Śląsk zbuntowany - Dariusz Zalega - ebook + książka

Śląsk zbuntowany ebook

Dariusz Zalega

4,1

Opis

Po buncie generała Franco w lipcu 1936 roku przeciwko rządowi Frontu Ludowego w Madrycie prawie dwustu śląskich robotników wyjechało do Hiszpanii bronić Republiki, praw robotniczych i swoich marzeń.

Historia jest polem walki. Wymazuje jedne losy, ozłaca drugie. Dzieje międzynarodowych ochotników podczas wojny w Hiszpanii są tego dowodem. W okresie PRL często mówiono o nich, wspominając „postępowe tradycje oręża polskiego”. Dziś, gdy wahadło polityczne wychyliło się w przeciwną stronę, odsądzani są od czci jako „żołnierze Stalina”. Ta książka przywraca pamięć o nich jako o ludziach z krwi i kości, a nie z propagandowych pomników – stawianych czy obalanych. To historia widziana oczyma Ślązaków, których los rzucił za Pireneje, a potem rozsiał po całym świecie. A w tle ludowe dzieje Górnego Śląska, tak często zniekształcane.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (14 ocen)
4
8
2
0
0

Popularność




Dariusz Zalega

Śląsk zbuntowany

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce: Huta w Trzyńcu; Wyjazd polskich emigrantów z Mysłowic do Francji 1929, Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wybór fotografii Daria Będkowska

Copyright © by Dariusz Zalega, 2019

Copyright for the maps © by d2d.pl

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Ewa Polańska

Korekta d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-951-5

W mojej wyobraźni widzę długi film o przeżytych spostrzeżonych obrazach. Przybyli ci wszyscy robotnicy na ziemię hiszpańską ze swoim najlepszym, co posiadali – jedynym życiem.

Józef Krysker, ur. 1903 w Katowicach

Celem mojego przyjazdu do Hiszpanii jest stanąć po stronie tych, którzy są gnębieni przez burżuazję, stanąć po stronie tych, którzy zrozumieli, że nadszedł czas, by zrzucić jarzmo faszystowskiej niewoli.

Rudolf Olszar, ur. 1912 w Cieszynie

Motivo es este vivir libre.

Jan Sachar, ur. 1899 w Bielsku

Zdezerterowałem z polskiego wojska dla wzięcia udziału w rewolucji w Hiszpanii o prawa robotnicze.

Wilhelm Skóra, ur. 1914 w Chorzowie

W obronie proletariatu całego świata.

Andrzej Słowiok, ur. 1912 w Wiśle

Przyjechałem do Hiszpanii, by potrzaskać faszystów.

Jerzy Wróbel, ur. 1914 w Mysłowicach

Espania to była nasza ziemia matczyna. Żeby nie te zdrady, żeby nam dostarczyli broń, wszystko by zupełnie inaczej wyglądało.

Wilhelm Zając, ur. 1905 w Krostoszowicach

Po buncie generała Franco w lipcu 1936 roku przeciwko rządowi Frontu Ludowego w Madrycie prawie dwustu śląskich robotników wyjechało do Hiszpanii bronić Republiki, praw robotniczych, swych marzeń.

Ta książka to jednak nie dzieje Górnego Śląska, nie jest to też opis walk ochotników międzynarodowych w wojnie hiszpańskiej. To historia widziana oczyma tych Ślązaków, których los rzucił za Pireneje, a potem rozsiał po całym świecie. Tych, których nazwiska zachowała właśnie historia. I tych, w których życiu odbijały się losy pewnej generacji.

Korzenie

„Bo twardy ma charakter”

„Ojciec pracował na prawie wszystkich kopalniach Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego, był zwalniany i przyjmowany na innej już kopalni, czego przyczyną był twardy charakter, nader uczciwy, i nie doł sobie w kaszę pluć. Tacy ludzie znaleźli szybką drogę związków zawodowych i socjaldemokracji” – tak wspominał Ludwik Zgraja, który urodził się w 1906 roku w osadzie górniczej Pietwałd za Olzą. Jego ojciec, pochodzący spod galicyjskiego Brzeska, mieszkał w tym regionie od pół wieku, a matka deklarowała narodowość czeską. Wspomnienia Zgrai, jak wielu innych działaczy, spisane w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, zachowały się w katowickim Archiwum Państwowym.

Ówczesna austro-węgierska część Górnego Śląska obejmowała prężnie rozwijające się zagłębie górniczo-przemysłowe, w którym dominowała polskojęzyczna rodzima ludność. Gdy zabrakło rąk do pracy, zaczęli ściągać tu specjaliści z ziem czeskich, a także polscy niewykwalifikowani Galicjanie.

Górnictwo zapewniało lepsze, a przede wszystkim stałe dochody, choć niepozwalające wybić się ponad wegetację. Praca była mordercza – i to dosłownie: w drugiej połowie XIX wieku w masowych katastrofach zginęło w tej części Śląska ponad ośmiuset górników. Wokół kopalnianych szybów powstawały nowe osady robotnicze, początkowo pozbawione jakiejkolwiek infrastruktury – poza kościołem i gospodą. Tego wszystkiego doświadczył na własnej skórze stary Zgraja. Jeszcze w roku urodzin Ludwika „Gwiazdka Cieszyńska” komentowała: „Cóż ma ten biedny hawiyrz [hawierz, czyli górnik – przyp. aut.] robić, jak się po szychcie prześpi. Izdebka mała, a w niej pełno dzieci i hałasu. W każdym kącie śpi jeden kwartyrnik [lokator – przyp. aut.], ruszyć się w izbie nie ma jak, czytać nie można, bo dzieci robią krzyk, do sąsiadów nie ma po co iść, bo tam ta sama bieda”. Gustaw Morcinek, pochodzący z Karwiny, napisał w swej powieści Czarna Julka, że „często się zdarzało, że kwartyrnik sypiał z żoną lub córką gospodarza, czemu się bardzo nie dziwiono. Jedynie księża krzyczeli na ambonie i obiecywali wieczne potępienie”. Ale z farorzami (proboszczami) mieli hawiyrze coraz bardziej na pieńku: „Teraz wielką część górników opanował jakiś duch nienawiści, naprzód ku Kościołowi. Wielu górników kapłanów nie pozdrawiają, im różne szkaradne imiona dawają, na nich wywołują, obmawiają” – alarmowała klerykalna „Gwiazdka Cieszyńska” już jesienią 1894 roku.

Górnikom zostawały gospoda i dla kontrastu widoki majestatycznych zielonych beskidzkich szczytów na horyzoncie. Tam pod beskidzką Łysą Górą hasał Ondrasz Szebesta, śląski zbójnik, o którym starziki (dziadkowie) opowiadali bajtlom (dzieciom). Zgraja opowiadał jednak dzieciom i inne historie. O tym, jak proboszcz Bitta z Polskiej Ostrawy doniósł na hawiyrzy, którzy przyszli do niego z deputacją, coby mszę odprawił 1 maja dla uzyskania ośmiogodzinnego dnia roboczego, a ten kazał ich aresztować i wyrzucić z roboty. Albo o tym, jak jeden z działaczy, co to miał się zająć agitacją przy złej pogodzie, poskarżył się towarzyszowi Regerowi, że ma dziurę w bucie, no i noga zamoknie. Usłyszał wtedy od Regera, że ten da mu swojego trepa, w którym są dwie dziury, i woda wypłynie.

Pierwsze kroki stawiał tam bowiem ruch socjaldemokratyczny, wyrosły z silnego ruchu związkowego, w który zaangażował się ojciec Ludwika. Po kolejnych strajkach o poprawę warunków pracy pod koniec 1905 roku przez Ostrawsko-Karwińskie Zagłębie Węglowe przetoczyła się fala wieców na rzecz demokratyzacji prawa wyborczego. Blisko sto tysięcy osób strajkowało i demonstrowało na rzecz czteroprzymiotnikowego prawa wyborczego: powszechnego, równego, bezpośredniego, tajnego.

Górnicza orkiestra z Karwiny

Narodowe Archiwum Cyfrowe

Gdy Ludwik obchodził roczek, w 1907 roku, odbyły się pierwsze w Austro-Węgrzech naprawdę wolne wybory – wtedy głos robotnika zaczął się liczyć tak samo jak głos „pana”. „Jeżeli już państwo potrzebuje pieniędzy, to niechaj nie podroży chłopu i robotnikowi fajki tytoniu, kieliszka wódki ani szklanki piwa – niechaj raczej bierze wyższe podatki od bogatych fabrykantów, wielkich kupców, lichwiarzy i obszarników!” – głosiła socjaldemokratyczna ulotka. Socjalni demokraci otrzymali w tym regionie aż pięćdziesiąt jeden procent głosów i cztery na siedem miejsc w parlamencie. W górniczym „czerwonym” Zagłębiu, od Ostrawy po Karwinę, zdobyli od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu sześciu procent głosów.

Także kobiety zaczęły wychodzić z cienia. 19 marca 1911 roku odbył się wielki wiec w sali Domu Proletariuszy w Karwinie, któremu przewodziła Joanna Delongowa, tamtejsza górniczka. Tysięczne zastępy kobiet przyszły wtedy ze sztandarami z sąsiednich miejscowości. Delongowa grzmiała: „Nie czekajmy na rząd, żeby nam dobrowolnie dał prawa. Prawa się zdobywa!”. Podobny wiec zwołano w hutniczym Trzyńcu. W Ostrawie zorganizowano go pod gołym niebem, bo nie było sali, która zdołałaby pomieścić kilka tysięcy zgromadzonych. Wśród przemawiających była Dorota Kłuszyńska, działaczka Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska (PPSD), później jedna z nielicznych kobiet w Senacie II Rzeczypospolitej. Na wszystkich zebraniach przyjęto jednobrzmiącą rezolucję, którą przypomniała Kłuszyńska w „Przedświcie” z 1911 roku: „W imieniu kobiet klasy pracującej podnosimy dziś żądanie politycznego równouprawnienia kobiet. […] Żądamy dla wszystkich kobiet pełnego prawa obywatelstwa i dopuszczenia ich do stowarzyszeń politycznych”.

Ruch lewicowy obudował się mnóstwem organizacji społecznych: kobiecych, młodzieżowych, spółdzielczych, chórów… Mając w pamięci, jak właściciele gospód odmawiali im sal na zebrania, działacze sami zaczęli budować Domy Robotnicze. Ten w Stonawie na parterze mieścił restaurację, a na piętrze salę na przeszło tysiąc osób. Na galerii zainstalowano nawet „aparat do urządzania kinoteatru”, jak wspominano w „Spółdzielczym Kalendarzu Robotniczym na rok 1923”.

Na niewiele zdały się próby zatrzymania tej „czerwonej fali”, choć próbowano to czynić metodami w austro-węgierskim stylu. Tadeusz Reger, regionalny lider PPSD, miał kiedyś w deszczu pójść błotnistą drogą na zebranie w Zabłociu. Wysiadł na dworcu kolejowym w Rychwałdzie, patrzy, a tam powóz. Wsiadł więc do środka i wygodnie dojechał na spotkanie socjalistyczne. Ciut dziwne ono było, bo wśród gości był i proboszcz, i wójt. Sprawa wyjaśniła się, gdy na miejsce doczłapał ubłocony komisarz policji z Cieszyna. To po niego proboszcz przysłał powóz, by legalnie rozwiązał spotkanie. Księżowski woźnica jednak przywiózł przez pomyłkę – a może specjalnie – akurat socjalistycznego agitatora.

Fala napotkała jednak barierę – narodową. Wyborcze głosy tego wielonarodowego środowiska robotniczego padały na socjaldemokratów: Czecha Piotra Cingra, Niemca Maurycego Arbeitela czy Polaka Tadeusza Regera. Z łona austro-węgierskiej partii socjaldemokratycznej wyłoniły się wkrótce jej narodowe odłamy, potrafiły jednak ze sobą współpracować, a ich wspólny stały komitet nazywano „ostrawską międzynarodówką”. Niemniej kwestie narodowe coraz mocniej dzieliły ludzi: a to czeski sztygar dawał lepszą robotę temu górnikowi, co dziecko posłał do czeskiej szkoły, a to ksiądz psioczył z ambony na tych Czechów. Rozwijały się i zaczynały ze sobą konkurować ruchy narodowe polski i czeski, a do tego galimatiasu dołączyli Niemcy obawiający się o swoją pozycję oraz lokalni Ślązakowcy, którzy byli blisko związani z kulturą niemiecką. „Mówiono dużo i obłudnie o sprawiedliwości i prawach »narodowych«, o pokrzywdzeniu tych praw i o walce w obronie tych praw, lecz wszystko w duchu nienawiści do sąsiadów i współobywateli, bez wzajemnego uwzględnienia potrzeb drugiej narodowości. Były to wyłącznie i jedynie demonstracje polityczne walczących ze sobą o panowanie nad ludem klas uprzywilejowanych” – tak latem 1905 roku komentował sytuację socjaldemokratyczny „Robotnik Śląski”.

Atmosferą regionu nasiąkał wówczas Ludwik Zgraja.

„Jest tylko jeden głód”

„Na Górnym Szlązku całe setki tysięcy polskich górników i hutników harują w pocie czoła na panów Ballestremów, Donnersmarcków i innych. Z pracy, z nędzy i krzywdy tego ludu polskiego katoliccy grafowie zbijają miliony, dając polskiemu górnikowi tyle płacy, aby ledwie się wyżywił, trzymając go w nędzy i brudzie gorzej niż swoje świnie w chlewie albo krowy w stajni” – tak pisała socjalistyczna działaczka Róża Luksemburg w broszurze W obronie narodowości z 1900 roku.

W tym przełomowym roku w Radlinie na pruskim Górnym Śląsku przyszedł na świat Józek Kolorz. Miał czekać go typowy żywot chłopaka z wioski szybko rozwijającej się w cieniu nowej kopalni Emma. Jego rodzina utrzymywała się z roli aż do czasu, gdy ojciec przeszedł do roboty pod ziemią. Kolorz skończył szkołę powszechną, pomagając przy rodzinnym poletku. Jak inni wcześnie zaczął pracować. „A jakież to wyżywienie tak sprzyja rozwojowi tych mocnych ludzi” – zastanawiał się dziennikarz „Schlesische Zeitung” w 1912 roku i znajdował prostą odpowiedź: „chleb, ziemniaki, kapusta kiszona”. Kapustę kiszono w beczce wkopanej w ziemię koło domu. „Gdy na wiosnę otwiera się te beczki i opróżnia, rozchodzi się od nich na znaczną odległość straszliwy zapowietrzony zapach” – dopowiadał dziennikarz. Ale może dzięki zdrowotnym właściwościom tej kapusty omijały młodego Kolorza choroby trapiące wówczas nie tylko dzieci w centrum regionu: cholera, tyfus czy nawet dżuma, które okresowo nawiedzały wcześniej uprzemysłowione osady.

Niemiecka przemysłowa część Górnego Śląska rozwijała się szybciej niż ta po austriackiej stronie, a także była większa. Niemniej w obu stery fabryk i kopalń (jak i hektary ziemi) pozostawały w rękach nielicznej grupy właścicieli. O ile jednak na austriacki Śląsk ściągali robotnicy z różnych regionów cesarstwa Franza Josepha, o tyle w niemieckiej części regionu nawet industrializacja nie zahamowała odpływu ludności, tak zwanego Ostflucht. Przyczyna była prosta: zarobki, warunki pracy i życia były gorsze niż w innych przemysłowych regionach Rzeszy, za to – a raczej właśnie dlatego – zyski magnatów śląskiego przemysłu kolosalne. Spośród dziesięciu najbogatszych Niemców aż siedmiu było górnośląskimi milionerami.

Ta świadomość powoli przenikała do ludzi z dołu drabiny społecznej. 6 września 1906 roku zorganizowano zebranie górników w lokalu związku zawodowego w Rozbarku. Socjaldemokratyczna gazeta „Volkswacht” relacjonowała: „Towarzysz Otto Hue z Essen zreferował program istniejących obecnie warunków bytowych. Frekwencja była tak ogromna, że tysiące ludzi musiało zająć miejsce w ogrodzie lub na dziedzińcu. […] Towarzysz Hue mówił, że chociaż przypadająca na jednego robotnika produkcja wzrosła od 1885 roku o 121 procent, a dywidendy, tantiemy itp. bardzo się powiększyły, to płaca pozostała niedostateczna. Tutaj, gdzie produkty żywnościowe są tak samo drogie jak w Zagłębiu Ruhry, płaca jest o 1,1 marki niższa na szychtę niż tam”. Mówca skończył wystąpienie „przy spontanicznym aplauzie zebranych” słowami: „Nie ma głodu katolickiego, polskiego czy niemieckiego. Jest tylko głód, który wszyscy jednakowo odczuwają”.

Wiedział już o tym Józef Krysker, rocznik 1903, z osady Dąb na terenie dzisiejszych Katowic. Wspominał: „Od niespełna ósmego roku życia nauczyłem się pracować na swój żywot, abym mógł pomóc rodzicom”. Ojciec, inwalida po wypadku w kopalni, próbował ciężką pracą zarobić kilka marek. Zresztą miał już grubo ponad czterdziestkę, i tak byłby już niezdolny do roboty. Matka z kolei „przez cały swój żywot pracowała w gospodarce, aby mogła swój drobiazg wyżywić”. „W szkole bardzo źle się uczyłem, tak że zaledwie z jednej do drugiej klasy przechodziłem, pracy szkolnej nie miałem czasu wykonać”. Bez kawałka pola, jak choćby w przypadku młodego Kolorza, trudno było związać koniec z końcem. „Naszym głównym pożywieniem był razowy chleb, kartofle, częściowo strączkowiny. Jak długi miesiąc, nie widzieliśmy na stole białego chleba, bułek czy kiełbasy” – czytamy w jednym z górniczych wspomnień. Choć na przełomie wieków nabrało rozmachu budownictwo czynszowe i patronackie, rozwijane przez właścicieli przedsiębiorstw, to dominowały tu mieszkania małe, często jednoizbowe – w takim właśnie gnieździli się Kryskerowie. Choć rozwijano infrastrukturę sanitarną, to i na tym polu niemiecki Górny Śląsk odstawał od reszty Rzeszy.

Zróżnicowanie narodowościowe było podobne w obu częściach Górnego Śląska, choć po niemieckiej stronie – mniej liberalnej – większa liczba osób nie określała się narodowo, mimo różnic językowych. Spis powszechny na Górnym Śląsku w 1910 roku wykazał 1 milion 169 tysięcy osób polskojęzycznych oraz 884 tysiące niemieckojęzycznych. „Najgłówniejsze i najsilniejsze wrażenie zrobiła na mnie tutejsza okolica: pola żytnie, łąki, lasy, ogromna płaszczyzna i polska mowa, polscy chłopi naokoło. Czuję się jak odrodzona, jak gdybym znowu znalazła grunt pod nogami. Nie mogę się nasłuchać ich mowy” – tak pisała o Górnym Śląsku Róża Luksemburg w 1898 roku, niedługo po przeniesieniu się z Kongresówki do Niemiec. Ludność regionu pozostała przy dialekcie języka polskiego (i katolicyzmie), co nie oznaczało, że przejawiała polskie uczucia narodowe. One zaczęły się pojawiać dopiero na przełomie XIX i XX wieku, wraz z początkami polskiego ruchu narodowego.

Ogromny wpływ na sytuację społeczną regionu miały dwie ofensywy rządu Bismarcka uderzające w opozycję – ustawy nadzwyczajne przeciwko socjaldemokratom oraz kulturkampf skierowany między innymi przeciw Kościołowi katolickiemu. O ile ustawy antysocjalistyczne uderzyły w Socjaldemokratyczną Partię Niemiec (Sozialdemokratische Partei Deutschlands, SPD) w momencie, kiedy jeszcze nie zaistniała na terenie Górnego Śląska – blokując tym samym jej szanse na rozwój – o tyle kulturkampf przyczynił się do skupienia ludności polskojęzycznej pod sztandarami Kościoła i ruchu narodowego.

O wiele ostrzejsze na niemieckim Śląsku były też szykany wobec organizujących się robotników – na tym tle nie tylko Austro-Węgry, ale i inne regiony Niemiec wydawały się oazą liberalizmu. Niemcy były państwem prawa, ale władze potrafiły to prawo doskonale wykorzystać przeciwko tym, których uważały za wrogów. A tych upatrywano w socjaldemokratach – zwłaszcza na Górnym Śląsku, zarządzanym o wiele twardszą ręką niż na przykład Berlin. Policja inwigilowała restauracje, których właściciele udostępniali robotnikom sale na zebrania. Stosowano wobec nich środki nacisku ekonomicznego: jeżeli w mieście był garnizon, zabraniano żołnierzom uczęszczać do tych lokali, nacjonalistyczne organizacje – a takich było pełno w Niemczech – również ogłaszały jego bojkot. A do tego dochodziły zwykłe represje: rozwiązywanie zebrań, kary i grzywny za rzekome lub urojone braki i zaniedbania. W 1893 roku pruski minister handlu i przemysłu polecił dyrektorom państwowych kopalń König i Königin Luise na Górnym Śląsku zwolnić z pracy „wszystkich robotników, którzy biorą udział w socjaldemokratycznych agitacjach lub usiłują zakłócać pokój między zarządem a robotnikami”. Tuż po przeniesieniu „Gazety Robotniczej”, wydawanej przez Polską Partię Socjalistyczną, z liberalnego Berlina na Śląsk czterech jej redaktorów w ciągu roku otrzymało kary w łącznym wymiarze pięćdziesięciu jeden i pół miesiąca więzienia. Kolporter tej gazety, niejaki Dylong z Królewskiej Huty, więziony był kilkakrotnie, w tym raz za to, że… pozwolił się sfotografować w kajdanach. Sąd skazał go wtedy na dodatkowe cztery tygodnie więzienia, „bo chciał zhańbić władze pruskie”, o czym donosiła „Gazeta Robotnicza” w 1897 roku. Najaktywniejsi działacze migrowali na zachód Niemiec.

W tej sytuacji rolę przywódców polskiego ruchu narodowego odgrywali przedstawiciele mieszczaństwa, którzy konflikt społeczny przekształcili w narodowy: Polak robotnik kontra Niemiec kapitalista lub obszarnik, co miało uzasadnienie w tym, że kapitał był niemiecki, ale zupełnie pomijało pracowników niemieckojęzycznych i przede wszystkim tych, którzy nie określali się narodowo.

Odbiło się to na sytuacji ruchu robotniczego na Śląsku, który również podzielił się narodowo. Nie udało mu się głębiej zapuścić korzeni, mimo iż robotników było tu aż ćwierć miliona. W 1913 roku doszło do ostatecznego zerwania współpracy między Polską Partią Socjalistyczną a Socjaldemokratyczną Partią Niemiec. Obok związków zawodowych związanych z SPD działały więc także pepeesowski Centralny Związek Zawodowy Polski oraz – najsilniejsze – solidarystyczne Zjednoczenie Zawodowe Polskie.

W 1914 roku Józek Kolorz z Radlina zaczął pracować w fabryce butów. Wkrótce miał się przekonać, jak strzały gdzieś w Sarajewie, o którym nigdy wcześniej nie słyszał, wpłyną na jego losy. I całego świata.

„Robotnikom wydaje się, że w ich rękach spoczęły dalsze losy wojny”

Z początkiem 1914 roku rodzina Ludwika Zgrai przeniosła się do Żebraczy, osady w Dziedzicach, obok której fedrowała nowa kopalnia Silesia. Jego ojcu w Zagłębiu Ostrawsko-Karwińskim palił się już grunt pod nogami – znalazł się na czarnej liście pracodawców, co zamykało mu bramy do kopalń pod Karwiną. Ludwik poszedł z rodzeństwem do szkoły już w nowym miejscu. W pobliżu płynęła Wisła dzieląca Śląsk na część niemiecką i austriacką. W cieniu hałd dzieciaki pasały kozy, a tej sielanki nie mąciła nawet powszechna bieda – no bo czy można było żyć inaczej?

Dziedzice również zostały objęte „czerwoną falą”. W 1911 roku trzech mężczyzn zastrzeliło na plebanii miejscowego proboszcza Macoszka. Nie był to jednak zwykły napad rabunkowy – gdy wikary w drodze na plebanię przechodził obok Domu Robotniczego, jakiś robotnik krzyknął do niego: „A idź na farę, bo tam teraz komuś niebo otwierają”. Ksiądz Wilhelm Kasperlik w księdze parafialnej Dziedzic pisał: „Rzeczą całkiem pewną jest, że górnicy z Żebraczy na szybie Silesia mieli urazę do ks. proboszcza Macoszka za rzekomą zniewagę wyrządzoną całemu stanu robotniczemu”. Kilka lat wcześniej ów proboszcz nie zgodził się na pochowanie na cmentarzu kopalnianego dozorcy, Kordy, który popełnił samobójstwo po wyrzuceniu z pracy za rzekome niedbalstwo. Zarzut okazał się wyssany z palca. Dozorcę zwolniono, bo „był zagorzałym socjalistą i miał u górników socjalistów pewną powagę”. Na cmentarzu „przyszło do strasznej awantury i górnicy chcieli się na proboszcza rzucić, tylko obecność żandarmerii uchroniła go od czynnej zniewagi. Lecz odgrażali mu się: że zdechnie jak pies, że kula go nie minie itd. Od tego czasu był ks. proboszcz Macoszek u górników bardzo znienawidzony” – relacjonował ksiądz Kasperlik, według którego zamachu mieli dokonać górnicy zbiegli z rosyjskiej Kongresówki po upadku rewolucji 1905 roku. „I w Żebraczy zostało kilku takich niebezpiecznych królewiaków przyjętych do pracy, którzy utworzyli tam tajne kółko anarchistyczne”. Żandarmi potem znaleźli „w gospodzie Barbera, gdzie królewiacy mieli swój lokal, mnóstwo pism anarchistycznych, sporo dynamitu i mnóstwo listów szyfrowanych, których jednak – nie mając klucza – nikt odczytać nie umiał”. To było jeszcze przed przyjazdem rodziny Zgrajów, ale już oddawało klimat zmian w górniczej osadzie.

W kwietniu 1914 roku pociągiem z Bogumina do Dziedzic przejeżdżał transport z żołnierzami wiezionymi na manewry. Niektórzy z nich rozmawiali po polsku, żartowali z dziećmi, nakładali im swoje czapki na głowy, mówiąc, że i z tych maluchów za parę lat będą żołnierze. Matka Ludwika odpowiedziała, że z nich nie będą wojacy, bo ich ojciec wysłużył cesarzowi trzy lata i „styknie to za nich”.

Gdy w sierpniu padły pierwsze strzały za cesarzy, w Dziedzicach niektórzy płakali, inni śpiewali, a jeszcze inni pili. Mówili: „Nalej pan jeszcze kolejkę na borg [kredyt – przyp. aut.], a bydę lepiej strzyloł i za trzy dni wrócę”.

Część załogi kopalni została zmobilizowana, ale kto był lubiany przez dyrekcję, ten został. Działacze robotniczy, czyli „niepewny element”, musieli iść na front – a front był wielkim straszakiem. Stary Zgraja też wyjechał walczyć za cesarza. W domu z żoną pozostawił sześcioro dzieci: trzech chłopców i trzy dziewczynki. „Matka tłumaczyła, iż wojna się skończy, ojciec przyjedzie, przychodziły listy… Wkrótce jednak zawitał u nas głód, wprowadzono kartki na żywność”.

Wojna spowodowała masowy odpływ robotników na front, ale potrzeby produkcji wojennej sprawiły, że przemysł wciąż wołał o ręce do pracy: kobiet, dzieci, jeńców. Pod koniec 1914 roku do Dziedzic przyjechali pierwsi Rosjanie, którzy trafili do niewoli – mieli pracować na kopalni i w niektórych fabrykach. Na miejscu zakwaterowano oddział wojsk węgierskich. Węgrzy obchodzili się z pojmanymi tak brutalnie, że ludzie zaczęli ich żałować.

Entuzjazm wojenny szybko minął, kiedy armie na dobre utknęły w okopach, a coraz częściej w oczy zaglądał głód. Narastał ferment, zwłaszcza po ciężkiej zimie w latach 1916/1917.

„Służyłeś kajzerowi, bo musiałeś. Zaciągnęli cię na wojnę, pozostawiłeś wszystko, co kochałeś, twoją matkę i nas, dzieci. Matka nasza do nocy pracowała, by nas wyżywić. Zachorowała, biedna istota, pomocy jej nie dał kajzer, listy, które do Ciebie pisała, a przychodziły z powrotem, zabiły ją. Widziałem, jak umierała z żalu. Wypłakała swe oczy za Tobą. Kochała Cię i Tyś ją kochał. Zapędzili Cię do wojny, żonę Ci zabili, nie puścili Cię, abyś mógł jej oddać ostatni hołd. Pracowałeś dla nich całe życie. Gdy musiałeś się bić, biłeś się dla ich podłych interesów” – pisał w liście do ojca dwadzieścia lat później Paweł Kleczka z Wirka.

Młody Zgraja z kolegami chodził dorabiać u bogatych gospodarzy za miskę strawy. Za dzień pasania krów od rana do zmroku dostawało się litr żuru. „W domu panował głód i tak się kształtował mój tok myślenia. Tak się rodziła nienawiść do tych, co jedli chleb posmarowany, co na wojnie się bogacili”.

Ludzie zaczęli się burzyć. Na oczach Zgrai żandarmi prowadzili skutego starego górnika, bo nie chciał już zjeżdżać na dół. Zgraja widział, jak po ich chorego sąsiada żandarmi przyszli, ten wyskoczył z okna, połamał sobie nogi, a ci powlekli go tak do aresztu. Kobiety chciały dać prześcieradło lub kije, by zanieść nieszczęśnika, a żandarmi rozgonili je kolbami. Matka Zgrai też oberwała po plecach. Jego brat za próbę strajku wylądował na sześć tygodni w areszcie, a Ludwik nosił mu jedzenie. Zresztą nietypowy to był areszt. O szóstej rano szedł do roboty, a od czwartej po południu za kratki.

Latem 1917 roku zaczęły się strajki głodowe. Najostrzej było w Ostrawsko-Karwińskim Zagłębiu Węglowym. 2 lipca wybuchły zamieszki w Witkowicach na terenie dzisiejszej Ostrawy. Jak wspominał działacz socjalistyczny – i późniejszy poseł Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) – Tadeusz Reger, „głodujące kobiety i dzieci rzuciły się tam na sklepy z żywnością, magazyny towarów i hotel werkowy”. Wezwane oddziały wojskowe stłumiły zajścia, zabijając pięć osób, a kilkanaście raniąc. Nic to jednak nie dało – głodowa rewolta rozszerzała się na całe zagłębie. Górnicy zaczynali strajkować. Samorzutnie formowały się tłumy robotników, kobiet, młodzieży, liczące po kilka tysięcy osób. Przechodziły z jednej miejscowości do drugiej, atakując i rabując sklepy. Dochodziło do starć z żandarmerią i wojskiem. W Porębie robotnicy odbili ośmiu zaaresztowanych towarzyszy, atakując potem do nocy posterunek. W Karwinie żołnierze zastrzelili kilku strajkujących. Aresztowano prawie pięćset osób. „W więzieniach znalazły się setki kobiet, niedorostków, małych dziewcząt i mężczyzn” – czytamy w interpelacji posła Cingra złożonej w wiedeńskiej Radzie Państwa.

Strajk pracowników huty cynku na Wełnowcu

Narodowe Archiwum Cyfrowe

Podobnie było na niemieckim Śląsku. W kwietniu 1917 roku rozpoczął się pięciotygodniowy strajk załogi kopalni Gleiwitz (Gliwice), domagającej się podwyżek płac i ośmiogodzinnego dnia pracy. Podobne żądania wysunęli górnicy rudy cynku Neue Viktoria pod Bytomiem, których protest stłumiło wojsko. W maju strajkowano w kopalniach w Myslowitz (Mysłowice) oraz w Gräfin Laura. W Szarleju, Miechowicach i Kamieniu protestowali robotnicy zamieszkujący Królestwo Polskie i dochodzący codziennie do roboty, żądając takich samych przydziałów żywnościowych, jakie otrzymywali ich miejscowi koledzy z pracy.

Przełom czerwca i lipca to z kolei wielkie rozruchy głodowe w Zabrzu, Gliwicach i Świętochłowicach, z ogromnym udziałem kobiet. Tu także dochodziło do rabowania sklepów z żywnością. Do stłumienia protestów władze użyły policji i wojska. Za udział w samych gliwickich zamieszkach ukarano sądownie 653 osoby. W tym czasie strajkowało jedenaście tysięcy górników z dwudziestu kopalń. Górny Śląsk, dotychczas nieczęsto goszczący na mapie wielkich konfliktów społecznych w Niemczech, doszlusował do czołówki kraju pod względem liczby strajków. O ile w 1917 roku doszło tu do 66 protestów o charakterze lokalnym, o tyle w 1918 roku – do 134 strajków z udziałem 121 tysięcy robotników. Co ważne, podczas tych wszystkich protestów coraz częściej żądano zakończenia wojennej rzezi. Znów splotły się losy obu części Górnego Śląska.

Cieszyński prokurator wskazywał w swojej analizie przyczyn rozruchów z lata 1917 roku na „wzrost świadomości robotników co do ich roli społecznej”. W grę wchodził wpływ rewolucji rosyjskiej oraz konferencji pokojowej europejskich socjaldemokratów w Sztokholmie, „które podniosły samopoczucie robotników tak dalece, że wydaje im się, że w ich rękach spoczęły dalsze losy wojny i pokoju”.

Potwierdził to wielki strajk, który objął Austro-Węgry w styczniu 1918 roku z powodu przeciągania rokowań pokojowych z Rosją radziecką w Brześciu Litewskim. W połowie stycznia zastrajkowali robotnicy w Wiener Neustadt, a po nich ruszyła fala. Pod koniec drugiej dekady stycznia wybuchły pierwsze protesty w rewirze karwińskim, które rozszerzyły się na cały Śląsk Cieszyński. 23 stycznia doszło do kulminacji, wiec w Morawskiej Ostrawie zgromadził dwadzieścia tysięcy uczestników, a w pobliskiej Orłowej dwadzieścia pięć tysięcy. „Strajk dla pokoju, chleba i praw” – tak tego samego dnia opisał ten protest socjaldemokratyczny „Robotnik Śląski”.

Gdzieś na wschodzie, pod Dźwińskiem, obecnie Dyneburgiem, żołnierze śląskiego 156 Pułku Piechoty z Bytomia bratali się wówczas z rosyjskimi sołdatami i robili sobie wspólne zdjęcia.

Na początku 1918 roku Zgrajowie doczekali się powrotu ojca, zdemobilizowanego jako górnika z chorymi nerkami i płucami. Często opowiadał dzieciom o wojnie, że się musi skończyć, bo dużo dezerterów, bo brak dyscypliny w wojsku, bo ludzie mają tego po prostu dość. Tymczasem historia nabrała tempa.

„Aby Polska stała się matką szerokich warstw ludowych”

Zgraja po czterech klasach szkoły ludowej trafił do szkoły wydziałowej w Dziedzicach. Dzieci górników musiały tam chodzić siedem kilometrów pieszo, ze stopami okręconymi szmatami. Po dzieci sztygarów i inżynierów przyjeżdżały jednak powozy z kopalni, bo „to już była lepsza kategoria ludzi” – oceniał Zgraja. Nic dziwnego, że Ludwik często wdawał się w bójki z tymi „lepszymi” dzieciakami i miał złe stopnie.

Cały Górny Śląsk przeżywał wówczas polityczną gorączkę. Zachwiała się pozycja „lepszej kategorii ludzi”. Gdy w listopadzie 1918 roku rewolucja zwyciężyła w Berlinie i Wiedniu, a socjaldemokraci przejęli władzę, na Górnym Śląsku dochodziło już do strajków, demonstracji, rozbrajania oficerów, wyrzucania znienawidzonych dyrektorów z fabryk, uwalniania więźniów politycznych. „Opanowanie wszystkich bytomskich placówek urzędowych przez nikłą garstkę żołnierzy dokonane zostało w przeciągu zaledwie godziny. Nie padł ani jeden strzał, gdyż nie znalazł się człowiek, który by na widok karabinu i czerwonej kokardy natychmiast nie kapitulował” – wspominał Józef Grzegorzek w spisanej piętnaście lat później historii walk powstańców śląskich.

Według lokalnej księgi parafialnej socjaliści w Dziedzicach uchwalili, „że proboszcz musi też przystąpić do ich organizacji, my go będziemy płacili z naszej kasy, i pozwolimy mu się ożenić”. To chyba dosyć dobrze ilustruje owe czasy.

Dyrektor jednego z większych przedsiębiorstw górnośląskich skarżył się w prywatnym liście z 29 grudnia 1918 roku: „Tu nie jest wesoło. Wczoraj pertraktowałem przez cały dzień. Załoga uprawia politykę rewolwerową i zmusiła mnie do przyrzeczeń. Na innych kopalniach sprawy poszły o wiele dalej. Trzech dyrektorów generalnych złożyło już swoje funkcje i opuściło Górny Śląsk. U mnie zwolnili oni [robotnicy – przyp. aut.] z pracy dziesięciu urzędników na drodze uchwały masowej”. Na Śląsku Cieszyńskim robotnicy „zwolnili” w ten sposób dwóch dyrektorów i dwudziestu siedmiu sztygarów.

Prezydent rejencji śląskiej w Opolu stwierdził, że robotnicy zachowywali się wobec dyrekcji zakładów jak ich prawowici właściciele. W zakładach, miastach i na wsiach masowo powstawały rady robotnicze, żołnierskie czy chłopskie (utworzono ich w sumie 892), które mimo radykalnych nazw pełniły zazwyczaj funkcję administracji terenowej, choć istniały w nich frakcje rzeczywiście rewolucyjne. Uaktywnił się polski obóz narodowy, któremu skrzydeł dodało odrodzenie państwa i zwycięskie powstanie w Wielkopolsce. W listopadzie i grudniu na niemieckim Śląsku powołano pięćset polskich rad ludowych, które podporządkowały się Naczelnej Radzie Ludowej w Poznaniu – złożone były jednak tylko z propolskich Ślązaków. Lider polskiego obozu Wojciech Korfanty atakował konkurencyjne rady robotnicze jako „rady niemieckie”.

W zakładach za Olzą również powstawały rady robotnicze. Atmosfera dawnej ostrawskiej międzynarodówki zaczęła jednak słabnąć. Spojrzenia mieszkańców kierowały się ku Warszawie bądź Pradze, a nawet Wiedniowi. 19 października powstała polska Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego, której jednym z filarów byli socjaliści. W nocy z 31 października na 1 listopada objęła pełną władzę we wschodniej i w środkowej części Śląska Cieszyńskiego, podczas gdy kontrolę nad częścią zachodnią przejęła czeska Krajowa Rada Narodowa dla Śląska (Zemský národní výbor pro Slezsko). Odrodzona Polska jawiła się na horyzoncie. Pytanie: jaka? Na wiecu w Cieszynie 27 października przyjęto rezolucję: „Sejm Konstytucyjny ma przeprowadzić takie reformy społeczne, aby Polska stała się matką szerokich warstw ludowych, aby nie było w niej ciemiężców i ciemiężonych, aby zanikły przywileje klas i stanów”. W Wiśle, Istebnej, Jaworzynce i Koniakowie ludność przystąpiła do wyrębu lasów należącej do Habsburgów Komory Cieszyńskiej, które rozciągały się na obszarze siedemdziesięciu gmin. Splądrowano pałacyk myśliwski Habsburgów w Wiśle. 17 listopada na chłopskich wiecach w Wiśle i Istebnej żądano, by zamki i lasy Komory „przeszły na własność Narodu”.

To były czasy, w których nagle wszystko zaczęło się wydawać możliwe. W Rosji wygrała radykalna rewolucja. Odrodziła się Polska. Coś, co dotychczas pozostawało marzeniem, nieoczekiwanie było na wyciągnięcie ręki. Właśnie to poczucie musiało kierować przedwojennym leśniczym, późniejszym żołnierzem kajzera, a w końcu uczestnikiem rewolucji rosyjskiej Walentym Reymannem z małego Sierakowa na północy Górnego Śląska. Gdy wrócił do swojej wioski, od razu zdominował tamtejszą radę robotniczo-chłopską. Wezwał robotników rolnych do strajku, a chłopów namawiał, by nie oddawali kontyngentów żywnościowych. Umówił się z pobliską kopalnią na wymianę żywności na węgiel. Zabiegał o uzbrojenie członków rady. Ten barwny epizod zakończyło 6 grudnia 1918 roku aresztowanie Reymanna na wniosek landrata – starosty lublinieckiego.

Na niemieckiej części Górnego Śląska wciąż działała bowiem niemiecka administracja. Na jej czele stał prawicowy socjaldemokrata Otto Hörsing – przewodniczący Centralnej Rady Robotniczo-Żołnierskiej w Katowicach, a równocześnie komisarz specjalny rządu niemieckiego. Jeszcze przed wojną współpracował z polskimi socjalistami (a nawet poznał przywódcę bolszewików Włodzimierza Lenina), lecz teraz znalazł się po drugiej stronie narodowej barykady. Centralna Rada opierała swoją władzę na oddziałach niemieckiej armii, które później przekształcono w jednostkę ochrony pogranicza zwaną Strażą Graniczną (Grenzschutz). Żołnierze nie byli jednak chętni do dalszej służby. Prezydentowi rejencji opolskiej raportowano: „oddziały zarażone ruchem rewolucyjnym” (Gliwice), „wojsko nie budzi zaufania” (Głubczyce), „oddziały nie robią wrażenia budzącego zaufanie. Wiele z nich rzuciło nawet broń, która dostała się w niepowołane ręce” (Opole). Wojacy zajmowali się szmuglem na polską stronę, sprzedawali broń zarówno polskim konspiratorom, jak i spartakusowskim rewolucjonistom. Na Śląsk zaczęto więc ściągać pewniejsze oddziały ochotnicze, Freikorps, zahartowane już w bojach ze zrewoltowanymi niemieckimi robotnikami, wciąż wierzące w Wielkie Niemcy – i w większości nienawidzące nowej republiki niemieckiej.

O tym, że na żołnierzach nie można zbytnio polegać, przekonują wydarzenia w Lipinach. W grudniu 1918 roku wrócił tam do domu Anton Jadasch, który w Berlinie uczestniczył w Zjeździe Rad z ramienia powiatowej Rady Robotniczej i Żołnierskiej w Bytomiu. Sam barwnie to opisał we wspomnieniach: „Zobaczyłem na podwórzu przed moim mieszkaniem wielką ciężarówkę z zamontowanym ciężkim karabinem maszynowym. 24 ludzi z bytomskiej żandarmerii przeszukuje moje mieszkanie i wszystko przewraca. W Lipinach było wtedy 12 setek milicji robotniczej. […] Niektórzy z komendantów setek są na miejscu, a wśród nich i ten, który posiada gwizdek z łodzi torpedowej i daje uzgodniony sygnał. Ulica Bytomska zostaje obsadzona przez setki robotników. Komendant żandarmerii blednie. Jako frontowiec widzi natychmiast niemożliwość jakiejkolwiek obrony. W ciągu kilku minut broń znalazła się w rękach robotników. Kiedy żołnierze widzą, co się dzieje, oddychają z ulgą, niektórzy się nawet śmieją. Źle poszło natomiast obydwu urzędnikom kryminalnym, którzy przeprowadzali rewizję. Jeden z nich zniszczył fotografię Róży Luksemburg, która była w mieszkaniu. Gniew ludu wyładował się na miejscu”.

20 grudnia 1918 roku w restauracji w Bytomiu odbyło się zebranie radykalnych członków rad, na którym podjęto uchwałę o powołaniu do życia Komunistycznej Partii Górnego Śląska, KPGŚ (Związek Spartakusa) – jeszcze przed oficjalnym powstaniem Komunistycznej Partii Niemiec (Kommunistische Partei Deutschlands, KPD). Jednym z liderów KPGŚ był właśnie Jadasch. Sytuacja zdawała się jej sprzyjać. Pierwsza demonstracja komunistyczna 25 grudnia zgromadziła dwa tysiące osób na bytomskim rynku. 27 grudnia wybuchł wielki strajk górniczy z powodu obcinania płac i podwyżki cen żywności. Siłą usuwano znienawidzonych dyrektorów. Dowództwo VI Korpusu Reichswehry raportowało: „ujawnia się coraz bardziej, że strajk został spowodowany przez zwolenników grupy Spartakusa”.

Górnośląski feldfebel z Murcek zastanawiał się we francuskiej niewoli: „Popadałem w krańcowość myślenia. Widziałem jedyne rozwiązanie kwestii Śląska w komunizmie zapoczątkowanym w Rosji. W komunistycznej Paneuropie wyobrażałem sobie Śląsk jako samodzielną jednostkę i postanowiłem tej idei poświęcić moją pracę po powrocie. Po wyczytaniu z gazet, że Śląsk przypadnie do Polski, idee komunizmu zbladły zupełnie, by znów powrócić”. Ślązak wstąpił do polskiej armii we Francji, z którą wrócił do kraju. A o swych ówczesnych dylematach opowiedział potem socjologowi Józefowi Chałasińskiemu.

Wieczorem 2 stycznia 1919 roku w Królewskiej Hucie doszło do manifestacji pod hasłem podwyżek płac. Następnego dnia zaczęły w mieście wybuchać strajki. Wzburzeni robotnicy zostali ostrzelani przez wojskowych przed gmachem inspekcji górniczej – padło aż siedemnastu zabitych i dwudziestu jeden rannych. 4 stycznia zorganizowano wielką demonstrację, na której domagano się rozbrojenia żołnierzy. Manifestanci opanowali placówkę wojskową i zdobyli broń. W odpowiedzi 6 stycznia władze wprowadziły stan oblężenia w Królewskiej Hucie, Świętochłowicach, Hajdukach Wielkich, Chorzowie i Lipinach.

8 stycznia wybuchł strajk na kopalni Heinitz w Bytomiu, gdzie załoga domagała się wprowadzenia kontroli robotniczej, powołania rządu z udziałem Karla Liebknechta, przywódcy niemieckich komunistów, i otwarcia granicy z Polską. Delegacja mieszczan bytomskich pospieszyła do władz z prośbą o rozciągnięcie stanu oblężenia na cały okręg przemysłowy. W Gliwicach wydano zarządzenie, że na wypadek robotniczej rewolty uruchomione zostaną syreny zakładów przemysłowych, „a będzie to znak dla wszystkich mieszczan, że się mają natychmiast schronić do swych domów i drzwi pozamykać” – o czym donosił jeden ze styczniowych numerów dziennika „Volkswille”. W Bobrku pod Bytomiem robotnicy przejęli transport kilkuset karabinów, które rozdano górnikom kopalni Johanna. W Miechowicach doszło do starć z żołnierzami chroniącymi dyrektora kopalni Preussen. Były to akcje żywiołowe, nieskoordynowane, choć policja za wszystkim upatrywała „knowań spartakistów”.W 1919 roku na niemieckim Górnym Śląsku doszło zresztą aż do 350 strajków z udziałem 452 tysięcy osób – podczas gdy cały region liczył dwa miliony mieszkańców.

16 stycznia w Katowicach odbyła się konferencja mediacyjna z udziałem przedstawicieli rządu. Minister Paul Hirsch odczytał rezolucję fabrykantów, że „nie mogą zgodzić się pod żadnym warunkiem na żądania robotników, po pierwsze dlatego, że nie posiadają nic, po drugie, że to żądanie jest wynikiem agitacji wielkopolskiej i bolszewickiej” – o czym pisała dwa dni później „Gazeta Robotnicza”. Jednak już wcześniej prezydent rejencji opolskiej wysłał memoriał do Berlina z prośbą o pięciokrotne zwiększenie liczby żołnierzy na Górnym Śląsku.

W tym czasie KPGŚ przystąpiła do KPD jako jej górnośląski okręg. Radykalizm partii przyciągał młodych zbuntowanych. Tak trafił do niej młody Józek Kolorz, który pracując w radlińskiej kopalni Emma, jeszcze podczas wojny wstąpił do górniczego związku zawodowego. Po rewolucji niemieckiej w jego niewielkim Radlinie zawrzało. W listopadzie 1918 roku Kolorz strajkował z całą załogą Emmy. „Tamtejsza Rada Robotnicza usamodzielniła się i w najbliższej przyszłości proklamować będzie z pewnością Polską Republikę Radlińską. Mieszkańcy sprowadzili sobie z Berlina sekretarza przesiąkniętego naleciałościami spartakusowskimi – alarmował rybnicki landrat. – Sprawa jest tym bardziej interesująca, że radlińska Rada Robotnicza jest czysto polska”. Na początku marca rozwiązano tę radę, a Kolorz, oskarżony o zdradę Niemiec, musiał uciekać do Polski. Łatwo było bowiem trafić do więzienia. Jednego z jego kolegów aresztowano, bo związkowcy „zrywali żołnierzom i oficerom niemieckim pagony, a przypinali im czerwone kokardki”.

Józef Kolorz

Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej

Definitywnie podzielony został wtedy Śląsk Cieszyński – między odrodzone Polskę i Czechosłowację. Podczas ataku wojsk czeskich w styczniu 1919 roku zabrakło na tym terenie większych polskich oddziałów, gdyż jednostki śląskie wysłano do walki na wschód. Co więcej, wcześniej rozbrojono oddziały polskiej milicji na Śląsku Cieszyńskim, złożone głównie z robotników, aby – jak pisał piętnaście lat później dowódca milicji porucznik Jerzy Szczurek, „nie przekształciły się pewnego poranku w jaczejki komunistyczne”. Czołowa socjalistka na Śląsku Cieszyńskim Dorota Kłuszyńska pisała z goryczą na łamach „Robotnika Śląskiego” 21 lutego 1920 roku: „nie może rządowi polskiemu mniej zależeć na Śląsku aniżeli na majątkach magnatów polskich na wschodzie”. Rzeka Olza stała się tymczasową granicą, którą w lipcu 1920 roku zatwierdziła ostatecznie Rada Ambasadorów zwycięskich mocarstw. Na terenie zajętym przez Czechów wojsko obsadziło kopalnie, obawiając się zrewoltowanych górników.

„Gorsza niż agitacja polska jest agitacja spartakusowska”

Na początku marca 1919 roku wybuchły walki w Berlinie, które przerodziły się w bunty robotnicze na większości terenów Niemiec. Wkrótce proklamowano Węgierską Republikę Rad, a w kwietniu powstała podobna w Bawarii. 5 marca rozpoczął się protest w górnośląskich kopalniach. W szczytowym momencie strajkowała połowa kopalń, trzy huty oraz część kolejarzy. Pojawiały się żądania obalenia rządu, likwidacji Grenzschutz, otwarcia granicy z Polską, upaństwowienia zakładów. W Michałkowicach demonstranci opanowali posterunek policji. Po interwencji wojska zaczęły się aresztowania, a gdy tłum chciał odbić zatrzymanych, padł jeden zabity. 7 marca w Siemianowicach odbył się wielki wiec, na którym pojawił się oddział wojska i… złożył broń. Uzbrojeni robotnicy zajęli wówczas dworzec kolejowy, bank i lokalne fabryki. Powstrzymała ich dopiero interwencja większych sił wojskowych. Doszło do masowych aresztowań, znów wzrósł krwawy bilans: jeden zabity, dwóch rannych. Górnik zginął też podczas walk w Mikulczycach, a w starciach w Porębie, Zabrzu, Szopienicach i Szombierkach padli ranni. Wszędzie pojawiały się uzbrojone grupy robotników.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I