Wydawca: Albatros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 320 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Śpiączka - Graham Masterton

Kalifornia, rejon Gór Kaskadowych. Młoda kochająca się para – Michael i Tasha – pada ofiarą psychopaty, który taranuje ich samochód, z premedytacją spychając go na przeciwległy pas autostrady. Kobieta ginie na miejscu. Michael odzyskuje przytomność w prywatnej klinice pourazowej u podnóża góry Shasta. Jego obrażenia są poważne – doznał uszkodzenia kręgosłupa, przez dwa miesiące pozostawał w śpiączce. Nie pamięta wypadku, nie wie, kim jest. Z dokumentów wynika, że nazywa się Gregory Merrick. Rodzina (matka i siostra) została o wszystkim poinformowana, na bieżąco interesuje się przebiegiem leczenia. Terapia ma potrwać kilka miesięcy: Michael przez krótki okres pozostanie w klinice, a następnie zamieszka w domu Isobel, jednej z mieszkanek pobliskiej osady Trinity. Mężczyzna stopniowo odzyskuje sprawność fizyczną. Z kliniki przeprowadza się do pięknej Isobel, która – jak się okazuje – jest obdarzona niepohamowanym apetytem seksualnym. Przyjemność uprawiania z nią seksu psuje jednak lodowaty chłód, jaki przenika wtedy całe jego ciało. W miarę upływu czasu Michaelowi wraca pamięć: nabiera pewności, że wcale nie nazywa się Gregory. Zaczyna zadawać coraz więcej pytań; niestety odpowiedzi niczego nie wyjaśniają. Wydaje się, że wszyscy wokół kłamią – zarówno lekarze, jak mieszkańcy Trinity. W osadzie niewątpliwie dzieje się coś dziwnego. Mieszkańcy wydają się istotami nie z tego świata: chodzą, nie zostawiając śladów na śniegu, nocą zaś ustawiają się w milczeniu pod oknem jego sypialni. Michael próbuje uciec z Trinity. Droga, którą opuszcza osadę, prowadzi go z powrotem do punktu wyjścia. Pozostaje mu tylko jedno – pozostać w wiosce i rozwiązać przerażającą zagadkę...

Opinie o ebooku Śpiączka - Graham Masterton

Fragment ebooka Śpiączka - Graham Masterton

O książce

Ka­li­for­nia, re­jon Gór Ka­ska­do­wych. Młoda ko­chająca się para – Mi­cha­el i Ta­sha – pada ofiarą psy­cho­pa­ty, który ta­ra­nu­je ich sa­mochód, z pre­me­dy­tacją spy­chając go na prze­ciw­legły pas au­to­stra­dy. Ko­bie­ta gi­nie na miej­scu. Mi­cha­el od­zy­sku­je przy­tom­ność w pry­wat­nej kli­ni­ce po­ura­zo­wej u podnóża góry Sha­sta. Jego obrażenia są poważne – do­znał uszko­dze­nia kręgosłupa, przez dwa mie­siące po­zo­sta­wał w śpiączce. Nie pamięta wy­pad­ku, nie wie, kim jest. Z do­ku­mentów wy­ni­ka, że na­zy­wa się Gre­go­ry Mer­rick. Ro­dzi­na (mat­ka i sio­stra) zo­stała o wszyst­kim po­in­for­mo­wa­na, na bieżąco in­te­re­su­je się prze­bie­giem le­cze­nia. Te­ra­pia ma po­trwać kil­ka mie­sięcy: Mi­cha­el przez krótki okres pozo­stanie w kli­ni­ce, a następnie za­miesz­ka w domu Iso­bel, jed­nej z miesz­ka­nek po­bli­skiej osa­dy Tri­ni­ty. Mężczy­zna stop­nio­wo od­zy­sku­je spraw­ność fi­zyczną. Z kli­ni­ki prze­pro­wa­dza się do pięknej Iso­bel, która – jak się oka­zu­je – jest ob­da­rzo­na nie­po­ha­mo­wa­nym ape­ty­tem sek­su­al­nym. Przy­jem­ność upra­wia­nia z nią sek­su psu­je jed­nak lo­do­wa­ty chłód, jaki prze­ni­ka wte­dy całe jego ciało. W miarę upływu cza­su Mi­cha­elowi wra­ca pamięć: na­bie­ra pew­ności, że wca­le nie na­zy­wa się Gre­go­ry. Za­czy­na za­da­wać co­raz więcej pytań; nie­ste­ty od­po­wie­dzi ni­cze­go nie wyjaśniają. Wy­da­je się, że wszy­scy wokół kłamią – zarówno le­ka­rze, jak miesz­kańcy Tri­ni­ty. W osa­dzie niewątpli­wie dzie­je się coś dziw­ne­go. Miesz­kańcy wy­dają się isto­ta­mi nie z tego świa­ta: chodzą, nie zo­stawiając śladów na śnie­gu, nocą zaś usta­wiają się w mil­cze­niu pod oknem jego sy­pial­ni. Mi­cha­el próbuje uciec z Tri­ni­ty. Dro­ga, którą opusz­cza osadę, pro­wa­dzi go z po­wro­tem do punk­tu wyjścia. Pozo­staje mu tyl­ko jed­no – pozo­stać w wio­sce i roz­wiązać prze­rażającą za­gadkę…

Wydanie elektroniczne

GRA­HAM MA­STER­TON

Po­pu­lar­ny pi­sarz an­giel­ski. Uro­dził się w 1946 w Edyn­bur­gu. Po ukończe­niu stu­diów pra­co­wał jako re­dak­tor w mie­sięczni­kach, m.in. May­fa­ir i an­giel­skim od­dzia­le Pen­tho­use’a. Au­tor licz­nych hor­rorów, ro­mansów, po­wieści oby­cza­jo­wych, thril­lerów, po­rad­ników sek­su­olo­gicz­nych. Zdo­byw­ca Ed­gar Al­lan Poe Award, Prix Ju­lia Ver­lan­ger i no­mi­na­cji do Bram Sto­ker Award. De­biu­to­wał w 1976 hor­rorem Ma­ni­tou (ze­kra­ni­zo­wa­nym z To­nym Cur­ti­sem w roli głównej). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki obej­mu­je po­nad 80 książek – po­wieści i zbiorów opo­wia­dań – o całko­wi­tym nakładzie prze­kra­czającym 20 mi­lionów eg­zem­pla­rzy, z cze­go po­nad dwa mi­liony ku­pi­li pol­scy czy­tel­ni­cy. Wielką po­pu­lar­ność pi­sa­rza w Pol­sce, którą często od­wie­dza, ugrun­to­wał cykl po­rad­ników sek­su­olo­gicz­nych, w tym wie­lo­krot­nie wzna­wia­nych tytułów Ma­gia sek­su i Potęga sek­su. W ostat­nim cza­sie uka­zały się w na­szym kra­ju Czer­wo­ny Ho­tel, Ogród zła, Pa­ni­ka i Śpiączka. Wkrótce pol­skie pre­mie­ry ko­lej­nych po­wieści Ma­ster­to­na – Dy­na­stia, Im­pe­rium, Su­sza, Scar­let Wi­dow i Red Li­ght.

www.gra­ham­ma­ster­ton.co.uk

Tego au­to­ra

Sagi hi­sto­rycz­ne

WŁADCY PRZE­STWO­RZY IM­PE­RIUM DY­NA­STIA

Rook

ROOK KŁY I PA­ZU­RYSTRACH DE­MON ZIM­NA SY­RE­NA CIEM­NIA ZŁODZIEJ DUSZ OGRÓD ZŁA

Ma­ni­tou

MA­NI­TOU ZE­MSTA MA­NI­TOU DUCH ZAGŁADY KREW MA­NI­TOU AR­MA­GE­DON

Wo­jow­ni­cy Nocy

ŚMIER­TEL­NE SNY POWRÓT WO­JOW­NIKÓW NOCY DZIE­WIĄTY KOSZ­MAR

Ka­tie Ma­gu­ire

UPADŁE ANIOŁY CZER­WO­NE ŚWIATŁO

Inne tytuły

STUD­NIE PIE­KIEŁ ANIOŁ JES­SI­KI STRAŻNICY PIEKŁA DE­MO­NY NOR­MAN­DII ŚWIĘTY TER­ROR SZA­RY DIA­BEŁ ZWIER­CIADŁO PIE­KIEŁ ZJA­WA BEZ­SEN­NI CZAR­NY ANIOŁ STRACH MA WIE­LE TWA­RZY SFINKS WY­ZNAW­CY PŁOMIE­NIA WEN­DI­GO OKRU­CHY STRA­CHU CIAŁO I KREW DRA­PIEŻCY WAL­HAL­LA PIĄTA CZA­ROW­NI­CA MU­ZY­KA Z ZAŚWIATÓW BŁYSKA­WI­CA DUCH OGNIA ZAKLĘCI SU­SZA ŚPIĄCZKA SZKARŁATNA WDO­WA

Tytuł ory­gi­nału: COM­MU­NI­TY

Co­py­ri­ght © Gra­ham Ma­ster­ton 2013 All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Kuryłowicz 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Małgo­rza­ta Ry­bar­czyk 2014

Re­dak­cja: Be­ata Słama

Ilu­stra­cja na okładce: cy­bra­in/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-020-4

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Roz­dział 1

Pick-up po raz pierw­szy po­ja­wił się we wstecz­nym lu­ster­ku Mi­cha­ela dwa­dzieścia ki­lo­metrów na północ od Weed. Utrzy­my­wał od­ległość nie­całego ki­lo­metra. Za da­le­ko, by Mi­cha­el mógł usta­lić markę sa­mo­cho­du, ale wy­star­czająco bli­sko, by długie światła ośle­piały go, od­bi­jając się w lu­ster­ku.

– Pa­lant – burknął Mi­cha­el, ale tyl­ko do sie­bie, bo Ta­sha spała. Prze­sta­wił lu­ster­ko na po­zycję an­ty­od­bla­skową, ale światła i tak raziły go w oczy.

Około piętna­stu ki­lo­metrów przed Weed zaczął padać śnieg: lek­kie, wi­rujące w po­wie­trzu płatki, które spa­dały na przed­nią szybę i skośnie ucie­kały z au­to­stra­dy. Nie­bo było nie­bie­sko­sza­re. Kie­dy do­je­cha­li do ko­lej­ne­go zakrętu, so­sno­wy las nie­co się prze­rze­dził i uka­zała się góra Sha­sta z ośnieżony­mi szczy­ta­mi, za­la­ny­mi po­ma­rańczową poświatą za­chodzącego słońca.

– Hej! – Mi­cha­el szturchnął Tashę. – Góra Sha­sta.

Dziew­czy­na otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na nie­go.

– Co po­wie­działeś?

– Góra Sha­sta. O, tam!

– O Boże! To nie­wia­ry­god­ne. Zupełnie nie­re­al­ne!

– Piąty, naj­wyższy szczyt Gór Ka­ska­do­wych – po­wie­dział Mi­cha­el.

– Mądra­la!

– Ma czte­ry tysiące trzy­sta dwa­dzieścia dwa me­try wy­so­kości i około ośmiu­set pięćdzie­sięciu ki­lo­metrów sześcien­nych objętości.

Ta­sha ude­rzyła go w ramię.

– Czy za­wsze mu­sisz wszyst­ko za­mie­niać w licz­by? Po­patrz, to ta­kie na­stro­jo­we.

– O, prze­pra­szam, mogę też po­wie­dzieć ci coś na­stro­jo­we­go. Mo­do­ko­wie wierzą, że duch nie­bios Skell zstąpił na zie­mię i za­miesz­kał na górze Sha­sta. Rasa przy­byszów z ko­smo­su zwa­nych Le­mu­ria­na­mi ma rze­ko­mo w środ­ku góry swój dom, w pląta­ni­nie pod­ziem­nych tu­ne­li. A wy­znaw­cy New Age są prze­ko­na­ni, że to jed­no w centrów ener­gii psy­chicz­nej w Ame­ry­ce.

– Dla mnie jest piękna, taka po­god­na.

Góra co chwilę zni­kała za drze­wa­mi, a za każdym ra­zem, gdy zno­wu się po­ja­wiała, po­ma­rańczo­wa poświa­ta była co­raz bled­sza, aż do chwi­li, kie­dy słońce zaszło i widać było tyl­ko wyższe zbo­cza, zim­ne i białe w za­pa­dających ciem­nościach. Jak ktoś kie­dyś na­pi­sał: góra Sha­sta była tak sa­mot­na jak Bóg i biała jak zi­mo­wy księżyc.

Mi­cha­el nie miał za­mia­ru je­chać po zmro­ku przez okręg Si­skiy­ou, szczególnie kie­dy padał śnieg albo wiał sil­ny wiatr, ale tuż za Yre­ka złapa­li gumę i mie­li go­dzinę opóźnie­nia. Pokój w zajeździe Com­fort w Weed zamówili na osiem­nastą, a była już dzie­więtna­sta piętnaście.

Ta­sha się prze­ciągnęła.

– Mogłeś mnie wcześniej obu­dzić. Te­raz nie będę mogła w nocy spać – zaczęła ma­ru­dzić.

– A kto mówi o spa­niu?

Walnęła go w ramię.

– Kogo chcesz na­brać? Prze­cież cię znam. Dzie­siąta trzy­dzieści, za­my­kasz oczy i na­wet Mor­moński Chór Ta­ber­na­ku­lum cię nie obu­dzi.

Mi­cha­el po­now­nie spoj­rzał w lu­ster­ko. Pick-up wciąż był za nimi, cały czas z włączo­ny­mi długi­mi światłami. Gdy­by tak nie zależało mu na cza­sie, pew­nie by zwol­nił i po­zwo­lił się minąć.

Nie za­mie­rzał sprze­czać się z Tashą, bo wie­dział, że ma rację. Wy­star­czyło, że przyłożył głowę do po­dusz­ki, i od razu za­sy­piał. Miał jed­nak pra­wo, bo co­dzien­nie po­ko­ny­wał pra­wie pięćset ki­lo­metrów. Prze­je­chał całą nad­morską au­to­stradę sto je­den aż do Ren­ton koło Se­at­tle, aby od­wie­dzić siostrę Ta­shy, Rody, i jej nud­ne­go męża Da­vi­da. Te­raz wra­ca­li do domu do San Fran­ci­sco, ale już szybszą między­sta­nową piątką. Ta podróż miała być czymś, co żar­to­bli­wie na­zy­wa­li fal­star­tem mie­siąca mio­do­we­go. Dwa ty­go­dnie temu po­sta­no­wi­li, że za­miesz­kają ra­zem, ale ślub pla­no­wa­li do­pie­ro w kwiet­niu.

– Je­stem głodna – po­wie­działa Ta­sha. – Nie wiem dla­cze­go, bo prze­cież ten che­ese­bur­ger w Black Bear Di­ner był ogrom­ny.

– Nie mam pojęcia, gdzie ty to wszyst­ko mieścisz. Je­steś taka chu­da, a pochłaniasz ta­kie ilości, jak­byś była w ciąży.

– Mam fan­ta­stycz­nie szybką prze­mianę ma­te­rii. Wszyst­ko, co jem, za­mie­nia się w czystą ener­gię.

Co miał po­wie­dzieć! Ta­sha była nie­zmor­do­wa­na. Pro­wa­dziła sklep z ręko­dziełem ar­ty­stycz­nym przy Mis­sion Stre­et. Sprze­da­wała świecz­ki za­pa­cho­we, ręcznie ma­lo­wa­ne kart­ki i ubran­ka dla dzie­ci. Była drobną, ładną ko­bietą o słowiańskiej uro­dzie, miała pro­ste blond włosy, nie­bie­sko­sza­re oczy i mały za­dar­ty nos. Mi­cha­el za­ko­chał się w niej już pierw­sze­go wie­czo­ru, kie­dy ją po­znał, choć nie mo­gli bar­dziej się różnić.

Mi­cha­el lubił spędzać czas w ci­szy na roz­myśla­niach. Ta­sha bie­gała, cho­dziła na zumbę i robiła przed­mio­ty, które sprze­da­wała w skle­pie. I śpie­wała. Cały czas śpie­wała. Zwy­kle smut­ne, tęskne pio­sen­ki, ta­kie jak I Can’t Make You Love Me.

W lu­ster­ku zno­wu odbiły się ha­lo­ge­no­we światła i Mi­cha­el pod­niósł rękę, by osłonić oczy.

– Ten kre­tyn już od kil­ku ki­lo­metrów je­dzie za mną z włączo­ny­mi długi­mi.

Ta­sha odwróciła się na sie­dze­niu.

– Może nie zda­je so­bie z tego spra­wy? Dla­cze­go go nie prze­puścisz?

– Bo mu­siałbym zwol­nić, a i tak je­steśmy spóźnie­ni.

– I co z tego? Prze­cież nikt na nas nie cze­ka. Patrz, i tak nas do­ga­nia.

Mi­cha­el zerknął w lu­ster­ko, mrużąc oczy.

– Masz rację. Niech mnie mi­nie.

Pick-up zbliżał się do nich z ogromną prędkością. Te­raz był już sie­dem metrów za nimi i całe wnętrze pon­tia­ca tor­ren­ta Mi­cha­ela wypełniło ja­sne, ośle­piające światło.

Mi­cha­el zje­chał na prawą stronę au­to­stra­dy, żeby pick-up miał dużo miej­sca na wy­mi­nięcie. Nadal sie­dział im na ogo­nie. Był tak bli­sko, że pra­wie ich do­ty­kał.

– Co on robi? – zde­ner­wo­wał się Mi­cha­el. – Ten fa­cet to jakiś sza­le­niec!

Wcisnął pedał gazu i zaczęli się od­da­lać, ale już po kil­ku se­kun­dach pick-up był tuż za nimi. Mi­cha­el gwałtow­nie skręcił w lewo, po­tem w pra­wo i zno­wu w lewo, opo­ny pon­tia­ca głośno za­pisz­czały. Pick-up wciąż sunął za nimi jak ata­kujący pies.

– O Boże! – krzyknęła Ta­sha. – On chce nas zabić!

Mi­cha­el prze­sunął nogę na ha­mu­lec i w tym mo­men­cie pick-up w nich ude­rzył. Roz­legł się pu­sty, głęboki huk. Na ułamek se­kun­dy Mi­cha­el stra­cił pa­no­wa­nie nad kie­row­nicą i pon­tia­kiem rzu­ciło kil­ka razy.

– Mi­cha­el! – krzyknęła Ta­sha, jedną ręką chwy­tając za klamkę, a drugą opie­rając o drzwicz­ki schow­ka.

Pick-up zno­wu w nich ude­rzył, tym ra­zem moc­niej. Pon­tia­kiem zaczęło rzu­cać na wszyst­kie stro­ny, choć Mi­cha­el roz­pacz­li­wie próbował utrzy­mać kie­row­nicę. Te­raz wi­dział tyl­ko zmie­niające po­zycję światła i pa­dający śnieg.

Pra­wie stanął na ha­mul­cu, ale pick-up sta­ra­no­wał ich od stro­ny pasażera i ze­pchnął na trawę od­dzie­lającą pasy jezd­ni, z której wy­sta­wały ka­mie­nie.

Po ogłuszającym huku nastąpiła se­ria szarp­nięć, skrzyp­nięć i pisków. Mi­cha­elem i Tashą rzu­cało z jed­nej stro­ny na drugą. Po­tem pon­tiac prze­ko­ziołkował raz, i jesz­cze raz. W su­mie trzy razy. Dach się wygiął, drzwi wgniotły do środ­ka, a szy­by popękały.

Mi­cha­el wi­dział, że nogi i ręce Ta­shy nie­mal fru­wają w po­wie­trzu. Po­czuł się, jak­by na­gle zna­lazł się w ogrom­nej pral­ce, która wi­ro­wała i nig­dy nie miała się za­trzy­mać. Zde­rzy­li się ra­mio­na­mi. Stuknęli głowa­mi. Po­tem głowa Ta­shy ude­rzyła o su­fit.

Pon­tiac prze­ko­ziołkował na północną stronę au­to­stra­dy, gdzie przy­chy­lił się na jedną stronę, a po­tem przekręcił i za­trzy­mał na da­chu.

Było ciem­no. Mi­cha­el wi­siał zapięty w pa­sie. Wi­dział tyl­ko lewy bok Ta­shy. Jej chu­de ramię w bla­do­nie­bie­skim ręka­wie było przy­trzaśnięte opar­ciem. Próbował się unieść i zna­leźć zapięcie pasa. Kie­dy to robił, zo­ba­czył tył głowy Ta­shy. Po blond włosach spływała krew i wy­da­wało mu się, że wi­dzi wy­stający trójkątny kawałek kości.

– Ta­sha? – ode­zwał się ochrypłym głosem. Pas uci­skał mu gardło i le­d­wie mógł od­dy­chać. – Ta­sha, słyszysz mnie?

Nie od­po­wie­działa. Mi­cha­el zno­wu się uniósł i tym ra­zem lewą ręką udało mu się zna­leźć zapięcie pasa. Na­cisnął przy­cisk, ale był za­blo­ko­wa­ny.

– Ta­sha? –powtórzył. – Ta­sha, po­wiedz, że wszyst­ko w porządku. Proszę.

Bar­dzo po­wo­li znisz­czo­ne i znie­kształcone wnętrze pon­tia­ca zaczęło wypełniać się światłem.

Mi­cha­el próbował spoj­rzeć przez okno, ale wi­dok zasłaniała zwi­sająca część wi­ny­lo­wej pod­su­fit­ki. Chy­ba ten pick-up nie wra­ca? Czy już nie wyrządził wy­star­czająco dużo szkód?

Zno­wu ude­rzył w zapięcie pasa, ale to ani drgnęło. Pew­nie się wygięło albo nie chce się otwo­rzyć, po­nie­waż Mi­cha­el wisi na pa­sie całym swo­im ciężarem.

Światło robiło się co­raz jaśniej­sze. Te­raz wi­dział wyraźnie, że Ta­sha ma zmiażdżoną czaszkę. Wi­siała bez ru­chu i wszyst­ko wska­zy­wało na to, że nie żyje. Ale prze­cież lu­dzie z poważnymi ura­za­mi czasz­ki przeżywają. Może żyje? O Boże, spraw, żeby żyła! Mogę opie­ko­wać się nią przez całe życie, tyl­ko proszę, pozwól jej żyć.

Mi­cha­elo­wi udało się nie­co unieść. Te­raz jego lewe ramię było opar­te o drzwi. Spróbował prze­chy­lić się na bok, aby zmniej­szyć na­cisk na zapięcie pasów. Za trze­cim ra­zem pasy puściły, a on spadł na ręce i ko­la­na na dach sa­mo­cho­du.

Na­tych­miast zajął się Tashą.

– Ta­sha, ko­cha­nie, słyszysz mnie? Ta­sha, to ja, Mi­cha­el. Proszę, ock­nij się!

Ostrożnie wyciągnął jej chudą rękę spo­między oparć fo­te­li i pod­ciągnął rękaw swe­tra, by spraw­dzić puls. Nie mógł ni­cze­go wy­czuć, ale wytłuma­czył so­bie, że nie jest ra­tow­ni­kiem me­dycz­nym i może nie spraw­dza tam, gdzie trze­ba. Ta­sha wciąż była ciepła.

Obie­ma rękami sięgnął do zapięcia jej pasa, aby ją uwol­nić. Nie chciał, żeby spadła na dach z taką siłą jak on, żeby ude­rzyła się w głowę i od­niosła ko­lej­ne obrażenia. Mogła prze­cież mieć uszko­dzo­ny kręgosłup.

– Spo­koj­nie, ko­cha­nie, zro­bi­my to po­wo­li.

Na­gle światło stało się tak in­ten­syw­ne, że wszyst­ko stra­ciło ko­lor, a wnętrze pon­tia­ca wyglądało jak prześwie­tlo­na fo­to­gra­fia. Za­nim Mi­cha­el zdążył odpiąć pas Ta­shy, roz­legł się obezwład­niająco głośny ryk klak­so­nu i donośny war­kot sil­ni­ka die­sla. Klak­son za­brzmiał jesz­cze kil­ka razy, a po­tem Mi­cha­el usłyszał pisk śli­zgających się po as­fal­cie za­blo­ko­wa­nych kół.

Wy­da­wało się, że to śli­zga­nie nie ma końca, sta­wało się co­raz głośniej­sze, aż zaczęło przy­po­mi­nać pi­skli­wy i prze­ni­kli­wy śmiech. Po­tem Mi­cha­el po­czuł sil­ne ude­rze­nie, które rzu­ciło leżącego na da­chu pon­tia­ca na śro­dek au­to­stra­dy i obróciło nim kil­ka razy.

Sa­mochód za­trzy­mał się na skra­ju dro­gi, zgnie­cio­ny jak źle spa­ko­wa­na pacz­ka.

Kie­row­ca ogrom­nej czer­wo­nej ciężarówki Ken­worth prze­wożącej trak­to­ry za­par­ko­wał na skra­ju au­to­stra­dy i zga­sił sil­nik. Te­raz słychać było tyl­ko wiatr, który zwie­wał śnieg spod kół ciężarówki. Kie­row­ca wziął do ręki CB-ra­dio.

– Bear Ba­iter, tu Bear Ba­iter, słyszysz mnie? Tra­fiłem na niezły pasz­tet, dzie­sięć ki­lo­metrów na północ od Weed, na piątce. Musi przy­je­chać ka­ret­ka, i to szyb­ko. Za­wia­dom też po­licję!

Zakończył roz­mowę, wy­siadł z szo­fer­ki i po­biegł przez pas tra­wy do roz­bi­te­go sa­mo­cho­du. Nie zdążył po­ko­nać na­wet połowy dro­gi, kie­dy usłyszał sy­renę ka­ret­ki po­go­to­wia i w pa­dającym śnie­gu do­strzegł mi­gające czer­wo­ne i białe światła.

Roz­dział 2

– Dzień do­bry! – po­wie­dział ciepły ko­bie­cy głos.

Mi­cha­el spróbował pod­nieść głowę, żeby zo­ba­czyć, kto to jest, ale nie mógł. Jego szy­ja tkwiła w wy­so­kim, różowym, pla­sti­ko­wym kołnie­rzu. Kie­dy chciał pod­nieść ręce, oka­zało się, że nie może ru­szać ra­mio­na­mi. Nogi w kost­kach również miał unie­ru­cho­mio­ne.

Leżał na ple­cach i wi­dział tyl­ko bla­do­zie­lo­ne ka­fel­ki na su­fi­cie, w których od­bi­jały się pro­mie­nie zi­mo­we­go słońca, oraz dwie ja­rze­niówki i kawałek zasłony w ogrom­ne zie­lo­ne li­lie wod­ne.

– Gdzie je­stem? – wy­krztu­sił chra­pli­wym głosem. Gardło miał su­che i czuł, jak­by jego język był trzy razy większy niż nor­mal­nie, na do­da­tek po­kry­ty pia­skiem.

Usłyszał mężczyznę mam­roczącego coś głębo­kim głosem i na­gle po­ja­wiła się nad nim twarz ko­bie­ty. Miała rude włosy, zie­lo­ne oczy i kil­ka piegów na no­sie. Mi­cha­el oce­nił, że ma około czter­dzie­stu lat. Była ubra­na w biały far­tuch z zie­lo­ny­mi li­te­ra­mi TSC na le­wej górnej kie­sze­ni.

Uśmiechnęła się i po­wie­działa:

– Jak się pan czu­je? A może po­win­nam za­py­tać, co pan czu­je?

Mi­cha­el wpa­try­wał się w nią przez dłuższą chwilę, próbując usta­lić, czy ją zna. Nie wi­dział ostro i trud­no mu było sku­pić się na jej twa­rzy. Było w niej coś zna­jo­me­go. Ale nie, nie wie­dział, kim jest ta ko­bie­ta. Wyglądała jak le­karz albo pielęgniar­ka.

– Czuję się… zmęczo­ny. Czy długo spałem?

Ko­bie­ta od­garnęła mu grzywkę z czoła ta­kim ge­stem, jak­by był małym chłopcem.

– Tak… długo. Ale te­raz obu­dził się pan, i to jest naj­ważniej­sze.

Zno­wu usłyszał głos mężczy­zny. Mówił bar­dzo spo­koj­nie, ale do Mi­cha­ela do­tarł tyl­ko je­den frag­ment „…tak, myślę, że będzie, ale nie w ciągu naj­bliższych kil­ku ty­go­dni”.

– Gdzie ja je­stem? – za­py­tał, zno­wu próbując pod­nieść głowę. – Nie wiem, gdzie je­stem.

Te­raz po­ja­wił się jakiś mężczy­zna. Również miał na so­bie biały far­tuch z li­te­ra­mi TSC na kie­sze­ni. Był wy­so­ki, o uro­dzie Ara­ba, ze świecącą łysą głową i krza­cza­sty­mi czar­ny­mi brwia­mi. Był na­wet przy­stoj­ny, choć miał trochę kar­to­flo­wa­ty nos. Jego ciem­nobrązowe oczy błysz­czały, jak­by właśnie skończył li­czyć złote mo­ne­ty w ja­ski­ni Ali Baby.

– To jest Kli­ni­ka Tri­ni­ty-Sha­sta, nie­da­le­ko góry Sha­sta.

Na­zy­wam się Ha­mid. Dok­tor Ha­mid. Zo­stał pan poważnie ran­ny w wy­pad­ku i to praw­dzi­wy cud, że jest pan tu­taj z nami – po­wie­dział za­chryp­niętym, ale uspo­ka­jającym głosem.

– Wy­pa­dek? Jaki wy­pa­dek?

– Wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy na au­to­stra­dzie. Pański sa­mochód da­cho­wał i cu­dem uniknął pan śmier­ci.

Mi­cha­el spróbował po raz trze­ci unieść głowę, ale le­karz przy­cisnął mu czoło.

– Proszę się nie ru­szać. Ma pan uszko­dzo­ny kręgosłup. Mu­sie­liśmy pana zo­pe­ro­wać, aby połączyć dwa kręgi i wy­pro­sto­wać kręgosłup. Mamy na­dzieję, że pan wy­zdro­wie­je, ale to może po­trwać długie mie­siące.

– Czuję się, jak­by ktoś mnie pobił, a po­tem jesz­cze kopał.

– Wca­le mnie to nie dzi­wi – od­parł dok­tor Ha­mid. – Jed­nym z częstych symp­tomów poważnych urazów szyi jest chro­nicz­ny ból w różnych miej­scach ciała. Po­da­je­my panu dożyl­nie środ­ki prze­ciwbólowe i będzie­my to ro­bi­li tak długo, jak będzie trze­ba.

– Proszę mi przy­po­mnieć, gdzie je­stem? – Mi­cha­el ściągnął brwi.

– Kli­ni­ka Tri­ni­ty-Sha­sta, nie­da­le­ko góry Sha­sta.

– Góra Sha­sta? Co miałbym tu­taj robić?

Ruda ko­bie­ta przy­sunęła so­bie krzesło i usiadła obok łóżka Mi­cha­ela.

– To naj­bliższy miej­sca wy­pad­ku szpi­tal z od­działem ura­zo­wym. Miał pan szczęście w nieszczęściu. Ten wy­pa­dek to praw­dzi­wa tra­ge­dia, ale Tri­ni­ty-Sha­sta ma je­den z naj­bar­dziej no­wo­cze­snych od­działów urazów kręgosłupa w kra­ju. Gdy­by tra­fił pan na izbę przyjęć szpi­tala w małym mia­stecz­ku, z pew­nością już by pan nie żył albo był spa­ra­liżowa­ny od szyi w dół.

– Wciąż próbuję usta­lić, co robiłem koło góry Sha­sta. Ostat­nią rzeczą, którą pamiętam…

Mi­cha­el umilkł. Co jest ostat­nią rzeczą, którą może pamiętać? Roz­mo­wa z kimś o czymś w ja­kimś ba­rze. Mógł pamiętać wi­trażowe okno nad drzwia­mi, głośny śmiech lu­dzi. Nie po­tra­fił usta­lić, gdzie to mogło być, z kim i o czym roz­ma­wiał.

– Proszę się tym nie mar­twić. To nie­istot­ne. Wszyst­ko wróci. Coś do pi­cia? Woda czy sok z żura­win? – spy­tała ruda ko­bie­ta.

– Roz­ma­wia­liśmy o… o czymś związa­nym ze światłem. Tak, o prędkości światła. Dla­cze­go roz­ma­wia­liśmy właśnie o tym? – za­sta­na­wiał się Mi­cha­el.

– Z kim pan roz­ma­wiał? – za­in­te­re­so­wała się ko­bie­ta. Mi­cha­el za­cisnął po­wie­ki i sta­rał się wy­obra­zić so­bie okno z wi­trażem i twarz mężczy­zny, z którym tam sie­dział i roz­ma­wiał. Wi­dział jed­nak tyl­ko nie­wy­raźną, za­ma­zaną plamę i słyszał dziwną stłumioną pa­pla­ninę.

– Nie. Nie jest do­brze. Nic nie pamiętam.

– A przy oka­zji, na­zy­wam się Ca­the­ri­ne. Dok­tor Ca­the­ri­ne Con­nor – przed­sta­wiła się ru­dowłosa ko­bie­ta.

– Och, tak – mruknął Mi­cha­el. Wydała mu się na­wet atrak­cyj­na jak na ko­bietę z ru­dy­mi włosa­mi, choć mu­siała być czte­ry albo pięć lat star­sza od nie­go. – Le­karz ja­kiej spe­cjal­ności?

– Te­ra­pia po­ura­zo­wa, zarówno fi­zycz­na, jak i psy­cho­lo­gicz­na. Po­ma­gam lu­dziom dojść do sie­bie po trau­ma­tycz­nych przeżyciach, ta­kich jak głębo­kie wstrząsy, i po ura­zach – uszko­dze­niach mózgu czy złama­niach kręgosłupa. Dla­te­go je­stem tu­taj i z pa­nem roz­ma­wiam.

– Proszę się nie ob­ra­zić, ale to wszyst­ko chy­ba dużo kosz­tu­je. Jak ja za to zapłacę?

Dok­tor Con­nor uśmiechnęła się i po­ki­wała głową.

– Proszę się nie mar­twić. Nie będzie mu­siał pan płacić. Kli­ni­ka Tri­ni­ty-Sha­sta jest fun­dacją ba­dawczą non pro­fit, fi­nan­so­waną ze źródeł pry­wat­nych. Może pan w to nie wie­rzyć, ale to my do­sta­nie­my od pana dużo więcej niż pan od nas.

– Jak długo będę mu­siał tak leżeć? Czuję się jak potwór Fran­ken­ste­ina.

– To zależy od dok­to­ra Ha­mi­da. Kie­dy kręgi szyj­ne się prze­su­wają, ze­rwa­niu ule­gają mięśnie szyi, na­czy­nia krwio­nośne, więzadła, ner­wy i przełyk. Oczy­wiście będzie­my re­gu­lar­nie ro­bi­li to­mo­gra­fię kom­pu­te­rową i gdy tyl­ko na­bie­rze­my pew­ności, że może pan po­ru­szać się bez bólu, po­sta­wi­my pana na nogi. Moim zda­niem pa­cjen­ci po­win­ni roz­po­czy­nać te­ra­pię ru­chową jak naj­szyb­ciej.

– Dziękuję. – Mi­cha­el odchrząknął. – Czy te­raz mógłbym do­stać coś do pi­cia? Jak mam się do pani zwra­cać? Dok­tor Con­nor czy Ca­the­ri­ne?

– Będzie­my się często wi­dy­wa­li, więc może Ca­the­ri­ne.

– Prze­pra­szam, że nie mogę podać ci ręki, Ca­the­ri­ne. Na­zy­wam się…

Urwał. Po­czuł się, jak­by w środ­ku jego głowy ktoś na­gle za­trzasnął czarną okien­nicę. Nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, jak się na­zy­wa. Co więcej, nie przy­cho­dziło mu na myśl żadne imię, na­wet ta­kie, które po­wi­nien pamiętać.

Wpa­try­wał się w dok­tor Con­nor, mru­gając ner­wo­wo. Dla­cze­go nie pamięta swo­je­go imie­nia? Miał pustkę w głowie.

Dok­tor Con­nor pogładziła go po włosach.

– Masz na imię… – próbowała de­li­kat­nie zachęcić Mi­cha­ela do myśle­nia. – Nie sku­piaj się na tym zbyt moc­no. Le­piej pomyśl o swo­jej mat­ce, jak się do cie­bie zwra­cała. Pomyśl o swo­ich przy­ja­ciołach, jak śpie­wa­li ci Sto lat na uro­dzi­ny. Sto lat, sto lat, niech żyje nam ko­cha­ny la, la, la! – za­nu­ciła. – Czy pamiętasz tort i świecz­ki? Pamiętasz, jak ci śpie­wa­li? Czy możesz to od­two­rzyć?

Mi­cha­el słuchał le­kar­ki, ale w głowie nadal miał pustkę. Pustkę i ciszę. Nie pamiętał swo­jej mat­ki. Nie pamiętał jej głosu. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, jak wyglądała.

Po chwi­li za­czerpnął po­wie­trza jak pływak.

– Nie wiem, Ca­the­ri­ne. Nie po­tra­fię nic wymyślić.

– Nie de­ner­wuj się. Po wy­pad­ku lu­dzie często mają amnezję. Są me­to­dy, za których po­mocą od­bu­du­je­my twoją pamięć. Będzie­my to ro­bi­li ra­zem, kro­ku po kro­ku.

– Ale jak, do cho­le­ry, mogę nie pamiętać swo­je­go imie­nia?

– Ta­kie przy­pad­ki zda­rzają się dość często. Pra­cuję z młody­mi żołnie­rza­mi, którzy wrócili z Ira­ku i cier­pią na to samo. Twój mózg do­znał tak ogrom­ne­go wstrząsu, że po pro­stu się wyłączył. Tak jak ktoś, kto cho­wa się pod kołdrą i nie chce stamtąd wyjść.

– Po­daj mi kil­ka imion.

– Słucham?

– Po­wiedz mi kil­ka imion i może będę mógł usta­lić, które jest moje.

– To tak nie działa. Wy­bie­rzesz to, które z czymś ci się ko­ja­rzy. A to wca­le nie musi być two­je imię i jesz­cze bar­dziej się po­gu­bisz.

Mi­cha­el leżał wpa­trzo­ny w su­fit. Po­tem zerknął w bok na dok­tor Con­nor. Słońce oświe­tlało jej włosy i wyglądała jak anioł. Choć po­znał ją przed chwilą, czuł, że jest od niej zależny. Jak in­a­czej do­wie się, kim jest i co robi tu­taj, nie­da­le­ko góry Sha­sta?

– Mój wy­pa­dek… Czy wiesz, co się stało? – ode­zwał się.

– Nie znam szczegółów. Ra­tow­ni­cy z ka­ret­ki po­wie­dzie­li, że twój sa­mochód zje­chał na prze­ciw­ny pas i zde­rzył się z nad­jeżdżającą ciężarówką.

Mi­cha­el za­mknął oczy i sta­rał się to so­bie przy­po­mnieć. Nie mógł. Czar­na okien­ni­ca wciąż była za­mknięta. Jak można zde­rzyć się z ciężarówką i tego nie pamiętać?

Na­gle przyszła mu do głowy myśl: Prze­cież kie­dy ka­ret­ka mnie tu przy­wiozła, mu­siałem mieć jakiś do­ku­ment. Port­fel, kar­ty kre­dy­to­we, pra­wo jaz­dy. I komórkę. Prze­cież sa­mochód miał ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne. Po­li­cja może usta­lić moją tożsamość.

– Ca­the­ri­ne…

Ko­bie­ta no­to­wała coś w żółtym no­te­sie. Spoj­rzała na Mi­cha­ela, a ten wy­czy­tał z jej twa­rzy to, co za chwilę po­wie.

– Ty wiesz, jak się na­zy­wam – stwier­dził.

– Tak, ale chciałam cię zachęcić, abyś sam so­bie przy­po­mniał. To ważna część two­jej te­ra­pii po­znaw­czej.

– Możesz mi po­wie­dzieć?

– To w ni­czym nie pomoże.

– Nie­ważne. Chcę wie­dzieć, jak się na­zy­wam. Proszę, Ca­the­ri­ne. I nie tyl­ko to. Kim je­stem? Gdzie miesz­kam? Czy ro­dzi­na wie, co się ze mną stało? Czy ktoś przyj­dzie mnie od­wie­dzić?

Dok­tor Con­nor prze­rzu­ciła kil­ka stron w no­te­sie.

– Nie po­win­nam ci tego mówić. To wbrew moim za­sa­dom. Po­win­nam prze­pro­wa­dzić z tobą wy­wiad do­tyczący pamięci au­to­bio­gra­ficz­nej. Do­pie­ro wte­dy będę mogła oce­nić, jak poważna jest two­ja amne­zja wstecz­na i podjąć od­po­wied­nie le­cze­nie.

– Proszę, po­wiedz mi, jak się na­zy­wam!

– Do­brze. – Ca­the­ri­ne zaj­rzała do no­ta­tek. – Na­zy­wasz się Gre­go­ry John Mer­rick. Miesz­kasz w San Fran­ci­sco przy Pine Stre­et czter­dzieści czte­ry. Dzie­lisz apar­ta­ment z ko­legą z pra­cy, Ken­ne­them Ge­arym. Je­steś me­cha­ni­kiem okręto­wym i pra­cu­jesz w Mof­fatt i Ni­chol. Two­ja sio­stra Sue miesz­ka w Oakland, z mężem Jim­mym i dwójką dzie­ci. Oj­ciec zmarł dwa lata temu. Mat­ka miesz­ka te­raz w Bay­wo­od Apart­ments, bli­sko sio­stry.

Sio­stra przy­wiozła ją tu­taj tuż po wy­pad­ku i oby­dwie in­te­re­sują się two­im zdro­wiem.

Prze­rzu­ciła dwie kart­ki i dodała:

– Two­ja sio­stra była tu­taj wczo­raj po południu i roz­ma­wiała z pielęgniarką She­rin­gham.

Mi­cha­el mil­czał.

– Po­mogło? – za­py­tała po chwi­li dok­tor Con­nor. Mi­cha­el nie mógł po­ru­szyć głową, bo prze­szka­dzał mu pla­sti­ko­wy kołnierz. Z jego oczu płynęły łzy.

– Wciąż nic nie pamiętam. Nadal nie wiem, kim je­stem.

– Przy­kro mi, ale tak działa twój mózg. Może ste­ro­wać pamięcią tak, aby omi­jała uszko­dzo­ne ob­sza­ry, ale to ty mu­sisz roz­począć ten pro­ces.

Ca­the­ri­ne wstała. Wyjęła chu­s­teczkę z pudełka stojącego na szaf­ce przy łóżku i osu­szyła mu oczy, a po­tem po­mogła wy­dmu­chać nos.

– Jak długo spałem? – za­py­tał Mi­cha­el.

Ca­the­ri­ne przyglądała mu się uważnie przez chwilę, tym ra­zem bez uśmie­chu.

– Do wy­pad­ku doszło je­de­na­ste­go li­sto­pa­da. Dziś jest szósty lu­te­go. A więc dwa mie­siące, trzy ty­go­dnie i czte­ry dni.

Roz­dział 3

Kie­dy Ca­the­ri­ne po raz pierw­szy za­brała Mi­cha­ela na dwór, był ja­sny i bar­dzo zim­ny dzień. Po bez­chmur­nym nie­bie nad górą Sha­sta płynęło kil­ka pie­rza­stych obłoków.

Bli­skość góry nie­co Mi­cha­ela za­sko­czyła. Mogła być od­da­lo­na naj­wyżej o osiem, dzie­więć ki­lo­metrów.

– Weszłaś na nią kie­dyś? – za­py­tał Ca­the­ri­ne.

– Raz, la­tem dwa lata temu. Ra­zem z grupą z kli­ni­ki. Wszyst­ko, co o niej mówią, to praw­da. Cóż mogę po­wie­dzieć? Na szczy­cie pa­nu­je nie­ziem­ska at­mos­fe­ra. Czu­jesz się bliżej Boga, Bud­dy, czy w kogo tam wie­rzysz.

– To piąty pod względem wy­so­kości szczyt Gór Ka­ska­do­wych – oznaj­mił Mi­cha­el.

Zdzi­wił się tym, co po­wie­dział. Odwrócił wózek i rzu­cił do Ca­the­ri­ne:

– Skąd, to wiem? – Pod­niósł rękę. – Za­cze­kaj… Wiem też, że ma czte­ry tysiące trzy­sta dwa­dzieścia dwa me­try wy­so­kości i około ośmiu­set pięćdzie­sięciu ki­lo­metrów sześcien­nych objętości.

– Do­sko­na­le, to już coś. Za­czy­na wra­cać ci pamięć. Je­steś me­cha­ni­kiem, więc nic dziw­ne­go, że ra­dzisz so­bie z licz­ba­mi.

Za­wiozła go ścieżką z czer­wo­nej kost­ki na ko­niec ogro­du różane­go. Klom­by przy­kry­te były śnie­giem, a róże wyglądały jak za­mar­z­nięte pa­ty­ki. Mi­cha­el miał na so­bie gra­na­tową ocie­planą kurtkę z kap­tu­rem, ciepłe buty i był przy­kry­ty gru­bym ko­cem w szkocką kratę. Ca­the­ri­ne włożyła fu­tro z lisa i białą czapkę z pom­po­nem.

Za­trzy­ma­li się i le­kar­ka usiadła na ławce. Było tak zim­no, że z nosów le­ciała im para. Z da­le­ka wyglądali, jak­by pa­li­li pa­pie­ro­sy.

– Roz­ma­wiałaś z dok­to­rem Ha­mi­dem dziś rano? – za­py­tał Mi­cha­el. – Jak długo chce mnie tu trzy­mać?

Ca­the­ri­ne po­ki­wała głową.

– Trud­no po­wie­dzieć. Fi­zycz­nie do­sko­na­le da­jesz so­bie radę, choć dok­tor Ha­mid wciąż mar­twi się o twój kręgosłup. Całko­wi­te wy­le­cze­nie może zająć jesz­cze długie mie­siące. Naj­bar­dziej jed­nak nie­po­koi nas two­ja amne­zja. Nie możemy wypuścić cię do domu, bo nie pamiętasz, gdzie miesz­kasz, gdzie pra­cu­jesz i na­wet nie wiesz, czym się zaj­mu­jesz. Two­ja sio­stra Sue za­pro­po­no­wała, że się tobą za­opie­ku­je, ale ty po­trze­bu­jesz spe­cja­li­stycz­nej te­ra­pii, którą pro­wa­dzi­my tyl­ko tu­taj. A z Oakland trud­no byłoby co­dzien­nie dojeżdżać.

– A więc nie wiesz, jak długo to po­trwa?

– Gre­go­ry, sądząc po mo­ich ostat­nich pa­cjen­tach, trzy do czte­rech mie­sięcy. Nie mogę być bar­dziej pre­cy­zyj­na. Być może twój sys­tem ner­wo­wy za­re­agu­je wcześniej i pamięć powróci. Jed­nak będę z tobą szcze­ra: to zda­rza się bar­dzo rzad­ko.

Wózek, na którym sie­dział Mi­cha­el, za­skrzy­piał pod jego ciężarem. Wciąż był zmęczo­ny, wszyst­ko go bolało, szczególnie ra­mio­na i ple­cy, a kie­dy próbował stanąć, czuł taki ból ko­lan, że mu­siał za­gry­zać wargę, żeby nie krzy­czeć.

Naj­bar­dziej jed­nak męczyło go to, że nie mógł so­bie przy­po­mnieć, kim jest. Wy­da­wało mu się, że ude­rza głową w mur, jak­by cier­piał na au­tyzm. Pod ko­niec dnia był wy­czer­pa­ny psy­chicz­nie. Poza tym bolała go nie tyl­ko głowa, ale całe ciało.

Choć wi­dok częścio­wo zasłaniały bez­list­ne drze­wa ota­czające ogród różany, Mi­cha­el wyraźnie wi­dział oszałamiająco piękne ośnieżone szczy­ty góry Sha­sta.

Przez ułamek se­kun­dy po­czuł coś w ro­dza­ju wspo­mnie­nia. Błysk światła, strzępek czy­je­goś głosu i, a to było naj­bar­dziej su­ge­styw­ne, bar­dzo de­li­kat­ny za­pach lek­kich kwia­to­wych per­fum.

– Gre­go­ry, do­brze się czu­jesz? – spy­tała Ca­the­ri­ne. – Wyglądasz jak… Sama nie wiem. Jak­byś cze­goś nie ro­zu­miał.

Mi­cha­el pokręcił głową.

– Wszyst­ko w porządku. Je­stem tyl­ko trochę zdez­o­rien­to­wa­ny. Prze­cież pierw­szy raz od trzech mie­sięcy wy­szedłem na dwór, na­wet jeśli większość tego cza­su prze­spałem.

– Chciałabym ci coś po­ka­zać – po­wie­działa Ca­the­ri­ne.

– Tak na­prawdę tyl­ko dla­te­go cię tu przy­wiozłam.

Wstała i zaczęła pchać go po ka­mien­nej ścieżce. Gdy­by był małym dziec­kiem, z pew­nością otwo­rzyłby buzię, wy­dając dźwięk „rrrrrrrrrrr”. Czy to wspo­mnie­nie z dzie­ciństwa, jak mat­ka woziła go w wózku? W wy­obraźni próbował się odwrócić, aby zo­ba­czyć jej twarz. Nie­ste­ty, nie mógł.

Na końcu ogro­du różane­go minęli łuk z ce­gieł i zje­cha­li na mały be­to­no­wy zjazd. Zna­leźli się tuż obok białych ścian kli­ni­ki. Za ro­giem ciągnęła się uli­ca z za­dba­ny­mi par­te­ro­wy­mi dom­ka­mi. Wszyst­kie w pa­ste­lo­wych ko­lo­rach, jed­ne różowe, inne żółte. Przed każdym stał za­par­ko­wa­ny sa­mochód za­sy­pa­ny śnie­giem, a na chod­ni­kach nie było śladów opon. Mi­cha­el do­szedł do wnio­sku, iż żaden z miesz­kańców nie wy­cho­dził dziś z domu.

Jezd­nię odśnieżono i po­sy­pa­no pia­skiem, więc Ca­the­ri­ne pchała Mi­cha­ela sa­mym jej środ­kiem. Świe­ciło słońce i pa­no­wała ci­sza, którą cza­sa­mi prze­ry­wały do­chodzące z domów odgłosy te­le­wi­zorów.

Po obu stro­nach dro­gi rosły drze­wa, te­raz zupełnie na­gie. Mi­cha­elo­wi przy­po­mniała się fra­za: Tak oto w zi­mie stoi sa­mot­ne drze­wo, ale nie pamiętał dla­cze­go i skąd ją zna.

– To jest Tri­ni­ty – rzekła Ca­the­ri­ne. Za­trzy­mała się, aby wy­trzeć nos. – To na­sza lo­kal­na społecz­ność.

– Bar­dzo spo­koj­na, choć przy­znam, że nie­co sen­na.

– Dla­te­go lu­dzie się tu­taj spro­wa­dzają. Chcą spo­ko­ju, świeżego po­wie­trza i miłych sąsiadów. A przede wszyst­kim spo­ko­ju. – Ca­the­ri­ne znów zaczęła pchać wózek.

– A gdzie pra­cują? Ja­kie jest naj­bliższe mia­sto?

– Niektórzy z nich są na eme­ry­tu­rze, ale większość pra­cu­je w domu. Jed­na czy dwie oso­by mają biz­ne­sy w Red­ding i Yre­ka. Chy­ba jed­na z nich jest praw­ni­kiem od od­szko­do­wań po­wy­pad­ko­wych. Dziś nikt nie pra­cu­je, bo prze­cież jest so­bo­ta.

Ca­the­ri­ne da­lej pchała wózek. Skręcili i do­szli do dużego pla­cu przy­po­mi­nającego bo­isko, który ota­czały domy. Jego skra­jem szła dziew­czyn­ka w czer­wo­nej bu­drysówce z kudłatym, białym psem pa­ster­skim. Inna dziew­czyn­ka w różowej wiatrówce jeździła na ro­we­rze. Pod­je­chała do Mi­cha­ela i Ca­the­ri­ne i zaczęła jeździć wokół nich. Kręcone włosy miała związane w dwa ku­cy­ki. Była bar­dzo bla­da, a na jej le­wej skro­ni widać było wyraźnie świeżą bliznę. Wyglądała tak, jak­by ktoś ude­rzył ją ma­czetą.

– Kto ty je­steś? Nig­dy cię tu nie wi­działam – zwróciła się do Mi­cha­ela. – Je­steś ka­leką?

– Ma na imię Gre­go­ry, Je­mi­mo, i zo­stał ran­ny w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, ale czu­je się już le­piej i niedługo będzie cho­dził. Więc uważaj, co mówisz, bo już wkrótce stłucze cię na kwaśne jabłko.

Je­mi­ma nadal jeździła wokół nich.

– Niech tyl­ko spróbuje, to po­wiem ma­mie.

– Jem, chodź już, bo się spóźnimy! – krzyknęła dziew­czyn­ka z psem.

– Dokąd idziesz? – za­py­tał Mi­cha­el.

Je­mi­ma po­stu­kała pal­cem w nos.

– Pil­nuj swo­je­go nosa, pa­nie Cie­kaw­ski! – I zaczęła szyb­ko pedałować, żeby do­go­nić koleżankę.

– Ach, te dzie­cia­ki! – wes­tchnęła Ca­the­ri­ne. – Pew­nie byłam jesz­cze gor­sza, gdy miałam tyle lat, co ona. Za­wsze pa­ko­wałam się w ta­ra­pa­ty.

Mi­cha­el bar­dzo chciał po­wie­dzieć „Ja też”, ale nie mógł so­bie przy­po­mnieć swo­je­go dzie­ciństwa. Nic nie pamiętał. Nie pamiętał, czy miał ro­wer lub wrot­ki. Nie pamiętał, czy cho­dził po drze­wach.

Tak oto w zi­mie stoi sa­mot­ne drze­wo.

Ca­the­ri­ne pchała wózek przez bo­isko. Słońce od­bi­jało się od śnie­gu i raziło w oczy. Kie­dy Mi­cha­el pod­niósł rękę w ręka­wicz­ce, aby osłonić oczy, zno­wu po­czuł coś w ro­dza­ju wspo­mnie­nia, po­dob­ne­go do tego z ogro­du. Tym ra­zem był to głos, chy­ba głos ko­bie­ty. Błysk światła, słaby za­pach kwia­to­wych per­fum. A wszyst­ko to trwało ułamek se­kun­dy.

Na bo­isku Mi­cha­el do­strzegł dwa sa­mot­ne ko­sze do ko­szykówki z siat­ka­mi za­sy­pa­ny­mi śnie­giem. Pomyślał, że to dość dziw­ne, że nig­dzie nie ma żad­nych śladów na śnie­gu, ani ludz­kich, ani zwierzęcych. Żad­nych śladów po nar­tach czy san­kach, a prze­cież w miej­sco­wości położonej tak bli­sko zi­mo­we­go ku­ror­tu u podnóża góry Sha­sta każdy po­wi­nien mieć nar­ty albo san­ki, a już na pew­no san­ki dla dziec­ka.

Chciał po­wie­dzieć o tym Ca­the­ri­ne, ale coś go po­wstrzy­mało, choć nie wie­dział co.

– Ca­the­ri­ne! Dokąd ty mnie ciągniesz? Czy też mi po­wiesz, żebym pil­no­wał swo­je­go nosa? – zażar­to­wał Mi­cha­el.

– Chciałam cię przy­wieźć właśnie tu­taj. – Za­trzy­ma­li się przed bla­dożółtym do­mem. Ca­the­ri­ne prze­je­chała wózkiem obok po­kry­te­go śnie­giem je­epa com­pas­sa. Kie­dy do­je­cha­li do we­ran­dy, w drzwiach po­ja­wiła się młoda uśmiech­nięta ko­bie­ta i do nich po­ma­chała.

– Cześć, Iso­bel! – zawołała Ca­the­ri­ne. Usta­wiła wózek Mi­cha­ela tak, by łatwiej go było wciągnąć dwa stop­nie wyżej. Młoda ko­bie­ta chwy­ciła wózek z jed­nej stro­ny i ra­zem wniosły do przed­po­ko­ju.

– Te­raz po­czułem się jak ka­le­ka – po­wie­dział Mi­cha­el.

– Nie wygłupiaj się – zru­gała go Ca­the­ri­ne. – Prze­cież wra­casz do zdro­wia!

Odwróciła wózek i za­wiozła Mi­cha­ela do sa­lo­nu. Kre­to­no­we ro­le­ty w dużym wy­ku­szo­wym oknie opusz­czo­no aż do pa­ra­pe­tu, co spra­wiało, że światło było sto­no­wa­ne i przy­mglo­ne.

Mi­cha­el się ro­zej­rzał. W po­ko­ju stały dwa fo­te­le i ma­syw­na ka­na­pa, a wszyst­ko obi­te tka­niną w kwia­ty. Po le­wej stro­nie był ga­zo­wy ko­mi­nek z pia­skow­ca z płonącymi po­la­na­mi. Nad ko­min­kiem wi­siał ogrom­ny, opra­wio­ny w ramy ob­raz przed­sta­wiający chatę w mrocz­nym le­sie, przed którą stoi czwórka tra­perów.

Pod ob­ra­zem, na so­sno­wej półce stała ko­lek­cja małych por­ce­la­no­wych fi­gu­ry­nek. Pie­ski, In­dia­nie w skórach, po­sta­cie z ba­jek Di­sneya, ta­kie jak Bam­bi i Tup­tuś, choć jeśli ktoś za­py­tałby Mi­cha­ela, z pew­nością nie przy­po­mniałby so­bie tych imion.

– Może po­mogę ci zdjąć tę kurtkę? – za­py­tała Iso­bel.

– Tu­taj jest na­prawdę ciepło. Tak jak lubię.

Po­deszła do nie­go i od­winęła go z koca. Po­tem zaczęła od­pi­nać za­trza­ski kurt­ki pod szyją.

– Iso­bel, prze­stań. Prze­cież mogę wstać, może mi się uda. Tak będzie o wie­le prościej – po­wie­dział Mi­cha­el.

Podjął dwie próby i w końcu udało mu się stanąć. Z tru­dem utrzy­my­wał równo­wagę tuż przez płonącym ko­min­kiem, przestępując z nogi na nogę jak pi­jak. Iso­bel uśmiechnęła się i roz­pięła za­mek jego kurt­ki.

– Będziesz cho­dził, za­nim się spo­strzeżesz. A to się przy­da, szczególnie je­sie­nią, kie­dy trze­ba będzie gra­bić liście.

Kie­dy to po­wie­działa, Mi­cha­el za­mru­gał i spróbował le­piej jej się przyj­rzeć. Była szczupła, nie­co po­nad metr sześćdzie­siąt wzro­stu. Bru­net­ka o równo obciętych włosach z długą grzywką. Była ładną ko­bietą, miała wy­dat­ne kości po­licz­ko­we i duże brązowe oczy, a także pro­sty nos i kształtną brodę. Pełne, różowe usta spra­wiały wrażenie, jak­by była nadąsana albo za­raz miała go pocałować.

Ubra­na była w ob­cisły fio­le­to­wy golf i czar­ne spodnie rur­ki. Jak na ko­bietę tak niską i szczupłą, o wąskich bio­drach, miała bar­dzo duży biust.

– Prze­pra­szam, Iso­bel – ode­zwał się Mi­cha­el. – Nie przed­sta­wię się z bar­dzo pro­ste­go po­wo­du: nie pamiętam, kim je­stem.

Iso­bel po­mogła mu wyciągnąć ręce z rękawów kurt­ki, po czym położyła ją na pa­ra­pe­cie.

– Ca­the­ri­ne po­wie­działa, że masz na imię Gre­go­ry. Albo Greg, jak mówi two­ja sio­stra.

– Też mi to po­wie­działa, ale nie czuję się jak Gre­go­ry. Nie pamiętam, aby ktoś na­zy­wał mnie Gre­go­ry czy Greg. Nikt nig­dy nie śpie­wał Gre­go­ry. Gdy­byś po­pro­siła mnie te­raz o au­to­graf, nie wie­działbym, co mam na­pi­sać.

– Co ta­kie­go kry­je się w imie­niu? – za­sta­na­wiała się Iso­bel. – Wiesz, co kie­dyś po­wie­dział Wil­liam Bu­tler Yeats?

– Nie, nie wiem. Kto to jest Wil­liam Bu­tler Yeats?

– Słynny ir­landz­ki po­eta. Po­wie­dział, że wy­two­ry pi­sa­rza są je­dy­nie od­zwier­cie­dle­niem na­strojów i pa­sji jego ser­ca, którym on na­da­je chrześcijańskie imio­na i na­zwi­ska i zsyła je, aby cho­dziły po zie­mi.

– Chy­ba nie ro­zu­miem.

– A ja wierzę, że właśnie tacy je­steśmy, Greg. My, ludz­kie isto­ty. Wszy­scy je­steśmy ni­czym in­nym, jak tyl­ko na­stro­ja­mi czy pa­sja­mi Boga, który na­da­je nam imio­na, a po­tem wysyła nas, abyśmy czy­ni­li to, co On chce. Li­czy się to, ja­kim na­stro­jem czy pasją je­steśmy, a nie, jak się na­zy­wa­my.

– Można i tak na to spoj­rzeć – zgo­dził się Mi­cha­el.

– Ale ja chciałbym wi­dzieć, jak mam na imię. Na dzie­więćdzie­siąt dzie­więć pro­cent je­stem pew­ny, że na­zy­wam się Gre­go­ry. Chy­ba tak. To imię wid­nie­je na moim pra­wie jaz­dy i kar­tach kre­dy­to­wych. Ale i w ser­cu, i w głowie nie czuję, bym na­zy­wał się Gre­go­ry.

– Ale nie będziesz się de­ner­wo­wał, jeśli będę cię tak na­zy­wała?

– Oczy­wiście, że nie. Jeśli o mnie cho­dzi, możesz się do mnie zwra­cać, jak chcesz. Wspo­mi­nałaś o sprząta­niu liści je­sie­nią.

– O, żar­to­wałam. Chy­ba że lu­bisz pra­co­wać w ogro­dzie, to za­pra­szam.

– Nie pamiętam, czy lubię ogrod­nic­two czy nie. Zresztą je­sie­nią chy­ba już mnie tu­taj nie będzie. Przy­najm­niej taką mam na­dzieję.

Za­padła długa, kłopo­tli­wa ci­sza. Iso­bel spoj­rzała na Ca­the­ri­ne, a ta po­wie­działa:

– Nie­ste­ty, Gre­go­ry, ale bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że będziesz.

– Co? Nie mówisz tego poważnie.

– Nie chciałam cię mar­twić przed wi­zytą u Iso­bel, ale dok­tor Ha­mid sądzi, że naj­wcześniej będzie cię mógł wy­pi­sać do­pie­ro pod ko­niec lata.

Mi­cha­el usiadł na wózku.

– Do­pie­ro? Mówiłaś trzy, czte­ry mie­siące. Prze­cież pamięć za­cznie mi wra­cać wcześniej.

– Wszy­scy mamy taką na­dzieję. Ale właśnie dla­te­go cię tu przy­wiozłam. Chciałam cię przy­go­to­wać.

– Przy­go­to­wać na co, Ca­the­ri­ne? Nie ro­zu­miem.

– Chciałam, abyś po­znał Iso­bel. Gdy tyl­ko sta­niesz się spraw­ny fi­zycz­nie i nie będziesz wy­ma­gał całodo­bo­wej opie­ki, za­miesz­kasz tu­taj, z nią. Będziesz mógł pro­wa­dzić nor­mal­ne życie, ale bli­sko kli­ni­ki, żebyś dwa razy dzien­nie mógł cho­dzić na te­ra­pię leczącą amnezję po­ura­zową. Jeśli nie po­do­ba ci się ten po­mysł albo wy­da­je ci się, że nie do­ga­da­cie się z Iso­bel, po­wiedz mi. Zro­bi­my wszyst­ko, aby zna­leźć kogoś, kto będzie ci od­po­wia­dał.

– Je­stem pew­na, że się do­ga­da­my. – Iso­bel się uśmiechnęła. – Mam na­dzieję, Greg, że lu­bisz la­sa­gne, to moja spe­cjal­ność.

Mi­cha­el pokręcił po­wo­li głową.

– Sam nie wiem, czy lubię, czy nie. Nie pamiętam. Na­wet nie wiem, co to są la­sa­gne.

– Ale nie masz nic prze­ciw­ko za­miesz­ka­niu z Iso­bel? – za­py­tała Ca­the­ri­ne.

– Nie, chy­ba nie.

– Do­sko­na­le. Proszę, za­cze­kaj tu­taj chwilę. Szyb­ko ustalę z Iso­bel kil­ka spraw.

– Ja­sne, prze­cież i tak nig­dzie nie pójdę – mruknął.

Ca­the­ri­ne i Iso­bel wyszły do kuch­ni. Mi­cha­el usłyszał słowa: „nie ocze­ki­wać za dużo”, ale po chwi­li za­mknęły drzwi i za­padła ci­sza.

Mi­cha­el sie­dział na wózku i się rozglądał. Choć Iso­bel wydała mu się ko­bietą za­dbaną i atrak­cyjną, to co do wy­stro­ju wnętrza i jej gu­stu miał pew­ne wątpli­wości. Chy­ba długo mu­siała szu­kać tak po­nu­re­go i przygnębiającego ob­ra­zu, nie wspo­mi­nając o por­ce­la­no­wych fi­gur­kach…

A może on też miał por­ce­la­no­we fi­gur­ki na ko­min­ku, w swo­im miesz­ka­niu przy Pine Stre­et? A ob­ra­zy wiszące na jego ścia­nach były bar­dziej posępne i smętne niż ten? Nie mógł so­bie przy­po­mnieć.

W kącie po­ko­ju stał sto­lik, a na nim ko­lo­ro­we zdjęcie poważnego mężczy­zny o zie­mi­stej ce­rze, w oku­la­rach bez opra­wek i za­cze­sa­nych do tyłu si­wych włosach. Być może był to oj­ciec Iso­bel, ale Mi­cha­el nie do­strzegł po­do­bieństwa. Mężczy­zna na fo­to­gra­fii miał urodę La­ty­no­sa.

Po kil­ku mi­nu­tach Mi­cha­el po­sta­no­wił sam włożyć kurtkę. Stękając z wysiłku, wstał z wózka i pokuśtykał do okna. Kie­dy się schy­lał, aby pod­nieść kurtkę, usłyszał sil­nik sa­mo­cho­du. Uchy­lił ro­letę i wyj­rzał na dwór.

Na uli­cy, tuż przed do­mem Iso­bel, stał za­par­ko­wa­ny czar­ny ca­dil­lac esca­la­de. Miał przy­ciem­nio­ne szy­by, ale okno pasażera było do połowy otwar­te i Mi­cha­el zo­ba­czył siedzącego w sa­mo­cho­dzie mężczyznę o dziw­nie białych włosach i białej twa­rzy, w ciem­nych oku­la­rach. Kie­dy uniósł ro­letę nie­co wyżej, aby le­piej się przyj­rzeć, okno na­tych­miast się za­mknęło i ca­dil­lac od­je­chał, zo­sta­wiając chmurę spa­lin.

Roz­dział 4

Dok­tor Con­nor za­pu­kała i wy­krzyknęła:

– Nie­spo­dzian­ka! Zgad­nij jaka?

Mi­cha­el sie­dział w fo­te­lu i roz­wiązywał krzyżówkę.

– Prze­pra­szam, ale nie mam pojęcia. Nie po­tra­fię so­bie na­wet po­ra­dzić z tą cho­lerną krzyżówką!

Udało mu się wpi­sać tyl­ko jed­no je­dy­ne słowo „sto­li­wo”, które było roz­wiąza­niem hasła: Góry lub po­je­dyn­cza góra o płaskim szczy­cie, ty­po­wa for­ma dla ob­szarów o bu­do­wie płyto­wej.

Wie­dział, że to sto­li­wo i był tego bar­dziej pew­ny niż swo­je­go imie­nia. Wie­dział również, że ogrom­na płaska góra to płasko­wyż, a mniej­sza, o płaskim szczy­cie, to góra stołowa. Skąd to wie­dział, nie miał pojęcia.

– Dziś po południu przyj­dzie cię od­wie­dzić two­ja sio­stra Sue. Po­win­na być koło piętna­stej. Wspa­niała wia­do­mość, praw­da?

– Chy­ba tak, ale na­wet nie pamiętam, jak ona wygląda – wy­znał Mi­cha­el.

– Dla­te­go właśnie przyj­dzie. Sądzi, że kie­dy ją zo­ba­czysz, może coś so­bie przy­po­mnisz.

– Po­ka­załaś mi jej zdjęcie i nic to nie po­mogło.

– Może gdy zo­ba­czysz ją na żywo i z nią po­roz­ma­wiasz…

Mi­cha­el złożył ga­zetę i wcisnął do sto­ja­ka obok noc­nej szaf­ki.

– Oby to coś po­mogło. Prze­cież z Oakland to przy­najm­niej pięć go­dzin jaz­dy sa­mo­cho­dem.

– O, wi­dzisz! Za­czy­nasz myśleć lo­gicz­nie. Sue za­trzy­ma się w na­szym ho­te­li­ku, więc będziesz mógł zo­ba­czyć się z nią także ju­tro.

Kie­dy wyszła, Mi­cha­el wstał z fo­te­la i pod­szedł do okna. Jego pokój znaj­do­wał się w południo­wo-wschod­nim skrzy­dle kli­ni­ki. Przez okno widać było fron­to­we wejście z por­ty­kiem i dwa drze­wa lau­ro­we strzegące drzwi. Wi­dział też część par­kin­gu, po którym po­wo­li, między rzędami za­par­ko­wa­nych sa­mo­chodów jeździła ja­skra­wo­po­ma­rańczo­wa odśnieżarka.

Więc dziś przy­cho­dzi z wi­zytą jego sio­stra Sue. Chy­ba po­wi­nien być za­do­wo­lo­ny i pod­eks­cy­to­wa­ny. Prze­cież jest pierw­szym człon­kiem ro­dzi­ny, który ma go od­wie­dzić od cza­su, gdy od­zy­skał przy­tom­ność. Pro­blem w tym, że nie po­tra­fił wy­krze­sać z sie­bie żad­nych emo­cji. Czuł się tyl­ko za­gu­bio­ny jak roz­bi­tek, który jako je­dy­ny przeżył za­to­nięcie jach­tu na środ­ku oce­anu, bez szans na od­na­le­zie­nie. Dok­tor Con­nor po­ka­zała mu zdjęcie Sue wy­dru­ko­wa­ne z Fa­ce­bo­oka. Wy­so­ka blon­dyn­ka w nie­bie­sko-białej su­kien­ce, mrużąca oczy od słońca. W ogóle jej nie po­znał. Nie pamiętał nic ze wspólne­go dzie­ciństwa. Imię Sue też nic mu nie mówiło.

Możliwe, że dok­tor Con­nor ma rację. Kie­dy ją zo­ba­czy, wszyst­ko so­bie przy­po­mni.

Nadal stał przy oknie, gdy usłyszał, że ktoś wcho­dzi bez pu­ka­nia. Odwrócił się i uj­rzał si­we­go mężczyznę w sta­lo­wo­sza­rym gar­ni­tu­rze. Miał pociągłą twarz z nie­co przy­bladłą opa­le­nizną. Z za­krzy­wio­nym no­sem i opa­dającymi po­wie­ka­mi przy­po­mi­nał sta­re­go dra­pieżnego pta­ka. Uśmiechnął się do Mi­cha­ela, nie otwie­rając ust, i wyciągnął do nie­go rękę.

– Pan Mer­rick! Gre­go­ry! Widzę, że jest pan w do­sko­nałej for­mie! Na­zy­wam się King­sley Vane. Je­stem dy­rek­to­rem me­dycz­nym Kli­ni­ki Tri­ni­ty-Sha­sta.

Mi­cha­el wahał się przez se­kundę, po czym też wyciągnął rękę. Uścisk dłoni Vane’a był dziw­ny, su­chy i jak­by ulot­ny. Zupełnie, jak­by uścisnął go wąż.

– Od sa­me­go początku mo­ni­to­ruję pana postępy. Proszę usiąść. Wiem, że do­ku­cza panu ból w ko­la­nach – po­wie­dział Vane.

Mi­cha­el wrócił na fo­tel, a dy­rek­tor oparł się o poręcz jego łóżka.

– Jak sa­mo­po­czu­cie, pa­nie Mer­rick? Nie ob­ra­zi się pan, jeśli będę się zwra­cał do pana po imie­niu?

– Mam mętlik w głowie – wy­znał Mi­cha­el. – Mętlik i smu­tek. Chciałbym stąd wyjść i zacząć nor­mal­nie żyć, ale nie pamiętam nic a nic ze swo­je­go życia. Nie wiem, jak so­bie z tym po­ra­dzić.

– Ro­zu­miem. Je­den z na­szych pa­cjentów z amnezją po­wie­dział kie­dyś, że czu­je się tak, jak­by za­po­mniał, w którym miej­scu czy­tał książkę, z tym że jed­no­cześnie książka również gdzieś zniknęła.

– Tak, to bar­dzo traf­ne porówna­nie. Z tą różnicą, że ja na­wet nie pamiętam tytułu tej książki i nie mogę zamówić dru­gie­go eg­zem­pla­rza.

– Uwierz mi, Gre­go­ry, że ro­bi­my wszyst­ko, co w na­szej mocy, byś od­zy­skał pamięć, a na­sze doświad­cze­nie w le­cze­niu stresów po­ura­zo­wych jest na­prawdę im­po­nujące. Zresztą gdy już prze­pro­wa­dzisz się do pani We­ston, zo­ba­czysz, że kil­ku miesz­kańców Tri­ni­ty to nasi byli lub obec­ni pa­cjen­ci. Dla­te­go właśnie tu­taj zamiesz­kali, aby mieć dostęp do na­szej opie­ki me­dycz­nej.

Vane zno­wu lek­ko uśmiechnął się do Mi­cha­ela.

– Sta­ra­my się jak naj­le­piej opie­ko­wać na­szy­mi pa­cjen­ta­mi, Gre­go­ry, i to nie tyl­ko pod­czas po­by­tu w kli­ni­ce, ale już po wy­pi­sa­niu. Opie­ka po­ura­zo­wa nig­dy się nie kończy, nig­dy.

– Pew­nie do­pie­ro, gdy umie­rasz.

King­sley Vane nic nie od­po­wie­dział, tyl­ko nadal uśmie­chał się do Mi­cha­ela. Po chwi­li wy­pro­sto­wał się i po­wie­dział:

– Tak czy owak, myślę, że będzie ci do­brze u pani We­ston. A jeśli nie, na­tych­miast daj znać dok­tor Con­nor.

Chce­my za­pew­nić ci spokój. Two­ja te­ra­pia będzie bar­dziej sku­tecz­na, jeśli za­czniesz myśleć po­zy­tyw­nie.

– Dziękuję – po­wie­dział Mi­cha­el.

Vane już miał wyjść, ale odwrócił się i z bar­dzo sku­pio­nym wy­ra­zem twa­rzy po­wie­dział:

– A tak przy oka­zji… ci inni miesz­kańcy Tri­ni­ty, o których wspo­mniałem, ci, którzy le­czy­li się w na­szej kli­ni­ce… jak by to po­wie­dzieć… Niektórzy z nich wciąż mają bli­zny, jeśli nie fi­zycz­ne, to psy­chicz­ne, więc ich za­cho­wa­nie może być cza­sa­mi niewłaściwe. Wierzę, że to ro­zu­miesz i za­re­agu­jesz z wy­czu­ciem.

– Niewłaściwe? – powtórzył Mi­cha­el.

– Niektórzy z nich dużo prze­szli. Po­trze­bo­wa­li mie­sięcy, a cza­sem na­wet lat te­ra­pii, aby po­go­dzić się ze swo­im sta­nem. Dba­my, aby nie nastąpił u nich re­gres.

– Ro­zu­miem. Obie­cuję, że będę wcie­le­niem wy­ro­zu­miałości. I proszę nie mar­twić się o mnie i Iso­bel We­ston. To na­prawdę miła oso­ba.

– Jesz­cze jed­na spra­wa. Po południu przyj­dzie od­wie­dzić cię two­ja sio­stra. Pozdrów ją ode mnie. I mam na­dzieję, że jej wi­zy­ta spra­wi, iż coś ci za­dzwo­ni w głowie.

Vane wy­szedł z po­ko­ju i za­trzy­mał stażystę, który aku­rat prze­cho­dził ko­ry­ta­rzem.

– New­ton! Czy możemy po­roz­ma­wiać?

„Mam na­dzieję, że jej wi­zy­ta spra­wi, iż coś ci za­dzwo­ni w głowie”. Nie wia­do­mo, dla­cze­go Mi­cha­el pomyślał o lu­dziach, którzy tak bali się po­grze­ba­nia żyw­cem, że ka­za­li przy­wiązać so­bie do pal­ca sznu­rek, na którego końcu był dzwo­nek umiesz­czo­ny nad gro­bem. Przy­po­mniał też so­bie określe­nie „cmen­tar­na wach­ta” – na cmen­ta­rzu sie­dzie­li lu­dzie i nasłuchi­wa­li, czy jakiś dzwo­nek się ode­zwie. Wie­dział też, że tych, którzy pociągali za sznur­ki, na­zy­wa­no dzwon­ni­ka­mi śmier­ci. Choć tak na­prawdę nikt nig­dy tego nie zro­bił.

Dla­cze­go pomyślałem o tym właśnie te­raz?

♦ ♦ ♦