Ślubny skandal - Julia Quinn - ebook + audiobook + książka

Ślubny skandal ebook i audiobook

Julia Quinn

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

59 osób interesuje się tą książką

Opis

Czasem żeby stanąć przed ołtarzem, trzeba postawić wszystko

na jedną kartę

W przeciwieństwie do większości znanych mu mężczyzn Gregory Bridgerton wierzy w prawdziwą miłość. Jest też przekonany, że kiedy spotka kobietę marzeń, natychmiast ją rozpozna. I tak się właśnie stało. Tylko że…

Że to nie ta jedyna. Urocza panna Hermiona Watson jest zakochana w kimś innym. Jednak jej najbliższa przyjaciółka, zawsze rozsądna lady Lucinda Abernathy, chce uratować Hermionę przed katastrofalnym związkiem, więc proponuje Gregory’emu pomoc w zdobyciu jej serca. W międzyczasie jednak Lucy się zakochuje. W Gregorym! Tylko że…

Lucy jest zaręczona, a jej wuj nie ma zamiaru pozwolić jej na zerwanie zaręczyn, nawet kiedy Gregory w końcu odzyskuje rozum i uświadamia sobie, że jego serce bije dla Lucy, jej błyskotliwości i promiennego uśmiechu. Teraz zaś, w drodze na ślub, Gregory musi sprawić, że kiedy przyjdzie do pocałowania panny młodej, będzie jedynym mężczyzną stojącym przy ołtarzu …

„Jeśli dotąd nie czytaliście romansów, zacznijcie od tego!"

„Washington Post”

„Po prostu zachwycająca powieść, pełna uroku i skrząca się humorem na każdej stronie”.

„ Kirkus Reviews”

SERIAL NA PODSTAWIE CYKLU BRIDGERTONOWIE DOSTĘPNY W SERWISIE NETFLIX!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 408

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 47 min

Lektor: Agnieszka Krzysztoń

Oceny
4,3 (540 ocen)
292
148
74
21
5
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mag_ja

Z braku laku…

Najnudniejsza spośród wszystkich 8 tomów związanych z rodzeństwem Bridgertonów.
10
jotmona

Z braku laku…

Gregory, ostatni z rodzeństwa, został potraktowany po macoszemu. I bynajmniej nie przez matkę Violet, ale przez stwórczynię Julię Quinn. Historia mogła okazać się strzałem w dziesiątkę, było tu wiele klasycznych zagrań dla tego gatunku: złudne zauroczenie od pierwszego wejrzenia, piękna przyjaciółka, w której cieniu nasza Lucy stała przez większość czasu, pomoc Gregoremu w zdobywaniu serca Hermiony i zakochanie się w tej, której się nie dostrzegało. Dodatkowo kilka podstępów, skandali, namiętność i bal maskowy. Wszystko to powinno dać, conajmniej, przyzwoity romans, ale tutaj wszystko jest przekombinowane. Sam początek historii zaczynający się od ślubu, uczucia jakieś przegadane, porywy namiętności jakieś bezbarwne, a sam bohater, pomimo całkiem przyjemnego charakteru, traktowany przez wszystkich jak dziecko. Julia, to mogło zagrać. No właśnie, mogło.
00
justyna_klw

Nie polecam

Przebrnęłam... poprzednie tomy były przewidywalne, lecz urocze. Ten niestety rozczarowuje - brakiem akcji, charakteru bohaterów, pomysłu. Dla relaksu przyjemniejsza byłaby ponowna lektura o starszych braciach ;)
00
Ironsword1983

Nie oderwiesz się od lektury

jak zwykle nie zawodzi
00
Erristen

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




Julia Quinn Ślubny skandal Tytuł oryginału On the Way to the Wedding ISBN Copyright © 2006 by Julie Cotler Pottinger On the Way to the Wedding: The 2nd Epilogue copyright © 2009 by Julie Cotler PottingerAll rights reserved Copyright © for the Polish edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2022  Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp. z o.o. Ślubny skandal: Drugi epilog przełożyła Katarzyna Krawczyk Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Cover photo © Ilina Simeonova/Trevillion Images Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Lyssy Keusch.

Za to, że jest moją redaktorką.

I za to, że jest moją przyjaciółką.

A także dla Paula.

Za to, że jest.

Prolog

Londyn, niedaleko kościoła Świętego Jerzego na Hanover Square, lato 1827

Jego płuca płonęły.

Gregory Bridgerton biegł ulicami Londynu, ciężko dysząc. Nie zważał na zdumione spojrzenia przechodniów.

Kierował nim jakiś dziwny, lecz potężny rytm — raz, dwa, trzy, cztery. Jego głowę zaprzątała tylko jedna myśl.

Kościół.

Musi dotrzeć do kościoła.

Musi przeszkodzić temu ślubowi.

Jak długo już biegł? Minutę? Pięć minut? Nie wiedział. Nie potrafił myśleć o niczym prócz tego, co miał zrobić.

Musi dotrzeć do kościoła. Ślub miał się zacząć o jedena­stej. Ślub, który nie powinien się w ogóle odbyć, nawet jeśli ona się zgodziła! Trzeba temu przeszkodzić. Za wszelką cenę. Nie wiedział, jak tego dokona, ale ona brała teraz ślub, choć nie powinna była go brać.

I wiedziała o tym.

Należała do niego. Należeli do siebie. Przecież wiedziała! Do licha, wiedziała!

Jak długo może trwać ceremonia? Pięć minut? Dziesięć? Dwadzieścia? Nigdy przedtem nie zwracał na to uwagi, a już na pewno nie patrzył wówczas na zegarek.

Nie przypuszczał, że kiedyś będzie od tego zależeć jego szczęście.

Jak długo już biegnie? Dwie minuty? Dziesięć?

Skręcił ostro w Regent Street. Mruknął coś, co miało znaczyć „przepraszam”, gdy wpadł na jakiegoś wytwornie odzianego pana i wytrącił mu z rąk paczkę. Kiedy indziej za­trzymałby się, żeby mu pomóc. Ale nie dziś, nie tego ranka.

Nie teraz.

Kościół! Nie mógł myśleć o niczym innym. Nie mógł…

Do licha! O mało nie wpadł pod powóz, który przeciął mu drogę. Zatrzymał się. Jego ciało było udręczone — chwytał wielkimi haustami powietrze, próbując ulżyć obolałym płucom.

Powóz przejechał i Gregory znów rzucił się przed siebie. Już blisko! Zdąży! Odkąd wybiegł z domu, minęło najwyżej pięć, może sześć minut. Choć czuł się tak, jakby to było pół godziny.

Musi wstrzymać ten ślub. Nie powinien się w ogóle odbyć.

Już widział kościół, jego wyniosłą szarą wieżę na tle jasnobłękitnego nieba. Ktoś porozwieszał kwiaty na latarniach. Nie wiedział jakie. Były żółte i białe. Przeważnie żółte. Ster­czały zawadiacko na wszystkie strony z koszyczków. Wyglą­dały pięknie. A przecież to wcale nie był radosny dzień. Nie należało go świętować.

Chciał zapobiec katastrofie.

Zwolnił, by wbiec po stopniach. Nie chciał się przewrócić. Szarpnął z całej siły drzwi i ledwie usłyszał trzask, gdy uderzyły o mur. Może powinien się zatrzymać, żeby nabrać tchu. Może lepiej byłoby wejść tam spokojnie, zorientować się w sytuacji, ocenić, od jak dawna trwa uroczystość.

W kościele zapadła głucha cisza. Pastor urwał w pół sło­wa. Wszyscy zaczęli się odwracać — aż w końcu każda już twarz patrzyła w tył.

Ku niemu.

— Nie… — zaczął, lecz był tak zdyszany, że ledwo dosłyszał własne słowa.

— Nie… — powtórzył, tym razem głośniej, i chwycił się kur­czowo oparcia jednej z ławek, bo się zachwiał.

— Nie rób tego!

Nic nie powiedziała, ale ją widział. Widział, jak otwiera usta, zaskoczona. Spostrzegł, że bukiet ślubny wyślizguje jej się z rąk. I wiedział, o Boże, wiedział, że jej także zaparło dech.

Jak pięknie wyglądała! Złotawe włosy zdawały się lśnić i promieniować blaskiem. To dodało mu sił. Wyprostował się, nadal ciężko dysząc, ale mógł już puścić oparcie ławki i pójść prosto przed siebie.

— Nie rób tego — poprosił, zbliżając się do niej. Wiedział, czego chce.

Wiedział, co powinno teraz nastąpić.

Wciąż się nie odzywała. W całym kościele panowała cisza. Dziwne. Ze trzy setki największych plotkarzy z całego Lon­dynu jest w tym wnętrzu i nikt nie piśnie ani słowa? Wszyscy na niego patrzyli, kiedy szedł wzdłuż nawy.

— Kocham cię — powiedział tak, żeby go usłyszeli. Nie by­ło powodu, by zachowywał to dla siebie. Nie chciał się z tym kryć. Nie pozwoli, żeby wyszła za innego. Niech wiedzą, że jego serce należy do niej.

— Kocham cię — powtórzył. Kątem oka dostrzegł swoją matkę i siostrę siedzące sztywno w pierwszym rzędzie. Miały usta otwarte ze zdumienia.

Przeszedł przez całą nawę, z każdym krokiem nabierając coraz większej pewności siebie.

— Nie wychodź za niego — powiedział, zbliżając się do apsydy.

— Gregory — wyszeptała. — Dlaczego to robisz?

— Bo cię kocham — odparł. Tylko tyle miał do powiedzenia. Nic innego się nie liczyło.

Oczy jej rozbłysły. Słowa uwięzły w gardle. Spojrzała na mężczyznę, którego miała właśnie poślubić, ten zaś uniósł jedynie brwi i ledwo dostrzegalnie wzruszył ramie­niem, jakby mówił: „Wybór należy do ciebie”.

Gregory przykląkł na jedno kolano.

— Wyjdź za mnie — powiedział, wkładając całą duszę w te słowa. — Za mnie.

Wstrzymał oddech. Wszyscy w kościele zrobili to samo.

Spojrzała na niego rozszerzonymi, jasnymi oczami, a jemu w tej chwili wszystko wydało się nagle dobre, miłe i szczere.

— Wyjdź za mnie — wyszeptał po raz ostatni.

Wargi jej drżały, lecz słowa zabrzmiały wyraźnie, gdy od­powiedziała…

Rozdział 1

W którym nasz bohater się zakochuje

Dwa miesiące wcześniej

Gregory Bridgerton, w przeciwieństwie do większości zna­nych mu mężczyzn, wierzył w prawdziwą miłość.

Byłby głupcem, gdyby w nią wątpił.

Przecież wszyscy z jego rodzeństwa — Anthony (najstarszy z braci) i Daphne (najstarsza z sióstr) oraz Benedict i Colin, nie mówiąc już o siostrach, Eloise, Francesce oraz (nieznośnej, ale szczerej) Hiacyncie — byli wprost szaleńczo (i szczęśliwie) zakochani w swoich żonach i mężach.

Większość mężczyzn podobna sytuacja wpędziłaby w zgorzkniałość, lecz Gregory — od urodzenia pogodny, choć od czasu do czasu (zdaniem jego najmłodszej siostry) irytujący — był zdania, że po prostu musi wierzyć w coś tak oczywistego:

Miłość istniała.

Nie była bynajmniej tworem imaginacji, który miał uchro­nić poetów przed śmiercią głodową. Wprawdzie nie dało się jej ujrzeć, dotknąć ani powąchać, lecz istniała. Prędzej czy później spotka tę wyśnioną i jedyną, było to tylko kwestią czasu. Potem zamierzał się urządzić, spłodzić mnóstwo dzieci i mieć różne dziwne hobby, jak papier mâché czy kolekcjonowanie tarek do gałki muszkatołowej.

Chociaż, jeśli już koniecznie chciałoby się postawić krop­kę nad „i” — co mogłoby uchodzić za zbyt drobiazgowe, jak na tak abstrakcyjne pojęcie — marzenia te nie dotyczyły jakiejś konkretnej kobiety. A w każdym razie nie miała ona dokład­nych i możliwych do określenia cech. Wcale nie wiedział, jaka właściwie ma być ta jedyna i wymarzona, która przeobrazi cał­kowicie jego życie, przeistaczając go w człowieka szczęśliwego. Nie miał pojęcia, czy będzie niska, wysoka, ciemnowłosa, czy o blond lokach. Lubił ją sobie wyobrażać jako osobę inteli­gentną i obdarzoną subtelnym poczuciem humoru. Co poza tym? Mogła być nieśmiała albo odważna. Mogła lubić śpiew albo go nie znosić. Mogła też uwielbiać jazdę konną i mieć cerę ogorzałą od zbyt częstego przebywania na świeżym powietrzu.

Jeśli chodziło o tę niezwykłą, wspaniałą i nieistniejącą na razie kobietę, wiedział tylko tyle, że gdy ją spotka, to bez wąt­pienia wszystkiego się o niej dowie.

Nie miał wprawdzie pojęcia jak… No, ale w końcu jakoś się dowie! Owa zadziwiająca osoba, która miała odmienić jego życie, nie oblekła się jeszcze w realny kształt, ale to na pewno nastąpi. Pozostawało tylko pytanie — kiedy?

Na razie jednak nie widział powodu, aby przed poznaniem owej kobiety odmawiać sobie czegokolwiek. Czy koniecznie trzeba żyć jak mnich, czekając na jedyną, prawdziwą miłość?

Gregory był typowym londyńczykiem. Miał pewne do­chody, chociaż niewysokie. Otaczali go przyjaciele i dobrze wiedział, o jakie stawki może grać w karty. Uważany był za niezłą partię, choć nie za jednego z czołowych kandydatów do ożenku (czwarty syn nigdy nie miał szczególnego wzięcia na rynku matrymonialnym). Mimo to matrony z towarzy­stwa zawsze uznawały go za pożądanego gościa na obiedzie, zwłaszcza gdy należało zaokrąglić liczbę zaproszonych osób.

Może powinien mieć poważniejszy cel w życiu, jakieś konkretne zamiłowanie, ważne zadanie do wypełnienia. Ale to mogło przecież poczekać! Gregory był pewien, że z czasem wszystko się wyklaruje i wkrótce będzie wiedział, co chce robić i jak, ale na razie…

Na razie, niestety, nie bawił się zbyt dobrze. W każdym razie nie w tej chwili. Siedział w skórzanym fotelu, raczej wy­godnym. Ten brak niewygody skłaniał go do snucia marzeń, co z kolei powodowało, że nie słuchał uważnie wywodów brata. Brat bowiem, co warto podkreślić, stał mniej więcej półtora jarda od niego i mówił, wciąż mówił o tym i owym. W tej przemowie nieustannie przewijały się, w różnych konfigura­cjach, słowa „obowiązek” i „odpowiedzialność”.

Gregory nie słuchał go zbyt pilnie. Rzadko to zresztą robił. No, może czasami, ale…

— Gregory! Gregory!

Spojrzał na brata, mrugając. Anthony stał z rękami skrzyżowanymi na piersi, co nie wróżyło niczego dobrego. Od ponad dwudziestu lat nosił ty­tuł wicehrabiego i choć był najlepszym bratem — co Gregory przyznałby pierwszy bez wahania — z powodzeniem mógłby tego dnia odgrywać rolę srogiego feudalnego pana.

— Przepraszam, że przerywam ci rozmyślania — upomniał go raczej cierpko — słyszałeś, co do ciebie mówiłem?

— Mówiłeś o pracowitości — powiedział potulnie Gregory. — I o tym, żebym coś ze sobą zrobił.

— Istotnie — odparł Anthony, a Gregory pogratulował sobie intuicji. — Najwyższy czas, żebyś coś zrobił ze swoim życiem.

— Oczywiście — mruknął młodszy z braci smętnie, głównie dlatego, że nie zdążył na obiad. Był głodny. W dodatku słyszał, że bratowa podała przed chwilą lekki posiłek w ogrodzie. No i sprzeczanie się z Anthonym nigdy nie miało najmniejszego sensu.

— Musisz się zmienić, nadać życiu nowy kierunek.

— Zaiste… — Może to sandwicze? Mógłby śmiało zjeść ze czterdzieści tych malusieńkich, apetycznych kromeczek.

— Gregory!

Wiedział, że gdy brat zaczyna mówić takim tonem, trzeba go słuchać uważnie.

— No… owszem — odparł. Dziwne, jak to krótkie wyraże­nie pomaga odwlekać właściwą odpowiedź. — Chyba wybiorę stan duchowny.

Anthony zamilkł. Po prostu go zamurowało. Gregory urwał, delektując się tą chwilą, choć nie zamierzał z tej przy­czyny naprawdę zostać jakimś tam pastorem.

— Co takiego? — zdołał w końcu wyszeptać Anthony.

— Nie mam wielkiego wyboru — westchnął Gregory i zaraz potem zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy tego nie powiedział. Własne słowa wydały mu się tym samym bardziej autentyczne i przekonujące. — Wojsko albo duchowieństwo — ciągnął. — A wszystkim wiadomo, że fatalnie strzelam.

Anthony nie odpowiedział. Trudno zaprzeczyć prawdzie. Po chwili kłopotliwej ciszy wymamrotał:

— Jest jeszcze biała broń.

— Tak. Ale mam pecha i pewnie wysłano by mnie do Suda­nu. — Gregory się wzdrygnął. — Wprawdzie nie lubię grymasić, ale ten upał! Czy chciałbyś się tam znaleźć?

— Z pewnością nie! — potwierdził bez wahania brat.

— No i — dodał Gregory, który zaczął się naprawdę dobrze bawić — co by na to powiedziała nasza matka?

— A… co ona może mieć wspólnego z Sudanem? — spytał po chwili Anthony.

— Z pewnością nie chciałaby, żebym tam jechał, a poza tym musiałbyś ją pocieszać za każdym razem, gdyby się mną zamartwiała z powodu koszmarów sennych…

— Wystarczy! — przerwał mu brat.

Gregory uśmiechnął się w duchu. Nie było to zbyt piękne względem matki, która nigdy nie narzekała na złe przeczucia, z pewnością jednak byłaby wściekła, gdyby się znalazł w Su­danie. Anthony musiałby wtedy wysłuchiwać jej utyskiwań. Ale że Gregory wcale się nie kwapił do opuszczenia mglistego Albionu, cała ta rozmowa i tak nie miała sensu.

— W porządku — odparł Anthony. — Rad jestem, że wreszcie poruszyliśmy ten temat.

Gregory zerknął na zegar.

Brat odkaszlnął, a potem dodał z lekkim zniecierpliwieniem:

— Jak również z tego, że wreszcie zechciałeś pomyśleć o swojej przyszłości.

Gregory zacisnął zęby.

— Mam dopiero dwadzieścia sześć lat. Chyba nie trzeba mi ciągle powtarzać „wreszcie”.

Anthony zmarszczył lekko brwi.

— Czy mam pomówić z arcybiskupem, żeby znalazł ci parafię?

Gregory nieoczekiwanie dostał napadu nerwowego kaszlu.

— Ach, nie — powiedział, gdy już był w stanie się odezwać. — Przynajmniej… jeszcze nie teraz.

Anthony uśmiechnął się nieznacznie, kącikiem ust, choć trudno to było właściwie uznać za uśmiech.

— Możesz się też ożenić — dodał łagodniej.

— Mogę — zgodził się Gregory. — I zamierzam tak zrobić.

— Naprawdę?

— Gdy tylko spotkam odpowiednią kobietę. — A potem, widząc pełną niedowierzania minę Anthony’ego, dodał: — Z pewnością doradzałbyś mi małżeństwo z miłości, nie z roz­sądku.

Gregory wiedział, że te słowa nie rozzłoszczą brata. Anthony słynął bowiem z wielkiego oddania żonie, a ta darzyła go bezgranicznym uczuciem. Starszy brat był niezwykle przy­wiązany do siedmiorga młodszego rodzeństwa.

— Życzę ci równie wielkiego szczęścia, jakie ja sam zna­lazłem — odparł.

Gregory’emu głośno zaburczało w brzuchu. Wybawiło go to od konieczności odpowiedzi.

— Przepraszam. Spóźniłem się na obiad — wyjaśnił z za­żenowaniem.

— Wiem. Spodziewaliśmy się ciebie wcześniej.

Młodzieniec w ostatniej chwili zdołał się ustrzec od zro­bienia kwaśnej miny.

— Kate się zmartwiła — dodał brat.

To było najgorsze. Nieważne, że Anthony poczuł się do­tknięty. Ale gdy chodziło o jego żonę…

Gregory wiedział, że dopiero teraz ma prawdzi­wy kłopot.

— Za późno wyjechałem z Londynu — wybąkał.

Była to prawda, ale nie stanowiła żadnego usprawiedliwienia dla gafy. Spodziewano się go na obiedzie, a on zawiódł oczekiwania. Już miał powiedzieć: „Jakoś jej to wynagrodzę”, lecz w porę ugryzł się w język. Tylko by wszystko pogorszył. Zupełnie jakby zlekceważył spóźnienie i chciał zbyć wykroczenie uśmieszkiem lub gładką wymówką. Często tak zresztą bywało. Ale tym ra­zem wolał tego nie robić. Odparł jedynie:

— Bardzo żałuję. — I rzeczywiście żałował.

— Kate jest w ogrodzie — mruknął niechętnie Anthony. — Zdaje się, że urządziła tańce. Na patio, wyobraź sobie.

Gregory uśmiechnął się ze zrozumieniem. Było to coś całkiem w guście bratowej. Co chwila miała nieoczekiwane pomysły. A że pogoda okazała się niezwykle ładna, dlaczego nie potańczyć na świeżym powietrzu?

— Pamiętaj, żebyś tańczył z pannami, które ci wskaże — dodał Anthony. — Kate nie zniesie, żeby choć jedna młoda dama czuła się zaniedbywana.

— Rozumiem.

— Dołączę do was za jakiś kwadrans. — Anthony ponownie zasiadł za biurkiem, gdzie czekały na niego stosy papierów. — Muszę coś dokończyć.

Gregory wstał.

— Pójdę do Kate. — Zasadnicza rozmowa najwyraźniej dobiegła kresu. Zszedł do ogrodu.

Ostatni raz bawił w Aubrey Hall, rodowej siedzibie Bridgertonów, dawno temu. Owszem, cała rodzina zjeżdżała tu na święta Bożego Narodzenia, lecz w gruncie rzeczy nigdy nie był to jego dom. Matka po śmierci ojca postąpiła dość niekon­wencjonalnie — odseparowała się od rodziny i większą część roku spędzała w Londynie. Choć nigdy nie przyznała tego głośno, Gregory zawsze podejrzewał, że piękny, stary pałacyk przywoływał zbyt wiele wspomnień.

W rezultacie on sam czuł się bardziej u siebie, mieszkając w stolicy, a nie na wsi. Spędził zresztą dzieciństwo w londyń­skim Bridgerton House, nie w Aubrey Hall. Lubił tu jednak przyjeżdżać i chętnie korzystał z tutejszych rozrywek — jazdy konnej i pływania (kiedy woda w stawie była dostatecznie cie­pła). Lubił odmianę, jaką ze sobą niosły. Cenił też sobie czyste powietrze i spokój po miesiącach spędzonych w mieście. Ale najważniejsze było to, że mógł to wszystko porzucić, gdy miał już dosyć spokoju i czystego powietrza.

Zabawa odbywała się w południowej części parku. Do­wiedział się tego od kamerdynera, gdy tylko przyjechał. Było to istotnie odpowiednie miejsce — równy teren, widok na staw i obszerne patio z mnóstwem miejsc siedzących dla gości, którzy mieli w sobie mniej wigoru.

Ruszył w tę stronę i już po chwili usłyszał stłumiony gwar, dobiegający spoza francuskich okien. Nie wiedział, jak wiele osób zaprosiła bratowa. Zapewne około dwudziestu, bo zapewniało to atmosferę względnie kameralną, a jednocześnie pozwalało się wymknąć z towarzystwa bez zwracania na siebie uwagi.

Gregory pociągnął nosem, próbując się zorientować, co Kate kazała podać do jedzenia. Oczywiście nie mogło tego być za wiele, skoro goście zjedli już obiad.

To na pewno jakieś ciasto — gdy podszedł do patio, doleciał go słaby zapach cynamonu. Tym się nie naje. Przydałby mu się solidny kawał mięsiwa.

Spóźnił się wszakże, i to wyłącznie z własnej winy, a brat gotów mu suszyć głowę, jeśli zaraz nie dołączy do innych. Muszą mu wystarczyć ciasto i herbatniki.

Owionął go ciepły wietrzyk, gdy wkraczał do pawilonu. Było wyjątkowo gorąco, jak na maj, i wszyscy o tym mówili. Pogoda sprzyjała dobremu nastrojowi. Trudno się było nie uśmiechać. I rzeczywiście, goście, sądząc z ożywionego gwaru, bawili się wspaniale, bo stale rozbrzmiewały jakieś śmiechy.

Gregory rozglądał się zarówno za przekąskami, jak i za znajomymi twarzami, a zwłaszcza za Kate, gdyż grzeczność nakazywała przywitać się z nią jako pierwszą. Przeszedł przez salon i nagle zobaczył… ją.

Tę jedną jedyną.

Od razu wiedział, że to właśnie ta. Zamarł bez ruchu, jak zaczarowany. Nie zaparło mu od razu tchu, tracił go powoli, stopniowo, aż wreszcie nie zostało mu w płucach ani odrobiny powietrza. Stał, stał i nie mógł się napatrzeć.

Nie widział jej twarzy ani nawet profilu, tylko kark — ide­alną linię giętkiej szyi i pukiel jasnych włosów, który opadał na ramię. Przepadłem z kretesem, pomyślał. W każdym zaś razie przepadły dla niego wszystkie inne kobiety. Nigdy jeszcze tak intensywnie, gorąco i z tak przytłaczającą oczywistością nie czuł, że to właśnie ta.

Może było to głupotą, może szaleństwem, ale zapewne i jed­nym, i drugim, lecz tak długo czekał na tę chwilę! Nagle stało się jasne, dlaczego nie wstąpi do wojska ani nie zostanie pastorem. I dlaczego nie skorzysta z tak często ponawianej przez brata oferty objęcia któregoś z mniejszych majątków Bridgertonów.

Czekał. To wszystko, co mógł zrobić. Nawet nie przypusz­czał, że zwlekał ze wszystkimi ważnymi decyzjami w swoim życiu tylko dlatego, że czekał na tę jedną jedyną chwilę.

I wreszcie nadeszła.

Przed nim stała ona.

Gregory rozpoznał ją od razu.

Wiedział.

Przeszedł powoli przez salon, zapominając o jedzeniu i o Kate. Zdawkowo powitał kilka osób, które napotkał po drodze. Musiał się do niej zbliżyć. Musiał ujrzeć jej twarz, wchłonąć zapach perfum, usłyszeć głos…

Wreszcie zatrzymał się niemal tuż przy niej. Bez tchu, wręcz nabożnie w nią wpatrzony, mógł tylko stać obok. Nic więcej. Rozmawiała z jakąś młodą damą, na tyle ożywionym tonem, że zorientował się, iż są zaprzyjaźnione. Nie ruszył się z miejsca, a wtedy ona powoli się odwróciła i zdała sobie sprawę z jego obecności.

Wówczas się uśmiechnął. Łagodnie, dyskretnie. I powiedział…

— Jak się pani miewa?

Lucinda Abernathy, znana przyjaciołom jako Lucy, zdusiła okrzyk zaskoczenia. Odwróciła się ku młodzieńcowi, który znalazł się niespodziewanie tuż za nią. Oczywiście robił słodkie oczy do Hermiony, jak wszyscy mężczyźni, którzy ją poznali.

Przyjaźń z Hermioną Watson była swoistym ryzykiem. Hermiona kolekcjonowała bowiem złamane serca w taki sam sposób, w jaki stary pastor z pobliskiego opactwa kolekcjono­wał motyle.

Tyle tylko, że ona nie wbijała swoich zdobyczy na szpilki. Nie robiła nic, żeby podbijać ich serca, a już z pewnością nie zamierzała żadnego łamać. To się po prostu samo działo. Lucy zdążyła do tego przywyknąć. Hermiona miała jasne, płowe jak len włosy, twarz w kształcie serca i wielkie, szeroko otwarte oczy o zaskakującym odcieniu zieleni.

Lucy natomiast… No, po prostu nie była Hermioną. Wło­sy miała nie tak jasne, sylwetkę mniej smukłą i była również odrobinę niższa. Szaroniebieskie oczy można by uznać za atrak­cyjne, jeśli się ich nie porównywało z oczami Hermiony. Co było trudne, skoro Lucy nigdzie się nie ruszała bez przyjaciółki.

Lucy doszła do tego zaskakującego wniosku pewnego dnia, na lekcji angielskiego w szkole panny Moss dla młodych dam. Obydwie z Hermioną uczyły się tam przez trzy lata. Wydawało się, że ustępowała nieco we wszystkim przyjaciółce, albo — uj­mując to trochę inaczej — nie dorównywała jej.

We własnym mniemaniu była całkiem atrakcyjna, na zdro­wy, angielski sposób. Ale mężczyźni niesłychanie rzadko tracili mowę na jej widok (prawdę mówiąc, nie zdarzyło się to nigdy).

Natomiast Hermiona… No cóż, dobrze, że była taką miłą osobą. Pewnie w innym wypadku nie mogłyby zostać przyjaciółkami. No i istniała jedna jedyna rysa na tym ide­ale. Hermiona nie potrafiła tańczyć. Obojętne, czy chodziło o walca, kadryla czy menueta. W tym, co dotyczyło muzyki i ruchu, Hermiona okazywała się do niczego.

I to właśnie przywracało sprawom jakiś uczciwy ład.

Lucy nie uważała się za osobę specjalnie próżną, a gdyby ktoś ją spytał, zarzekałaby się, że zrobi wszystko, ale to wszystko dla swojej najdroższej przyjaciółki. Widziała jednak pewną spra­wiedliwość w tym, że najpiękniejsza dziewczyna w całej Anglii na parkiecie poruszała się z wdziękiem drewnianego kloca.

A teraz kolejny mężczyzna, przystojny, w miarę wysoki, o kasztanowych włosach i całkiem przyjemnym uśmie­chu, podszedł do nich. Miał również miły błysk w oczach, których koloru nie mogła określić w przyćmionym świetle. Nie widziała ich zresztą, bo nie patrzył na nią, tylko, jak wszyscy inni, na Hermionę.

Lucy uśmiechnęła się uprzejmie, choć nie wiedziała, czy to zauważył. Czekała na ukłon. Po nim miała nastąpić wzajemna prezentacja. Ale młody człowiek zachował się za­skakująco. Przedstawił się — powinna się domyślić, że to ktoś z Bridgertonów — a potem się pochylił i pocałował ją w rękę! Ją, nie Hermionę! Jej dłoń uniósł do ust w drugiej kolejności.

Lucy wstrzymała oddech.

Lecz później, rzecz jasna, domyśliła się, dlaczego to zrobił.

Och, postąpił naprawdę sprytnie. Nic bardziej nie wzru­szało Hermiony niż uprzejmość okazana Lucy.

Tylko że, niestety, serce Hermiony było już zajęte.

Za to Lucy będzie się dobrze bawić, obserwując obydwoje.

— Jestem Hermiona Watson — powiedziała przyjaciółka, a Lucy zrozumiała, że taktyka Bridgertona była jeszcze spryt­niejsza, niż sądziła. Skoro ucałował dłoń Hermiony w drugiej kolejności, to ona musiała mu się przedstawić.

Lucy była pełna uznania. Okazał się inteligentniejszy od pozostałych.

— A to moja droga przyjaciółka — ciągnęła — panna Lucinda Abernathy.

Wypowiedziała te słowa, jak zawsze, z oddaniem i ser­decznością. Może też z lekką dozą desperacji, jakby chciała dać mu do zrozumienia: „Na miłość boską, proszę spojrzeć choćby raz na Lucy”.

Tylko że mężczyźni, oczywiście, nigdy tego nie robili. Chyba że pragnęli rady, jak sobie zjednać i zdobyć Hermionę. W tym wypadku jak najbardziej należało okazywać względy Lucy.

Pan Bridgerton — Gregory Bridgerton, poprawiła się zaraz w myśli, bo istniało jeszcze kilku innych panów Bridgertonów, nie licząc wicehrabiego — zaskoczył ją zwycięskim uśmiechem i życzliwym spojrzeniem.

— Jak się pani miewa, panno Lucindo?

— Bardzo dobrze, dziękuję — odparła i zaraz zapragnęła zapaść się pod ziemię, bo zagapiła się i zająknęła już przy pierw­szym słowie. Była kompletnie zaskoczona, mężczyźni nigdy na nią nie patrzyli, jeśli ich wzrok spoczął na Hermionie. Nigdy!

Czyżby się nią zainteresował?

Nie, niemożliwe.

A jeśli jednak? Cieszyłaby się, oczywiście, gdyby któryś zakochał się do szaleństwa właśnie w niej! Od lat jednak była właściwie zaręczona z lordem Haselbym. Nie potrzebowała zatem namiętnego adoratora. Na cóż by się jej przydał?

Poza tym nie było winą Hermiony, że przyszła na świat z twarzą godną anioła.

Tak więc Hermiona jawiła się wszystkim jako kusząca sy­rena, Lucy zaś była jej zaufaną przyjaciółką i wszystko pozosta­wało w najlepszym porządku. A jeśli nawet nie w najlepszym, to przynajmniej w przewidywalnym.

— Jest pan może jednym z gości? — spytała w końcu, bo żadne z nich się nie odezwało od czasu wygłoszenia obowiąz­kowej formułki „miło mi pana (panią) poznać”.

— Nie, lecz chętnie zakosztuję wiejskich rozrywek. Miesz­kam na stałe w Londynie.

— Doprawdy, ma pan szczęście, że Aubrey Hall pozostaje w posiadaniu pańskiej rodziny — odparła uprzejmie Hermiona — nawet jeżeli należy do brata.

Wtedy upewniła się, że celem Bridgertona była Hermiona. Nieważne, że to dłoń Lucy ucałował jako pierwszą i że patrzył na nią, czekając, aż się odezwie, czego wielu innych młodzieńców wcale by nie zrobiło. Wystarczyło zauważyć, w jaki sposób spojrzał na przyjaciółkę, gdy tylko się odezwała.

Oczy mu rozbłysły, wargi się rozchyliły… Wpatrywał się w nią z taką intensywnością, jakby chciał zaraz porwać Hermionę w ramiona i unieść gdzieś ze sobą, nie zważając na zebranych ani na dobre wychowanie.

Na nią patrzył zupełnie inaczej, w sposób, który można byłoby nazwać uprzejmą obojętnością. Albo może miało to oznaczać: „Dlaczego stoisz mi na drodze?”.

Doprawdy, przykro się rozczarowała. Powinno zresztą ist­nieć jakieś bardziej dobitne słowo na określenie tego uczucia, tylko że ona nie mogła go wymyślić.

— Lucy, Lucy…

Zrozumiała, z lekkim zakłopotaniem, że straciła wątek rozmowy. Hermiona rzuciła jej zaskoczone spojrzenie, prze­chylając głowę w sposób, który mężczyźni najwyraźniej uważali za niezwykle ponętny. Lucy próbowała ją raz naśladować, ale dostała jedynie zawrotu głowy.

— Ach, tak? — szepnęła.

— Pan Bridgerton poprosił mnie do tańca — wyjaśniła przy­jaciółka. — Przeprosiłam, bo, jak wiesz, nie mogę…

Hermiona udawała zwykle, że skręciła akurat kostkę albo że ma katar, co nie pozwala jej wyjść na parkiet. Wszystko by­łoby w porządku, gdyby każdego z adoratorów nie odstępowała Lucy. Na początku jeszcze jakoś to wyglądało, ale potem stało się zbyt częste. Mężczyźni uważali zapewne, że Hermiona robi to z litości, co było jak najdalsze od prawdy.

Lucy tymczasem całkiem dobrze umiała tańczyć. A także zręcznie prowadziła konwersację.

— Będzie mi bardzo miło zatańczyć z panną Lucindą — odparł Bridgerton, no bo cóż w końcu miał powiedzieć?

Uśmiech Lucy nie wyglądał na szczery, ale pozwoliła się zaprowadzić na patio.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki