Królewska wysokość - Thomas Mann - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Królewska wysokość ebook i audiobook

Thomas Mann

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

…Ustaliłem tytuł Królewska Wysokość dla nowej książki, którą od lat już pragnąłem napisać. Występują w niej: książę, miliarder, szofer, rasowy pies, obłąkana hrabina, romantyczny nauczyciel i osobliwego rodzaju księżniczka – co w sumie budzi, oczywiście, ciekawość. Mnie samemu wydaje się to wszystko czasem tak nowe i piękne, że śmieję się w duchu – a czasem znów tak niedorzeczne, że kładę się na kanapie i zdaje mi się, że umieram...

 

                                                                                                                                Tomasz Mann

 

Przepiękna, wręcz baśniowa przypowieść o królewskim synu, którego najważniejszym zadaniem jest być. Istnieć wysoko, w niedostępnych pałacach, w nieskazitelnej postawie i się podobać. Tak przecież żył jego ojciec i dziad.

 

Tymczasem zmieniają się czasy, a kraj biednieje…

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 24 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Adrian Rozenek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Königliche Hoheit

Copyright © 2026, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-189-8

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Na okładce wykorzystano obraz Pawie aut. Melchiora d’ Hondecoeter z zasobów Metropolitan Museum of Art (domena publiczna)

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

[email protected]@gmail.com

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

PROLOG

Rzecz dzieje się na ulicy Albrechta, stołecznej arterii, łączącej Plac Albrechta i Stary Zamek z koszarami fizylierów gwardii – w południe, w dzień powszedni, pora roku obojętna. Pogoda średnia, nieokreślona. Nie pada, ale niebo nie jest czyste; równomiernie białoszare, pospolite, nieświąteczne, a ulica trwa w tępym i przejrzystym świetle, które nie dopuszcza nic tajemniczego, żadnej osobliwości nastroju. Panuje ruch o średnim ożywieniu, bez wielkiego hałasu i tłoku, nie bardzo odpowiadający ochoczemu charakterowi miasta. Suną tramwaje, przejeżdża parę dorożek, po trotuarach chodzi ludność, bezbarwni mieszkańcy, przechodnie, publiczność, ludzie.

Dwaj oficerowie, z rękami w skośnych kieszeniach szarych płaszczy, zbliżają się ku sobie: generał i podporucznik. Generał idzie od strony zamku, podporucznik od koszar. Podporucznik to młokos, na pół dziecko. Jest wąski w ramionach, ma ciemne włosy i szerokie kości policzkowe, jak wielu ludzi w tym kraju, niebieskie, z pewnym zmęczeniem patrzące oczy i chłopięcą twarz o uprzejmym wyrazie, niezdradzającą uczuć. Generał jest siwy jak gołąb, wysoki, o szeroko wypchanych ramionach, zjawisko nad wyraz władcze. Brwi ma jakby z waty, a wąsy okrzewiają zarówno usta, jak podbródek. Idzie z godnym rozmachem, szabla dzwoni po asfalcie, pióropusz trzepocze na wietrze – i powolnie chwieją się za każdym krokiem czerwone wyłogi płaszcza. Tak obaj zbliżają się ku sobie.

Czy z tego wynikną powikłania? Wydaje się to niemożliwe. Każdy obserwator widzi jasno naturalny przebieg tego spotkania. Jest to stosunek wieku podeszłego i młodości, autorytetu i subordynacji, leciwej zasługi i niewypierzonych początków. Istnieje tu ogromny dystans hierarchiczny, określony przepisami. Naturalny porządku, rozwiń się!

A co się dzieje zamiast tego? Zamiast tego odbywa się następujące, niespodziewane, kłopotliwe, rozkoszne i opaczne widowisko. Generał, jak tylko zobaczył młodego podporucznika, w dziwny sposób zmienia postawę. Zwiera się w sobie i zarazem robi się jakby mniejszy. Jednym ruchem tłumi paradę swego wystąpienia, wstrzymuje brzęk szabli, a twarz przybiera wyraz mrukliwy i zakłopotany; generał najwidoczniej nie wie, gdzie patrzeć, co tak usiłuje ukryć, że spod brwi niby z waty patrzy skośnie przed siebie w asfalt. Młody podporucznik, jeśli się mu dokładnie przyjrzeć, również zdradza lekkie zakłopotanie, które jednak u niego dziwnym sposobem wydaje się bardziej niż u sędziwego dowódcy opanowane dzięki pewnej gracji i dyscyplinie. Napięcie jego ust zmienia się w skromny i dobrotliwy zarazem uśmiech, a oczy z cichym spokojem mijają generała i patrzą w dal.

Teraz zbliżyli się na trzy kroki. I zamiast wykonać przepisany ukłon, młodziutki podporucznik cofa nieco głowę, wyciąga jednocześnie prawą rękę z kieszeni płaszcza – tylko prawą, to jest uderzające – tą właśnie biało urękawicznioną prawicą wykonuje mały, zachęcający i grzeczny ruch, tyle tylko że z dłonią ku górze otwiera palce. Ale generał, który z rękami zwieszonymi czekał na ten znak, raptem szarpnął dłoń do hełmu; wymija, z półukłonem niejako ustępuje z chodnika i salutuje podporucznikowi, zwracając ku niemu czerwoną twarz o poczciwych i wodnistych oczach. Podporucznik z ręką przy czapce odpowiada na honory przełożonego, odpowiada, a dziecięca uprzejmość rozjaśnia mu całe oblicze, odpowiada – i idzie dalej.

Cud! Fantastyczna scena! Idzie dalej. Ludzie patrzą na niego, ale on nie patrzy na nikogo, on patrzy ponad ludźmi wprost przed siebie, trochę wzrokiem damy, która wie, że ją obserwują. Kłaniają mu się, wówczas on odwzajemnia pozdrowienia, prawie serdecznie, a jednak z jakiegoś oddalenia. Jak się zdaje, nie chodzi dobrze; jak gdyby nie bardzo był przyzwyczajony do używania nóg albo jakby krępowała go powszechna uwaga, tak nierówny i wahający jest jego krok, chwilami nawet sprawia wrażenie, jakby kulał. Policjant staje na baczność, elegancka dama, wychodząc ze sklepu, z uśmiechem czyni głęboki dyg. Oglądają się za nim, wskazują głową, brwi podnoszą i szeptem wymawiają jego imię...

Jest to Klaudiusz Henryk, młodszy brat Albrechta II i najbliższy po nim pretendent do tronu. Tam idzie, jeszcze go widać. Znany, a jednak obcy, obraca się wśród ludzi, kroczy w tłumie, a jakby mimo to otoczony pustką, idzie samotny przed siebie i dźwiga na wąskich barkach brzemię swojej wysokości.

WADA ROZWOJOWA

Oddano strzały, kiedy za pomocą różnych nowoczesnych środków komunikacyjnych dotarła do stolicy wieść, że na Grimmburgu księżna Dorota po raz wtóry powiła księcia. Siedemdziesiąt dwa strzały huknęły na miasto i cały kraj z dział wojskowych na wałach Cytadeli. Zaraz potem odezwała się kanonada miejskich moździerzy straży ogniowej, która nie chciała pozostawać w tyle; lecz w tych wystrzałach następowały długie pauzy między poszczególnymi detonacjami, co pobudzało ludność do niewyczerpanej wesołości.

Zamek Grimmburg z porośniętego krzakami wzgórza panował nad malowniczym miasteczkiem tej samej nazwy; szare, skośne dachy miasteczka odbijały się w przepływającej rzece, a od stolicy oddalone było o pół godziny jazdy kolejką, która nie dawała dochodów. Stał tam na górze ów zamek, w zamierzchłych dniach przez margrabiego Klaudiusza Grimmbarta, protoplastę książęcego rodu, hardo wzniesiony, od tamtego czasu niejednokrotnie poddawany restauracjom, zaopatrywany w wygody zmieniających się czasów, zawsze utrzymywany w stanie mieszkalnym i w szczególny sposób czczony, jako siedziba domu panującego, jako kolebka dynastii. Istniało bowiem prawo rodowe i tradycja, że wszyscy bezpośredni potomkowie Grimmbarta, wszystkie dzieci panującej rodziny tu się musiały rodzić. Tradycji tej nie bardzo można było lekceważyć. Kraj widział suwerenów o jasnych i przekornych umysłach, którzy z niej szydzili, a jednak podporządkowywali się jej ze wzruszeniem ramion. Teraz już odstępstwo byłoby najzupełniej spóźnione. Czy to było rozsądne i zgodne z duchem czasu, czy nie – po cóż bez potrzeby łamać dostojny zwyczaj, który niejako wytrzymał próbę czasu? Lud wierzył święcie, że coś w tym jest. Dwukrotnie w ciągu piętnastu pokoleń dzieci panujących książąt ujrzały światło dzienne na skutek różnych okoliczności w innych zamkach: jedno i drugie skończyło w sposób nienaturalny i mało zaszczytny. Ale od Henryka Pokutnika i Jana Gwałtownego wraz z ich wdzięcznymi i dumnymi siostrami – aż do Albrechta, ojca panującego obecnie księcia, i aż do niego samego, Jana Albrechta III, wszyscy monarchowie i ich rodzeństwo tu przybyli na świat, a przed sześcioma laty Dorota tu powiła pierwszego syna, następcę tronu...

Zresztą rezydencja rodowa była schronieniem równie godnym jak zacisznym. Jako siedzibie letniej, dzięki chłodowi komnat i cienistemu urokowi okolicy, dawano jej nawet chętnie pierwszeństwo przed schludnym, sztywnym Zamkiem Hollerbrunn. Podjazd od miasteczka, brukowana uliczka między ubożuchnymi domkami a popękanym murem, poprzez masywne bramy aż do prastarej karczmy z gospodą przy wejściu na dziedziniec zamkowy, gdzie pośrodku stał kamienny posąg Klaudiusza Grimmbarta – wszystko to było raczej malownicze niż wygodne. Wszelako rozległy park pokrywał stoki zamkowej góry i łagodnymi drożynami prowadził w dół, w zalesiony i lekko falisty teren, pełen okazji do przejażdżek i cichych spacerów.

Wnętrze zamku ostatnio, za panowania Jana Albrechta III, zostało poddane zasadniczemu remontowi i upiększeniu – z nakładem kosztów, który wywołał wiele gadaniny. Urządzenie komnat mieszkalnych uzupełniono i odnowiono w stylu rycerskim i zarazem przytulnym, herbowe tafle Sali Sądowej zrekonstruowano dokładnie według pierwowzoru. Złocenia pokrętnych urozmaiconych sklepień krużgankowych ukazały się w rozweselonym blasku. Wszystkie komnaty zaopatrzono w posadzki, a Sale Bankietowe, zarówno Wielką, jak i Małą, artystyczna ręka profesora von Lindemanna, znakomitego akademika, przyozdobiła wielkimi ściennymi malowidłami, scenami z historii domu panującego, wykonanymi w manierze gładkiej i błyszczącej, odległej i obcej niespokojnym dążeniom młodszych szkół. Nie brak było niczego. Ponieważ stare kominki i dziwnie kolorowe, w okrągłych terasach ku pułapom wznoszące się zamkowe piece nie bardzo nadawały się do użytku, postawiono nawet, na wypadek zimowego pobytu, piece antracytowe.

Ale w dniu owych siedemdziesięciu dwu wystrzałów pora roku była najlepsza, późna wiosna, wczesne lato, początek czerwca, dzień po Zielonych Świętach. Jan Albrecht, o samym świcie telegraficznie zawiadomiony, że nad ranem rozpoczął się poród, o ósmej przybył nieprzynoszącą dochodu kolejką na stację Grimmburg, przywitany życzeniami przez cztery oficjalne osobistości: burmistrza, sędziego pokoju, pastora oraz lekarza z miasteczka – i powozem udał się natychmiast na zamek. W książęcej eskorcie przybyli: minister doktor baron Knobelsdorff i generalny adiutant, generał piechoty hrabia Schmettern. Nieco później zjawili się w rezydencji jeszcze dwaj czy trzej ministrowie, nadworny kaznodzieja i oberprezydent synodu, doktor teologii Wislizenus, kilku panów z wyższymi i średnimi szarżami dworskimi oraz młodociany jeszcze adiutant, kapitan von Lichterloh. Aczkolwiek książęcy medyk, generał doktor Eschrich, czuwał nad położnicą, Jan Albrecht w przystępie kaprysu zawezwał do zamku młodego, miejscowego lekarza, niejakiego Sammeta, który na dodatek był Żydem z pochodzenia. Skromny, pracowity i poważny człowiek, przeładowany pracą i niespodziewający się takiego wyróżnienia, bąknął kilkakrotnie: – Bardzo chętnie... bardzo chętnie... – co wywołało pobłażliwe uśmiechy.

Księżnie za sypialnię służyła Komnata Oblubieńców, pięciokątny, bardzo kolorowo pomalowany pokój na pierwszym piętrze, skąd przez wspaniałe okno roztaczał się przepiękny widok daleko na lasy, zakręty rzeki i wzgórza. Komnata ozdobiona była wkoło fryzem z medalionów, portretów książęcych oblubienic, które za dawnych czasów tu oczekiwały władcy.

Tam leżała Dorota. Szeroka i mocna taśma uwiązana była w nogach łóżka; tej taśmy trzymała się księżna, jak dziecko bawiące się w konie, a jej piękne i bujne ciało miało twardą robotę do wykonania. Doktorka Gnadebusch, akuszerka, łagodna i uczona niewiasta o małych subtelnych rękach i ciemnych oczach, nabierających poprzez okrągłe okulary tajemniczego blasku, podpierała księżnę, mówiąc:

– Mocno, mocno, Wasza Królewska Wysokość... To prędko pójdzie... Leciutko będzie... jeszcze raz... to nic... Wasza Wysokość raczy: kolana szerzej... A podbródek zawsze na piersi...

Pielęgniarka, tak jak ona ubrana w białe płótno, również pomagała, a w przerwach cicho stąpała, przynosząc naczynia i bandaże. Nadworny lekarz, człowiek ponury o siwiejącej brodzie, z bezwładną jak się zdawało lewą powieką, czuwał nad rozwiązaniem. Na mundurze generała-lekarza miał fartuch operacyjny. Niekiedy zjawiała się w komnacie, w celu przekonania się o postępie porodu, zaufana ochmistrzyni dworu Doroty, frejlina von Schulenburg-Tressen, otyła i astmatyczna dama o jaskrawie mieszczańskiej powierzchowności, która jednak na dworskich balach miała zwyczaj obnażania nieprawdopodobnych obszarów swojego biustu. Pocałowała panią w rękę i wróciła do którejś z odległych komnat, gdzie parę chudych klucznic gwarzyło z dyżurnym szambelanem księżnej, niejakim hrabią Windischem.

Doktor Sammet, który płócienny fartuch nałożył na swój frak, trwał w skromnej i skupionej postawie przy umywalni.

Jan Albrecht przebywał w sklepionym, zapraszającym do pracy i kontemplacji pokoju, oddzielonym od Komnaty Oblubieńców tylko tak zwanym Gabinetem Fryzjerskim i pokojem przechodnim. Pokój ów miał nazwę Biblioteki, ze względu na kilka rękopiśmiennych foliałów, skośnie poustawianych na półkach potężnej szafy i zawierających dzieje zamku. Pomieszczenie urządzone było jak pracownia. Globusy zdobiły fryz. Przez otwarte okno łukowe wiał silny, górski wiatr. Książę kazał sobie podać herbatę; kamerdyner Prahl sam przyniósł serwis. Ale nakrycie czekało zapomniane na płycie sekretarzyka, a Jan Albrecht w niestrudzonym, nieprzyjemnym napięciu chodził z kąta w kąt. Jego krokom towarzyszył nieustannie skrzyp lakierowanych butów. Adiutant przyboczny von Lichterloh łowił to skrzypienie, nudząc się w prawie pustym pokoju przechodnim.

Ministrowie, adiutant generalny, nadworny kaznodzieja i szarże dworskie – dziewięciu czy dziesięciu panów – czekali w apartamentach reprezentacyjnych wysokiego parteru. Wędrowali poprzez Wielką i Małą Salę Bankietową, gdzie między Lindemannowskimi malowidłami wisiały ułożone w grupy chorągwie i broń. Opierali się o pilastry, rozwijające się nad nimi w barwne sklepienia. Stali w wysokich do sufitu, wąskich oknach, patrząc poprzez ujęte w ołów szybki w dół na rzekę i miasteczko. Siedzieli na kamiennych ławkach wzdłuż ścian albo na fotelach przed kominkami, których gotyckie daszki dźwigały śmiesznie małe, zgięte, fruwające i dziwnie powykrzywiane aniołki z kamienia. Jasny dzień kładł migotliwe blaski na galony mundurów, na orderowe gwiazdy wywatowanych piersi, na szerokie złote lampasy u spodni dostojników.

Konwersacja się nie kleiła. Kapelusze i dłonie w białych rękawiczkach podnosiły się ustawicznie do ust otwierających się kurczowo. Wszyscy niemal panowie mieli łzy w oczach. Niejeden nie znalazł dziś czasu na śniadanie.

Niektórzy szukali rozrywki, poddając trwożliwym studiom garnitur instrumentów operacyjnych oraz kuliste, skórą powleczone naczynie chloroformowe, które generał-lekarz Eschrich położył tu na wszelki wypadek. Obermarszałek dworu von Bühl zu Bühl, gruby pan o łaszących się ruchach, z ciemnym tupecikiem, w złotych binoklach i o długich żółtych paznokciach, opowiedziawszy na swój urywany, paplający sposób kilka anegdotek – skorzystał w fotelu ze swego daru spania z otwartymi oczami, przy niewzruszonym spojrzeniu i w najlepszej postawie zatracając poczucie czasu i przestrzeni – bez najmniejszego pogwałcenia godności miejsca.

Doktor von Schröder, minister finansów i rolnictwa, tego dnia miał rozmowę z ministrem stanu, doktorem baronem Knobelsdorffem, ministrem spraw wewnętrznych, zagranicznych i książęcego dworu. Była to skacząca z tematu na temat pogawędka, rozpoczęta od refleksji artystycznej, która następnie przeszła do spraw ekonomicznych i finansowych, wspomniała w dość ujemny sposób o pewnym wyższym urzędniku i zajmowała się także osobami najjaśniejszych państwa. Gawęda zaczęła się, gdy panowie, trzymając za sobą ręce z kapeluszami, stali przed jednym z malowideł w Wielkiej Sali Bankietowej, a obaj przy tym więcej myśleli, niż wypowiadali.

Minister finansów rzekł:

– A to? Co to jest? Co tu się dzieje? Ekscelencja orientuje się tak dobrze...

– Bardzo powierzchownie. To jest nadanie lenna dwóm młodocianym książętom tego domu przez ich stryja, cesarza rzymskiego. Ekscelencja widzi tu, jak ci dwaj młodzi panowie klęczą i w wielkiej ceremonii składają przysięgę na cesarski miecz...

– Piękne, niezwykle piękne! Co za kolory! Co za rozkoszne złote kędziory mają książątka! A cesarz... to jest cesarz jak malowany! Tak, ten Lindemann zasługuje na odznaczenia, które mu przypadły.

– Najzupełniej. Na te, które mu przypadły, zasługuje.

Doktor von Schröder, długi pan z białą brodą, w cienkich złotych okularach na białym nosie, z brzuszkiem wznoszącym się bezpośrednio pod żołądkiem i z tłustym karkiem, który wyciekał z haftowanego kołnierza fraka – spoglądał z pewnym powątpiewaniem, nie odejmując oczu z obrazu, dotknięty nieufnością, która od czasu do czasu opanowywała go w rozmowie z baronem. Ten Knobelsdorff, ten faworyt i najwyższy urzędnik, był tak wieloznaczny... Czasami jego wyrażenia i odpowiedzi owiane były nieuchwytnym szyderstwem. Zjeździł kawał świata, poznał całą kulę ziemską; wielostronnie wykształcony, interesował się wszystkim w sposób tak niepokojący i swobodny. Mimo to był poprawny. Pan von Schröder niezupełnie go rozgryzł. Przy całej zgodności nie dało się czuć pełnego z nim porozumienia. Jego mniemania były pełne tajemniczej rezerwy, a sądy pobłażliwości, która rodziła niepewność, czy oznaczać ma sprawiedliwą ocenę czy lekceważenie. Najbardziej podejrzany był jego uśmiech, uśmiech oczu bez udziału ust, zdający się powstawać dzięki zmarszczkom ułożonym promieniście u zewnętrznych kącikach oczu, albo też odwrotnie – uśmiech, który z czasem te zmarszczki wywołał...

Baron Knobelsdorff, młodszy od ministra finansów, był podówczas w najlepszych latach, chociaż przystrzyżony wąs i gładko rozczesane pośrodku włosy już lekko siwiały – raczej przysadzisty, o krótkiej szyi, najwyraźniej skrępowany kołnierzem stroju dworskiego, który aż po brzegi kapał od galonów. Przez chwilę pozostawił w zakłopotaniu pana von Schrödera, a potem mówił dalej:

– Tylko w interesie pewnej chwalebnej dyrekcji dworskich finansów należałoby może pragnąć, by ów sławny mąż nieco więcej zadowalał się gwiazdami i tytułami, a.... mówiąc brutalnie: ile też to ujmujące dzieło malarskie mogło kosztować?

Pan von Schröder nabrał znów życia. Ożywiło go pragnienie, nadzieja, że się z baronem porozumie, że jednak dojdzie do intymności i jednomyślnej zgody z nim.

– Zupełnie moja myśl! – powiedział i zawrócił, by na nowo podjąć spacer po salach. – Ekscelencja wyjmuje mi to pytanie z ust. Ile też zapłacono za to „Nadanie lenna”? Ile za ten pozostały przepych barw tu na ścianach? In summa bowiem restauracja zamku sześć lat temu kosztowała milion.

– Skąpo licząc.

– Około i mniej więcej! A ta summa, zbadana i zatwierdzona przez obermarszałka dworu von Bühl zu Bühl, który się tam w tyle oddaje swej miłej katalepsji, zbadana, zatwierdzona i wyskrobana przez nadwornego dyrektora finansów hrabiego Trummerhauffa...

– Wyskrobana albo zapisana w dług.

– Jedno z dwojga... Ta summa, powiadam, nałożona i przypisana kasie, kasie...

– Jednym słowem: kasie administracji książęcego majątku.

– Ekscelencja wie równie dobrze jak ja, co to znaczy. Nie, mnie się zimno robi... przysięgam, że ani nie jestem kutwą, ani hipochondrykiem, ale zimno mi się robi w dołku na myśl, że w obliczu istniejących warunków najspokojniej wyrzuca się milion – na co? Na głupstwo, piękny kaprys, na olśniewający remont rodowej rezydencji, w której się rodzi...

Pan von Knobelsdorff się zaśmiał.

– Tak, mój Boże, romantyzm to luksus, kosztowny luksus! Ekscelencjo, jestem waszego zdania, oczywiście. Ale proszę zważyć, że ostatecznie cały zły stan książęcej gospodarki ma źródło w tym romantycznym luksusie. Zło zaczyna się od tego, że książęta są rolnikami; ich majątek jest w ziemi, ich dochody płyną z rolnictwa. W dzisiejszych czasach... Po dziś dzień jeszcze nie mogli się zdecydować na to, by stać się przemysłowcami i finansistami. Z pożałowania godnym uporem kierują się pewnymi przestarzałymi ideologicznymi zasadami, jak na przykład pojęciami wierności i dostojeństwa. Książęcy majątek jest – fideikomisowo1 – związany wiernością. Korzystne sprzedaże są niedopuszczalne. Zastawy hipoteczne, zaciąganie kredytu w celu gospodarczych ulepszeń wydają im się niewskazane. Administracja w swobodnym wyzyskiwaniu koniunktur handlowych ostro skrępowana jest godnością. Przepraszam, nieprawda! Mówię panu mądrości z elementarza. Kto w takim stopniu, jak ten gatunek ludzi, zważa na godną postawę, ten naturalnie nie chce i nie może dotrzymywać kroku swobodzie i nieskrępowanej inicjatywie mniej samowolnych i zobowiązanych ideowo negocjantów. Otóż więc, co znaczy wobec tego negatywnego luksusu ów pozytywny milion, który poświęcono dla pięknego kaprysu, że powtórzę wyrażenie Waszej Ekscelencji? Gdybyż kończyło się na tym jednym! Ale oto mamy regularny ciężar kosztów jako tako godnego utrzymania dworu. Oto są zamki i parki, które trzeba utrzymywać, Hollerbrunn, Montbrillant, Leśniczówka, prawda?... Ermitaż, Delphinenort, Bażanciarnia i wszystkie inne... zapominam o Zamku Segenhaus i ruinie Haderstein... nie mówiąc o Starym Zamku... Źle się je utrzymuje, ale to jest pozycja... Jest teatr dworski, galeria, biblioteka, które trzeba wspomagać. Trzeba płacić sto emerytur, nawet bez obowiązku prawnego, z wierności i dostojeństwa. A w jaki królewski sposób książę okazał pomoc przy ostatniej powodzi... Ależ ja tu mowę wygłaszam!

– Mowę – rzekł minister finansów – którą Wasza Ekscelencja zamyślał mi oponować, podczas gdy mnie tą mową popiera. Najdroższy baronie – i tu pan von Schröder położył rękę na sercu – żywię pewność, że przy moim usposobieniu, moim lojalnym usposobieniu, między panem a mną nie ma miejsca na jakiekolwiek nieporozumienia. Król nie może działać niesłusznie... Najjaśniejsza osoba jest ponad jakikolwiek zarzut. Ale wina... ach, słowo dwuznaczne... wina istnieje i ja nią bez wahania obciążam hrabiego Trümmerhauffa. Że dawniejsi piastuni jego urzędu tuszowali wobec swych suwerenów materialne położenie dworu, to był duch czasu i to można wybaczyć. Zachowania hrabiego Trümmerhauffa już wybaczyć nie można. Jego obowiązkiem, jako dyrektora finansów dworu, powinno być zatamowanie panującej... beztroski, jego obowiązkiem byłoby jeszcze dzisiaj poinformować Królewską Wysokość bez osłonek...

Baron Knobelsdorff uśmiechnął się z podniesionymi brwiami.

– Naprawdę? – rzekł. – A więc Wasza Ekscelencja sądzi, że nominacja hrabiego na ten urząd nastąpiła w takim celu? A ja, ja wyobrażam sobie uzasadnione zdumienie tego magnata, gdyby pan mu wyłuszczył swój pogląd. Nie, nie... Ekscelencji nie wolno się łudzić, że ta nominacja nie zawierała w sobie wyraźnego uzewnętrznienia woli książęcej, woli, którą nominat musiał szanować przede wszystkim. Ta wola znaczyła nie tylko: „Ja o niczym nie wiem”, ale i: „Ja o niczym nie chcę wiedzieć”. Można być osobistością wyłącznie dekoracyjną, a jednak być zdolnym do pojęcia tego... zresztą... szczerze mówiąc... my wszyscy pojęliśmy to i dla nas wszystkich ma ostatecznie znaczenie tylko jedna okoliczność łagodząca: ta mianowicie, że w całym świecie nie ma monarchy, któremu byłoby rzeczą tak ryzykowną mówić o jego długach. Nasz Książę ma w swej istocie coś, co sprawia, że podobne pomysły zamierają człowiekowi na ustach...

– Wielka prawda. Wielka prawda – rzekł pan von Schröder.

Westchnął i pogładził w zamyśleniu łabędzi puch na kapeluszu. Dwaj panowie siedzieli, na wpół ku sobie zwróceni, na podwyższeniu, pod oknem w obszernej niszy, wzdłuż której za szybami przebiegał wąski, kamienny ganek, rodzaj galerii, której ostre łuki odsłaniały widok na miasteczko. Pan von Schröder odezwał się znowu:

– Pan, baronie, pan zdaje się mi oponować, ale pańskie słowa są w gruncie rzeczy bardziej gorzkie i pełne niewiary od moich.

Baron Knobelsdorff milczał z gestem niepewnym i zdającym się na sąd.

– Być może – odezwał się minister finansów, kiwając głową i mętnie patrząc w dół na swój kapelusz – ekscelencja ma rację. Może my wszyscy ponosimy winę, my i nasi poprzednicy. Iluż tu rzeczom należało zapobiec! Widzi pan, baronie, kiedyś, lat temu dziesięć, nadarzała się sposobność sanacji dworskich finansów, poprawienia choćby tylko, jeśli pan woli. Sposobność zmarnowano. Rozumiemy się. Książę – a wiadomo, jaki to czarujący człowiek – miał wówczas możliwość naprawienia stosunków przez małżeństwo, które można było ze zdrowego punktu widzenia nazwać świetnym małżeństwem. Zamiast tego... pomijam moje osobiste uczucia... ale nigdy nie zapomnę tej żałosnej miny, z jaką po całym kraju wymieniano sumę posagu...

– Księżna – rzekł pan von Knobelsdorff, a zmarszczki w kącikach oczu prawie zupełnie zniknęły – jest jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie kiedykolwiek widziałem.

– Odpowiedź ta bardzo jest do twarzy Waszej Ekscelencji. Odpowiedź estetyczna. Odpowiedź, która wytrzymałaby próbę, nawet gdyby wybór jego królewskiej mości, podobnie jak wybór jego brata, Lamberta, padł na osobę z nadwornego baletu...

– O, takiego niebezpieczeństwa nie było. Pański smak trudno zadowolić, książę to pokazał. Jego wymagania zawsze stanowiły przeciwieństwo tego braku gustu, jakiego dowody składał przez całe życie książę Lambert. Nasz pan późno zdecydował się na małżeństwo. Stracono wreszcie nadzieję co do bezpośredniego potomstwa. Chcąc nie chcąc musiano widzieć następcę tronu w księciu Lambercie, co do którego... braku odpowiedzialności będziemy zgodni. Wtem, kilka tygodni po wstąpieniu na tron, Jan Albrecht poznaje księżniczkę Dorotę, woła: ta lub żadna!, i nasze księstwo ma już monarchinię! Ekscelencja wspomniał kwaśne miny, kiedy dowiedziano się o sumie posagowej, ale nie wspomniał entuzjazmu, który jednak zapanował. Uboga księżniczka, to prawda. Ale czy piękność, taka piękność, nie jest mocą uszczęśliwiającą? Jej niezapomniany wjazd! Pokochano ją, gdy jej pierwszy uśmiech sfrunął ponad patrzący lud. Ekscelencja musi pozwolić, abym znów przyznał się do wiary w idealizm ludu. Lud chce widzieć ucieleśnione w osobach swych książąt to, co ma najlepszego, wyższego, swoje marzenie, coś jak swoją duszę, nie swoją sakiewkę. Do reprezentowania sakiewki są inni ludzie...

– Nie ma ich. U nas nie ma.

– Fakt sam w sobie godzien pożałowania. Rzecz najważniejsza: Dorota dała nam następcę tronu...

– W którym oby nieba rozwinęły jakikolwiek zmysł cyfr!

– Zgoda...

Tu skończyła się rozmowa dwóch ministrów. Urwała się, została przerwana, gdy adiutant von Lichterloh zameldował szczęśliwe rozwiązanie. Ruch powstał w Małej Sali Bankietowej i nagle wszyscy panowie znaleźli się tam razem. Szybko otwarto jedne z wielkich, rzeźbionych drzwi – i w sali stanął adiutant. Miał twarz zaczerwienioną, niebieskie, żołnierskie oczy, konopny nastroszony wąs i srebrne naszywki gwardyjskie na kołnierzu. Poruszony i półprzytomny, jak człowiek wyzwolony ze śmiertelnej nudy i przepełniony radosną nowiną, w poczuciu niezwykłości chwili wyskoczył zuchwale z formy i przepisu. Zasalutował wesoło, z rozcapierzonymi łokciami podnosząc rękojeść szabli prawie na wysokość piersi – i zawołał chrapliwie, swawolnie:

– Melduję posłusznie: mamy księcia!

– A la bonne heure2 – rzekł generalny adiutant, hrabia Schmettern.

– To doskonale, doskonale, ja to nazywam wieścią doskonałą – rzekł obermarszałek dworu von Bühl zu Bühl na swój gadulski sposób; natychmiast bowiem odzyskał świadomość.

Oberprezydent synodu Wislizenus, pan o gładkiej twarzy i pięknej postawie, który jako generalski syn i dzięki osobistej dystynkcji w stosunkowo młodych latach doszedł do wysokiej godności, a na którego jedwabnej czarnej sukni uwypuklała się orderowa gwiazda – złożył białe dłonie poniżej piersi i rzekł dźwięcznym głosem:

– Niech Bóg błogosławi Jego Książęcą Wysokość!

– Pan zapomina, kapitanie – rzekł z uśmiechem baron von Knobelsdorff – że tymi stwierdzeniami wkracza pan w moje prawa i obowiązki. Póki ja nie podejmę najdokładniejszego dochodzenia co do stanu rzeczy, pytanie, czy książę, czy księżniczka, pozostaje najzupełniej nierozstrzygnięte...

Zaśmiano się, a pan Lichterloh odparł:

– Tak jest! Mam też zaszczyt prosić Waszą Ekscelencję z najwyższego rozkazu...

Ta wymiana słów odnosiła się do kompetencji ministra stanu jako urzędnika stanu cywilnego na książęcym dworze, w którym to charakterze był powołany i obowiązany – na podstawie osobistych oględzin stwierdzić i urzędowo zaprotokołować płeć książęcego dziecka. Baron Knobelsdorff załatwił tę formalność w tak zwanym Gabinecie Fryzjerskim, gdzie przed chwilą kąpano noworodka, ale zatrzymał się tam dłużej, niż sam się spodziewał, dodatkowo zadziwiony fatalną obserwacją, którą na razie wobec wszystkich, z wyjątkiem akuszerki, zachował w tajemnicy.

Doktorka Gnadebusch odsłoniła mu dziecko, a jej oczy, tajemniczo błyszczące za grubymi okularami, latały między ministrem stanu a małą, koloru miedzi istotką, co na oślep machała jedną – tylko jedną – rączką, jakby te oczy chciały zapytać: „Czy wszystko w porządku?”.

Wszystko było w porządku, baron von Knobelsdorff był zadowolony, a akuszerka z powrotem zawinęła dziecko. Ale i potem jeszcze nie przestawała spoglądać w dół na książątko i ku baronowi, póki nie skierowała jego oczu w tę stronę, dokąd chciała... Zmarszczki w kącikach jego oczu zniknęły, ściągnął brwi, badał, porównywał, macał, roztrząsał przypadek przez dwie, trzy minuty i zapytał wreszcie:

– Czy książę już to widział?

– Nie, ekscelencjo.

– Jeżeli książę to zobaczy – rzekł baron von Knobelsdorff – niech mu pani powie, że dziecko z tego wyrośnie.

A panom w sali parterowej zakomunikował:

– Silne książątko!

Ale dziesięć czy piętnaście minut po nim książę zrobił to samo przykre odkrycie. To było nieuniknione, a spowodowało krótką, dla generalnego lekarza Eschricha nadzwyczaj nieprzyjemną scenę, dla grimmburskiego doktora Sammeta natomiast rozmowę z księciem, która go bardzo podniosła w jego mniemaniu i pożytek przyniosła w późniejszej karierze. W krótkim streszczeniu odbyło się wszystko, jak następuje:

W czasie porodu Jan Albrecht przebywał w Bibliotece, po czym przez pewien czas siedział przy łożu małżonki z dłonią w jej dłoni. Następnie udał się do Gabinetu Fryzjerskiego, gdzie niemowlę teraz już spoczywało w wysokim, ozdobnie złoconym i na pół firanką z błękitnego jedwabiu zasłoniętym łóżeczku. Książę usiadł u boku synka na przyciągniętym naprędce fotelu. Ale gdy siedział i obserwował śpiącą dziecinę, zdarzyło się, że zauważył to, co jeszcze chciano przed nim ukryć. Ściągnął kołderkę dalej, zachmurzył się, a potem czynił wszystko, co przed nim uczynił baron von Knobelsdorff; patrzył kolejno na doktorkę i na pielęgniarkę, które zamilkły, rzucił spojrzenie na przymknięte drzwi komnaty i wzburzonym krokiem powrócił do Biblioteki.

Tu natychmiast uderzył w srebrny, orłem ozdobiony dzwonek, stojący na biurku, i adiutantowi, który wszedł z brzękiem, rzucił krótko i zimno:

– Proszę pana Eschricha.

Skoro książę rozgniewany był na kogoś ze swego otoczenia, miał zwyczaj pozbawiać go wszystkich tytułów i zaszczytów, a pozostawiać tylko gołe nazwisko.

Adiutant znów zabrzęczał ostrogami i wyszedł. Jan Albrecht kilkakrotnie, silnie skrzypiąc, przeszedł się po komnacie, po czym, jak tylko usłyszał, że Lichterloh wprowadził wezwanego do przedpokoju, przyjął za biurkiem postawę audiencjonalną.

Kiedy tak stał, z głową pańsko zwróconą półprofilem, z lewą ręką dzielącą atłasem podszyty surdut od białej kamizelki, a silnie wspartą w biodro – podobny był zupełnie do swego portretu pędzla profesora von Lindemanna, wiszącego, jako pendant do portretu Doroty, na zamku w Sali Dwunastu Miesięcy obok wielkiego zwierciadła nad kominkiem, a rozpowszechnionego pośród ludności w postaci niezliczonych reprodukcji, fotografii i kolorowych pocztówek. Różnica była tylko ta, że Jan Albrecht na owym portrecie ukazywał wspaniałą postać bohatera, podczas gdy w rzeczywistości był wzrostu zaledwie średniego. Czoło miał wysokie z powodu łysiny, spod siwiejących brwi matowo ocienione niebieskie oczy z wyrazem dumy i znużenia patrzyły w dal. Kości policzkowe miał szerokie, nieco za wysoko osadzone, co było cechą jego ludu. Baczki i bródka u dolnej wargi były pokryte szronem, podkręcony wąsik prawie już biały. Od wydatnych nozdrzy silnego, ale wytwornie rzeźbionego nosa dwie niezwykle głębokie bruzdy biegły skośnie w dół ku brodzie. W wycięciu pikowej kamizelki świeciła cytrynowa wstęga Orderu Dworskiego, który książę nosił stale. W butonierce miał bukiecik goździków.

Generał-lekarz Eschrich wszedł z głębokim ukłonem. Teraz już był bez operacyjnego fartucha. Bezwładna powieka ciężej niż zazwyczaj zwisała nad okiem. Postać sprawiała wrażenie ponure i nieszczęśliwe.

Książę, z lewą ręką wspartą o bok, odrzucił w tył głowę, wyciągnął prawicę i dłonią zwróconą ku górze kilkakrotnie krótko i niecierpliwie poruszył w powietrzu.

– Oczekuję wyjaśnienia, usprawiedliwień, panie doktorze – rzekł głosem drżącym z podrażnienia. – Pan będzie łaskaw zdać mi sprawę. Co się stało z rączką dziecka?

Lejbmedyk uniósł nieco ramiona, słaby gest niemocy i bezsiły. Rzekł:

– Wasza Królewska Wysokość raczy... Nieszczęśliwy przypadek. Niekorzystne okoliczności w czasie ciąży jej królewskiej mości...

– To są frazesy! – Książę był tak wzburzony, że nie pragnął nawet usprawiedliwienia, wprost mu zapobiegał. – Zwracam uwagę, mój panie, że nie posiadam się z gniewu. Nieszczęśliwy przypadek! Pańską rzeczą było trzymać z dala nieszczęśliwe przypadki.

Generał-lekarz stał wpół zgięty i poddańczo zniżonym głosem mówił w podłogę.

– Proszę najposłuszniej, aby wolno mi było przypomnieć, że w każdym razie nie ja sam ponoszę odpowiedzialność. Tajny radca Grasanger badał Jej Królewską Wysokość, ginekologiczny autorytet... Ale w tym wypadku nikt nie może ponosić odpowiedzialności...

– Nikt... Ach! Pozwalam sobie uczynić pana odpowiedzialnym... Pan przede mną odpowiada... Pan czuwał nad ciążą, kierowałeś porodem. Ja budowałem na wiedzy, odpowiadającej pańskiej randze, panie doktorze, ja zaufałem pańskiemu doświadczeniu. Jestem głęboko zawiedziony, głęboko oszukany. Sukces pańskiej sumienności polega na tym, że... na świat przyszło kalekie dziecko...

– Wasza Królewska Wysokość raczy zważyć...

– Zważyłem. Ważyłem i uznałem, że waga jest zbyt lekka. Dziękuję.

Generał-lekarz, cofając się, wyszedł w zgiętej postawie. W przedpokoju wzruszył ramionami, bardzo czerwony na twarzy. Książę kroczył znów tam i z powrotem po Bibliotece, skrzypiąc, w książęcym gniewie, niesprawiedliwy, o niczym niepouczony i nierozsądny w swej samotności. Ale czy to z chęci dalszego dokuczania nadwornemu lekarzowi, czy też z żalu, że sam siebie pozbawił wszelkich wyjaśnień – po dziesięciu minutach, rzecz nieoczekiwana – książę kazał adiutantowi sprowadzić młodego doktora Sammeta.

Doktor, skoro się o tym dowiedział, rzekł znowu:

– Bardzo chętnie... bardzo chętnie... – I zarumienił się nawet nieco, lecz potem zachował się znakomicie. Wprawdzie jeszcze nie opanował do końca form i skłonił się zbyt wcześnie, już w drzwiach, tak iż adiutant nie mógł ich zamknąć i musiał doktorowi szepnąć, by posunął się naprzód. Ale potem stał swobodnie i odpowiadał zadowalająco, aczkolwiek okazał zwyczaj nieco ciężkiego intonowania zdań wyrażającymi wahanie dźwiękami oraz częstego wtrącania między zdaniami, jakby dla skromnego poparcia, słówka „tak”. Ciemnoblond włosy nosił przystrzyżone na jeża, a wąsy beztrosko zwisające. Podbródek i policzki miał gładko wygolone i trochę przy tym pokaleczone. Głowę skłaniał nieco w bok, a spojrzenie jego szarych oczu mówiło o rozsądku, energii i łagodności. Nos, zbyt płasko zwieszający się nad wąsami, zdradzał jego pochodzenie. Do fraka włożył czarny krawat, a wyczyszczone starannie obuwie miało krój wiejski. Rękę trzymał na srebrnym łańcuszku od zegarka, łokieć tuż przy tułowiu. Jego postawa wyrażała rzetelność i rzeczowość: budziła zaufanie.

Książę przemówił doń niezwykle łaskawie, nieco na sposób nauczyciela, który wyłajał złego ucznia i zwraca się teraz z nagłą łagodnością do drugiego.

– Panie doktorze, kazałem pana prosić... Pragnę od pana wyjaśnienia co do tego zjawiska na ciele nowo narodzonego księcia... Przypuszczam, że nie uszło ono pańskiej uwagi... Stoję przed zagadką... nader bolesną zagadką... Jednym słowem, proszę o pańską opinię.

I książę, zmieniając pozycję, zakończył nieskazitelnie pięknym gestem ręki, udzielającym głosu doktorowi.

Doktor Sammet przyglądał mu się cicho i uważnie, wyczekując niejako, aż monarcha upora się z całym swoim książęcym zachowaniem. Potem rzekł:

– Tak. A więc chodzi tu o przypadek, nie bardzo wprawdzie często występujący, nam jednak dobrze znany. Tak. Jest to w istocie rzeczy przypadek atrofii...

– Przepraszam... atrofii...

– Wybaczy Wasza Królewska Mość. Mam na myśli zanik. Tak.

– Bardzo słusznie. Zanik. To się zgadza. Lewa ręka zanikła. Ale to jest niesłychane! Ja tego nie rozumiem. Nigdy nic podobnego w mojej rodzinie się nie zdarzyło! Mówi się ostatnio o dziedziczności...

Doktor przyglądał się cicho temu wytrąconemu z równowagi, władczemu panu, do którego dopiero co dotarła wieść, że „mówi się o dziedziczności”. Odpowiedział prosto:

– Wybaczy Wasza Królewska Mość, ale o dziedziczności w tym przypadku nie może być żadnej mowy.

– Ach! Doprawdy nie? – rzekł książę trochę szyderczo. – Słyszę to z satysfakcją. Ale czy zechce mi pan uprzejmie powiedzieć, o czym właściwie może tu być mowa?

– Bardzo chętnie, Wasza Wysokość. Ta wada rozwojowa ma czysto mechaniczną przyczynę. Tak. Spowodowało ją mechaniczne zahamowanie w czasie rozwoju płodu. Takie wady rozwojowe określamy mianem potworkowatości mechanicznych. Tak.

Książę słuchał z lękliwą odrazą; najwidoczniej bał się działania każdego nowego słowa na swoją wrażliwą wyobraźnię. Ściągnął brwi i otworzył usta; dwie ku brodzie biegnące bruzdy wydawały się teraz jeszcze głębsze. Rzekł:

– Potworkowatości mechaniczne... Ale na miłość boską...? Nie mogę wątpić, że zastosowano wszelką staranność...

– Potworkowatości mechaniczne – odpowiedział doktor Sammet – mogą powstać w różny sposób. Ale z dostateczną pewnością można powiedzieć, że w naszym wypadku... że w tym wypadku winę ponosi amnion.

– Przepraszam... amnion...

– Amnion, czyli owodnia. Jest to jedna z błon płodowych, Wasza Królewska Wysokość. Tak. A w pewnych okolicznościach odczepienie się tej błony od embrionu może się opóźnić i dokonać się tak opieszale, że między błoną a płodem powstają powrosłowate zrosty... sznury amniotyczne, jak my je nazywamy, tak. Te sznury mogą stać się niebezpieczne, bo mogą opleść i osznurować całe kończyny dziecka, mogą na przykład rączce najzupełniej odciąć drogi żywotne i ją po prostu amputować, tak.

– Mój Boże... amputować. A więc trzeba być jeszcze wdzięcznym, że nie doszło do amputacji ręki?

– To mogło się stać. Tak. Ale skończyło się na zasznurowaniu i dzięki temu na atrofii.

– A tego nie można było rozpoznać, przewidzieć, powstrzymać?

– Nie, Wasza Królewska Wysokość. Absolutnie nie. Rzecz najzupełniej pewna, że nikt tu nie ponosi winy. Takie wady rozwojowe dokonują się w ukryciu. Jesteśmy wobec nich bezsilni. Tak.

– I ułomność jest nieuleczalna? Ręka pozostanie skarłowaciała?

Doktor Sammet wahał się; patrzył na księcia z dobrocią.

– Wyrównanie zupełne nie nastąpi, to nie – rzekł ostrożnie. – Ale i niedorozwinięta ręka będzie się trochę rozwijała, o tak, to w każdym razie...

– Czy będzie użyteczna? Czy będzie można nią władać? Na przykład... trzymać cugle albo wykonywać ruchy ręki, jakie się czyni...

– Użyteczna... coś niecoś... Może nie bardzo. Jest przecież jeszcze prawa ręka, zupełnie zdrowa.

– Czy to będzie bardzo widoczne? – spytał książę i pełen troski śledził twarz doktora Sammeta. – Bardzo uderzające? Czy to będzie bardzo ujemnie wpływało na całość postaci, myśli pan?

– Wielu ludzi – odparł doktor wymijająco – żyje i działa mimo poważniejszych upośledzeń. Tak.

Książę odwrócił się i przeszedł przez komnatę. Doktor Sammet z czcią ustąpił mu z drogi, cofając się aż do drzwi. Wreszcie monarcha znów ustawił się przy biurku i rzekł:

– Jestem teraz zorientowany, doktorze; dziękuję panu za wykład. Pan zna się na rzeczy, nie ma co mówić. Dlaczego pan mieszka w Grimmburgu? Dlaczego pan nie praktykuje w stolicy?

– Jestem jeszcze młody, Wasza Królewska Mość, i zanim poświęcę się w stolicy praktyce w mojej specjalności, chciałbym przez kilka lat być czynnym jak najwszechstronniej, działać i uczyć się na wszystkie sposoby. Ku temu miasteczko takie jak Grimmburg daje najlepszą sposobność. Tak.

– Bardzo poważnie, szacunku godne. Jakiej specjalności zamierza się pan później poświęcić?

– Chorobom dziecięcym, Wasza Królewska Wysokość. Pragnę zostać pediatrą. Tak.

– Czy pan jest Żydem? – zapytał władca, odrzucając głowę nieco w tył i mrużąc oczy.

– Tak, Wasza Królewska Mość.

– Aa... Czy pan kiedykolwiek odczuwał swoje pochodzenie jako przeszkodę na drodze, jako uszczerbek w zawodowej karierze? Pytam jako monarcha, któremu bezwzględne i prywatne, nie tylko urzędowe znaczenie zasady równouprawnienia szczególnie leży na sercu.

– Każdy człowiek w księstwie – odpowiedział doktor Sammet – ma prawo do pracy.

Ale potem powiedział więcej, zaczął z trudem, wydał kilka wahających dźwięków, w niezgrabnie namiętny sposób poruszając łokciem jak krótkim skrzydłem – i dodał stłumionym, ale nabrzmiałym udręką głosem:

– Żadna równająca ustawa, jeśli mi wolno uczynić taką uwagę, nie zapobiegnie nigdy utrzymywaniu się w ramach społecznego życia wyjątków, form odrębnych, które od mieszczańskiej normy wyróżniają się w sposób wzniosły lub podejrzany. Jednostka dobrze uczyni, jeśli nie będzie pytała o rodzaj swego wyróżnienia, lecz zrozumie, że sam fakt jej wyróżnienia jest istotny i szczególnie zobowiązujący. W porównaniu z przeciętną i przeto wygodną większością nie jest się więc w gorszym, ale w lepszym położeniu, skoro ma się o jeden więcej niż ta większość, powód do niezwykłych czynów. Tak. Tak – powtórzył doktor Sammet. Była to odpowiedź, którą poparł dwukrotnym „tak”.

– Dobrze... nieźle, bardzo to w każdym razie godne uwagi – rzekł książę, ważąc słowa lekarza.

Coś dobrze znanego, ale zarazem coś jakby wykroczenie zawierały wynurzenia doktora Sammeta. Pożegnał młodego lekarza tak:

– Kochany doktorze, mój czas jest wyliczony. Dziękuję panu. Ta rozmowa, pomijając jej przykrą przyczynę, bardzo mnie zadowoliła. Mam przyjemność nadania panu Krzyża Albrechta III klasy z Koroną. Będę pamiętał o panu. Dziękuję.

Taka była rozmowa grimmburskiego lekarza z księciem panującym. Bezpośrednio po tym Jan Albrecht opuścił zamek i specjalnym pociągiem powrócił do rezydencji, głównie aby pokazać się podnieconym świątecznie tłumom, ale i dla udzielenia w miejskim zamku kilku audiencji... ustalono jednak, że wieczorem powróci do zamku rodowego i w najbliższych tygodniach tam będzie mieszkać.

Wszyscy panowie, którzy z okazji rozwiązania znaleźli się w Grimmburgu, a nie należeli do dworu księżnej, także zostali zaproszeni do pociągu specjalnego niedochodowej kolejki i część z nich jechała w bezpośrednim towarzystwie monarchy. Natomiast drogę z zamku do stacji przebył książę sam z ministrem stanu Knobelsdorffem w otwartym landzie, jednym z brązowo lakierowanych ekwipaży dworskich z małą złotą koroną na drzwiczkach. Biała kita u kapelusza siedzącego na koźle przybocznego strzelca trzepotała na letnim wietrze.

Jan Albrecht był poważny i milczący w czasie tej jazdy, przygnębiony i markotny; i choć pan von Knobelsdorff wiedział, iż książę nawet w życiu prywatnym bardzo nie lubił, kiedy zwracano się doń bez pytania, wreszcie jednak zdecydował się przerwać to milczenie.

– Wasza Królewska Wysokość – odezwał się prosząco – zdaje się zbytnio brać sobie do serca ową małą anomalię, znalezioną na ciele nowo narodzonego księcia. Mimo to należałoby sądzić, że w tym dniu powody do wesela, dumy i radości tak bardzo przeważają...

– Ach, drogi Knobelsdorff – odparł Jan Albrecht z podrażnieniem i prawie płaczliwie – pan mi nie weźmie za złe mego niehumoru, pan nie będzie chyba żądał, abym pośpiewywał. Nie widzę ku temu żadnego powodu. Księżna ma się dobrze – no tak. A dziecko jest chłopcem – też dobrze. Ale oto przychodzi na świat z atrofią, z potworkowatością mechaniczną, spowodowaną amniotycznymi sznurami. Nikt nie jest temu winien, to jest nieszczęście. Ale nieszczęścia, którym nikt nie jest winien, to są naprawdę straszne nieszczęścia, a widok księcia ma w jego narodzie budzić inne uczucia niż litość. Następca tronu jest delikatny, trzeba lękać się o niego ustawicznie. Cudem wprost dwa lata temu przetrwał zapalenie opłucnej – a niewiele mniejszy cud będzie, jeżeli dojdzie do lat dojrzałych. Teraz mi nieba dają drugiego syna – wydaje się silny, a przychodzi na świat z jedną ręką. Druga jest uschnięta, bezużyteczna, kaleka, będzie ją musiał ukrywać. Co za utrudnienie! Jaka przeszkoda! Wobec świata będzie musiał zawsze nadrabiać miną. Trzeba to będzie stopniowo rozgłosić, aby przy jego pierwszym wystąpieniu nie podziałało zbyt zaskakująco. Nie, ja jeszcze się z tym pogodzić nie mogę. Książę z jedną ręką...

– Z jedną ręką – rzekł von Knobelsdorff. – Czyżby Wasza Królewska Wysokość powtarzał ten zwrot z rozmysłem?

– Z rozmysłem?

– A więc nie?... Bo przecież mały książę ma dwie ręce, tylko że jedna jest niedorozwinięta i że można zatem, skoro się chce, powiedzieć, że to jest książę z jedną ręką.

– A więc?

– I że przeto trzeba niemal pragnąć, by nie drugi syn Waszej Królewskiej Mości, lecz syn urodzony pod znakiem korony nosił to małe zniekształcenie.

– Co też pan mówi?

– Otóż Wasza Królewska Mość mnie wyśmieje; ale myślę o Cygance.

– O Cygance? Jestem cierpliwy, drogi baronie.

– O Cygance, Wasza Królewska Mość zechce wybaczyć, która przepowiadała przed stu laty ukazanie się księcia z rodu Waszej Królewskiej Mości – księcia „z jedną ręką” (taki jest zwrot tradycyjny) i z ukazaniem się tego księcia związała pewną osobliwie sformułowaną wróżbę.

Książę obrócił się w głębi powozu i niemo patrzył w oczy barona Knobelsdorffa, u których zewnętrznych kącików igrały promyki zmarszczek.

– Bardzo zabawne! – rzekł i przybrał poprzednią postawę.

– Proroctwa – mówił dalej pan von Knobelsdorff – spełniają się zazwyczaj w ten sposób, że zachodzą okoliczności, które przy dobrej woli można wytłumaczyć zgodnie z sensem przepowiedni. I właśnie dzięki szerokiemu ujęciu każdego prawdziwego proroctwa sprawa jest bardzo ułatwiona. „Z jedną ręką” – to jest styl wyroczni. Rzeczywistość przynosi średni wypadek atrofii. Ale przez to samo, że przyniosła, stało się wiele, bo kto mi zabroni, kto zabroni narodowi aluzję wziąć za całość i warunkową część przepowiedni ogłosić za spełnioną? Lud to uczyni, i to najpóźniej wówczas, gdy spełni się jeszcze w jakikolwiek sposób reszta, wróżba właściwa; lud będzie rymował i wykładał, tak jak to czyni zawsze, by ujrzeć spełnione to, co jest w piśmie. Ja wyraźnie nie widzę – książę jest drugim synem, nie będzie panował, sąd losu jest ciemny. Ale jednoręki książę jest – niechaj więc da nam tyle, ile może.

Książę milczał, w głębi duszy przejęty dreszczem dynastycznych marzeń.

– No, Knobelsdorff, nie będę się na pana gniewał. Pan chce mnie pocieszyć i nieźle bierze się pan do rzeczy. Ale zaraz nas wezmą w obroty.

Powietrze kołysało się od dalekich, wielogłosych wiwatów. Grimmburska publiczność czarnym tłumem oblegała stację, poza kordonem. Przed nią stały pojedynczo urzędowe osoby w oczekiwaniu ekwipaży. Zauważyli burmistrza, jak zdjął cylinder, chustką od nosa w kraciasty wzór ocierał czoło i podniósł do oczu kartkę, której treści uczył się na pamięć. Jan Albrecht gotował się na przyjęcie tej skromnej przemowy i na krótką łaskawą odpowiedź: „Mój drogi burmistrzu...”. Miasteczko było przybrane chorągwiami; biły dzwony.

Wszystkie dzwony stolicy biły. A wieczorem odbyła się iluminacja, bez szczególnego wezwania ze strony magistratu, dobrowolna, wielka iluminacja we wszystkich dzielnicach miasta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

1 Fideikomis to rzymski zapis, w którym spadkodawca w nieformalny sposób prosi dziedzica o przekazanie części spadku lub całego majątku osobie trzeciej (fideikomisariuszowi). Z czasem stał się formalnym instrumentem prawnym służącym do utrzymania majątku w rodzie (tzw. ordynacja rodowa) lub do zapewnienia bezpieczeństwa rodzinie. ↩

2 (fr.) wspaniale ↩