Śmierć w Wenecji - Thomas Mann - ebook
NOWOŚĆ

Śmierć w Wenecji ebook

Thomas Mann

0,0

Opis

Aschenbach ze zdumieniem zauważył, że chłopiec jest skończenie piękny. Jego twarz – blada i wdzięcznie niedostępna, okolona miodowymi włosami, z łagodnie opadającą prostą linią nosa, z ujmującymi ustami i z wyrazem łagodnej, niemal boskiej powagi – przypominała greckie rzeźby z najszlachetniejszych epok i przy najczystszej doskonałości formy emanowała tak niepowtarzalnie indywidualnym urokiem, że patrzący nie mógł się oprzeć wrażeniu, iż ani w naturze, ani wśród wytworów sztuki nigdy nie spotkał nic równie udanego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 117

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Śmierć w Wenecji

Publikacja ukazała się przy wsparciu Instytutu Książki w ramach programu wydawniczego Inne Tradycje.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach dotacji celowej Nr 3/DF-VII/2026

Thomas Mann

Śmierć w Wenecji

Przełożyła

Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

OSTROGI

Kraków 2026

Rozdział pierwszy

Gustav Aschenbach, lub von Aschenbach, jak od pięćdziesiątych urodzin oficjalnie brzmiało jego nazwisko, w pewne wiosenne popołudnie 19... roku, który od miesięcy ukazywał naszemu kontynentowi nader złowróżbne oblicze, wyszedł samotnie ze swego mieszkania przy monachijskiej Prinz-Regentstraße na kolejny spacer. Rozstrojony trudną i niebezpieczną pracą porannych godzin, właśnie teraz wymagającą najwyższej ostrożności, rozwagi, wnikliwości oraz precyzji woli, pisarz nie zdołał powstrzymać nieprzerwanego kołysania wytwórczego mechanizmu w swoim wnętrzu, owego motus animi continuus1, w którym wedle Cycerona tkwi istota wymowy, i również po południowym posiłku nie zaznał kojącej drzemki, tak bardzo potrzebnej mu w ciągu dnia w obliczu narastającego zużywania się jego sił. Niedługo po herbacie zatem opuścił dom w nadziei, że powietrze i ruch przywrócą mu równowagę i pomogą pożytecznie spędzić wieczór.

Był początek maja i po mokrych, zimnych tygodniach nastała fałszywa pełnia lata. Ogród Angielski, choć ledwie delikatnie okryty listowiem, był duszny jak w sierpniu i od strony miasta pełen powozów i spacerowiczów. Przy Aumeisterze, dokąd zaprowadziły pisarza coraz cichsze i coraz mniej ludne ścieżki, przez krótką chwilę ogarniał wzrokiem gwarny jak zawsze ogródek gospody, na którego skraju stało kilka dorożek i ekwipaży. Stamtąd, przy chylącym się słońcu, obrał drogę powrotną przez otwartą przestrzeń poza parkiem, a ponieważ czuł się zmęczony i nad Föhringiem zbierało się na burzę, postanowił przy Cmentarzu Północnym zaczekać na tramwaj, który prosto miał go znów zawieźć do miasta. Przypadkiem zastał przystanek i jego najbliższą okolicę całkiem puste. Ani na brukowanej Ungerstraße, na której tramwajowe szyny, lśniąc samotnie, ciągnęły się w stronę Schwabingu, ani na Föhringer Chaussee nie było widać żadnego pojazdu; za parkanami zakładów kamieniarskich, gdzie wystawione na sprzedaż krzyże, tablice nagrobne i pomniki tworzyły drugie, niezamieszkane cmentarzysko, nic się nie poruszało, a bizantyjska budowla hali pożegnań naprzeciwko spoczywała w milczeniu w poświacie gasnącego dnia. Jej fronton, ozdobiony greckimi krzyżami i hieratycznymi malowidłami w jasnych barwach, nosił też złożone złotymi literami symetrycznie rozmieszczone napisy – wybrane słowa Pisma odnoszące się do życia pozagrobowego, takie jak: „Wstępują do domu Pana” lub „Światłość wiekuista niechaj im świeci”. Czekający znajdował przez kilka minut poważne urozmaicenie w odczytywaniu tych sentencji, pozwalając, by jego duchowe oko zatraciło się w emanującej z nich mistyce, gdy nagle, powracając z marzycielskiej zadumy, dostrzegł w portyku, powyżej dwóch apokaliptycznych bestii strzegących szerokich schodów, mężczyznę, którego nie do końca zwyczajna postać nadała jego myślom zupełnie inny bieg.

Czy wyłonił się on ze środka hali przez wrota z brązu, czy też niepostrzeżenie nadszedł gdzieś z zewnątrz i wspiął się po stopniach – pozostało niejasne. Aschenbach, nie zagłębiając się specjalnie w tę kwestię, skłaniał się ku pierwszemu przypuszczeniu. Umiarkowanego wzrostu, chudy, niebrodaty i o uderzająco zadartym nosie, mężczyzna ów należał do typu rudowłosego i miał właściwą mu mleczną i piegowatą skórę. Najwyraźniej nie był rodowitym Bawarczykiem: już choćby sam kapelusz z plecionki o szerokim i kanciastym rondzie, który okrywał mu głowę, nadawał jego wyglądowi znamię kogoś obcego i przybywającego z daleka. Co prawda miał, jak miejscowi, plecak na ramionach, żółtawe, jak się zdaje lodenowe, ubranie przepasane paskiem, na lekko ugiętym lewym przedramieniu trzymał szarą pelerynkę chroniącą przez deszczem i wiatrem, a w prawej ręce dzierżył laskę z żelaznym okuciem, którą oparł ukośnie o ziemię i na której rękojeści, skrzyżowawszy stopy, wsparł się biodrem. Z głową uniesioną wysoko, tak że na jego chudej, wyrastającej z rozpiętej sportowej koszuli szyi mocno i wyraźnie zaznaczało się jabłko Adama, patrzył przenikliwie w dal bezbarwnymi rudorzęsymi oczami, pomiędzy którymi widniały dwie głębokie pionowe bruzdy, osobliwie pasujące do zadartego nosa. Być może wywyższone i wywyższające miejsce, w którym się znajdował, przyczyniało się do tego wrażenia – ale postawa jego miała w sobie coś władczo lustrującego, śmiałego lub wręcz dzikiego; bo bez względu na to, czy wykrzywiał twarz oślepiony blaskiem zachodzącego słońca, czy też była to trwała deformacja fizjonomiczna – jego usta wydawały się za krótkie, całkowicie cofnięte od zębów, wskutek czego te, obnażone aż po dziąsła, sterczały spomiędzy warg, białe i długie.

Całkiem możliwe, że Aschenbach podczas tej na poły nieuważnej, na poły inkwizytorskiej lustracji nieznajomego nie zachował należytego umiaru, nagle bowiem spostrzegł, iż tamten odwzajemnia jego spojrzenie, i to tak wojowniczo, tak prosto w oczy, tak jawnie zdecydowany doprowadzić sprawę do ostateczności i zmusić go do odwrócenia wzroku – że Aschenbach, odczuwszy krępujące zakłopotanie, obrócił się i ruszył wzdłuż parkanów, postanawiając mimochodem, iż nie będzie już więcej zaprzątał sobie głowy tym człowiekiem. I w następnej minucie zapomniał o nim. Ale czy to rys wędrowca w postaci nieznajomego podziałał na jego wyobraźnię, czy też w grę wchodził jakiś inny wpływ fizyczny bądź duchowy, oto całkiem niespodziewanie pisarz uzmysłowił sobie osobliwe poszerzenie własnego wnętrza, swego rodzaju nieuchwytny niepokój, młodzieńczo nienasycone pragnienie wyruszenia w dal, uczucie tak żywe, tak nowe lub też od tak dawna wyparte i zapomniane, że z rękami założonymi na plecach i ze wzrokiem utkwionym w ziemi zatrzymał się jak porażony, by zbadać owo doznanie co do jego istoty i celu. Była to żądza podróży, nic więcej; lecz objawiająca się zaiste jak nagły atak i spotęgowana do poziomu namiętności, ba, wręcz po granicę omamu. Ujrzał bowiem, poniekąd jako przykład wszelkich cudów i okropności bogatej ziemi, którą jego pragnienie od razu usiłowało sobie wyobrazić – ujrzał zatem wręcz namacalnie rozległy krajobraz, tropikalną bagnistą krainę pod gęsto zamglonym niebem, wilgotną, bujną i niezdrową, omijaną przez ludzi pierwotną głuszę złożoną z wysp, mokradeł i zamulonych wodnych odnóg. Płaskie wysepki, zasłane liśćmi grubości dłoni, zarośnięte ogromnymi paprociami oraz nadzwyczajnie kwitnącą roślinnością, wznosiły wysoko włochate pnie palm, a dziwacznie koślawe drzewa, których korzenie wyrastały z pnia i przez powietrze opuszczały się w ziemię, w wodę, tworzyły splątane gąszcze leśne. Na połyskującej zielonkawo nieruchomej wodzie widniały ogromne niczym misy mlecznobiałe kwiaty; ptaki obcego gatunku, o krótkich szyjach i niekształtnych dziobach, stały na długich nogach na płyciznach i nieruchomo spoglądały w bok, podczas gdy przez rozległe łany trzcin niósł się szczękliwy łoskot i szum, jak gdyby sunęły przez nie armie zbrojnych; obserwującemu zdało się, jakby owiał go ciepły, mefityczny oddech tego nieokiełznanego i bezużytecznego pustkowia, które jakby zawisło w monstrualnym procesie stawania się albo przemijania. Przez chwilę wydało mu się, że między sękatymi pniami bambusowej gęstwiny dostrzega fosforyzujące błyski oczu tygrysa – i poczuł, jak jego serce wali z przerażenia i zagadkowej tęsknoty. Potem widzenie się rozwiało i Aschenbach, potrząsnąwszy głową, na nowo podjął przechadzkę wzdłuż ogrodzeń warsztatów kamieniarskich.

Przynajmniej od chwili, gdy dysponował środkami umożliwiającymi mu swobodne korzystanie z uroków poruszania się po świecie, traktował podróżowanie nie inaczej niż jedynie środek higieniczny, który wbrew własnym odczuciom i upodobaniom należało od czasu do czasu zastosować. Zbyt zajęty zadaniami, jakie stawiały przed nim jego ja i europejska dusza, zbyt obciążony obowiązkiem tworzenia, zbyt niechętny urozmaiceniu, by nadawać się na miłośnika barwnego świata zewnętrznego, całkowicie zadowalał się oglądem, jaki dziś każdy może uzyskać z powierzchni ziemi bez konieczności ruszania się daleko ze swego kręgu, i nigdy nawet go nie kusiło, by opuścić Europę. Zwłaszcza odkąd jego życie zaczęło powoli chylić się ku kresowi, odkąd lęk artysty przed niespełnieniem – ta obawa, że zegar wybije, zanim on uczyni swoje i zrealizuje się w pełni – nie dał się już zbyć jako zwykła fanaberia, jego życie zewnętrzne ograniczało się niemal wyłącznie do pięknego miasta, które stało mu się ojczyzną, oraz do surowej wiejskiej siedziby, którą zbudował sobie w górach i gdzie spędzał deszczowe lata.

Toteż to, co go tak późno i raptownie nawiedziło, zostało bardzo szybko powściągnięte oraz sprowadzone na właściwe tory przez rozsądek oraz przez ćwiczoną od młodości samodyscyplinę. Zamierzał dzieło, dla którego żył, doprowadzić do określonego punktu, zanim przeniesie się na wieś, dlatego myśl o włóczędze po świecie, równoznacznej z oderwaniem go na miesiące od pracy, wydawała się zanadto niefrasobliwa i sprzeczna z planem, by można ją na poważnie brać w rachubę. A jednak wiedział aż nadto dobrze, z jakiego powodu to pokuszenie tak nagle się pojawiło. Był to, co sam przed sobą przyznał, instynkt ucieczki, owa tęsknota za czymś dalekim i nowym, pragnienie wyzwolenia, oswobodzenia się od ciężaru oraz zapomnienia – nieprzeparta chęć oddalenia się od dzieła, od codziennego miejsca jednorakiej, zimnej i namiętnej służby. Wprawdzie ją kochał, i niemal kochał również tę wyniszczającą, każdego dnia od nowa toczoną walkę między jego nieugiętą i dumną, tak często testowaną wolą a narastającym zmęczeniem, o którym nikt nie powinien wiedzieć i którego w żaden sposób, żadną oznaką niedoskonałości czy znużenia, nie wolno było zdradzić dziełu. Wydawało się jednak rozsądnym, by nie napinać struny przesadnie i tak gwałtownie wybuchającej potrzeby nie tłumić uporczywie. Pomyślał o swojej pracy, pomyślał o miejscu, w którym musiał ją dziś, tak jak i wczoraj, znowu porzucić, miejscu, które zdawało się nie poddawać ani cierpliwej pielęgnacji, ani oszlifowaniu od ręki.

Podjął kolejną próbę, usiłował przełamać lub rozwiązać blokadę, aż w końcu z dreszczem obrzydzenia odstąpił od natarcia. Nie występowała tu żadna nadzwyczajna trudność, to, co go paraliżowało, to skrupuły niechęci objawiające się jako poczucie niedosytu, którego nic nie mogło zaspokoić. Niedosyt bowiem już w młodości uchodził dla niego za istotę i najgłębszą naturę talentu i to w jego imię poskramiał i studził uczucie, ponieważ wiedział, że ono skłonne jest zadowalać się radosnym przybliżeniem oraz połowiczną doskonałością. Czyżby zatem to ujarzmione uczucie mściło się teraz, opuszczając go, odmawiając mu dalszego wspierania i uskrzydlania jego sztuki, odbierając wszelką radość, wszelki zachwyt formą i wyrazem? Nie żeby tworzył coś miernego: na tym przynajmniej polegała przewaga jego lat, że w każdym momencie czuł się spokojnie pewny własnej maestrii. Tyle że podczas gdy naród ją czcił, on sam nie czerpał z niej satysfakcji i odnosił wrażenie, że dziełu jego brakuje owych cech ogniście swobodnej lekkości, które jako wytwór radości – bardziej niż jakakolwiek wewnętrzna treść czy donioślejsza przewaga – stanowiły przyjemność dla obcującego z tymże dziełem świata. Bał się lata na wsi, sam w małym domku z kucharką, która mu gotowała, i ze służącym, który podawał mu do stołu; lękał się znajomych widoków górskich szczytów i ścian, ponieważ kolejny raz byłyby świadkami jego niezadowolonej powolności. A zatem nieodzowna była pewna odmiana, odrobina improwizowanej egzystencji, trochę próżniactwa, innego powietrza i dopływu świeżej krwi, żeby lato stało się znośne i owocne. A zatem podróż – przystał na to. Niezbyt daleko, niekoniecznie aż do tygrysów. Jedna noc w wagonie sypialnym i trzy, cztery tygodnie sjesty w jakimś popularnym wakacyjnym miejscu na uroczym południu…

Tak myślał, gdy do Ungerstraße przybliżył się odgłos elektrycznego tramwaju; wsiadając do niego, Aschenbach postanowił poświęcić wieczór na studiowanie mapy i rozkładu jazdy. Już na pomoście wagonu przyszło mu do głowy, by rozejrzeć się za mężczyzną w słomkowym kapeluszu, towarzyszem tej koniec końców owocnej wyprawy. Jednak nie wiadomo, co się z nim stało, bo nie było go ani tam, gdzie znajdował się wcześniej, ani na następnym przystanku, ani w tramwaju.

Rozdział drugi

Autor jasnej i potężnej epopei prozą o życiu Fryderyka Pruskiego; cierpliwy artysta, który w długotrwałym trudzie utkał bogaty w postacie powieściowy kobierzec skupiający w cieniu jednej idei różnorodne losy ludzkie i noszący nazwę Maja; twórca owej mocnej opowieści zatytułowanej Nędznik, która pokazała całej wdzięcznej młodzieży możność moralnej stanowczości poza granicą najgłębszego poznania; wreszcie autor (i to pokrótce wyczerpuje twórczość jego dojrzałego okresu) pełnej pasji rozprawy o Duchu i sztuce, której porządkująca siła i antytetyczna wymowa pozwoliły poważnym krytykom umieścić to dzieło tuż obok rozważań Schillera o poezji naiwnej i sentymentalnej: tak więc Gustav Aschenbach urodził się w L., mieście powiatowym prowincji Śląsk, jako syn wyższego urzędnika sądowego. Jego przodkowie byli oficerami, sędziami, funkcjonariuszami administracji, mężami, którzy w służbie króla, państwa wiedli surowe, przyzwoicie skromne życie. Głębsza duchowość ucieleśniła się wśród nich raz w osobie kaznodziei, a żywszej, bardziej zmysłowej krwi przydała rodzinie w poprzednim pokoleniu matka pisarza, córka czeskiego kapelmistrza. Od niej pochodziły cechy obcej rasy w jego wyglądzie. Z mariażu służbiście trzeźwej sumienności oraz mroczniejszych, ognistszych impulsów narodził się artysta, i to ten szczególny artysta. Ponieważ cała jego istota nastawiona była na sławę, okazał się – jeśli rzeczywiście nie wcześnie dojrzały – to przynajmniej dzięki determinacji i indywidualnej wyrazistości swojego tonu odpowiednio dojrzały i zręczny w relacjach z publicznością. Jeszcze niemal jako gimnazjalista wyrobił sobie nazwisko. Dziesięć lat później nauczył się zza biurka reprezentować siebie, zarządzać swoją sławą za pomocą zwięzłych listów (bo na człowieka odnoszącego sukcesy i godnego zaufania napiera wiele roszczeń), a zarazem być życzliwym i znaczącym. Jako czterdziestolatek, wyczerpany trudami i zmiennymi kolejami właściwej pracy, musiał jeszcze każdego dnia uporać się z pocztą opatrzoną znaczkami z najodleglejszych krajów świata.

Jego talent, równie daleki od banału, jak od ekscentryczności, stworzony był do tego, by pozyskiwać wiarę szerokiej publiczności, a jednocześnie zdobywać także pełne podziwu, wymagające zainteresowanie wybrednych. Tak więc już za młodu ze wszystkich stron zobowiązany do dokonań – i to nadzwyczajnych – nie zaznał nigdy próżniactwa ani niedbalstwa młodości. Gdy około trzydziestego piątego roku życia zachorował w Wiedniu, pewien bystry obserwator wyraził się o nim w towarzystwie: „Widzą państwo, Aschenbach od zawsze żył tylko tak – i tu mówiący mocno zacisnął palce lewej dłoni w pięść – nigdy zaś tak”, po czym pozwolił otwartej dłoni opaść swobodnie z oparcia fotela. I było to trafne; a kryjąca się w takiej postawie odwaga moralna polegała na tym, że natura Aschenbacha nie odznaczała się krzepką konstytucją i do ustawicznego napięcia była raczej jedynie powołana niż stworzona.

Troska lekarzy wyłączyła chłopca z uczęszczania do szkoły i skazała na naukę w domu. Dorastał samotnie, bez towarzystwa rówieśników, a mimo to dosyć wcześnie musiał chyba zrozumieć, że należy do gatunku, w którym to nie talent, lecz fizyczna podstawa, jakiej talent potrzebuje do swego spełnienia, jest rzadkością – do gatunku, który zwykł wcześnie dawać z siebie to, co najlepsze, i w którym zdolności rzadko dożywają lat sędziwych. Jednak jego ulubionym słowem było „wytrwać” – własnej powieści o Fryderyku nie postrzegał inaczej niż jako apoteozę tego nakazującego słowa jawiącego mu się kwintesencją przewodniej i czynnej cnoty. Pragnął gorąco dożyć starości, albowiem od zawsze uważał, że prawdziwie wielkim, wszechstronnym, a nawet godnym szacunku można nazwać jedynie taki kunszt, któremu dane jest na wszystkich etapach ludzkiego życia być znacząco płodnym.