Srebrzyste wizje. Tom 3. Inni - Anne Bishop - ebook

16 osób właśnie czyta

Opis

Inni uwolnili  więzione przez ludzi cassandra sangue, nie zdając sobie sprawy z tego, jak poważne konsekwencje będzie to miało dla wieszczek. Tym delikatnym istotom grozi teraz podwójne niebezpieczeństwo – ze strony ludzi, którzy dla swoich niecnych celów chcą kontrolować ich przepowiednie, ale też ze strony ich samych. W tej sytuacji Simon Wilcza Straż, zmiennokształtny przywódca Innych, zmuszony jest prosić o pomoc Meg Corbyn, wystawiając ją na wielkie ryzyko.

Meg nadal walczy z uzależnieniem od euforii, która pojawia się przy wygłaszaniu przepowiedni. Wie, że za każdym razem, gdy sięga po brzytwę, igra ze śmiercią, jednak jej wizje są dla Simona jedyną szansą na rozwiązanie konfliktu. Wrogowie Innych za Atlantikiem rosną w siłę, a działania fanatycznego ruchu w Thaisii zaczynają zagrażać Dziedzińcowi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 526

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ANNE BISHOP

Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska

Kraków 2015

Dla Jennifer Crow

Tytuł oryginału: Vision in silver

Copyright © Anne Bishop, 2015

All rights reserved

www.annebishop.com

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM

Tłumaczenie z języka angielskiego: Monika Wyrwas-Wiśniewska

Redakcja i korekta: Natalia Musiał

Projekt okładki, skład i łamanie: Patryk Lubas

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

Fotografie użyte na okładce:

© Andrey Kiselev - Fotolia.com

© andreiuc88 - Fotolia.com

Grafika na stronach rozdziałowych © Roman Malyshev

www.shutterstock.com

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-41-5

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail:[email protected]

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Spis treści

Podziękowania

NAMID – świat

Plan Lakeside

Dziedziniec w Lakeside

Krótka historia świata

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Pamietnik Elayne Borden

Rozdział 57

Rozdział 58

„Czarne Kamienie” – nowe wydanie trylogii już jesienią 2015

Cykl efemera

Podziękowania

 

 

Chciałabym jak zawsze podziękować Blairowi Boone za to, że jest moim pierwszym czytelnikiem, a także za informacje na temat zwierząt i innych rzeczy, które wykorzystałam do tworzenia świata Innych. Dziękuję też Debrze Dixon, która była moim drugim czytelnikiem i zapoznała mnie z procedurami policyjnymi, Dorannie Durgin, która zajmuje się moją stroną internetową, Adrienne Roehrich, która prowadzi mój fan page na Facebooku, Nadine Fallacaro za informacje medyczne, Anne Sowards i Jennifer Jackson, których uwagi pomagają mi pisać lepsze historie, Jennifer Crow za comiesięczne wesołe spotkania i wymieniane na nich informacje oraz Pat Feidner, która jak zwykle służyła mi radą i oparciem.

Chciałabym szczególnie podziękować osobom, które użyczyły swych imion i nazwisk postaciom z tej książki, wiedząc, że będzie to jedyny łącznik pomiędzy rzeczywistością a fikcją: Bobbie Barber, Elizabeth Bennefeld, Blairowi Boone, Douglasowi Burke, Starr Corcoran, Jennifer Crow, Lornie MacDonald Czarnota, Julie Czerneda, Rogerowi Czerneda, Merri Lee Debany, Michaelowi Debany, Mary Claire Eamer, Sarah Jane Elliott, Chrisowi Fallacaro, Danowi Fallacaro, Mike’owi Fallacaro, Nadine Fallacaro, Jamesowi Alanowi Gardnerowi, Mantovaniemu „Monty’emu” Gay, Julie Green, Lois Gresh, Ann Hergott, Larze Herrera, Robertowi Herrera, Danielle Hilborn, Heather Houghton, Pameli Ireland, Lorne’owi Katesowi, Allison King, Janie Paniccia, Jennifer Margaret Seely, Denby „Skip” Stowe’mu, Ruth Stuart i Johnowi Wulfowi.

NAMID – świat

Kontynenty i terytoria (jak dotąd)

Afrikah

Australis

Brytania/Dzika Brytania

Celtycko-Romańska Wspólnota Narodów/Cel-Romania

Felidae

Kościste Wyspy

Burzowe Wyspy

Thaisia

Tokhar-Chin

Zelande

Wody

Wielkie Jeziora: Największe, Tala, Honon, Etu i Tahki

Pozostałe jeziora: Jeziora Piór/Jeziora Palczaste

Rzeka: Talulaha/Wodospad Talulaha

Góry

Addirondak, Skaliste

Miasta i wioski

Przystań Przewoźników, Centrum Północ-Wschód (Dyspozytornia), Georgette, Laketown, Podunk, Sparkletown, Talulah Falls, Toland, Orzechowy Gaj, Pole Pszenicy

Plan Lakeside

Dziedziniec w Lakeside

Pracownia

krawiecka/mieszkania służbowe

Coś

na

Ząb

Zabójczo

Dobre

Lektury

Siup

i Łup

Świetlica

Garaże

Galeria

i pracownia Henry’ego

Biuro

łącznika

Konsula

t

Trzy

P

Parking

dla pracowników

Parking

dla klientów

Krótka historia świata

Dawno, dawno temu Namid zrodziła wszelkie istoty żywe – w tym te nazywane ludźmi. Podarowała ludziom żyzne obszary samej siebie i wodę zdatną do picia, a znając ich delikatną naturę, jak również naturę innych swoich dzieci, odizolowała ich, by mieli szansę przeżyć i rozwijać się. Ludzie dobrze wykorzystali tę szansę. Nauczyli się budować domy i krzesać ogień. Nauczyli się uprawiać ziemię i wznosić miasta. Zbudowali też łodzie i zaczęli łowić ryby w Morzu Śródziemnym i Morzu Czarnym. Rozmnażali się i rozprzestrzeniali po swojej części świata, aż natrafili na dzikie miejsca. To wtedy odkryli, że resztę świata zasiedlają inne dzieci Namid. Jednak Inni nie dostrzegli w ludziach zdobywców. Dostrzegli w nich nowy rodzaj mięsa.

Tak zaczęły się wojny o dzikie miejsca. Czasami ludzie wygrywali i rozprzestrzeniali się nieco bardziej, częściej jednak znikały całe fragmenty ich cywilizacji, a ci, którzy ocaleli, trzęśli się ze strachu, słysząc wycie wilków. Zdarzało się też, że ktoś za bardzo oddalił się od domu, a rano znajdowano go martwego, pozbawionego krwi.

Mijały wieki. Ludzie zbudowali większe statki i przepłynęli Atlantyk. Kiedy natrafili na dziewiczy ląd, na wybrzeżu zbudowali osadę. Wówczas odkryli, że i to miejsce zajęte jest przez terra indigena, czyli tubylców ziemi. Innych.

Terra indigena rządzący kontynentem nazywanym Thaisią poczuli gniew, gdy ludzie zaczęli wycinać drzewa i orać ziemię, która nie należała do nich. Zjedli więc osadników i nauczyli się przybierać ich kształt, tak jak wcześniej wielokrotnie nauczyli się przybierać kształt innego mięsa.

Druga fala osadników znalazła opuszczoną osadę i ponownie spróbowała ją zasiedlić.

Ich również zjedli Inni.

Na czele trzeciej fali osadników stał człowiek, który był mądrzejszy niż jego poprzednicy. Zaproponował Innym ciepłe koce, materiał na ubrania i interesujące błyszczące przedmioty – w zamian za zgodę na zajęcie osady i uprawę okolicznej ziemi. Inni uznali, że to uczciwa wymiana, i opuścili tereny użyczone ludziom. Otrzymali więcej prezentów w zamian za prawo do polowań i połowu ryb. Taki układ zadowalał obie strony, choć jedna z trudem tolerowała nowe sąsiedztwo, a druga ogradzała swe osady i żyła w ciągłym strachu.

Płynęły lata, osadników przybywało. Wielu umierało, ale wielu wiodło się całkiem dobrze. Osady rozrastały się w wioski, te w miasteczka, a te z kolei w miasta. Stopniowo ludzie rozprzestrzenili się po całej Thaisii na ziemiach użyczonych im przez Innych.

Mijały wieki. Ludzie byli bystrzy, ale Inni również. Ludzie wynaleźli elektryczność i kanalizację. Inni kontrolowali wszystkie rzeki, które zasilały generatory, i wszystkie jeziora, które dostarczały wody pitnej. Ludzie wynaleźli silniki parowe i centralne ogrzewanie. Inni kontrolowali zasoby paliwa potrzebnego do pracy silników i ogrzewania domów. Ludzie wynajdowali i produkowali różne rzeczy. Inni kontrolowali surowce, a zatem decydowali o tym, co można, a czego nie można produkować w ich części świata.

Oczywiście zdarzały się konflikty i niektóre ludzkie miasta znów pochłonął las. Wreszcie ludzie pojęli, że to terra indigena rządzą Thaisią i tylko koniec świata może to zmienić.

Obecnie sytuacja kształtuje się następująco: na ogromnych terenach należących do Innych rozrzucone są niewielkie ludzkie osady. W większych miastach znajdują się ogrodzone parki nazywane Dziedzińcami, gdzie mieszkają Inni, których zadaniem jest obserwowanie ludzi i pilnowanie przestrzegania umów, jakie zawarli z terra indigena. Po jednej stronie wciąż panuje niechętna tolerancja – a po drugiej strach. Ale jeśli ludzie będą ostrożni, przetrwają. Przynajmniej niektórzy z nich.

Rozdział 1

Czwartek, 10 maja

Meg Corbyn weszła do łazienki na zapleczu biura łącznika z ludźmi i starannie rozłożyła przyniesione ze sobą przedmioty. W myślach nazywała je przyborami do wieszczenia: środek antyseptyczny, bandaże i składana srebrna brzytwa z dekoracyjnie grawerowaną rączką; po jednej stronie zdobiły ją liście i kwiaty, a po drugiej, zwykłymi literami, wypisano jej oznaczenie – cs75. Przez dwadzieścia cztery lata Meg nosiła je zamiast imienia.

Teraz miała własne imię i prawdziwe mieszkanie zamiast sterylnej celi. W kompleksie, gdzie dorastała i przeszła szkolenie – i gdzie ją wykorzystywano – miała tylko jedną przyjaciółkę. Jean nikomu nie pozwalała zapomnieć, że kiedyś miała prawdziwy dom i rodzinę. I to właśnie Jean pomogła jej uciec.

Obecnie miała wielu przyjaciół, choć większość z nich nie była ludźmi. To terra indigena, tubylcy ziemi nazywani też Innymi, dali jej szansę na samodzielne życie i pomagali jej uporać się z nałogiem, który w końcu by ją zabił. Simon Wilcza Straż, przywódca Dziedzińca w Lakeside, twierdził nawet, że widział kiedyś wieszczkę krwi, która dożyła sędziwego wieku. Meg bardzo chciała wierzyć, że to możliwe i miała nadzieję, że dzisiejszy eksperyment pokaże jej, jak to osiągnąć.

Sprawdziwszy, czy wszystko jest na miejscu, usiadła na zamkniętej klapie sedesu, w oczekiwaniu na Merri Lee, pełniącą rolę jej słuchacza i interpretatora wizji.

Kiedycassandra sangue, czyli wieszczka krwi, przecinała sobie skórę, doświadczała wizji przyszłości. W kompleksach uczono wieszczki, jak opisywać te wizje, ale nigdy nie zdradzano im, jak je interpretować. Zresztą byłoby to i tak bezcelowe. Kiedy wieszczka zaczynała mówić, ogarniała ją euforia, która chroniła jej umysł przed wizjami. Istniał tylko jeden sposób na zapamiętanie swej wizji: zachować milczenie. Jeśli wieszczka nie wygłosiła przepowiedni, zapamiętywała wszystko, co zobaczyła, jednak wymagało to z jej strony wielkiej determinacji – lub desperacji – gdyż wiązało się z ogromnym bólem. Tymczasem euforia, bardzo podobna do orgazmu, która pojawiała się przy wygłaszaniu przepowiedni, szybko uzależniała cassandra sangue od zadawania sobie ran.

Po kilku miesiącach samodzielnego życia Meg zrozumiała, że nigdy nie zdoła całkowicie uwolnić się od tego nałogu. Przez lata regularnie przecinano jej skórę dla zysku, sprzedając jej przepowiednie, i teraz wizje, unoszące się w jej krwi, domagały się wypuszczenia na wolność. Czy tego chciała, czy nie, musiała się ciąć.

Dlatego właśnie dzisiejszy eksperyment był taki ważny. Nie czuła mrowienia, które zwiastowało konieczność cięcia, nie czuła żadnego przymusu uwolnienia wizji, a więc była to idealna okazja, by sprawdzić, jak przebiega kontrolowane cięcie.

Trzasnęły drzwi na zapleczu biura i chwilę później do łazienki zajrzała Merri Lee. Przyniosła ze sobą mały notes i długopis.

Obie dziewczyny były niewysokie i drobnej budowy ciała. Obie miały jasną cerę i były mniej więcej w tym samym wieku. Tu jednak ich podobieństwa się kończyły. Merri Lee miała ciemne oczy i ciemne włosy do ramion, oczy Meg były natomiast jasnoszare, a krótkie, czarne włosy ufarbowane podczas ucieczki z kompleksu, by diamteralnie zmienić swój wygląd, nabrały dziwacznego, pomarańczowego koloru, który dopiero zaczynał schodzić.

– Jesteś absolutnie pewna? – spytała Merri Lee. – Może powinnyśmy jednak zaczekać, aż Simon i Henry wrócą z Wielkiej Wyspy?

Meg pokręciła głową.

– Nie, musimy zrobić to teraz, nim otworzę biuro i pojawią się dodatkowe… dane… które mogłyby wpłynąć na to, co zobaczę. Vlad pracuje dziś w Zabójczo Dobrych Lekturach, więc jeśli potrzebna nam będzie pomoc, jest pod ręką.

– No dobrze. – Merri Lee przyniosła sobie z kuchni krzesło, i ustawiwszy je na progu łazienki usiadła. – O co mam cię zapytać?

Meg zastanawiała się nad tym. Klienci Kontrolera zawsze przychodzili do kompleksu z bardzo konkretnymi pytaniami. Uznała jednak, że im potrzebne będą nie tyle konkrety, co wytyczenie ram czasowych przepowiedni.

– Zapytaj mnie, na co mieszkańcy Dziedzińca w Lakeside powinni uważać w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

– To dość niejasne – stwierdziła Merri Lee. – I dlaczego akurat dwa tygodnie?

– Jeśli spytamy o jakąś konkretną rzecz dotyczącą Dziedzińca, możemy przeoczyć coś istotnego, coś, o czym Inni powinni wiedzieć – wyjaśniła Meg. – A dwa tygodnie to w sam raz.

– Ale jeśli w ten sposób nie dowiemy się niczego użytecznego, cięcie pójdzie na marne – zauważyła Merri Lee.

– Wcale nie. – Już sama euforia była wystarczającym powodem, ale nie zamierzała tego mówić przyjaciółce. – Jeśli się okaże, że takie cięcie usunie na dwa tygodnie uczucie mrowienia, które zmusza mnie do wygłaszania przepowiedni, będę żyła dłużej. A ja chcę żyć – szczególnie teraz, kiedy mam prawdziwe życie.

Milczały przez chwilę.

– Gotowa? – spytała wreszcie Merri Lee.

– Tak – odparła Meg. Otworzyła brzytwę i przyłożyła płasko do skóry. Ostrze o szerokości pół centymetra idealnie odmierzało niezbędną odległość między cięciami, zapobiegając marnowaniu cennej skóry. Meg wyrównała ostrze do najnowszej blizny na lewym przedramieniu, a potem przecięła skórę na tyle głęboko, by popłynęła krew i aby – co było równie ważne – po cięciu pozostała blizna.

Poczuła gwałtowny ból, będący wstępem do przepowiedni. Z daleka dobiegł ją płacz – płacz, którego nie słyszał nikt inny. Meg zacisnęła zęby, odłożyła brzytwę i ułożyła rękę tak, by krew spływała do umywalki. Potem dała głową znak przyjaciółce.

– Na co mieszkańcy Dziedzińca w Lakeside powinni uważać w ciągu następnych dwóch tygodni? – spytała Merri Lee. – Mów wieszczko, a ja cię wysłucham.

Meg otworzyła usta i zaczęła opisywać wszystko co widziała.Wraz ze słowami obrazy zacierały się w jej umyśle, pochłonięte przez euforię, wywołującą rozkoszne mrowienie w piersiach i rytmiczne skurcze między nogami.

Nie wiedziała, jak długo unosiła się na falach euforii. Czasami rozkosz znikała natychmiast po opisaniu ostatniego obrazu, a czasami trwała jeszcze dłuższą chwilę po wygłoszeniu przepowiedni. Kiedy wreszcie się ocknęła, okazało się, że Merri Lee zdążyła już opatrzyć jej rękę, wymyć brzytwę i spłukać krew z umywalki.

Krewcassandra sangue była niebezpieczna i dla ludzi, i dla Innych: produkowano z niej dwa narkotyki, wilczenie i euforkę, przez które w ostatnich miesiącach doszło w Thaisii do wielu niepokojących zdarzeń. Dlatego, planując dzisiejszy eksperyment, uzgodniły, że całą krew spłuczą, a opatrunek oddadzą później do spalarni w Kompleksie Usługowym Dziedzińca.

– Zadziałało? – spytała Meg. – Wygłosiłam przepowiednię? Zobaczyłam coś użytecznego?

Mówiła ochryple, gardło miała obolałe. Chciała poprosić Merri Lee o szklankę wody albo może soku, ale nie była w stanie powiedzieć nic więcej.

– Meg, czy ty mi ufasz?

Pytanie zabrzmiało złowieszczo.

– Tak, ufam ci.

Merri Lee kiwnęła głową, jakby właśnie podjęła jakąś decyzję.

– Tak, zadziałało. I to lepiej niż się spodziewałyśmy. Ale potrzebuję trochę czasu, żeby uporządkować obrazy.

Nie było to kłamstwo, ale i nie do końca prawda.

Meg przyjrzała się przyjaciółce.

– Nie chcesz mi powiedzieć, co widziałam?

– Nie, nie chcę. Naprawdę nie chcę.

– Ale…

– Meg. – Merri Lee zamknęła na moment oczy. – Nikomu na Dziedzińcu nie grozi bezpośrednie niebezpieczeństwo, ale powiedziałaś coś… niepokojącego, a ja nie bardzo wiem, jak to zinterpretować. Dlatego chcę najpierw poukładać obrazy, tak jak zeszłym razem, pamiętasz. Zapisałyśmy je na fiszkach i przekładałyśmy na różne sposoby aż powstała cała historia. A potem pójdę do Zabójczo Dobrych Lektur i porozmawiam z Vladem.

– Ale Samowi nic się nie stanie? Ani Simonowi? Ani…? – Kiedy Sam Wilcza Straż przyjmował postać człowieka, sprawiał wrażenie dziewięcioletniego chłopca, ale na wilcze standardy nadal był tylko szczeniakiem. Jego wuj, Simon Wilcza Straż, był najbliższym przyjacielem Meg. Na samą myśl, że któremuś z nich grozi niebezpieczeństwo robiło jej się słabo.

Merri Lee pokręciła głową.

– Nie, z twoich słów nie wynikało, że ktoś z Dziedzińca będzie miał kłopoty. – Dotknęła uspokajającym gestem ręki Meg. – Obie dopiero się uczymy, jak to robić. Muszę z kimś porozmawiać, nim ci powiem, co widziałaś, dobrze?

Jej przyjaciele byli bezpieczni, to najważniejsze.

– Dobrze.

– Już prawie dziewiąta. Powinnaś coś zjeść, nim otworzysz biuro.

Meg posłusznie wyszła z łazienki. Faktycznie było jej trochę słabo, więc powinna coś zjeść – poza tym potrzebowała chwili spokoju. Musiała się też zastanowić, co powie Wilkowi, dyżurującemu dziś w biurze, bo nawet jeśli będzie go unikać to on i tak wyczuje zapach krwi i środka antyseptycznego. Zapewne uda jej się go przekonać, by nie wszczynał alarmu, a jeśli dyżur ma Jedynak, dwa ciastka z pewnością odwrócą jego uwagę. Ale jeśli z Jedynakiem przyjdzie jak zwykle Blair, główny stróż prawa na Dziedzińcu…

Może Merri Lee miała rację? Może powinny powiedzieć o wszystkim Vladowi, nim któryś Wilk zacznie wyć, że się cięła i wszyscy się zbiegną, żądając wyjaśnień?

– Merri, ale to, co zobaczyłam nie dotyczy Innych, prawda? – spytała, wchodząc do kuchni.

Merri Lee najpierw pokręciła głową, ale potem jednak zmieniła zdanie.

– Widziałaś kopiące łapy.

– Kopiące łapy? – Meg zmarszczyła brwi. – Co w tym takiego ważnego, że aż zobaczyłam to w wizji?

– Nie mam pojęcia. Może Vlad się domyśli albo Wilki. – Merri Lee się zawahała. – Nic ci nie jest? Nie jest ci słabo albo coś?

– Nie, wszystko w porządku.

– Pamiętaj, żeby coś zjeść.

– Jasne.

Gdy tylko za Merri Lee zamknęły się drzwi, Meg zajrzała do małej lodówki umieszczonej pod blatem. Kiedy żyła w kompleksie, opiekunowie, przezywani chodzącymi imionami, nigdy ją nie zapytali, co chciałaby zjeść. Karmiono ją dobrze, ale nigdy nie dawano jej możliwości wyboru – i to nie tylko w kwestii jadłospisu, dlatego teraz miała kłopoty z podejmowaniem takich decyzji. Nie mogąc się zdecydować co woli, odgrzała w kuchence mikrofalowej mały kawałek quiche oraz pół kanapki z wołowiną, do szklanki nalała sobie sok pomarańczowy, a potem zabrała posiłek do sortowni.

Tu mogła puścić jedną z płyt CD, które wypożyczyła z Muzyki i Filmów, albo przejrzeć jedno z pism, za pomocą których dostarczała sobie obrazów szkoleniowych na potrzeby wizji. Ale tak naprawdę to nie miała ochoty na nowe dźwięki ani obrazy. Chciała się dowiedzieć, co zobaczyła. Chciała brać udział w ustalaniu znaczenia wizji. A choć Merri Lee starała się ją uspokoić, podejrzewała, że zobaczyła coś naprawdę niepokojącego, skoro przyjaciółka nie chce jej tego zdradzić.

Vladimir Sanguinati, współwłaściciel księgarni Zabójczo Dobre Lektury, usiadł za biurkiem i włączył komputer. Zignorował stos dokumentów, czekających na załatwienie, i napisał krótki mail do Stavrosa Sanguinatiego, który mieszkał w Toland – mieście na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie swoje siedziby miały największe wydawnictwa. To znaczy ludzkie wydawnictwa. Od czasu niedawnych wydarzeń w Rejonie Środkowo-Zachodnim nowe dostawy książek przychodziły z dużym opóźnieniem – albo w ogóle. Być może ludzkie wydawnictwa naprawdę wyprzedały książki, które zamówił i musiały czekać z dodrukiem na nowe przydziały papieru. Albo tylko udawały, że mają braki, jeśli zamówienia przychodziły od Innych – co, rzecz jasna, było posunięciem idiotycznym.

Stavros się tego dowie. Podobnie jak dziadek Erebus lubił stare filmy i często parodiował popularną postać wiejskiego wampira – chodził w błękitnych dżinsach, koszuli w kratę i roboczych butach, wygłaszając przy tym kwestie w rodzaju: „Nam tu trza sześciopaku krwi”. Ale kiedy występował oficjalnie w imieniu Dziedzińca w Toland, zgodnie z tradycją Sanguinatich, ubierał się na czarno. Nie było w nim nic wieśniackiego, kiedy zajeżdżał elegancką limuzyną, ubrany w garnitur z najlepszego materiału.

Stavrosa eufemistycznie określano mianem rozwiązywacza problemów Dziedzińca w Toland. Vlad, który wiedział doskonale, w jaki sposób wampiry rozwiązują problemy, niemal współczuł ludziom, którym jego kuzyn składał takie oficjalne wizyty. Niewątpliwie Stavros zachęci wydawnictwa, by dawały pierwszeństwo terra indigena, dzięki czemu Zabójczo Dobre Lektury będą mogły zrealizować zamówienia napływające z osad tubylców ziemi, zaopatrywanych z Dziedzińca w Lakeside. Przedmioty produkowane przez ludzi były jedynym powodem, dla którego w Thaisii tolerowano obecność rozumnych małp. Jeśli nie będą chcieli dostarczać swoich przedmiotów, sami zredukują się do swej podstawowej wartości: mięsa.

Gdy nacisnął „Wyślij”, usłyszał, że ktoś wchodzi na górę. Sądząc po niepewnych krokach, był to zapewne jeden z członków ludzkiego stada, który chciał skorzystać z komputera w sali spotkań Stowarzyszenia Przedsiębiorców, zajmującej połowę piętra nad ZDL. Ludzie musieli prosić o zgodę na wejście do tej sali, a nowi pracownicy wciąż jeszcze nie przywykli do kontaktów z Innymi, co by wyjaśniało wahanie.

Ale kiedy w drzwiach stanęła Merri Lee, wyraz jej twarzy wszystko mu powiedział. Vlad w jednej chwili zrozumiał, że jej wahanie wynikało nie ze strachu, lecz ze świadomości, że nie spodobają mu się wieści, jakie przynosi. Pospiesznie zamknął program pocztowy i spojrzał na nią pytająco. Ciekawe, czego chciała ta eksplodująca kulka futra.

Kiedy Zabójczo Dobre Lektury były otwarte dla ludzkich klientów, niejednokrotnie wtedy słyszał, jak ich samice szepczą między sobą o jego „aksamitnym spojrzeniu”. Najwyraźniej ciemne włosy i oczy, oliwkowa cera oraz wybitnie męska twarz podobały się jego zwierzynie; często łączył żerowanie z grą wstępną, wykorzystując te ich uczucia.

Ale Merri Lee nigdy nie wykazała nim najmniejszego zainteresowania. Była wyraźnie rozsądniejsza niż inne ludzkie samice, a w dodatku umawiała się z policjantem, więc wątpił, żeby zamierzała mu dziś czynić awanse.

Czyli naprawdę nie spodoba mu się to, z czym tu do niego przyszła.

– Mogę coś dla pani zrobić, panno Lee? – spytał, gdy milczenie zaczęło się nadmiernie przeciągać.

Merri Lee weszła do biura i usiadła na krześle dla gości.

Jest zdenerwowana, pomyślał i nagle poczuł niepokój.

– Coś się stało?

– Nie. Jeszcze nie – odparła. – Tylko musi pan powiedzieć dyżurnemu Wilkowi, żeby nie wszczynał alarmu.

Vlad uświadomił sobie, że nie wie, kto ma dziś dyżur w biurze. Zwykle stróżował tam Nathan Wilcza Straż, jeden z najlepszych stróżów prawa na Dziedzińcu, ale akurat miał wolne – jeszcze przez dwa tygodnie będzie biegał z Wilkami w górach Addirondak, nie przemieniając się w człowieka. Sanguinati generalnie czuli się lepiej w ludzkich miastach, ponieważ ich druga forma – dym, ułatwiała im polowanie w takim środowisku. Ale dla zmiennokształtnych w rodzaju Wilków czy Niedźwiedzi życie w ludzkiej formie stanowiło dużą presję.

Praca na Dziedzińcu była z ich strony wielkim poświęceniem dla dobra całego rodzaju terra indigena, a wynikała z konieczności ciągłego obserwowania dwunożnych drapieżników, przybyłych do Thaisii z innych części świata. To dzięki Dziedzińcom ludzie mogli żyć na tym kontynencie. Vlad się zastanawiał, czy małpy zdają sobie z tego sprawę – i z tego, co się dzieje z ludzkimi osadami, kiedy znika z nich takie „cywilizowane” miejsce jak Dziedziniec.

Nie była to jednak odpowiednia chwila na takie rozważania. Powinien się raczej zająć kobietą, która siedziała naprzeciwko i wpatrywała się w niego z napięciem.

– A dlaczego miałby wszczynać alarm? – spytał, choć podejrzewał, że zna już odpowiedź.

– Meg się cięła. – Vlad zacisnął dłonie w pięści, ale nie podniósł się z miejsca. – To było zaplanowane cięcie – dodała pospiesznie. – No wie pan, eksperyment.

Pozwól jej mówić.

– Meg się czymś zdenerwowała?

– Nie. Widzi pan, o to nam właśnie chodziło. Żeby to zrobić, kiedy nic jej nie niepokoi.

Tysiąc cięć. Podobno tylko tyle może znieść cassandra sangue, potem czeka ją śmierć lub szaleństwo. A nie chodziło tu tylko o świadomie wykonane cięcia – liczyła się każda rana, każde uszkodzenie skóry. To dlatego większość wieszczek nie dożywała trzydziestych piątych urodzin. A tymczasem Meg tnie się bez powodu.

No tak, nałóg. Zapewne to dlatego wybrała moment, kiedy na Dziedzińcu nie było ani Simona Wilczej Straży, ani Henry’ego Niedźwiedziej Straży. Po co jednak przyszła do niego Merri Lee?

Musi zachować spokój i rozsądek. W końcu Merri Lee należała do stada Meg i uczyła się interpretować jej przepowiednie.

– Czy eksperyment się powiódł?

Merri Lee przytaknęła.

– Było inaczej niż zeszłym razem. Po początkowym… bólu… Meg opisała wiele obrazów. Wydaje mi się, że nie tylko je widziała, ale i słyszała. No wie pan, te dźwięki były częścią obrazów. Spisałam wszystko.

Podała mu kartkę papieru. Vlad rzucił okiem na długą listę.

– Co to znaczy? – Wskazał na literę P ujętą w nawias.

– Pauza – wyjaśniła. – Bo wie pan, tym razem Meg co jakiś czas milkła, robiła pauzę, więc uznałam, że w ten sposób oddziela kolejne obrazy. – Podała mu plik fiszek.

Wziął je od niej z wahaniem.

– A jak brzmiało pytanie?

– Na co mieszkańcy Dziedzińca w Lakeside powinni uważać w ciągu najbliższych dwóch tygodni.

– Mieszkańcy? Nie tylko terra indigena?

Zawahała się.

– Nie. Powiedziałam „mieszkańcy”, a nie „Inni”. Czyli to, co zobaczyła Meg, odnosi się do wszystkich, którzy mieszkają na Dziedzińcu.

A zatem również do niej samej.

Vlad przejrzał „historie” spisane na fiszkach i poczuł dreszcz.

Potrzebny pracownik: M.W.W.

Zarośnięty szlak. Wąska ścieżka.

Dziewczyna w ciąży na poboczu drogi. Srebrna brzytwa. Krew. „Nie! Jeszcze nie jest za późno!”.

Dziewczyna płacze. Srebrna brzytwa. Nieżywy jeleń na drodze (zabity przez samochód).

Brązowy niedźwiedź zjada klejnoty.

Ogród warzywny. Łapy, które kopią, ręce, które sadzą.

Tablica „Na sprzedaż”.

Niektóre z tych „historii” nic mu nie mówiły. Ale jeśli właściwie odczytał inne, wszyscy terra indigena musieli zacząć działać, i to szybko.

Spojrzał na Merri Lee. Podejrzewał, że elementy wizji, które jemu nic nie mówią, dla niej są jasne.

– Które rozumiesz? – spytał. Położył fiszki na skraju biurka, żeby mogła po nie sięgnąć.

Zawahała się, ale wskazała na tę z tekstem: „Potrzebny pracownik: M.W.W.”

– Nad drzwiami biura łącznika jest napis L.P.T.N.D., Ludzkie Prawo Tu Nie Działa. M.W.W. oznacza „Miłośnicy Wilków Wykluczeni”. – Przełknęła głośno ślinę i odwróciła wzrok. – W zeszłym tygodniu wiele ogłoszeń o pracę w „Wiadomościach Lakeside” zawierało na końcu taki skrót. Widziałam też takie napisy na wystawach sklepów.

– Rozumiem – powiedział Vlad. I naprawdę rozumiał. Jeśli przyczepi się etykietkę miłośnika Wilków każdemu, kto pragnie utrzymać pokój między ludźmi a terra indigena, tak naprawdę zmusi się go, by wybierał pomiędzy pracą, dzięki której może wykarmić rodzinę, a beznadziejną walką z głupcami, którzy dążą do starcia z Innymi, nie zdając sobie sprawy z jego straszliwych konsekwencji. Pomyślał o ludziach pracujących na Dziedzińcu i coś mu przyszło do głowy. – Czy ten skrót odnosi się również do wynajmu mieszkań? – Milczenie Merri Lee wystarczyło za całą odpowiedź. – Co jeszcze? – spytał.

– Nie… chyba nie powinnam o tym mówić.

Pochylił się ku niej. Drgnęła.

– Ale powiesz.

– Ruth Stuart i Karl Kowalski. Rząd zachęca mieszkańców Lakeside, żeby w tym roku zakładali ogródki warzywne i w ten sposób uzupełniali braki w zaopatrzeniu w żywność. No więc Ruth i Karl zainwestowali sporo pieniędzy w stworzenie takiego warzywniaka przy kamienicy, w której wynajmują mieszkanie. Zakładali, że sami będą korzystać z połowy ogródka, a reszta mieszkańców, łącznie z właścicielem, z drugiej. Tymczasem, kiedy już wykonali całą pracę, właściciel kamienicy wymówił im mieszkanie. Stwierdził, że nie może tolerować takich lokatorów. Mają się wyprowadzić do końca maja, ponieważ od pierwszego czerwca wynajął ich mieszkanie komu innemu. No więc Ruth i Karl mają tylko trzy tygodnie na znalezienie nowego mieszkania i przeprowadzkę, chociaż podpisali umowę najmu na rok i ledwo mieli czas się urządzić. W dodatku właściciel mieszkania nie chce im oddać pieniędzy zainwestowanych w ogródek, ani kaucji, ani czynszu za ostatni miesiąc najmu, który wpłacili, kiedy podpisywali umowę. Nim skończyli urządzać warzywniak, nie zgłaszał do nich żadnych zastrzeżeń, a teraz raptem przestali mu odpowiadać. Jeśli nikt nic z tym nie zrobi, wszyscy zaczną tak postępować!

No cóż, z punktu widzenia Vlada był to raczej wewnętrzny problem ludzi. Przecież ciągle oszukiwali się nawzajem.

Ale z drugiej strony Karl Kowalski był jednym z tych policjantów, którzy pracowali blisko Dziedzińca i starali się zapobiegać konfliktom pomiędzy ludźmi a terra indigena. Nie powinni dopuścić, żeby został napiętnowany jako miłośnik Wilków i z tego powodu wypędzony z domu. Tak, zdecydowanie Inni powinni zwrócić większą uwagę na sprawy, które na pozór wydają się wyłącznie ludzkimi.

Zresztą jeśli ta Ruthie okazała się nieodpowiednim lokatorem, ponieważ teraz pracowała na Dziedzińcu, problem z właścicielem domu przestaje być sprawą wyłącznie ludzką, prawda?

Będzie musiał o tym porozmawiać z dziadkiem Erebusem.

Merri Lee, oburzona niesprawiedliwością, jaka dotknęła jej przyjaciół, wreszcie zaczęła się zachowywać normalnie, a nie jak przerażony króliczek. Jej opowieść tak naprawdę nie dotyczyła tylko Ruthie i Kowalskiego. Ona i Michael Debany, z którym się umawiała, mieli bardzo podobne perspektywy. Debany również był policjantem współpracującym z Innymi, a Merri Lee pracowała dla Dziedzińca. W tej chwili mieszkała w jednym ze służbowych mieszkań nad pracownią krawiecką, ale prędzej czy później będą chcieli zamieszkać razem, a wówczas zetkną się w Lakeside z taką samą wrogością.

– Coś jeszcze? – spytał. Miał już wiele tematów do przemyślenia, ale wyczuwał, że to nie koniec.

Merri Lee wskazała fiszkę z ostrzeżeniem, że jeszcze nie jest za późno.

– Mam wrażenie, że to nie była część wizji. Że Meg to krzyknęła, żeby ostrzec dziewczynę, którą widziała. – Odetchnęła głęboko. – W obu tych „historiach” o dziewczynach występuje srebrna brzytwa. Chodzi o to, że wieszczki krwi mają kłopoty, prawda?

No cóż, „kłopoty” to w tym przypadku naprawdę mało powiedziane.

– Dziękuję, panno Lee – powiedział Vlad, ignorując jej pytanie. – Obie z Meg dostarczyłyście mi wielu cennych informacji, ale już pora zacząć pracę. Dziś zajmuje się pani realizacją zamówień w księgarni, prawda?

– Tak, tych, które się da zrealizować – mruknęła. Wstała, ale nie ruszyła w stronę wyjścia. – Ruth nie zamierzała wam mówić o ogródku warzywnym i tak dalej.

– Więc cieszę się, że pani mi powiedziała.

Zaczekał, aż Merri Lee zejdzie po schodach, a potem wstał zza biurka i podszedł do okna wychodzącego na Wronią Aleję. Przeklęte małpy wciąż trajkotały w radio i w gazetach o ruchu Ludzie Przede i Nade Wszystko. W porównaniu z terra indigena, którzy chodzili po tym świecie na długo przed dinozaurami, ludzie stanowili całkiem nowy gatunek, ale uważali, że to oni powinni rządzić światem. Do takiej postawy zachęcały ich jeszcze mowy wygłaszane przez członków ruchu.

Czy oni nie rozumieją, że terra indigena słyszeli już to wszystko, i to nie raz? Czy nie rozumieją, że takie słowa zwiastują bezwzględną walkę o terytorium?

I czy nie zastanawia ich, co się stało z ludzkimi miastami, kiedy poprzednim razem zaczęli stawiać takie żądania?

Świetnie, pomyślał Vlad, wpatrując się obojętnym wzrokiem w samochody przejeżdżające Wronią Aleją. Więc niech się stanie. Nie macie pojęcia, co żyje w interiorze, ale wkrótce się tego dowiecie. Jeśli sprowokujecie wojnę w Thaisii, dowiecie się tego na pewno.

Nagle zauważył, że po drugiej stronie ulicy zatrzymał się jakiś samochód, z którego po chwili wysiadło dwóch mężczyzn. Wyjęli z bagażnika jakąś tablicę i wbili ją na podjeździe jednej z dużych kamienic wzniesionych naprzeciwko Dziedzińca. Potem przeszli przez podjazd piętrowego drewnianego budynku i ustawili taką samą tablicę na trawniku przed drugą kamienicą.

Vlad obejrzał się przez ramię na fiszki, wciąż leżące na jego biurku, a potem znów spojrzał na tablice po drugiej stronie ulicy. Było na nich napisane „Na sprzedaż”.

Muszę porozmawiać o tym z Simonem, pomyślał, po czym wrócił do biurka i wysłał krótkiego maila do wszystkich Sanguinatich mieszkających w Thaisii. Wizje Meg już zaczęły się spełniać, a zatem cassandra sangue, czyli słodka krew, jak je nazywano wśród wampirów, są w niebezpieczeństwie.

Zamknął program pocztowy i wyszedł z księgarni, nawet nie informując Merri Lee, kiedy wróci. Przybrawszy formę dymu, pomknął na Pokoje, by poinformować o wszystkim dziadka Erebusa.

Do: Wszyscy Sanguinati w Thaisii

Temat: M.W.W.

Czytajcie ogłoszenia o pracę w ludzkich gazetach. Szukajcie w nich skrótu M.W.W. Oznacza on: Miłośnicy Wilków Wykluczeni i jest wymierzony w ludzi, którzy nie są wrogo nastawieni do terra indigena. Zróbcie listę firm, które zamieszczają takie ogłoszenia. Szukajcie również tego skrótu w ogłoszeniach o wynajmie mieszkań lub domów. Zbierajcie informacje, ale powstrzymajcie się od działania. Prawdziwą zwierzyną są drapieżniki ze stada o nazwie Ludzie Przede i Nade Wszystko. Ukrywają się, ale skrót M.W.W. wskazuje na ich obecność na waszym terytorium.

Sanguinati będą ich nazywać jadowite języki, ponieważ zatruwają ludzi słowami.

Obserwujcie i przekazujcie informacje. Niech jadowite języki wyjdą z ukrycia. Wtedy łatwiej ich będzie zabić.

– Vladimir Sanguinati

w imieniu Erebusa Sanguinatiego

Rozdział 2

Czwartek, 10 maja

Simon Wilcza Straż zaparkował minvana na parkingu przeznaczonym dla osób wybierających się promem na Wielką Wyspę. Sięgnął do klamki, równocześnie zwracając się do swego towarzysza, Henry’ego Niedźwiedziej Straży:

– Czego chciał Vlad?

– Żeby Stowarzyszenie Przedsiębiorców spotkało się zaraz po naszym powrocie na Dziedziniec – odparł Henry. – Twierdzi, że powinniśmy pilnie umówić spotkanie z porucznikiem Montgomerym i doktorem Lorenzo. Może również z kapitanem Burke’em.

– Co się stało? – zawarczał Simon, czując, jak kły zaczynają mu się wydłużać.

– Nic poważnego, ale trzeba się zająć kilkoma sprawami – wyjaśnił Henry. – Z Meg wszystko w porządku – dodał. – Vlad poszedł do biura łącznika i sprawdził osobiście, nim się ze mną skontaktował.

Simon wiedział, jak ma rozumieć te słowa.

– Cięła się i wygłosiła przepowiednię – stwierdził.

Henry pokiwał głową.

– Meg niepokoi się, ponieważ Merri Lee nie chciała jej powiedzieć, co takiego zobaczyła w wizji, ale zdaniem Vlada obie czują się dobrze. Cięcie zostało wykonane ostrożnie i potem starannie opatrzone i choć Meg martwi się przepowiednią, wydała się Vladowi wesoła i zrelaksowana. Wspomniała coś o nowym początku i symbolach, ale nie chciała wyjaśnić, co ma na myśli. Twierdzi, że to dziewczyńska sprawa.

Simon nie miał ochoty wnikać w „dziewczyńskie sprawy”, ponieważ potencjalnie było to niebezpieczne terytorium. Ze słów Vlada wynikało, że nie ma potrzeby martwić się tym cięciem. Gdyby Meg coś się stało, wampir na pewno byłby zdenerwowany, ponieważ dziadek Erebus – przywódca Sanguinatich w Lakeside, a właściwie wszystkich Sanguinatich w Rejonie Północno-Wschodnim, a być może nawet w całej Thaisii – bardzo się interesował dziewczyną, którą nazywał słodką krwią.

Choć technicznie rzecz ujmując, Meg nie jest już dziewczyną, pomyślał, zamykając minivana i idąc za Henrym do budki, w której sprzedawano bilety na prom. Ma dwadzieścia cztery lata i jest dorosłą kobietą. Jednak cassandra sangue zachowywały w sercu słodycz dziecka, i między innymi dlatego nie uważano je za zwierzynę. Poza tym wieszczki krwi były dziełem Namid, równocześnie cudownym i strasznym, i dużo bardziej niebezpiecznym niż się wszystkim wydawało. To dlatego Inni zażądali od ludzi ujawnienia wszystkich miejsc, w których przetrzymywano wieszczki krwi pod groźbą eksterminacji całego miasta, które tego nie uczyni.

Całym kontynentem wstrząsnęło polowanie terra indigena na człowieka znanego jako Kontroler, którego kompleks odnaleziono w Regionie Środkowo-Zachodnim. Inni zamieszkujący tamte tereny bez skrupułów zabili i jego, i ludzi, którzy dla niego pracowali. Uczynili też coś więcej: pokazali ludzkim władzom, co dla cassandra sangue przetrzymywanych w takich kompleksach oznacza prawo o „dobroczynnym posiadaniu”.

Meg dorastała w tamtym kompleksie. Podczas poszukiwań Jean Simon natrafił na jej celę i samo wspomnienie zapachu przyjaciółki w takim miejscu wciąż wprawiało go w furię.

Mężczyzna w budce tylko machnął ręką.

– Dziś jesteście zwolnieni z opłaty. Lepiej się pospieszcie, prom czeka tylko na was.

To nie jest normalne, stwierdził Henry, kiedy szli z Simonem na prom. Przeszedł na komunikację bez słów, bardziej naturalną dla terra indigena.

Właśnie. Kiedy Steve Przewoźnik prosił o nasz przyjazd, sprawiał wrażenie przestraszonego.

Simon nie był pewien, w jaki sposób Intuici postrzegają siebie samych – czy jako osobną rasę ludzi, czy jako grupę prześladowaną z powodu swoich zdolności. Posiadali intuicję, czyli dar wyczuwania wokół siebie rzeczy, których inni ludzie nie dostrzegali. To nie były wizje przyszłości, jak w przypadku cassandra sangue, tylko przeczucia, że zdarzy się coś dobrego lub złego. Takich ludzi wypędzono z ludzkich osad wiele pokoleń temu, więc na własną rękę zawarli układy z terra indigena i założyli własne osiedla w interiorze, gdzie nie mogli ich dosięgnąć prześladowcy.

Kiedyś jednak żyli wśród ludzi i od czasu do czasu rodziło im się niezwykłe dziecko, dziewczynka, bardziej wrażliwa niż reszta Intuitów. Dziewczynka, która miewała wizje. To właśnie z Intuitów wywodziły się pierwsze cassandra sangue, wieszczki krwi posiadające zdolność widzenia przyszłości, gdy przecięło się ich skórę.

W pewnym sensie historia zatoczyła pełne koło. Intuici, którzy kiedyś oddawali ludziom takie dzieci, sądząc, że w ten sposób je ratują, obecnie zgłosili się na opiekunów wieszczek uwolnionych z kompleksów, w których traktowano je jak rzeczy, a nie jak ludzi.

Meg nie była rzeczą. Nie była niczyją własnością. Już nie. Była jego przyjaciółką i dlatego powinna była zaczekać na jego powrót, nim sięgnęła po srebrną brzytwę.

Jak tylko wróci do domu, nawarczy na nią za to. I na Merri Lee też. Nastraszy je porządnie. To znaczy, o ile zdoła.

Kiedy pozwolił, by do Zabójczo Dobrych Lektur przychodzili ludzie, stwierdził, że wiele ludzkich samic zjawia się tam tylko po to, żeby na własne oczy zobaczyć terra indigena. Wiele z nich lubiło chodzić na dziko, to znaczy uprawiać seks z Innymi i na ile się orientował, traktowały to jako coś w rodzaju trofeum. Potrafił zrozumieć takie zachowanie i nauczył się je ignorować. Ale to ludzkie stado na Dziedzińcu! Jeśli chodzi o te samice, nic nigdy nie było proste.

Przestań warczeć, zażądał Henry. Straszysz ludzi.

Nie zdawał sobie sprawy, że warczy. Szybko przesunął językiem po zębach i zrozumiał, że musi przywrócić im ludzki wygląd, jeśli zamierza uspokoić szerokim uśmiechem pasażerów przyglądających mu się z rosnącym przerażeniem.

– Dzień dobry – przywitał się z nimi kapitan promu. – Nazywam się Will Przewoźnik i jestem bratem Steve’a, a to jest nasza ciocia, Lucinda Rybak. Przeprawimy was na wyspę. Steve zarezerwował salę w ratuszu na to spotkanie. Wiecie, gdzie to jest?

– Tak – odparł Henry.

– Możemy zostać na pokładzie? – spytał Simon. Prom nie był duży i nie miał ochoty siedzieć w ciasnej kabinie z grupą zdenerwowanych ludzi. Tacy zdenerwowani ludzie wydzielali zapach zwierzyny, co tylko niepotrzebnie pobudzało jego instynkt łowiecki.

– Oczywiście. Ale nie wychylajcie się za bardzo – ostrzegł Will. – Nawet dobry pływak będzie miał problemy w tak silnym nurcie.

Uważa nas za idiotów? spytał Simon Henry’ego, kiedy szli na dziób.

Nie, ale chyba miał do czynienia z tak głupimi ludźmi, odparł Niedźwiedź.

Will i jego ciocia rzucili cumy i prom rozpoczął podróż w poprzek rzeki Talulah.

Rzeka dzieliła wioskę Intuitów o nazwie Przystań Przewoźników na dwie części: jedna znajdowała się na stałym lądzie, a druga na Wielkiej Wyspie. W przeciwieństwie do Lakeside, które było miastem wzniesionym na ziemi wydzierżawionej od Innych i rządzonym przez ludzi, Przystań Przewoźników kontrolowali terra indigena. To tubylcy ziemi mieli tutaj zawsze ostatnie słowo, czy chodziło o budowę nowego domu, czy o przyjęcie nowego mieszkańca. I bez skrupułów eliminowali ludzi, którzy sprawiali im kłopoty.

Tej trudnej prawdy dopiero uczyli się mieszkańcy Talulah Falls, miasta, które niedawno zostało odebrane ludziom i przeszło pod władzę Innych.

– Mam wrażenie, że Steve Przewoźnik czeka na nas na przystani – stwierdził Henry, kiedy zbliżyli się do wyspy. – I Ming. Ciekawe dlaczego.

Ming Niedźwiedzia Straż twierdził, że tylko dorywczo pełni funkcję stróża porządku na wyspie. Ale ponieważ był jednym z niewielu tutejszych terra indigena, którzy zapuszczali się do wioski, jego opinia miała wielką wagę. Podobnie było w przypadku Henry’ego, który był nie tylko rzeźbiarzem, ale i członkiem Stowarzyszenia Przedsiębiorców oraz przewodnikiem duchowym Dziedzińca w Lakeside. Niewątpliwie po części wynikało to z wielkiej siły Niedźwiedzia, a żaden z nich nie wahał się użyć łapy, jeśli uznał, że komuś trzeba wbić do głowy nieco rozsądku.

Steve prosi, żebyście pozostali na promie, odezwał się Ming. Miejsce spotkania uległo zmianie.

Barki Simona natychmiast pokryły się futrem. Jako człowiek był niezłym pływakiem. Jako Wilk był pływakiem doskonałym. Wprawdzie nie miał ochoty próbować swych sił w starciu z prądem rzeki Talulah, ale nagle zaczął podejrzewać, że Steve Przewoźnik po prostu nie chce ich na wyspie, choć przecież sam ich tu wezwał. Nie miał dotąd powodów, żeby nie ufać burmistrzowi Przystani Przewoźników, niemniej…

Gdy tylko prom przybił do brzegu, Steve i Ming weszli na pokład – Steve od razu poszedł do sterówki porozmawiać z Willem, a Ming i Lucinda Rybak pilnowali, by wszyscy pasażerowie jak najszybciej opuścili pokład. Nie mieli z tym problemów; ludziom wystarczyło jedno spojrzenie na Henry’ego i Simona, by uczynić to w pośpiechu.

Nadal stojąc na dziobie, Simon obserwował Rogera Czernedę, miejscowego policjanta i Flash Lisią Straż, podobnie jak Ming pełniącą funkcję dorywczego stróża prawa. W poprzek drogi prowadzącej do przystani ustawiali właśnie we dwoje kozły do piłowania drzewa.

– Coś się dzieje – powiedział cicho do Henry’ego.

Steve chce, żebyśmy porozmawiali w kabinie, oznajmił Ming, kiedy ostatni pasażer zszedł z pokładu.

Dlaczego nie chce nas na wyspie? spytał Simon.

Za duży tłok. Ludzie chcą sami gadać, zamiast pozwolić Steve’owi mówić w ich imieniu, wyjaśnił Ming. Zebrali się pod ratuszem i czekają na wasz przyjazd. Steve wymknął się tylnym wyjściem i postanowił spotkać się z wami tutaj.

Czy Intuici mają jakieś przeczucia?

Nie sądzę. Raczej chodzi o emocje.

Niedobrze, stwierdził Henry. Ruszył do kabiny, a Simon za nim.

Steve Przewoźnik był energicznym, wesołym mężczyzną, smukłym i umięśnionym. Przypominał sylwetką raczej Wilka niż Niedźwiedzia, miał ciemne włosy i brązowe oczy, które błyszczały żywą inteligencją. Zwykle był bardzo schludny, dziś jednak wydawał się nieco… przeżuty. Nie, ludzie nie używali tego słowa. Raczej stłamszony. Czy to było odpowiednie określenie?

– Dziękuję za spotkanie – powiedział. – I przepraszam, że tak nagle zmieniłem jego miejsce, ale tylko tutaj możemy porozmawiać spokojnie. Jeśli będzie trzeba, Will odbije od brzegu i będzie dryfował po rzece, żeby nikt nam nie przeszkadzał. – Odetchnął głęboko. – Przyniosłem trochę ciastek z piekarni Eamera, a ciocia Lu mówi, że w termosie jest świeża kawa, jeśli ktoś ma ochotę.

– Chcemy wiedzieć, po co nas wezwałeś – przerwał mu Simon.

Steve potarł dłońmi twarz.

– Cała wioska jest przerażona, boimy się tak bardzo, że sikamy po nogach. Potrzebujemy waszej pomocy.

Simon z trudem powstrzymał chęć powęszenia pod stołem. Jego przerwany w połowie ruch wywołał uśmiech na twarzy Steve’a.

– To tylko takie wyrażenie – wyjaśnił Intuita. – Oznacza wielki strach.

Ludzie mieli wiele celnych wyrażeń, ale akurat tego Simon nie planował używać.

– Czy boicie się z powodu terra indigena rządzących w Talulah Falls? – spytał Henry.

– Częściowo – przyznał Steve. Rzucił okiem na Minga.

– Inni, pod których kontrolą jest teraz Talulah Falls, nie ufają ludziom – wyjaśnił Niedźwiedź. – Wielu tubylców ziemi z okolic Wielkich Jezior jest zdania, że małpy należy wytępić, a ich liczbę w Talulah Falls zredukować do niezbędnego minimum, by utrzymać infrastrukturę. Są gotowi zabijać ludzi pod byle pretekstem i ostro reagują na wszelki sprzeciw. Nawet ci, którzy dostarczają im zamówione towary, podejmują duże ryzyko.

– Taki gniew nie jest bezzasadny – zamruczał Henry.

– Wiem. Ale jest jak ogień – albo się wypali, albo rozprzestrzeni.

– Wronia Straż z Wielkiej Wyspy spotkała się ze swoimi z Talulah Falls i stąd wiemy, co tam się dzieje – włączył się Steve. – Według Wron z Falls, terra indigena sprowadzili groźnego stróża prawa, którego wszyscy się boją. Dano mu wolną rękę w kwestii ludzi. Podobno ma długie włosy zaplecione w masę cienkich warkoczyków, na końcu których przywiązane są małe kości i te kości czasami klekoczą, choć stoi zupełnie nieruchomo, a jego włosy zmieniają wtedy kolor. Wrony widziały ludzi sprzeciwiających się terra indigena. Nie patrzyły na tego stróża, kiedy kości zaczęły grzechotać, a jego włosy zrobiły się zupełnie czarne, ale widziały, jak ludzie padają martwi na ziemię.

– Czy znacie ten rodzaj terra indigena? – spytał Ming.

Cisza.

– Warkoczyki i kości to coś nowego, ale tak, znamy ten rodzaj – powiedział wreszcie Henry. – Choć nigdy o nim nie mówimy. Jeśli musicie jechać do Talulah Falls, nigdy nie patrzcie na tego stróża, jeśli jego włosy zaczną się robić czarne.

Żniwiarz życia, pomyślał Simon. Terra indigena sprowadzili Żniwiarza, żeby się zajął ludźmi. Czy Tess wie, że w okolicy przebywa ktoś jej podobny? Czy bezpiecznie będzie ją o to zapytać? Zapewne nie.

Spojrzał na Steve’a.

– Co jeszcze was niepokoi?

– Najbardziej? No cóż, te pięć małych cassandra sangue, które przywieźliście ze Środkowego Zachodu – odparł Steve. – Myśleliśmy, że uda im się przystosować. Tak to nawet wyglądało przez kilka pierwszych dni, ale potem nagle zaczęły zapadać w katatonię. Nie wszystkie naraz, po dwie, czasami po trzy, taki stan trwa od kilku minut do kilku godzin. Nie wiemy, dlaczego tak się dzieje i jak możemy im pomóc. Powinniśmy zabrać je z pensjonatu i urządzić im inny dom, ale jaki? I gdzie? Raz spróbowaliśmy je zabrać do przychodni, na badania. Trzy się wtedy sfajdały, a dwie uciekły w panice i omal nie rozjechał ich samochód. Pamiętacie, wspominałem wam kiedyś o rodzinie Jerry’ego Saniarza, o jego siostrzenicy, która zaczęła się ciąć, a potem utopiła się w rzece. Nie wyobrażacie sobie nawet, co oni wszyscy czują, obserwując te pięć dziewczynek.

– Chcecie, żebyśmy je stąd zabrali? – spytał Henry.

Steve pokręcił energicznie głową.

– Intuici już raz oddali opiekę nad takimi dziewczynkami komuś innemu i wciąż się tego wstydzą. Nie chcemy powtarzać swoich błędów. Ale tu nie chodzi tylko o nas, bo kłopoty mają wszystkie wioski Intuitów, które przyjęły wieszczki. Codziennie dostaję maile od burmistrzów z tych wiosek, którzy błagają mnie o jakieś informacje, pytają, jak mogą pomóc wieszczkom. Nie chcemy, żeby te dziewczynki umarły, ale obawiamy się, że wkrótce tak się stanie.

– A co z Jean? – odezwał się Simon. – Co ona mówi?

Steve westchnął.

– Jean jest… udręczona. Ledwo może funkcjonować. Ciągle powtarza: Meg wie, Meg może pomóc.

Kiedy Simon odnalazł Jean, ta powiedziała mu, że Meg jest pionierką, że wytycza nowy szlak. Wtedy spodobały mu się te określenia, ale teraz miał wrażenie, że na barkach Meg spoczywa wielki ciężar i nie wiadomo, czy zdoła go udźwignąć. Ale te wieszczki, które tu przywiózł wraz z porucznikiem Montgomerym i doktorem Lorenzo to były jeszcze szczeniaki, miały po osiem, dziesięć lat. Nie mogły przetrwać same, bez stada. Jean zaś, przyjaciółka Meg, tak wiele wycierpiała.

– Porozmawiam z Meg – powiedział ze złością. Nie chciał jej tym obciążać, ale wiedział, że będzie bardzo nieszczęśliwa, jeśli którejś z wieszczek przytrafi się coś złego.

– Na pewno będzie lepiej, jeśli wasze chodzące ciała, to znaczy lekarze, nie będą przy dziewczynkach nosić białych fartuchów – podpowiedział Henry. – Ich dręczyciele nosili takie stroje. Meg zawsze się denerwuje, kiedy je widzi. Inne wieszczki mogą reagować podobnie.

– To już coś – stwierdził Steve. – Przekażę wszystkim tę informację. Dzięki.

– Terra indigena zgodzili się powiększyć teren wioski na potrzeby nowej nory dla wieszczek – poinformował ich Ming. – Ale najpierw chcemy wiedzieć, co należy zbudować.

To duże ustępstwo, pomyślał Simon. Nagle wpadła mu do głowy pewna myśl.

– Widziałem kiedyś przy Drodze Nadrzecznej opuszczone fabryki i osiedle. Wiem, że odmówiliśmy ludziom przedłużenia dzierżawy, ponieważ fabryki zatruwały ziemię i wodę. Czy ktoś tam teraz mieszka? Którzy terra indigena kontrolują ten teren?

– Dziewczynki byłyby tam zupełnie bezbronne – zaprotestował Steve. – Przywieźliście je tutaj, ponieważ można kontrolować dostęp na wyspę.

– Nie chodzi mi o wieszczki – wyjaśnił Simon. – Po prostu obawiam się, że ukryli się tam ludzie, którzy uciekli z Talulah Falls. Nie chcę, żeby stado potencjalnych wrogów zajęło ziemię pomiędzy Lakeside a Wielką Wyspą.

Steve spojrzał na Minga.

– Kilka miesięcy temu dwa domy były zamieszkałe, ale ostatnia zima okazała się dla ludzi zbyt ciężka, więc się wynieśli.

– Według Jastrzębiej Straży ostatni ludzie zabrali swoje rzeczy i odeszli, jak tylko drogi zrobiły się przejezdne – dodał Ming. – Nie słyszałem, by jacyś terra indigena zgłaszali pretensje do tej ziemi. Chcecie ją zająć?

– Nie sami – odparł Simon.

– W takim razie możemy podzielić się odpowiedzialnością za ten teren z Dziedzińcem w Lakeside. – Ming spojrzał pytająco na Steve’a, który pokiwał głową.

– Macie ludzi, którzy mogliby doprowadzić te domy do porządku?

– Jasne – odparł Steve. – Mamy hydraulików, stolarzy i całą resztę. Wyślę tam kogoś, żeby obejrzał wszystkie domy i przygotował listę koniecznych prac. I sprawdził dostępność wody i elektryczności. – Zawahał się. – Jak rozumiem, chce pan tam stworzyć osiedle dla wybranych, czy tak, panie Wilcza Straż?

Simon przytaknął. Nie był pewien, kto zamieszka w tym miejscu, ale uważał, że ziemia i budynki muszą pozostać pod kontrolą Innych. Wstał, czując zamęt w głowie.

– Wystarczy na dziś.

Steve również wstał i poklepał pudełko z ciastkami.

– Zabierzcie je do waszej kawiarni – powiedział, po czym wyszedł z kabiny wraz z Mingiem.

Na przystani usunięto już kozły i pasażerowie zamierzający przeprawić się na stały ląd weszli na pokład promu, choć nikt nie śmiał zajrzeć do kabiny. Henry otworzył pudełko, zamruczał z aprobatą i wziął sobie ciastko z owocami.

– Dobre – powiedział po pierwszym kęsie. – Żałujesz, że nie pojechałeś w góry Addirondak z Nathanem?

– Nie, ale chcę porozmawiać z Vladem, bo jeśli na Dziedzińcu nic się nie dzieje, chciałbym po drodze obejrzeć te domy.

Marzył o tym, by przemienić się w Wilka i przestać zajmować się ludźmi i ich problemami, ale nie żałował, że został na Dziedzińcu, bo dzięki temu mógł być z Meg. Ze swoją przyjaciółką.

Chciał tylko wiedzieć, dlaczego Meg, która była pionierem, postanowiła ciąć się pod jego nieobecność.

Rozdział 3

Czwartek, 10 maja

W jednym z porzuconych domów, ochrzczonych przez Simona Osiedlem Nadrzecznym, zastali kilku młodych Sanguinatich, których do Talulah Falls zwabiły opowieści o obfitości ludzkiej zwierzyny. Szybko się jednak wynieśli z miasta, bo kontrolujący je teraz Inni nie mieli ochoty uczyć ich życia w ludzkej osadzie. Poza tym przeraził ich nowy stróż prawa z tymi wszystkimi warkoczykami i klekoczącymi kośćmi. Uzyskawszy od nich obietnicę, że nie będą polować w Przystani Przewoźników i obiecawszy w zamian, że opowiedzą Erebusowi o ich sytuacji, Simon i Henry pojechali dalej. Byli zadowoleni, że ktoś jednak strzeże ich nowego terytorium.

Kiedy wjechali na Dziedziniec przez bramę od strony ulicy Głównej i ruszyli drogą wewnętrzną, dobiegło ich ponure jodłowanie Jedynaka Wilczej Straży.

– Aruuu! Aruuu! Aroooeeeooouuu! Meg nie chce mnie wpuścić!

Simon zaparkował minivana i popatrzył na młodego Wilka, siedzącego pod tylnym wejściem biura łącznika, po czym rzucił okiem na zegar na tablicy rozdzielczej, westchnął i otworzył okno.

– Jedynak! Jedynak!

– Aruuu! Meg nie chce mnie wpuścić!

Jedynak należał do tych terra indigena, których umysł nie zawsze pracuje jak należy. Często umykały mu istotne informacje, co w interiorze zwykle prowadziło do przedwczesnej śmierci, ale na szczęście ten objaw z wiekiem mijał. Jedynaka przysłano na Dziedziniec, żeby mu zapewnić bezpieczeństwo i tolerowano go tutaj, choć sprawiał masę kłopotów. Zwykle większość dnia spędzał w biurze łącznika, z Meg i Nathanem, który pilnował, by nie zrobił jakiejś głupoty. Niestety, Jedynak nie był w stanie zapamiętać, że biuro łącznika jest otwarte w określonych godzinach. Meg zapewne po prostu poszła na lunch i nieszczęsny młody Wilk mógł tu sobie wyć do zachrypnięcia.

Albo była w środku, ale udawała, że nie słyszy tego natrętnego jodłowania, z którego, jak Simon miał wielką nadzieję, Jedynak również kiedyś wyrośnie.

Simon!

Spojrzał w boczne lusterko i zobaczył Elliota Wilczą Straż – swojego ojca i oficjalnego konsula Dziedzińca, który stał przed konsulatem.

Zrób coś z tym idiotą. Rozmawiam przez telefon z burmistrzem Rogersem i ledwo słyszę, co mówi!

Na widok Vlada, który pojawił się przy wejściu na zaplecze Zabójczo Dobrych Lektur, Simon wysiadł z samochodu.

Zajmę się tym, powiedział do Elliota.

Dlaczego Meg go nie wpuszcza? spytał Vlad, zmierzając szybkim krokiem do biura łącznika. Przeszedł na komunikację terra indigena, zamiast przekrzykiwać wycie.

Jeszcze nie pora na otwarcie biura po przerwie, stwierdził Henry i podszedł do nich.

Jedynak ich nie zauważył – wciąż wył pod tylnym wejściem.

Ale przecież wróciła już do biura, powiedział Vlad z niepokojem. Miałem właśnie sprawdzić co u niej, bo przed chwilą Crystal Wronia Straż spytała mnie, czy Meg nadal jest taka zła.

Zła? Z jakiego powodu?

Nie mam pojęcia.

Simon podszedł do drzwi, zaskakując Jedynaka, który uskoczył z piskiem i uderzył głową w kolano Vlada. Wampir zaklął i spróbował go złapać za kark – wtedy okazało się, że młody Wilk nie jest gotów polować na cokolwiek, co potrafi się bronić, bo zamiast zaatakować w tym momencie Vlada, próbował uciec mu pomiędzy nogami. W końcu to Henry go złapał, cisnął na swoje podwórze i zamknął drewnianą bramę. Ponieważ Jedynak nie potrafił przybierać ludzkiej formy i miał kłopoty ze skupianiem uwagi, nie opanował jeszcze sztuki otwierania drzwi i siłą rzeczy musiał zostać tam, gdzie go umieścił Niedźwiedź. Pozostawało mieć nadzieję, że za chwilę zapomni, z jakiego powodu wył tak przenikliwie.

Niestety, Jedynak miał również tendencję do wykazywania się doskonałą pamięcią w najmniej fortunnych momentach. Usiadł pod bramą i znów zaczął wyć, że Meg nie chce go wpuścić.

Kręcąc głową z irytacją, Simon spróbował otworzyć tylne wejście do biura.

Drzwi były zamknięte na klucz.

Nie powinny być zamknięte, kiedy Meg była w środku. Powinny być otwarte, na wypadek, gdyby nagle potrzebowała pomocy. Na przykład gdyby użyła brzytwy.

Powarkując niespokojnie, wyłowił z kieszeni dżinsów klucze, otworzył drzwi i pospiesznie wszedł do środka.

– Meg! – zawołał i odwrócił się w stronę łazienki, z której dobiegały jakieś dźwięki. – Meg, co…? – Urwał i zagapił się na nią.

To było coś zupełnie nowego.

Ostrożnie zbliżył się o krok. A potem, zaintrygowany, o jeszcze jeden.

– Meg?

Co się dzieje? spytał zaniepokojony Vlad.

Nie wchodź tutaj.

Nigdy nie zwracał wielkiej uwagi na wygląd zewnętrzny ludzi, którzy pracowali na Dziedzińcu. Wykonywali po prostu swoją pracę, a on powstrzymywał się od ich zjedzenia i tyle. Faktem było jednak, że na Dziedzińcu nigdy wcześniej nie mieszkała wieszczka krwi. Więc kto wie? Może to była normalna zmiana u jej rodzaju, związana z porą roku?

Nie, chyba nie. Meg wydawała się zdenerwowana, więc dla niej to też musiało być coś nowego.

– Zrzuciłaś stare futro – stwierdził. Może nie do końca była to prawda, ale na pewno coś z nim zrobiła. Podejrzewał, że to jeden z tych momentów, w których od samca oczekuje się wybuchu entuzjazmu bez względu na to, co myśli naprawdę – nawet jeśli nie ma pojęcia, o co chodzi. Na szczęście ta zmiana budziła w nim pozytywne uczucia oraz – zaciekawienie.

Dziwaczne, pomarańczowe włosy Meg zniknęły. Obecnie jej głowę pokrywało błyszczące gęste czarne futerko, tak krótkie, że włosy sterczały zupełnie pionowo. Wyciągnął rękę, żeby je pomacać i przekonać się, czy jest tak miękkie, na jakie wyglądało.

– Zupełnie jak szczenięcy puch.

Zanim zdążył ją podrapać za uchem, uchyliła się gwałtownie przed jego ręką.

– Nie chcę mieć szczenięcego puchu! – wyjęczała.

– Dlaczego nie? Szczeniaki są słodkie.

Nagle zauważył, że oddech Meg jest urywany, a jej oczy wyrażają ślepą panikę. Przypominała mu młodego bizona, którego widział w szczenięctwie, spędzonym w Regionie Północno-Zachodnim. Bizon pojedynkował się ze starszym bykiem i doznał uszkodzenia mózgu. Cała wataha się przyglądała, jak chodzi w kółko, niezdolny ani się zatrzymać, ani zmienić kierunku. Dopiero po dłuższym czasie ocknął się i ruszył za resztą stada.

Gdyby Wilki nie były wówczas syte, uznałyby młodego bizona za idealną ofiarę.

Niedawno, kiedy wiózł do Lakeside małe wieszczki krwi, odkrył, że natłok nowych wrażeń powoduje u nich stan przypominający zachowanie tego młodego bizona. Ale po raz pierwszy dostrzegł taką panikę w oczach Meg.

– Meg! – zawołał niespokojnie. Co robić? Jak jej pomóc?

Chyba tak samo, jak pomógł małym wieszczkom w pociągu. Trzeba ukryć to, co nowe, ponieważ nowe budzi strach.

Poszedł do sortowni i powarkując pod nosem najgorsze ludzkie przekleństwa, zaczął przeglądać szuflady. Na dnie jednej z nich znalazł to, czego szukał – czapkę. Złapał ją, wrócił biegiem na zaplecze i energicznie wcisnął Meg na głowę. Potem zaciągnął wieszczkę do łazienki i postawił przed lustrem.

– Popatrz! – zażądał, biorąc ją za ramiona i potrząsając nią lekko. – To jest Meg w czapce, którą kupiliśmy, żeby jej było ciepło w głowę, jak wychodziła ze szpitala. To jest Meg, łącznik z ludźmi Dziedzińca w Lakeside. To jest Meg, moja przyjaciółka, przyjaciółka Sama, przyjaciółka Vlada, przyjaciółka Tess, przyjaciółka Henry’ego, przyjaciółka Jenni. Patrz!

Panika zaczęła znikać z jej oczu w miarę jak przyswajała sobie swój obraz w lustrze. Kiedy ukrył jej włosy, wyglądała dokładnie tak samo jak wczoraj, tyle że miała bandaż na lewej ręce.

W jej szarych oczach dostrzegał teraz zagubienie i odrobinę strachu.

– Simonie…

Był zły na nią, a także z jej powodu, ale już mniej, bo znów zaczęła mówić jak Meg. Zaprowadził ją do sortowni.

Simonie? wezwał go Henry.

Potrzebuję tu Merri Lee, natychmiast, odparł. Jak tylko się dowiem, co się dzieje z Meg, chcę pomówić ze Stowarzyszeniem Przedsiębiorców.

I z Elliotem, zaznaczył Henry. Chce nam coś przekazać po rozmowie z burmistrzem.

Ale najpierw zajmę się Meg.

Nic jej nie jest?

Nie jest ranna, ale… Sam nie wiem. To chyba jakaś dziewczyńska sprawa. Czy nie tak Meg powiedziała Vladowi? Że zamierza zrobić coś dziewczyńskiego? Jakiś symbol nowego początku, czy coś?

Przyjrzał się Meg, która stała oparta o stół w sortowni i sprawiała wrażenie wyczerpanej. Miał nadzieję, że nie narobił jej siniaków, kiedy ciągnął ją do łazienki, bo wówczas Henry pewnie go walnie – a jemu pozostanie mieć nadzieję, że będzie wtedy w swojej ludzkiej formie, a nie niedźwiedziej.

Do sortowni zajrzała Merri Lee.

– Meg? Panie Wilcza Straż?

– Zdejmij czapkę, Meg – polecił Simon. Jak Merri Lee zobaczy nowe futro Meg, powie coś neutralnego, a potem…

– Łał! To naprawdę radykalna decyzja.

Meg odetchnęła drżąco.

– Nie pomagasz – warknął Simon do Merri Lee.

– Przykro mi, ale to prawda – wyjąkała. – I Meg potrzebuje czasu, żeby się przyzwyczaić do swojego nowego wyglądu.

– Nie pomagasz – powtórzył, tym razem wyszczerzając zęby.

Ale Merri Lee nie zwracała na niego uwagi. Przypatrywała się Meg.

– Nie byłaś przygotowana na aż taką zmianę, prawda?

Meg przytaknęła.

– Jak się zjawiłaś na Dziedzińcu też miałaś krótkie włosy. Nie aż tak krótkie, ale krótkie, więc pewnie strzyżono je regularnie. – Merri Lee wciąż przyglądała się Meg. – Ale nigdy nie robił tego fryzjer, czy tak?

– Nie pamiętam, żeby mi obcinano włosy, ale czasami śniły mi się dziwne rzeczy – odparła Meg. – Widać chodzące imiona zajmowały się nami podczas snu. Kiedy się budziłam, wyczuwałam, że coś się zmieniło.

Simon przyglądał się im, przestępując z nogi na nogę. Merri Lee miała taką minę, jakby zamierzała kogoś ugryźć, więc nie był pewien, czy powinien zasłonić sobą Meg, czy raczej odsunąć się, żeby nie pogryzła jego.

– Przyglądałaś się, jak fryzjerka obcina ci włosy?

– Nie, czułam jak używa grzebienia i nożyczek, ale jej nie widziałam.

– Ach. – Merri Lee pokiwała głową. – Pewnie odwróciła fotel tyłem do lustra, żeby cię zaskoczyć nową fryzurą.

Meg kiwnęła twierdząco głową.

– Chyba się zorientowała, że coś jest nie tak. Nie mogłam tam zostać, nie mogłam mówić… to już nie byłam ja!

Merri Lee westchnęła.

– Kiedy miałam jedenaście lat, moja mama doszła do wniosku, że ma dość moich długich włosów, więc zabrała mnie do fryzjera i kazała je ściąć. Ja wcale tego nie chciałam, ale nikt mnie nie słuchał. Mama i fryzjerka ustaliły między sobą, jaką mam mieć fryzurę, a potem fryzjerka posadziła mnie tyłem do lustra i zaczęła strzyc. Kiedy w końcu odwróciła fotel, powiedziała, że wyglądam słodko. Moja mama była zachwycona i wciąż powtarzała: „Kotku, wyglądasz ślicznie”, ale ja… – Urwała i pokręciła głową. – Rzecz w tym, że nie poznałam tej dziewczynki w lustrze. Zobaczyłam kogoś obcego i poczułam się… zagubiona.

– Właśnie – szepnęła Meg.

Simon zmierzył je wzrokiem.

– Właśnie? Właśnie? Wyglądasz tak samo, pachniesz tak samo. Jak możesz nie wiedzieć, że to ty? Meg, ufarbowałaś sobie włosy na pomarańczowo i to ci wcale nie przeszkadzało! – Zawarczał, kiedy coś wpadło mu do głowy. – A może się zdenerwowałaś, tylko to przed nami ukryłaś?

Kiedy się zawahała, zawarczał głośniej. Nie pozwoli jej chodzić w kółko jak ten ranny w głowę bizon. Nie teraz. Nigdy. Nie jej.

– Ty. – Wycelował palcem w Merri Lee. – Od dziś pracujesz dwie godziny krócej w kawiarni i księgarni.

Merri Lee zbladła.

– Ale ja potrzebuję tej pracy!

– To niesprawiedliwe – zaprotestowała Meg, z wysiłkiem odrywając się od stołu. – Tylko dlatego, że nie podoba ci się, co…

– Nie powiedziałem, że skracam jej godziny pracy – uciął Simon. – Będzie pracowała tutaj, z tobą. Musicie ustalić, z jakiego powodu wpadłaś w taką panikę i jak tego uniknąć w przyszłości.

– Simonie, nic mi nie będzie – zapewniła go Meg.

– Nie chodzi tylko o ciebie – odparł. – Dziewczynki, które przywieźliśmy z kompleksu zachowują się tak samo jak ty przed chwilą, tylko częściej, a Intuici nie wiedzą, jak im pomóc. Ci, którzy się wami zajmowali w kompleksach raczej nie udzielą nam pomocy w tej kwestii. Wiesz dobrze, że tego nie zrobią. Jean nazwała cię pionierem, powiedziała, że wytyczasz szlak.

Merri Lee drgnęła.

– Co powiedziałeś?

Simon rzucił na nią okiem.

– Że Meg jest pionierem i wytycza szlak.

Merri Lee przełknęła ślinę i spojrzała na Meg.

– Powiedziałaś coś takiego w swojej przepowiedni. Zarośnięty szlak, wąska ścieżka. Na to mieli uważać terra indigena.

– We dwie macie ustalić, jakie są potrzeby cassandra sangue – i co ludzie i Inni muszą zrobić, żeby utrzymać je przy życiu – nakazał Simon.

– Chcesz, żebyśmy napisały przewodnik Wieszczki krwi dla idiotów? – wykrzyknęła Meg z oburzeniem.

– Właśnie. Dokładnie tego oczekuję – odparł, ale na widok ich zaskoczonych min poczuł, że chyba jednak trochę przesadził ze szczerością. – Zapiszcie wszystko, co odkryjecie, żebyśmy mogli przekazać te informacje wszystkim opiekunom wieszczek.

– Nie jestem pisarzem – zaprotestowała Merri Lee. – Potrafię robić notatki, ale nie zdołam napisać czegoś takiego.

– Ruthie ci pomoże – zdecydował. Proszę. Problem rozwiązany. W końcu Ruthie to nauczycielka. Zawsze pisze pełnymi zdaniami.

– Czy… Czy rozmawiał pan z Vladem? – spytała Merri Lee. – Wie pan o dzisiejszej przepowiedni?

– Jeszcze nie – parsknął, po czym dodał łagodniejszym tonem: – Spróbuj Meg, proszę. Jean twierdzi, że potrafisz.

Kiedy wyszedł z biura łącznika, zamknął za sobą drzwi i się zatrzymał. Tak po prostu. Nie mógł wezwać na pomoc Wilków z Dziedzińca. One mu nie pomogą usunąć niebezpieczeństwa grożącego Meg, ponieważ to niebezpieczeństwo znajduje się w niej samej i jest jej częścią – jak jej krew, w której unoszą się wizje, jak jej delikatna, poznaczona bliznami skóra. W jaki sposób miał chronić Meg przed Meg?

Tess wyszła z zaplecza kawiarni Coś na Ząb. Łatwiej byłoby jej przejść do sali spotkań wewnętrznym przejściem, więc zapewne chciała sprawdzić, co się z nim dzieje.

Idziesz na zebranie? spytała, wskazując ruchem głowy piętro Zabójczo Dobrych Lektur.

Tak.

Razem weszli na górę.

Nie żałował, że został na Dziedzińcu, żeby być z Meg, ale w tej chwili miał ochotę zrzucić z siebie ludzką skórę, a wraz z nią pozbyć się wszystkich ludzkich problemów.

Po wyjściu Simona Meg i Merri Lee popatrzyły na siebie.

– Nim zaczniemy… – Merri Lee wskazała włosy Meg. – Dlaczego tak krótko?

– Miałam dość wzroku, jakim dostawcy patrzą na moje włosy. I tego, jak patrzą na nie Inni. Nie chciałam ich ufarbować na pomarańczowo! – Meg sapnęła z irytacją. – Poszłam do fryzjerki na rynku. Nie znam Wrony, która tam pracuje, ale obiecała mi, że zetnie włosy i pozbędę się tego koloru. Ale byłam pewna, że zostanie ich więcej!

Merri dotknęła jej ciemnych, krótkich włosów.

– Wiele lat zabrało mi znalezienie fryzjerki, której naprawdę ufam. Sama nigdy nie byłam w tym zakładzie na rynku, ale chyba kiedyś pracowały tam dorywczo dwie fryzjerki i uczyły Innych nie tylko obcinać włosy, ale również robić fryzury. Ciekawe, czy Wrona, która cię strzygła, uczyła się od nich, czy po prostu zgłosiła się na ochotnika i nie ma pojęcia, jak to należy robić…

– Czyli teraz strzyżeniem zajmuje się tutaj niedouczona Wrona?! – spytała Meg podniesionym głosem. W jej głowie pojawił się nagle karykaturalny obraz: Wrona wymachuje nożyczkami nad głową klientki, wszędzie dookoła lecą ucięte kosmyki włosów. Wizja była na tyle zabawna, że trochę się uspokoiła. – To nie było z jej strony bezmyślne działanie – powiedziała. – Nie widziałam, co robi, ale jej ruchy były celowe, wręcz przemyślane. – Przypomniała sobie lekkie szarpnięcia za włosy, szczęk nożyczek. Czy Wrona była tak zaabsorbowana tańcem srebrzystych ostrzy, że po prostu nie była w stanie przestać?

– No cóż – odezwała się po dłuższej chwili Merri Lee. – Teraz masz zupełnie czarne włosy. Nie zostały nawet pomarańczowe końcówki. A dobra wiadomość jest taka, że latem nie będziesz musiała im poświęcać wiele uwagi.

Meg z wahaniem przesunęła ręką po głowie. Było inaczej. Nastąpiła zmiana. Trzeba będzie dostosować do niej codzienną rutynę.

– Co? – spytała Merri Lee. – Masz taki wyraz twarzy, jakbyś nagle zdała sobie z czegoś sprawę.

– Nie jestem pewna. Muszę iść do łazienki.

– Masz gdzieś zapasowy blok do notatek? Później kupię notatnik w Trzy P, żebyśmy miały w czym notować.

– W tamtej szufladzie. – Meg pokazała palcem. – Trzymam tam zapasowy blok do zapisywania dostaw.

Weszła do łazienki, nie patrząc w lustro. Przyjrzała się swoim dłoniom. Znajomy kształt, znajome blizny. Potem zasłoniła twarz palcami i popatrzyła między nimi na swoje odbicie: jasna skóra z lekkim rumieńcem na policzkach, szare oczy, czarne włosy, brwi i rzęsy.

Od dziś to jest moja twarz. To jest twarz, którą Simon rozpoznaje jako Meg.

Opuściła dłonie. Tym razem nie poczuła paniki.

Nie pamiętała żadnych obrazów szkoleniowych, na których ktoś okazywałby zaskoczenie na widok swojej nowej fryzury, ale miała w pamięci obraz własnej twarzy w lustrze, zaszokowanej fizyczną zmianą. I opowieść Merri Lee o podobnym zaburzeniu poczucia tożsamości.

Kiedy wychodziła z łazienki, rzuciła okiem na lodówkę pod blatem i uświadomiła sobie, że nie jadła jeszcze lunchu. Jeśli Merri Lee też jeszcze nie jadła, może mogłyby zamówić pizzę w Chrupiących Przysmakach? Pizza to takie jedzenie-pocieszanka, prawda?

Przestąpiła próg sortowni, rozejrzała się i zamarła.

– Nie!

Rzuciła się biegiem do odtwarzacza, odpychając po drodze Merri Lee, po czym przesunęła gwałtownie stos płyt z lewej strony urządzenia na prawą.

Merri Lee cofnęła się niepewnie.

– Na bogów na górze i na dole. Meg, co się z tobą dzieje?

Meg przycisnęła ręką płyty.

– Nie wolno ich ruszać.

– Robiłam tylko miejsce na blacie!

– Nie wolno zmieniać rzeczy stałych!

Merri Lee przyglądała jej się przez długą chwilę, a potem podeszła i położyła rękę na jej dłoni.

– Uspokój się. Płyty znowu leżą na swoim miejscu. Oddychaj głęboko, Meg. Oddychaj.

Tyle mogła zrobić. Oddychanie było proste. To była rutyna.

– Pozwolisz, że pójdę na zaplecze i przyniosę wodę do picia? – spytała Merri Lee.

Meg kiwnęła głową.

Merri Lee wróciła po chwili z butelką wody i dwoma szklankami. Napełniwszy obie szklanki jedną podała Meg. Wypiły w milczeniu, nawzajem unikając się wzrokiem.

– No dobrze – powiedziała wreszcie Merri Lee. – Chyba już czas zacząć zadawać pytania. Mieszkasz na Dziedzińcu od czterech i pół miesiąca. Codziennie coś się tu zmienia, a do tej pory nie panikowałaś z tego powodu. Czy strzyżenie uruchomiło tę reakcję? Czy to była ta kropla przepełniająca czarę? Jeśli nie jesteś w stanie tolerować zmian, jak udało ci się tu przetrwać? Właśnie to musimy ustalić.

– To tylko zły dzień – zaprotestowała Meg słabo.

– Tak, zły dzień i szok wywołany zmianą fryzury. Za dużo emocji naraz. Ja to rozumiem, Meg, naprawdę. Rozumiem też stan przeładowania informacjami, kiedy już nie jesteś w stanie absorbować nowych. Rozumiem nawet takie zachowania obsesyjno-kompulsywne jak przed chwilą, ale ty mnie odepchnęłaś i krzyczałaś na mnie. Zapewne lepiej, że tak się stało, niż żebyś miała przejść załamanie nerwowe, bo przynajmniej nadal mamy kontakt. I o to chodzi. Tyle rzeczy zrobiłaś i tyle ci się przytrafiło w ostatnich miesiącach, że dzisiaj dotarłaś do kresu, tymczasem według Simona inne wieszczki załamują się codziennie, a spędziły poza kompleksem niecały miesiąc. Co z nimi będzie? Jak mają sobie radzić ze światem?

– Nie wiem, jak im pomóc. – W oczach Meg pojawiły się łzy.

– Sobie potrafiłaś pomóc. Instynktownie. Więc teraz Meg pionierka musi spróbować to opisać, wytyczyć szlak dla innych wieszczek.

Meg wytarła łzy i wypiła łyk wody.

– Rzeczy stałe nie mogą się zmieniać – zachęciła ją Merri Lee. – Co sprawia, że coś należy do rzeczy stałych? – Przyjrzała się płytom. – Zawsze jest ich pięć? Ale nie zawsze to jest tych samych pięć? I zawsze leżą po prawej stronie odtwarzacza?

– Tak. – Meg rozejrzała się po sortowni. – Ja wiem, że w sortowni będą zachodzić zmiany, ponieważ taka jest jej funkcja, więc się ich spodziewam. Paczki pojawiają się tu i znikają, ale samo pomieszczenie się nie zmienia. Stół zawsze stoi w tym samym miejscu. Tak samo telefon i odtwarzacz. I przegródki na pocztę na ścianie.

– A kiedy jesteś w domu?

– Mam zwyczaje, których przestrzegam. Podobnie jest z drogami, którymi jeżdżę, kiedy robię dostawy.

– A jeśli coś zaburza rutynę? Na przykład kiedy odwołują zajęcia Spokojnego Umysłu?

– Czuję się wtedy… niepewnie… póki nie zdecyduję, co będę robić zamiast tego.

– Czyli stałość kontra zmiany. Ograniczona tolerancja na zmiany w rzeczach stałych. I uczucie zagubienia, kiedy rutyna zostaje zaburzona.

Meg przypomniała sobie obrazy szkoleniowe przedstawiające różne wyrazy twarzy i uznała, że do wyglądu Merri najlepiej pasuje teraz ten prezentujący strach.

– Ty coś wiesz.