Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy - Tessa Gratton - ebook + książka

Star Wars. Wielka Republika. Pokusy Mocy ebook

Gratton Tessa

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

ZJEDNOCZENI JEDI PRZYGOTOWUJĄ SIĘ DO KONTRATAKU NA BEZLITOSNYCH NIHILÓW W TEJ EKSCYTUJĄCEJ KONTYNUACJI WYDARZEŃ Z KSIĄŻKI STAR WARS. WIELKA REPUBLIKA. OKO CIEMNOŚCI. Przez ponad rok mistrzowie Jedi Avar Kriss i Elzar Mann byli rozdzieleni przez Wał Burzowy Nihilów. Po brawurowej ucieczce Avar ze Strefy Okluzji bliscy sobie Jedi ponownie się spotykają. Jednak choć kres rozłąki powinien budzić w nich radość i ulgę, oboje odczuwają głęboki smutek i gorycz, wywołane poczuciem klęski: nie zdołali ochronić galaktyki przez zagrożeniem ze strony Nihilów. Avar i Elzar starają się zmobilizować siły zakonu Jedi i Republiki, głęboko wierząc w słuszność służby światłu i życiu. Wspólnie prowadzą śmiałą misję w przestrzeni Nihilów, aby wyzwolić planetę Naboo i przekazać istotom uwięzionym za Wałem Burzowym przesłanie: Jedi nigdy nie opuszczają nikogo w potrzebie. Teraz, gdy los ponownie skrzyżował ze sobą ich ścieżki, ta dwójka nie może już dłużej zaprzeczać istnieniu między nimi szczególnej więzi, która od zawsze ich łączyła i czyniła silniejszymi. Gdy Avar i Elzar w końcu godzą się ze swoimi prawdziwymi pragnieniami, umocnieni poczuciem nowego celu opracowują plan, który ma raz na zawsze położyć kres konfliktu z Nihilami. Wspierani przez rycerzy Jedi Bella Zettifara, Burryagę i Vernestrę Rwoh, rozpoczynają polowanie na Marchiona Ro. Jednak aby odnaleźć tego niebezpiecznego przywódcę Nihilów, Jedi będą musieli stawić czoła bezimiennym koszmarom, których do tej pory nic nie zdołało powstrzymać…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 550

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Star Wars: The High Repu­blic. Temp­ta­tion of the Force

Redak­cja i korekta: Mag­da­lena Kozłow­ska Kon­sul­ta­cja: Jacek Drew­now­ski

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

© & TM 2026 Lucas­film Ltd. All rights rese­rved.

Wydawca: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk an imprint of Dres­sler Dublin sp. z o.o.

ISBN 978-83-8424-825-6

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Ole­sie­juk ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 00 e-mail: wydaw­nic­two@dres­sler.com.pl www.wydaw­nic­two-ole­sie­juk.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Star Wars. Wielka Repu­blika. Pokusy Mocy to fik­cja lite­racka. Wszyst­kie nazwy, miej­sca i zda­rze­nia są fik­cyjne i powstały w wyobraźni autorki, a jakie­kol­wiek podo­bień­stwo do miejsc, zda­rzeń i osób, żywych czy zmar­łych, jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.

Dla Matta i Joanne Grat­to­nów, mojego taty i mojej mamy, pierw­szych fanów Gwiezd­nych Wojen, jakich pozna­łam.

Chronologia Star Wars

Dawno, dawno temu w odle­głej galak­tyce….

Wprowadzenie

Liczne światy cier­pią dotkli­wie pod jarz­mem Nihi­lów w STRE­FIE OKLU­ZJI, kon­tro­lo­wa­nej przez bez­li­to­snego Mar­chiona Ro. Pomimo roz­pacz­li­wych wysił­ków Repu­bliki, on i jego banda gra­bież­ców wciąż pozo­stają nie­uchwytni.

Mistrzyni Jedi Avar Kriss, któ­rej udało się uciec z oku­po­wa­nej prze­strzeni, wraz z Elza­rem Man­nem staje na czele zjed­no­czo­nych sił Jedi i Repu­bliki w despe­rac­kiej pró­bie sta­wie­nia czoła Nihi­lom i prze­ra­ża­ją­cym bez­i­mien­nym stwo­rze­niom na ich usłu­gach.

Jed­nak galak­tyce zagraża teraz nowe nie­bez­pie­czeń­stwo – tajem­ni­cza PLAGA pochła­nia­jąca kolejne światy i zmie­nia­jąca w pył wszystko, co napo­tka na swo­jej dro­dze…

Prolog

SEK­TOR SESWENNA, STREFA OKLU­ZJI

Por­ter Engle dry­fo­wał na skraju jawy i snu.

To nie był pierw­szy raz, kiedy zgi­nął… czy może raczej pra­wie zgi­nął – i praw­do­po­dob­nie nie ostatni. Mimo to wie­dział, że pew­nego dnia śmierć nie­uchron­nie w końcu się o niego upo­mni, a wów­czas sta­nie się jed­no­ścią z Mocą.

Ostat­nim, co pamię­tał, był widok kosmicz­nej próżni, roz­po­ście­ra­jący się przed nim, gdy stał na poszar­pa­nej kra­wę­dzi statku, pozba­wiony swo­jego mie­cza świetl­nego, z krwa­wią­cym ramie­niem, a stara Miria­lanka patrzyła na niego z góry, szcze­rząc zęby w sza­leń­czym uśmie­chu. „Żegnaj, Por­te­rze Engle’u” – tak brzmiały jej słowa.

„Żegnaj, Por­te­rze Engle’u. Nie jesteś sam”.

Nie, to nie były…

Por­ter jęk­nął cicho i ponow­nie odpły­nął.

Pamię­tał zgrzyt metalu, syk ostrza mie­cza ude­rza­ją­cego o beskar. Pamię­tał, jak kogoś ode­słał („Nie jesteś sam…”) – znowu, zawsze odsy­łał innych, patrzył, jak odcho­dzą, odcią­gał ich…

Nie.

Tym razem to była Avar Kriss, zde­ter­mi­no­wana, by osią­gnąć swój cel, prze­peł­niona bla­skiem nadziei.

Pamię­tał białe war­ko­czyki prze­ci­na­jące powie­trze i śmiech, pogoń za tym śmie­chem, pogoń za obiet­ni­cami, łzami i mie­czami świetl­nymi, spa­da­ją­cymi na zie­mię wokół niego jak lawina…

Gene­rał Viess. Star­sza. Sil­niej­sza. „Żegnaj, Por­te­rze Engle’u”.

A potem, na poszar­pa­nej meta­lo­wej kra­wę­dzi tego, co kie­dyś było pokła­dem han­ga­ro­wym… Por­ter pamię­tał, jak usiadł, aby powi­tać czułe obję­cia Mocy. Zamknął oczy i pozwo­lił, by ból roz­pro­szył się w świe­tle, a krew oble­pia­jąca jego skórę sta­no­wiła cie­płe przy­po­mnie­nie o życiu, które zosta­wiał za sobą.

Wysą­czało się z niego stop­niowo, a on wsłu­chi­wał się w Moc. Czuł, jak inne istoty mio­tają się we wnę­trzu potrza­ska­nego wraku, sły­szał jęk stali, eks­plo­zje sil­ni­ków i szept ostrzy prze­ci­na­ją­cych powie­trze: Moc ota­czała go ze wszyst­kich stron.

Por­ter Engle ni­gdy nie szu­kał śmierci, choć na prze­strzeni dłu­gich lat jego życia czę­sto go nawie­dzała. Teraz w końcu mógł ją powi­tać poprzez Moc.

Tyle tylko, że…

Był tutaj. Na łóżku z cien­kim mate­ra­cem, który ugi­nał się dziw­nie pod jego cię­ża­rem, niczym mate­riał nacią­gnięty na meta­lowe pręty. Łóżko polowe. Głowa pul­so­wała mu tępym bólem, a w ramie­niu czuł mro­wie­nie. Usły­szał dźwięk, który powi­nien był roz­po­znać. Zna­jomy. Ryt­miczny.

Na Moc! Bolało go całe ciało.

Żył.

Nie był jesz­cze gotów, by otwo­rzyć oczy, więc ponow­nie wziął głę­boki oddech i sku­pił się na ana­li­zie docie­ra­ją­cych do niego sygna­łów. Miał na sobie coś, co wyda­wało się cienką, czy­stą szatą. Czuł zapach lekarstw i kojącą, cierpką woń dymu, przy­po­mi­na­jącą kadzi­dło. Nie miał butów ani opa­ski na oku. Lewe ramię w miej­scu, w które dźgnęła go Viess, opa­sy­wał ban­daż. Mógł poru­szać pal­cami u rąk i nóg.

Pod­su­mo­wu­jąc: nie było źle.

Sądząc po echu tego zna­jo­mego, ryt­micz­nego dźwięku, pomiesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wał, było nie­wiel­kie.

Ach! Tak. Przy­po­mniał sobie. To muzyka. Roz­po­zna­wał dźwięki.

Ktoś w pobliżu grał na czymś w rodzaju harfy, choć nie­spe­cjal­nie dobrze.

Kiedy Por­ter sku­pił się moc­niej, usły­szał szmer odde­chu i sze­lest ubra­nia. Odle­głe, stłu­mione odgłosy życia za dobrze izo­lo­wa­nymi oknami. Być może mia­sta?

Roze­słał wici Mocy i po chwili odkrył w pomiesz­cze­niu jesz­cze jedną istotę. Wyda­wała się względ­nie spo­kojna, choć wyraź­nie czymś sfru­stro­wana. Nie sta­no­wiła jed­nak bez­po­śred­niego zagro­że­nia…

W dole poru­szały się kolejne, dobrze wyczu­walne poprzez Moc. Był na pię­trze jakie­goś budynku. Sam, nie licząc har­fi­sty.

Powoli odwró­cił głowę w stronę źró­dła dźwię­ków i otwo­rzył oczy, pozwa­la­jąc, by świa­tło dzienne wlało się pod powieki.

Muzy­kiem oka­zał się męż­czy­zna, ubrany w czarną tunikę i szatę przy­ozdo­bioną jaskra­wo­czer­wo­nymi wstąż­kami, które mocno opa­sy­wały jego przed­ra­miona. Stał nad poziomą harfą i deli­kat­nie wygry­wał na niej melo­dię, ude­rza­jąc w struny małymi mło­tecz­kami. Na jego mło­dej, przy­stoj­nej śnia­dej twa­rzy malo­wał się wyraz naj­wyż­szego sku­pie­nia, a kosmyki czar­nych wło­sów, które wyśli­zgnęły się z nie­sta­ran­nie upię­tego koka, opa­dały mu na oczy.

Wyglą­dał na nie­szko­dli­wego, a rany Por­tera zostały opa­trzone, ale lepiej było nie ryzy­ko­wać.

Engle usiadł ostroż­nie i się­gnął po Moc. Odcze­kał, aż poczuje wokół sie­bie jej obec­ność, ostrą niczym sto kling, rezo­nu­jącą w jego umy­śle jak kyber…

Teraz!

Wybił się i prze­fru­nął przez cały pokój mię­dzy jed­nym ude­rze­niem mło­teczka a dru­gim. Nim to ostat­nie wybrzmiało, stał przy­ci­śnięty bokiem do ple­ców męż­czy­zny, z jedną ręką owi­niętą wokół jego szyi – zbyt luźno, by zabić, zbyt mocno, by nie­zna­jomy zdo­łał oswo­bo­dzić się z uści­sku.

Muzyk zastygł w bez­ru­chu.

– Obu­dzi­łeś się – mruk­nął po chwili.

Por­ter odchrząk­nął.

– Kim jesteś? – spy­tał schryp­nię­tym, zgrzy­tli­wym gło­sem. Nie­uży­wa­nym od Moc jedna wie, jak dawna. Może przez jeden dzień… a może całe tygo­dnie.

– Cair – przed­sta­wił się cicho młody męż­czy­zna. Powoli opu­ścił mło­teczki i deli­kat­nie zło­żył je na stru­nach harfy. „Dul­ci­mer” – słowo poja­wiło się samo­ist­nie w umy­śle Por­tera. Widy­wał już takie instru­menty.

– Gdzie jeste­śmy?

– W Seswenna City.

Engle ski­nął głową, mimo­wol­nie zwi­ja­jąc prawą dłoń w pięść i nie­świa­do­mie zacie­śnia­jąc uścisk na szyi Caira.

– Jak się tu zna­la­złem?

– Ura­to­wa­łem cię – odpo­wie­dział męż­czy­zna i po raz pierw­szy Por­ter zare­je­stro­wał ton jego głosu: sztucz­nie rado­sny, roz­myśl­nie łagodny. Taki, jakim można by się zwra­cać do dzi­kiego dra­pież­nika.

W swoim dłu­gim życiu Por­ter Engle miał wiele wcie­leń. Był rów­nież dra­pież­ni­kiem. Łowcą. Nie był to jego natu­ralny tryb – ani przez niego pre­fe­ro­wany, skoro już o tym mowa – ale na­dal znaj­do­wali się w Stre­fie Oklu­zji, miej­scu, w któ­rym wła­dzę wciąż spra­wo­wali Nihi­lo­wie. Zamknął oczy na roz­pa­da­ją­cym się nihil­skim statku, a gdy otwo­rzył je ponow­nie, zna­lazł się tutaj. Naj­roz­sąd­niej było w tej sytu­acji zało­żyć, że ten cały Cair rów­nież nale­żał do Nihi­lów. Pomimo muzyki, którą grał – i mimo iż Por­ter nie był skrę­po­wany.

Engle prych­nął i potrzą­snął lekko mło­dym męż­czy­zną.

– Ura­to­wa­łeś mnie, hę? Niby jak? Ten sta­tek był pełen Nihi­lów – i tylko Nihi­lów.

– Cóż – bąk­nął Cair – cza­sami dostar­czam im zaopa­trze­nie…

Por­ter z sykiem wcią­gnął powie­trze przez zęby.

– Ale! – dodał prędko męż­czy­zna, uno­sząc ręce w geście kapi­tu­la­cji. Uwagi Por­tera nie uszło to, że lewa była pro­tezą, wyko­naną z jakie­goś czar­nego stopu. – Robię to tylko po to, żeby zacho­wać swoje upraw­nie­nia – no wiesz, w razie spo­tka­nia z dro­idami demon­ta­żo­wymi – i żeby móc się swo­bod­nie poru­szać po ich tere­nie. Poza tym prze­my­cam różne rze­czy, tuż pod ich nosem. Infor­ma­cje, towary, cza­sem nawet istoty żywe, choć bywa trudno…

– Trudno to mi uwie­rzyć w tę histo­rię – wszedł mu w słowo Por­ter, bar­dziej roz­draż­niony niż zwy­kle – z powodu wszyst­kiego, czego nie wie­dział, a także bolą­cego ramie­nia i nara­sta­ją­cej w nim zło­ści. – Chcesz mi wmó­wić, że jakiś Nihil nie­bę­dący Nihi­lem po pro­stu natknął się na mnie, wycią­gnął mnie z wraku i się mną zaopie­ko­wał?

Cair pró­bo­wał wzru­szyć ramio­nami, ale uścisk Por­tera sku­tecz­nie ogra­ni­czał mu zakres ruchu.

– Cóż… – rzu­cił ponow­nie. – Przy­pusz­czam, że wcale nie tak trudno w to uwie­rzyć, jeśli ufasz Mocy.

W odpo­wie­dzi Por­ter wybuch­nął śmie­chem i znów wzmoc­nił uścisk wokół szyi Caira.

– Mocy?

– Pokażę ci coś, sta­ruszku – powie­dział męż­czy­zna, obra­ca­jąc głowę i pre­zen­tu­jąc Por­te­rowi błysk ciem­no­brą­zo­wego oka oraz kącik unie­sio­nych w uśmie­chu ust.

Przez chwilę Engle sta­rał się wpa­try­wać w to oko, pró­bu­jąc wyba­dać Mocą, czy Cair nie pró­buje go zwieść. Jed­nak jedy­nym, co wyczuł, była szcze­rość, zabar­wiona dresz­czem stra­chu i pod­nie­ce­nia. Nic wię­cej.

Cóż. Por­ter nie prze­trwałby tak długo, gdyby nie ryzy­ko­wał raz po raz sko­ków z meta­fo­rycz­nych (a cza­sem nawet bar­dzo real­nych) kli­fów.

– W porządku.

Uwol­niw­szy męż­czy­znę jed­nym płyn­nym ruchem, cof­nął się, opu­ścił ręce wzdłuż ciała i zaci­snął dło­nie w pię­ści. Był ostrzem. A Moc była z nim.

Cair wymi­nął harfę i szybko okrą­żył łóżko, na któ­rym spo­czy­wał wcze­śniej nie­przy­tomny Ikkruk­kia­nin. Po prze­ciw­nej stro­nie pry­czy stała mała meta­lowa szafka z kil­koma szu­fla­dami. Cair otwo­rzył górną, a Por­ter napiął całe ciało, się­ga­jąc po Moc, na wypa­dek gdyby męż­czy­zna dobył z szafki bla­ster…

Ale nic takiego nie nastą­piło.

Zamiast tego Cair trzy­mał w dłoni miecz świetlny – miecz Por­tera, ten sam, który Jedi utra­cił na znisz­czo­nym pokła­dzie statku gene­rał Viess. Engle wpa­try­wał się w niego bez słowa, a młody męż­czy­zna obró­cił ręko­jeść w dłoni, wycią­ga­jąc ją w jego stronę.

– Nie znam zbyt wielu Jedi – przy­znał. – Ale pocho­dzę z Jądra – nie zawsze tu miesz­ka­łem. Nie zawsze tkwi­łem pod butem Nihi­lów. Potra­fię roz­po­znać miecz świetlny, gdy go widzę – i umiem poznać Jedi, nawet bez ich szat.

Coś w jego sło­wach spra­wiło, że Por­ter poczuł się, jakby na jego bar­kach osiadł nagle jakiś ogromny cię­żar. Wziął głę­boki oddech i się­gnął Mocą po miecz.

Cair roz­warł palce i broń poko­nała w mgnie­niu oka krótki dystans, lądu­jąc z gra­cją w nad­sta­wio­nej dłoni. Por­ter miał wra­że­nie, że minęły całe lata, odkąd ostatni raz trzy­mał ją w ręku.

– Ile czasu minęło, odkąd mnie zna­la­złeś?

– Nieco ponad mie­siąc – odparł Cair. – Z powodu odnie­sio­nych obra­żeń musia­łeś przez jakiś czas pozo­sta­wać w sta­nie hiber­na­cji. Poza tym, szcze­rze mówiąc, pod oku­pa­cją Nihi­lów nie mam dostępu do naj­lep­szych leków, więc tro­chę minęło, nim udało mi się zna­leźć to, czego potrze­bo­wa­łem.

– Hm, ta twoja ręka wygląda cał­kiem przy­zwo­icie – zauwa­żył Por­ter, mimo iż zaczy­nał wie­rzyć temu całemu Cairowi.

– To długa histo­ria – wes­tchnął męż­czy­zna, poru­sza­jąc czarną pro­tezą. Po chwili jed­nak otrzą­snął się z ponu­rych myśli i pod­szedł ze wzno­wioną werwą do Por­tera. – Słu­chaj, wiem, jak działa Moc. Jestem pewien, że dopro­wa­dziła mnie do cie­bie z jakie­goś powodu. Sta­ram się poma­gać tutej­szym, jak mogę. Nie mam, co prawda, zdol­no­ści Jedi, ale tacy jak my robią, co w ich mocy…

– Wiem – mruk­nął Por­ter. W ciągu ostat­niego roku widział tak wiele… Był świad­kiem zarówno nie­wy­obra­żal­nego zła, jak i praw­dzi­wych aktów altru­izmu i męstwa.

– Mógł­byś nam pomóc. Wiem cał­kiem sporo na temat orga­ni­zo­wa­nia taj­nych ope­ra­cji, szpie­go­stwa i prze­mytu, ale nie znam się na tak­tyce i…

Por­ter prze­rwał mu, krę­cąc głową.

– Zapo­mnij.

– Ale…

– Poszu­kaj kobiety nazwi­skiem Rhil Dairo i ugnau­ghc­kiego pilota, Belina, który tak jak ty pra­cuje dla Nihi­lów. Oni ci pomogą.

– Och. – Cair zamru­gał, jakby jego umysł miał pro­blem z prze­two­rze­niem tak wielu infor­ma­cji naraz.

– Nie jestem twoim więź­niem, prawda? – spy­tał Por­ter.

– Nie! – zaprze­czył natych­miast Cair, otwie­ra­jąc sze­rzej oczy.

– W takim razie zabie­ram się stąd. Gdzie moje rze­czy?

Męż­czy­zna wska­zał na pojem­nik obok łóżka polo­wego.

– Buty, pasek, kurtka – wszystko znaj­dziesz tam.

Engle ski­nął głową, ubrał się pośpiesz­nie, a następ­nie pod­szedł do jedy­nych drzwi w pomiesz­cze­niu.

– Zacze­kaj!

Por­ter zigno­ro­wał męż­czy­znę, zaci­ska­jąc moc­niej palce na ręko­je­ści mie­cza świetl­nego. Czuł, że to słuszna decy­zja. Wie­dział, dokąd musi się udać.

Nim jed­nak dotknął przy­ci­sku na panelu obok drzwi, zatrzy­mał się prze­lot­nie i obej­rzał na Caira.

– Jeśli spo­tkasz innych Jedi… albo usły­szysz o kimś z zakonu, nie mów, że mnie widzia­łeś. Nie wspo­mi­naj, że żyję.

– Dla­czego? – Młody męż­czy­zna wyglą­dał na zasko­czo­nego.

Por­ter zaci­snął usta i spoj­rzał mu pro­sto w oczy. Czuł prze­możną, fru­stru­jącą potrzebę otwo­rze­nia utra­co­nego oka, fan­to­mowe prze­ko­na­nie o tym, że wciąż je ma, choć minęło już tyle czasu. „Potrzebna mi nowa opa­ska” – wes­tchnął w duchu, na głos powie­dział zaś:

– Nie chcę, żeby Jedi mnie szu­kali. Nie mogą za mną podą­żyć tam, dokąd zamie­rzam się udać.

Z tymi słowy Por­ter Engle wdu­sił przy­cisk na panelu i drzwi roz­su­nęły się z sykiem.

– Wyjaw mi przy­naj­mniej swoje imię! – zawo­łał w ślad za nim Cair. – Nikomu go nie zdra­dzę, obie­cuję.

– Taak – mruk­nął pod nosem Por­ter, nie­mal do samego sie­bie, ale mimo to ski­nął głową. – Por­ter Engle.

– Dzię­kuję – powie­dział Cair. – A więc żegnaj, Jedi Por­te­rze Engle’u. Jeśli Moc jest z nami, nasze drogi jesz­cze się skrzy­żują.

Por­ter powi­nien się ucie­szyć, sły­sząc od kogoś ze Strefy Oklu­zji zapew­nie­nie o wie­rze w Moc. Mimo to w tej chwili mógł myśleć tylko o jed­nym: o tym, dokąd zamie­rzał się udać. O tym, co go czeka.

„Żegnaj, Por­te­rze Engle’u”.

Rozdział pierwszy

CORU­SCANT

Avar Kriss szła bez­sze­lest­nie kory­ta­rzem Świą­tyni Jedi, trzy­ma­jąc w jed­nej ręce cera­miczną flaszkę kwa­so­ka­mien­nego miodu pit­nego, a w dru­giej pudełko bułe­czek z orze­chami kel­dov. Gdy dotarła do kwa­ter Elzara Manna, zatrzy­mała się, scho­wała alko­hol pod pachę i przy­ci­snęła dłoń do chłod­nych meta­lo­wych drzwi.

W więk­szo­ści pomiesz­czeń w Świą­tyni pieśń Mocy roz­brzmie­wała spo­koj­nie i swo­bod­nie – i to miej­sce nie było wyjąt­kiem. Avar roze­snuła wici swo­jej świa­do­mo­ści, szu­ka­jąc nimi obec­no­ści przy­ja­ciela. Był tam. Na jej ustach poja­wił się lekki uśmiech, ale nim zdą­żyła zapu­kać, drzwi się otwo­rzyły. Stał w nich nie kto inny, a sam Elzar, dra­piąc się po bro­dzie, ale na jej widok natych­miast opu­ścił rękę.

– Avar.

– Elza­rze. – W jej uśmie­chu coś się zmie­niło – poja­wiły się w nim jakaś deli­kat­ność i wycze­ki­wa­nie. – Rano odla­tuję i…

– Wiem – powie­dział tylko, wpa­tru­jąc się w nią bez mru­gnię­cia.

Cze­kała, śle­dząc linie płyt­kich zmarsz­czek, oka­la­ją­cych jego oczy – oznak stresu i napię­cia. Jego broda była gęsta, choć krót­sza niż u Stel­lana. Miał na sobie tylko dolne war­stwy świą­tyn­nych szat – białą tunikę i białe spodnie – i był boso. Kiedy zauwa­żył jej spoj­rze­nie, poru­szył pal­cami u stóp.

– Czy mogę wejść? – zapy­tała, w ostat­niej chwili powstrzy­mu­jąc się od doda­nia: „Ostat­nim razem, gdy ode­szłam… źle to roze­gra­łam. Nie chcę znów cię zosta­wiać. Nie chcę, żeby­śmy się roz­sta­wali”.

– Oczy­wi­ście. – Gdy się cof­nął, weszła do środka, przy­ci­ska­jąc pudełko z bułecz­kami do brzu­cha.

– Czy to z Tal-Iree? – spy­tał teatral­nym szep­tem.

Uśmiech­nęła się od ucha do ucha.

– Wciąż jest dokład­nie tam, gdzie daw­niej, w tej alejce w Dziel­nicy Jade­ito­wej!

– Przy­niosę tale­rze – mruk­nął z ukon­ten­to­wa­niem, kie­ru­jąc się do szafki w kącie.

– I kubki! – Avar posta­wiła miód pitny na pod­ło­dze, a potem zdjęła buty i powie­siła na wie­szaku nie tylko pele­rynę, ale i wierzch­nią złotą szatę. Po chwili namy­słu pozbyła się rów­nież pasa i mie­cza świetl­nego.

Choć od jej powrotu z tery­to­rium oku­po­wa­nego przez Nihi­lów minęło już sześć tygo­dni, na­dal nie zdo­łała ponow­nie przy­zwy­czaić się do nosze­nia wszyst­kich tych warstw for­mal­nego stroju Jedi. Mimo to ceniła świą­tynne szaty za to, co sym­bo­li­zo­wały: bycie cząstką cało­ści, linią melo­dyczną w wiel­kiej sym­fo­nii. Szkoda, że ta nowa misja ponow­nie wyma­gała od niej ano­ni­mo­wo­ści. Elzar z kolei od zawsze nie­na­wi­dził ofi­cjal­nych szat, a teraz przy­szło mu je nosić codzien­nie. Cóż, wyglą­dało na to, że oboje będą się musieli dosto­so­wać…

Avar pochy­liła się, roz­cią­ga­jąc tylne mię­śnie ud i łydek, i się­gnęła po alko­hol.

– Są trzy – powie­dział nagle Elzar.

Zasko­czona, pod­nio­sła na niego wzrok. Stał przy bla­cie, na któ­rym spo­czy­wała ciemna taca z dwoma tale­rzy­kami i kub­kami, i wpa­try­wał się w otwarte pudełko.

Avar prze­łknęła ślinę.

– Kiedy weszłam do sklepu, poczu­łam się tak oszo­ło­miona… Pach­niało dokład­nie tak samo, jak wtedy. Menu też wciąż jest takie, jak kie­dyś, sto­liki na­dal wyszczer­bione, a nad ladą wisi ten sam obraz. Odru­chowo wzię­łam to, co zawsze, a kiedy już się zorien­to­wa­łam, nie mogłam się zmu­sić do prośby o zmianę zamó­wie­nia…

Elzar ski­nął głową i wyło­żył ciastka na tacę. Kiedy się do niej odwró­cił, po jego ustach błą­kał się smutny uśmiech.

– Widzę, że czu­jesz się już jak u sie­bie? – rzu­cił pół­żar­tem.

– Ten bała­gan jest zbyt zna­jomy, żebym nie czuła się tu jak w domu – odcięła się.

Kwa­tery Elzara były rów­nie skromne, co wszyst­kie inne w Świą­tyni. Jedyne odstęp­stwo od normy sta­no­wiły mały sto­lik, niskie łóżko, mata do medy­ta­cji i dość pokaźna liczba wkom­po­no­wa­nych w różne prze­strze­nie pó­łek, zaśmie­co­nych naj­roz­ma­it­szymi dro­bia­zgami: głów­nie trud­nymi do ziden­ty­fi­ko­wa­nia ele­men­tami jakichś ukła­dów mecha­nicz­nych, narzę­dziami, czę­ściami kom­pu­te­rów i data­pa­dami. Z opar­cia samot­nego krze­sła zwie­szało się kilka ele­men­tów gar­de­roby. Avar odsu­nęła od stóp łóżka stos cze­goś, co wyglą­dało jak kawałki poszy­cia dro­ida, opa­dła na cienki dywan i oparła się ple­cami o mebel. Odkor­ko­wała flaszkę, a po chwili dołą­czył do niej Elzar.

– Roz­cień­czy­łaś? – zapy­tał, gdy nale­wała tru­nek do kub­ków.

– Sokiem z róża­nasa – odparła lek­kim tonem. W grun­cie rze­czy to wła­śnie po niego zapu­ściła się do Dziel­nicy Jade­ito­wej. Kiedy mieli po pięt­na­ście lat i pstro w gło­wie, dole­wali go do kwa­so­ka­mien­nego miodu ze względu na Stel­lana – nie dla­tego, że miał coś prze­ciwko samemu alko­ho­lowi, ale żeby po pro­stu osło­dzić jego smak.

Wznie­śli toast i wypili. Nie sma­ko­wało tak dobrze jak wtedy, gdy byli młodsi – praw­do­po­dob­nie dla­tego, że teraz nie towa­rzy­szył im dresz­czyk emo­cji spo­wo­do­wany obawą, że zostaną przy­ła­pani. Wtedy… nie mieli jesz­cze poję­cia, co przy­nie­sie los. Jasne: nikt nie jest w sta­nie prze­wi­dzieć przy­szło­ści, ale jako nasto­latka Avar sądziła, że będzie wyjąt­kiem. Ona, Elzar i Stel­lan: wszy­scy byli wyjąt­kowi.

Cóż, w pew­nym sen­sie miała rację.

Wzięła jedną z bułe­czek i roz­darła ciem­no­brą­zową skórkę, odsła­nia­jąc bogate wnę­trze. Wska­zała pod­bród­kiem na stół.

– Wygląda jak czę­ści urzą­dze­nia Sunvale.

– Eks­pe­ry­men­to­wa­łem z róż­nymi powło­kami i pró­bo­wa­łem mak­sy­mal­nie uprzy­stęp­nić formę modułu, aby paso­wał do ukła­dów róż­nych typów stat­ków. Samego wnę­trza – kabli, sys­temu ste­ro­wa­nia i pod­ze­spo­łów kom­pu­te­ro­wych – nie tykam. To, co zapro­jek­to­wali Avon i Keven, to dla mnie w więk­szo­ści czarna magia.

– Cie­szę się, że poma­gasz. – Avar wgry­zła się w bułeczkę i wsparła ramie­niem o jego ramię.

– Chyba nie sądzi­łaś, że pozwolę ci wró­cić na drugą stronę Wału Burzo­wego bez jakiejś cząstki mnie?

Te pro­ste, a jed­nak nio­sące ze sobą tak głę­bo­kie prze­sła­nie słowa spra­wiły, że nie­mal zakrztu­siła się swoją bułeczką.

Wie­działa, jak nie­bez­pieczna jest cze­ka­jąca ją misja. Nowo opra­co­wana tech­no­lo­gia prze­kra­cza­nia Wału Burzo­wego nie została jesz­cze prze­te­sto­wana. Zada­niem Avar była koor­dy­na­cja dzia­łań Jedi i Koali­cji Obrony Repu­bliki, KOR, w celu usta­le­nia jej sku­tecz­no­ści i kie­ro­wa­nie wypra­wami. Ist­niała spora szansa, że będzie to bilet w jedną stronę. Wał Burzowy wciąż pozo­sta­wał prak­tycz­nie nie­prze­byty. Nikt inny nie wie­dział o tym lepiej niż ona: była pierw­szą osobą, któ­rej udało się go prze­kro­czyć, po roku nie­uda­nych prób.

– Kiedy już opa­nu­jemy ten pro­ces… to nie będzie zbyt eks­cy­tu­jące – wes­tchnęła. – Będziemy po pro­stu ska­kać tam i z powro­tem, ewa­ku­ując ludzi i dostar­cza­jąc towary do kon­tak­tów Maz Kanaty w Stre­fie Oklu­zji. Być może na­dal są tam jacyś inni Jedi, któ­rzy… – Urwała, myśląc o Por­te­rze Engle’u, który poświę­cił się, aby odwró­cić uwagę nihil­skiej gene­rał Viess od ucieczki Avar. Trudno było wyobra­zić sobie śmierć kogoś takiego jak nie­ustra­szone Ostrze Bar­dotty. Ale nawet naj­po­tęż­niej­szy Jedi nie mógł prze­żyć eks­plo­zji statku, nie mówiąc o prze­trwa­niu w próżni kosmicz­nej.

Otrzą­snąw­szy się z ponu­rych myśli i upiw­szy łyk miodu, pod­jęła:

– To będzie nie­koń­czący się ciąg misji, za każ­dym razem z innymi prio­ry­te­tami, innymi celami. Akcje ratun­kowe, pomoc huma­ni­tarna…

– Brzmi nie­źle. Jak coś, co może zro­bić róż­nicę. – Sły­szała w sło­wach Elzara to, czego nie mówił: „Lep­sze to niż zabawa w poli­tykę. Niż cokol­wiek, czym się tu zaj­muję”.

– Nie­bez­pie­czeń­stwa, eks­pe­ry­men­talne spo­soby uży­cia Mocy, wąt­pliwi sojusz­nicy. Brzmi jak – zauwa­żyła, spo­glą­da­jąc na niego kątem oka – misja ide­alna dla Elzara Manna.

Skrzy­wił się.

– Bar­dziej przy­dam się tutaj, na Coru­scant.

– Dla­czego?

– Jestem tu od pra­wie pół­tora roku, peł­niąc funk­cję pośred­nika mię­dzy Radą a kanc­lerz. Gdy­bym teraz odszedł, mogłoby dojść do… pro­ble­mów. Kanc­lerz mi ufa.

– El… – powie­działa łagod­nie, z lekką nutą wyrzutu w gło­sie. Wie­działa, że odpo­wiedź, któ­rej jej udzie­lił, była for­mułką przy­go­to­waną spe­cjal­nie z myślą o Sena­cie lub opi­nii publicz­nej. Być może innych Jedi. Ona jed­nak zwy­czaj­nie tego nie kupo­wała. Znała go zbyt dobrze.

Przez długi czas mil­czał. Avar sły­szała go w Mocy. Przez ostatni rok cier­piała katu­sze, nie mając poję­cia, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek usły­szy jego głos – tę pokrze­pia­jącą, nie­zbędną jej do życia jak tlen melo­dię jego zna­jo­mej pie­śni. A ten brak, kiedy tak roz­pacz­li­wie jej potrze­bo­wała, nauczył ją bar­dzo wiele o tym, czego naprawdę pra­gnęła. Kim była.

Chwy­ciła bułeczkę Elzara, ode­rwała kawa­łek i pod­su­nęła przy­ja­cie­lowi pod nos, a on uśmiech­nął się blado i pozwo­lił, by wsu­nęła mu go do ust. Prze­żu­wał w sku­pie­niu, bez reszty pochło­nięty zaprzą­ta­ją­cymi jego głowę myślami.

Na prze­strzeni lat stali się sobie tak bli­scy, jak tylko mogą być dwie istoty ludz­kie. Znała go lepiej niż kto­kol­wiek inny i nie miała wąt­pli­wo­ści, że wie, jakiej odpo­wie­dzi powi­nien jej udzie­lić. Cze­kała cier­pli­wie, aż odnaj­dzie odpo­wied­nie słowa. Aż będzie gotów.

Dawno temu… wyznałby jej wszystko, bez waha­nia. Przy­szedłby do niej sam, przej­mu­jąc ini­cja­tywę, nawet jeśli było to nie­zgodne z naukami Jedi. Och, jak bar­dzo tego pra­gnęła! Zbyt długo trzy­mała go na dystans, pozwa­la­jąc, by mię­dzy nich wkradł się chłód, by podzie­liły ich ostre słowa – z powodu jej wła­snych, myl­nych prze­ko­nań doty­czą­cych ego­izmu i przy­wią­za­nia, poczu­cia obo­wiązku i celu. Teraz zro­zu­miała, że ta całość, któ­rej była cząstką, nie miała racji bytu bez niego, bez Elzara.

Tyle tylko, że… teraz to on nie był gotowy.

Przy­cią­gnęła kolana do klatki pier­sio­wej i zło­żyła na nich ręce. Popeł­niła tak wiele błę­dów… Zwłasz­cza w ostat­nich mie­sią­cach ist­nie­nia Gwiezd­nego Bla­sku. Pod pre­tek­stem wyko­ny­wa­nia swo­jej pracy podą­żyła za gnie­wem, nie­mal pozwo­liła, by zawład­nęła nią chęć zemsty, i pra­wie ule­gła poku­sie ciem­nej strony. Po tam­tych dru­zgo­cą­cych wyda­rze­niach z udzia­łem Dren­gi­rów dyso­nans ciem­no­ści wybrzmie­wał tak gło­śno… Avar po pro­stu nie była w sta­nie trwać na poste­runku pod­czas upadku Gwiezd­nego Bla­sku, nie było jej tu, by pomóc – lub opła­ki­wać wszyst­kich, któ­rzy zgi­nęli wsku­tek kata­strofy: cywi­lów, załogi stat­ków, Jedi… A potem, gdy powinna słu­żyć wspar­ciem Elza­rowi, kiedy wycią­gnął do niej rękę, pogrą­żony w żalu i szu­ka­jący pokrze­pie­nia, ode­pchnęła go i ode­szła. Zosta­wiła go w potrze­bie. Opu­ściła prze­strzeń Repu­bliki i porzu­ciła samą sie­bie.

Uwię­ziona w Stre­fie Oklu­zji, odna­la­zła sie­bie na nowo. Zaczęła nawią­zy­wać kon­takty – z Por­te­rem Engle’em, zrzę­dli­wym ugnau­ghc­kim pilo­tem Beli­nem, Rhil Dairo – a kiedy ponow­nie zaczęła współ­pra­co­wać z innymi, znów odkryła melo­dię swo­jej wła­snej pie­śni Mocy.

Wró­ciła do domu.

Jed­nak wciąż pozo­sta­wało mnó­stwo do zro­bie­nia – i wła­śnie dla­tego znów wyru­szała na nie­bez­pieczną, ryzy­kowną misję. Tym razem nie zamie­rzała jed­nak opu­ścić Elzara, pod­dać się bez walki. Potrze­bo­wali sie­bie nawza­jem. Uznała więc, że warto odro­binę go przy­ci­snąć.

– Czy to dla­tego, że nie możesz ponow­nie sta­wić czoła Wałowi Burzo­wemu?

Elzar zamknął oczy. Komuś postron­nemu mógłby się wydać oazą spo­koju, ale Avar znała go zbyt dobrze – widziała wyraź­nie, jak wiele kosz­tuje go próba zacho­wa­nia pozo­rów. Dostrze­gała to w napię­tych liniach wokół jego ust i led­wie zauwa­żal­nym drgnię­ciu małych mię­śni w oko­li­cach skroni.

– Kiedy ostatni raz zro­bi­łem coś jak należy?

Zasko­czona, zaczerp­nęła gwał­tow­nie tchu. Nie zawiódł jej. Wie­dział – powie­działa mu o tym – jak wiele zna­czyła dla niej jego wia­do­mość. Że był dla niej jak kotwica pośród wzbu­rzo­nych fal sztormu, nawet wtedy, gdy dzie­lił ich tak wielki dystans. Popeł­nił błędy, jasne, ale, podob­nie jak ona, powró­cił do bez­piecz­nego portu Mocy. Tak wiele osób tutaj, na Coru­scant – w tym sama kanc­lerz i Rada Jedi – słu­chało jego rad. Ufali mu.

– Wiem – mruk­nął, jakby czy­tał jej w myślach. – Wiem, że cza­sem udaje mi się zna­leźć roz­wią­za­nie tego czy innego pro­blemu. Jestem uparty, a nawet nie­ustę­pliwy. Kiedy cze­goś pra­gnę, potra­fię wymy­ślić spo­sób, aby to osią­gnąć. Ale kiedy coś idzie nie po mojemu… tak łatwo jest się pod­dać gnie­wowi. Nie potra­fię tego prze­zwy­cię­żyć.

– Nie możesz prze­stać… czuć – powie­działa, doty­ka­jąc deli­kat­nie jego kolana.

Wymam­ro­tał pod nosem coś nie­zro­zu­mia­łego.

– W ciągu ostat­nich dwóch lat każ­demu z nas zda­rzały się potknię­cia – dodała. – Wszy­scy pozna­li­śmy smak porażki.

– Ale mimo to za każ­dym razem pod­no­simy się i pró­bu­jemy jesz­cze raz, ze zdwo­jo­nym wysił­kiem.

– Tak.

– Co jed­nak, jeśli to za mało? Nie­któ­rych rze­czy nie da się napra­wić.

– Masz na myśli to, co… zro­bi­łeś na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku? – Avar wzięła głę­boki oddech. – Pró­bo­wa­łeś mi o tym powie­dzieć na Eira­mie, kiedy obwi­nia­łam się za to, co się stało, i nie mogłam, nie chcia­łam tego sły­szeć. Czu­ła­bym się… zaszczy­cona, gdy­byś spró­bo­wał ponow­nie – teraz, kiedy jestem gotowa cię wysłu­chać.

– Radzę sobie z tym coraz lepiej – zaczął. – Godzę się z tym, co się wyda­rzyło. W więk­szo­ści. Gdy­bym nie pró­bo­wał ci o tym powie­dzieć, mógł­bym to po pro­stu stłu­mić i pozwo­lić, by wciąż tra­wiło mnie od środka, niczym jątrząca się rana. Jed­nak te słowa… pozo­stały we mnie, kiedy cię nie było. Myśla­łem o tym w kółko, raz za razem, aż w końcu zaak­cep­to­wa­łem, że to po pro­stu… się wyda­rzyło. Nie mogę jed­nak pogo­dzić się z myślą, że to mogłoby się powtó­rzyć. Gniew, który czu­łem, patrząc, jak Wielki Mistrz Veter został stra­cony w tak bez­li­to­sny spo­sób… i po tym… kiedy flota… Co, jeśli zdo­łam utrzy­mać się w ryzach tylko wtedy, gdy nie będę miał nic, co mógł­bym zaata­ko­wać? Nic, na czym mógł­bym wyła­do­wać swój gniew?

Avar ści­snęła jego kolano.

– Chan­cey Yar­row tam była. Była tam. Jako nasza więź­niarka, ponie­waż współ­pra­co­wała z Nihi­lami. Ale tego dnia sta­rała się oca­lić Gwiezdny Blask, a ja ją… zabi­łem. Nie zasta­na­wia­łem się nad tym, nie zawa­ha­łem się ani sekundy – po pro­stu to zro­bi­łem. Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. To był… mrok. Nie byłem tym, za kogo się uwa­żam – ani osobą, którą chcę być. I zapła­ci­li­śmy za to naj­wyż­szą cenę. Stra­ci­li­śmy… wszystko.

– Nie wszystko. – Avar spoj­rzała na niego i ści­snęło ją w gar­dle na widok łzy spły­wa­ją­cej po jego policzku. – Chodź do mnie – wyszep­tała, przy­cią­ga­jąc go do sie­bie. Nie pro­te­sto­wał. Gdy oto­czył ją ramie­niem, poczuła, że w jej oczach rów­nież wzbiera zdra­dziecka wil­goć.

Wła­śnie tak powinno to wyglą­dać tuż po upadku Gwiezd­nego Bla­sku. Ich dwoje, razem, wspie­ra­ją­cych się nawza­jem. Ale go odtrą­ciła – ponow­nie – i jakaś cząstka Avar (wła­ści­wie to cał­kiem spora część) wciąż nie mogła uwie­rzyć, że na­dal jej ufał. Na tyle, by dać jej kolejną szansę. Nie była pewna, czy zasłu­guje na to zaufa­nie.

Opu­ściła go. Ale on ni­gdy jej nie porzu­cił. Nawet gdy dzie­lił ich Wał Burzowy, nie­zli­czone lata świetlne, mnó­stwo nie­po­ro­zu­mień, gniewu, pora­żek i strat, po roku żalu i koniecz­no­ści sta­wia­nia czoła nie­wy­obra­żal­nym prze­ciw­no­ściom losu – nie, ponad roku! – ni­gdy jej nie skre­ślił.

Avar wie­działa – była tego pewna tak, jak ist­nie­nia samej Mocy – że Elzar Mann ni­gdy jej nie opu­ści. Nawet w gnie­wie.

Kie­dyś świa­do­mość tego faktu wytrą­ci­łaby ją z rów­no­wagi. Uzna­łaby, że ich rela­cje są zbyt bli­skie, pod­szyte ego­izmem. Nie­po­trzebny gali­ma­tias emo­cji, wpływu hor­mo­nów i zbęd­nego przy­wią­za­nia.

Teraz nie trak­to­wała już tego w ten spo­sób. W gło­sie przy­ja­ciela, gdy dotarła do niej jego wia­do­mosć, poko­nu­jąc szmat galak­tyki i Wał Burzowy, Avar wyczuła bez­gra­niczną, nie­za­chwianą wiarę. W nią. W Moc. W nadzieję.

Pogo­dze­nie się z tym uczy­niło ją sil­niej­szą. Gdy uświa­do­miła sobie – i pogo­dziła się z tym, że go kocha, spły­nął na nią spo­kój, który ją umoc­nił.

Mimo to bała się, że jeśli mu to teraz wyzna, tym razem on uciek­nie.

– Stel­lan… – zaczął Elzar, ale urwał. Naj­wy­raź­niej nie był jesz­cze gotów dokoń­czyć. Avar dała mu czas. Oddy­chała, sku­piona na ryt­micz­nym biciu wła­snego serca, na cie­ple jego ramie­nia. W końcu pod­jął: – Stel­lan powie­działby mi, żebym pojed­nał się z samym sobą, z Mocą. A potem, żebym poroz­ma­wiał o tym z Radą. Szu­kał wspar­cia.

– Zga­dza się – potwier­dziła, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać rze­czy, które sama z roz­my­słem ukry­wała przed Radą.

– Tęsk­nię za nim. Za nimi wszyst­kimi. Ale on po pro­stu…

– Ja też – wykrztu­siła przez ści­śnięte gar­dło.

Zmie­nił pozy­cję, osu­wa­jąc się na pod­łogę i wspie­ra­jąc poli­czek o jej udo. Prze­cze­sała pal­cami jego włosy i pogła­dziła go po bro­dzie, wil­got­nej od łez. Opo­wia­dał jej o tym, jak się czuł, o para­li­żu­ją­cym prze­ra­że­niu, spo­wo­do­wa­nym świa­do­mo­ścią tego, co zro­bił, i o bez­gra­nicz­nym lęku wywo­ła­nym przez bez­i­mien­nych, gra­su­ją­cych na tere­nie sta­cji kosmicz­nej. Mówił o tym, jak straszne były te dłu­gie godziny na pokła­dzie Gwiezd­nego Bla­sku – i o ostat­nich chwi­lach spę­dzo­nych ze Stel­la­nem. Opo­wie­dział jej też o tym, jak popro­wa­dził flotę KOR do ataku na Wał Burzowy – tylko po to, by bez­rad­nie patrzeć, jak tak wiele osób ginie, nada­remno. Znów. Wyznał, że wie, jak samo­lubny był, roz­pacz­li­wie pra­gnąc jej powrotu, jak despe­racko chciał usły­szeć jej odpo­wiedź na swoje wezwa­nie.

A ona słu­chała. Słu­chała jego głosu i melo­dii jego Mocy. I powta­rzała szep­tem jego imię, ile­kroć potrze­bo­wał je usły­szeć.

Ran­kiem obu­dzili się na pod­ło­dze, pół­przy­tomni i zapła­kani. Śmie­jąc się z samych sie­bie, wypili kaf. Avar wyraź­nie widziała, że wciąż jest znu­żony. Czuła ten sam strach i gniew, które drę­czyły i jego, od tak dawna. Ale w jakiś spo­sób… było lepiej. Zdo­łają przez to wszystko przejść – wspól­nie. Nie mogło być ina­czej.

Kiedy ruszyła w stronę drzwi, chwy­cił ją za rękę.

– Za każ­dym razem, gdy będziesz wra­cać przez Wał Burzowy, daj mi znać.

Dotknęła policzka Elzara, a potem wplo­tła palce w jego brodę.

– Obie­cuję.

Przez chwilę patrzyli na sie­bie w mil­cze­niu; ciszę mącił jedy­nie szmer ich ide­al­nie zsyn­chro­ni­zo­wa­nych odde­chów. Się­gnęła ku niemu poprzez Moc, odnaj­du­jąc w jej pie­śni nuty jego melo­dii. Poczuła, jak odpo­wiada na jej wezwa­nie. Łącząca ich więź nie była już tak silna, jak kie­dyś. Ale to musiało wystar­czyć. To był dobry począ­tek.

Roz­stali się bez słowa – nie pozo­stało już nic do doda­nia – i każde z nich wró­ciło do swo­ich obo­wiąz­ków.

Rozdział drugi

NORI­SYN, STREFA OKLU­ZJI

Mar­chion Ro się nudził. Od bar­dzo, bar­dzo dawna.

Był znu­dzony, zmę­czony i wście­kły. Cza­sami oży­wiał się lekko, pobu­dzony przez akty okru­cień­stwa, które daw­niej napeł­ni­łyby go bez­brzeżną rado­ścią, a cza­sem prze­krę­cał nóż, który wbił dawno temu – tylko po to, aby poczuć nikłe echo satys­fak­cji.

Rze­czy, które kie­dyś go moty­wo­wały, zmie­niły się w nużące obo­wiązki.

Ale to… To było – cóż, co naj­mniej inte­re­su­jące.

Stał na dzio­bie, przy­trzy­mu­jąc się jedną dło­nią relingu. Barka wisiała nisko nad lasem krysz­ta­łów, dorów­nu­ją­cych wyso­ko­ścią doro­słemu czło­wie­kowi. Cała ta strona księ­życa została prze­kształ­cona w farmę suro­wych krysz­ta­łów hestalt i sztucz­nych kybe­rów. Od ponad roku księ­życ mie­nił się i iskrzył dym­no­sza­rymi i różo­wymi frak­ta­lami kwarcu – zbie­ra­nymi co mie­siąc i prze­wo­żo­nymi na pokład sta­cji kosmicz­nej Ude­rze­nie Gromu, aby włą­czyć je do układu zasi­la­ją­cego dok­tor Mkampy, pod­trzy­mu­ją­cego jego Wał Burzowy.

Tutaj, pod bla­do­nie­bie­skim słoń­cem Nori­syna, było zimno, ale Ro nie przej­mo­wał się tym. W swoim życiu zno­sił znacz­nie gor­sze warunki. Czymże była odro­bina chłodu dla kogoś, kto wal­czył gołymi rękami z lyle­kami i prze­mie­rzał Woal? Istoty, która rzu­ciła Repu­blikę na kolana – i która na­dal sku­tecz­nie zmu­szała ją, by się przed nią korzyła?

Trwał w kom­plet­nym bez­ru­chu niczym dra­pież­nik, wpa­tru­jąc się swo­imi czar­nymi jak noc oczami w jeżące się w dole krysz­ta­łowe kolce.

– Cóż za piękny widok – powie­działa sto­jąca obok niego Eve­renka.

Ro ją zigno­ro­wał.

– Ni­gdy nie widzia­łam cze­goś podob­nego… W dodatku stwo­rzono to spe­cjal­nie dla cie­bie – kon­ty­nu­owała łagod­nie, z czymś na kształt podziwu w gło­sie.

Ro sły­szał ją od dawna – i musiał przy­znać, że sta­no­wiła miłą odmianę po prze­peł­nio­nych gnie­wem i poiry­to­wa­niem poła­jan­kach ojca. Jed­nak zaczęła się poja­wiać sto­sun­kowo nie­dawno. Zazwy­czaj mani­fe­sto­wała się w wieku star­szym od niego, z czer­wo­nymi pasmami w dłu­gich czar­nych wło­sach, typo­wej eve­reń­skiej oznace posu­nię­cia się w latach. Jej ciem­no­szara skóra kon­tra­sto­wała żywo z bielą odzie­nia, zęby były ostre niczym u dra­pież­nika, a duże czarne oczy wyda­wały się tak samo puste i pozba­wione duszy jak jego wła­sne. Cza­sami z jej ust kapała krew.

Była wizją, efek­tem zdol­no­ści przed­sta­wi­cieli jego rasy – a może cią­żą­cej na nich klą­twy? – do dostrze­ga­nia swo­ich przod­ków. Ale Mar­chion Ro nie roz­ma­wiał ze zmar­łymi, jeśli tylko mógł tego unik­nąć.

Ro pochy­lił się nad relin­giem, a następ­nie nie­śpiesz­nie dotknął przy­ci­sku zwięk­sza­ją­cego obroty sil­nika barki. Napęd zamru­czał cicho, gdy jed­nostka zaczęła się cofać, uwal­nia­jąc z plamy dłu­giego cie­nia for­ma­cje krysz­ta­łów, które lustro­wał wcze­śniej Mar­chion.

Kilka dni temu jego asy­stentka, Thaya Ferr, poin­for­mo­wała go, że pośród krysz­ta­łów na far­mie zało­żo­nej na pią­tym księ­życu Nori­syna roz­prze­strze­nia się jakaś plaga. Na razie nie mieli żad­nych teo­rii na temat jej źró­dła, ponie­waż pra­cow­nicy doglą­da­jący hodowli krysz­ta­łów po pro­stu prze­stali w pew­nym momen­cie wysy­łać raporty, a ostatni trans­por­to­wiec, który wysłano tu po par­tię towaru, wylą­do­wał co prawda, ale ni­gdy nie wró­cił. Dok­tor Mkampa uskar­żała się na brak krysz­ta­łów zastęp­czych – a potrze­bo­wała ich w try­bie pil­nym, ponie­waż ciśnie­nie spo­wo­do­wane kąpielą bazal­tową i wraż­liwa kon­struk­cja jej ukła­dów dość regu­lar­nie powo­do­wały nie­od­wra­calne uszko­dze­nia mine­ra­łów. Skarga tra­fiła odpo­wied­nimi kana­łami do Thayi, a Ro był skłonny przy­znać, że nie­które pro­cesy prze­bie­gały spraw­niej dzięki zmia­nom w struk­tu­rze jego orga­ni­za­cji, wpro­wa­dzo­nym przez Ghirrę Star­ros. Prę­dzej wyłu­piłby jed­nak sobie wła­sno­ręcz­nie oczy, niż przy­znał się do tego przed kim­kol­wiek innym poza samym sobą. Thaya przed­sta­wiła mu kilka pro­po­zy­cji doty­czą­cych tego, kogo należy odde­le­go­wać do zba­da­nia sprawy, ale Ro, jak czę­sto miało to miej­sce ostat­nimi czasy, był aku­rat bez­gra­nicz­nie znu­dzony.

– Polecę sam – oznaj­mił, kła­dąc kres wszel­kim dys­ku­sjom.

„Elek­tryczne Spoj­rze­nie” orbi­to­wało teraz wokół księ­życa – długa smuga głę­bo­kiego cie­nia, prze­ci­na­jąca blade niebo. Ro udał się pro­mem do opu­sto­sza­łych bara­ków, z któ­rych bez prze­szkód zabrał tę ciężką barkę, wypo­sa­żoną w arse­nał sys­te­mów kor­bo­wych i prze­ci­na­ków lase­ro­wych, słu­żą­cych do zbio­rów i trans­portu hestaltu i sztucz­nego kyberu. Po dro­dze nie natknął się na żaden ślad istoty żywej – trans­por­to­wiec, który miał ode­brać towar, został porzu­cony. Tu i ówdzie budynki szpe­ciły osma­le­nia od bla­ste­ro­wych salw, ale ni­gdzie nie widać było ciał. „Być może doszło do jakie­goś buntu lub ucieczki z wię­zie­nia – pomy­ślał Ro. – A może nic złego się nie stało, ale pra­cow­nicy ucie­kli”. Takie wyja­śnie­nie nie miało jed­nak sensu. Gdyby na księ­życ Nori­syna przy­byli bun­tow­nicy, wro­go­wie Nihi­lów lub Jedi, z pew­no­ścią zja­wi­liby się tu z zamia­rem uda­rem­nie­nia mu pro­duk­cji krysz­ta­łów, o tej zaś… cóż, musie­liby przede wszyst­kim wie­dzieć. A odna­le­zie­nie tego księ­życa przez przy­pa­dek było bar­dziej niż mało praw­do­po­dobne – gra­ni­czyło z cudem, nawet gdyby ktoś dys­po­no­wał Mocą, jak Jedi. Nie mówiąc już o tym, że w takiej sytu­acji intruzi nie ogra­ni­czy­liby się raczej do uwol­nie­nia garstki pozba­wio­nych więk­szego zna­cze­nia robot­ni­ków – znisz­czy­liby z pew­no­ścią wszyst­kie jego uprawy.

Cóż, wyglą­dało na to, że krysz­tały i tak nie prze­trwają, ale im dłu­żej Ro badał tę plagę, tym mniej mar­twiły go ogromne straty. Dostrze­gał jedy­nie nie­sa­mo­wity poten­cjał.

– Roz­prze­strze­nia się z tego miej­sca. – Duch Eve­renki wska­zał epi­cen­trum zarazy.

Połowa pola krysz­ta­łów skrzyła się w bla­sku nie­bie­skiego słońca. Druga była matowa, w nie­zdro­wym, kre­do­wym odcie­niu.

Sza­ro­biały pył wyda­wał się roz­cho­dzić z jed­nego punktu, pochła­nia­jąc wszystko na swo­jej dro­dze, nada­jąc włócz­niom hestaltu i kolum­nom sztucz­nego kyberu nową formę. Prze­kształ­ca­jąc je w coś… mar­twego. Jakby wysy­sał z nich całą ener­gię i życie.

Epi­de­mia nie ogra­ni­czała się jed­nak do samych krysz­ta­łów. Cho­roba ska­ziła rów­nież ziar­ni­ste mine­ralne matryce na powierzchni księ­życa, z któ­rych te wyra­stały. Gdy zaś Ro spoj­rzał w dal, gdzie pole prze­cho­dziło w tun­drę, zauwa­żył, że trawy i cienka war­stwa gleby rów­nież zostały zain­fe­ko­wane.

Pro­wa­dził barkę wzdłuż kra­wę­dzi upraw, oce­nia­jąc zakres spu­sto­sze­nia.

– Spo­koj­nie tu – zauwa­żyła stara Eve­renka. Znał jej imię, ale nie zamie­rzał ją nim nazy­wać, nawet w myśli. – Czy nie sądzisz, że spo­kój nie­sie ze sobą wol­ność?

Ro zazgrzy­tał zębami, aby powstrzy­mać się od odpo­wie­dzi. Zawi­nął w kie­runku małej osady i widział już, że palce zarazy dosię­gły rów­nież pomiesz­czeń miesz­kal­nych. Oko­liczna flora przy­po­mi­nała sterty zwie­trza­łych szkie­le­tów i hałdy pyłu, a pół­or­ga­niczne ściany bara­ków wcale nie wyglą­dały lepiej. Ele­menty ze stali i two­rzyw sztucz­nych zacho­wały resztki inte­gral­no­ści, ale nawet na ich powierzch­niach dało się dostrzec pierw­sze ślady uszko­dzeń. Ska­że­nia.

– Powi­nie­neś odpo­wie­dzieć, że spo­kój można odna­leźć tylko w śmierci, mały Eve­re­nie – rzu­ciła z uśmie­chem sta­ruszka. – Ale ty ni­gdy nie robisz tego, czego ocze­kują od cie­bie inni, prawda?

Igno­ru­jąc jej roz­ba­wione spoj­rze­nie, Ro skie­ro­wał barkę z powro­tem ku linii plagi w samym sercu krysz­ta­ło­wego lasu. Opu­ścił ją tak nisko, że nie­mal widział swoje odbi­cie w lśnią­cej powierzchni sztucz­nego kyberu. Wsparł się obu­rącz o reling i patrzył. Ana­li­zo­wał. Cze­kał.

Sztuczny kyber był piękny, nie dało się zaprze­czyć. Gdyby raczył roz­ma­wiać ze zmar­łymi, nie omiesz­kałby wspo­mnieć o tym swo­jej przod­kini. Przy­dy­mione ściany pię­trzą­cych się ku górze krysz­ta­łów mie­niły się skry­tymi w ich głębi reflek­sami błę­kitu, zie­leni i różu. Ale i one nie ustrze­gły się przed zarazą. U ich pod­stawy dostrzegł cien­kie nitki popie­la­tej paję­czyny. Nie spusz­cza­jąc ich z oka, oddy­chał mia­rowo, powoli – i cze­kał.

Trwał w bez­ru­chu, obser­wu­jąc, jak sza­rawa siatka zasnuwa coraz więk­szą powierzch­nię kry­sta­licz­nej for­ma­cji.

Nie­bie­skie słońce skryło się za pla­netą Nori­syn, a Ro wciąż patrzył.

Na ciem­nym nie­bie wze­szły gwiazdy, farmę krysz­ta­łów spo­wił nie­prze­nik­niony mrok, ale Ro ani drgnął. Mru­gał i oddy­chał, jed­nak nic poza tym.

Dotrzy­mu­jąca mu towa­rzy­stwa mar­twa Eve­renka nie musiała nawet mru­gać. Wszak zmarli nie mru­gają, czyż nie?

Przez całą krótką noc Mar­chion Ro stał obok swo­jej pra­pra­babki i wspól­nie obser­wo­wali, jak żar­łoczna plaga nico­ści zagar­nia coraz więk­sze poła­cie sztucz­nego kyberu.

Kiedy pla­netę oto­czył blady nimb, zwia­stu­jący księ­ży­cowy świt, jego przod­kini zauwa­żyła:

– Kybery infe­kuje szyb­ciej niż hestalt. A pochło­nię­cie ram ze stopu zajęło mu dłu­żej niż roz­pra­wie­nie się z trawą i włók­ni­stymi oknami. Cie­kawe, czy…

Ro ledwo zmru­żył czarne oczy w bla­sku świa­tła poranka, bez reszty sku­piony na postę­pach zarazy, peł­zną­cej w górę dłu­giej, pio­no­wej ściany krysz­tału.

– Cie­kawe, czy… – powtó­rzyła Eve­renka, pochy­la­jąc się nad relin­giem barki.

Mar­chion Ro akty­wo­wał swój komu­ni­ka­tor.

– Thayo? Przy­ślij tu kogoś z mię­sem, trzema pierw­szymi rze­czami, które masz pod ręką i które zdo­łasz zapa­ko­wać do torby, kil­koma róż­nymi rodza­jami broni i tą trój­nogą tooką, którą Bas Ear’lasr karmi w prze­dziale han­ga­ro­wym.

– Tak jest, moje Oko. Już się robi – potwier­dziła natych­miast jego asy­stentka.

Już nie­ba­wem na skraju farmy wylą­do­wał prom wysłany z pokładu „Spoj­rze­nia”. Ro usta­wił barkę tuż nad nim, roz­wi­nął dra­binkę i pole­cił kurie­rowi sko­rzy­stać z jed­nego z gór­nych wła­zów kon­ser­wa­cyj­nych, by się po niej wspiąć.

Wkrótce zja­wił się Nihil, na któ­rego Ro ni­gdy wcze­śniej nie zwra­cał jakiejś szcze­gól­nej uwagi (i któ­remu na­dal nie zamie­rzał jej poświę­cać), wypo­sa­żony w dwie torby. Jedną posta­wił na pokła­dzie, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie zapa­no­wać nad drugą, którą miał prze­wie­szoną przez ramię, a w któ­rej coś sza­mo­tało się wście­kle, syczało i raz po raz prze­bi­jało mate­riał ostrymi pazu­rami.

Ro wziął ją od niego i bez zbęd­nych cere­gieli wyrzu­cił uwię­zioną w niej tookę za reling barki.

Stwo­rze­nie zamiau­czało wście­kle, lądu­jąc na trzech łapach na wierz­chołku jed­nego z krysz­ta­łów. Po chwili zaczęło się z niego ześli­zgi­wać, aż wresz­cie zatrzy­mało się u jego pod­stawy, na matrycy mine­ral­nej. Czy może raczej na tym, co z niej zostało, czyli sza­rych niby popiół szcząt­kach.

Ro obser­wo­wał, jak spło­szona tooka prze­dziera się przez zwap­niałą farmę krysz­ta­łów, z uszami posta­wio­nymi na sztorc i skie­ro­wa­nymi w stronę jedy­nego źró­dła dźwięku w pobliżu: cichego pomruku sil­ni­ków barki.

– Co… co to miało być? – wykrztu­sił Nihil, męż­czy­zna o ciele pokry­tym licz­nymi tatu­ażami i z nie­bie­skim okiem wyma­lo­wa­nym na twa­rzy.

Ro obrzu­cił go znie­sma­czo­nym spoj­rze­niem, a jego pogarda pogłę­biła się jesz­cze, gdy zauwa­żył w oczach pod­wład­nego błysk stra­chu. Zamiast naka­zać mu wyrzu­cić zawar­tość dru­giej torby za burtę, uśmiech­nął się do niego sze­roko, pre­zen­tu­jąc w peł­nej kra­sie gar­ni­tur swo­ich ostrych kłów.

– Eks­pe­ry­ment – rzu­cił zdaw­kowo i pchnął Nihila na reling. Bez­ce­re­mo­nial­nie rąb­nął męż­czy­znę pię­ścią w splot sło­neczny, sku­tecz­nie pozba­wia­jąc go tchu, a następ­nie wyrzu­cił za burtę.

Nihil ude­rzył w zie­mię z gło­śnym hukiem i jękiem. Ro ponow­nie obda­rzył go uśmie­chem.

Sto­jąca obok niego stara Eve­renka wes­tchnęła i wsparła się o jego ramię. Nie czuł kom­plet­nie nic, gdy nawią­zy­wał łącz­ność z pro­mem, naka­zu­jąc mu powrót na pokład „Spoj­rze­nia”.

A potem znów wró­cił do trybu czu­wa­nia, igno­ru­jąc prze­kleń­stwa i bła­galne okrzyki nie­szczę­snego Nihila, podob­nie jak wrza­ski kota. Mała, wiel­ko­ucha tooka o prę­go­wa­nej, fio­le­to­wej sier­ści zgi­nęła jako pierw­sza. Nie została szybko pochło­nięta przez zarazę, ale jej śmierć nie była też tak powolna, jak stop­niowe obumie­ra­nie sztucz­nego kyberu.

Nihil gra­mo­lił się nie­po­rad­nie przez iglice i rdze­nie krysz­ta­ło­wego lasu, sta­ra­jąc się dotrzeć do osady. Jego wysiłki były jed­nak żało­śnie daremne. Został już zara­żony, a poza tym prom dawno odle­ciał. Ro patrzył w ślad za nim, przy­słu­chu­jąc się, jak męż­czy­zna wyklina go, splu­wa­jąc na ska­żoną, roz­pa­da­jącą się pod jego sto­pami zie­mię. Umarł dopiero po zmroku, gdy zaraza dopeł­zła do jego klatki pier­sio­wej i zmie­niła jego płuca w proch.

Pro­ces był tak powolny. Tak bole­sny. A jego efekt tak…

– …zna­jomy – pod­su­nęła usłuż­nie jego przod­kini. – Jak moc Niwe­la­tora.

Mar­chion Ro nie roz­ma­wiał ze zmar­łymi. Ale cza­sami ich słu­chał.

Rozdział trzeci

PRZE­STRZEŃ REPU­BLIKI, GRA­NICA STREFY OKLU­ZJI

Mistrzyni Jedi Avar Kriss zamknęła oczy i wsłu­chała się w pieśń Mocy.

Ota­czała ją ze wszyst­kich stron, a jej melo­die prze­pla­tały się ze sobą, two­rząc har­mo­nijną sym­fo­nię, utkaną z gwiazd, sygna­łów życia i szmeru odde­chów.

Avar pozwo­liła, by otu­liła ją szczel­nie, napeł­nia­jąc głę­bo­kim spo­ko­jem, i cze­kała.

Gdy tylko otwo­rzyła oczy, unio­sła wzrok znad kon­tro­lek kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego i omio­tła nim usianą gwiaz­dami prze­strzeń kosmiczną. Ani śladu znie­kształ­ceń wizu­al­nych, boi ani miga­ją­cych lam­pek. Jak okiem się­gnąć, widziała tylko odle­głe świetlne punk­ciki na tle aksa­mit­nej czerni próżni. Nie dała się jed­nak zwieść pozo­rom: tuż przed nią roz­cią­gała się połać Wału Burzo­wego.

– Jestem gotowa, na twój znak – powie­działa cicho do Friie­lana, piloto KOR sie­dzą­cego obok niej.

Friie­lan ski­nęło głową. Było w poło­wie The­eli­nem, o skó­rze w kolo­rze ciem­nej mie­dzi i inten­syw­nie fio­le­to­wych wło­sach. Łagod­nym w obej­ściu, ale i dość zdy­stan­so­wa­nym, co, jak wie­działa Avar, wią­zało się z utratą naj­bliż­szej rodziny pod­czas tra­gicz­nych wyda­rzeń, które roze­grały się na Valo.

– Moduł w pełni nała­do­wany i gotowy do uży­cia – zamel­do­wało.

Mistrzyni Jedi uśmiech­nęła się pod nosem na dźwięk jego słów. Choć dla osoby postron­nej mogło to brzmieć jak zwy­kła, sztam­powa for­mułka, to, co tu robili, było w rze­czy­wi­sto­ści tyleż nie­bez­pieczne, co nowa­tor­skie.

Odkąd opu­ściła Coru­scant – i Elzara – prze­kro­czyła Wał Burzowy sześć razy. Dzi­siaj miał być siódmy.

Kiedy po raz pierw­szy ucie­kła ze Strefy Oklu­zji na pokła­dzie uszko­dzo­nej „Kako­fo­nii”, doko­nała tego jedy­nie dzięki despe­ra­cji, łutowi szczę­ścia i poświę­ce­niu odda­nych przy­ja­ciół. Teraz lista rze­czy, któ­rych potrze­bo­wali, by to powtó­rzyć, była nieco dłuż­sza. Wyma­gało to spo­rej dozy odwagi, pomocy doświad­czo­nego pilota, małego urzą­dze­nia skon­stru­owa­nego przez młodą geniuszkę nazwi­skiem Avon Sunvale, dzięki któ­remu mogli oszu­kać Wał Burzowy, serii kodów Ścieżki, wykra­dzio­nych Nihi­lom i wpi­sa­nych do kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego za pośred­nic­twem wyna­lazku Sunvale, oraz kogoś zaufa­nego, kto wpro­wa­dzałby współ­rzędne nad­prze­strzenne na bie­żąco – i co waż­niej­sze, bez­błęd­nie.

Jak dotąd tej sztuki udało się doko­nać jej i sze­ściorgu innym Jedi, w tym byłej pada­wance Stel­lana, Ver­ne­strze Rwoh, która ode­grała klu­czową rolę w pozy­ska­niu danych nie­zbęd­nych, by urzą­dze­nie Sunvale dzia­łało jak należy. Jed­nak pomimo ich wysił­ków i wspar­ciu Mocy, dwie z misji zakoń­czyły się nie­po­wo­dze­niem. W jed­nej z nich stra­cili ryce­rza Jedi Ilsana Kowala oraz jego pilota z KOR, a druga porażka kosz­to­wała ich nie tylko życie mistrza Jedi For­sy­tha Wrya i towa­rzy­szą­cego mu pilota Maz Kanaty, ale i pię­ciorga uchodź­ców, któ­rzy wra­cali zza Wału wraz z nimi.

Avar z deter­mi­na­cją odsu­nęła od sie­bie nie­we­sołe myśli o kon­se­kwen­cjach pora­żek – zarówno tych minio­nych, jak i poten­cjal­nych – i sku­piła się na zada­niu, które mieli do wyko­na­nia.

Tym razem do Strefy Oklu­zji z zaopa­trze­niem, infor­ma­cjami, kodami i wia­do­mo­ściami prze­zna­czo­nymi dla róż­nych osób uwię­zio­nych w prze­strzeni Nihi­lów kie­ro­wała się tylko ona i Friie­lan. To przed­się­wzię­cie było zbyt ryzy­kowne, by przy­dzie­lać do niego dwójkę Jedi naraz – mimo iż Pro­ce­dury Straż­ni­cze zabra­niały człon­kom zakonu wypeł­nia­nia misji w poje­dynkę. Poza tym nie mogli użyć long­be­ama ani żad­nego ze stat­ków wyma­ga­ją­cych obsa­dze­nia więk­szą załogą ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa, zwłasz­cza że zasad­ni­czo ich zada­nie było tylko szyb­kim wypa­dem prze­myt­ni­czym za Wał Burzowy. Avar leciała do usta­lo­nego uprzed­nio punktu, wymie­niała swój ładu­nek na ładu­nek ze Strefy Oklu­zji, a następ­nie wra­cała. Teo­re­tycz­nie powrót wyma­gał takiego samego wysiłku i wią­zał się z takim samym ryzy­kiem jak wyprawa w tamtą stronę, ale Avar prze­ko­nała się, że w rze­czy­wi­sto­ści podróż powrotna była dla niej znacz­nie trud­niej­sza.

Ponie­waż tym dru­gim „ładun­kiem” zawsze były istoty żywe. Istoty despe­racko potrze­bu­jące pomocy, pra­gnące uciec przed Nihi­lami – za wszelką cenę. Istoty, któ­rych los spo­czy­wał w jej rękach i zale­żał od jej zdol­no­ści do prze­by­cia ści­śle okre­ślo­nej, bez­piecz­nej trasy nad­prze­strzen­nej.

W minio­nym roku, gdy samot­nie zma­gała się w Stre­fie Oklu­zji z tar­ga­ją­cymi nią żalem i gnie­wem, jej pieśń była stłu­miona i pełna dyso­nan­sów. Potem zaczęła współ­pra­co­wać z innymi, a gdy znów poczuła się czę­ścią zespołu, odna­la­zła w sobie nadzieję i siłę, aby uciec i wró­cić do domu, do Jedi i Elzara. Dystans nie mógł zerwać raz utwo­rzo­nej więzi. Choć galak­tykę podzie­lił Wał Burzowy, to na­dal pozo­sta­wała ich galak­tyką. Avar mogła wresz­cie ponow­nie usły­szeć wyraź­nie urze­ka­jącą pieśń Mocy bez znie­kształ­ceń – po raz pierw­szy od upadku Gwiezd­nego Bla­sku, kiedy to utra­cili Stel­lana, Maru i tak wielu innych.

Wów­czas dotarło do niej, że odtąd musi wyko­ny­wać swoją pracę tutaj, na obrze­żach prze­strzeni Repu­bliki – dzia­ła­jąc, poma­ga­jąc, jak tylko zdoła. Taka była jej rola w służ­bie świa­tła. Nie pla­no­wa­nie i kie­ro­wa­nie, jak czę­sto robiła to wcze­śniej. Teraz uda­wała się tam, gdzie Moc potrze­bo­wała poje­dyn­czej nuty, aby roz­brzmie­wać jasno i czy­sto.

Niczym prze­ni­kliwy dźwięk rogu sygna­ło­wego.

Wśród osób, któ­rym poma­gała, byli uchodźcy, dzia­ła­cze poli­tyczni Repu­bliki i dzieci. Każdy z nich bła­gał o ratu­nek, kupu­jąc lub zapew­nia­jąc sobie bilet powrotny jaki­miś zasłu­gami. Avar nie wie­działa, w jaki spo­sób ich wybie­rano, ale umowa wyne­go­cjo­wana przez Maz Kanatę mię­dzy Jedi a gru­pami bojow­ni­ków o wol­ność, orga­ni­zu­ją­cymi się w Stre­fie Oklu­zji, obej­mo­wała waru­nek, zgod­nie z któ­rym to ci dru­dzy decy­do­wali, kto ma zostać oca­lony. Jedi mogli skła­dać wnio­ski doty­czące kon­kret­nych jed­no­stek, ale osta­teczna decy­zja nale­żała do ich sojusz­ni­ków.

Na tym eta­pie Avar nauczyła się już ufać swoim kon­tak­tom, bo jej pasa­że­rami czę­sto oka­zy­wały się istoty, które nie byłyby w sta­nie zapła­cić za potrak­to­wa­nie ich prio­ry­te­towo. W gru­pach zawsze były dzieci. Pod­czas dwóch wypa­dów prze­rzu­cała tylko dzieci. Ich los spo­czy­wał w jej rękach – tylko od niej zale­żało, czy prze­trwają – i jak dotąd udało się zapew­nić bez­pie­czeń­stwo wszyst­kim jej tym­cza­so­wym pod­opiecz­nym.

– Uru­cha­miam moduł Sunvale i hiper­na­pęd. Masz czter­dzie­ści dwie sekundy – zamel­do­wało Friie­lan. Jego śniade palce poru­szały się spraw­nie pośród pokrę­teł i suwa­ków pul­pitu ste­row­ni­czego.

Avar wypu­ściła powie­trze z płuc i pozwo­liła, by wszystko wokół się roz­myło, prze­stało ist­nieć. Sku­piła się bez reszty na przy­go­to­wa­niach do medy­ta­cji, a żywa, pul­su­jąc pieśń Mocy znów obmyła ją i oto­czyła ze wszyst­kich stron, cał­kiem jakby ktoś pod­krę­cił gło­śność w odtwa­rza­czu.

Znała na pamięć dłu­gie ciągi cyfr, które skła­dały się na współ­rzędne tej trasy nad­prze­strzen­nej. Czuła ich rytm. A teraz pozwo­liła, by Moc prze­kształ­ciła je w refren, który mogła zaśpie­wać.

Friie­lan odli­czało dla niej ostat­nie sekundy, a kiedy oznaj­miło: – Star­tu­jemy – Avar pochy­liła się i pozwo­liła, by współ­rzędne wypły­nęły z jej umy­słu i prze­nik­nęły do jej pal­ców. Wpro­wa­dziła dane – szybko, pre­cy­zyj­nie – i poczuła, jak „Błę­kitne Pasmo” drży przy akom­pa­nia­men­cie cichego szumu, gdy sko­czyli w nad­prze­strzeń.

Oddy­chała spo­koj­nie, w ocze­ki­wa­niu na eks­plo­zję roz­bły­sku, który w mgnie­niu oka mógłby prze­rwać ich misję. Nie bała się ciszy natych­mia­sto­wej zagłady wsku­tek zde­rze­nia z fluk­tu­acjami gra­wi­ta­cyj­nymi Wału Burzo­wego. Te lęki zostały zare­zer­wo­wane dla kosz­ma­rów. Teraz była pora na naj­wyż­sze sku­pie­nie i radość z połą­cze­nia z Mocą.

Wpro­wa­dziła kolejne współ­rzędne – z taką samą pre­cy­zją.

Dała się porwać, pro­wa­dzić melo­dii Mocy. Była tylko kolej­nym z licz­nych gło­sów w jej nie­skoń­czo­nym chó­rze.

Sku­piła się na linii melo­dycz­nej lotu w nad­prze­strzeni i nasłu­chi­wała wska­zó­wek pilota. Wstu­kała następne koor­dy­naty, a gdy ostat­nie cyfry wyszły spod jej pal­ców, wydała z sie­bie dłu­gie, ciche wes­tchnie­nie.

Lekki wstrząs zasy­gna­li­zo­wał powrót „Błę­kit­nego Pasma” do zwy­kłej prze­strzeni.

– Dotar­li­śmy do punktu prze­ję­cia – zgło­siło Friie­lan. W jego gło­sie sły­chać było wyraźną ulgę.

Avar uśmiech­nęła się pod nosem, pozwa­la­jąc sobie przez chwilę cie­szyć się tym kolej­nym suk­ce­sem.

Nagle poczuła poprzez Moc fale nie­po­koju, napły­wa­jące od Friie­lana. Pod­nio­sła wzrok na ilu­mi­na­tor…

Lśniły za nim gwiazdy, a pośród nich – meta­lowe powłoki dzie­sią­tek dro­idów demon­ta­żo­wych.

Poczuła, jak jej ciało spo­wija chłód. Współ­rzędne punktu zbor­nego pocho­dziły z tego samego źró­dła, co zwy­kle – dla­czego nagle ktoś miałby ich zwa­bić w pułapkę? Po co chciałby ich ścią­gać do strefy śmierci przy­go­to­wa­nej przez Nihi­lów?

Friie­lan zaklęło pod nosem i zawró­ciło, a Avar prze­bie­gła przez kok­pit do sta­no­wi­ska łącz­no­ści i uru­cho­miła ska­ner.

– Jakieś ślady naszego kon­taktu?

Za ilu­mi­na­to­rem dro­idy demon­ta­żowe obu­dziły się do życia i zaczęły szybko zbli­żać się do „Błę­kit­nego Pasma”.

– Znaj­dziemy się w ich zasięgu za dzie­sięć… dzie­więć… Akty­wuję osłony – oznaj­miło Friie­lan. – Czy masz jakieś inne współ­rzędne, żeby­śmy mogli prze­sko­czyć, czy mam uru­cho­mić nawi­kom­pu­ter?

Avar przyj­rzała się odczy­tom na ekra­nie, sta­ra­jąc się igno­ro­wać nie­po­ko­jącą grupę punk­tów, sym­bo­li­zu­ją­cych dro­idy demon­ta­żowe.

– W pobliżu jest jakaś więk­sza jed­nostka… ale ma ozna­cze­nia Nihi­lów. „Krwawy Sęp” – powie­działa ponuro. Gdy wyj­rzała przez ilu­mi­na­tor, spo­strze­gła, że jeden z dro­idów jest już tuż-tuż, wycią­ga­jąc swoje meta­lowe chwy­taki w stronę ich lewej burty.

W tym samym momen­cie w kok­pi­cie ode­zwał się nie­zna­jomy głos:

– Tu „Świe­tli­sty Ptak”, hasło: „Thel­jiań­skie psy śnieżne słyną ze swo­jej wier­no­ści”.

– Och! – wykrztu­siła Avar i wdu­siła przy­cisk mikro­fonu, aby wypo­wie­dzieć odzew: – „Plinka to naj­grzecz­niej­sza sunia w galak­tyce”. Pro­szę, powiedz mi, że masz kody tych dro­idów demon­ta­żo­wych…

– Wła­śnie prze­sy­łamy – zapew­nił ją bez­tro­sko roz­mówca. – Wybacz­cie tę nie­spo­dziankę z dro­idami – testu­jemy kilka pomy­słów i mamy nadzieję, że Nihi­lom ni­gdy nie przyj­dzie do głowy, żeby szu­kać nas pośród tych paskud­nych maszy­nek.

– Cóż, jeśli cho­dzi o nas, to nie­spo­dzianka zde­cy­do­wa­nie się udała – stwier­dziła z prze­ką­sem Avar. – Oby wasze kody były aktu­alne…

– Odbie­ram – potwier­dziło napię­tym gło­sem Friie­lan. – I retrans­mi­tuję… Poszło!

Avar sku­piła się bez reszty na naje­żo­nych narzę­dziami dro­idach, z roz­my­słem odsu­wa­jąc od sie­bie wspo­mnie­nia wizgu ich pił i zgrzytu szpo­nów roz­ry­wa­ją­cych kadłub statku z taką łatwo­ścią, jakby był zro­biony z sen­tu­viań­skiego sera.

Nagle dro­idy demon­ta­żowe zasty­gły w bez­ru­chu…

Zawi­sły w prze­strzeni, jakby nagle ktoś odciął im wszyst­kim zasi­la­nie. Kody zadzia­łały.

– Dzięki, „Świe­tli­sty Ptaku” – wes­tchnęła Avar. – „Błę­kitne Pasmo” jest gotowe do pro­ce­dury doko­wa­nia. Czy może­cie pod­le­cieć?

– Przy­ją­łem, prze­sy­łam kody – potwier­dził nie­zna­jomy.

– Zejdę na dół, żeby ręcz­nie zabez­pie­czyć blo­kadę – powie­działa Avar. Nie było to konieczne, ale lubiła nad­zo­ro­wać wszystko oso­bi­ście, aby poma­gać dzie­ciom w poko­ny­wa­niu pozba­wio­nego gra­wi­ta­cji rękawa doku­ją­cego.

Friie­lan ski­nęło głową.

– Przejmę stery.

Avar zeszła na naj­niż­szy poziom, na któ­rym znaj­do­wała się śluza powietrzna. „Błę­kitne Pasmo” było śred­niej wiel­ko­ści trans­por­tow­cem, wypo­sa­żo­nym w trzy pokłady dla załogi, pod­sta­wowe sys­temy uzbro­je­nia, silne osłony i awa­ryjny moduł hiper­na­pędu. Zamiast jed­nak sko­rzy­stać z tur­bo­windy, Avar zeszła na dół po dra­bince za kwa­te­rami kapi­tana. Gdy dotarła do ładowni, w któ­rej znaj­do­wał się pier­ścień doku­jący, akty­wo­wała sys­tem cumow­ni­czy i cze­kała na sygnał od Friie­lana.

Kiedy nade­szło potwier­dze­nie, pilot „Świe­tli­stego Ptaka” poin­for­mo­wał:

– Roz­po­czy­nam pro­ce­durę doko­wa­nia.

Avar przy­słu­chi­wała się cichym szu­mom i stu­ko­tom, gdy „Pasmo” łączyło się z „Pta­kiem”. Jak dziw­nie łatwo było w takiej chwili zapo­mnieć o tym, że prze­by­wają na tery­to­rium wroga, pośród roju prze­ra­ża­ją­cych dro­idów demon­ta­żo­wych, cze­ka­ją­cych w uśpie­niu tuż za pane­lami poszy­cia kadłuba…

Świa­tła pier­ście­nia doku­ją­cego zami­go­tały na nie­bie­sko, a potem roz­ja­rzyły się czer­wie­nią, gdy klamry zostały zablo­ko­wane i roz­po­czął się pro­ces wyrów­ny­wa­nia ciśnie­nia w łącz­niku. Kiedy czer­wone lampki zga­sły, Avar obró­ciła zacisk zwal­nia­jący. Natych­miast roz­legł się sygnał ostrze­gaw­czy, ale zigno­ro­wała go i otwo­rzyła śluzę.

W ręka­wie cumow­ni­czym przy­trzy­mała się jed­nego z uchwy­tów, aby utrzy­mać rów­no­wagę. Od „Świe­tli­stego Ptaka” dzie­liło ją teraz tylko kilka kro­ków, a przez prze­ciw­le­głe drzwi zaczy­nali już prze­cho­dzić pierwsi pasa­że­ro­wie. Avar przy­wo­łała na twarz uprzejmy uśmiech, świa­doma, że wygląda jak zwy­kła człon­kini załogi, nie jak Jedi. Na czas misji prze­rzu­to­wej pozbyła się wszyst­kich atry­bu­tów zakonu, z wyjąt­kiem mie­cza świetl­nego. Teo­re­tycz­nie nie miało to więk­szego sensu, ponie­waż jej twarz od jakie­goś czasu znało co naj­mniej pół galak­tyki, ale uznała, że nie warto ryzy­ko­wać.

Pierw­szą osobą, która się­gnęła po jej dłoń, aby sko­rzy­stać z pomocy, był star­szy męż­czy­zna. Gdy dotarło do niej, że go roz­po­znaje, unio­sła ze zdu­mie­niem brwi, choć po chwili uświa­do­miła sobie, że wła­ści­wie powinna była się tego spo­dzie­wać.

To był Mar­lowe San Tekka, a tuż za nim stał jego mąż, Vel­lis.

Ostat­nim razem Avar widziała ich, gdy wraz z Elza­rem wybrali się na Naboo tuż po Wiel­kiej Kata­stro­fie Nad­prze­strzen­nej, aby pro­sić San Tek­ków o poradę w kwe­stiach zwią­za­nych z nad­prze­strze­nią. Ich pla­neta została wcie­lona do Strefy Oklu­zji jakiś czas temu, gdy ponow­nie prze­su­nięto gra­nice Wału Burzo­wego, a sami San Tek­ko­wie byli jed­nymi z osób na świecz­niku, któ­rzy roz­pacz­li­wie chcieli stam­tąd uciec.

– Mar­lowe San Tekka – powie­działa, chwy­ta­jąc go za rękę i deli­kat­nie pocią­ga­jąc w stronę wyj­ścia. – Witamy na pokła­dzie „Błę­kit­nego Pasma”.

– Mistrzyni Kriss – odparł chra­pli­wym, zmę­czo­nym gło­sem. – Nie spo­dzie­wa­łem się tu zastać aku­rat cie­bie.

– Może powi­nie­neś – mruk­nął cicho jego mąż, Vel­lis.

Avar uśmiech­nęła się do nich.

– Ostroż­nie – rzu­ciła, poma­ga­jąc im przejść przez śluzę.

Za nimi podą­żyło kilka innych osób, w tym kobiety, męż­czyźni i trójka star­szych dzieci, ubra­nych w nabo­oań­skie szaty, a także przy­sa­dzi­sty Ugnau­ght, któ­rego Avar natych­miast roz­po­znała.

– Belin?! – wykrzyk­nęła zdu­miona, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha.

Ugnau­ght pode­rwał głowę, odwza­jem­nia­jąc jej uśmiech.

– Jedi! – powie­dział. – Współ­czuję, że musia­łaś tak szybko wró­cić na tę zafaj­daną stronę galak­tyki.

Nad jego ramie­niem prze­fru­nął mały okrą­gły droid kame­rzy­sta, mru­ga­jąc świa­teł­kami i popi­sku­jąc cicho. Belin prze­wró­cił oczami, ale Avar dostrze­gła w nich dziwny błysk, gdy oznaj­mił:

– Rhil też tu jest.

Odsu­nęła się na bok, aby mógł przejść, ale pod­szedł i zamknął ją w uści­sku tak moc­nym, że aż roze­śmiała się mimo­wol­nie.

– Nie mia­łam poję­cia, że współ­pra­cu­je­cie z naszymi sojusz­ni­kami – powie­działa, gdy wresz­cie wypu­ścił ją z objęć. – Choć pew­nie powin­nam była się tego spo­dzie­wać.

– Zwy­kle nie zawra­camy sobie głowy takimi rze­czami – przy­znał Belin – ale Rhil i ja mamy inte­res do Boha­terki z Het­zala…

Rozdział czwarty

STREFA OKLU­ZJI

Avar skon­tak­to­wała się z Friie­la­nem, pro­sząc piloto, aby pomo­gło uchodź­com roz­go­ścić się w ich kwa­te­rach, pod­czas gdy sama udała się na pokład „Świe­tli­stego Ptaka”, żeby ode­brać wła­sno­ręcz­nie pakiety danych z wia­do­mo­ściami i infor­ma­cjami wywia­dow­czymi. Wcze­śniej oso­bi­ście dopil­no­wała, by każdy z nowych pasa­że­rów „Błę­kit­nego Pasma” wsiadł do tur­bo­windy. Pokle­py­wała ich po ramio­nach i uśmie­chała się do nich krze­piąco, zapew­nia­jąc, że wkrótce wróci i że za nie­całą godzinę będą już po dru­giej stro­nie Wału Burzo­wego.

Wszy­scy zda­wali sobie sprawę z ryzyka, z jakim wią­zała się ta wyprawa – ina­czej by ich tu nie było. Avar nie musiała im o tym przy­po­mi­nać. Lepiej było oka­zy­wać zamiast tego pew­ność sie­bie i wiarę w to, że im się uda. I tak już sta­now­czo zbyt wielu z nich wybu­chało pła­czem, gdy wyja­wiała im swoje imię.

Kiedy wysłała ostat­niego na wyż­szy poziom, odwró­ciła się do Belina. Miło było go znów zoba­czyć po nie­mal trzech mie­sią­cach, które minęły od ich roz­sta­nia – i to w tak nie­spo­dzie­wa­nych oko­licz­no­ściach. Poznała go pod­czas tych ostat­nich trud­nych tygo­dni w prze­strzeni Nihi­lów. To było dość sza­lone spo­tka­nie, bo ni­gdy nie spo­dzie­wa­łaby się, że zyska tak lojal­nego sojusz­nika pod­czas tam­tej kar­ko­łom­nej misji, kiedy to porwała sta­tek dostaw­czy Nihi­lów, aby dostar­czyć zboże gło­du­ją­cym. Jed­nak od tam­tej pory Belin wspie­rał ją we wszyst­kim, co robiła, i towa­rzy­szył jej, dopóki nie spo­tkał Rhil Dairo. Wów­czas posta­no­wił zostać z byłą repu­bli­kań­ską repor­terką, aby kon­ty­nu­ować ich misję po tym, jak Avar opu­ściła Strefę Oklu­zji.

Belin był zgryź­liwy i nie­ustę­pliwy, ale można było na nim pole­gać. Avar darzyła go bez­gra­nicz­nym zaufa­niem i cie­szyła się, że będzie miała oka­zję odwdzię­czyć mu się za wszyst­kie przy­sługi, jakie jej wyświad­czył.

Mimo to czuła lekki nie­po­kój z powodu tego, jak sfor­mu­ło­wał swoją prośbę. Wcze­śniej był z nią na oku­po­wa­nym przez Nihi­lów Het­zalu…

– Miło cię widzieć – powie­działa, kie­ru­jąc się w stronę pier­ście­nia doku­ją­cego.

– Mnie cie­bie też, Avar! – zawo­łała Rhil Dairo z otwar­tej śluzy „Świe­tli­stego Ptaka”.

Mały droid kame­rzy­sta prze­mknął przez krótki kory­tarz z taką pręd­ko­ścią, że nie­mal ude­rzył w pierś Rhil.

– Pani przo­dem – rzu­cił Belin, skła­da­jąc Avar żar­to­bliwy ukłon. Roz­ko­szo­wała się pokrze­pia­ją­cym uczu­ciem, jakie budziła w niej jego obec­ność, gdy za pomocą uchwy­tów prze­su­wała się wzdłuż rękawa w kie­runku Rhil. Miała przy­ja­ciół w całej galak­tyce, zwłasz­cza w sze­re­gach zakonu i na Coru­scant, ale miło było przy­po­mnieć sobie, że ma ich rów­nież w prze­strzeni Nihi­lów.

Rhil Dairo z uśmie­chem wycią­gnęła do niej rękę, aby pomóc jej wejść na pokład „Świe­tli­stego Ptaka”. Teraz, gdy Avar była bli­żej, dostrze­gła, że ciem­no­skóra repor­terka znów dys­po­nuje peł­nym kom­ple­tem swo­ich cyber­ne­tycz­nych mody­fi­ka­cji. Kiedy widziały się po raz ostatni, Rhil miała tylko moduł wmon­to­wany w skroń i oko­lice oczo­dołu – po tym, jak utra­ciła wizjer i łącze z dro­idem kame­rzy­stą.

Dairo chwy­ciła ją za obie dło­nie. Choć wciąż się uśmie­chała, jej głos brzmiał rze­czowo i nieco ofi­cjal­nie, gdy zapew­niała:

– To nie potrwa długo. Dzię­kuję, że zgo­dzi­łaś się poświę­cić nam czas.

– O co dokład­nie cho­dzi?

– Naj­le­piej niech wyja­śni to sam mózg ope­ra­cji – mruk­nął Belin zza ple­ców Avar, pstry­ka­jąc kil­koma przy­ci­skami, aby prze­łą­czyć rękaw cumow­ni­czy w tryb czu­wa­nia.

– Jasne, Beli­nie – potwier­dziła Rhil i wska­zała na dro­ida uno­szą­cego się nad jej ramie­niem. – To T-9. Obec­nie nie nagrywa, ale na­dal widzę to samo, co on.

– Cie­szę się, że go odzy­ska­łaś.

– T-9 był na Ben­to­rze – tam, gdzie go utra­ci­łam. – Rhil nie­mal czule wycią­gnęła rękę do swo­jego mecha­nicz­nego przy­ja­ciela, cał­kiem jakby chciała nagro­dzić piesz­czotą pupila. – Jego odna­le­zie­nie było naszą pierw­szą misją ratun­kową.

T-9 wydał z sie­bie serię szu­mów i pisków, gdy zapusz­czali się wraz z Avar w głąb „Świe­tli­stego Ptaka”.

To był nie­wielki, sta­ro­modny sta­tek poszu­ki­waw­czy, podobny do wielu innych spo­ty­ka­nych na Zewnętrz­nych Rubie­żach, czę­sto prze­bu­do­wy­wa­nych i mody­fi­ko­wa­nych do peł­nie­nia róż­nych ról. Widać było wyraź­nie, że ten kon­kretny egzem­plarz został kie­dyś wypo­sa­żony w naj­no­wo­cze­śniej­szy sprzęt i luk­su­sowe udo­god­nie­nia, choć ich sty­li­styka dawno wyszła już z mody, a moduły pokry­wały liczne rysy i szramy. Tu i ówdzie dało się rów­nież dostrzec ślady typo­wych cha­otycz­nych prze­ró­bek Nihi­lów. Avar zasta­na­wiała się, czy kie­dy­kol­wiek miał dzia­ła­jący sil­nik Ścieżki.

– Co pora­bia­li­ście, odkąd się ostat­nio widzie­li­śmy? – zagad­nęła, gdy pro­wa­dzili ją po spi­ral­nych scho­dach do wspól­nej prze­strzeni kam­buza.

– Tro­chę nam zajęło nawią­za­nie kon­taktu z odpo­wied­nimi sojusz­ni­kami – wyja­śniła Rhil. – Nawet gdy zaczę­łam nada­wać rela­cje na sta­rych czę­sto­tli­wo­ściach EX. Czę­sto prze­no­si­li­śmy się z miej­sca na miej­sce, żeby nas nie namie­rzono, i szu­ka­li­śmy lep­szych pod­sta­cji, żeby uzy­skać więk­szy zasięg. Wła­ści­wie to Cair zna­lazł nas. – Uśmiech­nęła się pod nosem. – Acz­kol­wiek Belin nie był zachwy­cony spo­so­bem, w jaki to zro­bił. Do prze­ka­za­nia zako­do­wa­nej wia­do­mo­ści użył… pie­śni bojo­wej Nihi­lów.

– Aż mi uszy krwa­wiły! – poskar­żył się Ugnau­ght, wspi­na­jąc się za nimi po scho­dach.

– Masz po pro­stu sta­ro­świecki gust, sta­ruszku – oznaj­mił ten sam rado­sny głos, który powi­tał Avar i Friie­lana, gdy dotarli do punktu zbor­nego.

Mistrzyni Jedi odwró­ciła się w stronę kory­ta­rza, który praw­do­po­dob­nie pro­wa­dził do kok­pitu. Jej palce odru­chowo powę­dro­wały do ręko­je­ści mie­cza świetl­nego, ale szybko opu­ściła dłoń.

– Avar Kriss – powie­działa Rhil – poznaj Caira San Tekkę, mózg i serce siatki bun­tow­ni­ków po tej stro­nie Wału Burzo­wego.

– Po pro­stu jed­nego z nich – popra­wił ją z uśmie­chem Cair. – Gdy byłem młod­szy, zde­cy­do­wa­nie wola­łem okre­śle­nie „anar­chi­sta”, ale te nihil­skie dra­nie sku­tecz­nie mi go obrzy­dziły.

San Tekka miał na oko dwa­dzie­ścia kilka lat, był wysoki i szczu­pły. Wspie­rał się nie­dbale bio­drem o gródź, ubrany w obci­sły czarny kom­bi­ne­zon pilota i sfa­ty­go­waną czarną szatę, prze­wią­zaną w nad­garst­kach czer­wo­nymi wstąż­kami. Miał śniadą skórę, a czarne włosy zwią­zał w nie­dbały kok. Kiedy uśmiech­nął się do Avar, w kąci­kach jego brą­zo­wych, lekko sko­śnych oczu utwo­rzyły się zmarszczki. Przy­ło­żył dło­nie do piersi i skło­nił jej się zalot­nie.

Avar nie kryła roz­ba­wie­nia, ale sta­rała się zama­sko­wać zdzi­wie­nie wywo­łane świa­do­mo­ścią, że ktoś tak młody pełni tak odpo­wie­dzialną funk­cję.

– Cair San Tekka? – powtó­rzyła, siląc się na lekki ton. – Czy jesteś może spo­krew­niony z Mar­lowe’em i Vel­li­sem?

– Ow­szem – potwier­dził. – To moi dalecy kuzyni, ale wszy­scy nazy­wamy ich po pro­stu wujami. Wiesz pew­nie, jacy są San Tek­ko­wie…

– Przy­go­tuję tro­chę tej muli­stej her­baty – zapro­po­no­wał Belin, pod­cho­dząc do sze­regu paneli na ścia­nie kam­buza. – I lepiej się pośpieszmy, zanim dro­idy demon­ta­żowe zwę­szą, że coś jest nie tak.

– Dobry pomysł – oce­nił Cair. Spoj­rzał na Rhil, która ski­nęła głową i gestem zapro­siła Avar, by usia­dła na ławce przy stole wyglą­da­ją­cym na bar­dzo stary, z praw­dzi­wego drewna, o bla­cie pokry­tym licz­nymi pla­mami i rysami.

– Mie­li­ście może jakieś wie­ści o Por­te­rze? – spy­tała mistrzyni Jedi, zwra­ca­jąc się do Rhil szep­tem, choć i tak pozo­stali z pew­no­ścią ją sły­szeli.

Kobieta potrzą­snęła głową i wyraź­nie posmut­niała.

– „Dawna Kata­strofa” została znisz­czona nad Seswenną, a Nihi­lo­wie i dro­idy demon­ta­żowe natych­miast zja­wili się na miej­scu kata­strofy. Gene­rał Viess prze­żyła, być może Por­ter rów­nież, ale… nie sły­sze­li­śmy nic na temat jego dal­szych losów.

– Wie­dzie­li­by­śmy, gdyby został schwy­tany przez Nihi­lów – wtrą­cił Cair San Tekka. Odrzu­cił teatral­nym gestem połę swo­jej kurtki, zajął miej­sce za sto­łem, a następ­nie poło­żył sple­cione dło­nie na bla­cie, demon­stru­jąc osten­ta­cyj­nie cyber­ne­tyczną pro­tezę lewej ręki. Była wyko­nana z ele­ganc­kiego czar­nego stopu, z ciem­no­czer­wo­nymi prze­gu­bami, wyraź­nie dopa­so­wana do sty­li­styki jego ubioru. Sam fakt, że mógł sobie pozwo­lić na coś takiego, był wido­mym świa­dec­twem jego pokre­wień­stwa z San Tek­kami z Naboo.

Avar pozwo­liła, by w jej sercu roz­go­rzała iskierka nadziei. Jeśli kto­kol­wiek mógł prze­żyć coś takiego, to tylko i wyłącz­nie Por­ter Engle.

– Belin powie­dział, że macie do mnie jakąś prośbę?

– Zga­dza się. Mamy. – Bez­tro­skę Caira bły­ska­wicz­nie zastą­piła śmier­telna powaga – zmiana zaszła tak płyn­nie, że nie­je­den Jedi mógłby mu pozaz­dro­ścić umie­jęt­no­ści kon­tro­lo­wa­nia wła­snych emo­cji. Jedno było pewne: Cair San Tekka był dosko­na­łym akto­rem. Gdy pod­chwy­cił spoj­rze­nie Avar, w jego brą­zo­wych oczach lśniła głę­boka szcze­rość. – Znasz Belina i Rhil, więc wiesz, do czego są zdolni – zwłasz­cza ona. Stała się gło­sem pod­zie­mia w prze­strzeni Nihi­lów. Nadaje głów­nie pod­trzy­mu­jące na duchu prze­sła­nia i zako­do­wane wska­zówki dla tych, któ­rzy potrze­bują pomocy. Jest naprawdę nie­sa­mo­wita. – Obda­rzył Rhil krzy­wym uśmiesz­kiem.

Repor­terka ski­nęła tylko głową, naj­wy­raź­niej przy­zwy­cza­jona do jego flir­ciar­skich zagry­wek, a przy­go­to­wu­jący her­batę Belin par­sk­nął. Mimo to Cair wciąż się uśmie­chał, kom­plet­nie nie­zra­żony.

– Zasad­ni­czo sta­ramy się pod­no­sić morale – jak tylko zdo­łamy. Prze­kie­ro­wu­jemy trans­mi­sje do róż­nych boi komu­ni­ka­cyj­nych lub nada­jemy na czę­sto­tli­wo­ściach ukła­do­wych, aby zakłó­cić łącz­ność Nihi­lów i sze­rzyć nasz prze­kaz. Aby istoty po tej stro­nie Wału wie­działy, że tutaj, pod jarz­mem najeźdź­ców, wciąż jest ktoś, na kogo mogą liczyć. – Pochy­lił się w stronę Avar. – Z pew­no­ścią wiesz, że naj­lep­szym spo­so­bem na pod­trzy­ma­nie kogoś na duchu jest zapew­nie­nie mu celu, do któ­rego mógłby dążyć. Nawet jeśli opiera się to na czymś tak abs­trak­cyj­nym jak…

– …nadzieja – dokoń­czyła za niego Avar.

– Dokład­nie tak. – Cair San Tekka ski­nął głową i poło­żył dło­nie pła­sko na obdra­pa­nym drew­nia­nym bla­cie. – Chcie­li­by­śmy, żebyś nagrała jedną – albo, szcze­rze powie­dziaw­szy, może nawet dzie­sięć wia­do­mo­ści. Tyle, ile tylko zdo­łasz.

– Komu­ni­katy pod­no­szące morale. – Avar z całej siły sta­rała się nie marsz­czyć brwi. Rozu­miała. Naprawdę. Ale coś takiego… będzie miało swoje kon­se­kwen­cje.

– Dokład­nie. – Rhil przy­szła Cairowi w sukurs. – Jeśli ty, Avar Kriss, Boha­terka z Het­zala, zdo­łasz prze­mó­wić do nich w naszym imie­niu, będzie to miało sil­niej­szy wydźwięk niż wszystko, co zdo­ła­li­by­śmy powie­dzieć sami. Ty – osoba, któ­rej się udało. I która wciąż wraca, aby poma­gać.

Avar potrzą­snęła głową.

– Ja… wola­ła­bym niczego nie pro­wo­ko­wać. Nie sądzę, aby publiczne chwa­le­nie się tym, że mogę swo­bod­nie poko­ny­wać Wał Burzowy, było dobrym pomy­słem.

– To nie prze­chwałka – powie­działa z naci­skiem Rhil. – Tylko obiet­nica.

Belin posta­wił na stole tacę z czte­rema paru­ją­cymi kub­kami.

– Oni i tak już wie­dzą, że prze­kra­cza­cie Wał, Jedi – powie­dział, poda­jąc jej jeden z kub­ków.

– Naprawdę?

– Zga­dza się – potwier­dził Cair. – Robi­cie to od tygo­dni, dopro­wa­dza­jąc Nihi­lów do szału – a przy­naj­mniej tak twier­dzi moje źró­dło w ich sze­re­gach.

– Ale nie wie­dzą, jak udaje wam się tego doko­nać – dopo­wie­działa Rhil. – Nie są w sta­nie tego roz­gryźć, co nie­zbyt dobrze wpływa z kolei na ich morale.

Avar zmru­żyła oczy i wbiła wzrok w Caira San Tekkę.

– Kto jest twoim źró­dłem? Jak udało ci się nawią­zać kon­takt z kimś spo­śród nich? Czy to on dostar­cza ci zmien­nych kodów Ście­żek, dzięki któ­rym możemy prze­kra­czać Wał Burzowy? Jeśli masz szpiega w sze­re­gach Nihi­lów, powin­nam o tym wie­dzieć…

Uśmiech Caira stał się bar­dziej dra­pieżny.

– Nic z tego. Ale zapew­niam cię, że ufam mu bez­gra­nicz­nie.

Belin wydał z sie­bie zdu­szony jęk, a Rhil rzu­ciła:

– Są mał­żeń­stwem. Lepiej go nie pod­ju­dzaj.

Avar dosłow­nie zatkało. Tego się nie spo­dzie­wała. Mil­czała, wpa­tru­jąc się w Caira San Tekkę i wsłu­chu­jąc w Moc, w pod­szepty swo­ich instynk­tów, wyostrzo­nych przez dzie­się­cio­le­cia tre­ningu. Wszystko pod­po­wia­dało jej: on mówi prawdę. Oni wszy­scy mają rację.

Mimo to… musiała wie­dzieć wię­cej. Głów­nym powo­dem, dla któ­rego Jedi i KOR na­dal mieli zwią­zane ręce, zmu­szeni ogra­ni­czyć swoje dzia­ła­nia do tych zakro­jo­nych na nie­zbyt dużą skalę misji, był brak wystar­cza­ją­cych infor­ma­cji wywia­dow­czych. Jeśli kon­takt tego całego Caira w sze­re­gach Nihi­lów miał dostęp do kodów Ścieżki, z pew­no­ścią mógłby pomóc Jedi zlo­ka­li­zo­wać główne źró­dło zasi­la­nia Wału Burzo­wego. A wtedy mogliby zmo­bi­li­zo­wać grupę ude­rze­niową, aby to wszystko zakoń­czyć, raz na zawsze.

– Prze­każ swo­jemu kon­tak­towi, że musimy się dowie­dzieć, jak znisz­czyć Wał Burzowy.

– Pra­cuję nad tym – zapew­nił ją Cair.

– Jeśli będzie to konieczne, możemy go chro­nić. Spro­wadź go do prze­strzeni Repu­bliki, zapew­nij mu bez­pie­czeń­stwo. To obiet­nica, którą jestem gotowa zło­żyć jako Boha­terka z Het­zala.

– Prze­każę mu to – odburk­nął młody San Tekka, lekko poiry­to­wany.

– W porządku. – W tej chwili Avar nie mogła zro­bić nic wię­cej. Objęła gorący kubek dłońmi, ale nie upiła naparu. – Czy jeśli nagram dla was wia­do­mość, Nihi­lo­wie nie spró­bują się zemścić?

Cair San Tekka postu­kał cyber­ne­tycz­nym pal­cem w stół.

– Pew­nie spró­bują. Acz­kol­wiek – pochy­lił się, uprze­dza­jąc pro­te­sty Avar – oni i tak już zabi­jają, kogo im się żyw­nie podoba. Jutro zabiją sto osób, a poju­trze tysiąc. Skoro i tak to zro­bią, czy nie powin­ni­śmy spró­bo­wać wszyst­kiego, co w naszej mocy, aby łago­dzić nie­po­koje? Pod­no­sić na duchu tych, któ­rzy tracą nadzieję? Nie mamy wpływu na to, kto zgi­nie – możemy tylko sta­rać się przy­po­mi­nać żyją­cym, że wciąż jest coś, o co warto wal­czyć.

Avar przy­glą­dała mu się bez słowa. W jego spoj­rze­niu pło­nęła pasja, ale nuty jego melo­dii w Mocy były zaska­ku­jąco czy­ste i dźwięczne, cał­kiem jakby ryzyko, na które się świa­do­mie pisał, było tylko teo­rią, czymś abs­trak­cyj­nym. Nie zauwa­żała w nim despe­ra­cji – jedy­nie współ­czu­cie. Nie wyglą­dał na zła­ma­nego przez opre­sję Nihi­lów. Wyczu­wała w nim nie­po­kój, ow­szem, ale nie spra­wiał wra­że­nia kogoś zdru­zgo­ta­nego. Poczuła ukłu­cie bólu na myśl o tym, że to tylko kwe­stia czasu, nim to się zmieni. Nie mogła jed­nak zaprze­czyć praw­dzie i temu, że zwy­czaj­nie w niego wie­rzy. To prze­ko­na­nie rezo­no­wało w Mocy echem, napie­rało na nią nie­ustę­pli­wie jak fala ude­rze­niowa. W głębi duszy Avar cie­szyła się, że na­dal są istoty takie jak ten młody czło­wiek, gotowe robić to, co słuszne.

Belin wes­tchnął ciężko.

– Jedi, nawet Rhil dała się prze­ka­ba­cić temu dzie­cia­kowi.

Cair zare­ago­wał na jego uwagę gło­śnym, ura­żo­nym prych­nię­ciem, ale Rhil ude­rzyła Ugnau­ghta w ramię i roze­śmiała się bez­tro­sko.

– Nie da się ukryć, Beli­nie – powie­działa, uśmie­cha­jąc się od ucha do ucha. – Znam swój arse­nał i wiem, jak zro­bić z niego naj­lep­szy uży­tek.

Gdy Avar tak na nich patrzyła – na zrzę­dli­wego pilota, sza­loną repor­terkę i zapa­lo­nego bojow­nika o wol­ność, wymie­nia­ją­cych w przy­ja­ciel­skiej atmos­fe­rze uwagi na tematy tyleż waż­kie, co śmier­tel­nie nie­bez­pieczne, iskierka nadziei w jej sercu zapło­nęła jesz­cze jaśniej.

– W porządku. – Uśmiech­nęła się do nich. – Zróbmy to.

Rozdział piąty

OANNE, PRZE­STRZEŃ REPU­BLIKI, GRA­NICA STREFY OKLU­ZJI

Bur­ry­aga czuł się bez­gra­nicz­nie sfru­stro­wany.

Leśny świat Oanne był jedną z nie­wielu odwie­dzo­nych przez niego pla­net, na któ­rych umiał posłu­gi­wać się głów­nym języ­kiem tubyl­ców. Pro­blem w tym, że mimo to nie potra­fił się z nimi poro­zu­mieć.

Jego przy­ja­ciel, rycerz Jedi Bell Zet­ti­far, sta­rał się go pocie­szać, jak tylko zdo­łał: