Sierociniec pełen nadziei - Sylwia Kubik - ebook + audiobook + książka

Sierociniec pełen nadziei ebook i audiobook

Sylwia Kubik

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.



Dowiedz się więcej.
Opis

W świecie ogarniętym wojną, głodem i strachem dwoje dzieci trafia do sierocińca prowadzonego przez zakonnice. Za murami starego budynku próbują odnaleźć namiastkę bezpieczeństwa, ciepła i normalnego życia, choć codzienność wciąż naznaczona jest utratą, tęsknotą i widmem śmierci.
„Sierociniec” to poruszająca opowieść o dzieciach, które zbyt wcześnie musiały dorosnąć i o nadziei, która niekiedy zawodzi. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 249

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 54 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Sylwia Kubik, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Tomasz Dobrenko/GIFTKING

Redakcja: Agnieszka Luberadzka

Korekta: Marta Akuszewska, Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Emilia Baczyńska-Majchrzycka EMQ Design

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-695-2

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Tę pełną emocji powieść dedykuję mojej kochanej mamie – Irenie Kubik. Mamuś! Dziękuję za to, że jesteś. Kocham Cię.

Lipiec 1915 roku

Ciepłe podmuchy wiatru przedzierały się przez znoszoną koszulę chłopca.

Jego policzki, w lepszych czasach zaokrąglone, teraz były zapadłe i blade.

Cienie pod oczami nabrały intensywnego granatowego odcienia.

Chodził po placu bosymi nogami, brodząc w suchej, kłującej trawie.

Nie zważał na to.

Słyszał swoją mamę.

Słyszał ją bardzo dokładnie.

To był jej głos, jej śmiech.

Przecież pamiętał…

Chyba pamiętał…

Musiał to sprawdzić.

Biegł wzdłuż wysokiego płotu, nawołując, ile sił w płucach.

– Mamo! Mamusiu! Mamo! Gdzie jesteś?!

Nie odpowiadała.

Przylgnął do bramki, zanosząc się płaczem.

Wciąż wołał, ale ciszej, coraz ciszej.

Wtem naprzeciw niego, po drugiej stronie ogrodzenia, przystanęła kobieta.

Wysoka, szczupła, w eleganckiej brązowej garsonce.

Uniósł na nią zapłakane oczy.

– Mamusiu!

Kobieta milczała.

Przecisnął dłoń przez płot i wyciągnął w jej stronę.

– Mamusiu! Wróciłaś! Wróciłaś po mnie?

Kobieta nie odpowiadała.

Wpatrywała się w zapłakanego chłopca, a w głowie pojawiały się obrazy z przeszłości.

Duże, ciemne oczy spoglądające na nią z ufnością.

Cichy oddech i zimne, delikatne rączki.

Tak inne od tych ciepłych i szorstkich.

A jednak takie podobne…

Miasto skazane na głód

Zima 1915 roku zawłaszczała kolejne ulice miasta. Wciskała się w oficyny, kamienice i domy. Mróz przenikał przez grube mury, wychładzając wnętrza tak mocno, że nawet silny ogień, który rozpalano przecież w tak niewielu domach, nie mógł go przegnać.

Mieszkańcy uszczelniali okna, czym tylko się dało. Upychali skrawki gazet, materiałów, trocin. Przy tak niskich temperaturach pomagało to jednak naprawdę niewiele. Łatwiej było w licznych rodzinach, gdzie wszyscy gromadzili się w jednym pomieszczeniu i ocieplali je temperaturą swoich ciał. Poubierani w kilka warstw, przykryci po czubek głowy, przytulali się do siebie, próbując rozgrzać.

O ile tym sposobem udawało się przetrwać noc, to w dzień na ten luksus mogły sobie pozwolić tylko małe dzieci. Dorośli musieli wstawać i wychodzić z domów, by zdobyć choć kęs pożywienia.

Nie było to łatwe. Miasto zamieniło się w twierdzę. Oblężone, odcięte od dostaw, stało się terenem walk. Mężczyzn powołano do wojska. Kobiety i starcy musieli przejąć ich rolę. A jednocześnie pełnić swoją. Okazało się to bardzo trudne, gdyż kartki żywnościowe, które dostawali, najczęściej stanowiły po prostu bezwartościowy, nic nieznaczący papier, bowiem mimo przydziału produkty te były nieosiągalne.

Właściwie z każdym dniem jakiekolwiek jedzenie stawało się coraz trudniej dostępne. Gotowano wszystko, co mogło zaspokoić głód. Najpierw do gara powędrowały psy. Porzucone, wychudzone, błąkające się po mieście i skomlące tak żałośnie, że wielu zatykało uszy, choć sami ledwo powłóczyli nogami. Niektóre z nich były agresywne i rzucały się na ludzi. Te uciszano mocnym uderzeniem. Początkowo zostawiano je na pożarcie innym zdziczałym psom. Później zaś ich truchła zaczynały znikać z ulic.

Nie mówiono o tym głośno. Ani cicho. Był to temat tabu, lecz im silniej zaciskały się wokół miasta macki rosyjskich żołnierzy, im bardziej ściskał ludzi ten kordon strachu, biedy i głodu, tym mniej psów włóczyło się samopas. W ślad za nimi poszły koty. Specyficzny zapach gotowanego mięsa rozprzestrzeniał się w różnych dzielnicach i zaułkach, początkowo wzbudzając obrzydzenie i niechęć, które z czasem zmieniło się w obojętność, a następnie w pragnienie zdobycia kota, psa czy gryzonia.

Tak, gdy w mieście rozgościły się szczury i myszy, a zniknęły koty polujące na te niechciane zwierzęta, ludzie sami zaczęli je wyłapywać. I wcale nie po to, żeby się ich pozbyć.

W smaku przypominały zająca. Niektórzy porównywali je do nutrii, choć niewielu miało okazję jej próbować. Ogólnie jednak starano się nie myśleć o tym, co pływa w garnku, póki w ogóle coś się w nim pojawiało, gdyż z każdym tygodniem, każdym dniem coraz trudniej było upolować nawet szczura.

Maria nie była zbyt dobrą łowczynią. Niekiedy udało jej się złapać mysz, która przywędrowała do ich mieszkania w poszukiwaniu pożywienia i ostatecznie sama się nim stawała. Z każdym dniem więc głodowali coraz bardziej. Patrzyła na blade twarze dzieci, ich podkrążone oczy oraz zapadnięte brzuchy i płakała z bezsilności.

Wymieniła na jedzenie wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Mieszkanie zostało ogołocone do cna. Meble nadające się do sprzedaży dawno zostały przehandlowane. Resztą sprzętów przepalała od czasu do czasu w piecu, żeby rozgonić mroźne powietrze. Czyniła to ostrożnie, zwlekając z tym do ostatnich wieczornych, a właściwie nocnych godzin. Wrzucała kilka drasek z porąbanego krzesła czy komody, by ogień dawał choć iluzję ciepła i przytulności.

– Mamuś, proszę, wrzuć więcej – zapłakała Cecylia, szczękając zębami. – Jest mi tak strasznie zimno. Twarz mnie swędzi, a palce szczypią.

Podeszła do córki i czule pogłaskała ją po chropowatych policzkach. Skóra na nich była czerwona, wyschnięta, popękana i szorstka. Pomyślała, że gdyby miała choć odrobinę gęsiego smalcu, od razu by jej to zaleczyła. Jednak smalec, gęsi czy też wieprzowy, w ich domu nie gościł od ponad roku.

– Nie mogę, kochanie. Jak wrzucę wszystko, to jutro w ogóle nie będę mogła rozpalić. A tak chociaż dłonie sobie ogrzejemy.

– Głodny jestem – zapłakał malutki Czesiek. –  Bardzo, bardzo głodny.

Takie prośby oraz pełne żalu wyznania pojawiały się w ich domu kilka razy dziennie. O swoim głodzie nawet nie chciała myśleć. Wszystko, co udało się zdobyć, oddawała dzieciom, z rzadka biorąc coś dla siebie.

– Idę do szwalni. Wrócę późno – powiedziała, opatulając ich dokładnie kołdrami i narzutami. – Może dzisiaj uda mi się zarobić więcej jedzenia. Leżcie tu grzecznie. Najlepiej idźcie spać, to czas wam szybciej zleci.

– Ciągle śpimy – zauważyła Cecylia. – Bolą mnie już plecy od leżenia. Chciałabym iść na dwór.

– Wiesz, że to niebezpieczne. Nie wiadomo, kiedy zaatakują żołnierze. Poza tym na dworze jest potwornie zimno. Zamarzłabyś.

– A kiedy zrobi się ciepło?

– Jeszcze trochę, córcia, jeszcze trochę. Mamy dopiero luty, więc jeszcze wiele tygodni zimy przed nami.

Dziewczynka posłała matce smutne spojrzenie. Już od wielu dni nie wychodziła. Tęskniła za koleżankami, za zabawami. I za jedzeniem. Siedzenie w zamknięciu kojarzyło jej się z zimnem i głodem.

– Idźcie spać. Jak wrócę, to was obudzę – odparła, wyszła z mieszkania, po czym dokładnie je zakluczyła.

Zawiązała chustkę pod szyją i owinęła się ciaśniej płaszczem. Gdy wyszła z kamienicy, uderzyło ją tak przenikliwe zimno, że zabrakło jej tchu. Dla rozgrzania się pierwsze kilkadziesiąt metrów przebiegła. Dopiero gdy krew zaczęła szybciej płynąć, zmieniła bieg na żwawy marsz.

Wiedziała, że najważniejsze to nie przystawać, bo wtedy zimno dość prędko osiada na ciele i ubraniu. W ruchu mróz był mniej dokuczliwy, więc wytrwale stawiała krok za krokiem, ignorując zamarzające włoski w nosie oraz sklejone rzęsy, na których skraplał się oddech zmieniający się szybko w warstewkę lodu.

Wyludnione ulice i zrujnowane budynki, przykryte grubą warstwą śniegu, wyglądały mrocznie, a miejscami upiornie. Ciężko było uwierzyć, że jeszcze nieco ponad rok temu miejsce to tętniło życiem. Wszędzie przewijało się mnóstwo ludzi, straganów, dzieci bawiących się na dziedzińcach. Zapachy miasta mieszały się z zapachami jedzenia wydobywającymi się z restauracji, piekarni i domów.

Teraz cisza. Przetykana wystrzałami. Nieliczne ślady, które szybko znikały pod warstwą sypiącego śniegu. Gdzieniegdzie tylko widać było cienkie strużki dymu unoszące się nad dachami. Rzadkie i nierówne, ale pokazujące, że tam właśnie są szczęśliwcy, którzy jeszcze mają co spalić w piecu. Cokolwiek.

Jakże uderzająca była zmiana między tym, co było, a tym, co jest. I równie szokujące, jak szybko ludzie przystosowali się do nowych warunków. Musieli. Kto tego nie potrafił, nie akceptował, po prostu umierał.

A Maria chciała żyć. Dla siebie, dla dzieci i dla męża, który walczył na froncie.

Tak się zatopiła w myślach, że nie zauważyła idącej przed nią osoby. Wpadła na nią z rozpędem tak silnym, że obie upadły. Szybko wygrzebała się ze śniegu.

– Przepraszam – powiedziała skruszona, wyciągając rękę, żeby pomóc kobiecie wstać. – Nie zauważyłam.

Pomoc nie została przyjęta.

– Poradzę sobie. – Odpowiedź była oschła.

Maria przyjrzała się kobiecie, którą przewróciła, i wszystko stało się jasne.

Adela Olszewska.

Znajoma, z którą kiedyś chodziła do szkoły. Po ukończeniu edukacji ich ścieżki często się przecinały. Miasto było spore, liczyło ponad pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, ale nie na tyle rozległe, żeby nie spotkać się w kościele, na cmentarzu czy w sklepie.

Z samą Adelą nie miała zażyłych kontaktów. Posiadały jednak wspólnych znajomych, więc niekiedy dochodziły do Marii różne informacje. Jak na przykład ta, że wyszła za mąż za szewca i całkiem dobrze jej się żyło. Ale również i ta, że jej mąż zginął na froncie, a ona została sama z czwórką dzieci. I zarabiała na ich utrzymanie, kupcząc swoim ciałem.

– Jeszcze raz przepraszam cię za moją nieuwagę.

Adela rzuciła zdziwione spojrzenie i czym prędzej ruszyła w swoją stronę. Maria wcale się nie dziwiła temu zachowaniu. Wiedziała, jak wielu tamta doświadczyła obelg i przykrości ze strony znajomych, ale i nieznajomych. Wyzywano ją od najgorszych. Gdy szła chodnikiem, ostentacyjnie przechodzono na drugą stronę ulicy. Spluwano na jej widok, wytykano palcami, a niekiedy i rzucano w nią kamieniami.

Reakcja była ostra, gdyż wynikała ze strachu. Problem prostytucji w mieście był dość powszechny. I rozpoczął się na długo przed wojną. Jej rozwój przypadł na czas zakwaterowania tutaj armii austro- -węgierskiej. Wtedy to lokalna biedota, przymierająca głodem, zaczęła na wielką skalę kupczyć swoimi ciałami pod garnizonem. Szybko dołączyły do nich dziewczyny i dziewczynki z okolicznych wsi, które przyjeżdżały za chlebem, za pracą, a znajdowały jeszcze większy niedostatek niż u siebie. Im rosło bezrobocie, tym zwiększał się ruch na terenie zajmowanym przez wojsko.

Prostytucja stała się plagą, z którą nie sposób było walczyć. Powstawały kolejne szynki, knajpy, a prowizoryczne hoteliki wynajmowały pokoje na godziny. Taki pokój jednak należał do luksusów. Nierząd najczęściej uprawiano w melinach, suterenach, na skwerkach czy też w zaułkach bram.

Początkowo były to spontaniczne, wynikające z głodu sytuacje. Z czasem rozwinęły się w dobrze prosperujący biznes, z którego największe dochody czerpali sutenerzy i sutenerki. Kobiety z uzyskanych pieniędzy utrzymywały nie tylko siebie, ale i całe rodziny zostawione na wsi, które bez ich pomocy nie miałyby szans na przetrwanie. Podobnie wyglądało to u miejskiej biedoty.

Przybywało więc nie tylko napływowych mieszkańców, lecz także nieślubnych dzieci, które porzucano na ulicach czy w zakonnych bramach. Tak najłatwiej było pozbyć się problemu. Liczba bękartów rosła, tworząc kolejne pokolenie analfabetów bez szkoły i fachu, bez szans na normalne życie. Koło się zamykało, lecz znacznie poszerzało swój obszar.

I tego właśnie się bano, patrząc na Adelę. Obawiano się, że prostytucja, powszechna wśród najniższych warstw społecznych, ludzi z marginesu, wejdzie poziom wyżej. Do rodzin robotniczych, które, choć biedne, to jednak były w stanie utrzymać się z pracy własnych rąk. Jej los zaś pokazał, jak krucha i niepewna jest ich pozycja. Jak łatwo wpaść w te niziny, którymi dotychczas się pogardzało lub od których wstydliwie odwracało wzrok.

Maria też się tego bała. Z każdym dniem coraz bardziej, gdyż granica się zatarła. Teraz prawie wszyscy należeli do skrajnej biedoty, a przedłużające się oblężenie popychało do sięgania po coraz rozpaczliwsze rozwiązania.

Oblężenie się zacieśnia

Całą drogę do prowizorycznej szwalni rozmyślała o Adeli oraz przewrotności życia. Jak łatwo można wszystko stracić. Głód sprawiał, że człowiek przestawał działać racjonalnie. Jedynym celem stawało się przetrwanie. Potrzeba przeżycia była szczególnie silna, gdy miało się dzieci, a cała odpowiedzialność za nie spadała na barki jednej osoby. Tak było w przypadku Adeli.

– I tak jest ze mną – mruknęła Maria pod nosem. – Muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy, żebyśmy przetrwali to oblężenie. Wojnę. Jak się skończy, to może Antoni wróci do domu? Przecież dobry Bóg nie pozwoli, żeby tak poczciwy człowiek zginął. Nie, to niemożliwe. On na pewno wróci, a tymczasem postaram się z całych sił, żeby miał do kogo wracać.

Z tą myślą weszła do magazynu, który został przerobiony na szwalnię. W środku wrzało od rozmów, turkotu maszyn oraz świstu nożyczek. Hałas był spory, więc tylko skinęła głową i zajęła pierwsze wolne miejsce z brzegu przy długim stole. Przychodziła tu już kilka dni z rzędu, więc doskonale wiedziała, co robić.

Kobiety potrafiące obsługiwać maszyny do szycia znajdowały się w drugiej części magazynu, gdzie zmieniały się co jakiś czas. Nie było ich wiele, gdyż szwaczki wytrwale pracowały w zakładach krawieckich. Tutaj zaś zebrały się mieszkanki chcące pomóc żołnierzom przetrwać najgorsze mrozy.

Ich działanie stanowiło odpowiedź na apel komendanta Kusmanka, ale i szansę na zdobycie jakiegokolwiek jedzenia, gdyż po przepracowaniu kilkunastu godzin dostawały z przydziału puszki, trochę kaszy lub kilka sucharów. Większość z nich chowała te zdobycze i zanosiła do domu, zadowalając się gorącą wodą serwowaną w czasie szycia. Niekiedy też dostawały cienką zupę, w której pływały fragmenty brukwi czy cebuli.

Maria właśnie dla tych niewielkich przydziałów spędzała tutaj większość dnia. Dobrze władała igłą, więc najczęściej zszywała to, co mogło obyć się bez maszynowego szwu. A szyły z naprawdę różnych materiałów.

Przerabiały kotary na proste koszule, stare płaszcze na swetry, szaliki i czapki. Każdy skrawek materiału, który mógł choć trochę ogrzać wyziębione ciała, był zszywany z innymi w kilka warstw i w ten sposób powstawało ubranie dla żołnierzy. Lubiła łączyć długie kawałki, bo ich zszycie zawsze zajmowało kilkanaście minut. Mogła wtedy się nimi przykryć i choć na moment poczuć odrobinę ciepła.

W magazynie było wiele kobiet. Siedziały blisko siebie, szybko poruszając czerwonymi i spękanymi od mrozu dłońmi. Nad stołami wisiały dwie lampy naftowe. Kopciły gęstym, ciemnym dymem, bo do środka wlewano najgorszą naftę. Jednocześnie cieszono się, że w ogóle jeszcze jakąś udało się zdobyć. Światło drżało od przeciągów i rzucało na twarze kobiet żółte, zmęczone plamy.

Maria co chwilę oblizywała spękane opuszki palców. Skóra przy paznokciach pootwierała się od zimna i ciągłego szycia grubych materiałów. Igła raz po raz wbijała się w zgrabiałe dłonie. Początkowo syczała z bólu, lecz z czasem przestała zwracać uwagę na kolejne ukłucia.

W powietrzu unosił się ciężki zapach mokrej wełny, przepoconych płaszczy i wilgoci. Niektóre kobiety przynosiły do środka zamarznięte materiały, które dopiero przy piecyku miękły na tyle, by można było przeciągnąć przez nie nić.

Nie narzekały, pracowały. Igły błyskały w półmroku przy przeciąganiu nici przez grube warstwy materiału. Słychać było jednostajny szelest tkanin, skrzypienie krzeseł i rozmowy mające odegnać otaczającą je ponurą rzeczywistość.

Dzisiaj jednak było zupełnie inaczej. Zamiast kotar czy innych materiałów na stole piętrzył się stos wojskowych tornistrów z cielęcej skóry. Maria, która bez namysłu zajęła wolne miejsce, dopiero teraz zauważyła surowiec, z którego miały szyć. I podobnie jak inne kobiety nie bardzo wiedziała, co z nim zrobić.

– Tornistry? – zdziwiła się siedząca obok niej Izabela. – Co mamy z nich robić?

– Właśnie – podchwyciła inna. – Anno, co ty nam tu rzuciłaś na stół?

Anna, powszechnie szanowana żona oficera, która miała pieczę nad organizacją pracy tego magazynu, weszła na niewielki taboret. Zaczęła coś mówić, lecz jej głos nikł w hałasie. Chcąc zwrócić uwagę zgromadzonych, gwizdnęła przeciągle, wywołując zdumienie na twarzach kobiet. Niektóre wyglądały na zgorszone. Nie przejęła się tym, gdyż dzięki temu osiągnęła cel.

– Przepraszam, mąż mnie tego nauczył i jak widać, niekiedy się przydaje – zaczęła. – Muszę wam wyjaśnić, co będziemy robiły przez najbliższe dni. Od razu mówię, że zadanie nie będzie łatwe, ale obecnie nic takie nie jest. Same wiecie, że wyboru właściwie nie mamy. Albo pomożemy naszym żołnierzom, albo do miasta wedrą się hordy Rosjan, a wtedy… Same wiecie.

– Wiemy.

– Przez wiele dni szyłyśmy z tego, co każda miała w domu. Teatry, muzea, sklepy dały wszystko, co się nadawało na przerobienie. Jednak to wciąż za mało. Mężczyźni zamarzają na polu walki. Nie mają sił nas bronić.

– Nam też jest zimno.

– Właśnie, drogie panie, nam też jest zimno, a to nie my musimy trzymać broń. Sytuacja jest tragiczna. O ile nasi mężowie, synowie, bracia są przyzwyczajeni do takich temperatur, to żołnierze z Włoch czy z Bałkanów zupełnie nie potrafią funkcjonować przy takim mrozie. Wartownicy zamarzają podczas nocnych zmian, a my tkwimy tu uwięzieni, nie mając właściwie żadnej pomocy z zewnątrz. Możemy liczyć tylko na siebie, na nich, a oni na nas.

Maria patrzyła na przemawiającą z zapałem kobietę, która tryskała energią, jej słowa wybrzmiewały z mocą, a oczy jaśniały w miarę wypowiadanych słów. Opuściła głowę. Zawstydziła się, gdyż przychodziła tutaj z zupełnie innych pobudek. Szyła, bo chciała zdobyć trochę jedzenia dla dzieci. Wielkie hasła i idee nie przemawiały do niej tak, jak smutne oczy syna i córki, jak ich pobladłe, zapadłe policzki. Dla nich i tylko dla nich zmuszała do pracy zgrabiałe od zimna dłonie.

– Pomożemy, ale jak? – padło gdzieś z tłumu pytanie. – Co mamy z tym zrobić?

– Już mówię, drogie panie. Na stole widzicie wojskowe plecaki. Uznano, że w obecnych warunkach na nic one się nie przydadzą żołnierzom, i polecono, żeby wszystkie szwalnie, zarówno te profesjonalne, jak i takie prowizoryczne jak nasze, przerobiły je na kamizelki. Jest tego ponad sześć tysięcy sztuk, więc rozdzielono między wszystkich. My mamy do przerobienia pięćset sztuk. Jeśli uporamy się z tym, a jeszcze będą, to dostaniemy kolejne. Musimy robić to szybko i sprawnie. Wszyscy na nie bardzo czekają. To cielęca skóra, więc lepiej ochroni od mrozu niż welur czy wełna.

– Damy radę! – krzyknęła jedna z kobiet, wymachując w powietrzu dużym nożem. – Trzeba poprzecinać szwy, rozpruć wszystko, a później z tego zrobić kamizelkę.

– Musimy przygotować wykrój! – zawołała inna. –  A najlepiej ze dwa, trzy, żeby szybciej szło.

– Tak – potwierdziła Anna, schodząc z taboretu –  trzeba działać z planem. Panie, które są przy stołach, niech biorą się do rozpruwania. Krawcowe przygotują wykroje, a szwaczki będą szyły z tych większych kawałków. Nie ma ich wiele, więc później po prostu trzeba będzie to łączyć z tym, co zostanie. Umiecie to, przecież każdego dnia robicie tu coś z niczego, więc i z tym sobie poradzicie.

Rozdzielono nożyczki oraz noże, po czym z zapałem przystąpiono do pracy. Zadanie jednak wcale nie było łatwe. Nici, którymi zszyto plecaki, były solidne i sztywne, zaś skórę wzmocniono wewnątrz twardymi tekturami, które pozwalały utrzymać kształt. Ciężko ją było wydobyć bez uszkadzania materiału. Sztywne z zimna ręce nie miały takiej precyzji, więc pierwsze próby skończyły się wieloma skaleczeniami.

– Do pioruna, ależ to trzyma – syknęła Iza, próbując wyłuskać przecięte nici.

– Solidna robota – przytaknęła Maria, uważając, żeby nie pójść w ślady sąsiadek i nie skończyć z pociętymi dłońmi.

– Tyle się z tym szarpię, a nawet jeszcze wszystkiego nie zdołałam rozciąć. Jak tak dalej pójdzie, to do rana będę z jednym plecakiem się cackała.

– Nabierzemy wprawy – pocieszyła ją Maria. –  A jak wyjmiemy te wszystkie tektury, to zaraz wrzucą je do piecyka i cieplej nam się zrobi.

– Fakt, będzie czym palić. Wrzątku dzisiaj starczy dla wszystkich.

– Chyba nie tylko wrzątku. Przy takiej robocie to pewnie Anna nam i jakąś zupę zorganizuje.

– Dla mnie to może ją ugotować i na tych plecakach. Zawsze to chociaż trochę żołądek by zapełniło.

W głowie Marii rozbłysła myśl. Postanowiła zebrać trochę ścinek. Uznała, że gdyby je dobrze wymroziła, a następnie wygotowała, to w razie najgorszego mogłaby na tym faktycznie zupę ugotować. Naturalna skóra. Zawsze lepsze to niż nic.

Nie tylko ona o tym pomyślała, bo i inne kobiety zaczęły wpychać mniejsze skrawki do kieszeni. Robiły to dyskretnie, ukradkiem, ale jak ktoś stał obok, siłą rzeczy musiał to widzieć. Nikt jednak nie komentował na głos. Ze skrawków i tak nic nie zdołałyby uszyć, więc żadna to strata dla żołnierzy, a dla ich rodzin ratunek.

Po wielu godzinach pracy stos kawałków skóry był już na tyle duży, że połowa kobiet przystąpiła do szycia. Reszta nadal zajmowała się rozpruwaniem. Piecyk, napełniany co chwilę tekturami, buzował ciepłem jak nigdy wcześniej. Wrzątek był na bieżąco wypijany, a humory kobiet, mimo skaleczeń i bolących od wysiłku ramion, znacznie się poprawiły.

Mimo dobrego nastawienia i motywacji praca była ciężka i nużąca. Im bliżej świtu, tym mniej słyszało się rozmów. Kobiety milkły jedna po drugiej.

Jedna z młodszych szwaczek zasnęła pochylona nad stołem, z igłą wciśniętą między palce. Starsza, siedząca obok, delikatnie wysunęła jej materiał z dłoni, żeby się nie pokaleczyła, ale nie zamierzała jej budzić. Rozumiała zmęczenie.

Maria czuła, że i jej oczy same się zamykają. Kark bolał od ciągłego pochylania się, a palce zesztywniały tak bardzo, że kilka razy upuściła igłę na podłogę. Mimo to szyła dalej. Wiedziała, że jeśli wytrzyma do końca zmiany, dostanie więcej jedzenia.

Nastał świt, zanim uporały się z szyciem kamizelek. Maria z ulgą odłożyła grubą igłę i przetarła szczypiące z wysiłku oczy. To była naprawdę trudna zmiana. Palce miała całe spuchnięte od przepychania igły przez złożone potrójnie warstwy skóry, a kark tak zesztywniały, że z trudem przekręcała głowę.

Serce jednak się radowało. Kieszenie wypchała wieloma ścinkami, a w ręku ściskała puszkę koniny, którą otrzymała na koniec zmiany. Rzadko trafiał się taki hojny przydział, więc szybko zapomniała o wielogodzinnym trudzie i chowając zdobycz pod połami płaszcza, z zadowoleniem wyszła na dwór.

Świt znaczył pogrążone w śnie budynki, a mróz głośno skrzypiał pod stopami. Zderzenie z zimnym powietrzem przyniosło ulgę zmęczonym oczom. Dłońmi gładziła wypukłość ukrytą pod płaszczem. Dzisiaj jej dzieci nie będą głodne. Da im po kawałku konserwy, a z reszty ugotuje zupę. Będą miały jedzenia na cały dzień, a może i dwa.

– Tak, warto było rozpruwać plecaki – uznała, kiwając z zadowoleniem głową. – Zapłata dzisiaj była sowita. Oby jutro też kazali szyć kamizelki. I płacili konserwami.

Zapach koniny

Mieszkanie spowijała cisza przerywana oddechami dzieci. Maria spojrzała na ich zaczerwienione od snu policzki i najciszej, jak potrafiła, rozpaliła w piecu. Gdy ogień zajął drewienka, ustawiła na płycie garnek z wodą. Była lodowata, jak wszystko w tym wnętrzu. Wiedziała, że przy tak lichym płomieniu czekanie na wrzątek zajmie sporo czasu, więc zdjęła płaszcz i ostrożnie wsunęła się pod kołdrę.

Była wyziębiona, więc nie chciała się przytulać do rozgrzanych ciał dzieci. Z lubością jednak chłonęła ciepło, które zapewniały kołdra oraz nałożone na nią koce i pledy. Po tylu godzinach szycia bardzo odczuwała zmęczenie, więc nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła.

Obudziły ją natarczywe głosy dzieci dopominające się o jedzenie.

– Mamo – szeptała Cecylia, potrząsając jej ramieniem. – Mamo, masz coś do jedzenia?

– Głodny jestem – zawodził coraz głośniej Czesław. – Mama, daj jeść. Jeść, mama, jeść!

Z trudem podniosła wciąż ciążące powieki. Miała wrażenie, że pod nimi zgromadziło się kilka ton ostrego piasku. Oczy piekły i szczypały. Próbowała przegonić niemiłe uczucie, pocierając dłońmi o twarz, ale to tylko potęgowało ból.

– Mamo?

– Już wstaję, dzieci. Już, już – odparła, wygrzebując się z ciepłego legowiska. – Mam jedzenie i zaraz wam przygotuję śniadanie.

– Czesiu, słyszałeś? – ucieszyła się Cecylia. – Będziemy jedli!

– Hura! Jedzenie! Jedzenie!

Maria wyjęła konserwę, po czym w pomieszczeniu rozniósł się zapach końskiej wątroby. Miała już kiedyś okazję ją próbować. Smak był specyficzny, lekko metaliczny i jakby tępawy, ale najważniejsze, że ten wątrobiany wyrób sycił na długi czas.

Napełniła trzy kubki wrzątkiem, a do reszty pozostałej w garnku wykroiła z puszki kilka kawałków. Gdy płyn zmienił się w zagęszczoną breję, nalała dzieciom do misek po porcji. Jadły z zapałem, siorbiąc i głośno mlaszcząc. Sama zadowoliła się resztką, która została w garnku.

Błogie chwile przerwało głośne pukanie do drzwi.

– Pani Mario, pani otworzy!

Przestraszona przytuliła do siebie dzieci, nie wiedząc, co robić.

– Pani Mario, to ja, Małgorzata Pacyna, pani otworzy.

Dopiero gdy padło nazwisko, rozpoznała głos sąsiadki z góry. Strach tak wszystko zniekształcił, że mimo iż znała ją od lat, nie potrafiła odgadnąć, kto to.

– Mamusia, co się dzieje?

Głos córki był drżący i zduszony. Ostatnie miesiące przyniosły wiele trudnych, nieoczekiwanych sytuacji. Cała trójka wiedziała, że w każdym momencie może wydarzyć się coś strasznego. Tylko co tym razem?

Nie odpowiedziała. Odsunęła dzieci i uchyliła lekko drzwi.

– Co się stało, pani Małgorzato?

– Nic złego, spokojnie. Mój dziadek dostał wiadomość od znajomego urzędnika – powiedziała, ściszając głos. – Na Bakończycach mąkę mają w południe wydawać. Trzeba się pospieszyć i kolejkę zająć, żeby cośkolwiek człowiekowi starczyło.

– O Boże, dziękuję pani, już tam biegnę.

– Trzeba szybko, bo podobno i zwiebacki mają być, ale jeszcze nie wiem gdzie.

– Dziękuję, bardzo dziękuję. Już się ubieram.

Ledwo skończyła mówić, a po pani Pacynie nie było śladu. Maria nie chciała tracić czasu, więc szybko narzuciła płaszcz i jednym haustem wypiła przygotowaną w kubku wodę.

– Dzieci, zostańcie tu, muszę iść na miasto. Mąkę wydają, może uda mi się zdobyć.

– My też chcemy iść – zapłakała Cecylia. – Proszę, mamo, weź nas.

Zacisnęła nerwowo zęby. Bolała ją każda stracona sekunda, bo wiedziała, że takie wieści rozchodzą się po mieście lotem błyskawicy. Jednak i dzieci było jej szkoda, bo od kilku dni w ogóle nie wychodziły z domu. Pobladłe, smutne i samotne tęskniły za światem zewnętrznym.

– Dobrze, wezmę was, ale naprawdę musimy się pospieszyć.

Założyła im po dwie czapki, owinęła dobrze szalami i po sprawdzeniu, że mają szczelnie zapięte płaszcze, wyszli na dwór. Ulicami przemierzało sporo ludzi. Spieszyli w stronę urzędów oraz nieformalnych rynków, na których starali się spieniężyć to, co im zostało.

Zaciekawione dzieci przystawały co jakiś czas, żeby spojrzeć na wnętrza budynków. Im bliżej centrum byli, tym więcej mijali prowizorycznie stworzonych zakładów. Na potrzeby wojska powstały dziesiątki małych warsztatów, w których tworzono to, co było najpotrzebniejsze.

Miasto odcięto od jakichkolwiek dostaw, więc mieszkańcy musieli radzić sobie sami, wykorzystując to, co było. Tak właśnie powstawały kuźnie czy zakłady szewskie, gdzie głównie naprawiano buty żołnierzy. Te niestety bardzo szybko się niszczyły. Skóra pękała, podeszwy odpadały, a niskie temperatury wycinały obrońców szybciej niż rosyjskie wojska. Dlatego starano się im pomóc. Naprawiano nawet najbardziej zniszczone buty, gdyż nie było czym ich zastąpić. W ruch szły paski, powrozy, liny, derki czy też kawałki blach.

Gdy i tego zabrakło, zaczęto wytwarzać saboty z drewna, które dla lepszego utrzymania się na stopie oraz większej ochrony przed zimnem owijano po kilkakroć onucami. Nie było to ani wygodne, ani praktyczne, jednak w sytuacji, kiedy tylko takie rozwiązanie zostawało, nie mieli wyboru. Nosili, co było dostępne.

– Mamo! Zobacz, ile tam drewna! – krzyknął zaaferowany Czesław, podchodząc bliżej kutej bramy, za którą było widać złożone na placu pniaki brzozy. – Czy możemy poprosić, żeby nam trochę dali?

– Nie, synku. Oni z tego robią obrok dla koni.

– Co robią?

– Taką paszę.

– Z drewna? Przecież konie nie jedzą drewna.

– Jedzą. Jak są głodne, to jedzą.

– To tak jak my – zauważyła Cecylia. – Jesteśmy ciągle głodni i zjemy wszystko, co można zjeść.

– Skończcie już te rozmowy. – Głos Marii brzmiał ostrzej, niż planowała, a w oczach pojawiły się łzy. – Jak się nie pospieszymy, to nic dla nas nie zostanie.

Dzieci, skutecznie przestraszone tą wizją, zaczęły szybciej iść. Ich ciała rozgrzały się od marszu, więc kiedy dotarli na miejsce, lekko zdyszani, bez słowa ustawili się w długim ogonku.

Maria nerwowo liczyła osoby zgromadzone przed nią. Było ich dużo, naprawdę dużo, a z każdą kolejną policzoną głową zaczęła w niej rosnąć obawa, że dla nich mąki nie wystarczy.

Podobnie uważali ludzie stojący za nią. Przestępowali z nogi na nogę, poprawiali płaszcze, zaciągali mocniej chusty na głowy. Para buchała z ust przy każdym słowie, a powietrze przesiąknięte wilgocią osiadało na twarzach, tworząc mroźną warstewkę.

– Ciekawe, czy stanie ma w ogóle sens – zagaił mężczyzna o czerwonych, spękanych dłoniach, które co rusz chował pod pachy. – Wczoraj, proszę pani, stałem od rana za kaszą. Od samego świtu! I co? Nic nie dostałem. Zanim nadeszła moja kolej, to worek był pusty!

– Rozumiem – odparła cicho Maria. – I ja wiele razy stałam na darmo. Może jednak dzisiaj nam się uda?

– Mnie musi się udać! Zmarnowałem już tyle dni. Może mnie przepuścicie?

Maria udała, że nie słyszy tej prośby. Odwróciła się do niego tyłem i przesunęła trochę do przodu, bojąc się, że będzie próbował się wepchnąć przed nią.

– Nie przepuścimy. Też wczoraj stałam od świtu – wtrąciła kobieta stojąca przed Marią. Wysoka, chuda, w za dużym płaszczu przewiązanym sznurkiem. Oczy miała ostre, niemal rozgorączkowane. – I też nic nie dostałam, a nie proszę, żeby mnie ktoś przepuścił.

– Ale ja mam dzieci! Muszę dzisiaj coś dla nich zdobyć do jedzenia. Już od trzech dni żyjemy tylko na wodzie.

– Myśli pan, że jest pan jedyny? Wszyscy mamy dzieci i wszyscy jesteśmy głodni.

– Pani nie rozumie! Mam sześcioro głodnych maluchów. – Mężczyzna uniósł głos, odwracając się do niej gwałtownie. – Sześcioro, słyszy pani? Najmłodsze ledwo chodzi! Krzyczą, płaczą, zawodzą. Jak i dzisiaj nic nie dostanę, to pomrzemy z głodu.

– A moje to co? Z powietrza żyją? – odpowiedziała natychmiast, a jej twarz ściągnęła się w gniewnym grymasie. – Przecież swoim nie odejmę, żeby pana miały.

Mężczyzna mruknął gniewnie. Gdzieś z przodu też dało się usłyszeć kłótnie i wyzwiska. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Ludzie byli potwornie głodni, więc wszelkie zasady, kultura i empatia zupełnie straciły na znaczeniu. Instynkt przejmował władzę nad współczuciem i litością.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Lipiec 1915 roku

Miasto skazane na głód

Oblężenie się zacieśnia

Zapach koniny

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji