Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Już od pierwszego słowa czuć podrażnienie, znużenie, i jakiś niemiły fluid w powietrzu. Czuć zgiełk i natłok włoskiej plaży, jej hałaśliwość, zarozumiałość, wymuszoność, jej fałszywą bigoterię i krzykliwość szowinistycznego frazesu patriotycznego…
Nieprzyjemne przygody nad morzem, gdzie rzekomo obrażono „publiczną moralność”, przykre perypetie w hotelu służalczym wobec tubylczej arystokracji sprawiają, że od początku czekamy na to coś, co się musi wydarzyć – czekamy na czarnoksiężnika - kalekiego hipnotyzera, który w sposób brutalny przejmuje kontrolę nad wolą publiczności… kim jest, demagogiem, dyktatorem? Czy to Benito?
Jedno z najważniejszych dzieł politycznych Tomasza Manna, będące ostrzeżeniem przed narodzinami faszyzmu i manipulacją masami.
Koniecznie do przeczytanie w naszych czasach, znowu niestety aktualne!
Pan i pies - napisany przez autora jeszcze przed zakończeniem I wojny światowej - interpretowany bywa jako literacka ucieczka od traum i okrucieństw minionego czasu - w stronę prywatności, natury, podstawowych wartości ludzkich, w stronę łagodnego nastroju, miłości, czułości, dobroci, spokoju i refleksji.
Sam autor pisze o swoim dziele tak:
W poniższym tekście mowa jest wyłącznie o moim psie Bauszanie, o czym lojalnie i zawczasu każdego wyraźnie uprzedzam, aby nikt nie mógł później wnosić skarg z powodu zawiedzionych oczekiwań; niechaj każdy, kogo zajmowanie się tak błahym przedmiotem godzi w jego intelektualną godność, natychmiast odłoży te karty na bok [...]. Nie zostaną tu bowiem poruszone żadne wyższe problemy moralne ani poddane analizie znaczące charaktery, nie wspominając już o tym, by kwestia społeczna miała zostać przybliżona do swojego rozwiązania.
Bez względu na to jak odczytamy ten tekst – to bez wątpienia najwyższy kunszt literatury światowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 209
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału Mario und der Zauberer, Herr und Hund
Copyright © 2026, MG
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-374-8
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Na okładce wykorzystano obraz Richard Gallo et son chien Dick, aut. Gustave Caillebotte (domena publiczna via WikiCommons)
Korekta: Michał Gniazdowski
Skład: Jacek Antoniuk
[email protected]@gmail.com
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wspomnienie Torre di Venere jest atmosferycznie niemiłe. Gniew, rozdrażnienie, naprężenie od początku wisiały w powietrzu, a na koniec nastąpił wstrząs z owym okropnym Cipollą1, w którego osobie niejako ucieleśniły się i groźnie skupiły wszystkie charakterystycznie złośliwe pierwiastki nastroju, i to w sposób złowieszczy i niezmiernie dobitny.
Że przy przeraźliwym zakończeniu (zakończeniu, jak nam się później wydawało, z góry przeznaczonym i leżącym już w istocie rzeczy) obecne były i dzieci – był to smutny i wypływający z nieporozumienia błąd, spowodowany przez fałszywą zapowiedź tego osobliwego człowieka. Na szczęście nie zrozumiały one, gdzie kończyło się widowisko, a zaczynała katastrofa, i utrzymano je w błogim przeświadczeniu, że wszystko to było tylko przedstawieniem.
Torre oddalone jest o jakieś piętnaście kilometrów od Portoclemente, jednej z najulubieńszych miejscowości letniskowych nad Morzem Tyrreńskim, po miejsku eleganckiej i miesiącami przepełnionej, z pstrokatą ulicą hoteli i bazarów prowadzącą ku morzu, z szeroką plażą, pokrytą daszkami, namiotami i brązowymi ludźmi, z hałaśliwymi lokalami rozrywkowymi.
Plaża, obramowana piniowymi laskami, na które z niewielkiej odległości spoglądają góry, rozciąga swoje gościnne przestrzenie pokryte drobniutkim piaskiem wzdłuż całego tego wybrzeża. Nic więc dziwnego, że nieco dalej rozłożyła się już wcześniej cichsza konkurencja: Torre di Venere, gdzie od dawna zresztą daremnie się rozglądać za wieżą, której ta miejscowość zawdzięcza swoją nazwę, jest jako miejsce pobytu przyjezdnych jakby filią sąsiedniego, wielkiego uzdrowiska i przez szereg lat było idyllą dla nielicznych, ucieczką dla zwolenników niezmąconego przez gwar świata żywiołu.
Ale jak się to zwykle dzieje z takimi miejscami, spokój dawno już musiał się wynieść nieco dalej wzdłuż wybrzeża, do Marina Petriera i Bóg wie dokąd jeszcze; świat – wiadoma to rzecz – szuka go i wygania go przez to samo, iż pędzi ku niemu ze śmieszną tęsknotą, łudząc się, że mógłby go poślubić i że gdzie jest spokój, mógłby być i on; co więcej, rozbiwszy gdzieś swoje namioty jarmarczne, gotów jest wierzyć, że spokój jeszcze tam jest.
W ten sposób Torre, chociaż ciągle spokojniejsze i skromniejsze niż Portoclemente, zostało zaludnione licznie przez Włochów i cudzoziemców.
Nie jedzie się już do światowego uzdrowiska – chociaż nie jedzie się o tyle tylko, że pozostaje ono nadal hałaśliwym i przepełnionym uzdrowiskiem; jedzie się w sąsiedztwo, do Torre, jest to nawet elegantsze, a przy tym jest tańsze, zaś siła przyciągająca tych zalet trwa nadal, chociaż same zalety dawno już nie istnieją.
Torre otrzymało Grand Hotel; powstało mnóstwo pensjonatów, wykwintniejszych i skromniejszych. Właściciele i dzierżawcy domków letniskowych i ogrodów z laskami piniowymi nad morzem bynajmniej nie zaznają już na plaży spokoju; w lipcu, sierpniu obraz tej plaży niczym już nie różni się od Portoclemente: roi się na niej od wrzaskliwych, kłócących się, wykrzykujących radośnie kąpielowiczów, którym piekące bezlitośnie słońce zdziera skórę z karków; na migoczącym błękicie wody chyboczą się płaskie, jaskrawo pomalowane czółna, wypełnione dziećmi, których głośne imiona, wyrzucane z piersi czuwających matek, w zachrypłej troskliwości wypełniają powietrze; zaś przekupnie ostryg, napojów chłodzących, kwiatów, koralowych ozdób i cornetti al burro2, depcząc po stosach ciał leżących ludzi, zachwalają swój towar, zawsze zachrypłym i donośnym głosem Południa.
Tak wyglądała plaża w Torre, kiedy przybyliśmy – dość ładnie, ale uważaliśmy jednak, że przyjechaliśmy za wcześnie.
Była połowa sierpnia, sezon włoski znajdował się jeszcze w pełni rozkwitu; dla cudzoziemców nie jest to właściwa chwila, aby należycie ocenić uroki miejscowości.
Co za tłok po południu w ogrodowych kawiarniach na promenadzie plażowej, na przykład w „Esquisito”, gdzie jadaliśmy i gdzie usługiwał nam Mario, ten sam Mario, o którym niebawem będę opowiadał! Z ledwością można znaleźć stolik, a orkiestry, nie chcąc o sobie nawzajem nic wiedzieć, w zamieszaniu grają jedna przez drugą.
Nawiasem mówiąc, właśnie po południu przybywają tu codziennie tłumy ludzi z Portoclemente; gdyż oczywiście Torre jest ulubionym celem wycieczek niespokojnych gości owego miejsca rozrywkowego, a dzięki pędzącym w tę i tamtą stronę Fiatom wawrzynowe i oleandrowe zarośla na skraju łączącej dwie miejscowości szosy pokryte są na cal grubości białym kurzem; to widok osobliwy, ale odrażający.
Naprawdę, powinno się jechać do Torre di Venere we wrześniu, gdy uzdrowisko opróżnia się z wielkiej publiczności, albo w maju, zanim ciepłota morza osiągnęła stopień, który kusi mieszkańca Południa do zanurzenia się w wodzie.
Przed sezonem i po sezonie również nie jest tam nigdy pusto, ale nastrój bywa wtedy cichszy i mniej narodowy. Pod płóciennymi zasłonami i w jadalniach pensjonatów panuje język angielski, niemiecki, francuski, podczas gdy cudzoziemiec jeszcze we wrześniu zastaje przynajmniej Grand Hotel, gdzie zatrzymaliśmy się z braku osobistych adresów, tak dalece w rękach florenckiego i rzymskiego towarzystwa, że czuje się izolowany i może się samemu sobie wydać chwilami gościem drugiego rzędu.
To doświadczenie poczyniliśmy z niejakim rozgoryczeniem w wieczór naszego przybycia, kiedy zeszliśmy do jadalni na obiad i kiedy kelner wyznaczył nam stolik. Stolikowi temu nic nie można było zarzucić, ale nas kusił widok przyległej oszklonej werandy, wychodzącej na morze i tak wielkiej jak nasza sala; weranda ta nie była w pełni zajęta, a na stolikach paliły się lampki z czerwonymi abażurami.
Dzieci z zachwytem pokazywały sobie te wspaniałości, oznajmiliśmy więc po prostu swoją decyzję jadania na werandzie; jak się okazało, był to przejaw nieświadomości, gdyż z zakłopotaną nieco uprzejmością dano nam do zrozumienia, że to kuszące miejsce zarezerwowane jest „dla naszych klientów”, „ai nostri clienti”. Dla naszych klientów? Ależ to przecież my. Nie byliśmy przechodniami ani jednodniowymi motylami, lecz mieszkańcami hotelu na trzy czy cztery tygodnie, pensjonariuszami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Cipolla – po włosku: cebula. ↩
2 Maślane rogaliki. ↩
...Ustaliłem tytuł Królewska Wysokość dla nowej książki, którą od lat już pragnąłem napisać. Występują w niej: książę, miliarder, szofer, rasowy pies, obłąkana hrabina, romantyczny nauczyciel i osobliwego rodzaju księżniczka – co w sumie budzi, oczywiście, ciekawość. Mnie samemu wydaje się to wszystko czasem tak nowe i piękne, że śmieję się w duchu – a czasem znów tak niedorzeczne, że kładę się na kanapie i zdaje mi się, że umieram...
Thomas Mann
Przepiękna, wręcz baśniowa przypowieść o królewskim synu, którego najważniejszym zadaniem jest być. Istnieć wysoko, w niedostępnych pałacach, w nieskazitelnej postawie i się podobać. Tak przecież żył jego ojciec i dziad.
Tymczasem zmieniają się czasy, a kraj biednieje...
