj, pod bladoniebieskim słońcem Norisyna, było zimno, ale Ro nie przejmował się tym. W swoim życiu znosił znacznie gorsze warunki. Czymże była odrobina chłodu dla kogoś, kto walczył gołymi rękami z lylekami i przemierzał Woal? Istoty, która rzuciła Republikę na kolana – i która nadal skutecznie zmuszała ją, by się przed nią korzyła?
Trwał w kompletnym bezruchu niczym drapieżnik, wpatrując się swoimi czarnymi jak noc oczami w jeżące się w dole kryształowe kolce.
– Cóż za piękny widok – powiedziała stojąca obok niego Everenka.
Ro ją zignorował.
– Nigdy nie widziałam czegoś podobnego… W dodatku stworzono to specjalnie dla ciebie – kontynuowała łagodnie, z czymś na kształt podziwu w głosie.
Ro słyszał ją od dawna – i musiał przyznać, że stanowiła miłą odmianę po przepełnionych gniewem i poirytowaniem połajankach ojca. Jednak zaczęła się pojawiać stosunkowo niedawno. Zazwyczaj manifestowała się w wieku starszym od niego, z czerwonymi pasmami w długich czarnych włosach, typowej evereńskiej oznace posunięcia się w latach. Jej ciemnoszara skóra kontrastowała żywo z bielą odzienia, zęby były ostre niczym u drapieżnika, a duże czarne oczy wydawały się tak samo puste i pozbawione duszy jak jego własne. Czasami z jej ust kapała krew.
Była wizją, efektem zdolności przedstawicieli jego rasy – a może ciążącej na nich klątwy? – do dostrzegania swoich przodków. Ale Marchion Ro nie rozmawiał ze zmarłymi, jeśli tylko mógł tego uniknąć.
Ro pochylił się nad relingiem, a następnie nieśpiesznie dotknął przycisku zwiększającego obroty silnika barki. Napęd zamruczał cicho, gdy jednostka zaczęła się cofać, uwalniając z plamy długiego cienia formacje kryształów, które lustrował wcześniej Marchion.
Kilka dni temu jego asystentka, Thaya Ferr, poinformowała go, że pośród kryształów na farmie założonej na piątym księżycu Norisyna rozprzestrzenia się jakaś plaga. Na razie nie mieli żadnych teorii na temat jej źródła, ponieważ pracownicy doglądający hodowli kryształów po prostu przestali w pewnym momencie wysyłać raporty, a ostatni transportowiec, który wysłano tu po partię towaru, wylądował co prawda, ale nigdy nie wrócił. Doktor Mkampa uskarżała się na brak kryształów zastępczych – a potrzebowała ich w trybie pilnym, ponieważ ciśnienie spowodowane kąpielą bazaltową i wrażliwa konstrukcja jej układów dość regularnie powodowały nieodwracalne uszkodzenia minerałów. Skarga trafiła odpowiednimi kanałami do Thayi, a Ro był skłonny przyznać, że niektóre procesy przebiegały sprawniej dzięki zmianom w strukturze jego organizacji, wprowadzonym przez Ghirrę Starros. Prędzej wyłupiłby jednak sobie własnoręcznie oczy, niż przyznał się do tego przed kimkolwiek innym poza samym sobą. Thaya przedstawiła mu kilka propozycji dotyczących tego, kogo należy oddelegować do zbadania sprawy, ale Ro, jak często miało to miejsce ostatnimi czasy, był akurat bezgranicznie znudzony.
– Polecę sam – oznajmił, kładąc kres wszelkim dyskusjom.
„Elektryczne Spojrzenie” orbitowało teraz wokół księżyca – długa smuga głębokiego cienia, przecinająca blade niebo. Ro udał się promem do opustoszałych baraków, z których bez przeszkód zabrał tę ciężką barkę, wyposażoną w arsenał systemów korbowych i przecinaków laserowych, służących do zbiorów i transportu hestaltu i sztucznego kyberu. Po drodze nie natknął się na żaden ślad istoty żywej – transportowiec, który miał odebrać towar, został porzucony. Tu i ówdzie budynki szpeciły osmalenia od blasterowych salw, ale nigdzie nie widać było ciał. „Być może doszło do jakiegoś buntu lub ucieczki z więzienia – pomyślał Ro. – A może nic złego się nie stało, ale pracownicy uciekli”. Takie wyjaśnienie nie miało jednak sensu. Gdyby na księżyc Norisyna przybyli buntownicy, wrogowie Nihilów lub Jedi, z pewnością zjawiliby się tu z zamiarem udaremnienia mu produkcji kryształów, o tej zaś… cóż, musieliby przede wszystkim wiedzieć. A odnalezienie tego księżyca przez przypadek było bardziej niż mało prawdopodobne – graniczyło z cudem, nawet gdyby ktoś dysponował Mocą, jak Jedi. Nie mówiąc już o tym, że w takiej sytuacji intruzi nie ograniczyliby się raczej do uwolnienia garstki pozbawionych większego znaczenia robotników – zniszczyliby z pewnością wszystkie jego uprawy.
Cóż, wyglądało na to, że kryształy i tak nie przetrwają, ale im dłużej Ro badał tę plagę, tym mniej martwiły go ogromne straty. Dostrzegał jedynie niesamowity potencjał.
– Rozprzestrzenia się z tego miejsca. – Duch Everenki wskazał epicentrum zarazy.
Połowa pola kryształów skrzyła się w blasku niebieskiego słońca. Druga była matowa, w niezdrowym, kredowym odcieniu.
Szarobiały pył wydawał się rozchodzić z jednego punktu, pochłaniając wszystko na swojej drodze, nadając włóczniom hestaltu i kolumnom sztucznego kyberu nową formę. Przekształcając je w coś… martwego. Jakby wysysał z nich całą energię i życie.
Epidemia nie ograniczała się jednak do samych kryształów. Choroba skaziła również ziarniste mineralne matryce na powierzchni księżyca, z których te wyrastały. Gdy zaś Ro spojrzał w dal, gdzie pole przechodziło w tundrę, zauważył, że trawy i cienka warstwa gleby również zostały zainfekowane.
Prowadził barkę wzdłuż krawędzi upraw, oceniając zakres spustoszenia.
– Spokojnie tu – zauważyła stara Everenka. Znał jej imię, ale nie zamierzał ją nim nazywać, nawet w myśli. – Czy nie sądzisz, że spokój niesie ze sobą wolność?
Ro zazgrzytał zębami, aby powstrzymać się od odpowiedzi. Zawinął w kierunku małej osady i widział już, że palce zarazy dosięgły również pomieszczeń mieszkalnych. Okoliczna flora przypominała sterty zwietrzałych szkieletów i hałdy pyłu, a półorganiczne ściany baraków wcale nie wyglądały lepiej. Elementy ze stali i tworzyw sztucznych zachowały resztki integralności, ale nawet na ich powierzchniach dało się dostrzec pierwsze ślady uszkodzeń. Skażenia.
– Powinieneś odpowiedzieć, że spokój można odnaleźć tylko w śmierci, mały Everenie – rzuciła z uśmiechem staruszka. – Ale ty nigdy nie robisz tego, czego oczekują od ciebie inni, prawda?
Ignorując jej rozbawione spojrzenie, Ro skierował barkę z powrotem ku linii plagi w samym sercu kryształowego lasu. Opuścił ją tak nisko, że niemal widział swoje odbicie w lśniącej powierzchni sztucznego kyberu. Wsparł się oburącz o reling i patrzył. Analizował. Czekał.
Sztuczny kyber był piękny, nie dało się zaprzeczyć. Gdyby raczył rozmawiać ze zmarłymi, nie omieszkałby wspomnieć o tym swojej przodkini. Przydymione ściany piętrzących się ku górze kryształów mieniły się skrytymi w ich głębi refleksami błękitu, zieleni i różu. Ale i one nie ustrzegły się przed zarazą. U ich podstawy dostrzegł cienkie nitki popielatej pajęczyny. Nie spuszczając ich z oka, oddychał miarowo, powoli – i czekał.
Trwał w bezruchu, obserwując, jak szarawa siatka zasnuwa coraz większą powierzchnię krystalicznej formacji.
Niebieskie słońce skryło się za planetą Norisyn, a Ro wciąż patrzył.
Na ciemnym niebie wzeszły gwiazdy, farmę kryształów spowił nieprzenikniony mrok, ale Ro ani drgnął. Mrugał i oddychał, jednak nic poza tym.
Dotrzymująca mu towarzystwa martwa Everenka nie musiała nawet mrugać. Wszak zmarli nie mrugają, czyż nie?
Przez całą krótką noc Marchion Ro stał obok swojej praprababki i wspólnie obserwowali, jak żarłoczna plaga nicości zagarnia coraz większe połacie sztucznego kyberu.
Kiedy planetę otoczył blady nimb, zwiastujący księżycowy świt, jego przodkini zauważyła:
– Kybery infekuje szybciej niż hestalt. A pochłonięcie ram ze stopu zajęło mu dłużej niż rozprawienie się z trawą i włóknistymi oknami. Ciekawe, czy…
Ro ledwo zmrużył czarne oczy w blasku światła poranka, bez reszty skupiony na postępach zarazy, pełznącej w górę długiej, pionowej ściany kryształu.
– Ciekawe, czy… – powtórzyła Everenka, pochylając się nad relingiem barki.
Marchion Ro aktywował swój komunikator.
– Thayo? Przyślij tu kogoś z mięsem, trzema pierwszymi rzeczami, które masz pod ręką i które zdołasz zapakować do torby, kilkoma różnymi rodzajami broni i tą trójnogą tooką, którą Bas Ear’lasr karmi w przedziale hangarowym.
– Tak jest, moje Oko. Już się robi – potwierdziła natychmiast jego asystentka.
Już niebawem na skraju farmy wylądował prom wysłany z pokładu „Spojrzenia”. Ro ustawił barkę tuż nad nim, rozwinął drabinkę i polecił kurierowi skorzystać z jednego z górnych włazów konserwacyjnych, by się po niej wspiąć.
Wkrótce zjawił się Nihil, na którego Ro nigdy wcześniej nie zwracał jakiejś szczególnej uwagi (i któremu nadal nie zamierzał jej poświęcać), wyposażony w dwie torby. Jedną postawił na pokładzie, starając się jednocześnie zapanować nad drugą, którą miał przewieszoną przez ramię, a w której coś szamotało się wściekle, syczało i raz po raz przebijało materiał ostrymi pazurami.
Ro wziął ją od niego i bez zbędnych ceregieli wyrzucił uwięzioną w niej tookę za reling barki.
Stworzenie zamiauczało wściekle, lądując na trzech łapach na wierzchołku jednego z kryształów. Po chwili zaczęło się z niego ześlizgiwać, aż wreszcie zatrzymało się u jego podstawy, na matrycy mineralnej. Czy może raczej na tym, co z niej zostało, czyli szarych niby popiół szczątkach.
Ro obserwował, jak spłoszona tooka przedziera się przez zwapniałą farmę kryształów, z uszami postawionymi na sztorc i skierowanymi w stronę jedynego źródła dźwięku w pobliżu: cichego pomruku silników barki.
– Co… co to miało być? – wykrztusił Nihil, mężczyzna o ciele pokrytym licznymi tatuażami i z niebieskim okiem wymalowanym na twarzy.
Ro obrzucił go zniesmaczonym spojrzeniem, a jego pogarda pogłębiła się jeszcze, gdy zauważył w oczach podwładnego błysk strachu. Zamiast nakazać mu wyrzucić zawartość drugiej torby za burtę, uśmiechnął się do niego szeroko, prezentując w pełnej krasie garnitur swoich ostrych kłów.
– Eksperyment – rzucił zdawkowo i pchnął Nihila na reling. Bezceremonialnie rąbnął mężczyznę pięścią w splot słoneczny, skutecznie pozbawiając go tchu, a następnie wyrzucił za burtę.
Nihil uderzył w ziemię z głośnym hukiem i jękiem. Ro ponownie obdarzył go uśmiechem.
Stojąca obok niego stara Everenka westchnęła i wsparła się o jego ramię. Nie czuł kompletnie nic, gdy nawiązywał łączność z promem, nakazując mu powrót na pokład „Spojrzenia”.
A potem znów wrócił do trybu czuwania, ignorując przekleństwa i błagalne okrzyki nieszczęsnego Nihila, podobnie jak wrzaski kota. Mała, wielkoucha tooka o pręgowanej, fioletowej sierści zginęła jako pierwsza. Nie została szybko pochłonięta przez zarazę, ale jej śmierć nie była też tak powolna, jak stopniowe obumieranie sztucznego kyberu.
Nihil gramolił się nieporadnie przez iglice i rdzenie kryształowego lasu, starając się dotrzeć do osady. Jego wysiłki były jednak żałośnie daremne. Został już zarażony, a poza tym prom dawno odleciał. Ro patrzył w ślad za nim, przysłuchując się, jak mężczyzna wyklina go, spluwając na skażoną, rozpadającą się pod jego stopami ziemię. Umarł dopiero po zmroku, gdy zaraza dopełzła do jego klatki piersiowej i zmieniła jego płuca w proch.
Proces był tak powolny. Tak bolesny. A jego efekt tak…
– …znajomy – podsunęła usłużnie jego przodkini. – Jak moc Niwelatora.
Marchion Ro nie rozmawiał ze zmarłymi. Ale czasami ich słuchał.
PRZESTRZEŃ REPUBLIKI, GRANICA STREFY OKLUZJI
Mistrzyni Jedi Avar Kriss zamknęła oczy i wsłuchała się w pieśń Mocy.
Otaczała ją ze wszystkich stron, a jej melodie przeplatały się ze sobą, tworząc harmonijną symfonię, utkaną z gwiazd, sygnałów życia i szmeru oddechów.
Avar pozwoliła, by otuliła ją szczelnie, napełniając głębokim spokojem, i czekała.
Gdy tylko otworzyła oczy, uniosła wzrok znad kontrolek komputera nawigacyjnego i omiotła nim usianą gwiazdami przestrzeń kosmiczną. Ani śladu zniekształceń wizualnych, boi ani migających lampek. Jak okiem sięgnąć, widziała tylko odległe świetlne punkciki na tle aksamitnej czerni próżni. Nie dała się jednak zwieść pozorom: tuż przed nią rozciągała się połać Wału Burzowego.
– Jestem gotowa, na twój znak – powiedziała cicho do Friielana, piloto KOR siedzącego obok niej.
Friielan skinęło głową. Było w połowie Theelinem, o skórze w kolorze ciemnej miedzi i intensywnie fioletowych włosach. Łagodnym w obejściu, ale i dość zdystansowanym, co, jak wiedziała Avar, wiązało się z utratą najbliższej rodziny podczas tragicznych wydarzeń, które rozegrały się na Valo.
– Moduł w pełni naładowany i gotowy do użycia – zameldowało.
Mistrzyni Jedi uśmiechnęła się pod nosem na dźwięk jego słów. Choć dla osoby postronnej mogło to brzmieć jak zwykła, sztampowa formułka, to, co tu robili, było w rzeczywistości tyleż niebezpieczne, co nowatorskie.
Odkąd opuściła Coruscant – i Elzara – przekroczyła Wał Burzowy sześć razy. Dzisiaj miał być siódmy.
Kiedy po raz pierwszy uciekła ze Strefy Okluzji na pokładzie uszkodzonej „Kakofonii”, dokonała tego jedynie dzięki desperacji, łutowi szczęścia i poświęceniu oddanych przyjaciół. Teraz lista rzeczy, których potrzebowali, by to powtórzyć, była nieco dłuższa. Wymagało to sporej dozy odwagi, pomocy doświadczonego pilota, małego urządzenia skonstruowanego przez młodą geniuszkę nazwiskiem Avon Sunvale, dzięki któremu mogli oszukać Wał Burzowy, serii kodów Ścieżki, wykradzionych Nihilom i wpisanych do komputera nawigacyjnego za pośrednictwem wynalazku Sunvale, oraz kogoś zaufanego, kto wprowadzałby współrzędne nadprzestrzenne na bieżąco – i co ważniejsze, bezbłędnie.
Jak dotąd tej sztuki udało się dokonać jej i sześciorgu innym Jedi, w tym byłej padawance Stellana, Vernestrze Rwoh, która odegrała kluczową rolę w pozyskaniu danych niezbędnych, by urządzenie Sunvale działało jak należy. Jednak pomimo ich wysiłków i wsparciu Mocy, dwie z misji zakończyły się niepowodzeniem. W jednej z nich stracili rycerza Jedi Ilsana Kowala oraz jego pilota z KOR, a druga porażka kosztowała ich nie tylko życie mistrza Jedi Forsytha Wrya i towarzyszącego mu pilota Maz Kanaty, ale i pięciorga uchodźców, którzy wracali zza Wału wraz z nimi.
Avar z determinacją odsunęła od siebie niewesołe myśli o konsekwencjach porażek – zarówno tych minionych, jak i potencjalnych – i skupiła się na zadaniu, które mieli do wykonania.
Tym razem do Strefy Okluzji z zaopatrzeniem, informacjami, kodami i wiadomościami przeznaczonymi dla różnych osób uwięzionych w przestrzeni Nihilów kierowała się tylko ona i Friielan. To przedsięwzięcie było zbyt ryzykowne, by przydzielać do niego dwójkę Jedi naraz – mimo iż Procedury Strażnicze zabraniały członkom zakonu wypełniania misji w pojedynkę. Poza tym nie mogli użyć longbeama ani żadnego ze statków wymagających obsadzenia większą załogą ze względów bezpieczeństwa, zwłaszcza że zasadniczo ich zadanie było tylko szybkim wypadem przemytniczym za Wał Burzowy. Avar leciała do ustalonego uprzednio punktu, wymieniała swój ładunek na ładunek ze Strefy Okluzji, a następnie wracała. Teoretycznie powrót wymagał takiego samego wysiłku i wiązał się z takim samym ryzykiem jak wyprawa w tamtą stronę, ale Avar przekonała się, że w rzeczywistości podróż powrotna była dla niej znacznie trudniejsza.
Ponieważ tym drugim „ładunkiem” zawsze były istoty żywe. Istoty desperacko potrzebujące pomocy, pragnące uciec przed Nihilami – za wszelką cenę. Istoty, których los spoczywał w jej rękach i zależał od jej zdolności do przebycia ściśle określonej, bezpiecznej trasy nadprzestrzennej.
W minionym roku, gdy samotnie zmagała się w Strefie Okluzji z targającymi nią żalem i gniewem, jej pieśń była stłumiona i pełna dysonansów. Potem zaczęła współpracować z innymi, a gdy znów poczuła się częścią zespołu, odnalazła w sobie nadzieję i siłę, aby uciec i wrócić do domu, do Jedi i Elzara. Dystans nie mógł zerwać raz utworzonej więzi. Choć galaktykę podzielił Wał Burzowy, to nadal pozostawała ich galaktyką. Avar mogła wreszcie ponownie usłyszeć wyraźnie urzekającą pieśń Mocy bez zniekształceń – po raz pierwszy od upadku Gwiezdnego Blasku, kiedy to utracili Stellana, Maru i tak wielu innych.
Wówczas dotarło do niej, że odtąd musi wykonywać swoją pracę tutaj, na obrzeżach przestrzeni Republiki – działając, pomagając, jak tylko zdoła. Taka była jej rola w służbie światła. Nie planowanie i kierowanie, jak często robiła to wcześniej. Teraz udawała się tam, gdzie Moc potrzebowała pojedynczej nuty, aby rozbrzmiewać jasno i czysto.
Niczym przenikliwy dźwięk rogu sygnałowego.
Wśród osób, którym pomagała, byli uchodźcy, działacze polityczni Republiki i dzieci. Każdy z nich błagał o ratunek, kupując lub zapewniając sobie bilet powrotny jakimiś zasługami. Avar nie wiedziała, w jaki sposób ich wybierano, ale umowa wynegocjowana przez Maz Kanatę między Jedi a grupami bojowników o wolność, organizującymi się w Strefie Okluzji, obejmowała warunek, zgodnie z którym to ci drudzy decydowali, kto ma zostać ocalony. Jedi mogli składać wnioski dotyczące konkretnych jednostek, ale ostateczna decyzja należała do ich sojuszników.
Na tym etapie Avar nauczyła się już ufać swoim kontaktom, bo jej pasażerami często okazywały się istoty, które nie byłyby w stanie zapłacić za potraktowanie ich priorytetowo. W grupach zawsze były dzieci. Podczas dwóch wypadów przerzucała tylko dzieci. Ich los spoczywał w jej rękach – tylko od niej zależało, czy przetrwają – i jak dotąd udało się zapewnić bezpieczeństwo wszystkim jej tymczasowym podopiecznym.
– Uruchamiam moduł Sunvale i hipernapęd. Masz czterdzieści dwie sekundy – zameldowało Friielan. Jego śniade palce poruszały się sprawnie pośród pokręteł i suwaków pulpitu sterowniczego.
Avar wypuściła powietrze z płuc i pozwoliła, by wszystko wokół się rozmyło, przestało istnieć. Skupiła się bez reszty na przygotowaniach do medytacji, a żywa, pulsując pieśń Mocy znów obmyła ją i otoczyła ze wszystkich stron, całkiem jakby ktoś podkręcił głośność w odtwarzaczu.
Znała na pamięć długie ciągi cyfr, które składały się na współrzędne tej trasy nadprzestrzennej. Czuła ich rytm. A teraz pozwoliła, by Moc przekształciła je w refren, który mogła zaśpiewać.
Friielan odliczało dla niej ostatnie sekundy, a kiedy oznajmiło: – Startujemy – Avar pochyliła się i pozwoliła, by współrzędne wypłynęły z jej umysłu i przeniknęły do jej palców. Wprowadziła dane – szybko, precyzyjnie – i poczuła, jak „Błękitne Pasmo” drży przy akompaniamencie cichego szumu, gdy skoczyli w nadprzestrzeń.
Oddychała spokojnie, w oczekiwaniu na eksplozję rozbłysku, który w mgnieniu oka mógłby przerwać ich misję. Nie bała się ciszy natychmiastowej zagłady wskutek zderzenia z fluktuacjami grawitacyjnymi Wału Burzowego. Te lęki zostały zarezerwowane dla koszmarów. Teraz była pora na najwyższe skupienie i radość z połączenia z Mocą.
Wprowadziła kolejne współrzędne – z taką samą precyzją.
Dała się porwać, prowadzić melodii Mocy. Była tylko kolejnym z licznych głosów w jej nieskończonym chórze.
Skupiła się na linii melodycznej lotu w nadprzestrzeni i nasłuchiwała wskazówek pilota. Wstukała następne koordynaty, a gdy ostatnie cyfry wyszły spod jej palców, wydała z siebie długie, ciche westchnienie.
Lekki wstrząs zasygnalizował powrót „Błękitnego Pasma” do zwykłej przestrzeni.
– Dotarliśmy do punktu przejęcia – zgłosiło Friielan. W jego głosie słychać było wyraźną ulgę.
Avar uśmiechnęła się pod nosem, pozwalając sobie przez chwilę cieszyć się tym kolejnym sukcesem.
Nagle poczuła poprzez Moc fale niepokoju, napływające od Friielana. Podniosła wzrok na iluminator…
Lśniły za nim gwiazdy, a pośród nich – metalowe powłoki dziesiątek droidów demontażowych.
Poczuła, jak jej ciało spowija chłód. Współrzędne punktu zbornego pochodziły z tego samego źródła, co zwykle – dlaczego nagle ktoś miałby ich zwabić w pułapkę? Po co chciałby ich ściągać do strefy śmierci przygotowanej przez Nihilów?
Friielan zaklęło pod nosem i zawróciło, a Avar przebiegła przez kokpit do stanowiska łączności i uruchomiła skaner.
– Jakieś ślady naszego kontaktu?
Za iluminatorem droidy demontażowe obudziły się do życia i zaczęły szybko zbliżać się do „Błękitnego Pasma”.
– Znajdziemy się w ich zasięgu za dziesięć… dziewięć… Aktywuję osłony – oznajmiło Friielan. – Czy masz jakieś inne współrzędne, żebyśmy mogli przeskoczyć, czy mam uruchomić nawikomputer?
Avar przyjrzała się odczytom na ekranie, starając się ignorować niepokojącą grupę punktów, symbolizujących droidy demontażowe.
– W pobliżu jest jakaś większa jednostka… ale ma oznaczenia Nihilów. „Krwawy Sęp” – powiedziała ponuro. Gdy wyjrzała przez iluminator, spostrzegła, że jeden z droidów jest już tuż-tuż, wyciągając swoje metalowe chwytaki w stronę ich lewej burty.
W tym samym momencie w kokpicie odezwał się nieznajomy głos:
– Tu „Świetlisty Ptak”, hasło: „Theljiańskie psy śnieżne słyną ze swojej wierności”.
– Och! – wykrztusiła Avar i wdusiła przycisk mikrofonu, aby wypowiedzieć odzew: – „Plinka to najgrzeczniejsza sunia w galaktyce”. Proszę, powiedz mi, że masz kody tych droidów demontażowych…
– Właśnie przesyłamy – zapewnił ją beztrosko rozmówca. – Wybaczcie tę niespodziankę z droidami – testujemy kilka pomysłów i mamy nadzieję, że Nihilom nigdy nie przyjdzie do głowy, żeby szukać nas pośród tych paskudnych maszynek.
– Cóż, jeśli chodzi o nas, to niespodzianka zdecydowanie się udała – stwierdziła z przekąsem Avar. – Oby wasze kody były aktualne…
– Odbieram – potwierdziło napiętym głosem Friielan. – I retransmituję… Poszło!
Avar skupiła się bez reszty na najeżonych narzędziami droidach, z rozmysłem odsuwając od siebie wspomnienia wizgu ich pił i zgrzytu szponów rozrywających kadłub statku z taką łatwością, jakby był zrobiony z sentuviańskiego sera.
Nagle droidy demontażowe zastygły w bezruchu…
Zawisły w przestrzeni, jakby nagle ktoś odciął im wszystkim zasilanie. Kody zadziałały.
– Dzięki, „Świetlisty Ptaku” – westchnęła Avar. – „Błękitne Pasmo” jest gotowe do procedury dokowania. Czy możecie podlecieć?
– Przyjąłem, przesyłam kody – potwierdził nieznajomy.
– Zejdę na dół, żeby ręcznie zabezpieczyć blokadę – powiedziała Avar. Nie było to konieczne, ale lubiła nadzorować wszystko osobiście, aby pomagać dzieciom w pokonywaniu pozbawionego grawitacji rękawa dokującego.
Friielan skinęło głową.
– Przejmę stery.
Avar zeszła na najniższy poziom, na którym znajdowała się śluza powietrzna. „Błękitne Pasmo” było średniej wielkości transportowcem, wyposażonym w trzy pokłady dla załogi, podstawowe systemy uzbrojenia, silne osłony i awaryjny moduł hipernapędu. Zamiast jednak skorzystać z turbowindy, Avar zeszła na dół po drabince za kwaterami kapitana. Gdy dotarła do ładowni, w której znajdował się pierścień dokujący, aktywowała system cumowniczy i czekała na sygnał od Friielana.
Kiedy nadeszło potwierdzenie, pilot „Świetlistego Ptaka” poinformował:
– Rozpoczynam procedurę dokowania.
Avar przysłuchiwała się cichym szumom i stukotom, gdy „Pasmo” łączyło się z „Ptakiem”. Jak dziwnie łatwo było w takiej chwili zapomnieć o tym, że przebywają na terytorium wroga, pośród roju przerażających droidów demontażowych, czekających w uśpieniu tuż za panelami poszycia kadłuba…
Światła pierścienia dokującego zamigotały na niebiesko, a potem rozjarzyły się czerwienią, gdy klamry zostały zablokowane i rozpoczął się proces wyrównywania ciśnienia w łączniku. Kiedy czerwone lampki zgasły, Avar obróciła zacisk zwalniający. Natychmiast rozległ się sygnał ostrzegawczy, ale zignorowała go i otworzyła śluzę.
W rękawie cumowniczym przytrzymała się jednego z uchwytów, aby utrzymać równowagę. Od „Świetlistego Ptaka” dzieliło ją teraz tylko kilka kroków, a przez przeciwległe drzwi zaczynali już przechodzić pierwsi pasażerowie. Avar przywołała na twarz uprzejmy uśmiech, świadoma, że wygląda jak zwykła członkini załogi, nie jak Jedi. Na czas misji przerzutowej pozbyła się wszystkich atrybutów zakonu, z wyjątkiem miecza świetlnego. Teoretycznie nie miało to większego sensu, ponieważ jej twarz od jakiegoś czasu znało co najmniej pół galaktyki, ale uznała, że nie warto ryzykować.
Pierwszą osobą, która sięgnęła po jej dłoń, aby skorzystać z pomocy, był starszy mężczyzna. Gdy dotarło do niej, że go rozpoznaje, uniosła ze zdumieniem brwi, choć po chwili uświadomiła sobie, że właściwie powinna była się tego spodziewać.
To był Marlowe San Tekka, a tuż za nim stał jego mąż, Vellis.
Ostatnim razem Avar widziała ich, gdy wraz z Elzarem wybrali się na Naboo tuż po Wielkiej Katastrofie Nadprzestrzennej, aby prosić San Tekków o poradę w kwestiach związanych z nadprzestrzenią. Ich planeta została wcielona do Strefy Okluzji jakiś czas temu, gdy ponownie przesunięto granice Wału Burzowego, a sami San Tekkowie byli jednymi z osób na świeczniku, którzy rozpaczliwie chcieli stamtąd uciec.
– Marlowe San Tekka – powiedziała, chwytając go za rękę i delikatnie pociągając w stronę wyjścia. – Witamy na pokładzie „Błękitnego Pasma”.
– Mistrzyni Kriss – odparł chrapliwym, zmęczonym głosem. – Nie spodziewałem się tu zastać akurat ciebie.
– Może powinieneś – mruknął cicho jego mąż, Vellis.
Avar uśmiechnęła się do nich.
– Ostrożnie – rzuciła, pomagając im przejść przez śluzę.
Za nimi podążyło kilka innych osób, w tym kobiety, mężczyźni i trójka starszych dzieci, ubranych w nabooańskie szaty, a także przysadzisty Ugnaught, którego Avar natychmiast rozpoznała.
– Belin?! – wykrzyknęła zdumiona, uśmiechając się od ucha do ucha.
Ugnaught poderwał głowę, odwzajemniając jej uśmiech.
– Jedi! – powiedział. – Współczuję, że musiałaś tak szybko wrócić na tę zafajdaną stronę galaktyki.
Nad jego ramieniem przefrunął mały okrągły droid kamerzysta, mrugając światełkami i popiskując cicho. Belin przewrócił oczami, ale Avar dostrzegła w nich dziwny błysk, gdy oznajmił:
– Rhil też tu jest.
Odsunęła się na bok, aby mógł przejść, ale podszedł i zamknął ją w uścisku tak mocnym, że aż roześmiała się mimowolnie.
– Nie miałam pojęcia, że współpracujecie z naszymi sojusznikami – powiedziała, gdy wreszcie wypuścił ją z objęć. – Choć pewnie powinnam była się tego spodziewać.
– Zwykle nie zawracamy sobie głowy takimi rzeczami – przyznał Belin – ale Rhil i ja mamy interes do Bohaterki z Hetzala…
STREFA OKLUZJI
Avar skontaktowała się z Friielanem, prosząc piloto, aby pomogło uchodźcom rozgościć się w ich kwaterach, podczas gdy sama udała się na pokład „Świetlistego Ptaka”, żeby odebrać własnoręcznie pakiety danych z wiadomościami i informacjami wywiadowczymi. Wcześniej osobiście dopilnowała, by każdy z nowych pasażerów „Błękitnego Pasma” wsiadł do turbowindy. Poklepywała ich po ramionach i uśmiechała się do nich krzepiąco, zapewniając, że wkrótce wróci i że za niecałą godzinę będą już po drugiej stronie Wału Burzowego.
Wszyscy zdawali sobie sprawę z ryzyka, z jakim wiązała się ta wyprawa – inaczej by ich tu nie było. Avar nie musiała im o tym przypominać. Lepiej było okazywać zamiast tego pewność siebie i wiarę w to, że im się uda. I tak już stanowczo zbyt wielu z nich wybuchało płaczem, gdy wyjawiała im swoje imię.
Kiedy wysłała ostatniego na wyższy poziom, odwróciła się do Belina. Miło było go znów zobaczyć po niemal trzech miesiącach, które minęły od ich rozstania – i to w tak niespodziewanych okolicznościach. Poznała go podczas tych ostatnich trudnych tygodni w przestrzeni Nihilów. To było dość szalone spotkanie, bo nigdy nie spodziewałaby się, że zyska tak lojalnego sojusznika podczas tamtej karkołomnej misji, kiedy to porwała statek dostawczy Nihilów, aby dostarczyć zboże głodującym. Jednak od tamtej pory Belin wspierał ją we wszystkim, co robiła, i towarzyszył jej, dopóki nie spotkał Rhil Dairo. Wówczas postanowił zostać z byłą republikańską reporterką, aby kontynuować ich misję po tym, jak Avar opuściła Strefę Okluzji.
Belin był zgryźliwy i nieustępliwy, ale można było na nim polegać. Avar darzyła go bezgranicznym zaufaniem i cieszyła się, że będzie miała okazję odwdzięczyć mu się za wszystkie przysługi, jakie jej wyświadczył.
Mimo to czuła lekki niepokój z powodu tego, jak sformułował swoją prośbę. Wcześniej był z nią na okupowanym przez Nihilów Hetzalu…
– Miło cię widzieć – powiedziała, kierując się w stronę pierścienia dokującego.
– Mnie ciebie też, Avar! – zawołała Rhil Dairo z otwartej śluzy „Świetlistego Ptaka”.
Mały droid kamerzysta przemknął przez krótki korytarz z taką prędkością, że niemal uderzył w pierś Rhil.
– Pani przodem – rzucił Belin, składając Avar żartobliwy ukłon. Rozkoszowała się pokrzepiającym uczuciem, jakie budziła w niej jego obecność, gdy za pomocą uchwytów przesuwała się wzdłuż rękawa w kierunku Rhil. Miała przyjaciół w całej galaktyce, zwłaszcza w szeregach zakonu i na Coruscant, ale miło było przypomnieć sobie, że ma ich również w przestrzeni Nihilów.
Rhil Dairo z uśmiechem wyciągnęła do niej rękę, aby pomóc jej wejść na pokład „Świetlistego Ptaka”. Teraz, gdy Avar była bliżej, dostrzegła, że ciemnoskóra reporterka znów dysponuje pełnym kompletem swoich cybernetycznych modyfikacji. Kiedy widziały się po raz ostatni, Rhil miała tylko moduł wmontowany w skroń i okolice oczodołu – po tym, jak utraciła wizjer i łącze z droidem kamerzystą.
Dairo chwyciła ją za obie dłonie. Choć wciąż się uśmiechała, jej głos brzmiał rzeczowo i nieco oficjalnie, gdy zapewniała:
– To nie potrwa długo. Dziękuję, że zgodziłaś się poświęcić nam czas.
– O co dokładnie chodzi?
– Najlepiej niech wyjaśni to sam mózg operacji – mruknął Belin zza pleców Avar, pstrykając kilkoma przyciskami, aby przełączyć rękaw cumowniczy w tryb czuwania.
– Jasne, Belinie – potwierdziła Rhil i wskazała na droida unoszącego się nad jej ramieniem. – To T-9. Obecnie nie nagrywa, ale nadal widzę to samo, co on.
– Cieszę się, że go odzyskałaś.
– T-9 był na Bentorze – tam, gdzie go utraciłam. – Rhil niemal czule wyciągnęła rękę do swojego mechanicznego przyjaciela, całkiem jakby chciała nagrodzić pieszczotą pupila. – Jego odnalezienie było naszą pierwszą misją ratunkową.
T-9 wydał z siebie serię szumów i pisków, gdy zapuszczali się wraz z Avar w głąb „Świetlistego Ptaka”.
To był niewielki, staromodny statek poszukiwawczy, podobny do wielu innych spotykanych na Zewnętrznych Rubieżach, często przebudowywanych i modyfikowanych do pełnienia różnych ról. Widać było wyraźnie, że ten konkretny egzemplarz został kiedyś wyposażony w najnowocześniejszy sprzęt i luksusowe udogodnienia, choć ich stylistyka dawno wyszła już z mody, a moduły pokrywały liczne rysy i szramy. Tu i ówdzie dało się również dostrzec ślady typowych chaotycznych przeróbek Nihilów. Avar zastanawiała się, czy kiedykolwiek miał działający silnik Ścieżki.
– Co porabialiście, odkąd się ostatnio widzieliśmy? – zagadnęła, gdy prowadzili ją po spiralnych schodach do wspólnej przestrzeni kambuza.
– Trochę nam zajęło nawiązanie kontaktu z odpowiednimi sojusznikami – wyjaśniła Rhil. – Nawet gdy zaczęłam nadawać relacje na starych częstotliwościach EX. Często przenosiliśmy się z miejsca na miejsce, żeby nas nie namierzono, i szukaliśmy lepszych podstacji, żeby uzyskać większy zasięg. Właściwie to Cair znalazł nas. – Uśmiechnęła się pod nosem. – Aczkolwiek Belin nie był zachwycony sposobem, w jaki to zrobił. Do przekazania zakodowanej wiadomości użył… pieśni bojowej Nihilów.
– Aż mi uszy krwawiły! – poskarżył się Ugnaught, wspinając się za nimi po schodach.
– Masz po prostu staroświecki gust, staruszku – oznajmił ten sam radosny głos, który powitał Avar i Friielana, gdy dotarli do punktu zbornego.
Mistrzyni Jedi odwróciła się w stronę korytarza, który prawdopodobnie prowadził do kokpitu. Jej palce odruchowo powędrowały do rękojeści miecza świetlnego, ale szybko opuściła dłoń.
– Avar Kriss – powiedziała Rhil – poznaj Caira San Tekkę, mózg i serce siatki buntowników po tej stronie Wału Burzowego.
– Po prostu jednego z nich – poprawił ją z uśmiechem Cair. – Gdy byłem młodszy, zdecydowanie wolałem określenie „anarchista”, ale te nihilskie dranie skutecznie mi go obrzydziły.
San Tekka miał na oko dwadzieścia kilka lat, był wysoki i szczupły. Wspierał się niedbale biodrem o gródź, ubrany w obcisły czarny kombinezon pilota i sfatygowaną czarną szatę, przewiązaną w nadgarstkach czerwonymi wstążkami. Miał śniadą skórę, a czarne włosy związał w niedbały kok. Kiedy uśmiechnął się do Avar, w kącikach jego brązowych, lekko skośnych oczu utworzyły się zmarszczki. Przyłożył dłonie do piersi i skłonił jej się zalotnie.
Avar nie kryła rozbawienia, ale starała się zamaskować zdziwienie wywołane świadomością, że ktoś tak młody pełni tak odpowiedzialną funkcję.
– Cair San Tekka? – powtórzyła, siląc się na lekki ton. – Czy jesteś może spokrewniony z Marlowe’em i Vellisem?
– Owszem – potwierdził. – To moi dalecy kuzyni, ale wszyscy nazywamy ich po prostu wujami. Wiesz pewnie, jacy są San Tekkowie…
– Przygotuję trochę tej mulistej herbaty – zaproponował Belin, podchodząc do szeregu paneli na ścianie kambuza. – I lepiej się pośpieszmy, zanim droidy demontażowe zwęszą, że coś jest nie tak.
– Dobry pomysł – ocenił Cair. Spojrzał na Rhil, która skinęła głową i gestem zaprosiła Avar, by usiadła na ławce przy stole wyglądającym na bardzo stary, z prawdziwego drewna, o blacie pokrytym licznymi plamami i rysami.
– Mieliście może jakieś wieści o Porterze? – spytała mistrzyni Jedi, zwracając się do Rhil szeptem, choć i tak pozostali z pewnością ją słyszeli.
Kobieta potrząsnęła głową i wyraźnie posmutniała.
– „Dawna Katastrofa” została zniszczona nad Seswenną, a Nihilowie i droidy demontażowe natychmiast zjawili się na miejscu katastrofy. Generał Viess przeżyła, być może Porter również, ale… nie słyszeliśmy nic na temat jego dalszych losów.
– Wiedzielibyśmy, gdyby został schwytany przez Nihilów – wtrącił Cair San Tekka. Odrzucił teatralnym gestem połę swojej kurtki, zajął miejsce za stołem, a następnie położył splecione dłonie na blacie, demonstrując ostentacyjnie cybernetyczną protezę lewej ręki. Była wykonana z eleganckiego czarnego stopu, z ciemnoczerwonymi przegubami, wyraźnie dopasowana do stylistyki jego ubioru. Sam fakt, że mógł sobie pozwolić na coś takiego, był widomym świadectwem jego pokrewieństwa z San Tekkami z Naboo.
Avar pozwoliła, by w jej sercu rozgorzała iskierka nadziei. Jeśli ktokolwiek mógł przeżyć coś takiego, to tylko i wyłącznie Porter Engle.
– Belin powiedział, że macie do mnie jakąś prośbę?
– Zgadza się. Mamy. – Beztroskę Caira błyskawicznie zastąpiła śmiertelna powaga – zmiana zaszła tak płynnie, że niejeden Jedi mógłby mu pozazdrościć umiejętności kontrolowania własnych emocji. Jedno było pewne: Cair San Tekka był doskonałym aktorem. Gdy podchwycił spojrzenie Avar, w jego brązowych oczach lśniła głęboka szczerość. – Znasz Belina i Rhil, więc wiesz, do czego są zdolni – zwłaszcza ona. Stała się głosem podziemia w przestrzeni Nihilów. Nadaje głównie podtrzymujące na duchu przesłania i zakodowane wskazówki dla tych, którzy potrzebują pomocy. Jest naprawdę niesamowita. – Obdarzył Rhil krzywym uśmieszkiem.
Reporterka skinęła tylko głową, najwyraźniej przyzwyczajona do jego flirciarskich zagrywek, a przygotowujący herbatę Belin parsknął. Mimo to Cair wciąż się uśmiechał, kompletnie niezrażony.
– Zasadniczo staramy się podnosić morale – jak tylko zdołamy. Przekierowujemy transmisje do różnych boi komunikacyjnych lub nadajemy na częstotliwościach układowych, aby zakłócić łączność Nihilów i szerzyć nasz przekaz. Aby istoty po tej stronie Wału wiedziały, że tutaj, pod jarzmem najeźdźców, wciąż jest ktoś, na kogo mogą liczyć. – Pochylił się w stronę Avar. – Z pewnością wiesz, że najlepszym sposobem na podtrzymanie kogoś na duchu jest zapewnienie mu celu, do którego mógłby dążyć. Nawet jeśli opiera się to na czymś tak abstrakcyjnym jak…
– …nadzieja – dokończyła za niego Avar.
– Dokładnie tak. – Cair San Tekka skinął głową i położył dłonie płasko na obdrapanym drewnianym blacie. – Chcielibyśmy, żebyś nagrała jedną – albo, szczerze powiedziawszy, może nawet dziesięć wiadomości. Tyle, ile tylko zdołasz.
– Komunikaty podnoszące morale. – Avar z całej siły starała się nie marszczyć brwi. Rozumiała. Naprawdę. Ale coś takiego… będzie miało swoje konsekwencje.
– Dokładnie. – Rhil przyszła Cairowi w sukurs. – Jeśli ty, Avar Kriss, Bohaterka z Hetzala, zdołasz przemówić do nich w naszym imieniu, będzie to miało silniejszy wydźwięk niż wszystko, co zdołalibyśmy powiedzieć sami. Ty – osoba, której się udało. I która wciąż wraca, aby pomagać.
Avar potrząsnęła głową.
– Ja… wolałabym niczego nie prowokować. Nie sądzę, aby publiczne chwalenie się tym, że mogę swobodnie pokonywać Wał Burzowy, było dobrym pomysłem.
– To nie przechwałka – powiedziała z naciskiem Rhil. – Tylko obietnica.
Belin postawił na stole tacę z czterema parującymi kubkami.
– Oni i tak już wiedzą, że przekraczacie Wał, Jedi – powiedział, podając jej jeden z kubków.
– Naprawdę?
– Zgadza się – potwierdził Cair. – Robicie to od tygodni, doprowadzając Nihilów do szału – a przynajmniej tak twierdzi moje źródło w ich szeregach.
– Ale nie wiedzą, jak udaje wam się tego dokonać – dopowiedziała Rhil. – Nie są w stanie tego rozgryźć, co niezbyt dobrze wpływa z kolei na ich morale.
Avar zmrużyła oczy i wbiła wzrok w Caira San Tekkę.
– Kto jest twoim źródłem? Jak udało ci się nawiązać kontakt z kimś spośród nich? Czy to on dostarcza ci zmiennych kodów Ścieżek, dzięki którym możemy przekraczać Wał Burzowy? Jeśli masz szpiega w szeregach Nihilów, powinnam o tym wiedzieć…
Uśmiech Caira stał się bardziej drapieżny.
– Nic z tego. Ale zapewniam cię, że ufam mu bezgranicznie.
Belin wydał z siebie zduszony jęk, a Rhil rzuciła:
– Są małżeństwem. Lepiej go nie podjudzaj.
Avar dosłownie zatkało. Tego się nie spodziewała. Milczała, wpatrując się w Caira San Tekkę i wsłuchując w Moc, w podszepty swoich instynktów, wyostrzonych przez dziesięciolecia treningu. Wszystko podpowiadało jej: on mówi prawdę. Oni wszyscy mają rację.
Mimo to… musiała wiedzieć więcej. Głównym powodem, dla którego Jedi i KOR nadal mieli związane ręce, zmuszeni ograniczyć swoje działania do tych zakrojonych na niezbyt dużą skalę misji, był brak wystarczających informacji wywiadowczych. Jeśli kontakt tego całego Caira w szeregach Nihilów miał dostęp do kodów Ścieżki, z pewnością mógłby pomóc Jedi zlokalizować główne źródło zasilania Wału Burzowego. A wtedy mogliby zmobilizować grupę uderzeniową, aby to wszystko zakończyć, raz na zawsze.
– Przekaż swojemu kontaktowi, że musimy się dowiedzieć, jak zniszczyć Wał Burzowy.
– Pracuję nad tym – zapewnił ją Cair.
– Jeśli będzie to konieczne, możemy go chronić. Sprowadź go do przestrzeni Republiki, zapewnij mu bezpieczeństwo. To obietnica, którą jestem gotowa złożyć jako Bohaterka z Hetzala.
– Przekażę mu to – odburknął młody San Tekka, lekko poirytowany.
– W porządku. – W tej chwili Avar nie mogła zrobić nic więcej. Objęła gorący kubek dłońmi, ale nie upiła naparu. – Czy jeśli nagram dla was wiadomość, Nihilowie nie spróbują się zemścić?
Cair San Tekka postukał cybernetycznym palcem w stół.
– Pewnie spróbują. Aczkolwiek – pochylił się, uprzedzając protesty Avar – oni i tak już zabijają, kogo im się żywnie podoba. Jutro zabiją sto osób, a pojutrze tysiąc. Skoro i tak to zrobią, czy nie powinniśmy spróbować wszystkiego, co w naszej mocy, aby łagodzić niepokoje? Podnosić na duchu tych, którzy tracą nadzieję? Nie mamy wpływu na to, kto zginie – możemy tylko starać się przypominać żyjącym, że wciąż jest coś, o co warto walczyć.
Avar przyglądała mu się bez słowa. W jego spojrzeniu płonęła pasja, ale nuty jego melodii w Mocy były zaskakująco czyste i dźwięczne, całkiem jakby ryzyko, na które się świadomie pisał, było tylko teorią, czymś abstrakcyjnym. Nie zauważała w nim desperacji – jedynie współczucie. Nie wyglądał na złamanego przez opresję Nihilów. Wyczuwała w nim niepokój, owszem, ale nie sprawiał wrażenia kogoś zdruzgotanego. Poczuła ukłucie bólu na myśl o tym, że to tylko kwestia czasu, nim to się zmieni. Nie mogła jednak zaprzeczyć prawdzie i temu, że zwyczajnie w niego wierzy. To przekonanie rezonowało w Mocy echem, napierało na nią nieustępliwie jak fala uderzeniowa. W głębi duszy Avar cieszyła się, że nadal są istoty takie jak ten młody człowiek, gotowe robić to, co słuszne.
Belin westchnął ciężko.
– Jedi, nawet Rhil dała się przekabacić temu dzieciakowi.
Cair zareagował na jego uwagę głośnym, urażonym prychnięciem, ale Rhil uderzyła Ugnaughta w ramię i roześmiała się beztrosko.
– Nie da się ukryć, Belinie – powiedziała, uśmiechając się od ucha do ucha. – Znam swój arsenał i wiem, jak zrobić z niego najlepszy użytek.
Gdy Avar tak na nich patrzyła – na zrzędliwego pilota, szaloną reporterkę i zapalonego bojownika o wolność, wymieniających w przyjacielskiej atmosferze uwagi na tematy tyleż ważkie, co śmiertelnie niebezpieczne, iskierka nadziei w jej sercu zapłonęła jeszcze jaśniej.
– W porządku. – Uśmiechnęła się do nich. – Zróbmy to.
OANNE, PRZESTRZEŃ REPUBLIKI, GRANICA STREFY OKLUZJI
Burryaga czuł się bezgranicznie sfrustrowany.
Leśny świat Oanne był jedną z niewielu odwiedzonych przez niego planet, na których umiał posługiwać się głównym językiem tubylców. Problem w tym, że mimo to nie potrafił się z nimi porozumieć.
Jego przyjaciel, rycerz Jedi Bell Zettifar, starał się go pocieszać, jak tylko zdołał:
