Śmierć Komandora. Tom 2. Metafora się zmienia - Haruki Murakami - ebook
Opis

Drugi tom długo oczekiwanej powieści Murakamiego!

W Hong Kongu została uznana za nieprzyzwoitą, ocenzurowana i zakazana dla czytelników poniżej 18 roku życia. W Japonii w środowisku skrajnej prawicy wywołała oskarżenia wobec Harukiego Murakamiego o zdradę narodową, choć jednocześnie została okrzyknięta jednym z największych dokonań tego pisarza. „Śmierć Komandora” to obszerna dwutomowa powieść, na którą fani Murakamiego czekali aż pięć lat.

Żona malarza w średnim wieku porzuca go – z dnia na dzień. Podobnie, z dnia na dzień, on sam podejmuje decyzję, by wyprowadzić się z domu. Rezygnuje ze zleceń, wsiada w samochód i przez parę miesięcy włóczy się po północno-wschodniej części wyspy Honsiu. Gdy zmęczony tułaczką wraca do Tokio i prosi przyjaciela o nocleg, ten ma mu do zaoferowania coś znacznie lepszego: opuszczony dom w górach należący do jego ojca, sławnego malarza. W nowym, inspirującym otoczeniu bohater zamierza wieść spokojne życie poświęcone twórczości – korzysta z pracowni mistrza, zaczyna prowadzić lekcje malarstwa w pobliskiej Odawarze i wdaje się w niewiele znaczące romanse. Dom ten dla bohatera powieści stanie się epicentrum przemiany i szczególnej formy odrodzenia – i w sztuce, i w życiu. Pierwszym epizodem tej przemiany będzie odnalezienie na strychu nieznanego obrazu starego mistrza: niemal wiernego odtworzenia sceny zabójstwa Komandora z „Don Giovanniego”.

Od momentu tego odkrycia realistyczna narracja zaczyna się stopniowo przeplatać z surrealistycznymi wątkami, a fabułę zaludniają niezwykłe postaci, które uosabiają symbole, idee i metafory. Murakami z lekkością kreśli niezwykłe wizerunki swoich bohaterów, subtelne podważając granicę między marzeniem i rzeczywistością. Pojawiają się znane motywy: wyschnięta studnia, która nęci swoją mistyczną pustką, ekscentryczny milioner oraz niespodziewane i niewyjaśnialne zniknięcie. Czytelnik rozpozna nieoczywiste symbole i bezpretensjonalną erotykę o leciutko perwersyjnym odcieniu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 527

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Kichidanchōgoroshi

Dainibu

Utsurou metafā hen

Tytuł przekładu angielskiego:Killing Commendatore

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Ula Pągowska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja:Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Mariola Hajnus, Maria Śleszyńska

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

Adam Majchrzak, Alexey, dpullman, chic2view/Fotolia

Copyright © 2017 by Haruki Murakami

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-1087-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Rozdział 33Tak samo lubię rzeczy, które widać, jak te, których nie widać

W niedzielę też była ładna pogoda. Wiatr prawie nie wiał, w jesiennym słońcu na zboczach gór pięknie lśniły liście zabarwione na przeróżne kolory. Małe ptaszki o białych brzuszkach przeskakiwały z gałęzi na gałąź, zwinnie skubiąc czerwone owoce. Usiadłem na tarasie i przyglądałem się temu wszystkiemu. Wcale mnie to nie nużyło. Piękno przyrody dane jest sprawiedliwie każdemu – i bogatym, i biednym. Tak samo jak czas… Nie, z czasem może jest inaczej. Może zamożni ludzie kupują sobie za pieniądze więcej czasu.

Punktualnie o dziesiątej intensywnie niebieska toyota prius wjechała na moją górę. Shōko Akikawa miała na sobie cienki beżowy sweter z golfem i wąskie jasnozielone spodnie. Wokół szyi skromnie lśnił złoty łańcuszek. Włosy tak jak przedtem były nieomal idealnie ułożone. Kiedy się poruszały, ukazywała się spod nich na chwilę piękna szyja. Dziś Shōko Akikawa nie miała małej torebki, a większą zamszową torbę na ramię. Do tego brązowe mokasyny żeglarskie. Strój na luzie, ale każdy szczegół był przemyślany. I jej piersi rzeczywiście miały ładny kształt. Według dobrze poinformowanej bratanicy, „nie miała watowanego stanika”. Te piersi mnie oczarowały – oczywiście w sensie estetycznym.

Marie była ubrana swobodnie, zupełnie inaczej niż ostatnim razem. Miała na sobie proste spłowiałe dżinsy i trampki firmy Converse. Dżinsy miały gdzieniegdzie dziury – oczywiście były to dziury starannie i celowo zrobione. Do tego cienka szara bluza z kapturem, a na niej gruba koszula w kratkę, jaką noszą drwale. Jak przedtem nie rysowały się pod nią piersi. I jak przedtem Marie wyglądała na niezadowoloną. Miała minę jak kot, któremu zabrano miseczkę, zanim skończył jeść.

Jak przedtem zrobiłem w kuchni herbatę i zaniosłem do salonu. Potem pokazałem im trzy rysunki z zeszłego tygodnia. Chyba spodobały się Shōko Akikawie.

– Na wszystkich jest jak żywa. Dużo podobniejsza do prawdziwej Marie niż na zdjęciach.

– Mogę je sobie wziąć? – zapytała mnie Marie.

– Oczywiście – powiedziałem – ale dopiero jak skończę obraz. Przedtem mogą mi być potrzebne.

– Marie, jak możesz…?! Czy naprawdę będzie mogła je dostać? – upewniała się speszona ciotka.

– Tak, oczywiście – powiedziałem. – Bo kiedy skończę obraz, nie będą mi już potrzebne.

– Czy zrobi pan szkic obrazu na podstawie jednego z nich? – zapytała Marie.

Pokręciłem głową.

– Nie. Narysowałem je po to, żeby cię zrozumieć trójwymiarowo. Myślę, że na płótnie namaluję cię jeszcze inaczej.

– I ma pan już w myślach trójwymiarowy obraz?

Pokręciłem głową.

– Nie, jeszcze nie mam. Teraz się nad tym we dwoje zastanowimy.

– Będziemy próbować mnie zrozumieć trójwymiarowo? – dopytywała się Marie.

– Tak. Z puntu widzenia fizyki obraz jest płaską powierzchnią, ale musi być namalowany trójwymiarowo. Rozumiesz?

Marie się skrzywiła. Słowo „trójwymiarowy” pewnie skojarzyło jej się z kwestią własnych piersi i nad nią rozmyśla. Rzeczywiście rzuciła okiem na kształtne piersi ciotki rysujące się pod cienkim swetrem, a potem spojrzała na mnie.

– Jak się można nauczyć tak dobrze rysować?

– Chodzi ci o te rysunki?

Skinęła głową.

– Tak, o rysunki i o szkice.

– Trzeba ćwiczyć. Jeśli się ćwiczy, to coraz lepiej wychodzi.

– Ale jest chyba dużo ludzi, którym kiepsko wychodzi, choćby nie wiem ile ćwiczyli.

Miała rację. Kiedy studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych, poznałem tam mnóstwo ludzi, którym rysowanie nie wychodziło, mimo że bardzo dużo ćwiczyli. Choćby się człowiek starał ze wszystkich sił, nie przeskoczy tego, co mu dała natura. Jednak gdybym to powiedział, ta rozmowa nie miałaby końca.

– Ale to nie znaczy, że można sobie darować ćwiczenia. Są pewne rodzaje talentu i zdolności, które nie ujawnią się bez ćwiczenia – oznajmiłem.

Shōko Akikawa z przekonaniem przytaknęła. Marie tylko lekko ukośnie wygięła usta. Jakby się zastanawiała, czy nie kłamię.

– Chcesz się nauczyć lepiej malować, prawda? – zapytałem Marie.

Skinęła głową.

– Tak samo lubię rzeczy, które widać, jak te, których nie widać.

Spojrzałem jej w oczy. Miały w sobie jakiś szczególny blask. Nie całkiem pojmowałem, o co jej chodzi. Ale bardziej niż jej słowa zainteresował mnie ten blask w oczach.

– To bardzo dziwne stwierdzenie – powiedziała ciotka. – Brzmi jak zagadka.

Marie nie odpowiedziała, tylko w milczeniu patrzyła na swoją rękę. Kiedy trochę później podniosła głowę, ten szczególny blask już zniknął. Był tam tylko przez chwilę.

Poszliśmy z Marie do pracowni. Shōko Akikawa wyjęła z torby tę samą książkę co tydzień wcześniej – w każdym razie wyglądała na tę samą – usiadła na kanapie i od razu zabrała się do czytania. Lektura całkiem ją pochłonęła. Jeszcze bardziej niż ostatnim razem ciekawiło mnie, co to za książka, ale powstrzymałem się od zapytania o tytuł.

Tak jak tydzień wcześniej usiedliśmy z Marie o dwa metry od siebie, ale w odróżnieniu od zeszłej niedzieli tym razem stały przede mną sztalugi z blejtramem. Jeszcze nie brałem do ręki pędzla ani farb. Na zmianę patrzyłem to na Marie, to na puste płótno. Zastanawiałem się, jak przenieść ją trójwymiarowo na obraz. Potrzebna była jakaś „opowieść”. Nie jest tak, że wystarczy po prostu kogoś namalować. W ten sposób nie powstanie dzieło sztuki. Pewnie skończy się tylko na dobrze wykonanym wizerunku. Dla mnie ważnym punktem wyjścia było znalezienie opowieści, którą powinienem namalować.

Ze swojego taboretu długo przyglądałem się twarzy Marie, ale dziewczynka nie odwróciła wzroku. Siedziała na krześle, prawie nie mrugając, patrzyła mi prosto w oczy. Nie było to może spojrzenie rzucające wyzwanie, ale dostrzegłem w nim determinację w rodzaju „nie cofnę się ani o krok”. Z powodu jej regularnych jak u lalki rysów ludzie często mylnie ją oceniali, lecz w rzeczywistości było to dziecko o silnym charakterze. Postępowała po swojemu i konsekwentnie. Jeśli wytyczyła sobie jakiś kierunek, łatwo z niego nie zbaczała.

Kiedy się dobrze przyjrzałem, dostrzegłem w jej oczach coś, co mi przypomniało Menshikiego. Wcześniej już to wyczuwałem, ale teraz na nowo zaskoczyło mnie owo podobieństwo. Było w niej przedziwne światło, które miałem ochotę nazwać „szybko zamrożonym płomieniem”. Blask mający w sobie gorąco, ale jednocześnie bardzo zimny. Przywodził na myśl szczególny klejnot z własnym źródłem światła. Ostro zmagały się w nim zwrócona na zewnątrz bezpośrednia siła życzeń i nastawiona na spełnienie siła zwrócona do wnętrza.

Ale być może czułem tak, bo wysłuchałem zwierzeń Menshikiego, kiedy mówił, że Marie może być jego córką. Wiedząc o tym, być może podświadomie starałem się dostrzec między nimi jakieś podobieństwa. Tak czy inaczej, musiałem zawrzeć w obrazie ten szczególny blask będący kwintesencją jej wyrazu twarzy. To coś, co przebijało spod jej regularnych rysów i zakłócało tę regularność. Nie potrafiłem jednak jeszcze odnaleźć kontekstu, w jakim należało ten blask namalować. Jeżeli zrobię to źle, będzie tylko zimnym klejnotem. Musiałem się dowiedzieć, skąd się wzięło kryjące się za tym blaskiem źródło ciepła i dokąd to ciepło uchodziło.

Po piętnastu minutach wpatrywania się na zmianę w Marie i w płótno dałem za wygraną. Odsunąłem na bok sztalugi i wziąłem kilka głębokich oddechów.

– Porozmawiajmy o czymś – zaproponowałem.

– Dobrze – zgodziła się Marie. – O czym?

– Chciałbym trochę więcej się o tobie dowiedzieć. Jeśli się zgodzisz.

– Na przykład?

– Hm… Jaki jest twój ojciec?

Marie lekko skrzywiła usta.

– Nie bardzo wiem.

– Mało ze sobą rozmawiacie?

– Bo rzadko się widujemy.

– Ojciec jest zajęty pracą?

– Nie wiem zbyt wiele o jego pracy – powiedziała. – Ale myślę, że ja go chyba nie interesuję.

– Nie interesujesz go?

– Dlatego w kwestii opieki nade mną zdał się całkowicie na ciotkę.

Nie wyraziłem na ten temat żadnej opinii.

– A pamiętasz mamę? Zdaje się, że umarła, kiedy miałaś sześć lat, prawda?

– Mamę pamiętam tylko fragmentarycznie.

– W jakim sensie fragmentarycznie?

– Zniknęła w jednej chwili, strasznie szybko. A poza tym wtedy nie mogłam zrozumieć, co to znaczy, że ktoś umarł. Dlatego myślałam, że po prostu zniknęła, jak dym uciekający przez szparę.

Po krótkim milczeniu mówiła dalej.

– Ponieważ tak nagle zniknęła i ponieważ nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się stało, nie bardzo pamiętam, co było przedtem i potem.

– Miałaś wtedy duży mętlik w głowie.

– Czas przed zniknięciem mamy i czas po jej zniknięciu są oddzielone jakby wysokim murem. Nie mogę ich ze sobą połączyć – powiedziała, a potem umilkła, przygryzając wargi. – Rozumie pan, o co mi chodzi?

– Wydaje mi się, że rozumiem. Mówiłem ci przedtem, że moja siostra umarła, mając dwanaście lat, prawda?

Marie skinęła głową.

– Miała wrodzoną wadę zastawek. Przeszła poważną operację, która podobno się udała, ale nie wiadomo dlaczego ciągle było z nią coś nie tak. Więc żyła jakby z tykającą wewnątrz bombą. Cała rodzina była zawsze przygotowana na to, że kiedyś stanie się najgorsze. Czyli jej śmierć to nie był grom z jasnego nieba, jak śmierć twojej mamy od użądleń szerszeni.

– Grom z jasnego…

– Grom z jasnego nieba – powiedziałem. – Kiedy jest piękna pogoda, a nagle niespodziewanie uderza piorun. Mówi się tak o nagłych, nieoczekiwanych wydarzeniach.

– Grom z jasnego nieba – powtórzyła. – Jak to się pisze?

– Pisze się „niebieski” i „niebo”. Potem dwa znaki na grom, ale są trudne i sam ich nie umiem napisać. Nigdy nie pisałem. Jak chcesz się dowiedzieć, to sprawdź w słowniku po powrocie do domu.

– Grom z jasnego nieba – powtórzyła jeszcze raz. Zdawało się, że zamknęła te słowa w jakiejś szufladce w głowie.

– W każdym razie w pewnym stopniu się tego spodziewaliśmy. Ale kiedy siostra naprawdę dostała ataku serca i zmarła tego samego dnia, na nic nam się zdały te psychiczne przygotowywania. Ja czułem się dosłownie sparaliżowany. Nie tylko ja, cała rodzina.

– Czy potem różne rzeczy się w panu zmieniły w porównaniu z przedtem?

– Tak, potem w porównaniu z przedtem różne rzeczy się kompletnie zmieniły i we mnie, i wokół mnie. Czas zaczął inaczej płynąć. I tak samo jak ty nie potrafię tych dwóch czasów ze sobą połączyć.

Marie wpatrywała się we mnie nieruchomo przez jakieś dziesięć sekund. W końcu powiedziała:

– Siostra była dla pana bardzo ważna, prawda?

Skinąłem głową.

– Tak, była dla mnie bardzo ważna.

Pochylona głęboko nad czymś rozmyślała, potem podniosła głowę.

– Ponieważ moje wspomnienia są tak rozdzielone, nie bardzo potrafię sobie mamę przypomnieć. Jaka była, jak wyglądała, co mówiła. Ojciec też raczej milczy na jej temat.

O jej matce wiedziałem niewiele. Jedynie to, co Menshiki opowiedział mi niezwykle dokładnie o ich ostatnim gwałtownym seksie na kanapie w jego biurze, podczas którego być może została poczęta Marie.

– Ale trochę musisz mamę pamiętać. Przecież mieszkałaś z nią do szóstego roku życia.

– Pamiętam tylko zapach – powiedziała Marie.

– Zapach jej ciała?

– Nie, zapach deszczu.

– Zapach deszczu?

– Wtedy padał deszcz. Gwałtowny deszcz, taki, że było słychać, jak krople uderzają o ziemię. Ale mama nie wzięła parasolki. Szłyśmy za rękę w deszczu. Myślę, że to było latem.

– Taka letnia popołudniowa ulewa?

– Chyba tak. Bo czułam zapach rozgrzanego asfaltu zmoczonego deszczem. Pamiętam ten zapach. Byłyśmy w jakimś punkcie widokowym w górach. I mama śpiewała piosenkę.

– Jaką piosenkę?

– Nie pamiętam melodii. Ale pamiętam słowa. Po drugiej stronie rzeki rozciągała się zielona łąka. I tam wszędzie świeciło piękne słońce. A z tej strony ciągle padał deszcz… Taka to była piosenka. Słyszał pan kiedyś taką?

Nie przypominałem sobie, żebym podobną słyszał.

– Myślę, że nie.

Marie drgnęła, jakby lekko wzruszając ramionami.

– Pytałam różnych ludzi, ale nikt jej nie zna. Dlaczego? Czy ja ją sobie wymyśliłam?

– A może twoja mama na poczekaniu wtedy ją wymyśliła? Dla ciebie.

Marie podniosła wzrok i się uśmiechnęła.

– Nigdy o tym nie pomyślałam, ale byłoby świetnie, gdyby naprawdę tak było.

Chyba wtedy pierwszy raz widziałem, jak się uśmiecha. Zupełnie jakby spomiędzy gęstych chmur wychynął promyk słońca i żywo oświetlił jakieś szczególnie wybrane miejsce na ziemi, taki to był uśmiech.

– Gdybyś znowu trafiła w to miejsce, poznałabyś je? Gdybyś znalazła ten punkt widokowy?

– Chyba tak – powiedziała Marie. – Nie jestem pewna, ale chyba tak.

– To świetnie, że udało ci się zachować w sercu wspomnienie tej sceny.

Marie tylko przytaknęła.

Potem przez pewien czas wsłuchiwaliśmy się w ćwierkanie ptaków. Pogodne niebo zdawało się bezkresne, jak zwykle jesienią. Nie było ani jednej chmurki. Oboje pogrążyliśmy się w nieokreślonych rozmyślaniach.

– Co to za obraz, ten odwrócony do ściany? – zapytała Marie po pewnym czasie.

Wskazała olejny obraz, na którym namalowałem (czy raczej starałem się namalować) mężczyznę z białego subaru forestera. Odwróciłem go do ściany, bo nie chciałem na niego patrzeć.

– Obraz, który zacząłem. Próbowałem namalować pewnego mężczyznę. Ale przerwałem i tak zostało.

– Mogę go zobaczyć?

– Możesz. Jeszcze jest na etapie podmalówki.

Odwróciłem obraz i postawiłem na sztalugach. Marie wstała z krzesła, podeszła i wpatrzyła się w niego z założonymi rękami. Kiedy przed nim stanęła, w jej oczach znowu pojawił się przenikliwy blask. Usta miała lekko zaciśnięte.

Obraz składał się z czerwonych, zielonych i czarnych linii, mężczyzna, który miał na nim być, nie przybrał jeszcze wyraźnych konturów. Jego narysowana węglem postać kryła się pod farbą. Nie chciał, bym mu dalej nadawał kształt barwy. Ale wiedziałem, że tam jest. Uchwyciłem sedno jego bytu, jak sieć chwyta w morzu niewidzialne ryby. Ja próbowałem znaleźć sposób na jej wyciągnięcie, a on starał się mi w tym przeszkodzić. I w tym siłowaniu się nastąpiła przerwa.

– Na tym się pan zatrzymał? – zapytała Marie.

– Tak. Zatrzymałem się na podmalówce i dalej ani rusz.

– Ale wygląda, jakby już był skończony – powiedziała cicho.

Stanąłem obok niej i jeszcze raz spojrzałem na obraz z tego miejsca co ona. Czyżby widziała ukrywającą się w ciemności postać mężczyzny?

– Chodzi ci o to, że nie ma potrzeby nic do niego dodawać? – zapytałem.

– Uhm, myślę, że jest dobry taki jak teraz.

Na chwilę mnie zatkało. Powiedziała prawie dokładnie to samo, co mężczyzna z białego subaru forestera. Zostaw już ten obraz. Więcej go nie ruszaj.

– Dlaczego tak uważasz? – zadałem kolejne pytanie.

Marie przez chwilę nie odpowiadała. Jeszcze przez pewien czas patrzyła w skupieniu na obraz, rozplotła ręce i przyłożyła dłonie do policzków, jakby były rozpalone i chciała je ochłodzić. Potem powiedziała:

– Nawet na tym etapie przemawia do patrzącego z wystarczającą siłą.

– Z wystarczającą siłą?

– Tak mi się wydaje.

– Czy to jest niezbyt dobra siła?

Marie nie odpowiedziała. Nadal trzymała dłonie na policzkach.

– Dobrze pan zna tego mężczyznę?

Pokręciłem głową.

– Nie. Prawdę mówiąc, nic o nim nie wiem. Spotkałem go przypadkiem w dalekim mieście, kiedy pewien czas temu byłem w długiej podróży. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Nie wiem też, jak się nazywa.

– Nie wiem, czy to jest dobra, czy niedobra siła. Może czasami staje się dobra, czasami niedobra. Niech pan spojrzy, zmienia się w zależności od tego, pod jakim kątem się patrzy.

– Ale uważasz, że lepiej nie nadawać jej kształtu obrazu.

Spojrzała mi w oczy.

– A co pan zrobi, jeśli nada jej pan kształt, a okaże się, że to niedobrasiła? Co będzie, jeśli pana dosięgnie?

Pomyślałem, że rzeczywiście ma rację. Co bym począł, gdyby to była niedobrasiła, gdyby to było ucieleśnienie zła i gdyby mnie dosięgło?

Zdjąłem obraz ze sztalug, odwróciłem i postawiłem na poprzednim miejscu. Poczułem, że gdy zniknął z pola widzenia, nagle rozwiało się napięcie, które wypełniało pracownię.

Pomyślałem, że może powinienem go starannie zawinąć w papier i wynieść na strych. Tak samo jak Tomohiko Amada ukrył przed ludzkim wzrokiem Śmierć Komandora.

– A co myślisz o tamtym obrazie? – zapytałem, wskazując wiszącą na ścianie Śmierć Komandora.

– Tamten mi się podoba – odpowiedziała Marie bez wahania. – Kto go namalował?

– Namalował go Tomohiko Amada. Właściciel tego domu.

– Ten obraz się czegoś domaga. Jakby ptaszek próbował się wydostać z ciasnej klatki. Tak wygląda.

Spojrzałem na nią.

– Ptaszek? Jaki to ptaszek?

– Nie wiem, jaki ptaszek i jaka klatka. Nie widzę ich kształtu. Tylko czuję coś takiego. Może ten obraz jest dla mnie trochę za trudny.

– Nie tylko dla ciebie. Dla mnie chyba też jest za trudny. Ale tak jak mówisz, autor czegoś pragnął, powierzył te intensywne myśli obrazowi. Ja też to czuję. Ale ani rusz nie mogę zrozumieć, czego ten obraz się domaga.

– Ktoś kogoś zabija. Targany silnymi emocjami.

– Masz rację. Młody mężczyzna z determinacją przebił mieczem pierś tego drugiego. Ten zabijany jest bardzo zaskoczony, że umiera. Patrzącym zaparło dech.

– A czy istnieje słuszny sposób zabijania?

Zastanowiłem się nad tym.

– Wiesz, że nie wiem. Bo to, co słuszne, a co niesłuszne, zależy od tego, jakie kryteria się wybierze. Na przykład jest na świecie dużo ludzi uważających, że kara śmierci to społecznie słuszny sposób zabijania.

Albo zamach, pomyślałem.

Po pewnym czasie Marie powiedziała:

– Mimo że kogoś tu zabiją i jest dużo krwi, obraz nie przygnębia patrzącego. Próbuje mnie przenieść w jakieś inne miejsce. Takie, w którym są inne kryteria tego, co słuszne, a co niesłuszne.

Tego dnia w końcu nie wziąłem pędzla do ręki. Tylko rozmawiałem z Marie Akikawą w jasnej pracowni na różne niezwiązane ze sobą tematy. Podczas rozmowy zapisywałem w głowie wszystkie zmiany jej wyrazu twarzy i różne gesty. Ten pamięciowy magazyn przerodzi się w treść obrazu, który miałem namalować.

– Nic pan dziś nie namalował – powiedziała Marie.

– Są takie dni – odparłem. – Są rzeczy, które czas nam odbiera, i inne, które nam daje. Ważne, żeby uczynić czas swoim sprzymierzeńcem.

Patrzyła mi w oczy bez słowa. Jakby przycisnęła twarz do szyby i zaglądała do wnętrza domu. Myślała o znaczeniu czasu.

Kiedy wybiła dwunasta i rozległ się kurant w miasteczku, przeszliśmy z pracowni do salonu. Shōko Akikawa w okularach w czarnej oprawie siedziała na kanapie pogrążona w lekturze swojej grubej książki. Była tak skupiona, że zdawała się nieomal nie oddychać.

– Jaką książkę pani czyta? – zapytałem, nie mogąc opanować ciekawości.

– Prawdę mówiąc, ciąży na mnie fatum – powiedziała, z uśmiechem wkładając zakładkę i zamykając książkę. – Jeżeli komuś powiem, jaką książkę czytam, nie mogę jej skończyć. Zwykle zdarza się coś nieprzewidzianego i muszę przerwać w środku. To przedziwne, ale naprawdę tak jest. Dlatego postanowiłam nikomu nie zdradzać tytułu książki, którą akurat czytam. Z przyjemnością panu powiem, kiedy skończę.

– Oczywiście, może być wtedy, kiedy pani skończy. Po prostu zainteresowałem się, bo wydaje się pani bardzo pochłonięta lekturą.

– To bardzo ciekawa książka. Nie można się od niej oderwać. Dlatego postanowiłam ją czytać tylko, kiedy tu przyjeżdżam. Dwie godziny mijają w jednej chwili.

– Ciocia czyta bardzo dużo książek – powiedziała Marie.

– Nie mam poza tym nic do roboty, więc czytanie stało się osią mojego obecnego życia – powiedziała ciotka.

– Nie pracuje pani? – zapytałem.

Zdjęła okulary i masując zmarszczkę między brwiami, odpowiedziała:

– Raz w tygodniu pomagam tylko jako wolontariuszka w miejscowej bibliotece. Przedtem pracowałam na prywatnym uniwersytecie medycznym w Tokio. Byłam sekretarką rektora. Zrezygnowałam z pracy, kiedy się tu przeniosłam.

– Przeprowadziła się tu pani po śmierci matki Marie, prawda?

– Wtedy zamierzałam tylko przez pewien czas z nimi pomieszkać. Aż sytuacja się trochę unormuje. Ale kiedy się przeprowadziłam i zamieszkałam z Marie, nie potrafiłam już odejść. Więc ciągle tu jestem. Oczywiście gdyby brat się ożenił, od razu bym wróciła do Tokio.

– Myślę, że ja wyniosłabym się razem z ciocią – powiedziała Marie.

Shōko Akikawa uśmiechnęła się zdawkowo, ale nie skomentowała.

– Może zjedzą panie ze mną obiad? – zapytałem. – Mogę bez problemu przygotować jakąś sałatkę i makaron.

Shōko Akikawa oczywiście się krępowała, ale Marie zdawała się bardzo zainteresowana perspektywą obiadu we troje.

– Dlaczego nie? Przecież jak wrócimy do domu, taty i tak nie będzie.

– To będzie bardzo skromny posiłek. Sos zrobiłem już wcześniej i jest go dużo, a ugotowanie makaronu dla jednej czy dla trzech osób wymaga tyle samo wysiłku – powiedziałem.

– Czy naprawdę możemy zostać na obiad? – upewniała się Shōko Akikawa.

– Oczywiście, że tak. To żaden kłopot. Zawsze jem sam. Codziennie sam zjadam trzy posiłki. Czasami mam ochotę zjeść w czyimś towarzystwie.

Marie spojrzała na ciotkę.

– W takim razie dziękujemy za uprzejme zaproszenie – powiedziała ciotka. – Ale naprawdę nie sprawimy kłopotu?

– Ani odrobiny – powiedziałem. – Proszę się rozgościć.

Przeszliśmy do jadalni. One usiadły przy stole, ja zagotowałem w kuchni wodę, podgrzałem w rondelku sos ze szparagami i bekonem i zrobiłem sałatkę z sałaty, pomidorów, cebuli i papryki. Kiedy woda zawrzała, wrzuciłem makaron i posiekałem pietruszkę. Wyciągnąłem z lodówki herbatę z lodem i nalałem do szklanek. Obie obserwowały, jak krzątam się po kuchni, jakby patrzyły na coś niezwykłego. Shōko Akikawa zapytała, czy może w czymś pomóc. Powiedziałem, że dziękuję, ale nie potrzebuję pomocy i żeby sobie spokojnie siedziała.

– Ma pan w tym dużą wprawę – stwierdziła z podziwem.

– No bo codziennie to robię.

Gotowanie nie sprawiało mi trudności. Od dawna lubiłem czynności manualne. Gotowanie, proste prace stolarskie, naprawianie roweru, pracę w ogrodzie. Moim słabszym punktem było abstrakcyjne matematyczne myślenie. Od szachów, shogi, puzzli, tego typu intelektualnych gier bolała mnie moja nieskomplikowana głowa.

Potem usiedliśmy do obiadu. To było beztroskie popołudnie w pogodną niedzielę. Do tego spożywanie posiłku w towarzystwie Shōko Akikawy okazało się bardzo interesujące. Nie brakowało jej tematów do rozmowy, miała poczucie humoru, była inteligentna i towarzyska. Choć niezwykle dobrze wychowana, nie miała w sobie nic pretensjonalnego. Była kobietą wychowaną w elitarnej rodzinie, wykształconą w drogich szkołach. Marie prawie się nie odzywała. Rozmowę zostawiła ciotce, a sama skupiła się na jedzeniu. Shōko Akikawa poprosiła, żebym jej potem dał przepis na sos.

Kiedy kończyliśmy jeść, wesoło zadźwięczał dzwonek u drzwi. Nietrudno mi było się domyślić, kto dzwoni. Trochę wcześniej wydawało mi się, że słyszę głęboki, dziki warkot jaguara. Ten dźwięk – będący kompletnym przeciwieństwem cichego szumu toyoty prius – dotarł gdzieś do cienkiej warstwy pomiędzy moją świadomością a podświadomością. Dlatego nie byłem zaskoczony, słysząc dzwonek.

– Przepraszam – powiedziałem. Wstałem, odłożyłem serwetkę i poszedłem do drzwi. Nie potrafiłem przewidzieć, co będzie dalej.

Rozdział 34Właściwie już dawno nie mierzyłem ciśnienia w oponach

Otworzyłem drzwi. Na progu stał Menshiki.

Miał na sobie białą koszulę, na niej wełnianą kamizelkę w elegancki drobny wzór i niebieskoszarą tweedową marynarkę. Do jasnomusztardowych chinosów włożył zamszowe brązowe buty. Jak zawsze wszystko dobrze na nim leżało. Bujne białe włosy lśniły w jesiennym słońcu. Za Menshikim stał srebrny jaguar, obok niego niebieska toyota prius. Kiedy te samochody stały tak jeden przy drugim, wyglądało to, jakby ktoś wyszczerzył w uśmiechu krzywe zęby.

Bez słowa zaprosiłem go do środka. Z powodu wewnętrznego napięcia jego rysy wydawały się stężałe. Skojarzyło mi się to ze świeżo zagipsowaną ścianą. Pierwszy raz widziałem u niego taki wyraz twarzy. Jak dotąd zawsze był chłodny i opanowany, nie okazywał uczuć. Twarz mu się nie zmieniła nawet po godzinie spędzonej w zupełnej ciemności w tym dole. Ale w tej chwili była nieomal biała.

– Czy mogę wejść? Nie przeszkadzam? – zapytał.

– Oczywiście – powiedziałem. – Właśnie jemy, ale już prawie skończyliśmy. Proszę, niech pan wejdzie.

– Ale nie chcę państwu przeszkadzać w posiłku – powiedział i odruchowo spojrzał na zegarek. Bez powodu długo wpatrywał się we wskazówki. Zupełnie jakby miał jakieś obiekcje co do tego, jak się poruszają.

– Zaraz kończymy. To tylko niewielki posiłek. Możemy się potem razem napić kawy. Proszę poczekać w salonie. Tam przedstawię pana obu paniom.

Potrząsnął głową.

– Nie, myślę, że jeszcze za wcześnie, żeby mnie pan przedstawiał. Wpadłem, myśląc, że już poszły. Nie przyszedłem tu z zamiarem spotkania się z nimi. Więc kiedy zobaczyłem przed pana domem obcy samochód, nie wiedziałem, co robić…

– Ale świetnie się składa – powiedziałem, przerywając mu. – To wypadnie bardzo naturalnie. Proszę się zdać na mnie.

Menshiki skinął głową i zabrał się do zdejmowania butów, ale zdawało się, że nie wie, jak to zrobić. Poczekałem, aż udało mu się zdjąć jeden, potem drugi, i wprowadziłem go do salonu. Był już u mnie kilka razy, a mimo to rozglądał się, jakby tu był pierwszy raz w życiu.

– Proszę tu poczekać – powiedziałem. Lekko położyłem mu rękę na ramieniu. – Niech pan usiądzie na kanapie i jakoś się zrelaksuje. Myślę, że to nie zajmie więcej niż dziesięć minut.

Zostawiłem go samego, choć trochę się o niego niepokoiłem, i wróciłem do stołu.

– Ma pan gościa? – zapytała zmartwiona Shōko Akikawa.

– Tak, ale to nic nie szkodzi. Wpadł do mnie po prostu zaprzyjaźniony sąsiad. Poprosiłem, żeby poczekał w salonie. To bardzo miły człowiek, więc nie ma problemu. Skończę tymczasem jeść.

I dokończyłem to, co zostało mi na talerzu. Podczas gdy panie sprzątały ze stołu, zrobiłem kawę w ekspresie.

– Może przeniesiemy się do salonu i razem napijemy się kawy? – zaproponowałem Shōko Akikawie.

– Ale czy nie będziemy przeszkadzać, skoro ma pan gościa?

Pokręciłem głową.

– Absolutnie nie. Może los chciał, żeby się państwo u mnie spotkali. Powiedziałem, że to sąsiad, ale mieszka po drugiej stronie doliny, więc pewnie go pani nie zna. Przedstawię go paniom.

– A jak nazywa się pana sąsiad?

– Pan Menshiki. Men jak unikanie i shiki jak kolor. Unikający kolorów.

– Co za niezwykłe nazwisko – powiedziała Shōko Akikawa. – Nigdy wcześniej takiego nie słyszałam. Rzeczywiście ma pan rację. Ludzie mieszkający po przeciwnych stronach doliny rzadko się spotykają, mimo że to blisko.

Postawiliśmy na tacy cztery kawy, cukier i śmietankę i zanieśliśmy do salonu. Po wejściu do pokoju, o dziwo, nigdzie nie dostrzegłem Menshikiego. Pokój był pusty. Na tarasie też go nie było. Nie poszedł chyba do łazienki.

– Gdzie on się podział? – powiedziałem sam do siebie.

– Tutaj był? – zapytała Shōko Akikawa.

– Jeszcze przed chwilą.

Poszedłem do drzwi wejściowych. Zniknęły jego zamszowe buty. Włożyłem klapki i otworzyłem drzwi. Srebrny jaguar ciągle stał tam, gdzie przedtem. Czyli nie wrócił do domu. Szyby samochodu lśniły oślepiająco w słońcu, więc nie mogłem dostrzec, czy ktoś w nim siedzi. Podszedłem bliżej. Menshiki siedział za kierownicą i rozglądał się po samochodzie, jakby czegoś szukał. Lekko zastukałem w okno. Otworzył i spojrzał na mnie zakłopotany.

– Co się stało? – zapytałem.

– Chciałem zmierzyć ciśnienie w oponach, ale nie mogę znaleźć ciśnieniomierza. Zawsze trzymam go tu w schowku.

– Czy musi pan to robić akurat w tej chwili?

– Nie, niekoniecznie. Ale kiedy czekałem w salonie, nagle zaczęło mnie martwić ciśnienie. Właściwie już dawno nie mierzyłem ciśnienia w oponach.

– Ale zauważył pan, że coś jest nie tak z oponami?

– Nie, nic nie jest nie tak z oponami. Wszystko jest zupełnie normalnie.

– No to może odłoży pan mierzenie ciśnienia na później i wróci ze mną do salonu? Zaparzyłem kawę. Panie czekają.

– Czekają? – zapytał głucho. – Na mnie czekają?

– Tak, bo powiedziałem, że im pana przedstawię.

– A to dopiero kłopot.

– Dlaczego?

– Bo nie jestem jeszcze gotowy na poznanie pań. Nie jestem gotowy psychicznie.

Miał przerażone i zdezorientowane spojrzenie człowieka, któremu powiedziano, że musi wyskoczyć z okna szesnastego piętra płonącego budynku na strażacki koc ratowniczy, który z tej wysokości wyglądał jak podstawka do piwa.

– Lepiej, żeby pan przyszedł – powiedziałem zdecydowanie. – No, chodźmy, to bardzo prosta sprawa.

Menshiki skinął bez słowa głową, wysiadł z samochodu i zatrzasnął drzwi. Zamierzał je zamknąć, ale przypomniał sobie, że nie ma takiej potrzeby (bo nikogo tu na górze nie było), i wsunął kluczyki do kieszeni spodni.

Poszliśmy do salonu. Shōko i Marie Akikawa siedziały na kanapie i czekały na nas. Gdy weszliśmy, grzecznie wstały. Przestawiłem im krótko Menshikiego, jak gdyby nigdy nic – normalna sytuacja towarzyska.

– Pan Menshiki pozował mi do obrazu. Namalowałem jego portret i od tego czasu się znamy. Przypadkiem okazało się, że mieszka niedaleko.

– Podobno mieszka pan na górze po drugiej stronie doliny – powiedziała Shōko Akikawa.

Kiedy rozmowa zeszła na jego dom, Menshiki od razu zbladł jak ściana.

– Tak, mieszkam tam od kilku lat. Ile to już lat? Zaraz… chyba trzy. A może cztery.

Spojrzał na mnie pytająco, ale ja się nie odezwałem.

– Czy stąd widać pana dom? – zapytała Shōko Akikawa.

– Owszem, widać – powiedział Menshiki. A potem szybko dodał: – Ale to żaden wspaniały dom. I bardzo niewygodnie położony blisko szczytu.

– Jeśli chodzi o niedogodność, to samo jest z naszym domem – odparła Shōko Akikawa z miłym uśmiechem. – Nawet zakupy okazują się wielkim przedsięwzięciem. Komórki nie mają zasięgu, sygnał radiowy nie bardzo dochodzi. A poza tym, kiedy napada śniegu i robi się ślisko, boję się wyjeżdżać samochodem, ponieważ zbocze jest bardzo strome. Co prawda na szczęście tylko raz, pięć lat temu, było mnóstwo śniegu.

– Owszem, bo w tej okolicy śnieg prawie nie pada – powiedział Menshiki. – Dzięki ciepłym wiatrom od morza. Morze ma wielki wpływ. To znaczy…

– No w każdym razie bardzo dobrze, że zimą nie ma tu dużo śniegu – przerwałem. Dostrzegłem, że Menshiki czuje się jak w potrzasku i jeśli mu nie przerwę, zacznie dokładnie wyjaśniać działanie ciepłych prądów na Pacyfiku.

Marie Akikawa patrzyła na zmianę to na ciotkę, to na Menshikiego. Wyglądało na to, że jeszcze nie wyrobiła sobie o nim zdania. Menshiki nawet na nią nie spojrzał, patrzył za to ciągle na jej ciotkę, jakby jej twarz niezwykle go oczarowała.

Zwróciłem się do niego.

– Prawdę mówiąc, właśnie maluję portret Marie. Poprosiłem, żeby mi pozowała.

– I ja ją tu przywożę co tydzień w niedzielę rano – powiedziała Shōko Akikawa. – W prostej linii to bardzo blisko, ale drogi są tak wytyczone, że muszę jechać naokoło.

Menshiki w końcu spojrzał na Marie. Wzrok miał rozbiegany, jego oczy poruszały się nerwowo jak niespokojne zimowe muchy, szukały jakiegoś miejsca wokół jej twarzy, na którym mogłyby się zatrzymać, ale bezskutecznie.

Chciałem mu rzucić linę ratunkową, więc przyniosłem szkicownik i pokazałem swoje szkice.

– To są rysunki, które do tej pory zrobiłem. Jestem dopiero na etapie pierwszych szkiców, nie zacząłem jeszcze malować obrazu.

Menshiki długo pożerał wzrokiem rysunki. Jakby patrzenie na nie miało dla niego o wiele większe znaczenie niż patrzenie na prawdziwą Marie. No ale oczywiście nie mogło tak być. Po prostu nie mógł się zdobyć na to, żeby jej się przyjrzeć. Rysunki były jedynie substytutami. Pierwszy raz był tak blisko prawdziwej Marie, że nie mógł opanować emocji. Dziewczynka przyglądała się nieuchwytnym zmianom na jego twarzy, jakby obserwowała jakieś niezwykłe zwierzę.

– Wspaniałe – powiedział. Potem zwrócił się do Shōko Akikawy: – Na wszystkich jest jak żywa. Świetnie uchwycona.

– Tak, ja też tak uważam – przytaknęła ciotka z uśmiechem.

– Ale Marie jest bardzo trudną modelką – zwróciłem się do Menshikiego. – Niełatwo będzie ją namalować. Wyraz jej twarzy bez przerwy się zmienia, uchwycenie tego, co jest ukryte wewnątrz, zajmie mi dużo czasu. Dlatego jeszcze nie udało mi się zabrać do malowania.

– Jest trudną modelką? – zapytał Menshiki. Spojrzał na Marie, mrużąc oczy, jakby go coś raziło.

– Na każdym z tych trzech rysunków ma inny wyraz twarzy. A niewielka zmiana wyrazu twarzy sprawia, że całkowicie zmienia się wrażenie. Żeby ją namalować, trzeba uchwycić nie te powierzchowne zmiany, a coś, co jest wewnątrz. Jeżeli to się nie uda, obraz pokaże jedynie jeden aspekt jej osobowości.

– Aha – powiedział Menshiki, jakby był pod wrażeniem tych słów.

Kilka razy spojrzał na rysunki i na twarz Marie, porównując je ze sobą. Kiedy to robił, jego pobladłe policzki stopniowo czerwieniały. Początkowo małe punkciki czerwieni urosły do rozmiaru piłeczek pingpongowych, potem piłek baseballowych, aż kolor rozszedł się po całej twarzy. Marie przyglądała się tym zmianom z wielkim zainteresowaniem. Shōko Akikawa nie chciała być niegrzeczna, więc taktownie odwracała wzrok. Podniosłem dzbanek i dolałem sobie kawy.

– Zamierzam od przyszłego tygodnia już na dobre zabrać się do obrazu. To znaczy chodzi mi o malowanie farbami na płótnie – powiedziałem, chcąc wypełnić milczenie. Nie zwracałem się do żadnej konkretnej osoby.

– Ma pan już gotową koncepcję? – zapytała ciotka.

Potrząsnąłem głową.

– Nie, jeszcze nie mam koncepcji. Dopóki nie stoję przed rzeczywistym płótnem z rzeczywistym pędzlem w dłoni, nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy.

– Namalował pan portret pana Menshikiego, prawda? – zapytała Shōko Akikawa.

– Tak, w zeszłym miesiącu.

– To wspaniały portret – powiedział Menshiki z naciskiem. – Farba musi przez pewien czas schnąć, więc jeszcze go nie oprawiłem, ale wisi na ścianie w moim gabinecie. Może „portret” to nie jest jednak właściwe określenie. Bo jestem na nim namalowany ja, ale nie ja. Nie potrafię tego dobrze ująć, lecz ten obraz ma głębię. Patrzenie na niego nigdy nie nuży.

– Jest na nim pan, ale nie pan? – zapytała Shōko Akikawa.

– Chodzi mi o to, że to nie jest tak zwany „wizerunek”, a obraz pokazujący coś, co jest w moim wnętrzu.

– Chciałabym go zobaczyć – powiedziała Marie. Były to pierwsze słowa, które wypowiedziała po przejściu do salonu.

– Marie, to nie wypada. Przecież obraz jest u pana w domu…

– To mi w najmniejszym stopniu nie przeszkadza – przerwał ciotce Menshiki, jakby obcinał koniec jej zdania ostrym toporkiem. Wszystkich (łącznie z samym Menshikim) zatkało, gdy usłyszeli jego ostry ton.

Po krótkiej chwili mówił dalej:

– Przecież mieszkają panie w pobliżu. Proszę koniecznie wpaść zobaczyć obraz. Mieszkam sam, więc proszę się nie krępować. Z przyjemnością panie u siebie powitam, kiedy tylko będzie to paniom odpowiadało.

Gdy to powiedział, jego twarz jeszcze bardziej poczerwieniała. Pewnie dosłyszał w swoich słowach ton nacisku.

– Lubisz obrazy? – zwrócił się tym razem do Marie. Mówił znowu normalnym tonem.

Marie w milczeniu skinęła lekko głową.

– Jeżeli to paniom odpowiada, w przyszłą niedzielę przyjadę tu mniej więcej o tej porze. Może pojedziemy stąd do mnie i obejrzą sobie panie obraz?

– Nie chcemy panu sprawiać takiego kłopotu… – powiedziała Shōko Akikawa.

– Ale ja chcę zobaczyć ten obraz – oznajmiła tym razem Marie tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Ustalono, że w następną niedzielę po południu Menshiki przyjedzie do mnie po sesji pozowania i zabierze panie do siebie. Mnie też zaprosił, ale uprzejmie odmówiłem, mówiąc, że mam tego dnia coś do załatwienia. Nie chciałem się więcej mieszać w tę sprawę. Resztę mogłem zostawić zainteresowanym. Bez względu na to, do czego dojdzie, chciałem pozostać osobą z zewnątrz. Choć na początku nie miałem takiego zamiaru, w końcu byłem pośrednikiem między nimi.

Wyszliśmy z Menshikim z domu, by odprowadzić do samochodu piękną ciotkę z bratanicą. Shōko Akikawa przez chwilę przyglądała się z zainteresowaniem srebrnemu jaguarowi Menshikiego stojącemu obok jej priusa. Patrzyła wzrokiem miłośnika psów przyglądającego się obcemu pieskowi.

– To najnowszy jaguar, prawda? – zwróciła się do Menshikiego.

– Owszem. W tej chwili to jest najnowszy coupé. Lubi pani samochody? – zapytał Menshiki.

– Nie, nie o to chodzi. Mój zmarły ojciec dawno temu jeździł jaguarem sedanem. Często mnie woził, czasem nawet pozwalał prowadzić. Więc kiedy widzę tę figurkę na masce, ogarnia mnie tęsknota. Chyba to był XJ6. Miał cztery okrągłe reflektory. Sześciocylindrowy silnik R6, 4,2 litra.

– S3, prawda? Tak, to bardzo piękny model.

– Tamten samochód bardzo przypadł ojcu do gustu i długo nim jeździł. Irytowało go, że dużo pali i ciągle wymaga drobnych napraw, a i tak go lubił.

– Tamten model palił szczególne dużo. I szwankowała instalacja elektryczna. Jaguary często mają kiepską instalację elektryczną. Ale kiedy się nie psują i nie przejmuje się człowiek kosztem paliwa, to w sumie wspaniałe samochody. To, jak się człowiek w nich czuje, jak się je prowadzi – tego nie da się z niczym porównać. Oczywiście przytłaczająca większość ludzi przejmuje się awariami i kosztem paliwa, to dlatego właśnie toyoty prius sprzedają się błyskawicznie.

– Brat kupił ten samochód do mojego wyłącznego użytku – powiedziała Shōko Akikawa, wskazując priusa i jakby się usprawiedliwiając. – Mówił, że łatwo się go prowadzi, jest bezpieczny i przyjazny środowisku.

– Prius to świetny samochód – stwierdził Menshiki. – Prawdę mówiąc, ja też się poważnie zastanawiałem nad kupnem takiego samochodu.

Ciekawe, czy to prawda, pomyślałem i w duchu z powątpiewaniem pokręciłem głową. Bo nie bardzo potrafiłem sobie wyobrazić Menshikiego w priusie. Tak samo jak nie umiałem sobie wyobrazić lamparta zamawiającego w restauracji sałatkę nicejską.

Shōko Akikawa zajrzała do wnętrza jaguara.

– Przepraszam, że zwracam się z taką dziwną prośbą, ale czy mogłabym na chwilę wsiąść do pana samochodu? Chciałabym tylko usiąść za kierownicą.

– Oczywiście – zgodził się Menshiki. A potem lekko odchrząknął, jakby coś mu przeszkadzało w mówieniu. – Proszę siedzieć tak długo, jak pani ma ochotę. Jeżeli pani sobie życzy, może się pani przejechać.

Zaskoczyło mnie, że okazała takie zainteresowanie samochodem Menshikiego. Była spokojna, lubiła porządek, nie wyglądała na osobę pasjonującą się motoryzacją. Lecz wsiadła do jaguara z błyszczącymi z podniecenia oczami, umościła się na kremowym skórzanym siedzeniu, dokładnie przyjrzała się desce rozdzielczej i położyła dłonie na kierownicy. Potem przesunęła rękę na dźwignię zmiany biegów. Menshiki wyciągnął kluczyki z kieszeni spodni i podał jej.

– Proszę włączyć silnik.

Shōko Akikawa w milczeniu wzięła kluczyki, włożyła do stacyjki i przekręciła w prawo. Drapieżny dziki kot przebudził się w jednej chwili. Zachwycona wsłuchiwała się chwilę w głęboki pomruk silnika.

– Pamiętam ten odgłos – powiedziała.

– To silnik 4,2 litra, V8. XJ6, którym jeździł pani ojciec, miał sześć cylindrów, więc i liczba zaworów i stopień sprężania są różne, ale dźwięk może być podobny. I dawniej, i dziś pod względem obfitego i bezrefleksyjnego zużycia paliw kopalnych to ciągle bardzo grzeszna maszyna.

Shōko Akikawa włączyła prawy kierunkowskaz. Rozległo się charakterystyczne wesołe pstrykanie.

– Strasznie się stęskniłam za tym dźwiękiem.

Menshiki się uśmiechnął.

– Taki dźwięk wydają tylko jaguary. Różni się od dźwięku kierunkowskazów we wszystkich innych samochodach.

– Kiedy byłam młoda, ćwiczyłam po kryjomu na XJ6 i zrobiłam prawo jazdy – powiedziała. – Hamulec ręczny jest trochę nietypowy, więc gdy wsiadłam do innego samochodu, najpierw byłam trochę zdezorientowana. Nie wiedziałam, co robić.

– Dobrze panią rozumiem – przytaknął Menshiki z uśmiechem. – Anglicy poświęcają dużo uwagi dziwnym rzeczom.

– Ale ten samochód pachnie trochę inaczej niż samochód ojca.

– Niestety pewnie tak. Z różnych powodów materiały, których używają do wyposażenia wnętrza, nie mogą być takie same jak kiedyś. Szczególnie od czasu, kiedy w dwa tysiące drugim roku firma Connolly przestała dostarczać skórzane wyposażenie, bardzo zmienił się zapach we wnętrzu samochodu. Bo firma Connolly już nie istnieje.

– Szkoda! Bardzo lubiłam ten zapach. Jakby zlał się ze wspomnieniami o ojcu.

Menshiki powiedział z pewnym trudem:

– Prawdę mówiąc, mam jeszcze jednego jaguara, starego. Możliwe, że tamten pachnie jak samochód pani ojca.

– Ma pan XJ6?

– Nie, E-type.

– E-type to ten kabriolet?

– Owszem. To roadstar S-1. Wyprodukowany w połowie lat sześćdziesiątych, ale jeszcze jeździ jak trzeba. On też ma sześciocylindrowy silnik R6 4,2 litra. Oryginalny, dwuosobowy. Zmieniłem mu jednak naciągany dach, więc, prawdę mówiąc, nie jest już całkiem oryginalny.

Zupełnie nie znałem się na samochodach, toteż nie wiedziałem, o czym mówią, ale zdawało mi się, że ta informacja w jakiś sposób zachwyciła Shōko Akikawę. Wyjaśniło się, że oboje mają wspólne – chyba dość rzadkie – hobby: jaguary.

Zrobiło mi się lżej na duszy. Nie musiałem już wymyślać tematów do rozmowy, choć dopiero się poznali. Marie samochody obchodziły chyba jeszcze mniej niż mnie, więc słuchała znudzona.

Shōko Akikawa wysiadła z jaguara, zamknęła drzwi i oddała kluczyki Menshikiemu. Schował je do kieszeni spodni. Marie z ciotką wsiadły do priusa. Menshiki zamknął drzwi za Marie. Znów zaskoczyło mnie, jak różnie może zabrzmieć odgłos zamykanych drzwi jaguara i priusa. Kiedy Charlie Mingus szarpał mocno pustą strunę kontrabasu, brzmiało to zupełnie inaczej, niż kiedy robił to Ray Brown.

– A więc do przyszłej niedzieli – powiedział Menshiki.

Shōko Akikawa uśmiechnęła się do niego i odjechała. Kiedy zniknęła nam z oczu przysadzista sylwetka toyoty prius, wróciliśmy z Menshikim do domu. Napiliśmy się w salonie zimnej kawy. Przez pewien czas milczeliśmy. Menshiki wyglądał, jakby zupełnie opadł z sił. Jak biegacz, który dotarł do mety po morderczym wyścigu na długim dystansie.

– To piękna dziewczyna, prawda? – powiedziałem po chwili. – Mówię o Marie Akikawie.

– Tak, kiedy dorośnie, będzie pewnie jeszcze ładniejsza – zgodził się Menshiki. Ale wyglądało na to, że myśli o czymś innym.

– Jak pan się czuł, widząc ją z bliska? – zapytałem.

Menshiki uśmiechnął się z przymusem.

– Prawdę mówiąc, nie mogłem jej się dobrze przyjrzeć, bo byłem za bardzo spięty.

– Ale trochę pan na nią chyba popatrzył.

Menshiki przytaknął.

– Tak, oczywiście.

Znów przez chwilę milczał, a potem nagle podniósł głowę i spojrzał na mnie poważnym wzrokiem.

– A pan jak uważa?

– Jak uważam na jaki temat?

Menshiki znów lekko się zaczerwienił.

– No, czy w jej rysach jest jakieś podobieństwo do moich? Jest pan malarzem i od dawna specjalizuje się pan w portretach, więc chyba dostrzega pan takie rzeczy?

Pokręciłem głową.

– Rzeczywiście nauczyłem się szybko wychwytywać charakterystyczne rysy twarzy. Ale nie potrafię rozpoznać rodzinnego podobieństwa. Są na świecie rodzice i dzieci w ogóle do siebie niepodobni i ludzie kompletnie obcy, którzy wyglądają jak bliźniacy.

Menshiki głęboko westchnął. To westchnienie brzmiało, jakby wycisnął je z całego ciała. Potarł dłonie.

– Nie proszę pana o fachową ocenę. Pytam tylko o pana osobiste wrażenie. To może być bardzo drobna rzecz, ale jeśli coś pan dostrzegł, proszę mi powiedzieć.

Zastanowiłem się nad tym przez chwilę. Potem powiedziałem:

– Gdyby wziąć pod uwagę poszczególne rysy, nie ma większego podobieństwa. Ale czułem, że w oczach jest coś, co państwa łączy. Kilka razy odniosłem takie wrażenie.

Menshiki patrzył na mnie z zaciśniętymi ustami.

– Chodzi o to, że nasze oczy są podobne?

– To, że emocje bezpośrednio malują się w oczach, jest być może państwa wspólną cechą. Na przykład ciekawość, entuzjazm, zdziwienie albo wątpliwości, niechęć. Takie różnorodne emocje ukazują się w oczach. Mimo że nie mają państwo bogatej mimiki, oczy działają jak okna duszy. W odróżnieniu od większości ludzi. Wiele osób ma bogatą mimikę, a oczy niezbyt wyraziste.

Menshiki wyglądał na zaskoczonego.

– Moje oczy też takie są?

Skinąłem głową.

– Nigdy sobie tego nie uświadamiałem.

– Pewnie nie da się nad tym zapanować, choćby człowiek chciał. Albo kiedy świadomie stara się zapanować nad wyrazem twarzy, emocje jeszcze wyraźniej ukazują się w oczach. Można je odczytać, tylko jeśli się kogoś uważnie obserwuje. Normalny człowiek pewnie tego nie zauważy.

– Ale pan widzi?

– Bo uchwycenie wyrazu twarzy to mój zawód.

Menshiki rozmyślał nad tym przez pewien czas. Potem powiedział:

– Mamy taką wspólną cechę, ale nawet pan nie potrafi powiedzieć, czy jesteśmy naprawdę spokrewnieni?

– Patrzę na ludzi jako malarz. Zachowuję w pamięci różne wrażenia. Ale wrażenia malarza i obiektywne fakty to nie to samo. Wrażenia niczego nie dowodzą. Są jak lekkie motyle unoszone wiatrem, prawie nie mają praktycznego zastosowania. A jak było w pana przypadku? Czy na jej widok nie poczuł pan niczego szczególnego?

Pokręcił kilka razy głową.

– W czasie jednego krótkiego spotkania nie mogłem się zorientować. Potrzebuję więcej czasu. Muszę przywyknąć do jej obecności…

Potem jeszcze raz powoli pokręcił głową. Wsadził ręce do kieszeni marynarki, jakby czegoś tam szukał, i znowu wyjął. Zdawało się, że zapomniał, czego szukał. Potem mówił dalej:

– Nie, to nie kwestia tego, ile razy ją zobaczę. Im częściej będę ją widywał, tym większy pewnie będę miał zamęt w głowie i nie dojdę do żadnych wniosków. Może przypadkiem jest moją córką, a może nią nie jest. Ale to mi nie robi różnicy. Kiedy stoję przed nią, samo myślenie o tej możliwości, samo wyobrażanie sobie, że mógłbym dotknąć jej palców, powoduje, że krew prędzej krąży mi w żyłach i dociera do najdalszych zakątków ciała. Może do tej pory naprawdę nie rozumiałem, co to znaczy żyć.

Milczałem. Nie miałem nic do powiedzenia na temat doznań Menshikiego czy definicji życia. Menshiki spojrzał na bardzo kosztownie wyglądający płaski zegarek i niezdarnie podniósł się z kanapy.

– Muszę panu podziękować. Gdyby mnie pan nie popchnął, sam bym pewnie nie dał rady.

Więcej nic nie powiedział, ruszył niepewnie do drzwi, nieśpiesznie wsunął buty, zawiązał na nowo sznurowadła i wyszedł. Stojąc przy wejściu, patrzyłem, jak wsiada do samochodu i odjeżdża. Kiedy jaguar zniknął, wokoło znowu zapanował spokój niedzielnego popołudnia.

Na zegarze było trochę po drugiej. Czułem się wykończony. Wyjąłem z szafy stary koc, owinąłem się nim, położyłem na kanapie i trochę się przespałem. Obudziłem się po trzeciej. Promienie słońca wpadające do pokoju nieco się przesunęły. Co za dziwny dzień. Nie potrafiłem ocenić, czy idę naprzód, w tył, czy może krążę w miejscu. Miałem wrażenie, że zachwiało mi się poczucie kierunku. Shōko Akikawa, Marie i Menshiki. Każde z nich miało szczególną potężną magnetyczną siłę. Byłem w środku, otoczony przez nich. Żadna z tych sił na mnie nie działała.

Choć byłem wykończony, niedziela jeszcze nie dobiegła końca. Dopiero minęła trzecia. I słońce jeszcze nie zaszło. Zostało mnóstwo czasu, zanim niedziela przejdzie do przeszłości i nastanie nowy dzień. Ale nie miałem ochoty nic robić. Nawet po drzemce głęboko w głowie pozostała mi jakaś niewyraźna masa. Jakby w głębi małej szuflady biurka tkwił stary kłębek wełny. Ktoś go tam na siłę wepchnął. Przez to szuflada nie do końca się zamykała. Pewnie w taki dzień ja też powinienem zmierzyć ciśnienie w oponach. Kiedy nie ma się ochoty nic robić, człowiek powinien zrobić przynajmniej tyle.

Właściwie nigdy w życiu sam tego nie robiłem. Czasami na stacji benzynowej mówili mi: „Zdaje się, że ma pan za małe ciśnienie w oponach. Lepiej zmierzyć”, a ja wtedy prosiłem, żeby to oni zmierzyli. Oczywiście nie miałem też ciśnieniomierza. Nie wiedziałem nawet, jak wygląda. Skoro mieści się w schowku, nie może być bardzo duży. I pewnie nie jest taki drogi, że go trzeba kupować na raty. Może przy okazji na próbę kupię.

Kiedy się ściemniło, poszedłem do kuchni i popijając piwo z puszki, zrobiłem kolację. Upiekłem w piekarniku seriolę marynowaną w roztworze kamienia winnego powstałego podczas fermentacji sake, pokroiłem piklowane warzywa, zrobiłem ogórki z wodorostami z octem, do tego zupę miso z rzodkwią i smażonym tofu. Potem sam w milczeniu zabrałem się do jedzenia. Nie miałem do kogo zagadać i nie przychodziły mi do głowy żadne słowa. Kiedy kończyłem ten prosty samotny posiłek, rozległ się dzwonek do drzwi. Najwyraźniej ludzie postanowili dzwonić do drzwi, kiedy właśnie kończyłem jeść.

Dzień się jeszcze nie skończył, pomyślałem. Miałem przeczucie, że to będzie długa niedziela. Wstałem od stołu i powoli ruszyłem do drzwi.

Rozdział 35Trzeba było zostawić to miejsce w spokoju

Ruszyłem wolnym krokiem do drzwi wejściowych. Nie miałem pojęcia, kto może do nich dzwonić. Gdyby przed domem zatrzymał się jakiś samochód, powinienem był go usłyszeć. Jadalnia mieściła się nieco w głębi domu, ale w taki cichy wieczór usłyszałbym silnik i odgłos opon. Nawet toyoty prius. Jednak nie zarejestrowałem żadnych dźwięków.

Poza tym nikt nie byłby na tyle stuknięty, żeby po zachodzie słońca wspinać się tu z dołu piechotą tą krętą i długą drogą. Była słabo oświetlona, a przez to ciemna i opustoszała. Dom stał samotnie na szczycie góry, nie było więc też blisko żadnych sąsiadów.

Pomyślałem, że może to Komandor. Ale to nie mógł być on. Mógł przecież wchodzić sobie do tego domu, jak chciał i kiedy chciał, więc nie musiał dzwonić.

Nie sprawdzając, kto to, odsunąłem zasuwę i otworzyłem drzwi. Na progu stała Marie. Była tak samo ubrana jak przedtem, ale teraz na bluzę narzuciła granatową puchową kurtkę. Po zachodzie słońca zrobiło się zimno. Na głowie miała czapkę baseballową Cleveland Indians (dlaczego drużyny z Cleveland?), a w prawej dłoni trzymała dużą latarkę.

– Mogę wejść? – zapytała. Ani „Dobry wieczór”, ani „Przepraszam, że przychodzę bez uprzedzenia”.

– Oczywiście, proszę – powiedziałem tylko.

Szufladka w mojej głowie jeszcze ciągle się nie domykała. Nadal w głębi tkwił kłębek włóczki.

– Właśnie jem. Mogę skończyć?

W milczeniu skinęła głową. Zdjęła puchową kurtkę, czapkę i poprawiła włosy. Nastawiłem wodę w czajniku. Nasypałem do czajniczka zielonej herbaty. I tak sam miałem zamiar się napić.

Marie z łokciami opartymi na stole przyglądała się, jak jem seriolę z sake, ryż i zupę. Zdawało się, że patrzy na coś niezwykłego. Zupełnie jakby podczas spaceru po dżungli przysiadła na pobliskim kamieniu i przyglądała się, jak wielki pyton połyka małego borsuczka…

– Sam przyrządziłem seriolę marynowaną w sake – wyjaśniłem, chcąc przerwać przedłużające się milczenie. – Bo można ją długo przechowywać.

Nie zareagowała. Nie byłem nawet pewien, czy usłyszała, co mówię.

– Immanuel Kant prowadził wyjątkowo uregulowane życie. Mieszkańcy miasta ustawiali zegarki, widząc, jak wychodzi na spacer zawsze o tej samej porze – powiedziałem na próbę.

Oczywiście treść tej wypowiedzi nie miała znaczenia. Chciałem tylko zobaczyć, jak zareaguje na słowa bez znaczenia. Czy naprawdę do niej docierały? Ale w ogóle nie zareagowała. Milczenie jeszcze się pogłębiło. Immanuel Kant regularnie dzień za dniem przechadzał się w milczeniu po ulicach Królewca. Jego ostatnie słowa brzmiały: Es ist gut. Są i takie żywoty.

Skończyłem jeść, zaniosłem naczynia do zlewu. Potem zaparzyłem herbaty. Przyniosłem czajniczek wraz z dwiema czarkami do stołu. Marie siedziała, przyglądając się nieruchomo moim kolejnym czynnościom. Uważnym wzrokiem historyka badającego szczegółowe przypisy w jakimś źródle.

– Nie przyjechałaś tu samochodem, prawda? – zapytałem.

– Przyszłam piechotą – odezwała się w końcu.

– Od siebie z domu aż tu przyszłaś sama piechotą?

– Uhm.

Czekałem na dalszy ciąg. Ona też się nie odzywała. Siedzieliśmy po dwóch stronach stołu, a między nami rozciągało się milczenie. Ale ja też potrafiłem długo milczeć. Przecież w końcu mieszkałem od pewnego czasu samotnie na szczycie góry.

– Jest sekretny korytarz – odezwała się po chwili Marie. – Samochodem jedzie się naokoło i dosyć długo, ale tamtędy jest bardzo blisko.

– Dużo spacerowałem po tej okolicy, a nigdy nie zauważyłem takiego korytarza.

– Bo nie wiedział pan, jak szukać – powiedziała krótko dziewczyna. – Jak się normalnie idzie i normalnie patrzy, to się tego korytarza nie znajdzie. Jest dobrze ukryty.

– Ty go ukryłaś?

Skinęła głową.

– Mieszkam tu prawie od urodzenia, tu się wychowałam. Od dzieciństwa bawię się w tych górach. Znam każdy zakątek.

– I ten korytarz jest dobrze ukryty.

Jeszcze raz szybko przytaknęła.

– I tamtędy przyszłaś?

– Uhm.

Westchnąłem.

– Jadłaś kolację?

– Dopiero co skończyłam.

– Co zjadłaś?

– Ciocia niezbyt dobrze gotuje – powiedziała dziewczyna. Nie była to odpowiedź na moje pytanie, ale nie drążyłem tematu. Może nie chciała sobie przypominać, co zjadła.

– A twoja ciocia wie, że sama się tu wybrałaś?

Marie nie odpowiedziała. Lekko zacisnęła usta. Więc postanowiłem sam sobie odpowiedzieć.

– Oczywiście, że nie wie. Normalna dorosła osoba nie pozwoliłaby trzynastolatce włóczyć się w ciemnościach po górach. Prawda?

Znowu przez chwilę trwało milczenie.

– Nie wie też o sekretnym korytarzu.

Marie pokręciła głową. Znaczyło to, że ciotka nie wie o korytarzu.

– Nikt prócz ciebie o nim nie wie.

Marie pokiwała głową.

– Mniejsza o to – powiedziałem. – Biorąc pod uwagę, gdzie się znajduje twój dom, po wyjściu z sekretnego korytarza musiałaś też przejść przez las, w którym jest stara kapliczka, prawda?

Marie skinęła głową.

– Dobrze ją znam. Wiem też, że niedawno jakąś wielką maszyną przesunął pan z tyłu za kapliczką kopiec kamieni.

– Przyglądałaś się temu?

Potrząsnęła głową.

– Nie patrzyłam, kiedy był rozkopywany. Tego dnia byłam w szkole. Widziałam tylko potem na ziemi ślady gąsienic tej maszyny. Po co pan to zrobił?

– Z powodu różnych okoliczności.

– Jakich okoliczności?

– Jeśli miałbym ci od początku wszystko tłumaczyć, zrobiłaby się z tego długa historia – powiedziałem. I nic nie wyjaśniłem. W miarę możliwości wolałem jej nie mówić, że Menshiki był w to zamieszany.

– To nie powinno być tak rozkopywane – stwierdziła nagle Marie.

– Dlaczego tak sądzisz?

Wzruszyła ramionami.

– Trzeba było zostawić to miejsce w spokoju. Wszyscy dotąd tak robili.

– Wszyscy dotąd tak robili?

– Od dawna nikt tam nic nie ruszał.

Pomyślałem, że rzeczywiście dziewczyna może mieć rację. Może nie powinienem był ruszać tego miejsca. Może dotąd wszyscy tak robili. Ale teraz już za późno na żale. Kamienie z kopca zostały przesunięte, dół odsłonięty, a Komandor uwolniony.

– Czy przypadkiem nie ty odsunęłaś pokrywę, którą dół był zasłonięty? – zapytałem. – Zajrzałaś do środka, potem znowu ją nasunęłaś i obciążyłaś kamieniami jak na początku. Czy się mylę?

Marie podniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy, jakby pytając, skąd wiem.

– Kamienie trochę inaczej leżały. Od dawna mam dobrą pamięć wzrokową. Więc od razu zauważam takie drobne różnice.

– Coś takiego! – powiedziała z podziwem.

– Ale po odkryciu dołu zobaczyłaś, że jest pusty. Nic w nim nie było prócz ciemności i wilgotnego powietrza. Prawda?

– Była drabina.

– Nie zeszłaś na dół, prawda?

Marie zdecydowanie pokręciła głową. Jakby mówiła, że oczywiście tego nie zrobiła.

– No i? – zapytałem. – Przyszłaś tu dziś tak późno w jakiejś sprawie? Czy też jest to czysto towarzyska wizyta?

– Towarzyska wizyta?

– Akurat byłaś w pobliżu i pomyślałaś, że wpadniesz na trochę?

Zastanawiała się nad tym przez chwilę. Potem lekko potrząsnęła głową.

– Nie jest towarzyska.

– To jakiego rodzaju jest to wizyta? – zapytałem. – Oczywiście miło mi, że do mnie wpadłaś, ale jeśli twoja ciocia albo ojciec się o tym dowiedzą, mogą to źle zrozumieć.

– Jak źle zrozumieć?

– Na świecie są różne rodzaje nieporozumień – powiedziałem. – Niektóre znacznie przekraczają ramy naszej wyobraźni. Może dojść do tego, że cofną mi pozwolenie na malowanie twojego portretu. To byłoby dla mnie bardzo kłopotliwe. Dla ciebie też mogłoby być kłopotliwe.

– Ciocia się nie dowie – powiedziała Marie zdecydowanie. – Po kolacji idę do swojego pokoju, a ciocia już później do mnie nie przychodzi. Tak się jakoś utarło. Dlatego nikt nie wie, że wyślizguję się po cichu przez okno. Nigdy się to nie wydało.

– Od dawna chodzisz nocami po górach?

Marie skinęła głową.

– Nie boisz się być sama w górach po ciemku?

– Są dużo groźniejsze rzeczy.

– Na przykład?

Marie jakby lekko wzruszyła ramionami, ale nie odpowiedziała.

– No mniejsza o ciocię. A co robi ojciec?

– Jeszcze nie wrócił.

– Nawet w niedzielę?

Marie nie odpowiedziała, jakby nie chciała mówić o ojcu.

– W każdym razie nie musi się pan martwić. Bo nikt nie wie, że sama wychodzę. A nawet gdyby się dowiedzieli, absolutnie nic o panu nie powiem – zapewniła mnie.

– No to nie będę się martwił. Ale dlaczego dziś specjalnie do mnie przyszłaś?

– Bo mam panu coś do powiedzenia.

– Cóż takiego?

Marie podniosła czarkę, wypiła łyk gorącej zielonej herbaty i bystro rozejrzała się dookoła. Jakby sprawdzała, czy nikt nas nie słucha. Naturalnie nikogo innego nie było. Oczywiście z wyjątkiem Komandora, który mógł wrócić i gdzieś podsłuchiwać. Ja też się rozejrzałem, ale nigdzie go nie dostrzegłem. Chociaż jeżeli nie przybrał formy, nikt go nie mógł dostrzec.

– Chodzi o tego pana przyjaciela, który tu przyszedł w południe – powiedziała. – Tego z pięknymi białymi włosami. Jak on się nazywał? Miał trochę dziwne nazwisko.

– Pan Menshiki.

– Tak, pan Menshiki.

– Nie jest moim przyjacielem. Niedawno go poznałem.

– Nieważne – powiedziała Marie.

– No i co w związku z panem Menshikim?

Spojrzała na mnie spod zmrużonych powiek. A potem powiedziała, lekko ściszając głos:

– Myślę, że ten człowiek coś ukrywa.

– Na przykład co?

– Tego to ja nie wiem. Ale to chyba nieprawda, że dziś przypadkiem do pana wstąpił. Wydaje mi się, że miał jakiś konkretny powód, żeby przyjść.

– Ale co to mogło być? Jaki powód? – zapytałem, czując się niepewnie pod jej bystrym wzrokiem.

Patrząc mi prosto w oczy, powiedziała:

– Tego nie wiem. Pan też nie wie?

– Nie, nic mi nie przychodzi do głowy – skłamałem, modląc się, żeby nie przejrzała mnie na wylot. Nigdy nie umiałem kłamać. Kiedy zmyślałem, od razu można to było poznać po mojej twarzy. Ale przecież nie mogłem jej wyznać prawdy.

– Naprawdę?

– Naprawdę. W ogóle się nie spodziewałem, że dzisiaj wpadnie.

Marie chyba mi uwierzyła. Rzeczywiście nie mówił, że dziś wpadnie, i jego wizyta była dla mnie zaskoczeniem. Nie kłamałem.

– Ma przedziwne oczy – powiedziała Marie.

– W jakim sensie przedziwne?

– Wyglądają, jakby zawsze krył się w nich jakiś plan. Ma oczy wilka z Czerwonego Kapturka. Nawet jak przebrał się za babcię i położył w jej łóżku, po oczach dało się poznać, że to wilk.

Wilk z Czerwonego Kapturka?

– Czyli wyczułaś w panu Menshikim coś negatywnego?

– Negatywnego?

– Coś nieprzyjaznego, co może być krzywdzące?

– Coś negatywnego – powiedziała.

Zdawało się, że schowała to słowo do szufladki pamięci. Jak wcześniej „grom z jasnego nieba”.

– Niekoniecznie – stwierdziła. – Nie uważam, że ma złe intencje. Ale myślę, że pan Menshiki o pięknych białych włosach coś ukrywa.

– Wyczuwasz to?

Skinęła głową.

– Dlatego przyszłam do pana, chciałam się upewnić. Myślałam, że może pan coś o nim wie.

– Czy twoja ciocia też wyczuwa coś podobnego? – odpowiedziałem pytaniem na jej pytanie.

Marie lekko przechyliła głowę.

– Nie, ciocia tak nie myśli. Bo ona raczej nie ma negatywnych odczuć w stosunku do innych ludzi. Poza tym pan Menshiki ją zainteresował. Trochę się różnią wiekiem, ale jest przystojny, dobrze ubrany, chyba barrrdzo bogaty i mieszka sam…

– Spodobał jej się?

– Myślę, że tak. Bardzo przyjemnie jej się chyba z nim rozmawiało. Wyglądała na bardzo wesołą i mówiła trochę głośniej niż zwykle. Zachowywała się nie jak ciocia. Myślę, że pan Menshiki też musiał wyczuć tę różnicę.

Nic nie powiedziałem, dolałem nam tylko herbaty i napiłem się.

Marie przez chwilę rozmyślała.

– Ale skąd pan Menshiki wiedział, że my tu dziś będziemy? Pan mu powiedział?

Dobierałem słowa uważnie, starając się nie skłamać.

– Myślę, że pan Menshiki nie zamierzał się dzisiaj tu spotkać z twoją ciocią. Bo kiedy się dowiedział, że u mnie jesteście, chciał wracać do domu, tylko ja go na siłę zatrzymałem. Myślę, że akurat do mnie wpadł, ona akurat tu była, a kiedy ją zobaczył, to się nią zainteresował. Bo to czarująca kobieta.

Marie nie wyglądała na zupełnie przekonaną, ale nie drążyła dalej tej kwestii. Siedziała tylko z łokciami opartymi na stole i sceptyczną miną.

– No ale w każdym razie w przyszłym tygodniu macie go odwiedzić – przypomniałem.

Marie przytaknęła.

– Tak, ma nam pokazać namalowany przez pana portret. I ciocia chyba bardzo się na to cieszy. Z tego, że w niedzielę pójdziemy do pana Menshikiego.

– Cioci też potrzebne są przyjemności. Mieszka na takim pustkowiu w górach i, nie tak jak w mieście, nie ma tu zbyt wielu okazji, żeby kogoś poznać.

Marie siedziała przez chwilę z zaciśniętymi ustami. A potem powiedziała, jakby coś wyznawała:

– Ciocia miała ukochanego. Jakiegoś mężczyznę, z którym się długo spotykała. Pracowała wtedy jako sekretarka, to było przed przyjazdem tutaj. Ale z różnych powodów to się w końcu rozpadło i ciocię to głęboko zraniło. I też z tego powodu zamieszkała z nami po śmierci mamy. Oczywiście nie od niej samej to słyszałam.

– Ale teraz nie spotyka się z żadnym mężczyzną?

Marie potwierdziła.

– Myślę, że teraz z nikim się nie spotyka.

– A ciebie trochę martwi, że ciocia nieco zainteresowała się panem Menshikim jako kobieta? I dlatego przyszłaś się mnie poradzić? O to chodzi?

– Czy myśli pan, że pan Menshiki chce ciocię uwieść?

– Uwieść?

– Że nie ma poważnych zamiarów.

– Tego to ja nie wiem – powiedziałem. – Za dobrze go nie znam. A poza tym przecież dopiero dziś po południu się poznali i na razie do niczego konkretnego nie doszło. Takie sprawy to kwestia dwóch serc, więc mogą się różnie potoczyć w zależności od tego, jak sytuacja się rozwinie. Bywa, że nawet lekkie drgnienie serca okazuje się ważne, ale bywa też na odwrót.

– Ale ja mam coś w rodzaju przeczucia – powiedziała zdecydowanie.

Nie miałem ku temu żadnych podstaw, lecz zdawało mi się, że mogę zaufać temu „czemuś w rodzaju przeczucia”. Ja także miałem „coś w rodzaju przeczucia”.

– Ty się martwisz, że coś się stanie i twoja ciocia znowu może zostać głęboko psychicznie zraniona.

Marie krótko skinęła głową.

– Ciocia nie jest z natury zbyt ostrożna i nie przywykła do tego, żeby ją raniono.

– To brzmi, jakbyś to ty była opiekunką cioci – stwierdziłem.

– W pewnym sensie – odparła Marie z poważną miną.

– A jak jest z tobą? Przywykłaś do tego, że ludzie cię ranią?

– Nie wiem – powiedziała. – Ale przynajmniej się nie zakochuję.

– Kiedyś się zakochasz.

– Ale jeszcze nie teraz. Najpierw muszą mi piersi trochę urosnąć.

– Myślę, że to tak długo nie potrwa.

Marie lekko zmarszczyła brwi. Pewnie mi nie wierzyła.

Wtedy nagle poczułem, że rodzi się we mnie niewielka wątpliwość. Czy Menshiki nie próbuje zapewnić sobie dostępu do Marie, zbliżając się do Shōko Akikawy?

Powiedział mi przecież o Marie: „W czasie jednego krótkiego spotkania nie mogłem się zorientować. Potrzebuję więcej czasu”.

Shōko Akikawa mogła się stać ważnym pośrednikiem, który umożliwi mu dalsze spotkania z Marie. Bo to ona była opiekunką dziewczynki. Dlatego Menshiki musiał najpierw – w mniejszym lub większym stopniu – zdobyć kontrolę nad ciotką. Dla mężczyzny takiego jak on nie stanowiłoby to pewnie specjalnie trudnego zadania. Choć nie twierdzę, że byłoby dziecinnie proste. Ale i tak wolałem nie myśleć, że taki jest jego ukryty cel. Może było tak, jak mówił Komandor – Menshiki zawsze musiał mieć jakiś ukryty plan. Jednak mnie nie wydawał się aż tak przebiegły.

– Dom pana Menshikiego wygląda imponująco – powiedziałem. – Jest bardzo interesujący, tak czy inaczej, warto go zobaczyć.

– Pan był u niego w domu?

– Tylko raz. Zaprosił mnie na kolację.

– Jest po drugiej stronie doliny?

– Niemal dokładnie naprzeciwko mojego.

– Widać go stąd?

Przez chwilę udawałem, że się zastanawiam.

– Tak, chociaż z daleka.

– Chciałabym zobaczyć.

Zaprowadziłem ją na taras. Pokazałem dom Menshikiego na szczycie góry po drugiej stronie doliny. W lekkim świetle lamp ogrodowych biały budynek wyglądał jak elegancki statek pasażerski sunący po nocnym morzu. W kilku oknach jeszcze paliły się światła. Wszystkie słabe, jakby się krępowały.

– To ten duży biały dom? – zapytała zaskoczona Marie. Potem przez chwilę uważnie mi się przyglądała. Następnie bez słowa znów zwróciła wzrok na widoczną w oddali willę. – Widać go też od nas. Choć pod trochę innym kątem niż stąd. Od dawna mnie ciekawiło, kto może mieszkać w takim domu.

– No tak, bo rzuca się w oczy – powiedziałem. – To właśnie dom pana Menshikiego.

Marie wychyliła się oparta o balustradę i długo przyglądała się willi. Nad jej dachem mrugało kilka gwiazd. Nie było wiatru, drobne zbite chmury tkwiły na niebie w tych samych miejscach. Wyglądały jak przybite gwoździami do płyty pilśniowej w teatralnej scenografii. Kiedy dziewczyna czasami poruszała głową, proste czarne włosy lśniły w świetle księżyca.

– Pan Menshiki naprawdę sam mieszka w tym domu? – zapytała, odwracając się do mnie.

– Tak, sam. Mieszka sam w tym wielkim domu.

– Nie jest żonaty?

– Mówił, że nigdy się nie ożenił.

– A czym się zajmuje?