Słoń Birara - Ferdynand Antoni Ossendowski - ebook

Słoń Birara ebook

Ferdynand Antoni Ossendowski

0,0

Opis

Fascynująca i piękna opowieść o wielkiej przyjaźni chłopca z odważnym i pełnym poświęcenia słoniem Birarą. Po nagłej śmierci dziadka, który nadzorował pracę Birary przy wyrębie drzew, dziesięcioletni Amra musi z dnia na dzień przejąć jego obowiązki kornaka – poganiacza słonia, i jedynego żywiciela rodziny. Mądry Birara wkrótce staje się najlepszym przyjacielem chłopca, jego pomocnikiem i powiernikiem. Dzięki słoniowi Amra nie tylko z powodzeniem utrzymuje swą liczną rodzinę, ale przeżywa mnóstwo przygód.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



IMały Amra

Amra! Amra! – usłyszał chłopak głos matki. Pomyślał, że dziś po raz trzeci odrywa go od pracy, jednak poszedł do chaty.

Idąc obliczał, że ma jeszcze do zrobienia dziesięć koszyków bambusowych. Zamówił je stary kupiec – Anglik – handlujący owocami na wybrzeżu. Już słońce stoi wysoko.

Dzień stanowczo za krótki jest dla pracującego chłopca!

A tu raptem odrywają go... Wszedł do chaty. Ciemno w niej było. Przez strzechę z pożółkłych liści palmowych nie zaglądały do wnętrza złociste promienie słońca.

Ojciec chłopaka, kulawy Warora, któremu podczas służby w pułku strzelców królewskich na wojnie w Kaplandzie pocisk urwał stopę, siedział na ziemi schylony nad niziutkim zydlem.

Wykuwał z mosiądzu zapinki, sprzączki i małe naczyńka. Postukiwał młoteczkiem, a ostrym dłutkiem żłobił metal. Warora trudnił się snycerstwem. Rzeźbił nie tylko w mosiądzu i brązie, lecz też w drewnie, miękkim kamieniu z Radżputany i w kości słoniowej. Kaleka siedział pochylony nad stołkiem i nie spojrzał nawet na syna. W głębi chatki, przy płonącym na kamieniach ognisku, matka Amry mełła na kamieniu proso. Od czasu do czasu rzucała okiem na kocioł, gotowała w nim zupę z ryżu, czerwonego pieprzu i suszonej ryby.

– Amra... – szepnęła, ujrzawszy wchodzącego syna.

Chłopak podszedł i podniósł na matkę pytające oczy. Bez sło­wa przycisnęła go do siebie i głaszcząc po włosach, wzdychała raz po raz.

Nie pytał jej o nic zajęty myślą o koszyczkach, które musi w ter­minie oddać białemu kupcowi.

– Ach! – wyrwało mu się westchnienie, gdyż myśl miał ciąg­le zaprzątniętą przerwaną robotą. Chuda, mizerna Soncza, mat­ka chłopca, popchnęła go ku drzwiom i nic nie mówiąc, zapła­kała.

Amra wyszedł szybko, dziwiąc się, że to już po raz trzeci woła go dziś matka, tuli ku sobie, chcąc powiedzieć mu coś ważnego, na co jednak nie może się widocznie zdobyć.

– Słuchajcie, dziewczynki! – rzeki do dwóch młodszych sio­strzyczek, Hubli i Radżori, łupiąc cienkie pasemka bambusowych prętów. – Co to znaczy? Mama woła mnie ciągle do siebie, ale nic nie mówi! Przed chwilą wydało mi się, że nie ma odwagi powie­dzieć mi czegoś bardzo ważnego...

Dziewczynki spojrzały na brata z odcieniem szacunku.

– Ja wiem... – szepnęła Hubli, spuszczając oczy tajemniczo.

– Skoro wiesz, to musisz mi powiedzieć! – zawołał Amra.

Dziewczyna pochyliła głowę i nagle zapłakała.

– Dziadek zmarł... – szepnęła cichutko.

– No! – przerwał jej chłopak. – Przecież wiem... Przed trzema dniami przygniotły go w porcie belki i zmarł... Pochowaliśmy go wczoraj... Wiem o tym wszystkim!

Mówiąc, zręcznie i szybko splatał mały, prostokątny koszyczek na owoce. W powietrzu śmigały chyżo brązowe, cienkie palce chłopaka i szeleściły twarde, złociste wióry bambusowe.

– Ojciec powiedział dziś z rana, że nie może pracować z Birarą... Tatuś stracił stopę na wojnie i ma nieruchomą nogę... – opo­wiadała Hubli. – Biali ludzie nie pozwolą, ażeby kobieta została poganiaczem słonia...

Amra podniósł na mówiącą roziskrzone oczy, w których biła radość i zdumienie.

– Wiem o tym wszystkim! – szepnął. – Ojciec sprzeda chyba Birarę kornakowi1. Wczoraj przychodził do niego Bassa z Garamu i dawał sto rupii...

Dziewczynka przecząco potrząsnęła czarną główką i odparła natychmiast:

– Rodzice nie sprzedadzą Birary. Ty zostaniesz kornakiem, Amra, i będziesz żywił nas wszystkich!

Obie siostry patrzyły na brata z zachwytem i jak gdyby nawet lękiem.

Amra klasnął w dłonie.

Niedokończony koszyk potoczył się na ziemię. Nic nie mówiąc, Amra schylił się po niego i zaczął pracować jeszcze szybciej. Myślał przy tym o różnych rzeczach, o których przypomniała mu siostra.

„Tak! Tak! – mknęły myśli w pochylonej głowie chłopaka. Bez Birary nie damy sobie rady! Nakarmić pięcioro ludzi – na to po­trzeba dużo pieniędzy! Snycerstwo i koszykarstwo przynoszą małe i dorywcze zyski. Nie wyżywi to rodziny...” Miał już dziesięć lat, a pierwsze, najdawniejsze jego wspomnienia związane były ze słoniem i sędziwym Bauli, dziadkiem. Mieszkali wtedy wszyscy razem w wiosce. Chata ich stała nad brzegiem Narbady. Rąbano właśnie lasy górskie w Satpurze, a dziadek wyciągał ogromne klo­ce mahoniowe i sandałowe z dżungli. Właściwie wyciągał je dobry, mocarny Birara, dziadek zaś pomagał mu tylko zarzucać na zrąba­ne drzewa pętlę z łańcucha, a potem, usiadłszy słoniowi na karku, popędzał go głośnymi okrzykami. Dziadek zawsze znajdował pra­cę dla siebie i dla Birary. Raz – gorszą, raz – lepszą i zyskowniejszą, lecz nigdy jej nie brakowało.

Gdy do Suratu zaczęły przypływać okręty, cała rodzina przenio­sła się tu. Zwożono drzewa, które rąbali biali kupcy w dżungli nad rzeką Tapti, wiązano je w tratwy i spuszczano z prądem do Suratu. Tam znów z zamulonego, błotnistego ujścia rzeki słonie wyciągały ugrzęzłe w bagnisku pnie, kloce, belki i składały je na wybrzeżu. Maszyny zabierały stosy drewna i ładowały na okręty, odpływające do zatoki Kombej lub do Bombaju – wielkiego miasta, w którym nie tylko Amra, lecz i Warora, a nawet siwy jak gołąb Bauli nigdy nie byli, a stamtąd zaś dalej – do kraju białych ludzi...

W Suracie dziadek dobrze się obłowił.

„Ho, ho! – przypomniał sobie Amra. – Sam widziałem, że przy­nosił do domu po dziesięć rupii!”

Wkrótce Bauli kupił sobie kawałek ziemi. Nieduży, co prawda, lecz urodzajny. Matka sadziła na polu proso, kukurydzę i ryż. Mieli tam też kilka drzew mangowych i pomarańczowych, obficie dają­cych smaczne, soczyste owoce. I nagle stało się nieszczęście. Staru­szek dziaduś dostał się w porcie pod spadające belki. Przygniotły go, połamały mu stare kości, poszarpały sterane życiem ciało. Bauli tegoż wieczoru umarł. W osieroconej rodzinie nie było nikogo, kto mógłby pracować z Birarą... Chyba tylko on – dziesięcioletni Amra, bardzo zresztą zaprzyjaźniony ze starym słoniem dziadka. Słoń dziadka... Stary Bauli nieraz brał ze sobą wnuka, wsadzał go obok siebie na kark Birary i ruszali do dżungli. Jadąc, gwarzyli so­bie, a przysłuchujący się ich rozmowie słoń pomrukiwał cicho, wa­chlując uszami. Bauli opowiadał chłopakowi, że Birara od dawna należał do ich rodziny. Przywiózł go był z dżungli Asamu ojciec Bauli, który mieszkał wtedy za świętą rzeką, Gangesem.

– Amra! Amra! – krzyknął nagle ojciec chłopaka i klasnął w dłonie.

Wspomnienia prysnęły. Chłopiec kilkoma szybkimi ruchami zamocował pręciki koszyka i pobiegł do chaty.

– Słuchaj no, synku! – rzekł Warora, pykając długą, cienką fa­jeczkę. – Musimy się naradzić. Chodź tu, matko!

Usiedli wszyscy troje na progu.

– Jestem kaleką i nie mogę być kornakiem – zaczął ojciec. – Sprzedać słonia nie wolno nam, gdyż wpadlibyśmy w nędzę. W ro­dzinie jest jeden tylko mężczyzna – to ty, Amra...

– Jestem mężczyzną – powiedział poważnym głosem chłopak i dumnym, śmiałym ruchem podniósł głowę.

– Czy potrafisz kierować Birarą? – spytał Warora, patrząc na syna.

– Przecież nieraz już pomagałem dziadkowi – wzruszył ramio­nami Amra. – Słoń nasz jest mądry i posłuszny, najmądrzejszy i najposłuszniejszy spośród wszystkich, które pracują w Suracie.

– Czy podołasz tej pracy? – rzuciła pytanie matka, z troską pa­trząc w oczy synowi.

– Podołam! – odparł Amra stanowczym, twardym głosem. – Zacznę od jutra... Dziś muszę skończyć koszyki zamówione przez białego kupca. Już pójdę...

Wstał i odszedł szybkim krokiem. Prości, pracowici ludzie nie mają czasu na długie rozmowy. Ważna sprawa, od której zależał los całej rodziny, została rozstrzygnięta od razu. Amra pracował do wieczora, a gdy matka zawołała wszystkich na wieczerzę, z dumą spojrzał na pięćdziesiąt lekkich koszyczków, zawieszonych para­mi na tyczce bambusowej. Po posiłku pobiegł do miasta, unosząc ze sobą koszyki. Powrócił przed północą, obudził ojca i oddał mu zarobione cztery rupie.

Wyszedłszy z chaty, Amra pobiegł na brzeg Tapti. Hindusi-kornakowie ogrodzili tam grubymi palami znaczną przestrzeń, na któ­rej pasły się słonie. Każdy z nich miał swój żłób z prosem i jęcz­mieniem, a także wielką skrzynię, codziennie napełnianą trawą, cienkimi gałązkami krzaków tamaryndowych, młodymi pędami bambusów i sianem.

Amra przeszedł przez parkan i rozejrzał się. W zagrodzie znajdowało się trzydzieści słoni. Niektóre z nich, niby olbrzymie czarne głazy, majaczyły w mroku nocy. Stały na potwornych, do słupów podobnych nogach, z opuszczanymi trąbami i, nierucho­me – spały. Inne, bardziej znużone codzienną pracą, pokładły się i leżały, głucho wzdychając. Amra stanął przy palach ogrodzenia i wydawszy krótki świst, zawołał cicho:

– Birara!

Słonie poruszyły uszami i podniosły trąby, węsząc zakłócającą ich spokój istotę. Nie znały chłopaka, więc zaczęły przestępować z nogi na nogę i głośno chrapać. Wyraźnie wyrażały tym swe nie­zadowolenie. Amra gwizdnął raz jeszcze i powtórzył:

– Birara!

Po chwili uszu chłopaka doszedł szybki tupot ciężkich nóg. Nad urwistym brzegiem wyrosła olbrzymia sylwetka słonia. Weso­ło pomrukując i sapiąc, śpieszył na wezwanie.

– Birara! – łagodnym teraz i pieszczotliwym głosem zawołał na niego chłopczyk.

Słoń przystanął, rozglądając się w ciemności, węszył przez chwilę, a potem pewnym krokiem ruszył wprost przed siebie.

Zatrzymał się przed Amrą, otoczył go trąbą, chuchnął w twarz gorącym, wilgotnym oddechem i małymi, figlarnymi oczkami przyglądał się późnemu gościowi.

– Kąpałeś się, przyjacielu? – spytał chłopak, widząc, że z bo­ków zwierzęcia strugami spływała woda.

Birara prychnął i radośnie machnął ogonem zakończonym kitą czarnej szczeciny.

– Jutro ruszamy do dżungli, mój stary – mówił Amra, dra­piąc przyjaciela koło oczu. – Odtąd ja już tylko będę twoim kornakiem... Rozumiesz? Ja! Ja! Dziadziuś nigdy nie bił cię żelaznym młotkiem, jak to czynią inni poganiacze... Ja też nigdy nie uderzę Birary, nigdy!

Zdawało się, że słoń zrozumiał mowę małego Hindusa. Ukląkł i obejmując go coraz tkliwiej, dął mu w twarz, mruczał i wywijał ogonem.

– Muszę się teraz przespać, starowinko – ciągnął dalej Amra. – Wlezę do tego siana, a za to masz zapłatę!

To mówiąc, chłopak wyciągnął zza opaski banana i wrzucił go do paszczy przyjaciela.

Po chwili spał już zagrzebany w trawie, której nie zdążył zjeść Birara. Słoń stał obok i długo jeszcze pomrukiwał. Miał może ja­kieś wątpliwości co do przyniesionej mu nowiny lub może wy­rażał zadowolenie i wdzięczność za smacznego, dojrzałego bana­na. Wkrótce zapanowała zupełna cisza. Od czasu do czasu tylko pluskała ryba w rzece i cienko cykały uganiające się za muchami nietoperze.

Birara spał. Obudziło go stąpanie innego słonia. Było to młode jeszcze i dość dzikie zwierzę, od niedawna tresowane. Zaniepo­koiła go obecność nieznajomego człowieka – małego, brązowego chłopaka, który spał smacznie w skrzyni z sianem. Podszedł więc, węsząc podejrzliwie. W tej samej chwili obudził się też Birara. Ujrzawszy wyciągniętą nad Amrą trąbę młodego słonia, chrapnął gniewnie, odtrącił ją i dał młodzikowi kuksańca w bok, aż huk­nęło.

Znowu zapadła cisza. Niebo stawało się bledsze. Szarzyzna przedświtu sączyła się już zewsząd. Przeleciały, pospiesznie ma­chając skrzydłami, szare czapelki. Jakiś ptak odezwał się w gąsz­czu palm areka. Z daleka dobiegło przeciągłe wycie szakala... Na wschodniej połaci nieba poróżowiały obłoki. Świt się zbliżał. Sło­nie się pokładły. Leżały szare, nieruchome, niczym wielkie, bez­kształtne zwały gliny. Ukryty w skrzyni Amra mamrotał coś przez sen.

1 Kornak – dozorca i przewodnik kierujący słoniem.

IICiężka praca

Obudziwszy się o świcie, Amra wpadł do domu, zjadł naprędce miseczkę ryżu polanego olejem i powrócił do zagrody słoni. Zastał tam już innych poganiaczy wyprowadzających swoje słonie do pracy.

Ujrzawszy chłopaka, wybuchnęli głośnym śmiechem.

– Biali ludzie nie zgodzą się nigdy na takiego kornaka! – wołali.

Amra, nic im nie odpowiadając, kazał Birarze uklęknąć. Długo się mozolił, nakładając mu chomąto i przyczepiając doń łańcuchy z żelaznym orczykiem zakończonym dwoma hakami. Birara ostrożnie wstał i ruszył do dżungli.

– Hej tam, chłopaku! – krzyknął dozorca poręby, spostrzegłszy Amrę. – Chyba się nie mylę? Przecież to słoń starego Bauli, którego przygniotły belki w porcie?

Amra skinął głową i odparł:

– Przyprowadziłem Birarę do roboty. Bauli zmarł... Teraz ja będę kornakiem.

– Hm... ty kornakiem? – mruknął Anglik. – Nie podołasz pracy, mój mały.

Chłopak, patrząc na dozorcę poważnie, odpowiedział:

– Jeżeli nie podołam, sahib1 odeśle mnie do domu, jeżeli jednak podołam, będę brać tyle, ile brał mój dziadzio, sędziwy Bauli...

Anglik namyślał się przez chwilę, wreszcie machnął ręką i mruknął:

– No, jazda! Zobaczymy!

Amra ścisnął piętami szyję słonia, a ten zamaszystym, szyb­kim krokiem minął dozorcę i zniknął w lesie, gdzie rozlegał się już łomot padających drzew, stuk siekier, świszczący syk i zgrzyt pił.

– Dajcie temu największemu kornakowi największy kawałek do wywiezienia! – ze złośliwym śmiechem krzyknął młody Hindus Pangel.

– Który? – zapytał spokojnie Amra i zbliżył się do wskazanego drzewa.

Ujrzał olbrzymi mahoń, który upadłszy, zaszył się w gąszczu krzaków i wysokich traw, zaplątawszy się szerokimi konarami w sieci gałęzi drzew i pnących się roślin.

– Hm... hm... – mruknął chłopak, patrząc pytająco na słonia. – Co ty na to powiesz, staruszku?

Birara poruszył uszami i przyglądał się leżącemu pniowi. Miał wygląd bardzo niezadowolony. Amra obszedł pień dokoła i rozej­rzał się po okolicy. Spostrzegł wkrótce, że drzewo leżało nad urwi­skiem. Na dole biegła droga nad brzegiem Tapti.

– Po co mamy ciągnąć taką kupę drewna przez dżunglę? – za­pytał siebie w duchu chłopak. – Możemy zrzucić ją z tego pagórka i po drodze zawlec do tartaku...

Podprowadził słonia do cienkiego końca drzewa, założył łań­cuch i krzyknął:

– Ho, ho, Birara! Podciągnij no trochę!

Posłuszne zwierzę wparło nogi w ziemię, wyprężyło potężne mięśnie i szarpnąwszy z całej siły, posunęło drzewo do krawędzi stromego urwiska.

– No, dobrze! – odezwał się Amra. – A teraz, przyjacielu, puść w ruch kły i kolana!

Birara podważył gruby pień kłami i jął powoli, krok za krokiem popychać go do krawędzi, opierając się kolanami.

Wkrótce drzewo, straciwszy równowagę, runęło w dół. Umieściwszy się na karku słonia, chłopak boczną ścieżką zjechał z pagórka, założył na konary łańcuch, umocował go do orczy­ka i poszedł obok Birary ciągnącego olbrzymie drzewo po błotni­stej, śliskiej drodze leśnej. Słoń, człapiąc po błocie, pomrukiwał, jak gdyby mówiąc:

„Widzę, że masz głowę na karku...”

Amra przy pracy uważał na wszystko, starając się oszczędzić siły starego przyjaciela. Toteż biały sahib nic już nie mówił i płacił mu po pięć rupii dziennie, tyle, co innymi kornakom.

Po kilku dniach wspólnej pracy poganiacze, przyglądając się pracy chłopca, zrozumieli, że mogą zrobić więcej, jeżeli nie będą polegali wyłącznie na sile swoich słoni; zaczęli stosować własną pomysłowość, która ułatwiała i przyspieszała pracę. Jednak Amra nie dał się wyprzedzić. Mały był i słaby jeszcze – rozumiał to do­skonale. Chciał jednak zarobić jak najwięcej, aby w domu rodzice i siostrzyczki nie czuli biedy. Najtrudniejszą pracą było wyciąganie z dżungli zrąbanych drzew. Ich mocne, szerokie gałęzie tamowały ruch i wymagały wytężenia wszystkich sił słoni.

Namyśliwszy się dobrze, chłopak kupił siekierę i piłę. Pewne­go dnia stawił się do pracy z pomocnikiem – dwunastoletnim Baruszem, roześmianym ciągle, wygadanym łobuziakiem-żebrakiem.

Gdy drwale obalali ogromne drzewo, chłopcy odrąbywali zeń gałęzie i odpiłowywali najgrubsze konary. Gładki i znacznie lżejszy pień z łatwością mógł być wywieziony z dżungli.

Amra płacił Baruszowi jedną rupię dziennie.

Cóż z tego wynikło?

Nicpoń, jakim był rozleniwiony, mały żebrak, nie wyciągał już ręki po jałmużnę, mając dostateczny zarobek.

Amra zaś zarabiał już zamiast pięciu rupii – dwanaście.

Dostarczał teraz do tartaku niemal trzy razy więcej drzew. Po­ręb posuwał się coraz dalej w głąb lasu. Po całodziennej ciężkiej pracy Amra nie mógł już powracać do ojcowskiej chaty nad Tapti. Otrzymał pozwolenie od dozorcy na zbudowanie szałasu w lesie i na paszę dla Birary. Słoń był wyraźnie zadowolony z tej okolicz­ności. Zwalone przez drwali drzewa dostarczały mu dostateczną ilość pożywienia. Niezmiernie lubił młode gałązki z wierzchołków drzew.

Upodobanie to pozostało mu na zawsze z czasu życia w dzikiej dżungli.

Sporo lat minęło od utraty wolności, lecz Birara nie zapomniał smaku soczystych pędów. Pamiętał nawet, że matka jego – stara słonica – uczyła go, jak podważać, aby nie połamać kłów, korzenie drzew i obalać pnie ciężarem całego ciała. Birara oblizywał się na wspomnienie wspaniałej uczty. Raczono się wtedy młodymi pęda­mi i świeżymi korzeniami drzew. Wszystko to znajdował łakomy Birara na porębie. Drwale strącali na ziemię najwyższe drzewa, a inni robotnicy karczowali wystające z ziemi pnie.

Słoń zaglądał do dołów i wykrotów, odnajdywał korzenie i wyciągał je trąbą. Chrupał potem z tak wielkim smakiem, że aż mu ściekała z warg ślina, a oczy przymykały się z rozkoszy. Amra sam sobie przyrządzał na ognisku placki z mąki jęczmiennej i go­tował ryż. Birara lubił też placki i ryż. Choć nieraz najedzony do syta drzemał sobie, nigdy nie przespał wieczerzy małego kornaka. Podchodził do ogniska i, oświetlony jego czerwonymi błyska­mi, tkwił przed chłopakiem niby wysoki, szary pagórek. Małymi, zawsze wesołymi oczkami chciwie łypał i niecierpliwie poruszał uszami. Amra udawał, że nie spostrzega przyjaciela. Wtedy Birara wyciągał trąbę i dotykał lekko ramienia chłopaka, pochrząkując prosząco.

Kornak uśmiechał się nieznacznie, lecz nie patrzał na niego.

Słoń zaczynał tupać nogami i mruczeć głośniej. Amra, niby zdziwiony, pytał go chytrze:

– Co ci jest, staruszku?

Birara wyciągał trąbę do kociołka z ryżem i wachlował się uszami.

– Chcesz spróbować? – zadawał chłopak obojętne pytanie. Słoń radośnie wywijał trąbą i pochrząkiwał wstydliwie. Otrzy­mawszy garść ryżu, ostrożnie niósł przysmak do paszczy, długo żuł, cmokał i sapał.

Amra, jako rodowity Hindus, znał już niebezpieczeństwo uta­jone w ziemi Indii. Przed udaniem się na spoczynek gwizdał na Birarę, a gdy słoń nadchodził, kazał mu odeptać placyk, na którym zamierzał spędzić noc.

Birara sumiennie tupał, gniotąc i ubijając ziemię ciężarem swojego ciała. Pewnego razu dozorca, przyglądający się tym czyn­nościom, zapytał chłopca:

– Po co każesz swemu słoniowi chodzić w kółko i ubijać ziemię?

– Mogą w niej być nory żmij, skorpionów, jadowitych pająków i stonóg – odparł Amra.

Biały człowiek zrozumiał, że słoń swym ciężarem niszczył kry­jówki niebezpiecznych stworzeń.

W czasie południowej przerwy w pracy Amra prowadził słonia do rzeki. Napiwszy się, ogromne zwierzę wchodziło w głębinę, nurzało się, a trąbą jak z sikawki polewało sobie boki i grzbiet. Kornak dopo­magał mu. Brał suchą, twardą trawę, obmywał i nacierał grubą skórę przyjaciela tam, gdzie on sam nie mógł dosięgnąć trąbą. Birara mru­czał z zadowolenia, gdy chłopiec tarł mu brzuch, którego czepiały się żarłoczne kleszcze i bąki, szorował za uszami i przemywał mu oczy.

– Słoń musi cię lubić, mój mały? – zauważył dozorca.

– A tak! – odparł z całą stanowczością Amra. – Ja też lubię Bira­rę, zresztą zwierzę najlepiej spełnia rozkaz człowieka, gdy go lubi i wie, że bez niego nie mogłoby się obejść. Tak uczył mnie dzia­dzio, biedny Bauli...

– Masz rację! – zgodził się Anglik, – Jednak inni postępują ina­czej. Nie dbają o słonie i nawet biją je.

– Pożałują tego kiedyś... – mruknął Amra, opierając nogę na trąbie Birary, aby wsiąść mu na kark.

Pewnego razu jeden z kornaków rzekł do chłopaka:

– Ojciec kazał ci przyjechać jutro do domu.

Amra skinął głową i zamyślił się. Nie mógł stracić jutrzejszego dnia. Dozorca zapowiedział był właśnie wyznaczenie nowych tere­nów poręby. Do każdej partii drwali przyłączano kornaków ze sło­niami. Należało więc być na miejscu, aby uzyskać najdogodniejszy przydział. Chłopak musiał jednak spełnić żądanie ojca.

Odszukał Barusza i rzekł do niego:

– Pójdę jutro o świcie do Suratu, bo wołają mnie do domu...

– Jutro sahib ma wyznaczać nową pracę! – wtrącił towarzysz.

– Wiem o tym. – Amra kiwnął głową. – Zastąpisz mnie. Wybierz przydział najbliżej rzeki. Pozostawię ci Birarę... uważaj na niego!

Ledwie zaczął się sączyć brzask, chłopak zerwał się z bambuso­wej maty, zajrzał do słonia i obudziwszy Barusza, pobiegł brzegiem rzeki. Miał przed sobą kawał drogi, więc spieszył, nie zwracając uwagi na upał.

W tym samym czasie Barusz prowadził słonia do kąpieli. Sie­dząc na szerokim karku Birary, gapił się na wszystkie strony. Zwie­rzę, wszedłszy w głębinę, pływało z głośnym parskaniem. Stanąw­szy na mieliźnie, Birara ze zdumieniem podniósł uszy i zamruczał. Siedzący na nim kornak nie zeskoczył do wody, jak czynił to Amra, i nie pomagał mu w kąpieli. Nie doczekawszy się pomocy, słoń jął polewać sobie grzbiet. Wciągał wodę i wyrzucał ją silną strugą. Czynił to jednak z wielką ostrożnością, aby nie uczynić krzywdy Baruszowi. Chłopakowi znudziło się wkrótce, więc krzyknął!:

– Dosyć! Birara!

Słoń znowu podniósł uszy. Jak to? Ma wychodzić na stromy brzeg, nie skończywszy toalety?

– Dosyć, Birara! – powtórzył natarczywie Barusz.

Słoń nie ruszył się z miejsca. Chłopak uderzył go pięścią w łeb i popędzał okrzykiem:

– Ho, ho!

Bił piętami w szyję Birary i raz po raz tłukł go po głowie.

Słoń wysoko podniósł zwiniętą trąbę i chrapnął gniewnie. Chłopak uderzył go raz jeszcze nogami i podniósł pięść, aby za­dać mu nowy cios. Nie zdążył jednak. Birara porwał go, podniósł nad głową, wstrząsnął, a po chwili mrucząc głucho, już zanurzył go w rzece. Skończywszy z tym, wsadził go sobie z powrotem na grzbiet i łypiąc małymi oczkami, truchtem wbiegł na stromy brzeg. Barusz, ociekający wodą, siedział cichutko jak trusia. Nauczka po­skutkowała natychmiast, bo niecierpliwy chłopak obiecywał sobie w duchu, że nigdy już nie uderzy Birary.

Amra dotarł do domu w południe. Oddawszy ojcu zarobione pieniądze, spytał:

– Co się u was stało? Oderwałeś mnie, ojcze, od pracy. Oba­wiam się, aby Barusz nie narobił jakichś głupstw, bo nie jest dosta­tecznie rozsądny.

Warora wydawał się zmieszany. Milczał długo, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę z synem. Wreszcie westchnął i oznajmił mu bez ogródek:

– Sprzedaję Birarę... Bassa z Garamu targował się ze mną dłu­go... Stanęło na tym, że daje mi za słonia pięćset rupii... Kupimy sobie drugie pole, Amra...

Chłopak zerwał się na równe nogi. Oczy pałały mu oburzeniem.

– Jeżeli sprzedasz Birarę, porzucę dom i pójdę w świat! – za­wołał prawie groźnie.

Warora milczał.

Amra, podchodząc do ojca, mówił, zapalając się coraz bardziej:

– Sprzedać Birarę – starego przyjaciela, poczciwego, pracowi­tego i mądrego? Jeżeli wy go nie lubicie, to ja go lubię i nie oddam Birary nikomu... nikomu! Bassa jest oszust, zwykły oszust!... Ja dam wam za słonia sześćset rupii... zapłacę je za miesiąc... kupicie sobie wtedy pole i nowy pług!... Sześćset rupii!

– Ty zapłacisz sześćset rupii?! – zawołał Warora.

– Nie przeliczyłeś pieniędzy, które zarobiłem przez jeden ty­dzień... Jest tam prawie sto rupii... zarabiam więcej od dziadka Bau­li, a będę miał jeszcze więcej... za miesiąc zapłacę ci sześćset rupii... – mówił Amra, z wyrzutem patrząc na ojca.

Do rozmowy wtrąciła się matka.

– Poczekajmy trochę – rzekła – chłopak nigdy nie rzuca słów na wiatr... Może zapłaci, a wtedy będziemy mieli nowe pole, pług, a słoń zostanie tu, u nas...

– Zapłacę! – zawołał Amra i tupnął nogą.

– Amra zapłaci! – wtórowały mu cienkimi głosikami wystra­szone Hubli i Radżori.

Na tym stanęło.

– A nie przeszkadzajcie mi tylko w pracy! – upomniał rodzinę chłopak, patrząc na wszystkich poważnym wzrokiem.

Pożegnawszy rodziców i małe siostrzyczki, poprawił opaskę na biodrach i szybkim krokiem opuścił chatę.

Amra spełnił obietnicę. Nie widziano go w domu pięć tygodni prawie.

Pewnej niedzieli nagle zawitał. Przyjechał na słoniu. Birara poznał zagrodę i ucieszył się na widok mieszkających w niej ludzi. Dotykał ich trąbą, chuchał na nich i pomrukiwał łagodnie. Amra przywiózł 600 rupii – ciężki worek pełen dużych, srebrnych pieniędzy. Przejeż­dżając przez Surat, kupił upominki. Warora dostał nową fajkę i paczkę tytoniu, Soncza – żółtą chustkę na głowę, a dziewczynki – cukierki.

– No! Nareszcie Birara jest zupełnie nasz! – zawołał Amra, roz­dawszy upominki. – Będziecie mieli pole i nowy, piękny, czerwoną farbą pomalowany pług. A nie mówcie już nigdy o sprzedaży Birary!

Ponieważ słoń stał obok i nadsłuchiwał, chłopak zwrócił się do niego:

– Co to za pomysł, mój staruszku, sprzedać takiego wiernego przyjaciela?!

Birara machnął uszami i trąbą, a potem chrząknął pojednaw­czo. Z pewnością chciał powiedzieć:

Już po wszystkim, więc nie warto wspominać o tym”.

Warora z podziwem patrzył na syna i rozmyślał. Po chwili po­klepał go po ramieniu i rzekł:

– Właściwie to Birara teraz do ciebie należy, Amra...

– Ech! – żachnął się chłopak. – Słoń jest nasz i pracuje sumien­nie na całą rodzinę.

Birara znowu machnął trąbą, łypnął oczkami i chrząknął ci­chutko. „Nie ma o czym mówić!” – taką myśl wyrażał głos łagod­nego olbrzyma.

Amra spędził w domu cały dzień. Najadł się wybornej zupy i placków, które tak smacznie przyrządzała matka. Bawił się i doka­zywał z siostrzyczkami. Pomógł Sonczy napełnić wodą dużą kadź. Nakarmił Birarę, a potem zaprowadził go do kąpieli. Chłopak po­żegnał rodzinę późnym wieczorem i odjechał. Birara długo oglądał się poza siebie. Żal mu było zagrody, bo Soncza poczęstowała go bananami, a mała Radżori oddała mu swoją miseczkę z ocukrzonym ryżem. Wiedział, że w dżungli nie ujrzy tych przysmaków.

1 Sahib – pan; w Indiach tytuł nadawany osobom znakomitym oraz Europejczykom.