Sagasenna. Antologia nordycka - Praca zbiorowa - ebook

Sagasenna. Antologia nordycka ebook

zbiorowa praca

0,0

Opis

Mitologia nordycka wciąż na nowo zachwyca i zaskarbia sobie rzesze fanów na całym świecie. W niniejszej antologii „Sagasenna” [wym. Sagasena] prezentujemy Czytelnikowi kilkanaście interpretacji motywów zaczerpniętych z bezdennej studni inspiracji, jaką są historie Asów.

Opowieści o nieuchronnym Ragnaroku, walce między zwaśnionymi klanami, powstałych z grobu straszliwych draugurach czy knowaniach bogów to zaledwie przedsmak tego, co Czytelnik spotka na kartach tego wyjątkowego zbioru.

Autorzy: Krzysztof Dzieniszewski, Mariusz Kaszyński, Michał Klimaszewski, Anna Kłodnicka, Marcin P. Kowalski, Kazimierz Kyrcz Jr., Rafał Łoboda, Krzysztof Marciński, Michał Medwid, Olaf Pajączkowski, Tymoteusz Adam Sokołowski, Monika Stachniuk, Paweł Wącławski, Emil Zawadzki, Zeter Zelke

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 399

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł: Sagasenna

Copyright © 2025 Krzysztof Dzieniszewski, Mariusz Kaszyński, Michał Klimaszewski, Anna Kłodnicka, Marcin P. Kowalski, Kazimierz Kyrcz Jr, Rafał Łoboda, Krzysztof Marciński, Michał Medwid, Olaf Pajączkowski, Tymoteusz A.L. Sokołowski, Monika Stachniuk, Paweł Wącławski, Emil Zawadzki, Zeter Zelke

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Redakcja merytoryczna: Michał Medwid

Redakcja i korekta: Anna Dzięgielewska, Zeter Zelke

Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek

Skład i łamanie: Krzysztof Biliński

Wydanie I

Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2025

planeta-czytelnika.pl

[email protected]

ISBN 978-83-68702-10-1

Wstęp

Mity skandynawskie pobudzają wyobraźnię nie od dziś. Opowieści o walecznym Thorze, pogromcy olbrzymów, szczwanym Lokim podstępem wymuszającym na Wszechojcu Odynie braterstwo krwi, kalekim Tyrze, bogu wojny i sprawiedliwego osądu, Idunn strzegącej cudownych jabłek i ich magicznych właściwości, wciąż na nowo rozpalają serca czytelników na całym świecie. Mitologia Asgardu, Jotunheimu, Svartalfheimu czy Nidaveliru wykracza poza obręb kultury Północnej Europy. Nie bez powodu Marvel sięgnął po tę właśnie mitologię i wplótł jej elementy do swego nieskończenie mnogiego uniwersum komiksu.

Miłośnicy, znawcy, entuzjaści czy wreszcie zupełni laicy w tej dziedzinie zawdzięczają niemały procent wiedzy odnośnie do eposu skandynawskiego Marvelowi właśnie. Komiksy o Thorze przybliżyły losy Dziewięciu Krain zastępom czytelników. I chwała im za to, niezależnie od tego, że aktywnie upowszechniają dość swobodną interpretację mitów. Błędy, takie jak to, że Thor i Loki to bracia, Laufey był ojcem, a nie, jak w źródłach, matką Lokiego, czy wreszcie, rzecz dla mnie arcykontrowersyjna, zaklęcie mocy boga piorunów w magicznym młocie Mjolnirze, to rzeczy, z którymi trzeba się liczyć, jeśli życzymy sobie podróży w świat komiksu.

Dawniej, jako zdecydowanie bardziej dogmatycznemu badaczowi folkloru przedchrześcijańskiej Skandynawii, tego typu adaptacje mierziły mnie niepomiernie. Interpretacje mego ukochanego tematu, jak choćby serial „Wikingowie”, wprawiały mnie w nieznośny nastrój snobistycznego amatora tematu. Podobne zachowanie wynikało z umiłowania do mitologii, postaci, kultury oraz pragnienia, aby te przedstawiono z należytym namaszczeniem. Dziś spoglądam na to zdecydowanie bardziej łaskawym okiem. Jeśli powstają dzieła (serial, gra, film, planszówka, etc.) kręcące się wokół historii Asów czy Wanów, a być może nawet Jotunów, to niechże tak będzie. Im więcej, tym lepiej, byle zachować pewne poszanowanie pierwowzoru. Wielu przyszłych fanów w końcu zaczęło swoją przygodę z mitologią skandynawską nie od sag, „Eddy Poetyckiej” czy naukowych pozycji, a od popkulturowych interpretacji właśnie. Więc jeśli, dla przykładu, filmy z Chrisem Hemsworthem w roli Thora sprawią, że ktoś sięgnie do źródeł, aby poznać pierwowzór tej wspaniałej postaci, to czy można winić Marvel za pewną swobodę w interpretowaniu dziedzictwa kulturowego Skandynawów?

Autorzy, których teksty będziecie mieli przyjemność przeczytać w tej antologii, także pokusili się o ujęcie znanych nam od wieków historii we własnym stylu. Niektóre opowiadania budzą istną grozę, inne zaś naszpikowane są akcją i niespodziewanymi jej zwrotami, niektóre zaś bawią i traktują temat z podziwu godnym przymrużeniem oka. Ten zbiór to hołd dla mitologii oraz występujących w niej postaci. Czytanie każdego z tych opowiadań to podróż do wyobraźni autora, poznanie tego, jak po swojemu przetwarza kanoniczne wątki. Kiedy się nad tym zastanowić, coś podobnego robili dawni poeci, ustnie przekazujący wersje zdarzeń, które dopiero lata po tym, gdy epoka wikingów dobiegła końca, spisano na terenach chrześcijańskiej już Islandii.

W imieniu zarówno autorów, jak i Planety Czytelnika życzę Wam udanej lektury i przedniej zabawy. A jeśli choć jednego z Was teksty zawarte w antologii „Sagasenna1” zachęcą do przeczytania „Sagi o Egilu” czy „Havamal”, to myślę, że jeden z celów przyświecających powstaniu tego zbioru zostanie osiągnięty.

Michał Medwid

Rafał ŁobodaZadeptane kwiaty

Gdy pierwszy raz postawiłam stopę na wilgotnych kamieniach doków w Oslo, świat zaczął umierać.

Pamiętam moje kroki – nieśmiałe i wstydliwe. Czy szłam śladami męża? Czy kiedykolwiek tu bywał, czuł fetor gnijących ryb i słyszał szum fal uderzających o zacumowane statki? Rozglądałam się w zachwycie, a powietrze miało słony smak wolności.

* * *

– Tutaj, tutaj – usłyszałam za drzwiami pokoju, w którym mieszkałam od tygodnia.

Do środka weszło nieufnie dwóch zbrojnych. Trzymali dłonie na rękojeściach krótkich mieczy. Za nimi wyłonił się wysoki człowiek w bogatych szatach. Jego czoło przecinały zmarszczki, a spojrzenie od razu zatrzymało się na mnie. Powątpiewał, czy to spotkanie mu się opłaci.

Ostatni z mężczyzn, mój młody gospodarz, zamknął drzwi, samemu zostając na korytarzu.

Uśmiechnęłam się do człowieka, który godziny przeliczał na monety.

– Zabierz mnie z Norwegii na twoim statku, a podaruję ci złoto. – Uniosłam rękę. Zalśniły pierścienie i bransolety.

Przez chwilę rozważał coś w myślach, potem skinął głową.

– Chcę wszystko, co masz – rzekł, a gdy prychnęłam rozbawiona, jeszcze bardziej zmarszczył czoło. – Jesteś młoda, piękna i obwieszona złotem. Nie obchodzi mnie twoje imię, ale wiem, że uciekasz i brak ci przyjaciół. Ciesz się, że twój opiekun nie poderżnął ci gardła, by zabrać błyskotki.

– Dałam mu coś cenniejszego niż złoto. – Od razu zrozumiałam, że popełniłam błąd, wypowiadając te słowa. Przyboczni wyszczerzyli zęby, ale kupiec w lot pojął, że nie mówię o rozkładaniu nóg. Gdy jego oczy zabłysły z ciekawości, dodałam szybko: – Zgadzam się na twoje warunki. Kiedy możemy wypłynąć?

– Rankiem mój statek wyruszy do Hamburga. Przyślę po ciebie wieczorem.

Nazajutrz zaprowadzono mnie do starego magazynu przy nabrzeżu. Kupiec – przedstawił się jako Kjell – podarował mi gruby płaszcz i ciepłą suknię; moje letnie ubranie nie pasowało do jesiennych chłodów.

Wkroczyliśmy do ciemnego budynku. Jestem naiwna, zawsze byłam. Dziecko zagubione w ponurym świecie. Zdałam sobie sprawę, że Kjell niekoniecznie jest honorowym człowiekiem. Łatwiej zdjąć bogactwo z moich martwych rąk, niż zapewniać opiekę przez całą podróż. Niepewność, przygoda i niebezpieczeństwo sprawiły, że chciałam zachichotać po raz pierwszy od… dawna?

Wraz z parą zaufanych ludzi stanął pośrodku magazynu, w plamie srebrzystego światła wpadającego przez dziurę w dachu. Widziałam przez nie gwiazdy, dalekie i milczące, oraz wielki księżyc. Jedna z rzadkich, bezchmurnych norweskich nocy, które znałam tylko z opowieści męża.

– Nie powiedziałaś mi prawdy, pani – szepnął Kjell.

Nigdy nie czułam się tak żywa, jak w tamtym momencie. Czyżbym miała zaraz usłyszeć za plecami cichy syk wyciąganego z pochwy ostrza? Nerwowe oczekiwanie upajało bardziej niż najlepsze piwo.

Wyjęłam brzęczący woreczek.

– Złoto. Według umowy.

– Zatrzymaj je, pani. Twój opiekun wszystko mi powiedział. Chcę to, co jemu podarowałaś.

Wtedy zrozumiałam, że ludzie nie dotrzymują przysięgi milczenia. Odkrycie czegoś nowego sprawiło mi radość.

– To był błąd – wytłumaczyłam.

– Proszę. – W jego głosie pobrzmiewała rozpacz. Zdjął wełnianą czapę i zgniótł ją w dłoniach. Łysą czaszkę znaczyły niezdrowe, czerwone plamy. – Wystarczy jeden kęs.

– Kęs? – zapytałam wesoło. W moich rękach zmaterializowała się bogato zdobiona srebrem jesionowa skrzyneczka. – Czyżbyś chciał mnie okraść, Kjellu z Oslo? Rozkażesz swym ludziom, by przebili me serce sztyletem?

Wyglądał na wstrząśniętego samą propozycją, ale na jego twarzy walczyły ze sobą sprzeczne uczucia. Rozważał, jak daleko może się posunąć.

Wyjęłam ze skrzynki jabłko.

Usłyszałam, jak dwóch przybocznych cofa się w strachu. Złota skórka świeciła w ciemnym magazynie portowym niczym maleńkie słońce.

– Zjedz całe, a umrzesz. Zjedz połowę, a będziesz kwilił i gaworzył. Ugryź, Kjellu. – Rzuciłam mu owoc. – Ugryź niewiele.

I tak właśnie zrobił.

* * *

Później, już stojąc na pokładzie, spoglądałam na rozsypane gwiazdy. Ostatnie światła miasta znikały na horyzoncie. Żaden z marynarzy mnie nie zaczepiał, ale czułam na sobie ich ciekawskie spojrzenia. Myślami wracałam do kupca, który machał na pożegnanie zdrowy i młodszy o dziesięć lat.

Gdy niechętnie oddawał mi nadgryzione jabłko, spocony i drżący jak w gorączce, w jego oczach widziałam wszelkie odcienie chciwości.

To była cenna nauka. Zamierzałam poznać ten świat jak najlepiej, wycisnąć z niego każde uczucie, których odmawiano mi przez lata.

Dobry nastrój nie opuścił mnie, nawet gdy niebo eksplodowało. Fałdy białego światła wyprysnęły we wszystkich kierunkach niczym gigantyczne macki. Spodziewałam się tego. Pewne rzeczy są nieuniknione, a utrata darów, które uważano za dostępne na zawsze, wzbudza ogromny gniew.

Marynarze dalej robili swoje, niezdolni wejrzeć poza zasłonę ich czasu i świata.

Maleńkie punkciki kręciły się po gorejącym blasku, wysoko, wysoko. Zęby spiłowane na kły, skóra biała jak śnieg i oczy zawsze wypatrujące rzezi.

Walkirie2 na swych rumakach.

Szukały mnie. Wyobraziłam sobie, jak czerwony z gniewu Odyn wykrzykuje im rozkazy:

– Znajdźcie ją! Znajdźcie Idunn3!

* * *

Nawet wysokie mury Asgardu nie są w stanie powstrzymać czasu. W milczeniu kroczy za roześmianymi bogami, maluje im włosy na kolor popiołów i żłobi ostrymi pazurami bruzdy w ich twarzach. Tak się działo i wciąż dzieje. To powolny proces, lecz nieuchronny. Asowie i Wanowie są długowieczni, lecz gdy poczują dotyk starości, szukają moich cudownych jabłek.

Zawsze czułam młodość bogów. Nawet z daleka widziałampłomyki ich życia.

Dni w Asgardzie to krople w leniwym strumieniu. Monotonne, jednakie i powolne. Zbierałam kwiaty, aby mieć jakiekolwiek zajęcie. Suszyłam je, plotłam wianki i wyrzucałam je nazajutrz, układałam kompozycje, które nikogo nie interesowały. Spacerowałam, oglądając przez stulecia te same mury, starając się ignorować wypełniający powietrze szczęk mieczy, dochodzące z pobliskich altanek rytmiczne jęki rozkoszy i ulatujące w niebo przez wysokie okna Walhalli ochrypłe śpiewy einherjarów – zasłużonych wojowników.

W Asgardzie nie znano ciszy. Krew, pot i miód płynęły tam obficie.

Pewnego razu zrywałam przy zagajniku wyjątkowo piękne chabry i maki. Ich nasycone pełnią barw płatki rozpaliły we mnie iskierkę radości. Szybko zgasła, kiedy kwiaty zginęły pod ciężkimi butami Thora. Nie zrobił tego specjalnie. Po prostu nie zwracał na nie uwagi. Były elementem tła, czymś nieważnym, tak jak i ja, dopóki któreś z bóstw nie potrzebowało złotego jabłka.

Thor miał oczy przekrwione od pijaństwa, po jego zbroi spływała lśniąca krew. Zatknięty za pas Mjolnir pokrywały strzępy ciał jakichś nieszczęśników. Bóg piorunów niczego na świecie nie kochał bardziej od walki. Z lekceważącym uśmieszkiem wyciągnął pustą dłoń, a ja bez słowa włożyłam w nią złote jabłko.

Skinął i odszedł, pogryzając słodki owoc. Nie trudził się podziękowaniami. Gdzieś tam czekała kolejna bijatyka, bitwa, wojna. Coś godnego pieśni skaldów.

Patrzyłam na zmiażdżone kwiaty – z połamanych łodyg zlatywały maleńkie krople soków – i pierwszy raz zrozumiałam, że patrzę na siebie: Idunn łagodna, Idunn urocza, życzliwa i naiwna. Idunn – szara gąska, Idunn bez znaczenia, Idunn, której celem istnienia jest noszenie skrzynki z drogocennymi jabłkami. Cierpki żal ścisnął me serce żelazną dłonią.

Niewolnica.

Na skraju zagajnika, w cieniu rozłożystego dębu stała walkiria. Jej oczy śledziły każdy mój ruch. Od dnia, w którym za sprawą Lokiego porwał mnie olbrzym Thjazi, jedna z córek Odyna zawsze nade mną czuwała. Pod źle zagojoną szczęką, na bladej szyi, wiatr kołysał naszyjnikiem z zębów pokonanych wrogów. Przerażała mnie ta osobliwa biżuteria. Walkirie uwielbiały polować na samotnych wojowników przemierzających górskie szlaki. Długo dręczyły swe ofiary, dawały złudną nadzieję na wygraną, by ostatecznie rozszarpać je zakrzywionymi szponami. Potem wracały niechętnie do Walhalli, gdzie obdarowywały einherjarówmiodem i własnymi ciałami. Kiedyś usłyszałam, że straż nade mną była traktowana jako zaszczyt, moment wytchnienia.

Każda z nas służyła na własny sposób.

* * *

Schodząc z trapu w Hamburgu, zrozumiałam, dlaczego bogowie tak często odwiedzali Midgard. Cieszyłam zmysły rozdźwiękiem między cudownościami ludzkiego świata a brzydotą i zgnilizną, które chciwie wyciągały łapy z każdego zakamarka, by zagarnąć choćby odrobinę przestrzeni.

Długo błąkałam się po mieście bez żadnego celu.

Pokryci wrzodami starcy wyciągali ręce do pełnych gracji kobiet, a one zasłaniały usta białymi chusteczkami i czym prędzej odchodziły. Bielone mury budynków jakby ze wstrętem odsuwały się od zaułków, gdzie szczury chłeptały z brudnych kałuż. Nieprzebrane tłumy maszerowały uliczkami, rozmawiały w dziesiątkach języków, kłóciły się i obejmowały, zanosząc się głośnym śmiechem. Kobiety o pustych spojrzeniach wychylały się z okien, zachwalając swe wdzięki ochrypłymi kłamstwami.

Przy bogato zdobionych rezydencjach czułam się niemal jak w domu, kilka kroków później wchodziłam w okryte cieniem zaułki, gdzie fetor zepsutego jedzenia odbierał dech w piersi.

Obok szynku usłyszałam hałaśliwe śpiewy pijanych gości.

Przypomniały mi o mężu…

* * *

Powrócił wieczorem, tego dnia, w którym nieostrożny Thor zdeptał kwiaty.

– Idunn! Kochana żono… – Bragi złożył mi na policzku mokry pocałunek. Jego długa broda drapała jak gęste krzaki. – Opowiem ci… najwspanialszy z poematów, które przekazałem śmiertelnikom.

Każdą nową pieśń i wiersz zawsze nazywał najwspanialszymi. Zostawiał mnie samą w Asgardzie i wyruszał przez tęczowy most do Midgardu. Tam wędrował w przebraniu i zachwycał słuchaczy. Nikt nie grał tak dobrze na harfie ani nie śpiewał tak czysto. Zbierał ukłony niczym trofea, kolekcjonował pełne podziwu spojrzenia szukających inspiracji skaldów, rozpalał publiczność i pławił się w oklaskach.

Wracał po wielu dniach, rozpromieniony, pewny swego geniuszu. Potem długo opowiadał, a ja – jak przystało na dobrą żonę – słuchałam, wzdychając z zachwytu.

Ale tym razem nie byłam w nastroju. Stałam przy oknie i, choć nie przerywałam Bragiemu, nie potrafiłam znaleźć w sobie nawet odrobiny radości z jego tryumfów. Wyczuwałam bijący od niego zapach obcej młodości i wiedziałam, że usta śmiertelniczek błądziły po jego ciele. Śmierdział ludzkim piwem i chucią, lecz w oczach nie miał winy. Mówił, opowiadał, chełpił się.

Bragi, kochany Bragi, czy nie dostrzegłeś smutku w moim uśmiechu? Czy umknął ci refleks świecy, odbity od mych wilgotnych oczu? Twe rymy opiewające cuda Midgardu kąsały bardziej niźli żmije. Wyzwoliłeś we mnie tęsknotę, której wcześniej nie znałam. Jakże nie nazwać cię królem poetów? Słowami tworzyłeś świat, odległy, fascynujący świat ludzi, lecz tamtego wieczoru utkałeś również inne dzieło – nieśmiałe postanowienie w sercu twej żony.

– Następnym razem zabierz mnie ze sobą – powiedziałam.

Skrzywiłeś usta, drogi mężu, litościwym uśmieszkiem. Szara gąska czegoś chce? Wstałeś z krzesła. Ty, najbieglejszy skald światów, przez długą chwilę rozmyślałeś, co powiedzieć, a kiedy się odezwałeś, mówiłeś powoli i spokojnie, jakbyś obłaskawiał narowistego konia.

– Dlaczego? Masz tutaj wszystko, czego potrzebujesz. Tam jest…

Naprawdę wspiąłeś się na wyżyny swej sztuki. Uległam urokowi twych wersów, kiedy z niezrównaną starannością wymalowałeś obrazy rzezi, ludzi palonych żywcem, kruków ucztujących na polach bitew, głodujących sierot, brudu, zimna i rozpaczy. W twojej opowieści Midgard wyblakł i poszarzał. To złe miejsce, tłumaczyłeś, lepiej go unikać…

Z każdym słowem czułam, jak mój gniew maleje, układa się niechętnie do snu niczym wąż na dnie serca.

Postanowiłam trzymać się z daleka od świata ludzi.

* * *

Wiedziałam, że zrobią co w ich mocy, by mnie odnaleźć. Nigdy nie spoczną. Co rusz podnosiłam wzrok ku niebu, spodziewając się usłyszeć grzechotanie naszyjnika z zębów i ujrzeć wykrzywione oblicze walkirii. Dokąd trzeba uciec, aby uniknąć gniewu Asgardu?

Wciąż byłam boginią – nauka języka zabrała mi kilka godzin.

Sprzedałam część biżuterii. Kupiłam suknię, buty i czepek. Wynajętym powozem dotarłam na dalekie południe Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Uznałam, że wystarczy. Włóczyłam się bez celu po łąkach i lasach, odwiedzałam wioski, podziwiałam miasteczka. Słuchałam narzekań ubogich oraz skarg bogatych, a ich chropowate, ostre, nasycone gniewem opowieści brzęczały milej niż idealne rymy Bragiego.

Któregoś dnia znalazłam się w Würzburgu. Mijani ludzie nosili na twarzach grymasy podejrzliwości. Przesuwali spojrzenia od moich zdartych butów, przez suknię rozerwaną dotknięciami krzewów, aż po włosy – brudne, splątane, wystające spod czepca. Odpowiadałam im uśmiechem, lecz oni odwracali wzrok.

Wciąż byłam naiwna.

Wyczułam Asa. Zdjęta paniką, rozglądałam się dookoła. Spostrzegłam, że ktoś wskazuje mnie z głębi zacienionej ulicy. Nie zdążyłam uciec. Dwóch strażników w błyszczących kolczugach wykręciło mi ręce i zaciągnęło do celi w wysokim murowanym budynku. Na widok zakratowanego okienka oraz podłogi ubrudzonej ciemnymi plamami, które przywoływały wspomnienie brudnej zbroi Thora, gdy ten wracał z walki, poczułam wreszcie ukłucie lęku. Czy śmiertelnicy mogą zgładzić boginię? Dlaczego nie? Czy ukrzyżowana postać w mijanych świątyniach nie była wystarczającym dowodem? Wiedziałam o bogu z dalekiego kraju, słyszałam, że stare wiary wypalano ogniem i tępiono mieczem. Spotykałam podróżników z ośnieżonej północy i wyciągałam z ich ust plotki oraz fakty. Czasem Bragi opowiadał o ludziach spod znaku krzyża. Bagatelizował ich, wyśmiewał.

W nocy zabrali mnie do sali żelaza.

Poważni, niezmiernie smutni mężczyźni pytali o nazwiska, których nie potrafiłam podać. Twierdzili, że spółkuję z demonami w leśnych ostępach, rzucam uroki, sprowadzam nieszczęścia. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc milczałam.

Zerwali mi paznokcie, dotknęli rozpalonym prętem, złamali palce. Nie miałam już włosów, obcięto je przy samej skórze. Krwawiłam. Krzyczałam, dusząc się od swądu przypiekanego ciała.

Prosili, bym opowiedziała o uczynkach, których nie rozumiałam, a potem zadawali mi ból. Błagali mnie o nazwiska ludzi, których nie znałam, po czym wyciągali kolejne narzędzie. Nazwali to darem, troską o nieśmiertelną duszę grzesznika. Nie rozumiałam tego.

W końcu trafiłam z powrotem do celi.

Płakałam na podłodze, kiedy go wyczułam… Przysunął się do krat. Pół twarzy oświetlała pochodnia, druga nikła w cieniu. Gruby, z rzadkimi kępami siwych włosów. Strój więziennego strażnika znaczyły plamy po ostatnim posiłku.

– Loki – szepnęłam.

* * *

Czas w Asgardzie upływał na tych samych rozrywkach – walka, seks, pijaństwo. W dowolnej kolejności, od rana do wieczora, rok za rokiem.

Próbowałam tłumić w sobie nowo odkryte pragnienie, wrócić do starej, ślepej i obojętnej Idunn, ale im mocniej się starałam, tym bardziej czułam, jak oplata mnie rozbudzony gniew.

Nadal zbierałam kwiaty, lecz tylko z przyzwyczajenia. Mechaniczne, pozbawione emocji ruchy rąk bez obecności otępiałego umysłu. Zasypiałam w zimnym łożu, ponieważ Bragi najczęściej podróżował lub śpiewał w pałacu Odyna dla nowo przybyłych wojowników. Odwracałam wzrok, gdy podchodziłam za blisko wyuzdanych orgii, i spacerowałam po łąkach i lasach, aby uniknąć odurzonych trunkami bóstw ryczących z niewiadomej uciechy niczym dotknięte boleścią krowy. Zawsze podążały za mną dwie walkirie – od dnia rozmowy z Bragim o Midgardzie przydzielono mi dodatkową „ochronę”. Ja nazywałam to inaczej…

Wciąż walczyłam z trawiącą mnie tęsknotą, ale każdego dnia przegrywałam maleńką cząstkę dawnego życia.

W końcu zdałam sobie sprawę, że ucieknę. Myślałam o tym, obserwowałam Himinbjörg – siedzibę Heimdalla, gdzie ów bóg pilnował tęczowego mostu zwanego Bifrost4, prowadzącego do Midgardu.

Przez bezsenne noce rozmyślałam nie tylko o ucieczce, ale też o tym, co zrobię później.

I dlaczego.

* * *

Loki przycisnął twarz do krat.

– Witaj, Idunn.

– Jak mnie znalazłeś?

– Och, miło, że pytasz. – Z niewinną miną uniósł dłoń i zaczął oglądać paznokcie. – Walkirie przemierzają nieboskłon i myślą, że ukrywasz się gdzieś w górach lub w puszczach. Część bogów ruszyła do Wanaheimu, inni brną przez śniegi Jotunheimu, kolejni wędrują po Midgardzie. – Zachichotał. – Przepytują żołnierzy i biją nieszczęśników, by uzyskać informacje. Głupcy, prawda? Oboje to wiemy. Nauczyłaś się już, że Midgardem rządzi pieniądz. Sypnąłem złotem, gdzie trzeba i trafiłem na twój trop, chociaż przyznam, że ujrzenie cię w Würzburgu było szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

– Tam w uliczce… To ty mnie wydałeś.

Jego postać straciła barwy, przeistoczyła się w ciecz i zaraz nabrała innych kształtów. Wysoki mężczyzna z orlim nosem i drobnymi nitkami siwizny w czarnych włosach. Wargi miał pokryte bliznami od igieł po przegranym zakładzie z jednym karłem… Żałowałam, że nie pozostawiono mu zaszytych ust na stałe.

– Uznałem, że kara ze strony śmiertelników wystarczy za nauczkę. Nawet nie przypuszczasz, jacy są kreatywni w zadawaniu bólu – rzekł ze szczerym zachwytem. – Co dzień będą cię torturować, aż w końcu spłoniesz na stosie, jak wielu innych. Nigdy nie zrozumiesz ludzi. Z jednej strony postęp, z drugiej stosy. Cóż, mała Idunn. Niedługo zabiorę cię do Asgardu.

– Nie.

Westchnął głośno.

– Musisz zrozumieć, Idunn…

– Nie wracam. – Chciałam, by te słowa zabrzmiały stanowczo, ale ból sprawił, że jęknęłam. – Ty nie rozumiesz. Żaden z was nie rozumie. – Zaśmiałam się, z rozbitych warg pociekła krew. – Mogę tu umrzeć. I jeszcze nigdy nie czułam się tak żywa.

Skrzywił się.

– Przemawia przez ciebie ból albo postradałaś zmysły. Dam ci czas, byś przemyślała sytuację. Dzień albo dwa. Jestem pewien, że następne spotkania z oprawcami pomogą ci podjąć właściwą decyzję. Będę niedaleko.

Odszedł.

Ja czekałam. Z trudem zwalczyłam chęć skorzystania z uzdrawiającej mocy jabłek. Tylko dzięki nim mogłam stąd uciec. Loki uważał, że ból – orzeźwiające, pulsujące cierpienie – do którego nie byłam przyzwyczajona, złamie mnie i wrócę z podkulonym ogonem, by już nigdy nie opuścić siedziby bogów. Czy tym razem założyliby mi łańcuchy? Zamknęli w celi ze złotymi kratami? Wyobraziłam sobie siebie – uwięzioną na zawsze, aż do odległych czasów Ragnaroku, i ta wizja dodała mi sił. Czekałam.

Wreszcie otyły strażnik, którego postać wcześniej przybrał Loki, zjawił się z wodą i kawałkiem chleba. Przy boku nosił wielki pęk kluczy.

– Spójrz – powiedziałam i zmaterializowałam skrzynkę.

Wybałuszył oczy, gdy z trudem ją otworzyłam, a blask jabłek zalał celę.

– Młodość. Możesz ją otrzymać. – Ugryzłam jabłko.

Miałam nadzieję, że nie ucieknie przerażony, krzycząc wniebogłosy o czarownicach.

Odcięte włosy wyprysnęły jak kiełkujące zboże spod ziemi, paznokcie odrosły, oparzenia wyparowały. Po chwili patrzyłam na strażnika z szerokim, niewinnym uśmiechem. Młoda i zdrowa. Przeżegnał się, lecz z jego oświetlonej blaskiem pochodni twarzy nie schodziła chciwość, którą widziałam u kupca Kjella.

Wyciągnęłam owoc w stronę krat.

– Nie chcę twej duszy – zapewniłam. – Nie chcę żadnych ofiar ani modłów, jestem poza twoim bogiem i piekłem. Możesz odzyskać siły, dostać nowe życie, naprawić każdy błąd, który kiedykolwiek popełniłeś. – Zrobiłam zbolałą minę. – Albo mogę zrobić tak. – Skrzynka i jabłka zniknęły, a mężczyzna jęknął cicho. Sprowadziłam jabłka z powrotem. – Wystarczy, że mi pomożesz…

* * *

Tamtego poranka nie myślałam o tym, co robię.

Siedziba Heimdalla była położona przy granicy nieba, na szczycie wysokiego wzgórza, za którą rozciągała się nieskończona pustka. Rozpoczęłam długą wspinaczkę po tysiącach szerokich białych schodów. Za plecami słyszałam kroki walkirii. Nie odstępowały mnie, ale i nie próbowały zatrzymać. Trzymały się w pełnej szacunku odległości. Byłam więźniem, ale uczyniono wszystko, abym tego nie odczuła. Bogowie liczyli na moją dobrą wolę.

Gdy dotarłam do Himinbjörga, musiałam zmrużyć oczy. Blask słońca odbijał się od jasnych kolumn podtrzymujących zdobioną kopułę. Z fontanny na środku posadzki wypływała szemrząca woda. Przy niej, na białym – jak wszystko dookoła – fotelu siedział Heimdall. Włosy miał złociste, a skórę tak bladą, że zdawała się zlewać z otoczeniem, wzrok jednak bystry, wszystkowidzący. W ręku trzymał kufel wypełniony piwem, o nogi stał oparty wielki miecz.

– Bądź pozdrowiona, Idunn.

– Witaj, Heimdallu.

Za kolumnami ujrzałam wejście na tęczowy most. Początek szerokiej tęczy prowadził wprost w pustkę i znikał gdzieś w czerni gwieździstego nieba. Za barierki służyły płomienie strażnicze, które miały za zadanie powstrzymać lodowych gigantów przed korzystaniem z Bifrostu.

– Jak mogę ci pomóc? – zapytał Heimdall.

Uśmiechnęłam się, tak szczerze, jak tylko potrafiłam.

– Muszę odwiedzić Midgard. – Obejrzałam się przez ramię. Walkirie jeszcze nie dotarły na szczyt.

– Czego tam szukasz?

– Czy uważasz moje jabłka za najsmaczniejsze wśród wszelkich owoców wszystkich światów?

– Nie kosztowałem wszelkich owoców wszystkich światów, droga Idunn, aczkolwiek przyznaję, że twe jabłka są niezwykłe w smaku – odparł.

Westchnęłam.

– A jednak ostatnio pachną bardziej chmielem niż słodyczą. Piwo w Asgardzie leje się strumieniami i moje jabłka gorzknieją.

– Nie wydaje mi się, aby jabłka mogły to zrobić.

– Znasz się na jabłkach, Heimdallu? – spytałam ostro.

– Cóż… nie. Dobrze, Idunn, ale co ma z tym wspólnego Midgard?

– Bragi opowiadał mi o jeziorze Bygdin, gdzie znajdę najczystszą wodę, czystszą nawet niż źródła w Asgardzie. Przemyję w nim jabłka i wypłuczę gorycz. To jedyny sposób.

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Twe serce bije bardzo szybko, droga Idunn.

Nikt nie miał tak dobrego słuchu jak Heimdall.

– Martwię się o jabłka.

– Uśmiechasz się niczym Loki.

Nikt też nie widział lepiej od Heimdalla.

– Ostatnio brakuje mi powodów do radości i zapomniałam, jak się śmiać.

Milczał przez chwilę, a ja przestraszyłam się, że nie uwierzył w moje kłamstwa i teraz nigdy nie opuszczę Asgardu. Łzy pociekły mi po policzkach, co nie było dziwne, gdyż blask dookoła drażnił me oczy, a za sobą usłyszałam szuranie butów nieustępliwych strażniczek.

– Dobrze – zgodził się.

Może uznał mój płacz za strach o smak jabłek? Na czymże innym zależałoby tej dziwnej Idunn?

– Zaczekajcie tutaj! – krzyknął do walkirii, a potem rzekł do mnie: – Nie podróżowałaś nigdy Bifrostem, zatem pójdę z tobą.

– Zgoda.

Odłożył kufel i podeszliśmy oboje do kolorowego mostu nad bezdenną przepaścią.

– Pomyśl o jeziorze Bygdin, aby tam trafić. Będziemy podróżować z wielką prędkością.

Zachwiałam się, przykładając dłoń do czoła.

– Och! Zaschło mi w gardle ze strachu. – To była prawda. – Zechciałbyś podać mi twój kufel?

Skinął głową i wrócił do stołu.

Wtedy, myśląc o wielkim mieście daleko od jeziora Bygdin, weszłam na most. Zdążyłam usłyszeć wściekłe krzyki walkirii, a potem rozmazana smuga tęczy uniosła mnie przez gwiazdy i pustkę.

Postawiłam stopę na wilgotnych kamieniach doków Oslo i Asgard zaczął umierać.

Uciekłam…

* * *

I uciekłam z Würzburga, zostawiając za sobą niemowlę leżące wśród ubrań strażnika więziennego.

Ostrzegałam go.

Udałam się do Wenecji, później statkiem do Hiszpanii i dalej, za ocean. Czasem zostawałam w jednym miejscu przez kilka miesięcy, kiedy indziej parę lat, po czym znów ruszałam w drogę.

Obserwowałam ludzi całego świata. Próbowałam zrozumieć, dlaczego niektórzy pozwalali przepływać swoim dniom wraz z chlupotem pełnych kufli, a inni poświęcali żywoty na zdobywanie wiedzy, krok po kroku prowadząc obojętnych współbraci ku lepszemu życiu. Widziałam zmiany pokoleń i pierwszy raz poczułam ciężar długowieczności. Znalazłam sobie kochanków, ale nie zdecydowałam się obdarzyć któregokolwiek z nich potomkiem. Wciąż uciekałam i wiedziałam, że będę uciekać już do końca życia. A ten koniec nawet dla mnie musiał wreszcie nadejść. Pewne sprawy musiały skończyć się wraz ze mną.

Gdziekolwiek się znalazłam, w zamkach władców czy wśród znudzonych elit, w taborach osadników lub na tajnych spotkaniach wolnomularzy – miałam ze sobą jabłka. I wszędzie spotykałam ludzi, którzy gotowi byli zapłacić każdą cenę za kilka dodatkowych lat życia. Przyjmowałam najbogatszych i najbardziej wpływowych. Trafiali do mnie tylko po długich staraniach, dopóki się całkowicie nie upewniłam, że w ich cieniu nie czają się bogowie oraz walkirie. Ostrożność przede wszystkim.

Wciąż czułam esencję życiową Asów. Wiedziałam, gdy umierali, rozproszeni po światach, do samego końca szukający jabłek nieśmiertelności.

Czy żałowałam? Płakałam po każdej gasnącej iskierce w moim sercu. Kiedy zrozumiałam, że mój płomień świeci najjaśniej, przestałam jeść jabłka. Mijały dziesięciolecia, a ja nauczyłam się akceptować wykrzywione dłonie, opadające policzki i blednące oczy. Przyjmowałam starość na równi z ludźmi i chociaż trochę przestałam czuć się obco pośród nich. Teraz i mnie czekała śmierć. Wiedza, że noszę ze sobą źródło młodości i wystarczy zatopić zęby w słodkim miąższu, bym wróciła do dawnej postaci, okazała się największą torturą, przy której żelazo i ogień Würzburga były niczym.

Przeglądałam gazety, szukałam informacji i nowin. Mało kto już wierzył w Asgard oraz jego bogów. Zostaliśmy mitem, opowiastką dla dzieci o silnym Thorze, mądrym Odynie i podstępnym Lokim. Nasz czas minął.

Zaczekałam, aż zostanie tylko jeden bóg. Płomień jego życia tlił się resztkami sił. Dopiero wtedy wróciłam do Norwegii. Nie musiałam, tęcze są wszędzie, ale z jakiegoś powodu wydało mi się odpowiednie zakończyć podróż tak, jak ją rozpoczęłam.

Miałam wielu ochroniarzy, jechaliśmy pięcioma automobilami. Nie tłumaczyłam, czego szukam. Nie zrozumieliby; dla nich byłam ekscentryczną, obrzydliwie bogatą kobietą w podeszłym wieku.

Tego dnia padało, lecz wiatr rozgonił chmury i jaskrawa tęcza przecięła niebo na pół. Stanęliśmy na poboczu wiejskiej drogi, zieleń traw ciągnęła się daleko, aż po zamglone góry. Wiatr szarpał połami płaszcza. Można było odnieść wrażenie, że kolorowy łuk jest niedaleko, wyrasta z ziemi i prowadzi do samego nieba.

– Nie idźcie za mną – powiedziałam do ponurych mężczyzn i ruszyłam samotnie przez trawę, wspomagając swe kroki hebanową laską.

Z nadzieją, że Bifrost jeszcze działa, skupiłam wolę i go przywołałam. Znalazłam się pośrodku tęczy, obleczona w barwy. Pomyślałam o Asgardzie i świat zamienił się w rozmazaną smugę.

Stanęłam między białymi kolumnami Himinbjörga.

Uginałam się pod ciężarem wielu, wielu lat. Długo schodziłam białymi stopniami, za towarzysza mając tylko stukanie laski o marmur. Później szłam przez pola i ogrody, mijałam puste pałace i zapomniane altany. Nic więcej – nic z tego, na co liczyłam. Patrzyłam na wszystko, z ubolewaniem kręcąc głową nad rzeczami, które się nie zmieniają i które zmiany się boją. Odgłosy, które pamiętałam, krzyki oraz szczęk oręża, zniknęły, zastąpione łagodnym szumem wiatru tańczącego w gałęziach. Ta cisza była oskarżeniem – przypominała, że to wydarzyło się z mojej winy. Po drodze napotkałam kilka wyschniętych ciał, zastygłych razem w wojowniczych pozach między źdźbłami wysokich traw. Obok leżały zardzewiałe miecze i topory. Ostatnie spory przed śmiercią? A może kilku bogów uznało, że lepiej zginąć od stali niż w łożu?

Nie patrzyłam w stronę mojego domu. Bałam się, że ujrzę przez okno resztki Bragiego, oparte o już na zawsze cichą harfę.

Wielkie drzwi do Walhalli były uchylone. Wślizgnęłam się do środka. Na suficie złote tarcze i włócznie błyszczały jak zawsze, niemi świadkowie rozkładu poniżej. Einherjarowie siedzieli przy wielkich ławach, leżeli na nich i na posadzce – martwi, przebici włóczniami, porąbani toporami. Czaszki obciągnięte skórą, zaśniedziałe kolczugi.

Kroczyłam między nimi, zmierzając do tronu, na którym siedział ostatni żywy bóg Asgardu.

– Bądź pozdrowiony, Odynie.

Dwa martwe kruki leżały po obu stronach tronu.

– Witaj, Idunn. – Głos miał suchy i cichy.

Długa, zmierzwiona broda zwisała z przeraźliwie szarej twarzy. Umierał i był tego świadomy.

– Wiedziałam, że to ty – rzekłam, podchodząc do tronu. – Że twa mądrość pozwoli ci znaleźć sposób, aby przeżyć dłużej od innych.

– Kłócili się. Zabijali. Odeszli umrzeć, każde na swój sposób. W walce lub w ciszy. Tak, przeżyłem. Przeżyłem, bo również coś wiedziałem. Przybędziesz ostatni raz, aby ujrzeć swe dzieło i odpowiedzieć mi na jedno pytanie, a ja musiałem wiedzieć. Dlaczego, Idunn? – Westchnął. – Dlaczego?

Stanęłam przed podwyższeniem. Dzieliło nas kilka stopni i kilka chwil życia.

Uniosłam głowę.

– Dałam wam stulecia. Co z nimi zrobiliście? Gdzie wasze osiągnięcia? Czy wizja zbliżającego się końca sprawiała, że wreszcie zapragnęliście, aby wasze życia coś znaczyły? Czy oddaliście się pijaństwu, rozpuście i przemocy? Zastygliście w oczekiwaniu na Ragnarok. Nic się nie zmieniło. Ściągnęłam na was śmierć, a wy poświęciliście cały ten czas, by szukać mnie, zamiast odnaleźć samych siebie.

– Wszyscy umarli. Thor i Loki, Freya i Heimdall. – Zaśmiał się słabo. – Zabiła ich Idunn od jabłek.

Ostatkiem sił wspięłam się do tronu i klęknęłam przy prawicy Odyna. Chwyciłam jego pomarszczoną dłoń.

– Ta Idunn chciała prawdziwie żyć. I żyła.

Zacisnął palce, spojrzał jedynym okiem w dal. Uniósł kąciki ust. Może widział dni chwały, które odeszły i nie wrócą.

– Nie zagrzmi już róg Heimdalla. Loki nie zbierze armii… Ragnarok nigdy się nie rozpocznie… – Zamknął powiekę. Głowa mu opadła.

Przytuliłam czoło do jego martwej dłoni.

– Mylisz się, Odynie – szepnęłam ostatni raz. – Ragnarok właśnie się skończył.

Publikował w „Nowej Fantastyce”, „Fantazmatach”, „Fantastycznych Piórach”, „Zapomnianych Snach”, antologiach: „Wszystkie kręgi piekła”, „Odmęt”, „Baźnie”, „Martwce”. Wraz z żoną wydaje książki do nauki języka angielskiego. Uwielbia krwawe romanse, spokojne horrory, przewijać filmy aż do scen akcji oraz uprawiać poziomki w ogródku. Czasem udaje mu się nie zabić bohaterów opowiadań. Mieszka w Kołobrzegu, ale morze widuje rzadziej niż turyści.

[1] Sagasenna (czyt. Sagasena) – zlepek dwóch staronordyckich słów; saga (opowieść), senna (poezja; z reguły o charakterze obraźliwym). Sagasenna można z grubsza przetłumaczyć jako poemat o opowieści.

[2] Walkirie – wojownicze istoty będące w służbie Odyna. Przemierzały pola bitew, wybierając spośród zabitych co dzielniejszych wojowników, aby zabrać ich do Walhalli.

[3] Idunn – bogini wiosny, opiekunka złotych jabłek gwarantujących młodość każdemu, kto je spożył.

[4] Bifrost – tęczowy most łączący świat śmiertelnych (Midgard) ze światem bogów (Asgard).