Śmierć Komandora. Tom 1. Pojawia się idea - Haruki Murakami - ebook

12 osób właśnie czyta

Opis

W Hong Kongu została uznana za nieprzyzwoitą, ocenzurowana i zakazana dla czytelników poniżej 18 roku życia. W Japonii w środowisku skrajnej prawicy wywołała oskarżenia wobec Harukiego Murakamiego o zdradę narodową, choć jednocześnie została okrzyknięta jednym z największych dokonań tego pisarza. „Śmierć Komandora” to obszerna dwutomowa powieść, na którą fani Murakamiego czekali aż pięć lat.

Żona malarza w średnim wieku porzuca go – z dnia na dzień. Podobnie, z dnia na dzień, on sam podejmuje decyzję, by wyprowadzić się z domu. Rezygnuje ze zleceń, wsiada w samochód i przez parę miesięcy włóczy się po północno-wschodniej części wyspy Honsiu. Gdy zmęczony tułaczką wraca do Tokio i prosi przyjaciela o nocleg, ten ma mu do zaoferowania coś znacznie lepszego: opuszczony dom w górach należący do jego ojca, sławnego malarza. W nowym, inspirującym otoczeniu bohater zamierza wieść spokojne życie poświęcone twórczości – korzysta z pracowni mistrza, zaczyna prowadzić lekcje malarstwa w pobliskiej Odawarze i wdaje się w niewiele znaczące romanse. Dom ten dla bohatera powieści stanie się epicentrum przemiany i szczególnej formy odrodzenia – i w sztuce, i w życiu. Pierwszym epizodem tej przemiany będzie odnalezienie na strychu nieznanego obrazu starego mistrza: niemal wiernego odtworzenia sceny zabójstwa Komandora z „Don Giovanniego”.

Od momentu tego odkrycia realistyczna narracja zaczyna się stopniowo przeplatać z surrealistycznymi wątkami, a fabułę zaludniają niezwykłe postaci, które uosabiają symbole, idee i metafory. Murakami z lekkością kreśli niezwykłe wizerunki swoich bohaterów, subtelne podważając granicę między marzeniem i rzeczywistością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 512

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

Kichidanchōgoroshi

Daiichibu

Arawareru idea hen

Tytuł przekładu angielskiego:Killing Commendatore

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Ula Pągowska

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja:Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Mariola Hajnus, Maria Śleszyńska

Zdjęcie wykorzystane na okładce

© Andrea/Fotolia

Copyright © 2017 by Haruki Murakami

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-1037-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Prolog

Kiedy obudziłem się dzisiaj z popołudniowej drzemki, ujrzałem przed sobą Mężczyznę Bez Twarzy. Siedział na krześle stojącym naprzeciw kanapy, na której spałem, i wpatrywał się we mnie parą niewidzialnych oczu.

Był ubrany tak samo jak poprzednim razem. Wysoką sylwetkę okrywał długi ciemny płaszcz, a czarny kapelusz z szerokim rondem zakrywał połowę nieistniejącej twarzy.

– Chcę, żebyś namalował mój portret – powiedział, upewniwszy się, że już nie śpię. Miał niski głos pozbawiony ciepła i modulacji. – Obiecałeś mi to. Pamiętasz?

– Pamiętam. Ale wtedy nie miałem papieru, więc nie mogłem pana narysować – odparłem. Mój głos też był pozbawiony ciepła i modulacji. – Zamiast rysunkiem zapłaciłem panu amuletem w kształcie pingwina.

– Uhm, mam go ze sobą. – Wyciągnął ku mnie prawą dłoń.

Miał bardzo długie ręce. W dłoni trzymał plastikową figurkę pingwina. Był to kiedyś amulet przymocowany do komórki. Mężczyzna upuścił pingwina na szklany stolik. Rozległo się ciche stuknięcie.

– Zwrócę ci go. Pewnie jest ci potrzebny. Ten mały pingwinek będzie chronił twoich bliskich. Ale w zamian chcę, żebyś namalował mój portret.

Zawahałem się.

– Nie wiem, czy będę umiał. Nigdy nie malowałem człowieka bez twarzy.

Strasznie zaschło mi w gardle.

– Słyszałem, że jesteś wybitnym portrecistą. A poza tym zawsze musi być ten pierwszy raz – powiedział Mężczyzna Bez Twarzy. I się roześmiał. To znaczy, myślę, że się roześmiał. Rozległo się coś w rodzaju śmiechu, coś, co przypominało głuchy świst wiatru dobiegający z głębi jaskini.

Zdjął kapelusz zakrywający mu dotąd pół twarzy. Tam, gdzie powinna być, wirowała nieśpiesznie biała jak mleko mgła.

Wstałem i przyniosłem z pracowni szkicownik oraz miękki ołówek. Usiadłem na kanapie, żeby zabrać się do rysowania Mężczyzny Bez Twarzy. Nie wiedziałem jednak, jak zacząć, gdzie znaleźć punkt zaczepienia. Przecież miałem przed sobą tylko nicość. Jak nadać formę czemuś, czego nie ma? W dodatku spowijająca nicość mleczna mgła nieustannie zmieniała kształt.

– Lepiej się pośpiesz – powiedział Mężczyzna Bez Twarzy. – Nie mogę tu długo zostać.

Serce głucho waliło mi w piersi. Nie miałem czasu. Musiałem się śpieszyć. Lecz moje ściskające ołówek palce zamarły w przestrzeni i nie chciały się poruszyć. Zupełnie jakby dłoń ogarnął paraliż. Tak jak powiedział, było kilka bliskich osób, które musiałem chronić. A jedyną rzeczą, jaką potrafiłem, było malowanie. Jednak za nic nie udawało mi się narysować Mężczyzny Bez Twarzy. Kompletnie bezradny gapiłem się na drżącą mgłę.

– Przykro mi, ale czas minął – powiedział Mężczyzna Bez Twarzy i wypuścił z niewidzialnych ust duży obłok oddechu przypominającego mgłę unoszącą się nad rzeką.

– Niech pan poczeka. Za chwilę…

Mężczyzna włożył czarny kapelusz, zakrywając nim połowę twarzy.

– Kiedyś znowu cię odwiedzę. Może wtedy będziesz już umiał mnie narysować. Do tego czasu zatrzymam twój amulet, tego pingwina.

Potem Mężczyzna Bez Twarzy zniknął. W jednej chwili rozpłynął się w powietrzu jak mgiełka rozwiana silnym podmuchem wiatru. Zostały po nim tylko puste krzesło i szklany stolik. Na stoliku nie było już pingwina.

Przypominało to wszystko niezbyt długi sen, ale dobrze wiedziałem, że mi się nie śniło. Bo gdyby to był sen, cały świat, w którym żyłem, mógłby się okazać snem.

Być może kiedyś uda mi się namalować portret nicości. Tak jak pewnemu malarzowi udało się namalować obraz zatytułowany Śmierć Komandora. Ale potrzebowałem na to czasu. Musiałem uczynić czas swoim sprzymierzeńcem.

Rozdział 1Jeżeli wydaje się z wierzchu zakurzone

Od maja tamtego roku do początku roku następnego mieszkałem na szczycie góry nieopodal wylotu wąskiej doliny. Latem w dolinie nieustannie padał deszcz, ale poza nią zazwyczaj była ładna pogoda. To z powodu południowo-zachodniego wiatru od morza. Niósł pełne wilgoci chmury, które napływały nad dolinę, a kiedy wznosiły się wzdłuż zboczy, przeradzały się w deszcz. Mój dom stał na samym krańcu doliny, więc często się zdarzało, że przed domem było ładnie, a w ogrodzie z tyłu padał rzęsisty deszcz. Na początku wydawało mi się to bardzo dziwne, ale wkrótce przywykłem, a wręcz zacząłem traktować to zjawisko jako coś oczywistego.

Nad otaczającymi dolinę górami unosiły się nisko strzępy chmur. Kiedy wiał wiatr, wędrowały niepewnie po zboczach jak błądzące dusze, które przybyły z przeszłości, poszukując utraconych wspomnień. Zdarzało się też, że na wietrze tańczyły bezszelestnie bielusieńkie krople deszczu przypominające drobne płatki śniegu. Dzięki temu, że zawsze wiał wiatr, letnie upały wcale nie dawały się we znaki, choć nie miałem klimatyzacji.

Dom był stary i mały, ale za to ogród całkiem duży. Z początku nic w nim nie robiłem, więc wszędzie rozrosły się wysokie chwasty. Zamieszkała w nich kocia rodzina, jednak gdy ogrodnik skosił trawę, koty gdzieś się przeniosły. Pewnie poczuły się zagrożone. Rodzina składała się z pręgowanej kotki i trojga kociąt. Kotka była wychudzona, miała zdeterminowany wyraz pyszczka, jakby z trudem udawało jej się przeżyć.

Dom stał na szczycie góry. Z tarasu wychodzącego na południowy zachód widać było prześwitujący między drzewami skrawek morza. Było go akurat tyle, że starczyłoby na wypełnienie umywalki. Maleńki fragment olbrzymiego Pacyfiku. Znajomy pośrednik handlu nieruchomościami powiedział mi, że cena nieruchomości jest znacznie wyższa, jeśli widać morze, nawet taki skrawek, ale mnie było obojętne, czy je widać, czy nie. Z pewnej odległości ten skrawek morza wyglądał jak ciemna bryła węgla. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludziom tak bardzo zależy na tym widoku. Ja wolałem raczej przyglądać się otaczającym dom górom. Góry po drugiej stronie doliny zmieniały się wraz ze zmianą pór roku i w zależności od pogody. Nigdy nie nużyło mnie obserwowanie ich codziennych przeobrażeń.

Wtedy rozstałem się na pewien czas z żoną, nawet się oficjalnie rozwiedliśmy, ale potem miały miejsce różne wydarzenia i postanowiliśmy jeszcze raz spróbować wspólnego życia.

Trudno wytłumaczyć, jak do tego doszło. Przyczyny, skutki i ich powiązania są nieuchwytne nawet dla dwojga zainteresowanych, ale gdyby chcieć krótko to ująć, najlepsze zdaje się utarte określenie, że zatoczyliśmy pełne koło i wróciliśmy do punktu wyjścia. Ponad dziewięć miesięcy dzielących te dwa okresy naszego małżeńskiego życia (nazwijmy je wcześniejszym i późniejszym) przypominało wąski kanał o stromych brzegach.

Sam nie potrafię ocenić, czy ponad dziewięć miesięcy życia w separacji to był długi, czy krótki okres. Kiedy patrzę na niego z perspektywy czasu, zdaje mi się, że był niezmiernie długi albo że nieoczekiwanie szybko dobiegł końca. Każdego dnia inaczej to odczuwam. Niekiedy chcąc pokazać rzeczywisty rozmiar fotografowanego przedmiotu, umieszcza się obok niego paczkę papierosów. W przypadku moich wspomnień w zależności od nastroju paczka papierosów leżąca obok dowolnie się powiększa lub kurczy. W ramie otaczającej te wspomnienia rzeczy i zjawiska nieustannie się zmieniają, a jednocześnie, jakby stawiając im opór, zmienia się też ta paczka papierosów – chociaż to miarka, która powinna być niezmienna.

To nie znaczy, że wszystkie moje wspomnienia tak się bez sensu dowolnie poszerzają i kurczą. Moje życie zasadniczo było spokojne i funkcjonowałem w skoordynowany i zazwyczaj sensowny sposób. Tylko że w ciągu tych dziewięciu miesięcy wszystko pogrążyło się w niewytłumaczalnym chaosie. Pod każdym względem był to dla mnie okres wyjątkowy i niezwykły. Przypominałem pływaka, który spokojnie pływa sobie pośrodku morza i nagle zostaje wciągnięty w jakiś nieznany wir.

Przywołuję ten okres we wspomnieniach (tak, piszę te słowa, wracając myślą do wydarzeń sprzed lat) i pewnie dlatego często niejasne staje się względne znaczenie różnych spraw, zmieniają się dystans i powiązania między nimi, przez co nie jestem ich już pewny. A także, kiedy na chwilę odwrócę wzrok, błyskawicznie zmienia się logiczny porządek wydarzeń. Mimo to pragnę włożyć wszystkie siły w to, żeby uczynić swoją opowieść tak systematyczną i logiczną, jak tylko możliwe. Być może ta próba pójdzie na marne, ale za wszelką cenę postaram się trzymać hipotetycznej miarki, którą sam stworzyłem. Jak bezsilny pływak chwytający się kawałka drewna, który akurat kołysał się obok.

Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po przeprowadzce do tego domu, było kupienie taniego starego samochodu. Poprzedni zajeździłem nieco wcześniej i oddałem na złom, więc potrzebowałem nowego. Samochód był niezbędny dla kogoś mieszkającego w prowincjonalnym mieście, a szczególnie samotnie na szczycie góry, skąd trzeba jeździć po codzienne zakupy. Poszedłem do punktu sprzedaży używanych aut na przedmieściach Odawary i znalazłem tanią toyotę corollę kombi. Sprzedawca określił jej kolor jako „powder blue”, ale był to kolor cery człowieka wyniszczonego chorobą. Na liczniku miała tylko trzydzieści sześć tysięcy kilometrów, lecz była po wypadku, więc cenę znacznie obniżono. Przejechałem się nią na próbę i nie zauważyłem żadnych problemów z hamulcami czy oponami. Ponieważ nie zamierzałem często jeździć autostradą, w zupełności mi wystarczała.

Dom wynajął mi Masahiko Amada. Byliśmy na tym samym roku na Akademii Sztuk Pięknych. Zaprzyjaźniliśmy się, choć był ode mnie o dwa lata starszy. Okazał się jednym z nielicznych ludzi, z którymi się dogadywałem, więc po studiach widywaliśmy się od czasu do czasu. Po ukończeniu akademii porzucił malarstwo i znalazł pracę jako grafik w agencji reklamowej. Na wieść, że po rozstaniu z żoną wyprowadziłem się z domu i nie mam się gdzie podziać, zapytał, czy nie chciałbym zaopiekować się domem jego ojca. Był synem Tomohika Amady, słynnego malarza obrazów w stylu japońskim. Amada miał w górach w pobliżu Odawary dom z pracownią. Po śmierci żony żył tam sobie spokojnie przez dziesięć lat, ale ostatnio stało się jasne, że jego demencja się pogłębia, więc przeniósł się do luksusowego domu opieki na wyżynie Izu i dom w górach od paru miesięcy stał pusty.

– Stoi samotnie na szczycie góry, więc nie da się go nazwać dogodnie usytuowanym, ale stuprocentowo ci gwarantuję, że panują tam cisza i spokój. To idealne otoczenie do malowania obrazów. Absolutnie nic cię nie rozprasza – powiedział Masahiko.

Czynsz był symboliczny.

– Niezamieszkany dom niszczeje, poza tym martwię się, że może zostać okradziony albo wybuchnie w nim pożar. Ja też będę spokojniejszy, jak ktoś tam zamieszka. Ale gdybym powiedział, że możesz mieszkać zupełnie za darmo, pewnie byś się krępował. Chciałbym jednak, żebyś obiecał, że szybko się wyprowadzisz, jeśli cię o to poproszę.

Nie miałem nic przeciwko temu. Wszystko, co posiadałem, mieściło się z tyłu pick-upa. Mogłem się przeprowadzić choćby jutro.

Przeniosłem się tam w maju pod koniec długiego weekendu. Dom był parterowy, w stylu zachodnim, niewielki i przytulny z rodzaju tych nazywanych „cottage”, dla jednej osoby było tam dość miejsca. Stał na szczycie góry w otoczeniu drzew i sam Masahiko nie wiedział, gdzie przebiega granica posesji. W ogrodzie rosła duża sosna rozpościerająca grube gałęzie na cztery strony świata. Tu i tam rozmieszczono dekoracyjne kamienie, a obok kamiennej ogrodowej latarni rósł wspaniały bananowiec.

Tak jak mówił Masahiko, rzeczywiście było tu cicho. Ale kiedy teraz wracam tam myślami, nie mogę powiedzieć, że nic mnie nie rozpraszało.

W ciągu ośmiu miesięcy spędzonych w tym domu po rozstaniu z żoną sypiałem z dwiema kobietami. Obie były mężatkami. Jedna młodsza, druga starsza ode mnie. Uczęszczały na prowadzony przeze mnie kurs malarstwa.

Wykorzystałem okazję i kolejno zaprosiłem każdą na randkę (normalnie nie zrobiłbym czegoś takiego. Z natury jestem dość nieśmiały, więc nie mam zwyczaju się tak zachowywać), a one nie odmówiły. Sam nie wiem dlaczego, wtedy wydawało mi się, że zaproszenie ich do łóżka jest bardzo proste i logiczne. Prawie nie czułem winy, nakłaniając do seksu własne uczennice. Pójście z nimi do łóżka wydawało mi się rzeczą równie zwyczajną, jak spytanie przypadkowego przechodnia o godzinę.

Pierwsza z nich dobiegała trzydziestki. Była wysoka, miała duże czarne oczy, niewielkie piersi i wąskie biodra. Do tego szerokie czoło, piękne proste włosy i stosunkowo duże uszy jak na kobietę jej postury. Nie była może piękna w powszechnym rozumieniu, ale miała charakterystyczną, interesującą twarz, którą każdy malarz chciałby namalować (rzeczywiście jestem malarzem i rzeczywiście kilka razy ją naszkicowałem). Nie miała dzieci. Jej mąż był nauczycielem historii w prywatnym liceum i miał zwyczaj ją bić. W szkole nie mógł zachowywać się brutalnie, więc w domu w ten sposób rozładowywał swoją frustrację. Ale nie dostawała w twarz. Kiedy pierwszy raz ją rozebrałem, okazało się, że ciało ma posiniaczone i pokryte bliznami. Nie lubiła go pokazywać, więc zawsze kochaliśmy się przy zgaszonym świetle.

Seks prawie jej nie interesował. Jej wagina nie wilgotniała wystarczająco i kiedy w nią wchodziłem, narzekała na ból. Nie pomagało nawet, że poświęcałem dużo czasu na grę wstępną i że używaliśmy żelu nawilżającego. Ból był gwałtowny i nie przechodził. Czasami nawet głośno krzyczała.

Mimo to chciała uprawiać ze mną seks. A przynajmniej nie czuła do tego niechęci. Dlaczego? Może pragnęła czuć ból? A może pragnęła braku przyjemności? Albo chciała zostać w jakiś sposób ukarana? Bo ludzie pragną w życiu naprawdę różnych rzeczy. Lecz jednej rzeczy na pewno nie pragnęła. Nie chciała bliskości.

Nie lubiła przychodzić do mnie ani nie chciała, żebym przychodził do niej, więc jeździliśmy moim samochodem do nieco oddalonego nadmorskiego hotelu dla par i tam uprawialiśmy seks. Umawialiśmy się na dużym parkingu przy taniej restauracji, zwykle docieraliśmy do hotelu po pierwszej, a wychodziliśmy przed trzecią. Zawsze nosiła wtedy duże okulary przeciwsłoneczne. Nawet w pochmurne czy deszczowe dni. Aż pewnego dnia nie przyszła na spotkanie. Przestała też przychodzić na kurs. I to był koniec tego krótkiego, prawie pozbawionego emocji romansu. Spałem z nią w sumie cztery czy pięć razy.

Druga mężatka, z którą się spotykałem później, miała szczęśliwą rodzinę. A w każdym razie zdawało się, że w życiu rodzinnym niczego jej nie brakuje. Miała czterdzieści jeden lat (o ile pamiętam), o pięć więcej niż ja. Drobna, o regularnych rysach, zawsze gustownie ubrana. Co drugi dzień chodziła do klubu fitness na jogę, dzięki czemu miała zupełnie płaski brzuch. Jeździła czerwonym mini cooperem. Świeżo kupiony, nowiutki samochód w pogodne dni lśnił z daleka. Jej dwie córki chodziły do elitarnej prywatnej szkoły na wybrzeżu Shōnan. Sama była jej absolwentką. Mąż prowadził jakąś firmę, ale nie pytałem jaką (oczywiście specjalnie mnie to nie obchodziło).

Nie wiem, dlaczego zgodziła się na moją bezczelną propozycję seksu. Może w tamtym okresie miałem w sobie jakiś rodzaj magnetyzmu. Przyciągnąłem ją duchowo jak (dajmy na to) magnes przyciąga zwykły opiłek żelaza. A może duchowość ani magnetyzm nie miały z tym nic wspólnego, tylko ona po prostu szukała jakiegoś zewnętrznego seksualnego bodźca, a ja akurat byłem w pobliżu.

Tak czy inaczej, w tamtym czasie mogłem bez wahania zaoferować jej wszystko, czego ode mnie pragnęła, otwarcie i bez zahamowań. Na początku zdawało się, że ona też bardzo naturalnie traktuje nasz związek. Pod względem seksualnym był wyjątkowo harmonijny (nie miał właściwie innych aspektów, o których warto by mówić). Oddawaliśmy się seksowi bezpośrednio i wyłącznie. I ta wyłączność osiągnęła nieomal abstrakcyjny wymiar. Kiedyś nagle uderzyła mnie ta myśl i lekko się zdziwiłem.

Ale pewnego dnia nieoczekiwanie oprzytomniała. W przytłumionym świetle zimowego poranka zadzwoniła do mnie i powiedziała, jakby odczytywała jakiś tekst:

– Myślę, że lepiej będzie, jeżeli przestaniemy się spotykać. Bo nasz związek nie ma przyszłości. – To było coś w tym rodzaju.

Rzeczywiście miała rację. Nie tylko nie miał przyszłości, nie miał też prawie żadnych podstaw w teraźniejszości.

Kiedy studiowałem na akademii, malowałem głównie abstrakcje. Pojęcie sztuki abstrakcyjnej jest dość szerokie, sam nie wiem, jak wytłumaczyć jej formy i treść, ale w każdym razie jest to „malarstwo będące efektem swobodnego i pozbawionego ograniczeń przedstawiania niefiguratywnych form”. Otrzymałem kilka pomniejszych nagród na wystawach. Moje prace publikowano także w czasopismach dotyczących sztuk pięknych. Kilku profesorów i kolegów wysoko oceniało moje obrazy i zachęcali mnie do dalszego tworzenia. Nie byłem może artystą rokującym wielkie nadzieje na przyszłość, ale jakiś tam talent malarski miałem. Jednak moje obrazy olejne w wielu przypadkach wymagały dużych płócien i użycia dużej ilości farb. Naturalnie przez to koszty tworzenia stawały się wysokie. Poza tym nie muszę chyba wyjaśniać, że prawdopodobieństwo pojawienia się dobroczyńcy, który kupi abstrakcję dużego formatu pędzla nieznanego malarza, żeby ją powiesić u siebie w domu, jest bliskie zeru.

Oczywiście nie mógłbym się utrzymać jedynie z malowania obrazów, które chciałem malować, więc żeby po studiach zarobić na życie, zacząłem robić portrety na zamówienie. Malowałem jak najbardziej figuratywne portrety prezesów firm, ważnych osób w stowarzyszeniach naukowych, posłów oraz lokalnych sław, czyli osób będących „filarami społeczeństwa” (choć te filary często różniły się kalibrem). Od malarza portretów oczekuje się realistycznego, poważnego i spokojnego stylu. Są to obrazy przeznaczone do bardzo praktycznego użytku: mają wisieć w recepcji firmy lub w gabinecie prezesa. To znaczyło, że musiałem zajmować się zawodowo malowaniem obrazów będących całkowitym przeciwieństwem tych, które sam pragnąłem jako malarz tworzyć. Dodam, że malowałem je niechętnie, co nie było wcale wyrazem artystycznej arogancji.

W Yotsui była mała firma specjalizująca się w przyjmowaniu zamówień na portrety. Z prywatnego polecenia profesora z akademii zawarli ze mną umowę na wyłączność. Nie płacili mi stałej pensji, ale jeżeli wykonałem pewną liczbę zamówień, udawało mi się, młodemu kawalerowi, jakoś przeżyć. Wiodłem skromne życie: płaciłem czynsz za niewielkie mieszkanie niedaleko linii Seibu Kokubunji, w miarę możliwości jadłem trzy posiłki dziennie, czasami kupowałem tanie wino i niekiedy szedłem z zaprzyjaźnioną dziewczyną do kina – to wszystko. Przez kilka lat tak właśnie żyłem: robiłem pewną liczbę portretów, zdobywałem środki na utrzymanie, a potem mogłem przez pewien czas malować, co chciałem. Oczywiście wtedy portrety były dla mnie tylko sposobem na przeżycie i nie miałem zamiaru robić ich w nieskończoność.

Jeśli chodzi o wkładany wysiłek, malowanie portretów było dość łatwą pracą. Na studiach przez pewien czas dorabiałem w firmie przeprowadzkowej. Pracowałem również jako sprzedawca w sklepie całodobowym. W porównaniu z tym malowanie portretów kosztowało mnie znacznie mniej wysiłku fizycznego i psychicznego. Jeżeli raz człowiek pojął, na czym to polega, potem wystarczało tylko powtarzać ten sam proces. Wkrótce wykonanie portretu przestało zabierać mi dużo czasu. Do złudzenia przypominało to lot z autopilotem.

Ale po roku takiego mechanicznego trzaskania portretów dowiedziałem się, że moje obrazy są nieoczekiwanie wysoko oceniane. Klienci też podobno byli w pełni usatysfakcjonowani. Gdyby wyrażali co pewien czas niezadowolenie, oczywiście przestałbym dostawać zlecenia albo firma zerwałaby ze mną umowę. Skoro cieszyłem się dobrą opinią, przybywało zamówień i rosło wynagrodzenie za każdy kolejny obraz. Portretowanie to w pewnym sensie poważna dziedzina. A jednak, mimo że byłem właściwie początkującym portrecistą, zamówienia pojawiały się jedno za drugim. Wynagrodzenie wzrastało. Pracownik firmy, który przekazywał mi zlecenia, był pełen podziwu. Wśród zamawiających zapanowała opinia, że mam smykałkę do malowania portretów.

Naprawdę nie wiedziałem, dlaczego moje portrety są tak wysoko oceniane. Nie wkładałem w nie specjalnej pasji, wykonywałem jedynie kolejne zlecenia. Szczerze mówiąc, nie mogę sobie przypomnieć twarzy żadnej z osób, które portretowałem. Ale jednocześnie dążyłem do tego, żeby zostać malarzem, więc kiedy stawałem przed blejtramem z pędzlem w dłoni, nie potrafiłem namalować czegoś całkowicie bezwartościowego, bez względu na typ obrazu. Inaczej byłoby to zdradą mojego umiłowania malarstwa i wyrazem pogardy dla zawodu, który pragnąłem wykonywać. Jeśli nie mogłem malować tego, z czego byłbym dumny, starałem się przynajmniej malować obrazy, których nie musiałem się wstydzić. Można to chyba nazwać etyką zawodową. Ja po prostu nie umiałem postępować inaczej.

Poza tym od samego początku w malowaniu portretów przestrzegałem pewnych własnych zasad. Przede wszystkim nigdy portretowana osoba mi nie pozowała. Dostawałem zlecenie i musiałem się spotkać z klientem (który miał zostać sportretowany). Prosiłem o godzinne spotkanie, rozmawialiśmy, siedząc naprzeciw siebie. Tylko rozmawialiśmy. Nie robiłem żadnych szkiców. Zadawałem różne pytania, a klient odpowiadał. Kiedy, gdzie i w jakiej rodzinie się urodził, jakie miał dzieciństwo, do jakiej szkoły chodził, czym się zajmuje, jaką ma rodzinę, jak osiągnął obecną pozycję – o takie rzeczy pytałem. Rozmawialiśmy też o jego codziennym życiu i hobby. Większość osób chętnie opowiadała o sobie. I zazwyczaj robiły to z dużym zapałem (pewnie nikt inny nie chciał słuchać takich opowieści). Zdarzało się, że ta godzinna rozmowa zmieniała się w dwu- albo trzygodzinną. Potem pożyczałem od klienta kilka zdjęć. Zwyczajnych zdjęć pstrykniętych w zwyczajnych sytuacjach. Do tego czasami (nie zawsze) sam robiłem mu kilka zdjęć z różnych stron niewielkim aparatem. To wystarczało.

Wiele osób pytało mnie z niepokojem: „Nie będę musiał siedzieć bez ruchu i pozować?”. Od chwili, kiedy zdecydowali, że zamówią portret, wszyscy przygotowywali się na taką ewentualność. Malarz z poważną miną stoi przed płótnem z pędzlem w dłoni – w dzisiejszych czasach już chyba bez beretu – a przed nim sztywno siedzi model. Nie wolno mu się poruszyć. Wyobrażali sobie taką scenę dobrze im znaną z filmów.

– Czy życzyłby pan sobie pozować? – odpowiadałem pytaniem na pytanie. – Dla kogoś nieprzyzwyczajonego do pozowania to ciężka praca. Trzeba przez długi czas zachować tę samą pozycję, więc się człowiek nudzi, kark mu boleśnie sztywnieje. Jeżeli pan sobie tego życzy, oczywiście możemy tak zrobić.

Naturalnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent klientów wcale sobie czegoś takiego nie życzyło. Prawie wszyscy byli bardzo zajętymi ludźmi u szczytu kariery. Albo emerytami w podeszłym wieku. W miarę możliwości chcieli uniknąć bezsensownego wysiłku.

– Wystarczy mi, żeśmy się spotkali i porozmawiali – uspokajałem rozmówcę. – To, czy mi pan będzie pozował, czy nie, absolutnie nie wpłynie na portret. Jeżeli obraz nie przypadnie panu do gustu, będzie to moja wina i poprawię go.

Zazwyczaj po dwóch tygodniach portret był gotowy (choć mijało kilka miesięcy, zanim farba kompletnie wyschła). Bardziej niż siedzący przede mną nieruchomy model potrzebne mi były żywe wspomnienia (obecność portretowanego raczej by mi przeszkadzała w tworzeniu). Były to wspomnienia trójwymiarowej formy portretowanego. Wystarczyło ją przenieść na płótno. Miałem chyba wrodzoną dobrą pamięć wzrokową. I ta umiejętność – można ją chyba nazwać specjalną techniką – stanowiła dla mnie jako portrecisty bardzo użyteczne narzędzie.

W tej pracy ważne było to, żebym portretowanego choć trochę polubił. Dlatego podczas owej godzinnej rozmowy starałem się znaleźć w nim jak najwięcej elementów budzących sympatię. Oczywiście wśród portretowanych byli i tacy, którzy nic w sobie nie mieli. Odrzucało mnie na samą myśl, że któryś z nich miałby być moim znajomym. Jeżeli jednak traktowałem ich jak osoby, z którymi będę miał do czynienia tylko w określonym miejscu i tylko przez określony czas, zawsze udawało mi się bez większego trudu znaleźć jedną lub dwie rzeczy, które można było pokochać. Jeśli zajrzało się bardzo głęboko, każdy miał w sobie coś lśniącego. Trzeba to odnaleźć, a jeżeli wydaje się z wierzchu zakurzone (chyba w większości przypadków tak jest), należy zetrzeć kurz szmatką. Robiłem to dlatego, że nastawienie malarza przenikało jakoś do obrazu.

W ten sposób nie wiadomo kiedy zostałem malarzem portrecistą. W szczególnym, niewielkim światku sztuki portretowej stałem się dosyć znany. Kiedy się ożeniłem, zerwałem umowę na wyłączność z firmą w Yotsui, zacząłem pracować niezależnie, za pośrednictwem agencji specjalizującej się w usługach malarskich dostawałem teraz zlecenia na znacznie lepszych warunkach. Mój agent był o dziesięć lat starszy ode mnie, zdolny i ambitny. Zachęcał mnie, żebym się uniezależnił i przywiązywał większą wagę do pracy. Od tego czasu namalowałem wiele portretów (w większości ludzi ze świata finansów i polityki, w swoich dziedzinach byli sławni, ale ja prawie o żadnym z nich wcześniej nie słyszałem) i zacząłem nieźle zarabiać. Ale to nie znaczy, że zostałem sławnym mistrzem portretów. Świat sztuki portretowej funkcjonuje inaczej niż świat tak zwanych sztuk pięknych. I inaczej niż świat fotografii artystycznej. Fotograficy specjalizujący się w portretach cieszą się uznaniem opinii publicznej, nierzadko stają się sławni. Nie zdarza się to jednak malarzom. Portrety niezwykle rzadko wychodzą w świat. Nie pojawiają się w czasopismach malarskich ani nie są wystawiane w galeriach. Wiszą zwykle w jakiejś recepcji i zbierając kurz, popadają w zapomnienie. Nawet jeżeli ktoś się takiemu obrazowi starannie przyjrzy (prawdopodobnie ktoś, kto ma za dużo czasu), na pewno nie zapyta o nazwisko malarza.

Czasami myślałem o sobie jak o wysokiej klasy prostytutce świata malarstwa. Opanowałem w pełni technikę malowania portretów, w miarę możliwości sumiennie i bezbłędnie wykonywałem konieczne czynności. Zwykle udawało mi się zadowolić swoich klientów. Umiałem to robić. Byłem w dużym stopniu profesjonalistą, ale to nie znaczy, że działałem mechanicznie. Wkładałem we wszystko naprawdę dużo serca. Ceny, które proponowałem, nie były niskie, ale klienci płacili bez mrugnięcia okiem. Bo w większości malowałem ludzi, dla których pieniądze nie grały roli, a cieszyłem się sławą bardzo dobrego malarza. Dzięki temu nigdy nie brakowało mi klientów i zawsze miałem wypełniony po brzegi grafik. Lecz ja sam wcale tego nie pragnąłem. Ani trochę.

Nie zostałem tego rodzaju malarzem ani tego typu człowiekiem, bo sam tego pragnąłem. Po prostu poddałem się biegowi wydarzeń i nie wiadomo kiedy przestałem malować dla siebie. Jednym z powodów było to, że się ożeniłem i musiałem zarabiać na utrzymanie, ale to nie był jedyny powód. Prawdę mówiąc, już wcześniej przestałem odczuwać silną chęć malowania dla siebie. Być może małżeństwo było jedynie pretekstem. Nie byłem już „młodym” malarzem i coś zaczęło we mnie zanikać – coś, co dawniej paliło mi się w piersi jasnym płomieniem. Powoli zapominałem, jak się czułem, kiedy mnie to od środka ogrzewało.

Powinienem był pewnie zrezygnować z takiego życia. Podjąć jakieś kroki. Ale ciągle to odkładałem. I pierwsza zrezygnowała ze mnie żona. Miałem wtedy trzydzieści sześć lat.

Rozdział 2Może wszyscy wylądujemy na Księżycu

– Bardzo mi przykro, ale nie mogę dłużej z tobą żyć – odezwała się cicho moja żona. Potem zamilkła na dłuższą chwilę.

Było to dla mnie zupełnie nieoczekiwane oświadczenie. Zaskoczony, nie wiedziałem, co odpowiedzieć, więc czekałem na dalszy ciąg. Nie spodziewałem się, że będzie szczególnie optymistyczny, ale nie przychodziło mi do głowy, co innego mógłbym zrobić.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Było niedzielne popołudnie w połowie marca. Za miesiąc przypadała szósta rocznica naszego ślubu. Tego dnia od rana padał zimny deszcz. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po tym oświadczeniu, było spojrzenie w okno i sprawdzenie, czy ciągle pada. Cichy, spokojny deszcz. Prawie nie było wiatru, ale mimo to deszcz niósł w sobie chłód, który przenikał na wskroś. Ten chłód wskazywał, że wiosna jest jeszcze bardzo daleko. Za ścianą deszczu majaczyła zamglona ciemnopomarańczowa Tokyo Tower. Na niebie nie było ani jednego ptaka. One też pewnie schowały się przed deszczem gdzieś pod jakimś dachem.

– Proszę, nie pytaj o przyczynę – powiedziała.

Lekko pokręciłem głową. To nie było ani „tak”, ani „nie”. Nie przychodziło mi na myśl zupełnie nic, co mógłbym powiedzieć, więc tylko odruchowo zaprzeczyłem.

Żona miała na sobie cienki liliowy sweter z dużym wycięciem. Miękkie ramiączko białej koszulki było widoczne przy obojczyku. Wyglądało jak jakiś nietypowy rodzaj makaronu używanego do jakiegoś nietypowego dania.

– Mam jedno pytanie – powiedziałem w końcu, gapiąc się na to ramiączko. Mój głos brzmiał sztywno, wyraźnie brakowało w nim ciepła i głębi.

– Nie wiem, czy będę umiała odpowiedzieć.

– Czy to moja wina?

Zastanawiała się nad tym przez chwilę. A potem zaczerpnęła głęboko i powoli powietrza, jak ktoś, kto wynurzył się na powierzchnię po spędzeniu długiego czasu pod wodą.

– Myślę, że bezpośrednio nie twoja.

– Bezpośrednio nie moja?

– Myślę, że nie.

Starałem się jakoś zmierzyć znaczenie nieuchwytnego tonu jej głosu. Jakbym ważył w dłoni jajko.

– Czyli pośrednio moja?

Żona nie odpowiedziała na pytanie, tylko zaczęła mówić o czymś innym:

– Kilka dni temu przed świtem miałam sen. Był tak realistyczny, że nie wiedziałam, czy to sen, czy jawa. A kiedy się obudziłam, pomyślałam, a raczej nabrałam pewności, że nie mogę już z tobą dłużej żyć.

– Co ci się śniło?

Potrząsnęła głową.

– Przepraszam, ale nie mogę o tym tutaj mówić.

– Bo sny należą do kategorii spraw osobistych?

– Chyba tak.

– A czy ja byłem w tym śnie? – zapytałem.

– Nie, ciebie w nim nie było. Dlatego także w tym sensie to nie jest bezpośrednio twoja wina.

Na wszelki wypadek streściłem jej wypowiedź. Od dawna, kiedy nie wiem, co odpowiedzieć, mam nawyk streszczania tego, co powiedział rozmówca (co oczywiście bardzo często rozmówcę irytuje).

– Czyli parę dni temu miałaś wyjątkowo realistyczny sen. Kiedy się obudziłaś, poczułaś pewność, że nie możesz dalej ze mną żyć. Ale nie powiesz mi, o czym był ten sen. Bo sny to prywatna sprawa śpiącego. Zgadza się?

Skinęła głową.

– Tak, zgadza się.

– Ale to nie jest żadne wytłumaczenie.

Położyła dłonie na stole i zajrzała do stojącego przed nią kubka kawy. Jakby na powierzchni unosiła się wróżba, a ona chciała odczytać, co tam jest napisane. Sądząc z wyrazu jej oczu, musiał to być bardzo symboliczny i wieloznaczny tekst.

Sny zawsze miały dla niej wielkie znaczenie. Bardzo często w zależności od tego, co jej się śniło, decydowała, jak postąpić, albo zmieniała zdanie. Ale choćby człowiek przywiązywał wielką wagę do snów, nie można było na podstawie jednego realistycznego snu oznajmiać, że sześć lat małżeństwa kompletnie się nie liczy.

– Ten sen był oczywiście jedynie rodzajem bodźca, jakby tylko naciśnięciem cyngla – powiedziała, czytając chyba w moich myślach. – Dzięki niemu różne rzeczy stały się po prostu bardziej jasne.

– Jak się naciśnie cyngiel, pistolet strzela.

– O co ci chodzi?

– Cyngiel jest bardzo ważnym elementem pistoletu, więc wydaje mi się, że wyrażenie „jakby tylko naciśnięciem cyngla” jest niewłaściwe.

Patrzyła na mnie bez słowa. Zdawało się, że nie może zrozumieć, o co mi chodzi. W rzeczywistości ja sam nie bardzo rozumiałem.

– Spotykasz się z kimś innym? – zapytałem.

Skinęła głową.

– I sypiasz z tym kimś?

– Tak i z tego powodu strasznie mi wobec ciebie przykro.

Pewnie powinienem zapytać z kim, od kiedy, ale wolałem takich rzeczy nie wiedzieć. Nie chciałem o nich myśleć. Dlatego znów spojrzałem w okno i patrzyłem, jak pada deszcz. Dlaczego do tej pory się nie zorientowałem?

Żona znów się odezwała:

– Ale to tylko jedna z wielu różnych przyczyn.

Rozejrzałem się po pokoju. Był mi od dawna dobrze znany, lecz zaczął się już przeobrażać w jakieś obce miejsce.

Tylko jedna z przyczyn?

Co to znaczy, że to tylko jedna z przyczyn, zastanawiałem się poważnie. Oprócz mnie sypia z jakimś innym facetem. Ale to tylkojedna z wielu różnych przyczyn? A co jeszcze może być innego?

Żona mówiła dalej:

– Za kilka dni odejdę, ty nie musisz nic robić. Ja ponoszę za to winę, więc oczywiście to ja się wyprowadzę.

– Wiesz już, dokąd pójdziesz?

Nie odpowiedziała, ale zdawało się, że już to zaplanowała. Pewnie najpierw poczyniła różne przygotowania, a potem dopiero zaczęła tę rozmowę. Na tę myśl ogarnęło mnie przejmujące poczucie bezsilności, jakbym w ciemności się potknął. Różne rzeczy rozgrywały się stale bez mojej wiedzy.

Żona mówiła dalej:

– Jak najszybciej zacznę załatwiać formalności rozwodowe, więc chciałabym prosić, żeby się po prostu zgodził. Chociaż to z mojej strony bardzo egoistyczne.

Przestałem obserwować deszcz i spojrzałem na nią. I znów pomyślałem, że przeżyłem z tą kobietą sześć lat pod jednym dachem, a prawie wcale jej nie rozumiem. Tak samo jest z Księżycem. Choćby ludzie codziennie się w niego wpatrywali, niczego się o nim nie dowiedzą.

– Mam do ciebie tylko jedną prośbę – odezwałem się. – Jeśli się zgodzisz, w pozostałych sprawach możesz robić, co chcesz. I nie będę robił problemów z rozwodem.

– Jaką prośbę?

– Ja stąd odejdę. I to jeszcze dzisiaj. Wolałbym, żebyś ty tu została.

– Jeszcze dzisiaj? – powtórzyła zdziwiona.

– No chyba zależy ci, żeby to było jak najszybciej?

Zastanawiała się przez chwilę. Potem powiedziała:

– Jeżeli tego sobie życzysz.

– Tego właśnie sobie życzę i nie mam żadnych innych specjalnych życzeń.

Naprawdę tak się czułem. Było mi wszystko jedno tak długo, dopóki nie musiałem zostawać sam w tym miejscu, które teraz w zimnym marcowym deszczu zdawało się żałosną ruiną.

– Ale wezmę samochód, dobrze?

Nie musiałem pytać. Był to stary samochód z ręczną skrzynią biegów, który kupiłem prawie za bezcen od kolegi przed ślubem. Miał na liczniku dobrze ponad sto tysięcy kilometrów, a poza tym ona i tak nie miała prawa jazdy.

– Później przyjadę po narzędzia malarskie, ubrania i inne potrzebne rzeczy. Dobrze?

– Dobrze, ale to później to będzie mniej więcej kiedy?

– Hm, nie wiem – odparłem. W tamtej chwili nie potrafiłem wybiec myślami tak daleko. Grunt usuwał mi się spod nóg. Ledwo stałem i na więcej nie mogłem się zdobyć.

– Bo może niezbyt długo tu zostanę – powiedziała jakby niechętnie.

– Może wszyscy wylądujemy na Księżycu – rzuciłem.

Chyba mnie nie usłyszała.

– Co?

– Nic. Nic ważnego.

Do siódmej byłem spakowany, wepchnąłem swoje rzeczy do dużej torby sportowej i wrzuciłem ją do bagażnika czerwonego peugeota 205 kombi. Trochę ubrań na zmianę. Przybory toaletowe, kilka książek i dziennik. I prosty sprzęt campingowy, który zawsze brałem w góry. Szkicownik i zestaw ołówków do rysowania. Nie przychodziło mi do głowy, co jeszcze powinienem ze sobą zabrać. Nieważne, jak coś będzie mi potrzebne, mogę sobie kupić. Kiedy wychodziłem z torbą zarzuconą na ramię, żona ciągle siedziała przy kuchennym stole. Nadal stał tam kubek z kawą. Zaglądała do niego takim samym wzrokiem jak przedtem.

– Słuchaj, mam do ciebie jedną prośbę – powiedziała. – Czy możemy dalej być przyjaciółmi, mimo że tak się rozstajemy?

Nie bardzo rozumiałem, co chce przez to powiedzieć. Włożyłem buty, poprawiłem torbę na ramieniu i z ręką na klamce spojrzałem na nią.

– Dalej być przyjaciółmi?

– Myślałam, że jeśli to będzie możliwe, chciałabym czasami spotkać się z tobą i pogadać.

Nadal nie rozumiałem, o co jej chodzi. Mamy dalej być przyjaciółmi? Czasami się spotykać i gadać? O czym mielibyśmy gadać? Zupełnie jakby dała mi zagadkę do rozwiązania. Co ona mi próbuje przekazać? Że nie ma do mnie żalu? Czy o to jej chodzi?

– Hm, sam nie wiem – powiedziałem. Nie mogłem znaleźć innych słów. Pewnie nie znalazłbym, nawet gdybym tam stał cały tydzień. Dlatego otworzyłem drzwi i wyszedłem.

Zupełnie nie zastanawiałem się nad tym, co mam na sobie. Na pewno nie zorientowałbym się, gdybym wyszedł w szlafroku narzuconym na piżamę. Dopiero potem, kiedy zobaczyłem się w dużym lustrze toalety MOP-u przy autostradzie, odkryłem, że mam na sobie sweter, w którym zwykle malowałem, jaskrawopomarańczową kurtkę puchową, dżinsy i ciężkie buty, a na głowie starą wełnianą czapkę. Miejscami prujący się zielony sweter z okrągłym wycięciem pod szyją był poplamiony białą farbą. Z rzeczy, które miałem na sobie, tylko dżinsy były nowe i ich świeża niebieska barwa rzucała się w oczy. W całości wyglądałem dość niechlujnie, ale nie dziwacznie. Żałowałem tylko, że nie wziąłem szalika.

Kiedy wyjeżdżałem z podziemnego parkingu pod blokiem, ciągle bezgłośnie padał zimny marcowy deszcz. Wycieraczki peugeota wydawały dźwięki przypominające chrypliwy kaszel starego człowieka.

Nie miałem pojęcia, dokąd jechać, więc przez pewien czas krążyłem bez celu po mieście, a potem pojechałem gdzie oczy poniosą. Od skrzyżowania Nishiazabu ruszyłem ulicą Nishigaien do Aoyamy, w Aoyama Sanchōme skręciłem w prawo w stronę Akasaki, poskręcałem tu i tam i dotarłem do Yotsui. Wjechałem na stację benzynową, którą akurat zauważyłem, i zatankowałem do pełna. Przy okazji poprosiłem o sprawdzenie oleju i ciśnienia w oponach, a także o uzupełnienie płynu do spryskiwaczy. Może pojadę gdzieś daleko. Może aż na Księżyc.

Zapłaciłem kartą kredytową i ruszyłem dalej. W deszczowy niedzielny wieczór ulice były puste. Włączyłem radio na UKF, ale było za dużo nudnego gadania. Głosy zbyt piskliwe. W odtwarzaczu CD był pierwszy album Sheryl Crow. Po wysłuchaniu trzech utworów wyłączyłem radio.

Zorientowałem się, że jestem już na ulicy Mejiro. Przez chwilę nie wiedziałem, w którą stronę jadę. Wkrótce dotarło do mnie, że jadę od Wasedy w kierunku Nerimy. Cisza była trudna do zniesienia. Jeszcze raz włączyłem CD i wysłuchałem kilku piosenek Sheryl Crow. Potem znów wyłączyłem. Cisza była za cicha, muzyka za głośna. Z dwojga złego cisza była trochę lepsza. Do moich uszu docierało tylko skrzypienie gumy zniszczonych wycieraczek i nieprzerwany szum opon na mokrej jezdni.

W tej ciszy wyobraziłem sobie żonę w ramionach innego mężczyzny.

Powinienem się wcześniej domyślić, pomyślałem. Dlaczego się nie domyśliłem? Już od kilku miesięcy nie uprawialiśmy seksu. Ja proponowałem, lecz ona odmawiała, podając różne powody. Tak, już od pewnego czasu nie zdradzała ochoty na seks. Ale ja sądziłem, że w małżeństwie bywają i takie okresy. Była ciągle zajęta i przemęczona pracą, pewnie nie zawsze dobrze się czuła. No ale okazuje się, że sypiała z innym mężczyzną. Kiedy to się mogło zacząć? Sięgnąłem myślą wstecz. Pewnie jakieś cztery albo pięć miesięcy temu. Cztery lub pięć miesięcy temu, czyli w październiku albo listopadzie. Ale zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć, co się działo w październiku i listopadzie. Ledwie pamiętałem nawet to, co się działo wczoraj, a co dopiero mówić o jesieni.

Starając się uważać, żeby nie przejechać skrzyżowania na czerwonym ani nie podjeżdżać za blisko do samochodu przede mną, rozmyślałem nad wydarzeniami zeszłej jesieni. Byłem tak skupiony, że głowa nieomal mi się przegrzała. Moja prawa ręka automatycznie zmieniała biegi, dopasowując się do ruchu na drodze. Lewa noga asystowała, naciskając i puszczając sprzęgło. Nigdy wcześniej nie byłem tak wdzięczny za to, że jeżdżę samochodem z normalną skrzynią biegów. Prócz rozmyślania na temat sytuacji z żoną musiałem wykonywać rękami i nogami kilka konkretnych czynności.

Co się właściwie działo w październiku i listopadzie?

Jest jesień, późne popołudnie. Wyobrażałem sobie, jak ręce jakiegoś mężczyzny rozbierają na dużym łóżku moją żonę. Pomyślałem o ramiączkach jej białej koszulki. O różowych sutkach pod nią. Nie chciałem sobie tego wszystkiego wyobrażać, ale kiedy raz zacząłem, za nic nie mogłem powstrzymać serii następujących po sobie obrazów. Westchnąłem i wjechałem na parking jakiejś restauracji przy autostradzie. Otworzyłem okno po stronie kierowcy, nabrałem w płuca przesiąkniętego wilgocią powietrza i nie spiesząc się, uregulowałem oddechem bicie serca. Potem wysiadłem z samochodu. W wełnianej czapce i bez parasola przeszedłem w drobnym deszczu przez parking do restauracji. Usiadłem w głębi.

W środku były pustki. Przyszła kelnerka, więc zamówiłem kawę oraz kanapki z szynką i serem. Popijając kawę, zamknąłem oczy i próbowałem się uspokoić. Usiłowałem jakoś odpędzić obrazy żony w łóżku z innym mężczyzną. Ale niestety nie chciały zniknąć.

Poszedłem do toalety, starannie umyłem ręce mydłem i przyjrzałem się swojemu odbiciu w lustrze nad umywalką. Moje oczy zdawały się mniejsze niż zwykle i przekrwione. Przypominałem leśne zwierzę, któremu stopniowo ubywa sił z powodu suszy. Wynędzniałe i przerażone. Wytarłem twarz i ręce chustką do nosa i sprawdziłem, jak wyglądam w dużym lustrze na ścianie. Zobaczyłem wyczerpanego trzydziestosześcioletniego faceta w wytartym, poplamionym farbami swetrze.

Dokąd ja mam teraz iść, zastanawiałem się, patrząc na swoje odbicie. A przede wszystkim, gdzie ja w ogóle jestem? Co to za miejsce? A jeszcze bardziej przede wszystkim, kim ja w ogóle jestem?

Patrząc na siebie w lustrze, pomyślałem, że mógłbym spróbować namalować swój portret. Gdybym miał to zrobić, jak bym siebie pokazał? Czy poczułbym do siebie choć odrobinę sympatii? Czy znalazłbym w sobie jakieś lśnienie, choćby słabe?

Nie doszedłszy do żadnych wniosków, wróciłem do stolika. Wypiłem już kawę, więc kelnerka przyszła mi jej dolać. Poprosiłem o papierową torebkę i zapakowałem nietknięte kanapki. Pewnie później zgłodnieję. Ale teraz nie chciałem nic jeść.

Wyszedłem z restauracji i pojechałem dalej prosto, aż dotarłem do drogowskazów wiodącej na północ autostrady Kan’etsu. Pojadę na północ, pomyślałem. Nie wiedziałem, co tam jest, ale jakoś zdawało mi się, że lepiej jechać na północ niż na południe. Chciałem się znaleźć w zimnym i czystym miejscu. A najważniejsze było to, żeby odjechać jak najdalej od tego miasta, wszystko jedno, na północ czy na południe.

Otworzyłem schowek i znalazłem kilka płyt kompaktowych. Na jednej było nagranie oktetu smyczkowego Mendelssohna w wykonaniu orkiestry kameralnej I Musici. Żona lubiła go słuchać w czasie jazdy. Był to utwór o pięknej melodii i dziwnej kompozycji, bo składał się jakby z dwóch kwartetów smyczkowych. Mendelssohn skomponował go, mając zaledwie szesnaście lat. Tak mi powiedziała żona. Młodociany geniusz.

A ty co robiłeś, mając szesnaście lat?

Mając szesnaście lat, byłem po uszy zakochany w dziewczynie z klasy, powiedziałem, przypominając sobie tamte lata.

Chodziłeś z nią?

Nie, prawie słowa z nią nie zamieniłem. Tylko z daleka się jej przyglądałem. Nie miałem odwagi się do niej odezwać. A potem wracałem do domu i szkicowałem ją. Wiele razy ją narysowałem.

Czyli od dawna robisz to samo, roześmiała się żona.

No tak, od dawna robię mniej więcej to samo.

No tak, od dawna robię mniej więcej to samo, powtórzyłem w myślach wypowiedziane wtedy słowa.

Wyjąłem płytę Sheryl Crow i nastawiłem album Modern Jazz Quartet. Pyramid. Słuchając przyjemnej bluesowej solówki Milta Jacksona, jechałem autostradą prosto na północ. Czasami zatrzymywałem się na odpoczynek w MOP-ie, oddawałem długo mocz i wypijałem kilka gorących kaw, ale oprócz tych krótkich przerw przesiedziałem noc za kierownicą. Jechałem cały czas lewym pasem, tylko wtedy zjeżdżałem na prawy[1], gdy wyprzedzałem sunące wolno ciężarówki. O dziwo, nie byłem senny. W ogóle nie chciało mi się spać, rozważałem nawet możliwość, że może już nigdy więcej nie zasnę. Przed świtem dotarłem do Morza Japońskiego po drugiej stronie wyspy.

Dojechawszy do Niigaty, skręciłem w lewo i ruszyłem na północ wzdłuż morza. Z Yamagaty wjechałem do prefektury Akita, a z Aomori przeprawiłem się na wyspę Hokkaido. W ogóle nie korzystałem z autostrad i jechałem sobie powoli zwykłymi drogami. W żadnym sensie się nie śpieszyłem. Gdy nadchodził wieczór, zatrzymywałem się w tanim hotelu albo zwykłej gospodzie i spałem na wąskim łóżku. Na szczęście bez względu na to, gdzie byłem i jakie trafiło mi się łóżko, zwykle od razu zapadałem w sen.

Następnego dnia rano, będąc w okolicach miasta Murakami, niedaleko za Niigatą, zadzwoniłem do agenta i zawiadomiłem go, że przez pewien czas nie będę mógł dla nich pracować jako portrecista. Miałem kilka niedokończonych portretów, ale w tej chwili byłem w sytuacji uniemożliwiającej mi pracę.

– Tak nie można. Przecież przyjął pan zamówienia – powiedział surowo agent.

Przeprosiłem.

– Nic na to nie poradzę. Nie może pan jakoś wytłumaczyć tego klientom, powiedzieć, że miałem wypadek albo coś takiego? Musi pan przecież mieć innych malarzy.

Milczał przez chwilę. Nigdy przedtem nie zawaliłem żadnego terminu. Wiedział, że jestem bardzo odpowiedzialnym współpracownikiem.

– Z pewnych powodów przez pewien czas nie będzie mnie w Tokio. Bardzo mi przykro, ale przez ten okres nie będę mógł pracować.

– A jak długi będzie ten pewien czas?

Nie umiałem odpowiedzieć na to pytanie. Wyłączyłem komórkę, znalazłem jakąś rzekę, zatrzymałem się na moście i wyrzuciłem przez okno to małe urządzenie służące do komunikacji ze światem. Bardzo mi przykro, ale musicie się z tym pogodzić. Powiedzcie sobie, że poleciałem na Księżyc.

W Akicie poszedłem do banku, wyciągnąłem z bankomatu pieniądze i sprawdziłem stan konta. Na moim prywatnym rachunku była jeszcze całkiem pokaźna suma. Należność za zakupy kartą kredytową też była stamtąd potrącana. Mogłem przez pewien czas dalej tak podróżować. Nie wydawałem zbyt dużo pieniędzy. Benzyna, posiłki, tani hotel – to wszystko.

W outlecie pod Hakodate kupiłem zwyczajny namiot i śpiwór. Wczesną wiosną na Hokkaido było jeszcze zimno, więc kupiłem też bieliznę termoaktywną. Jeśli w pobliżu miejsca, do którego wieczorem dojeżdżałem, był otwarty camping, rozbijałem tam namiot. W ten sposób oszczędzałem. Wszędzie leżał jeszcze zmarznięty śnieg, noce były zimne, ale w porównaniu z ciasnymi i dusznymi pokojami w tanich hotelach w namiocie czułem się świeżo i swobodnie. Pod sobą miałem twardą ziemię, nad sobą niezmierzone niebo. Lśniły na nim niezliczone gwiazdy.

Przez kolejne trzy tygodnie bez celu jeździłem peugeotem po całym Hokkaido, gdzie mnie oczy poniosły. Przyszedł już kwiecień, lecz śnieg nie zamierzał jeszcze topnieć. Mimo to kolor nieba i tak wyraźnie się zmieniał, a pączki na drzewach zaczynały się rozwijać. Zwykle kiedy docierałem do jakiegoś małego uzdrowiska z gorącymi źródłami, zatrzymywałem się w gospodzie, zażywałem kąpieli, myłem głowę, goliłem się i jadłem stosunkowo porządny posiłek. A mimo to kiedy raz się zważyłem, okazało się, że ważę o pięć kilo mniej niż w czasach tokijskich.

Nie czytałem gazet i nie oglądałem telewizji. Radio samochodowe na Hokkaido też zaczęło się psuć, aż wkrótce w ogóle zamilkło. Nie miałem pojęcia, co się dzieje na świecie i wcale nie chciałem wiedzieć. W Tomakomai uprałem wszystkie swoje ubrania w pralni samoobsługowej. Czekając na koniec prania, wstąpiłem do pobliskiego fryzjera i się ostrzygłem. Poprosiłem też o golenie. U fryzjera po raz pierwszy od dawna obejrzałem wiadomości na kanale NHK, a właściwie nie obejrzałem, bo zamknąłem oczy, ale i tak niestety słyszałem głosy prezenterów. Lecz wszystkie informacje od początku do końca zdawały się nie mieć ze mną żadnego związku, jakby dotyczyły wydarzeń na innej planecie. Albo jakby ktoś to wszystko sobie wymyślił.

Jedyną wiadomością, która zdawała się jakoś ze mną związana, była historia o siedemdziesięciotrzyletnim starszym panu, który poszedł na grzyby i w lesie zaatakował go niedźwiedź, w wyniku czego starszy pan zmarł. Prezenter mówił, że niedźwiedzie przebudzone ze snu zimowego są głodne, podniecone i bardzo niebezpieczne. Czasami sypiałem pod namiotem i kiedy przychodziła mi ochota, spacerowałem po lesie, więc równie dobrze niedźwiedź mógł zaatakować mnie. Przypadkiem zaatakował nie mnie, tylko tego starszego pana. Przypadkiem. Lecz kiedy usłyszałem tę wiadomość, z jakiegoś powodu nie poczułem współczucia dla zmasakrowanego staruszka. Nie potrafiłem wczuć się w jego ból i strach ani wyobrazić sobie wstrząsu, którego musiał doznać. A wręcz czułem coś w rodzaju empatii dla niedźwiedzia. Nie, to nie empatia, pomyślałem. Czułem się nieomal jak jego wspólnik.

Coś jest ze mną nie tak, pomyślałem, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze. A nawet cicho to powiedziałem. Chyba nieco mi odbiło. Lepiej się do nikogo nie zbliżać. Przynajmniej przez pewien czas.

Kiedy przyszła druga połowa kwietnia, zacząłem mieć trochę dość zimna. Dlatego wróciłem z Hokkaido na główną wyspę. Z Aomori pojechałem na południe do Iwate, z Iwate do Miyagi, aż dotarłem do wybrzeża Pacyfiku i ruszyłem dalej wzdłuż niego. Jechałem na południe i coraz bardziej otaczała mnie prawdziwa wiosna. Przez cały ten czas ciągle myślałem o żonie. O żonie i o bezimiennych ramionach, które pewnie obejmowały ją gdzieś na jakimś łóżku. Nie chciałem myśleć o takich rzeczach, ale nie przychodziło mi do głowy nic innego, o czym powinienem myśleć.

Kiedy poznałem swoją przyszłą żonę, miałem prawie trzydzieści lat. Była o trzy lata młodsza ode mnie. Pracowała w małej pracowni architektonicznej niedaleko Yotsuya Sanchōme, miała uprawnienia architekta drugiej klasy i była licealną koleżanką mojej ówczesnej dziewczyny. Miała proste długie włosy, raczej spokojny, łagodny wyraz twarzy, dyskretny makijaż (wkrótce stwierdziłem, że charakter ma znacznie mniej łagodny niż wyraz twarzy, ale to było później). Byłem na randce w restauracji ze swoją dziewczyną, ona przypadkiem akurat też tam była, zostaliśmy sobie przedstawieni i prawie od razu się w niej zakochałem.

Jej twarz nie należała do tych od razu zwracających uwagę. Nie miała żadnych oczywistych niedoskonałości, ale nie była jedną z tych natychmiast przyciągających wzrok. Długie rzęsy, szczupły nos, sięgające łopatek włosy zawsze pięknie obcięte (bardzo o nie dbała), raczej drobna, w prawym kąciku pełnych ust mały pieprzyk, który przedziwnie się poruszał, gdy zmieniała wyraz twarzy. Robiło to lekko zmysłowe wrażenie, ale nie rzucało się w oczy. To było coś, co się dostrzegało, gdy się człowiek dobrze przyjrzał. Obiektywnie rzecz biorąc, dziewczyna, z którą wtedy chodziłem, była znacznie bardziej atrakcyjna. A mimo to nowe uczucie spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Od pierwszego wejrzenia wiedziałem, że moje serce należy do niej, ale nie wiedziałem dlaczego. Minęło parę tygodni, zanim zrozumiałem. Przyczyna w pewnej chwili stała się dla mnie całkiem jasna: ona przypominała mi moją zmarłą młodszą siostrę. Bardzo ją przypominała.

Nie były do siebie podobne z wyglądu. Gdyby ktoś porównał ich zdjęcia, pewnie powiedziałby: „Przecież wcale nie są podobne”. Dlatego na początku ja też się nie zorientowałem. Niezwykle przypominała mi siostrę nie rysami twarzy, a mimiką, szczególnie wyrazem i błyskiem oczu. Zupełnie jakby za sprawą jakiejś magii stawała mi przed oczami przeszłość.

Siostra też była ode mnie o trzy lata młodsza. Miała wrodzoną wadę zastawek i w dzieciństwie przeszła kilka operacji. Same operacje się udały, ale po nich przyszły powikłania. Lekarze nie wiedzieli, czy z czasem jej stan się polepszy, czy też te powikłania w przyszłości doprowadzą do nowych zagrażających życiu problemów. W końcu siostra zmarła, kiedy miałem piętnaście lat. Właśnie zaczęła gimnazjum. W swoim krótkim życiu nieustannie walczyła z chorobą, lecz nigdy nie straciła pozytywnego, wesołego podejścia do życia. Nigdy nie narzekała ani się nie żaliła, zawsze skrupulatnie robiła plany na niedaleką przyszłość. Nie brała pod uwagę, że umrze. Była mądra i miała świetne stopnie (była dużo zdolniejszym dzieckiem ode mnie), obdarzona silną wolą; kiedy coś postanowiła, nigdy nie rezygnowała. Gdy się o coś spieraliśmy (co się bardzo rzadko zdarzało), zawsze w końcu to ja ustępowałem. W ostatnich miesiącach życia bardzo wychudła, ale mimo to jej oczy pozostały niezmiennie żywe i pełne wigoru.

To właśnie oczy zwróciły moją uwagę w twarzy żony. C o ś, co dostrzegłem w ich głębi. Serce gwałtownie mi zadrżało, gdy je ujrzałem. Ale to nie znaczy, że chciałem zdobyć tę dziewczynę, żeby ożywić zmarłą siostrę. Nawet ja rozumiałem, że spodziewanie się czegoś takiego mogło się tylko skończyć rozczarowaniem. Ja pragnąłem, a raczej potrzebowałem, pozytywnego błysku woli, który w nich lśnił. Niewątpliwego źródła ciepła potrzebnego do życia. Było to coś znanego mi i bliskiego, a jednocześnie coś, czego mi brakowało.

Sprytnie dowiedziałem się, jak się z nią skontaktować, i zaprosiłem ją na randkę. Oczywiście była zdziwiona i wahała się. Bo przecież byłem chłopakiem koleżanki. Ale ja się łatwo nie poddałem. Powiedziałem, że chcę się tylko z nią spotkać i porozmawiać. To wszystko. Niczego więcej nie oczekuję. Zjedliśmy więc kolację w cichej restauracji i rozmawialiśmy na różne tematy. Na początku rozmowa się nie kleiła, ale wkrótce się ożywiła. Było mnóstwo rzeczy, których chciałem się o niej dowiedzieć, toteż nie brakowało nam tematów. Dowiedziałem się, że urodziła się prawie tego samego dnia co moja siostra – były tylko trzy dni różnicy.

– Czy mogę cię naszkicować? – zapytałem.

– Teraz? Tutaj?

Rozejrzała się dookoła. Właśnie zamówiliśmy deser.

– Skończę, zanim przyniosą deser – powiedziałem.

– W takim razie chyba możesz – odrzekła, nie całkiem przekonana.

Wyciągnąłem z torby mały szkicownik, który zawsze nosiłem przy sobie, i szybko naszkicowałem jej twarz ołówkiem 2B. Zgodnie z obietnicą skończyłem, zanim przyniesiono deser. Oczywiście najważniejsze były oczy. Właśnie oczy najbardziej chciałem narysować. Kryła się w nich głębia świata poza czasem.

Pokazałem szkic. Chyba jej się spodobał.

– Jest pełen życia.

– Bo ty jesteś pełna życia – powiedziałem.

Długo przyglądała się rysunkowi, chyba go podziwiając. Jakby patrzyła na samą siebie, której nie znała.

– Jeśli ci się podoba, weź go sobie.

– Naprawdę mogę go zatrzymać? – zapytała.

– Oczywiście. To tylko szybki szkic.

– Dziękuję.

Potem byliśmy jeszcze na kilku randkach, aż zostaliśmy parą. Bardzo naturalnie do tego doszło. Tylko moja poprzednia dziewczyna była w szoku, że koleżanka odbiła jej chłopaka. Prawdopodobnie miała w planach małżeństwo ze mną. Nic więc dziwnego, że była wściekła (tak czy inaczej, raczej bym się z nią nie ożenił). Moja przyszła żona również miała wtedy chłopaka i to też okazało się problemem. Było też kilka innych przeszkód, ale po pół roku zostaliśmy małżeństwem. Zrobiliśmy tylko niewielką imprezę dla przyjaciół i wprowadziliśmy się do mieszkania w Hiroo. Należało do jej wuja, który stosunkowo tanio je nam wynajął. W jednym niewielkim pokoju zrobiłem pracownię i tam zająłem się profesjonalnie malowaniem portretów. To już nie było tylko tymczasowe zajęcie. Po ślubie potrzebowałem stałych dochodów, a nie znałem innego sposobu zarabiania rozsądnych pieniędzy prócz malowania portretów. Żona dojeżdżała z tego mieszkania do biura architektonicznego w Yotsuya Sanchōme, więc to ja wziąłem na siebie zajmowanie się domem, skoro i tak w nim pracowałem, ale nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Nigdy nie czułem niechęci do prac domowych, a poza tym były rozrywką, pozwalającą mi oderwać się od pracy nad portretami. O wiele przyjemniej było zajmować się gospodarstwem, niż codziennie dojeżdżać do jakiejś firmy i tkwić przy biurku nad jakąś narzuconą z góry pracą.

Myślę, że w ciągu pierwszych lat małżeństwo dawało nam poczucie spokoju i zadowolenia. Wkrótce życie nabrało przyjemnego rytmu, a my naturalnie się do niego dostosowaliśmy. W weekendy i wolne dni przerywałem pracę nad obrazami i we dwoje gdzieś się wybieraliśmy. Czasami chodziliśmy na wystawy, niekiedy jeździliśmy za miasto na piesze wycieczki. Zdarzało się też, że wędrowaliśmy bez celu po mieście. Prowadziliśmy poufałe rozmowy, opowiadając sobie nawzajem o swoim życiu – takie regularne rozmowy stały się dla nas ważne. Nie ukrywaliśmy przed sobą niczego, co nas spotkało, szczerze o wszystkim mówiliśmy. Wymienialiśmy się poglądami i wrażeniami.

Ale jedną rzecz przed nią ukryłem. A mianowicie to, że jej oczy tak bardzo przypominały mi siostrę, która umarła, mając dwanaście lat, i że to właśnie one najbardziej mnie urzekły. Gdyby nie te oczy, nie starałbym się o nią tak żarliwie. Ale czułem, że lepiej tego nie mówić, i do końca nigdy nawet o tym nie wspomniałem. Była to jedyna tajemnica, z którą się przed nią nie zdradziłem. Nie wiem, jakie tajemnice ona ukrywała przede mną – bo prawdopodobnie jakieś ukrywała.

Żona miała na imię Yuzu. Yuzu, jak ten owoc cytrusowy używany do przyprawiania potraw. Czasami gdy leżała w moich ramionach, żartobliwie nazywałem ją Sudachi[2]. Szeptałem jej to imię do ucha. Za każdym razem śmiała się, ale na pół poważnie też się gniewała.

– Nie Sudachi, tylko Yuzu. Niby podobne, ale nie takie same – mówiła.

Kiedy sprawy zaczęły przybierać zły obrót? Rozmyślałem nad tym ciągle, jeżdżąc od jednej przydrożnej restauracji do drugiej, od jednego taniego hotelu do następnego, przenosiłem się z miejsca na miejsce tylko po to, żeby się poruszać. Lecz nie potrafiłem ustalić, kiedy nasz związek zaczął się rozwijać w złym kierunku. Cały czas byłem przekonany, że wszystko dobrze się między nami układa. Oczywiście jak każde małżeństwo mieliśmy kilka nierozwiązanych problemów i czasami się kłóciliśmy. Myślę, że największym konkretnym problemem było to, czy powinniśmy się zdecydować na dziecko, czy nie. Ale mieliśmy jeszcze trochę czasu, zanim nadejdzie chwila wymagająca podjęcia jakiejś decyzji. Jednak nie licząc takich kwestii (czyli spraw, których rozstrzygnięcie dało się odłożyć na później), w zasadzie wiedliśmy normalne, zdrowe życie małżeńskie, byliśmy dopasowani pod względem psychicznym i fizycznym. Zasadniczo wierzyłem w to do samego końca.

Dlaczego udało mi się być takim optymistą? A raczej takim głupcem? Muszę mieć jakiś rodzaj wrodzonej ślepoty, jakieś martwe pole. Prawie zawsze coś przegapiam. I to coś jest zawsze najważniejsze.

Rano po odwiezieniu żony do pracy zajmowałem się malowaniem, dopóki nie minęło południe. Wtedy jadłem coś, szedłem na spacer, po drodze robiłem zakupy, a późnym popołudniem zabierałem się do przygotowania obiadu. Dwa czy trzy razy w tygodniu chodziłem na basen w pobliskim klubie sportowym. Kiedy żona wracała, podawałem obiad. Razem piliśmy piwo albo wino. Jeżeli mówiła: „Dziś muszę zostać po godzinach, więc zjem coś niedaleko firmy”, siadałem samotnie przy stole i zjadałem coś nieskomplikowanego. Nasze sześcioletnie małżeństwo składało się, z grubsza biorąc, z serii takich dni. Mnie w tym niczego specjalnie nie brakowało.

Pracy w biurze architektonicznym było dużo i żona często zostawała po godzinach. Coraz częściej jadałem obiady sam. Zdarzało się, że wracała prawie o północy. „Ostatnio mam więcej pracy”, wyjaśniała. Powiedziała, że odszedł z biura jeden kolega i ona musi przejąć jego zamówienia. Biuro jakoś nie zatrudniało nikogo nowego. Kiedy wracała późno, bywała bardzo zmęczona, brała prysznic i szła prosto do łóżka. Przez to bardzo rzadko uprawialiśmy seks. Czasami zdarzało się też, że nie nadążała z pracą i musiała iść do biura w wolne dni. Ja oczywiście brałem jej wyjaśnienia za dobrą monetę. Bo nie miałem żadnego powodu, żeby w nie wątpić.

A może naprawdę wcale nie pracowała po godzinach? Kiedy ja sam jadłem kolację, może spędzała intymne chwile z kochankiem w jakimś hotelowym łóżku?

Żona była z natury towarzyska. Wyglądała na poważną osobę, ale była bystra, bardzo inteligentna i czasem potrzebowała znaleźć się w licznym towarzystwie. A ja byłem kimś, kto nie mógł jej stworzyć takich okazji. Dlatego często chodziła z bliskimi koleżankami gdzieś na kolację (miała wielu znajomych) albo po pracy z kolegami na drinka (miała mocniejszą głowę ode mnie). Nie miałem nigdy pretensji o to, że przyjemnie spędza czas beze mnie. Może nawet ją do tego zachęcałem.

Na dobrą sprawę mój związek z siostrą był podobny. Nigdy nie lubiłem nigdzie chodzić. Po powrocie ze szkoły szedłem do swojego pokoju i czytałem albo malowałem. W porównaniu ze mną siostra była towarzyska i aktywna. Dlatego myślę, że na co dzień nasze zainteresowania i działania rzadko się ze sobą pokrywały. Ale dobrze się nawzajem rozumieliśmy i szanowaliśmy swoje różne charaktery. I – co może było rzadkie między starszym bratem i młodszą siostrą w tamtych czasach – rozmawialiśmy poważnie na różne tematy. Na piętrze był taras do suszenia bielizny, chodziliśmy tam i latem, i zimą i gadaliśmy w nieskończoność. Szczególnie lubiliśmy śmieszne historie. Często opowiadaliśmy sobie dowcipy i tarzaliśmy się ze śmiechu.

Może nie tylko z tego powodu, ale czułem się po prostu spokojny w takim układzie z żoną. Swoją rolę w małżeństwie – milczącego i wspierającego partnera – uważałem za naturalną i oczywistą. Ale może Yuzu tak nie myślała? Może w naszym małżeństwie jej czegoś brakowało? Miałem zupełnie inny charakter niż miały siostra i żona. No i oczywiście nie byłem już nastoletnim chłopcem.

Kiedy skończył się kwiecień i nadszedł maj, poczułem znużenie codzienną jazdą samochodem. Miałem też dość niekończącego się rozmyślania o tym samych sprawach. Pytania wciąż się powtarzały, ale nie znajdowałem żadnych odpowiedzi. Od ciągłego siedzenia w samochodzie zaczęło mnie boleć w krzyżu. Peugeot 205 był samochodem dla mas, więc siedzenia nie były szczególnie dobrej jakości, zawieszenie też coraz bardziej szwankowało. Poza tym, ponieważ przez długi czas wpatrywałem się w odbijającą słońce drogę, zacząłem odczuwać chroniczny ból gałek ocznych. Na dobrą sprawę już od półtora miesiąca prawie bez przerwy przemieszczałem się niecierpliwie z miejsca na miejsce, jakby mnie coś goniło.

W górach blisko granicy dzielącej prefekturę Miyagi od Iwate znalazłem prowincjonalne uzdrowisko i tam postanowiłem zrobić przerwę w podróży. Było to mało znane uzdrowisko w dolinie w głębi gór, przyjeżdżali do niego mieszkańcy tych okolic na długie kuracje. Ceny były niskie i można było sobie samemu przygotowywać proste posiłki we wspólnej kuchni. Brałem tyle kąpieli, ile dusza zapragnie, i spałem do upojenia. Przeszło mi zmęczenie jazdą samochodem, leżąc na macie, czytałem książki. Kiedy czułem się tym znudzony, wyciągałem z torby szkicownik i rysowałem. Po raz pierwszy od dawna miałem na to ochotę. Najpierw rysowałem kwiaty i drzewa w ogrodzie, potem króliki, które tam hodowano. Były to szybkie rysunki ołówkiem, ale wszyscy je podziwiali. Potem na prośbę różnych osób zacząłem szkicować ich twarze. Gości z gospody, pracowników, osób, które akurat tam wpadły. Ludzi, których pewnie miałem nigdy więcej nie spotkać. Jeżeli portretowany sobie tego życzył, ofiarowywałem mu rysunek.

Już czas wracać do Tokio, pomyślałem. Nie mogę tak w nieskończoność nic nie robić, to do niczego nie doprowadzi. Poza tym znów chciałem malować. Nie portrety na zamówienie ani proste szkice – pragnąłem poważnie zabrać się do malowania dla siebie. Nie wiedziałem, czy mi się uda, ale musiałem zrobić ten pierwszy krok.

Miałem zamiar wsiąść do peugeota i wrócić prosto do Tokio przez region Tōhoku, ale przed miastem Iwaki na drodze numer 6 samochód wyzionął ducha. Pękł przewód paliwowy, więc nie mogłem uruchomić silnika. Przez cały ten czas ani razu nie zrobiłem przeglądu. Nie mogłem mieć o nic pretensji. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że samochód zepsuł się bardzo blisko warsztatu, w którym pracował życzliwy mechanik. Powiedział, że trudno tu byłoby znaleźć części zamienne do starego peugeota, a sprowadzenie ich zajęłoby dużo czasu. Nawet gdyby go naprawił, zaraz zepsułoby się coś innego. Pasek klinowy na wykończeniu, klocki hamulcowe prawie do końca zużyte. Zawieszenie się telepie.

– Dobrze panu radzę. Lepiej go poddać eutanazji – powiedział.

Smutno było mi się żegnać z peugeotem, który towarzyszył mi w podróży przez półtora miesiąca i miał teraz dodatkowych sto dwadzieścia tysięcy na liczniku, ale musiałem go porzucić. Zamiast mnie to samochód wydał ostatnie tchnienie.

W podziękowaniu za pomoc w pozbyciu się go dałem mechanikowi namiot, śpiwór i sprzęt campingowy. Na koniec zrobiłem ostatni szkic peugeota 205, zarzuciłem torbę na ramię, wsiadłem do pociągu linii Jōban i wróciłem do Tokio. Zadzwoniłem z dworca do Masahika Amady i krótko wyjaśniłem swoją sytuację. Mam problemy w małżeństwie, przez pewien czas podróżowałem, ale właśnie wróciłem do Tokio. W tej chwili nie mam się gdzie podziać. Zapytałem, czy wie o jakimś miejscu, gdzie mógłbym się tymczasowo zatrzymać.

Powiedział, że ma dom, który będzie się świetnie do tego nadawał. Jego ojciec długo tam mieszkał, ale musiał się przenieść do domu opieki na wyżynie Izu i dom od pewnego czasu stał pusty. Nie musiałbym nic kupować, jeśli się sprowadzę, bo są tam meble i wszystkie potrzebne sprzęty. Miejsce jest niezbyt dogodne, ale telefon jeszcze działa. Jeżeli mi to odpowiada, to mogę tam trochę pomieszkać.

Powiedziałem, że ta okazja spada mi jak z nieba. Naprawdę spadła mi jak z nieba.

I tak zaczęło się moje nowe życie w nowym miejscu.

Rozdział 3To, co widzę w lustrze, to tylko zwykłe odbicie

W kilka dni po przeprowadzce do domu w górach nieopodal Odawary skontaktowałem się z żoną. Udało mi się dodzwonić dopiero za piątym razem. Chyba nadal miała dużo pracy i późno wracała. A może się z kimś wieczorami spotykała? Ale, tak czy inaczej, już mnie to nie dotyczyło.

– Słuchaj, gdzie ty jesteś? – zapytała Yuzu.

– Mieszkam na razie w domu Amady pod Odawarą – powiedziałem i krótko wyjaśniłem okoliczności, które do tego doprowadziły.

– Dzwoniłam wiele razy na twoją komórkę.

– Już nie mam komórki – powiedziałem. Moja komórka pewnie dopływała teraz do Morza Japońskiego. – Chciałbym niedługo wpaść po swoje rzeczy, dobra?

– Masz jeszcze klucze, prawda?

– Mam.